Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 24. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 24. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 kwietnia 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #227 [17.04.2017 - 23.04.2017]

SPOILERY

24: Legacy S01E12 11:00 P.M. - 12:00 A.M.
Przykro się robi człowiekowi gdy musi oglądać swoją ulubioną markę tak bezczelnie gwałconą przez scenarzystów. Nie potrafię znaleźć pozytywów w finale sezonu, chciałbym coś pochwalić, napisać o tym co mi się podobało, ale jedyną rzeczą która mnie uszczęśliwiła były napisy końcowe. Wreszcie, po dwunastu zupełnie niepotrzebnych odcinkach można odpocząć. Przynajmniej do przyszłego sezonu który oczywiście będę oglądał.

Nie licząc pierwszych paru minut i przeciętnego starcia Tony vs. Eric finał był przegadany i nudny. Z pewnym szokiem myśląc, że zbliża się koniec zegar pokazał połowę odcinka. Aż jęknąłem z rozczarowania. Potem było jeszcze gorzej. Długie rozmowy o niczym, zero napięcia i plot twisty będące przykładem jak nie pisać scenariusza. W pewnym momencie zacząłem kibicować terrorysta żeby ich wszystkich zabili. Chyba najbardziej rozśmieszyła mnie broń obok związanego Bin-Khalida i to w jaki sposób zginął Nasiri i Rebecca. Absurd.

Najbardziej bolały mnie zwroty akcji. W odcinku jak i w całym Legacy. Dało się je przewidzieć na długo przed tym nim się wydarzyły. Na zasadzie to jest zbyt przewidywalne, kiedyś by w tym miejscu zaskoczyli, teraz zrobią w najbardziej oczywisty sposób. Scenarzyści podejmowali najgorsze możliwe decyzję i na koniec zabili jeszcze bohaterkę która miała w sobie jakąś ciekawą historię.

W serialu przeszkadzała mi też niekonsekwencja. Urywane wątki i porzucanie postaci, które się rozwiało. Issac i Nicole przez pierwszą połowę serii dostali własne wątki, a potem ich usunięto i zapomniano. Tak jak o chłopaku Andy'ego. Był i w pewnym momencie znikł. Zapomniano też o Masucę który pewnie wciąż leży nieprzytomny w jednym z gabinetów siedziby CTU. Nie rozumiem też decyzji podejmowanych przez bohaterów. Czemu Donovan postanowił walczyć o prezydenturę gdy usłyszał o śmierci Simmsa chyba nigdy nie zrozumiem. Mógłbym jeszcze długo, ale nie mam siły kopać leżącego i nieprzytomnego. 


Inne:
- terrorysta od dwóch posługuje się tym samym numerem telefonu. Ja rozumiem uproszczenia scenariuszowe, ale bez przesady.
- Carter jest beznadziejny, nie dość, że znowu schrzanił misję to jeszcze Rebecca przyjęła za niego kulkę i uratowała mu życie.
- 12 godzinny flashforward, a w nim m.in. spotkanie Cartera z żoną i zdanie raportu po akcji. Co w takim razie Eric robił przez ten czas?
- bohaterowie wypadli delikatnie mówiąc blado. Może więc następny sezon z nową obsadą i zmiana formatu na antologię? Przypominam, że bohaterka Yvonne Strachovski mogłaby udźwignąć własny serial.

OCENA 2/6

Chicago Fire S01E08 Leaving the Station
Czasem trzeba powziąć męską decyzję i porzucić jakiś serial mimo sympatii do niego. I tak dziwie się sobie, że wytrzymałem z Chicago Fire aż osiem odcinków. Początkowo chciałem tylko sprawdzić jak to wygląda, złapałem zajawkę i niestety szybko spowszedniało. To już któryś odcinek z rzędu który ogląda się dobrze bez chęci natychmiastowego włączenia następnego. Lubię serialowe uniwersa i przeplatające się historię dlatego smuci mnie, że nie doczekałem do debiutu innych seriali z Chicagoverse. Niektórych bohaterów mocno polubiłem i cicho liczę na powrót do nich.

Sam odcinek miał jeden bardzo ciekawy wątek - traumę Millsa po zobaczeniu poćwiartowanej przez pociąg dziewczynki. Dobrze rozegrano to zwłaszcza na początku gdy widocznie to go przybiło, a koledzy nie potrafili mu pomóc. Końcówka niestety zrobiła się bardzo ckliwa gdy Casey zabrał go w odwiedziny do dziewczyny którą przed laty uratował z pożaru. Oczekiwałem jakiegoś mnie oczywistego rozstrzygnięcia.

Dla przeciwwagi wprowadzono mocno komediowy wątek nienawiści Mocuha do dwóch kanadyjskich rekrutów. Zabawnie, zwłaszcza dzięki żartom Otisa. Prócz tego standard - kłopoty Casey'a z Hallie, nadpobudliwa Dawson, Severide i jego kłopoty z ręką i kłopoty Shay z dziewczyną. Te same wątki rozgrywane od dłuższego czasu. To m.in. przez to tymczasowe kończę przygodę z komendą z Chicago.

OCENA 4.5/6

Nashville S01E06 You're Gonna Change (Or I'm Gonna Leave)
Zabawę w "wskaż jeden serial nie pasujący do reszty" wygrałoby Nashville. Obyczajówka o piosenkarzach country zupełnie nie pasuje do mojej obecnej ramówki. Kiedyś jednak starałem się oglądać wszystkie hitowe nowości, a takie właśnie Nashvill było. Głośna premiera ABC, przychylność widzów i krytyków. Sprawdziłem, podobało mi się, ale nie na tyle by pozostać. Nawet dla Connie Britton którą uwielbiam choćby za Firday Night Lights. I gdyby nie Maszyna Losująca na pewno bym nie wrócił do tego serialu.

Czy po tylu latach mam tutaj czego szukać? Tak i nie. To wciąż nie jest mój serial, tego typu dramy nie interesują mnie nie ważne jak dobrze byłyby rozpisane. A ta taka właśnie jest co potrafię docenić. Momentami nawet wkręciłem się w oglądanie. Bałem się spaceru po gwoździach, a dostałem nagrzany piasek na plaży. Zacząłem nawet sympatyzować z bohaterami i im kibicować, muzyka wpadała w ucho, a fabuła mnie wciągnęła. Może poza historię Juliette i jej romansów z przyszłą gwiazdą futbolu.

To jest bardzo dobrze rozpisana fabułka poruszająca kilka ciekawych kwestii. I gdybym nadrobił wszystko co mam w kolumnie "Do nadrobienia" pewnie bym wziął się na Nashville. Przyśpieszeniu tej decyzji nie pomaga brak serialu na Netflixsie i wciąż pojawiające się nowe odcinki. 

Inne:
- kolejny odcinek z 2012 roku. Spodziewam się w niedługim czasie Last Restort i Boardwalk Empire, które są na mojej liście.

OCENA 4.5/6

Prison Break S05E03 The Liar
Bardzo dobrze zdaje sobie sprawę z nielogiczności i uproszczeń scenariuszowych. Momentami razi tak, że aż oczy bolą. Martwię się wtedy o wzrok i ignoruje to co mi przeszkadza bo dalej się bawię czyli dostaje to czego oczekiwałem. Jest akcja, sympatyczni bohaterowie i wielki spisek który z biegiem czasu jest coraz bardziej pokręcony. To wystarczy. I tylko żałuję, że 24: Legacy nie ma odrobinę tej ikry. Pomyśleć, że przed premierom obu seriali to właśnie PB skazywałem na porażkę.

W więzieniu miało dojść do wielkiej ucieczki. Michael stawia wszystko na jedną kartę i ryzykuję. Patrząc na numer odcinka byłem pewien, że zawiedzie, ciekawiło mnie tylko jak bardzo. I spieprzył. Regionalny lider ISIS chcę go zabić, stracił przyjaciela i wylądował w izolatce. Jest jeszcze wściekły Irlandczyk, który prawdopodobnie będzie go obwiniał za śmierć brata. Szkoda tylko, że nikt z nich nie ma wyraźnie nakreślonego charakteru przez co brakuje napięcia. Przez skupienie się na starych postaciach tylko nimi się mogę przejmować.

W międzyczasie wyjaśniło się co porabiał Michael od swojej śmierci. Pracował dla CIA wyciągając różnych ludzi z więzień na całym świecie. Głupiutkie i utrzymane w duchu serialu. Mogę z tym żyć. Tylko kim jest Posejdon, co z tym wszystkim ma wspólnego Kellerman, tajemnicza blondyna i czemu Michael użył T-Baga?

By podkręcić jeszcze wątek ucieczki dorzucono questy dla Lincolna i C-Note. Kompletnie zbyteczne, szczególnie wizyta w elektrowni. Jakby scenarzyści stwierdzili, że to właśnie Franklina chcemy oglądać. O wiele ciekawsza była historyjka Scheeba którą darzę coraz większą sympatię. Nieustannie szantażowana przez Lincolna pomaga znanemu terroryście bo tylko to potrafi robić, pomagać ludziom. Jak trzeba postawi się też oprawcy. Tylko szkoda, że potrzebuje rycerza w lśniącej zbroi jakby koniecznie trzeba było jej relację Lincem sprowadzić na bardziej intymny grunt.

Na koniec o Sarah. Kiedyś mnie denerwowała, potem jeszcze bardziej gdy oglądałem Sarah Wayne Callies w The Walking Dead. Teraz jej sceny mnie cieszą. Pokazują jak dużo się nauczyła. Wykorzystując swoją inteligencję ucieka dwom zabójcą, łączy Kellermana z hackerskim atakiem i wykorzystuje T-Baga. Stwierdza też, że lepiej walczyć niż się chować. Go Sarah!

OCENA 4/6 
  
Riverdale S01E10 Chapter Ten: The Lost Weekend
Widząc zapowiedź wielkiej imprezy urodzinowej w amerykańskim stylu nastawiłem się bardzo negatywnie do odcinka. Nie lubię tego typu wątków, zazwyczaj wypadają bardzo przeciętnie. Jakże się pomyliłem. Jestem nawet w stanie zaryzykować i stwierdzić, że to był jeden z najlepszych odcinków Riverdale. Impreza była tylko pretekstem do lepszego przedstawienie charakterów postaci jak i zagęszczenia wątku morderstwa. Sekrety wyszły na światło dzienne i pojawiły się nowe pytania. Przyjaciele dowiedzieli się też czegoś nowego o sobie. Jak to wszyscy są tutaj popaprani i dobrze zdają sobie z tego sprawę. Betty, Jughead, Archie i Veronica. Początkowo wydawali się bardzo prostymi postaciami, a z upływem czasu niesamowicie się rozwinęli i oglądanie ich to sama przyjemność. Czwórka w jakiś sposób złamanych osób bardzo się do siebie zbliżyła i to pomaga im przetrwać. I choćby dla tych postaci bym oglądał dalej.

Inne:
- Jonesowie, Cooperowie, Blossomowie i Lodgowie w jakiś sposób wiążą się z śmiercią Jasona. Tylko Andrewsowie pozostają czyści. Podejrzewam, że powrót matki Archiego to zmieni.

OCENA 5/6

The Expanse S02E13 Caliban's War
Jestem pełen podziwu jak jakościowo podskoczył ten sezon. Już pierwszy był bardzo dobry, teraz jest jeszcze lepiej. Zdarzały się momenty z zbyt rozciągniętą fabułą, ale to zaledwie 2-3 odcinki, reszta zachwycała. To jak rozgrywano konflikt miedzy Ziemią i Marsem, jak wypisano Millera, historia Bobbie, społeczny wydźwięk serialu (który zbyt rzadko dostawał głos) i wszystko związane z Avasaralą. Jak dobrze, że następna seria jest już zapowiedziana, a na polskim rynku ma jeszcze zawitać książkowy pierwowzór.

Zadziwiła mnie struktura odcinka. Zamiast zgodnie z zasadami finałów ich w rozmach i bombastyczność postanowiono rozegrać całość bardzo kameralnie. Dwie główne historie działające na zasadzie bottle-episode. Holden uwięziony w ładowni Rocinante z Calibanem oraz walcząca o życie Avasarala z Bobbie na statku Mao. Widowiskowy początek i trzymanie widza w garści do samego końca. Wyszło wszystko. Dialogi odsłaniały coś nowego o bohaterach, mówiły o ich przekonaniach i tym jakimi są ludźmi. Mi się szczególnie podobały rozmowy Amosa z Holdenem i Amosa z Naomi podkreślające zmianę w Amosie i wskazujące jaką drogę może jeszcze obrać. Zadziwił mnie też bardzo naturalny humor, szczególnie z udziałem Bobbie. I urzekła reżyseria - w ostatnim ujęcia oraz podczas długiej podróży po kadłubie Rocinante na jednym ujęcie.

 Trochę zabrakło mi opowiadania szerszej historii. Jedna, dwie sceny o wojnie Ziemi z Marsem zwiększyłyby poczucie skali historii jaką opowiada serial. Zamiast tego jako bonus poza głównymi postaciami dorzucono dalszy ciąg wyprawy badawczej na Wenus. Pięknie wizualnie zwieńczono ten wątek i wprowadzono na arenę nowe zagrożenie. Protomolekuła niczym Doktor Manhattan rozkłada na części pierwsze statek łamiąc przy tym prawa fizyki. Jak tu nie czekać na ciąg dalszy? Ta scena też pięknie komponowała się z wzruszającą muzyką i słowami Naomi przyznającej się do pozostawienia protomolekuły. To było też podsumowanie historii człowieczeństwa i ciągłych wojen co wcale nie wypadło pretensjonalnie. 

To będzie długie oczekiwanie na nowy sezon, z pewnością zdążę się stęsknić za bohaterami których tak bardzo polubiłem. Prawdopodobnie z tęsknoty odpalę jakiś inny sezon w kosmosie mimo, że nie będzie miał tak pięknych widoczków i historii jak ten.

OCENA 5.5/6

True Detective S02E03 Maybe Tomorrow
Oglądanie serialu kilka lat po premierze ma zasadniczą wadę - ludzie doszli do konsensu czy jest to dobra czy zła produkcja i choćbym nie wiem jak chciałbym sobie wyrobić zdanie zawsze czyjeś opinie będą wpływały na moją. I tak oglądając True Detective nie tworzy własnych refleksji na temat tego co zobaczył, a myślowo polemizuje z krytyką serialu. Przeszkadza mi to, odbiera część z przyjemności oglądania przez co źle się z tym czuję. Nie wiem też czy to co widzę jest rzeczywiście złe i mi się nie podoba czy chcę je uznać za złe bo ktoś powiedział, że takie jest. I weź tu człowieku bądź teraz mądry i oceń co zobaczyłeś.

Najprościej będzie ograniczyć wrażenia do minimum. Napiszę, że mi się podobało, ale miałem pewne problemy. Razi mnie sztuczność całości, niepotrzebne i zbyt długie dialogi i ślamazarność śledztwa, która ani trochę nie jest ekscytujące. Za to podobają mi się wątki poszczególnych postaci, to z jaką pewnością są rozgrywane i jak scenariusz kurczowo trzyma się zasady show dont tell. Każdy ma swoje problemy, gliniarze są stawiani przeciwko sobie, przełożeni wymagają niemożliwego, a demony przeszłości co chwila nawiedzają. Większość z nich chcę też udowodnić, że są innymi ludźmi za których ich uważają. Po tych trzech odcinkach wiem jedno - jestem ciekaw jak skończą, a to przecież najważniejsze. Kto zabił i co wyniknie z całej intrygi? To jest mi akurat obojętne.

OCENA 4.5/6

wtorek, 18 kwietnia 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #226 [10.04.2017 - 16.04.2017]

SPOILERY

24: Legacy S01E11 10:00 P.M. - 11:00 P.M.
Nawet nie chcę mi się komentować. Okropne dialogi kontratakują, jakby bohaterowie mieli wygłaszać już gdzieś zasłyszane formułki które nie wnoszą nic nowego do opowieści. Carter krzyczący "Mieliśmy plan" i nie rozumiejąc co się stało wyglądał bardzo żałośnie, kto by się spodziewał, że terroryści będą przygotowani na zasadzkę. Rozmowy z Donovanem równie ciężkie, szczególnie ta o mrocznym pasażerze i przyciąganiu do pracy w CTU. Momentami było bardzo ciężko.

Serial próbuje stawiać trudne pytania, ale średnio mu to wychodzi. Jak daleko można się posunąć by zapewnić bezpieczeństwo państwu? Czy porwanie dziewczynki jest dozwolone by złapać terrorystę? Trudne odpowiedzi? Niekonieczne bo wszystko jest wykrzyczane prosto w twarz z subtelnością rottweilera. Jednoznaczna granica między dobrymi i złymi i robienie kurtyzany z logiki przez co zamiast zastanowić się nad problemem jest agresywne rozmasowywanie much na czole. Dodatkowo serial do galerii przeciwników w sezonie dopisał Azjatów. Obok Afroamerykanów, muzułmanów, Czeczeńców i Latynosów. Jest też zły policjant, ale równoważony przez występującego w zestawie bardzo dobrego i ufnego policjanta więc się nie liczy.

Musze jednak przyznać, że po tym jak wynudziłem się 3/4 odcinka udanie rozegrano cliffhanger przed finałem. Szczególnie dla weterana marki. Na przeciwko siebie postawiono Tony'ego i Cartera, a w tle Andy próbuje pomóc i nawiązać kontakt z Almaidą. Jedyne moment gdy poczułem coś więcej niż przeciętne zainteresowanie.

OCENA 2/6

Alphas S02E01 Wake Up Call
Dziwnym trafem wyjątkowo często maszyna losująca wyrzuca mi seriale porzucone w 2012 roku. Falling Skies, The Killings, Suits i teraz Alphas. Nie powiem żebym był specjalnie podekscytowany powrotem do tego serialu. Pierwszy sezon zapamiętałem jako przeciętnego klona Heroes/X-Men z sympatyczną zgrają bohaterów mimo całkiem pochlebnych notatek z tamtego okresu. Zapamiętałem go też z powodu gościnnego występu Summer Glau. Takie rzeczy zawsze zapadają w pamięci. Jak wyglądał powrót do serialu po pięciu latach przerwy? Całkiem znośnie.

Rosen zamknięty w zakładzie psychiatryczny, świat nie został przekonany do istnienia Alf, Harken i Hicks wciąż pracują dla rządu, a Nina i Rachel wróciły do starego życia gdzie jedna jest grifterką, a druga nie wychodzi z pokoju. Jak to bywa w serialach tego typu trzęsienie ziemi tego rodzaju trwa zaledwie jeden odcinek, na końcu wszystko wraca do dobrze znanego zespołu polującego na serialową odmianę x-menów. Nie mam wiele przeciwko bo całość oglądało się znośnie. Dobrze rozpisane dialogi, wątki osobiste przemycane w krótkich scenkach i fachowo zrealizowane sceny akcji na których parę razy się uśmiechnąłem. I tylko bardzo asekuranckie podejście do całości mi przeszkadza jakby scenarzyści bali się wyjść poza dobrze znane ramy. Taki urok procedurali. Jedyna nadzieja w terrorystycznym zagrożeniu Parisha, ale to i tak zapowiada polowanie na Alfy.

Czy będę oglądał dalej? Nie sądzę. Jeśli serial zostanie wylosowany nie będę się martwił tak jak przed seansem tego odcinka. Jeśli do tego nie dojdzie też się nie obrażę. Zaoferował mi przyjemnie spędzone 40 minut, ale to samo mogę powiedzieć o zeszłotygodniowym Suits. Brakowało mi czegoś co mogłoby mnie skłonić do głębszej refleksji. Rosen opowiadający o tym, że Alfy wcale nie są gorsze od ludzi i inność jest czymś zupełnie normalnym wypowiada dobrze znane słowa Xaviera wałkowane od dziesięcioleci.

OCENA 4/6

Chicago Fire S01E07 Two Families
Solidny odcinek, zachował standard serialu, ale mam wrażenie, że było więcej niepotrzebnych scen niż zazwyczaj. Prócz świątecznego indyka i testu narkotykowego brakowało wyróżniającego motywu. Najwięcej mogło się zmienić u Severide, niestety scenarzyści z klasą pismaków telenowel przeciągają ten wątek. Na szczęście osobiste historię poszczególnych strażaków dały radę, szczególnie ostatnie minuty, które skupiły się na pracujących na remizie osobach. Jak bardzo ich życie jest pokomplikowane przez pracę i jak dużo dają inny. Podobał mi się też motyw młodego kręcącego się w okół pożarów gdy komendant zaczął go podejrzewać o skłonności pirotechniczne.

OCENA 4/6

Into The Badlands S02E02 Force of Eagle's Claws
Może się pośpieszę, ale napiszę to już teraz - nie spodziewałem się, że serial tak bardzo będzie mi się podobał w tym sezonie. Wciąż zdarzające się dłużyzny i niepotrzebne dialogi bardzo nie przeszkadzają. Gdy jednak lepiej rozpisane postacie dostają więcej czasu lub jestem raczony scenami akcji to serial ma całą moją uwagę. Przeszkadza mi tylko poszatkowanie fabuły gdzie poszczególne wątki zbyt słabo na siebie oddziaływają.

Drugi odcinek może potraktować jako drugą część premiery sezonu skupiający się na innych bohaterach. Pokazano Quinna przygotowującego się do wojny i posługującego się religijną retoryką. Charyzmy odmówić mu nie można. Sympatyzować też nie. Zwłaszcza podczas momentów gdzie molestuje Veil i uznaje Henry'ego za swoje dziecko. Duże problemy z główką zapewne nie przeszkodzą mu realizować swoich planów i będzie realnym zagrożeniem. Oby jak najszybciej wieść o jego cudownym przeżyciu dotarła do syna i Wdowy.

Zupełnie pominięta w 2x1 Lydia również dostała sporo czasu. Tutaj też występuje "boski" wątek. O ile Quinn traktuje się za ich pomazańca tak jego żona żyję w komunie będącej ich sługami. Hipisowska sekta wygląda dziwnie, zwłaszcza gdy nie chcą się bronić przed bandytami bo "tylko bogowie mogą odbierać życie". Czyli nomadzi którzy ich napadli byli wysłannikami boga? Absurdalna filozofia życiowa, ale tak jest z każdą religią. Niemniej prowadzi to do konfliktu pokoleniowego w którego centrum jest Lydia szukająca własnego miejsca między ojcem i synem. Poza tym Lydia pokonująca dwóch bandytów wyglądała kozacko.

Poza udaną (jakby w tym serialu były nieudane) sceną akcji Sunny i Bajie dostarczyli kilku komediowych perełek. Może nie pasuje to zbytnio to ponurego i brutalnego settingu serialu tak nie mogłem się przestać uśmiechać gdy tylko Nick Frost zaczął się odzywać. Albo podczas łapania szczura. Lub otwierania zamka wytrychem podczas gdy Sunny walił w niego od kilku minut kamieniem. Dobrze się bawię licząc przy tym na większy plan dla tej postaci poza uosobieniem deus ex machiny mającej zapewnić Sunnym powrót na Pustkowia.

Najbardziej poszkodowaną w odcinku była Wdowa. Dostała małą scenkę gdzie dowiaduje się o zbliżającym konklawe czyli szczycie baronów. Kolejny motyw nasuwający mi skojarzenia Into The Badlands z komiksem Lazarus. Wyjaśniła się też jedna rzecz - Wdowa na prawdę wieży w swoją wizję równego społeczeństwa które kreuje, nie jest to środek pozwalający zyskać jej coraz większą władzę. Tylko czekać na brutalną konfrontację z rzeczywistością.

Na koniec akapit o MK. Na koniec bo dalej jest to najmniej lubiana przeze mnie postać zupełnie nie pasującą do snutej opowieści. Konfrontuje się z własnym sobą w narkotycznej wizji i przegrywa ten pojedynek. Teraz będzie próbował do skutku by pokazać jaki jest z niego bohater na którego jest kreowany. Serial mówi o tym zamiast pokazywać. Mistrzyni bierze go na ucznia, ale czemu, tego nie wiadomo.

OCENA 4/6

Prison Break S05E02 Kaniel Outis
Historia jest absurdalna, realia walki z ISIS jak z popowego teledysku, a zwroty akcji są równie absurdalne co mało zaskakujące. Mimo wszystko ogląda się to dużo lepiej niż 24: Legacy. Serial nieustannie przykuwa do ekranu, umie wykorzystywać budowanie napięcie i nawet akcja mimo swojej umowności daje frajdę.

Michael jako terrorysta w Jemeńskim więzieniu to niezwykle absurdalny pomysł. Tak jak cała afera z tym związana. Czemu to się dzieje? Nie wiadomo. Czy Michael jest wrabiana czy pomaga agencji rządowej, a może sam prowadzi jakąś grę? Nie wiem, ale im głupsze będą odpowiedzi tym dla mnie lepiej. Komiksowa opowieść pasuje do stylistyki serialu.

Bieganie po terytorium opanowanym przez ISIS troszkę mnie wymęczyło. Za dużo bezsensownych rozmów jacy to oni straszni, wszyscy to przecież wiedzą. Lepiej jakby pokazano scenę lub dwie z T-Bagem lub Sucre. Jak już ich zatrudniono i występują w czołówce to niech będą bohaterami tej historii.

Inne:
- doceniam scenerię zniszczonego wojną Jemenu, miła odmiana po nudnej, zurbanizowanej Ameryce.
- Michael opisywany jako bezwzględny manipulator? A czy on nie był empatą troszczącym się o innych?

OCENA 3.5/6

Pitch S01E03 Beanball
Kolejny odcinek który dobrze się oglądało. Mimo to rezygnuję z nadrabiania, dobry serial to za mało by przy nim zostać wiedząc ile jeszcze jest dobra do odkrycia. Zwłaszcza, że po napisach końcowych nie mam przemożnej ochoty odpalenia dalszej części.

Beanball z dotychczas obejrzanych odcinków najmniej mi się podobał mimo dużej uwagi poświęconej meczowi i wpasowywaniu się Ginny do drużyny. Przeszkadzały mi pozornie niezwiązane z teraźniejszą historią flashbacki których sens został wyjawiony na końcu. Co okazało się rozczarowaniem i zapowiedzią nudnego wątku. Dużo ciekawsze rzeczy działy się w pobocznych wątkach. Zwłaszcza u Ala próbującego zachować posadę. Było też trochę niewymuszonego humoru co zawsze warto docenić.

OCENA 4/6

The Expanse S01E12 The Monster and the Rocket
Przyznaje końcówka odcinka mnie odrobinę wzruszyła. Lunatyk mógł zabrać tylko połowę z oczekujących na ratunek ludzi. Przed statkiem zaogniła się sytuacja, doszło do zamieszek i pani kapitan postanowiła odlecieć bez ryzykowania. Naomi nie mogła się na to zgodzić, wyszła, powiedziała prawdę, a ludzie w ramach współpracy przepuścili dzieci i najbardziej potrzebujących. Piękny wyraz ludzkiej solidarności. Nawet ogarnięty manią Holden odpuścił polowanie by pomóc ludziom. Takie optymistyczne akcenty bardzo są potrzebne i równoważą okrutność ludzkiej natury. Właśnie to było głównym motywem odcinek. Meng mówi, że ludzie widząc coś nowego chcą to niszczyć, a spotkanie polityków Ziemi i Marsa dotyczy technologii, która jak sami zaznaczają służy przede wszystkim wojnie. Chciałbym żeby serial częściej wychodził poza swoją formułę i zadawał pytania dotyczące dualności ludzkiej natury.

Udanie poprowadzono wątek Errinwrighta. Wygląda na zrezygnowanego, jakby pogodził się z swoim losem. Ostatecznie postanawia dalej walczyć, wszystko w imię Ziemi. Nie sądzę żeby realizacja odcinka oszukiwała dając przesłanki o jego przyszłym samobójstwie. Tutaj doszło do zmiany decyzji, do ostatniej chwili nie był zdecydowany co należy zrobić. Ostatecznie zabija ministra Marsa, niszczy ich okręt wojskowy lecący po protmolekułę i ryzykuję wojną. Stawia też warunek Mao by zabił Avarasalę. Nieźle się namieszało na koniec sezonu.

Inne:
- XXII wiek, a ludzie wciąż używają takich samych maszynek do golenia, smutna ta wizja przyszłości
- strach Avarasali przed wylotem w kosmos był zabawny ale słowa o różnicy między starymi, a młodymi opuszczającymi Ziemię takie prawdziwe. Zwłaszcza porównując je do tęsknoty Piotra za dobrami wytworzonymi na Ziemi.
- Bobbi zapychająca się kanapkami z ogórkami była słodka i ta jej mina w tle gdy słyszy przeklinającą Avarasalę.
- cliffhanger ładny - protomolekuła na pokładzie Rocinante. W sam raz na finał.

OCENA 5/6

True Detective S02E02 Night Finds You
Jestem niemal na bieżąco z obecnie oglądanymi serialami więc czas ponadrabiać zaległości. Na True Detective padło z kilku powodów. Dwa najważniejsze to ilość odcinków i zapowiedź prac nad kolejną serią. Siedem odcinków powinno szybko zlecieć jeśli poziom będzie odpowiedni. Czytaj lepszy niż teraz. To nie był specjalnie męczący powrót, ale oczekiwałem czegoś więcej. Chyba najbardziej przeszkadza mi sposób rozpisania śledztwo, to że dzięki obserwowaniu drugiej strony jako widz wiem więcej od detektywów przez co tajemnica nie chwyta tak jak powinna. Jeszcze jakby postacie to w pełni rekompensowały to bym zrozumiał. Wszyscy są w jakiś sposób zniszczeni przez życia, a dwóm na trzech śledczych nie układa się w związkach. Brakuje mi też trochę większej ilości rozmów między nimi i mam nadmiar innych dialogów. Czuć literacki styl opowieści Pizzolatto. Czasem chwyta, czasem odrzuca. Zdjęcia i muzyka wciąż daje radę, a zakręcenie zagadki jest odpowiednie.

OCENA 4/6 

wtorek, 11 kwietnia 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #225 [03.04.2017 - 09.04.2017]

SPOILERY
 
24: Legacy S01E09 8:00 P.M. - 9:00 P.M.
Na prawdę nie wiem czemu to sobie robię i oglądam kolejne odcinki tego paszkwila. Nic mnie tutaj nie interesuje. Bohaterowie, fabuła, sceny akcji. Jedynie sentyment do marki, co jest bardziej przekleństwem niż błogosławieństwem. Zdarzają się znośne momenty, gdy zapominają o wszystkich wadach, ale to tylko cisza przed falą tsunami. Tutaj szczytem głupoty był szantaż szefa ochrony CTU. Który się powiódł bez większych problemów. Nielogiczna motywacja sprawia, że wątek odbicia Bin-Khalida jest dziurawy jak przestrzelone sitko pełne sera szwajcarskiego. Dobrze, że przynajmniej dano kilka wybuchów na koniec i twist z Nasirim oraz porwanie Donovana. Zagęsci to trochę atmosferę na trzy ostatnie odcinki.

Osobny akapit dla Cartera. Nie żeby go pochwalić, wręcz przeciwnie. Znowu na uboczu, zajmuje się rozbrajaniem bomby, a główne wydarzenia dzieją się obok niego. Dawno nie stworzono tak mało potrzebnego głównego bohatera. Odbiór jego historii utrudniają jeszcze problemy małżeńskie których nie chcę się oglądać. Scenarzystę który uznał to za wartościowe powinni oddelegować do opery mydlanej.

Inne:
- terrorystka strzela do dwóch agentów CTU po czym sama dostaje kulkę. Co robią pozostali agenci? Sprawdzają czy ona żyję mając w poważaniu swoich kolegów.
- CTU to najgorsza organizacja przeciw terrorystyczna ever. Kompromitacja za kompromitacją, kret za kretem. Powinni zwolnić szefa kadr i zatrudnić kogoś kto ma jakiekolwiek doświadczenie.

OCENA 2.5/6

24: Legacy S01E10 9:00 P.M. - 10:00 P.M.
Ile do cholery można wykorzystywać ten sam schemat?! Dzieje się coś złego i nagle Carter i Rebecca tracą głowę i działają obok CTU będąc przez nich ściganymi. Już straciłem rachubę, a mowa tylko o dziesięciu odcinkach. A przecież jeszcze w 1x9 był ochroniarz który zrobił to samo. I Andy, który współpracował z Carterem. Irytujące jest oglądanie dziesięć razy tego samego. Tak samo jak oglądanie nieudolności CTU. Wspólna akcja Rebecci i Cartera zakończyła się (niespodzianka!) niepowodzeniem. Fiasko za fiaskiem. Jednak największym fuck upem i zwrotem akcji w stylu 24 było pokazanie żywego Bin-Halida. Szczęście, że Stany istnieją jako państwo przy takiej organizacji.

Mimo tych wad odcinek oglądało się dobrze, głównie dlatego, że pozwolił mi zrozumieć jedną rzecz - Carter nie jest głównym bohaterem. To jest serial i Rebecce, ona robi najwięcej i najciekawiej jest prowadzona. Historia o dzieciństwie Cartera mnie rozśmieszyła zamiast stworzyć nić sympatii. Jednak gdy Ingram szantażowała Khalida przez telefon i zagroziła odejściem lub wkroczyła na boisko nasiąknięte benzyną moja zainteresowanie wzrosła. I tylko moment gdy uciekała przed zbliżająca się ścianą ognia uważam za niesamowicie głupi.

Inne:
- kolejna wolta z głównym przeciwnikiem sezonu. Ziew. Tylko czekać na powiązanie z Luisem.

OCENA 2.5/6

Chicago Fire S01E06 Rear View Mirror
Podobało mi się jak w odcinku poprowadzono dwa podobne wątki osobiste. Dla Dawson i Caseya przyszła ciężkie czasy i powoli pętla na ich szyi coraz mocniej się zaciskała. On musiał radzić sobie z Voightem, którego działania były coraz bardziej agresywne. Ona stawiała czoła komisji dyscyplinarnej i problemem jakie przez to miała w pracy. Jak w dobrej bajeczce wszystko skończyło się happy endem. Zły policjant został aresztowany, a dobra lekarka może dalej ratować życie. Miło się to oglądało. Do tego sporo pobocznego humoru m.in pijany komisarz. Zadziwiająco dobrze mi się to ogląda.

OCENA 4.5/6

DC's Legends of Tomorrow S02E17 Aruba
Gdyby rok temu debiutowały Legendy uważał ten serial za zupełnie niepotrzebny. Teraz, finał drugiej serii udawania, że jest to jeden z najlepszych seriali bohaterskich. Akcja, humor, historia, bohaterowie, wrogowie, dialogi, komiksowość. To wszystko tworzy świetnie sprawdzającą się mieszankę której chcę się jeszcze i jeszcze. Dlatego z wywieszonym jęzorem wyczekuje października i nowych odcinków serialu.

Ja na finał przystało tempo było zawrotne. I tak samo jak S01 tak i teraz czuć było ducha Doctora Who. Szalona podróż w czasie i McGuffin rozwiązujący problem z ostatnich odcinków. Efektownie oglądało się powrót na pole Wielkiej Wojny i interakcję Legend z swoimi wcieleniami. Zaskakujące sceny pełne humoru, ale często też dramatyzmu, jak moment gdy Sarah zdaje sobie sprawę, że zawiodła.

Walka z Legionem była efektowna, a scenarzyści mogli zabawić się i pozabijać swoich bohaterów bo i tak zostaną uratowani na końcu. Dlatego starcie nie miało takiej wagi jak powinny. Mimo to widok armii Zoomów robił wrażenie. Tak jak Zoom zabawiający się w Mortal Kombar i wyrywający serce Rayowi. Przyczepiłbym się do jeszcze jednej rzeczy - sceny walki trochę zawiodły. Kiedyś robiły wrażenie, teraz mocno bez polotu, zwyczajna nawalanka skupiająca się na poszczególnych bohaterach, a nie całej drużynie.

W typowy dla siebie sposób odcinek nie opowiadał tylko o walce z Legionem, ale wewnętrznych zmaganiach bohaterów. Amaya i Nate widząc śmierć swoich ukochanych zdają sobie sprawę, że chcą ze sobą być, a przeznaczenie Amai może poczekać. Ładne konkluzja ich love story. O wiele lepiej wypadła historia Sary. Pierw konfrontuje z przyszłością gdzie doznała porażki, a potem pokonuje własną ciemność, akceptuje rzeczywistość i przepisuje rzeczywistość. Długą drogę przeszła od premiery sezonu gdzie za wszelką cenę chciała zemścić się na Darkhu i przywrócić do życia siostrę. Teraz zachowuje się jak strażniczka czasu, prawdziwa bohaterka.

Cliffhanger był zaskakujący. Pierw happy end po wygranej nad złolami bez żadnych ofiar. Potem odejście Ripa. Znowu. Trochę szkoda, ale serialu udowodnił, że nie jest wcale potrzebny. Finalnie podróż do Los Angeles 2017, a tam futurystyczne budynki i dinozaury. Ładne WTF na koniec wpisujące się w komiksową stylistykę serialu. Czyli cała przyszła seria będzie polegać na naprawianiu czasu? A może też odwiedzaniu kolejnych aberracji i nakładających się na siebie okresów historycznych. Średniowiecze z czołgami? Postapokaliptyczna starożytność? Scenarzyści mogą popuścić wodze fantazji i pognać konia w nieoczekiwanym kierunku.

OCENA 5/6

Into the Badlands S02E01 Tiger Pushes Mountain
Od emisji ostatniego odcinka minęło 15 miesięcy. Przez ten czas zapomniałem historię i cliffhangery. Niemalże z pustką zasiadałem do powrotu. I wcale mi to nie przeszkadzało ponieważ pamiętałem czym zostałem oczarowany - stroną wizualną. Czy to walki czy plany, Into the Badlands zachwyca pod tym względem. Oczarowany patrzyłem jak Sunny próbuje uciec czy jak Wdowa urządza rzeź w rafinerii. Przepiękny balet śmierci w postapokaliptycznym świecie. Nawet fabułą się zainteresowałem, jak Sunny ucieknie z kopalni i czy Wdowa wygra wojnę. I tylko wątek M.K. zupełnie tutaj nie pasuje, a serial niestety dużo czasu mu poświęca.

OCENA 4.5/6

Marvel's Iron Fist S01E01 Snow Gives Way
Ludzie straszyli jaki to słaby jest Iron Fist, a on zwyczajnie przeciętny. Pilotowi daleko do poziomu innych Marveli od Netflixa i jeśli przełknie się parę zgrzytów ogląda się go z zainteresowaniem. Scenarzyści postawili na zagubienie i tak jak Danny tak jest też z widzem. Uczy się wszystkiego na nowo wraz z bohaterem i poznaje świat jego oczami. Trochę szkoda, że nie jest tak jak w Daredevilu, Jessice i Luku, że jesteśmy rzuceni w środek wydarzeń, bardziej podobał mi się tamten sposób prezentowania historii. Tutaj też fabuła płynie powoli tylko, że przez bitą godzinę nie dzieje się wiele interesującego przez co Danny zaczyna irytować. Jest kilka śmiesznych rzeczy, ale to szybko mija. Słabo wypadają też sceny walki. Są dość proste, po takim serialu spodziewałem się więcej pod tym względem. Co mnie interesuje? Jaki jest cel Danny'ego. Po co wrócił do NY? Oby nie po kręciło się to w okół odzyskiwania firmy, a walce z ninjasami. Interesuje mnie też wątek Colleen Wing i jej dojo ponieważ lubię takie rzeczy. Ogólnie całość mocno przypomina Arrowa. Co akurat nie jest dobrą rekomendacją. Oglądać będę oglądał, na szczęście do Defenders jest jeszcze sporo czasu.

OCENA 3.5/6

Marvel's Iron Fist S01E02 Shadow Hawk Takes Flight
Takiego skoku jakościowego się nie spodziewałem. Na początku złapałem się za głowę widząc ponad godzinny odcinek. Wraz z upływem czasu zamiast znużenie moja ciekawość się zwiększała. Zaszczucie w ośrodku dla chorych psychicznie, zagubienie i ponowne przeżywanie swojej traumy, powolne przekonywanie doktora i Joy czy wreszcie rozmowa z Wardem seniorem. Autentycznie byłem zainteresowany tym co się dzieje. Czemu nie można było tak od razu? Czemu Dannym nie miał planu? Zamiast tego zachowywał się jak dziecko błądzące w mgle, chodzące od jednej do drugiej osoby.

Podoba mi się też jak pokazywani są Meachumowie. Na pewno ciekawsi od Danny'ego. Zarządzają firmą i pozornie kochające się rodzeństwo. On jednak ma problemy z kontrolą i utrzymuję tajemnicę przed siostrą. Ona potrafi się mu postawić. Jest tez ich rzekomo martwy ojciec, który ma powiązania z Hand. Powoli rysuje się jakaś intryga. I tylko przeszkadza mi w jak bardzo karykaturalny sposób jest pokazywany Howard.

W dalszym ciągu intryguje mnie Colleen. I może momentami sceny z nią są naiwny i bardzo przewidywalne tak chcę się ją oglądać. Czy to podczas gry miejskiej gdzie pobiła własnych studentów, a potem miała trudności gdy rzucała obraźliwe uwagi w ich stronę. Czy gdy jej świat zaczął kolidować z elitami NY gdy zadała sobie pytania co tam robi. Sympatyczna, prawa i sprawiedliwa.

Inne:
- trochę za dużo ekspozycji i przydługie sceny, niepotrzebne też powtarzania flashbacków z katastrofy jakby na siłę chciano wydłużyć odcinek.

OCENA 4.5/6

Marvel's Iron Fist S01E03 Rolling Thunder Cannon Punch
Dawno nie widziałem tak bezczelnego cliffhangera, no nic trzeba odpalić następny odcinek mimo drugiej w nocy. I nie robię tylko dlatego, zwyczajnie podoba mi się co oglądam. Może nie koniecznie Danny'ego, ale to co się dzieje obok. To jak jest pokazywana Joy, Ward, Harold czy Colleene. Cieszy mnie też występ Hoghart, która jest adwokatem Randa. Jeszcze tylko czekać na Claire i będę w pełni usatysfakcjonowany. Najbardziej podobała mi się walka w klatce Colleene. I może fabularnie jest słabo umotywowana tak muszę przyznać, że była efektowna. Najmniej? Danny odzyskujący firmę, nudne troszkę.

OCENA 4/6

Marvel's Iron Fist S01E04 Eight Diagram Dragon Palm
No tak, cliffhanger został bardzo prosto rozwinięty. Głupio i naiwnie, tak jak większość odcinka gdzie Danny spotyka Harolda i zasiada w radzie nadzorczej firmy. Nienawidzę tego motywu gdy ktoś nieznający się na biznesie wkracza w sam jego środek i na siłę uszczęśliwia wszystkich podążając za swoim kodeksem moralnym. Danny taki właśnie jest, niczym dziecko robi wszystko na co ma ochotę nie przejmując się konsekwencjami. Nic a nic mi się to nie podoba. Do tego jeszcze jeszcze manipulowany przez Harolda. Już wolałbym oglądać batalie sądową, w końcu byłby pretekst by pokazywać jak najwięcej Hoghart.

Serial bardzo chciał naśladować Daredevila i mieć swoją scenę w korytarzu, która zepsułaby moją część internetu. Nic z tego. Był korytarz i walka z przeważającymi siłami, ale zero tutaj finezji w realizacji. Prosta nawalanka. Dużo fajniej wychodzą walki w klatce z Colleen, Mała kobita z problemami z agresją powala dwóch napakowanych typów.

Powoli zawiązuje się też intryga z Hand, które wykonuje swój krok. I ja czegoś tutaj nie rozumiem - po co Rand wrócił do Nowego Jorku skoro nie po walkę z Hand? Jest autentycznie zdziwiony ich obecnością więc ma jakiś powód opuszczenie Kunlun. I oby to było coś innego niż chęć odzyskania firmy.

OCENA 3.5/6

Marvel's Iron Fist S01E05 Under Leaf Pluck Lotus
Claire! Zawsze jest ją dobrze widzieć nawet jeśli tylko na parę odcinków, ale nie obraziłbym się gdyby została do końca sezonu. Ktoś musi w końcu nauczyć Danny'ego życia bo biedak sobie słabo radzi. Kto jak kto Claire na pewno jest w stanie tego dokonać. Cieszy mnie, że mocno jest powiązana z intrygą i to ona opowiada czym się zajmuje Hand. Na Daredevila nie ma jednak co liczyć, a przydałby się.

Sam odcinek nie był jednak interesujący. Miał dużo długich scen i nudził. Nie potrzebnie tworzono też seksualne napięcie między Randem, a Colleen. Jakby między odcinkami ich relację zmieniły się bardziej niż powinny bez zbędnego uzasadnienia.

Chyba najbardziej podobało mi się w tym odcinku, prócz Claire rzecz jasna, to jak była prowadzona Joy. Oficjalnie wspierająca siostra, ale krytykująca brata na osobności. Żałująca podejmowanych decyzji niezgodnie z swoim sumieniem, ale konsekwentnie dbająca o firmę na której jej zależy. Jeśli tak dalej pójdzie to ona zostanie jej prezesem.

OCENA 3.5/6

Marvel's Iron Fist S01E06 Immortal Emerges from Cave
Jakiż naiwny jest ten serial momentami. Prosty scenariusz, tekturowy główny bohater i absurdy utrudniające oglądania. Turniej organizowany przez Hand by Danny mógł uratować Sabinę i trzy kolejne walki, które stoczył to coś bardzo głupiego. Hand tworzy dziwaczne zasady, a on podąża za nimi bez kwestionowania. Dobrze przynajmniej, że można było pooglądać więcej walk niż zazwyczaj. Gorzej, że nie były specjalnie wybitne.

Znowu niż oglądanie Hand i Danny'ego lepiej oglądało mi się to co obok. Ward popadający w coraz większe problemy z narkotykami i Joy która musi radzić sobie z firmą to fajny wątek. Świetne były też sceny z Claire, ale wystarczy, że Rosario Dawson jest na ekranie i jest świetnie.

Inne:
- "W Kunlun miałem najszybszego osła", śmiechłem mocno.

OCENA 3.5/6

Marvel's Iron Fist S01E07 Felling Tree with Roots
Gwiazdą odcinka był Ward. Na skraju psychicznego wyczerpania jest proszony przez ojca o pozbycie się zwłok z jego mieszkania. To i kłopoty w firmie to za dużo, postanawia uciec co okazuje się niemożliwe. Zamiast tego dochodzi do kolejnej konfrontacji z ojcem w wyniku której go zabija. Nie powiem żeby to była dla mnie zaskoczenie, spodziewałem się tego. I trochę szkoda bo przypomina motyw z Luke Cage. Do końca zostało sześć odcinków więc ten zwrot akcji i pozbycie się Harolda z równania może nadać nowej dynamiki. Tylko trochę szkoda tej śmierci bo on był głównym spoiwem Rand z Hand.

Gdzie indziej Dany przespał się z Colleen. Tyle po ślubach czystości i jego honorze. Postanowił też nawiązać sojusz z Triadą i raptem nie ma nic przeciwko rozlewowi krwi. Konsekwentnie rujnuję firmę przez co rykoszet obrywa Joy. Dobrze, że ktoś na spotkaniu rady powiedział mu, że zachowuje się jak dzieciak.

Fabularnie dalej powoli, zwroty akcji są albo przewidywalne albo naiwne, scenariusz ma irytujące wady przez co przez 1/4 odcinka nudzi. Brakuje też wyróżniającej się muzyki. Powtarzalny główny motyw gdy nadchodzi coś dużego zdążył mi się już znudzić. Brakuje mi też historii. Mało się dzieje w porównaniu do innych serialu Marvela od Netflixa. Jeszcze jakby substytuty były wystarczające.

OCENA 4/6

Marvel's Iron Fist S01E08 The Blessing of Many Fractures
Danny, jaki ty jesteś irytujący. Chcesz walczyć z Hand, ale nie masz najmniejszego pomysłu jak to zrobić. Wyprawiasz się do Chin bez żadnego planu, nie wiesz co zrobisz z Gao, w ogóle nie myślisz o przyszłości. Jesteś bronią, która nie jest skierowana w konkretnym kierunku. Przez co sceny z twoim udziałem ogląda mi się tragicznie. I jeszcze kolejny raz powtarzanie formułki i kontroli i opanowaniu, które szkoliłeś przez kilkanaście lat by co chwilę tracić kontrolę i opanowanie. Nie wiem czy scenarzyści chcieli oddać skomplikowany charakter Randa czy zupełnie pogubili się w kreacji postaci. Jeśli się nad tym zastanawiam więc to drugie. Dobrze, że jest Claire, która wie co powiedzieć w każdej sytuacji.

Na szczęście są też Moechemowie, Tym razem zdradzeni przez własną firmę stawiają czoła problemem po swojemu. Joy walczy, przygotowywała się na taką ewentualność wynajmując Jessice Jones. Ward natomiast się podda. Wyrzuty sumienia go dopadają, chcę pieniędzy i spokoju. Nie jest nawet w stanie podjąć decyzji w sprawie opowiedzenie historii ojca siostrze. Coraz bardziej lubię oglądać to rodzeństwo na ekranie.

W odcinku były dwa całkiem udane starcia. Pierwsze to pojedynek na miecze Colleene. Całkiem efektowny i przyjemny dla oko. Druga walka to trochę absurdalna zabawa motywem pijanego mistrza. I mimo swojej naiwności na ekranie wyszło znośne. Głównie dzięki wypowiadanym słowom podważającym Danny'ego jako Iron Fista.

OCENA 4/6

Marvel's Iron Fist S01E09 The Mistress of All Agonies
Co za ciężki odcinek. Przyzwyczaiłem się, że seriale Marvela rozczarowują w tych okolicach, ale na pewno nie spodziewałem się tak słabego jakościowo odcinka. Danny porywa Gao do Stanów i nie ma pojęcia co z nią zrobić. Ona siedzi związana i sączy truciznę do uszu Claire i Colleen. W pewnym momencie nie dało się tego słuchać. Pomysł z serum prawdy był głupi, walka nudna i jedynie końcówka trochę pomogła gdy zatruta Wing zostaje uratowana przez Danny'ego. Po czym jej sensei porywa go i Geo. Może w końcu trafił się ktoś kto wie co robi.

U Meachamów zaskoczenie - Harold wcale nie zginął. Tylko co z tego, że sceny z nim były przy długie i opierały się na dziwności. Ja rozumiem kraykaturalne podejście do złych, ale to co dzieje się tutaj to przesada. Jak scena z lodami i zabiciem asystenta. Przypomina mi to Gotham co nie jest wcale chwaleniem. I Jedynie dowiedzenie się przez Joy o tym, że jej ojciec żyje poprawia sytuację.

OCENA 3/6

Marvel's Iron Fist S01E10 Black Tiger Steals Heart
Co za bullshit. Lubię szokujące zwroty akcji, ale niech będą miały choć odrobinę sensu. Colleen i Bakuto okazali się częścią Hand, tą dobą chcącą naprawić świat. Czyli kalka z Hydry. Odechciewa się oglądać widać takie naiwne zwroty akcji. I jeszcze Colleen od początku ukrywała to przed Dannym. Ich konfrontacja na ten temat wypadła fatalnie. Odcinek odrobinę poprawia Davos z Kunlun mający sprowadzić Danny'ego. Jednak jak myślę jak dalej wyewoluję ten wątek to jednak już nie jest tak ciekawie. U Meachumów również idiotycznie. Harold zabił członka zarządu strzałem prosto w głowę i bez problemu upozorują to na samobójstwo. Joy natomiast cieszy się z powrotu ojca, ale coś podejrzewa. I to mały promyczek nadziei, że nie będzie źle.

OCENA 2.5/6

Marvel's Iron Fist S01E11 Lead Horse Back to Stable
Danny opuścił Kunlun ponieważ zobaczył znak, orła obniżającego swój lot. A ja głupi myślałem, że kryje się za tym większa historia. Sama opowieść o szukaniu własnego miejsca w świecie nie wystarcza. Nawet jako motyw całego serialu. Colleen, Warda i Joy to również dotyczy, to zgrabna klamra dla opowieści jednak nie zawsze dobrze przedstawiona i daleko jej od wątków poruszanych w Jassice Jones i Luke Cage. I chyba to mi najbardziej przeszkadza w Iron Fist, brak tematu przewodniego, trudniejszych sprawe które można by poruszyć. Niby próbuje się akcentować nierówności społeczne czy wyzysk korporacyjny, ale właśnie, to tylko akcenty.

Inne:
- Danny w koszulce Luka, bardzo fajne odwołanie do uniwersum.

OCENA 3.5/6

Marvel's Iron Fist S01E12 Bar the Big Boss
Dziwnie ogląda się ten serial gdy Danny jest tym rozsądnym. Zupełnie nie pasuje to do jego charakteru, nie wynika z drogi którą przeszedł, ale wreszcie nie denerwuje. Ogólnie cały odcinek uznaje za udany. Czuć było napięcie między Colleen, a Davosem gdy musieli ze sobą współpracować przez co oglądanie scen z ich udziałem było bardziej interesujące niż zwykle. UDanie wyszło też kreowanie konfliktu Hand-Ward-Harold i w mieszanie to Danny'ego przez co przez cały odcinek była odpowiednia stawka. Aż się zdziwiłem jak mnie wciągnęło. I nawet walki wyszły całkiem nieźle. Zwłaszcza ta na miecze w strugach deszczu. I wiem, klisza, ale jak zwykle działa. Gdyby zmienić trochę zakończenie to mógłby być udany finał sezonu. Udany jak na ten serial. Wciąż denerwowały dialogi i wyróżnika, ale najważniejsze było - przyjemność z seansu.

OCENA 4/6

Marvel's Iron Fist S01E13 Dragon Plays with Fire
Wreszcie koniec. Nie będę się powtarzał - złe rzeczy wciąż są obecne, dobrych jest niewiele, a serial można wystawiać w muzeach jako przykład przeciętności. Było jednak kilka rzeczy na których parsknąłem z niedowierzania. Smok z Kunlun okazał się wizją przyszłości, symbolicznych strachem, któremu Danny musiał stawić czoła, a jego podróż była ścieżką zaplanowaną przez przeznaczenie. Tak więc Davos się mylił, a Danny nie powinien obarczać, że pozostawił klasztor niestrzeżony. I to mnie smuci bo ja bardzo chciałem zobaczyć smoka w tym uniwersum.

Rozwiązanie intrygi, starcie z Haroldem i poskromienie Iron Fist przez Randa wyszło bardzo naiwnie. W tym wątku podobał mi się zwłaszcza Ward, który zmienił stronę. Przeszedł długą i bardzo interesującą drogą. To właśnie jego i Joy oglądało mi się najlepiej. I ciekawi mnie cliffhanger z jej udziałem - chce zbawić Danny'ego przy pomocy Davosa. Wiem, bez sensu, ale w rękach dobrych scenarzystów można by zrobić dużo dobrego z tą postacią.

Czego życzę sobie w następnym sezonie? Zmiany showrunnera na kogoś z pomysłem, wymiany scenarzystów i reżyserów. I ludzi odpowiedzialnych za udźwiękowienie. Koniecznie też lepszych choreografów. Jak i kaskaderów. Ogólnie poprawić stronę techniczną serialu. 

Inne:
- Danny po powrocie zostaje zniszczone Kunlun, najbardziej przewidywalny cliffhanger ever.
- wciąż nie wyjaśniono do czego służy dziura w centrum NY znana z Daredevila.
- Marvelowy serial z najgorszą ścieżką dźwiękową, to już w Agentach jest lepiej.
- Claire mówiąca Colleen i Danny'emu, że potrzebują psychologa, jak tu jej nie kochać? Jak dobrze, że wraca już w The Defenders

OCENA 3.5/6

Prison Break S05E01 Ogygia
Fala sentymentalnych wznowień seriali sprzed lat była zaskoczeniem. Heroes, The X-Files i 24 zawiedli. Tego samego oczekiwałem po Prison Break. Ci sami ludzie opowiadają kontynuację historii, która była u swego końca ciężkostrawna. I wielkie zaskoczenie bo powrót Prison Break był interesujący. Wciągał od pierwszych minut, dobrze było wiedzieć znane postacie po 7 latach, a cała intryga robi się iście bizantyjska. To wciąż ten sam serial, mający te same wady jak i zalety. Ale ja to łykam jak młody pelikan. Kilka stron konfliktu i wszystko owiane mgłą tajemnicy. I końcowy cliffhanger gdy Michael nie przyznaje się bratu do tego kim jest, a inni uważają go za terrorystę. Jak takie coś może nie intrygować? Trochę brakowało mi mystery drama starej szkoły zapoczątkowanej przez Lost więc pewnie dlatego zawyżam ocenę, ale wcale mi nie wstyd z tego powodu. I jak te dziesięć lat temu z niecierpliwością czekam na kolejny odcinek.

Inne:
- serial zrobił mały reboot. Wydarzenie z poprzednich czterech sezonów działy się na przestrzeni niecałego roku i na grobie Michaela w finale S04 (czy może w filmie telewizyjnym?) jako data śmierci było 2005. W recapie na początku premiery S05 jest 2010. Trochę mi to przeszkadza.

OCENA 4.5/6

Riverdale S01E08 Chapter Eight: The Outsiders
Pisanie o Riverdale jako teen dramie byłoby obraźliwe. To międzygeneracyjny dramat opowiadający o dwóch pokoleniach, które nieustannie na siebie wpływają. I to wątki nastolatków wypadają tutaj najgorzej. Miłostki, kłótnie, baby shower, są nudne. Elektryzująco robi się gdy pojawiają się matki i ojcowie, jak ich wybory wpływają na dzieci. W tym odcinku wyróżniał się dramat rodziny Cooperów co zostało dodatkowo podkreślone przez kompozycyjną klamrę. Otwierająca scena przedstawia szczęśliwą rodzinę by na końcu, gdy już kłamstwa wyjdą na światło pokazać rozbitą familię. Betty mogła się starać wszystko naprawić, ale niektóre zadry weszły tak głęboko, że nie da się ich wyjąc bez pozostawienia blizny.

Dużo czasu dostał też Fred i jego problemy na budownie. Konflikt z Blossomami, uwikłanie w to węzy i Lodga, postawił się w bardzo trudnej sytuacji i nawet nie zna połowy prawy. Jest nieświadomym pionkiem. Tak samo jak ojciec Jugheada. W jakiś sposób jest zamieszany w śmierć Jasona, ale jak sam mówi o sobie, musi odegrać swoją rolę. Podejrzewam, że wszsytko zostanie ładnie spięte w finale, a potem będę stukał się w głowę, że tego nie zauważyłem.

Inne:
- gdy szeryf Keller przyjechał w sprawie pobicia Moosa na budowie tylko czekałem, że Fred wpadnie w kłopoty z powodu zatrudniania na czarno nastolatków. Niestety, nikt się tym nie przejął.
- seniorka rodu Bloosomów przewiduję bliźniaczą ciąży - pierwszy znak na istnienie magii w uniwersum. To co, w finale Sabrina?

OCENA 4.5/6

Riverdale S01E09 Chapter Nine: La Grande Illusion
Cichym bohaterem odcinka zostaje Fred. Po tym jak dowiedział się prawdy dla kogo pracuje powiedział dość bycia pionkiem w grze dwóch potężnych rodów. Czas samemu decydować o swoim życiu i nie dać się znowu ograć. Piękna był moment gdy mówi Hermione o wzroście jego udziału i zrywa z nią by nie mieszać życia prywatnego z interesami. Pewnie to wszystko wypali mu w twarz, ale to naturalna kolej rzeczy.

Natomiast antybohaterem zostaje Archie. Biedak miota się, nie widzi gdy jest wykorzystywany i zamiast coś zyskać dużo traci. Nie żal mi go. Chociaż jego naiwność jest odrobinę odświeżające przy całym cynizmie dorosłych. Tylko mogło to być krócej przedstawiane. I dać więcej Cheryl. Zbiera się w niej i w końcu wybuchnie, idzie sztorm jak mówił Jughead, a jego imię to Cheryl. Polly, Archie i rodzice będą jej ofiarami.

Ciekawy wątek dostała Veronica, która przechodzi interesującą przemianę. Jeszcze interesująca by była gdyby od czasu do czasu pokazywano jej jędzowatą nature zamiast tylko o niej wspominać. Dręczona wyrzutami sumienia pomaga Ethel by potem odkryć, że biznes z jej ojcem doprowadził dziewczynę do tej sytuacji. Znowu powraca motyw wpływu dorosłych na życie dzieci. Tym razem jest też pogłębiony poprzez odsuwanie się tych dzieci. Mocno kochająca córka coraz bardziej nienawidzi swojego ojca dowiadując się jak jego działania wpłynęły na innych.

OCENA 4.5/6 

Suits S02E01 She Knows
Dawno temu przestałem oglądać Suits z powodu zbyt małego nacisku na sprawy prawniczej. Męczył mnie powtarzalną formułą i męczącą główną fabułę. Sympatyczni bohaterowie i dynamiczne dialogi były zbyt słabym argumentem by zostać na dłużej. Minęło kilka lat, o wadach zapomniałem, a zalety wciąż są. Tak więc powrót do serialu pozwolił mi bardzo miło spędzić 45 minut. Trochę się pośmiałem, trochę przejąłem historią, a nawet zaciekawiłem historią. Nie sprawą tygodnia, ta była nudna i do niczego nie prowadziła, a ponadto słabo odzwierciedlała sytuację bohaterów. Zaciekawił mnie główny wątek. Jak Harvey kryje Mike i jak powrót imiennego partnera wpłynął na kancelarię. Dużo tutaj gierek, nieufności i niepewnych sojuszy. Zaskakująco dobrze się ogląda i nie obraziłbym się gdyby maszyna losująca jeszcze kiedyś wylosowała Suits. Tym bardziej, że Abigail Spancer zalicza kilka gościnnych występów.

OCENA 4.5/6

The 100 S04E07 Gimme Shelter
W stosunku do The 100 moja prywatna poprzeczka zawieszenia niewiary znajduję się na prawde wysoko. Większość naukowych i wynikających z niespójnej konstrukcji świata bzdur ignoruje bo wiem, że nadrzędnie jest to opowieść o ludziach. Jednak są rzeczy których nie mogę zostawić bez zgryźliwego komentarza. Trujący deszcz działający wybiórczo na ludzi i obiekty fizyczne oraz pozostawiający blizny wtedy gdy to pasuje bardzo mi przeszkadzał. Na szczęście to tylko drobna niedogodność w całkiem niezłym odcinku, którego głównym motywem było przetrwanie i czasem bezsensowność naszych działań. Bellamy i Harper nie mogą ocalić ludzi i są świadkami ich agonii. Natomiast Abby może zabić by uratować wszystkich. Niby bardzo prosty wybór, ale nie dla niej. Ciekawym przypadkiem jest Emori. Jak Murphy jest przykładem osoby, która przetrwa w najgorszych warunkach. Tym razem poświęca życia obcego wymyślając smutną historyjkę o własnej przeszłości. Każda z tych historii została opowiedziana w odpowiedni sposób, dawkując stopniowo napięcie i do końca trzymając w niepewności co do rozwiązania.

OCENA 4.5/6

The 100 S04E08 God Complex
Eksperyment na wydawałoby się gwałcicielu z poprzedniego odcinka był zaledwie preludium do moralnych dylematów bohaterów zamkniętych w laboratorium Beccki. Nie udało się, musieli oglądać umierającego człowieka którego skazali na śmierć. Pokazano to w bardzo sugestywnej scenie. Ten eksperyment mocno wpłynął na wszystkich. Raven i Luna nie mogły tego znieść. Murphy, Emori i Roan wiedzą co trzeba zrobić by przetrwać. Abby i Clarke kierują się jak zwykle szlachetnymi pobudkami, ale ciężko im spojrzeć sobie w oczy. To był tylko wstęp, kolejna ma być Emori, tak jak się tego spodziewała. Czy można zaryzykować jedno życie by ocalić wszystkich? Czy właśnie oglądamy opowieść oglądaną z perspektywy tych złych, a Raven całkiem słusznie porównuje obecne wydarzenia do Mount Weather? Serial bawi się tym pomysłem i podchodzi do niego z innych stron. Umiejętnie wywraca też do góry nogami kwestie poświęcenia. Na samym końcu Clarke bierze zastrzyk, nie jest w stanie skazać kogoś na śmierć. W ramach sprzeciwu Abby niszczy aparaturę badawczą. Rodzinne więzy ponad wszystko, są granice których matka nie potrafi przekroczyć. Ze stratą Emori mogłaby się pogodzić, ale nie własnej córki.  Trudno, niech ludzkość ginie.

W Arkadii pogrzeb. Ciała na ulicach, płonące stosy i ludzie w żałobie. Przytłaczająca atmosfera zbliżającego się końca. Na przekór Jasper wybiera się na wycieczkę i Bellamy martwiąc się o niego postanawia mu towarzyszyć. Wszystko to by znaleźć grzybki halucynki. To jest jednak pretekst by pozwolić Jasperowi wygłosić swój monolog. Świat się wali, dziękuje za możliwość życia, a teraz wykorzysta swoje chwilę zamiast zamartwiać się podjętymi decyzjami. Każdy inaczej radzi sobie z zbliżającym końcem. I dlatego w Arkadii po powrocie z wycieczki jedni zamartwiają się końcem a drudzy urządzają imprezę. Skoro nie można nic zrobić to po co się martwić?

A może można? Zupełnie niespodziewanie, w stylu Lost, czy może bardziej w naiwny sposób jego naśladowców typu The Event i Flashforward następuję przełom. Słowa modlitwy łączące się z tajną sektą i Nightblida, klucz powstały z płomieni i bunkier pod świątynią. Za dużo tutaj kombinowania. Wciąż jednak podoba mi się motyw z technologią jednych i mitologią drugich, jak percepcja zmienia się z upływem lat i upadku cywilizacji. Ironią jest odnalezienie bunkra i zaognienie konfliktu Trikru i Azgedy z Skaikru. Możliwość uratowania jest całkiem realna tylko wymaga to współpracy wszystkich zainteresowanych. 

Inne:
- pojedynek Luny z Roanam, czy może raczej jej protest. Nie dla wszystkich przetrwanie ponad wszystko, liczy się też jak chcemy to zrobić.
- Murphy mówiący o ratowaniu Clarke i tym, że ją zabije gdy Emori coś się stanie - co za świetna scena.
- szkoda, że The Cw zapowiedziało już piąty sezon The 100. Gdyby nie to bym poteoretyzował, że wszyscy na końcu zginą bo byłoby to bardzo w duchu serialu.
- jak w takim razie skończy się sezon? Zamknięciem ocalałych w bunkrze? Jak w takim wypadku wyglądałby następny? Cała akcja pod ziemią? A może flashforward? Rozwój fabularny jest mocno zawężony.

OCENA 5/6

The Expanse S02E11 Here There Be Dragons
Protomolekuła na Wenus, Caliban wymknął się spod kontroli, Mao przeszedł do ofensywy. Idą ciężkie czasy dla Ziemi, Mars może popłynąć z prądem gdy Pasiarze na pewno oberwą rykoszetem. Ładnie się zagęszcza atmosfera gdy pionki ustawiły się w właściwym miejscu, aż chce się już teraz odpalić następny odcinek.

Fabuła fabułom, ale ze względu na postacie najwięcej wydarzyło się u Bobbie. Po tym jak odkrywa dwulicowość swoich przełożonych prawdziwa patriotka zdradza i prosi o azyl polityczny. Patriotyzm to jedno, ale trzeba być wierny większym ideałom, jak prawda i honor. Kapitalnie wyszła scena gdy wyznaje prawdę o wycieczce w góry, a potem ucieka do granicy. Nie można było na to patrzeć z obojętnością.

U Holdena trochę powolnego przedzierania się po stacji i głupiego strzelania. Nie pomagały też flashbacki spowalniające wydarzenia. Rozumiem jednak co miały znaczyć - zasygnalizowanie, że dzieci są wykorzystywani do projektu Caliban. Makabryczne, ale taka gra na pierwotnych instynktach działa. Mi jednak dużo bardziej podobały się sceny z Alexem i to jak przedostał się na Ganimadesa. Piękne widoczki i trochę tak bardzo potrzebnej luźniejszej atmosfery.

OCENA 4.5/6 

The Flash S03E18 Abra Kadabra
Obawiałem się, że po crossoverze z Supergirl znowu przyjdzie mi narzekać na Flasha. I mógłbym to robić, sporo znalazłoby się rzeczy do których można się przyczepić. Jednak tego nie zrobię ponieważ jako całość oglądało mi się to zaskakująco nieźle. Głównie dzięki Kadabrze i odpowiedniej stawce w odcinku. Trochę makabrycznego humoru, dynamiczne sceny akcji i wątek związany z przyszłością Iris stanowiły całkiem znośną mieszankę. Podobało mi się też oglądanie złamaego Joe'ego który zrobi wszystko dla swojej córki jak i Iris, które jest w stanie trzymać się swoich zasad moralnych mimo zagrożenia życia. W dalszym ciągu nieźle wypadają relację Cisco/Gypsy i Julien/Catlin. I ten cliffhanger z powrotem Killer Frost i decyzją Barry'ego o podróży w przyszłość. Będzie się działo za miesiąc gdy serial wróci. Z rzeczy które mnie bardzo raziły muszę napisać o zbyt bezpośrednich odwołaniach do popkultury. Aż waliły po oczach przez co nie pasowały. Jakby scenarzyści chcieli się pochwalić co ostatnio widzieli.

OCENA 4/6 

niedziela, 2 kwietnia 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #224 [20.03.2017 - 02.04.2017]

SPOILERY  

24: Legacy S01E08 7:00 P.M. - 8:00 P.M.
Dużo przeciętnej akcji pozwoliło odwrócić uwagę od większości bzdur. Mimo to idiotyczny plan odzyskania listy komórek terrorystycznych dalej bił po oczach swoją błyskotliwością. Co dziwne udało się go przyćmić atakiem lotniczym na magazyn z terrorystami. Zupełnie zrozumiałe. Kompletnie nie rozumiem też do czego prowadzi wątek Henry'ego. Poświęcają mu dużo czasu i nic z tego nie wynika. Nie było też zaskoczeniem, że zagrożenie jest zupełnie inne. Klasyka w wykonaniu 24. Za to zabawnie wyszło jak gangsterzy walczyli z terrorystami. Taka mała patriotyczna fantazja scenarzystów. U nas pewnie byliby to kibole legii. Albo wojska obrony terytorialnej.

OCENA 3/6

DC's Legends of Tomorrow S02E15 Fellowship of the Spear
Pierw najbardziej rażąca rzecz - czemu Legendy uparły się na spotkanie z Tolkienem podczas Wielkiej wojny? Nie ma w tym większego sensu poza chęcią dania unikalnej stylistyki. Równie dobrze można by go odwiedzić po wojnie w bezpiecznej Anglii. Jednak jeśli to się przełknie, co bardzo łatwo przychodzi mi przy tym serialu, to dostaje się kolejny świetny odcinek. Ganianie za krwią Jezusa to tylko pretekst by opowiedzieć historię bohaterów. Pokazać jak bardzo są obciążeni doświadczeniami z przeszłości, jak każde z nich chciałoby zmienić przeszłość, wymazać rzecz przez którą cierpią. Zwłaszcza Amaya i Mick chcą tego dokonać. Trudne wybory są jeszcze bardziej wymowne dzięki brutalnej stylistyce wojny z cierpiącymi ludźmi. Któż by nie chciał zmienić świata? Mimo to odcinek ociekał humorem, a moje dwa ulubione momenty to Firestorm zmieniający sejf w żelki i Sara ustawiająca kurs Waveridera na ukrzyżowanie. Równowaga, coś co bardzo dobrze udaje się scenarzystą.

OCENA 5/6  

DC's Legends of Tomorrow S02E16 Doomworld
Uwielbiam alternatywne światy i zabawę ugruntowanym porządkiem rzeczy. Dlatego z lubością pochłaniałem odcinek z przepisaną rzeczywistością gdzie ci źli wygrali, a dobrzy są zabawkami w ich rękach. Kolejne spotkania z znanymi bohaterami w innych rolach były bardzo miłym zaskoczeniem. Rozbawił mnie Jax terroryzujący Staina jak i woźny Ray. Oczywiście szybciutko zebrano drużynę do pierwotnego stanu i próbowano wszystko naprawić. I niestety się nie udało. A może stety. Efektowna walka z Thawnem i jej efektem zniszczona Włócznia przeznaczenia. Tego się nie spodziewałem. Jednak to nie finałowa walka czy historia walki z Legionem były najlepsze w tym odcinku. MVP okazali się złole. Historia Micka opowiadana przez dwa sezony to jedna z najlepszych rzeczy jakie Legendy mają do zaoferowania. Wyrzutek szukający swojego miejsca, rozdarty między byłym parterem, a nową drużyną. Nikt mu nie ufa, a on w tym wszystkim jest coraz bardziej zdezorientowany. Błyszczał również Legion. Vandal Savage wypada przy nich bladziutko. Darkh, Merlyn i Snart są tak pięknie przerysowani, niczym wyjęci z komiksu. Obśmiewają do tego klisze z zachowania tych złych, a potem i tak się zachowują zgodnie z paradygmatem od którego nie ma ucieczki. Przecudowne było chwalenie monologu wygłaszanego przed zabicie Sary.

Inne:
- skoro Włócznia przepisuje rzeczywistość to ja proszę o wskrzeszenie Snarta i powrót Millera do stałej obsady w S03.
- Felicity jako superbohaterka, szkoda, że pokazano to w materiałach promocyjnych bo byłoby niezłym zaskoczeniem. 

OCENA 5.5/6

Revolution S01E11 The Stand
Cztery lata od premiery, a ogląda się jakby to było co najmniej dziesięć. Współczesna telewizja rozpieszcza swoim poziomem przez co średniaki z ogólnodostępnej telewizji wyglądają bardzo przeciętnie. Nawet nie ma co porównywać tego do Into The Badlands czy nawet The 100. Jest strasznie ubogo, dużo lepiej zapamiętałem ten serial niż w rzeczywistości wyglądał. Reżyseria jest fatalna, mocno poszatkowana i zachowawcza, scenariusz stanowi idealne dopełnienie, ale najgorzej wypadają aktorzy. Grają tymi samymi minami i ciężko się na nich patrzy. Najgorzej jak muszą wyrazić jakieś emocję. Fabularnie? Nawet dobrze pamiętałem co się ostatnio wydarzyło, ale to w niczym nie pomogło. Nie dzieje się praktycznie nic. Głupie bieganie, naiwne sceny mające być pełne napięcia i zwroty akcji które śmieszą. Było ciężko. Na plus śmierć Danny'ego nadająca nowy sens serialowi. I tyle. Niestety przenoszę excelową komórkę Revolution z kolumny Nadrabiane do Porzucone.

OCENA 2/6

The Expanse S02E09 The Weeping Somnambulist
Dużo się działo więc trochę żałuje, że w całości nie zrezygnowano z pokazywania załogi Rocinante. Ich historia była ciekawa, pokazano jak ich często bezmyślne działania oddziałują na normalnych obywateli i przez ich wybory giną niewinni. Jednak dużo lepiej wyglądałaby spójniejsza konstrukcja odcinka i poświęcenie całości na konferencję pokojową. Która była odpowiednio emocjonująca. Krępujące rozmowy przy stole, tajemnicze działanie Marsjan i nie radząca sobie Bobbie gdy jest przesłuchiwana przez Avarasalę. To były znakomite sceny lepiej pokazujące zależności między dwiema planetami. Była też wyprawa na Merkurego gdzie powstała nowa forma życia czyli to dopiero początek kłopotów z protomolekułą.

OCENA 4.5/6  

The Expanse S02E10 Cascade
Oglądając ten odcinek zdałem sobie sprawę, że zaraz koniec sezonu, a ja tego nie czują. Historia ładnie się rozwija, świat jest rozbudowywany od kilku stron, a bohaterowie wydają się coraz bardziej ludzcy i zróżnicowani. Tylko brakuje w tym wszystkim napięcia i wygląda na dalsze rozstawianie pionków na szachownicy. Jest widmo kosmitów i protomolekuły, ale zupełnie nie wiem czego się spodziewać w przyszłości. Ten brak wiedzy jest dobry na pierwszy sezon, ale teraz chciałbym mieć poczucie kierunku jaki obrał serial, nawet jeśli miała być to zmyłka.

Z powodu braku scen z wyprawy na Merkurego najciekawszą historią okazała się ta Bobby. Zaszczuta przez własnych przełożonych i napędzana chęcią zobaczenia oceanu ucieka ze swojego pokoju. Okazało się to doskonałym pretekstem by pokazać Ziemię z innej perspektywy niż biurowce UN. Trawiona własnymi problemami, cierpiąca z powodu przeludnienia wiele nie różni się od naszej rzeczywistości. Mimo rozwoju technologii narkomania i bezdomność wciąż są problemami. Mimo to wciąż znajdują się dobrzy ludzie zdolni pomóc. Podobało mi się to zwłaszcza dzięki zderzeniu z światopoglądem Bobbie, która wierzyła w dostatek Ziemi i uważała wszystkich jej mieszkańców za swoich wrogów. Teraz, a jeszcze bardziej po rozmowie z Avarasalą, spojrzy na wszystko inaczej.

Sama Avarasala znowu kradnie sceny z swoim udziałem. Konfrontacja z Errinwrightem gdy przyznaje się do winy była, co tu dużo mówić, świetna. Niewzruszona przyjmuje jego skruchę, a on zdaje sobie sprawę, że wiedziała o tym dużo wcześniej. Jestem bardzo ciekaw jak relację tej dwójki będą rozwijać się w przyszłości. Trochę liczę na możliwość zadośćuczynienia swoich win przez Errinwrighta.

I na koniec załoga Rocinante. Trochę nudno, ale poznawanie nowych lokacji, tutaj stacji Ganimades i tak przykuwa wzrok. Na podstawie jednej sceny pokazano jak bardzo Holden stacza się i obojętnienie na przemoc, to może w przyszłości doprowadzić do ciekawych konfliktów z Naomi. Coraz więcej czasu dostają też emocjonalne problemy Amosa. Na rozluźnienie dano Alexa bawiącego się na statku. Główny wątek? Coś dzieje się z stacją. Tyle.

OCENA 4.5/6

The Flash S03E17 Duet
Crossover Flasha z Supergirl zaowocował wreszcie znośnym odcinkiem. Dużo pozytywnej energii, Kara i Barry to bardzo optymistyczny duet i są idealnie na poprawę humoru. Uśmiechałem się przez bite 40 minut. Nawet fabularnie mi się podobało. Zamiast mącącego złego był potężny kosmita, który chciał pomóc bohaterom stać się lepszymi wersjami samych siebie i pomógł lepiej zrozumieć takie wartości jak przyjaźń i miłość. To była całkiem miła odmiana od ciągłej walki. Fajnie było też zobaczyć śpiewającą obsadę z całego uniwersum DC/CW. I tylko mogłoby być więcej piosenek z udziałem Karry i Barry'ego.

OCENA 4.5/6

poniedziałek, 20 marca 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #223 [13.03.2017 - 19.03.2017]

SPOILERY

24: Legacy S01E07 6:00 P.M. - 7:00 P.M.
Tony wrócił! I gdyby nie ujawniono tego wcześniej w newsach, wywiadach i trailerach byłbym kompletnie zaskoczony. Od jego ostatniego występu minęło kilka lat i zupełnie nie pamiętałem co się z nim działo. Wydawało mi się, że nie żyję, ale tyle razy ginął, że można stracić rachubę. Ma się całkiem dobrze, przewodzi najemnikom i współpracuję z rządem. W tym przypadku porywając Henry'ego. ponieważ to najprostszy sposób by wyciągnąć z niego tajne informację. Szkoda tylko, że Tony miał słabe wejście. Mało emocjonująca rozmowa telefoniczna. Oczekiwałem czegoś bardziej szokującego. Już lepiej jakby dokonali porwania i na końcu okazało się kto jest za to odpowiedzialny. Czy ja muszę im pisać scenariusz? Ktoś na pewno powinien pomóc, a kursy doszkalające uznają za obowiązkowe.

Ten odcinek był bardziej spójny od pozostałych, dano trochę czasu Carterowi i zredukowano zbędne wątki do minimum. Dzięki temu oglądało się to z umiarkowanym zainteresowaniem. Dalej jest bez sensu, Carter nie myśli i można łatwo przewidzieć dalszy ciąg, ale nie ma niestrawności. To nie mała pochwała dla tego sezonu. Zgrzytam jednak zębami oglądając kolejne genialne posunięcie Rebbecki, Mullinsa i Cartera. Aż dziwne, że Ameryka wciąż jest w jednym kawałku. 

Inne:
- Henry musiał być przetransportowany żeby zostać poddany torturą? Biedne CTU stoczyło się na psy skoro nie mają do tego specjalnego pokoju.

OCENA 3/6

DC's Legends of Tomorrow S02E14  Moonshot
Pierwszy odcinek z Ripem ponownie w drużynie i nie mogło zabraknąć konfliktu o kapitańskie stanowisko. Został on rozegrany bardzo inteligentnie, bez nachalnego eksponowania i dialogów, a jednocześnie uwydatnił jak bardzo zmieniła się drużyna. Rip przez większość czasu był obserwatorem, chciał zachowywać się jak kapitan, ale od razu oddawał Sarze stery, z zbolałą miną akceptował, że jest ona lepszym kapitanem od niego i w kluczowym momencie to potwierdził. Cały wątek został zakończony paralelą do rekrutacji Legend gdzie Sara używa słów Ripa w jego kierunku.

Moonshot miał dużo więcej ważnych scen z wątkami osobistymi bohaterów. Jestem pełen podziwu ile udało się wycisnąć z standardowych czterdziestu minut. Już sama główna historia mogła być przytłaczająca - wyprawa na księżyc po fragment włóczni i ratowanie załogi Apollo 13. Zamiast tego była ramami do opowiadania o innych rzeczach. W centrum był dramat rodzinny Steelów. Wyrwany z swojego czasu musiał chronić włócznię. Porzucił rodzinę co wpłynęło na dwa następne pokolenia. Ma wyrzuty sumienia z tego powodu i chcę wrócić. Gdy jednak dowiaduje się o aberracjach nie jest w stanie podjąć tej decyzji, rozumiem konsekwencję zabawy z czasem. Co Nate ma mu za złe. Idealistycznie wierzy, że jego powrót naprawiłby rodzinę. Co jest mrzonką bo w ten sposób on stałby się zupełnie innym człowiekiem.

W historię Steela organicznie wpleciono wątek Amayi. Ona walczy o nienaruszanie historii by potem dowiedzieć się o tragicznym losie swojej wioski. Co w takim momencie ma zrobić? Zmienić historię czy ślepo podążać za biegiem wydarzeń jak wymagała od Steela. Niemalże jak antyczny dramat. Dzięki temu o wiele lepiej wypada wątek romansowy jej i Nate niż nudny melodramat Hawków. Podejmowane przez ich decyzję są trudne, a związek jest z góry skazany na niepowodzenie.

Współpracujący duet Thawna i Raya okazał się bardzo miłym dodatkiem. Nie miałbym nic przeciwko gdyby rozciągnięto to na cały odcinek. Trudna współpraca, brak zaufania i zły który jest inteligentniejszy i trochę bawi się dziecinnym Rayem. Tutaj też zgrabnie wpleciono motywy działania Eobarda dla którego zdobycie włóczni nie jest megalomanią, a jedynym sposobem na przeżycie.  

Inne:
- serio, speedsterzy tracą swoją szybkość opuszczając Ziemię? Przecież to bez sensu... a faktycznie, naukę i reguły rządzące tym światem trzeba przyjmować na słowo honoru.
- gdzie jest Cold?! Trzy odcinki do końca, a jego wciąż nie ma w Legionie Zagłady 
- Martin śpiewający w duecie z Mickem w kontroli lotów NASA - komediowa perełka.
- a za tydzień gościnny występ zaliczy sam mistrz Tolkien. Jak tu nie czekać na kolejny odcinek?
- video-diary Raya i odwołanie do Marsjanina, perfekcja. Nic jednak nie przebije przygrywającego podczas spaceru po księżycu Also sprach Zarathustra.

OCENA 5/6


 The 100 S04E06 We Will Rise
Oglądając zapowiedź tego odcinka szykowałem się na Mad Maxa w świecie The 100. I nie mogłem się bardziej mylić. To nie był napakowany akcją odcinek drogi z questem polegającym na przejściu z punktu A do punktu B pokonując niespodziewane niebezpieczeństwa. To była opowieść o bohaterach czyli to co wychodzi tutaj najlepiej. O ich strachach, ciągle oddziaływającej przeszłości, ale też walce o lepsze jutro. Zdecydowanie najlepszy odcinek The 100 w tym sezonie.

Zacznę może od podróży na którą się nastawiałem. Niecodzienny sojusz Azgeda i Skaikru i wyprawa z ostatnią nadzieją ludzkości do laboratorium. Czy coś może pójść źle? Jak się okazuje część armii Ice Nation zdezerterowała, w lasach są tez pozostałości walczących Trikru. Standard, z jednej strony walka o losy ludzkości, a z drugiej zawiść sięgająca pokoleń i plemienne walki. Umiejętne budowanie napięcia podczas leśnego spotkania z Grounders, a potem zmyłka z złymi w tej historii. To ludzie Roana kradną hydrazynę, a nie Trikru. To Roan musi walczyć ze swoimi, a nie dobrze znanym wrogiem. I wszystko tu jest logiczne. Zawiść wobec króla, który został zredukowany do roli popychadła Wanhedy popycha jego ludzi do skrajnych działań. Udaje się wygrać bitwę, ale wojna zostaje przegrana, część paliwa zostaje utracona w przypadkowy sposób. Dochodzi też do eskalacji konfliktu między dwoma klanami. Tylko Clarke może go załagodzić bo jak wiadomo tylko ona troszczy się o wszystkich. Na to jednak przyjdzie czas.

Przewrotnie przejdę teraz do dwóch pierwszych scen i otwarcia w Arkadii. Pierw Jasper cytuje dr. Seussa i potwierdza swoją filozofię chwytania dnia i życia chwilę. Jest w tym coś niewłaściwego gdy ogląda się w tym samym momencie Jahę na tle zniszczonego obozu. Jahę, który znowu wątpi. W przyszłość i przetrwanie, nie jest w stanie kierować ludźmi i podejmować znaczących decyzji. Zmienia się gdy Monty przypomina mu o Wallecie. Nie pierwsze i nie ostatnie odwołanie do wcześniejszych odcinków. Po tym podejmuje właściwą decyzję i ratuje tłum przed popadnięciem w ciemność.

Jednak najważniejsza w Arkadii była historia Octavi. Apatia po odniesionych obrażeniach i niesłabnąca agresja wobec brata, tak wygląda podczas pobytu w ambulatorium. Zobojętnienie trwa do tego stopnia, że pozwala tłumowi dopaść Iliana. Krew za krew. Jest tylko jeden warunek, sama chcę dokonać egzekucji. I tutaj znowu następuje odwołanie do dawnych wydarzeń, do momentu który ukształtował obecną Octavię, śmierci Lincolna. W dramatycznej scenie Kane porównuję ją do Pike'a. Ilian klęczący w błocie i Octavia mierząca do niego z broni. Ta sama scena tylko ona na miejscu znienawidzonego przez siebie człowieka. Do tego jeszcze melodramatyczna reżyseria z nakładającym się obrazem umierającego Lincolna na zdezorientowaną Octavię. Piękny moment i tragiczny dla postaci, gdy zdaje sobie sprawę kim się stała. Poraża ją to do tego stopnia, że opuszcza obóz. Jakby udawała się na symboliczną wędrówkę w poszukiwaniu nowej siebie.

W laboratorium ALIE nastąpiła wymiana i zamiast Abby pojawiał się Murphy co oznaczało masę scen z Raven. Ona zdesperowana próbuje pilotować rakietę, a on tryska sarkazmem wymieszanym z zwątpieniem. Hydrazyna nie eksplodowała, ale tutaj musiało dojść do wybuchu. Raven wyrzuca mu jego oślizgłość co mocno go dotyka. To był fenomenalny moment dla postaci i aktorów, którzy mogli się wykazać. Raven nie kontroluje własnych emocji i choroba coraz mocniej jej doskwiera mimo to się nie poddaje. I oczywiście ratunek przychodzi od Johna. Uwielbiam chemię między tymi postaciami. Mimo nienawiści jest też szacunek objawiający się w krytycznych momentach. I wszystko skończyłoby się tak bardzo potrzebnym happy endem gdyby nie utrata części paliwa.

Inne:
- kosmetyczne zmiany w czołówce po ostatnich wydarzeniach, bardzo lubię takie detale.
- świetnie nakręcona scena gdy tłum linczuje odpowiedzialnego za zniszczenie Arkadii. Brutalność, chaos, bezsens przemocy i Kane jako jedyny sprawiedliwy powstrzymujący motłoch.
- Roan wbijający szpilę Bellamy'emu gdy ten krytykuje go za niszczenie wiosek Trikru. Przeszłość nie zapomina

OCENA 5.5/6

The Expanse S02E04 Godspeed
Siłowe zarekwirowanie statku kosmicznych mormonów trochę mnie rozczarowało. Tym bardziej, że poszło bardzo łatwo i nie poświęcano temu wiele uwagi. Mam tylko nadzieje, to nie koniec tego wątku i serial szybko do tego wróci. Zamiast kompleksowej polityki i negocjacji Godspeed było skupione na jednym wątku - zniszczeniu Erosa. Budowanie napięcia przez cały odcinek, walka z czasem i niemożliwe do podjęcia decyzje. Dużo udało się wycisnąć z standardowych czterdziestu minut. Co rusz zachwycałem się pustką przestrzeni kosmicznej, monumentalizmem statków i rozmachem realizacji. Nie zabrakło też ludzkich momentów. Gotowość Millera na największe poświęcenie i niemożliwa decyzja Holdena i skazanie misji ratunkowej na śmierć by ocalić ludzkość. I ta końcówka gdy nie dochodzi do zbliżenia bo Eros zmienia kurs. Naukowcy stworzyli osobliwość kontrolującą ciało niebieskie. Zaczyna mnie coraz bardziej intrygować jak ten serial rozwinie się na przestrzeni kilku sezonów. A przecież już w następnym odcinku powinno dojść do spotkanie Holdena z Marynarką Marsa.

OCENA 4.5/6

The Expanse S02E05 Home
To było piękne, zwłaszcza ostatnie parę minut. Zacznę jednak od początku. Myślałem, że poprzedni odcinek to było budowanie napięcie prowadzącego do zniszczenia Erosa. Tutaj na celowniku była Ziemia. Nie do końca samoświadoma stacja wykorzystując podświadomość Julie pragnęła wrócić do domu, na Ziemię. Nie chodziło o niszczycielskie zamiary, ale pierwotny lęk i pragnienie bezpieczeństwa. Ludzie stworzyli byt, który mógł ich zniszczyć. Jednak zamiast sprowadzić zagładę Miller apelując do świadomości Julie i wykorzystując miłość jako jedną z największych emocji uratował świat. Całkiem niezłe osiągnięcie jak na Pasiarza. Wszystko to w przepięknej scenerii błękitnej protomolekuły, unoszącymi się w powietrzu świetlikami i Julie połączoną fizycznie z Erosem. Piękne.

Nie zabrakło też heroizmu ze strony Holdena. Gotów był poświęcić życie swoje i załogi by zniszczyć zagrożenie. Świadomie jednak odpuścił wiedząc, że jest lepsze rozwiązanie. Również Avarasala była gotowa oddać życie i walczyć o Ziemię do samego końca. Może i trochę naiwnie, ale liczy się intencja. Strasznie podobała mi się jej rozmowa z mężem gdy wyznawali sobie w niebanalny sposób miłość. Brak muzyki przez większość sceny tylko podkreślał ważność chwili.

I tylko szkoda, że nie pokazano więcej Marsjan i ich reakcji na wydarzenia. Lub cywilnej ludności oczekującej końca świata. Rozumiem czemu tego nie było, ale żałuję. Pytanie co teraz. Protomolekuła na pewno nie została zatrzymana, a wątpię by serial w całości opierał się na wojnie Ziemi z Marsem. Podejrzewam, że to jeszcze nie koniec Millera i w jakieś formie powróci. Terraformowanie Wenus za pomocą protomolekuły i stworzenie jeszcze groźniejszego wroga? A mógł Miller lecieć na słońca. Chociaż w tym wypadku raczej nie byłby w stanie naciskać przycisku co minutę.

OCENA 5.5/6

The Expanse S02E06 Paradigm Shift
Pozornie niepowiązane z główną opowieścią wątki to nic nowego w The Expanse. Choćby w zeszłym sezonie w jednym z odcinków poświęcono dużo czasu by pokazać zbieraczy lodu. Tutaj zastosowano podobny zabieg. Flashback o ponad sto lat opowiadający o odkryciu przełomowego napędu. Cel? Opowieść jak Mars zdobył swoją pozycję oraz podkreślenie nadrzędnej roli technologii w kreowaniu historii. Taki przełom trafia się raz na pokolenia i właśnie teraz jest taki moment, tytułowa zmiana paradygmatu. Tylko zamiast nowego napędu jest pozaziemska biotechnologia. Godne pochwały jak udało się to opowiedzieć.

Koniec odcinka to bitwa kosmiczna. Krótka, chaotyczne i bardzo ładnie pokazana. Nie wiadomo kto zaatakował, można przypuszczać, że kosmici. Jednak zacznie się wojenka miedzy Marsjanami i Ziemię, to nieuniknione. Dzięki temu wątek Bobbie zrobi się ciekawszy i znaczący dla całej opowieści. Najwyższy czas.

U naszych głównych bohaterów było trochę komediowych scen, ale więcej dramatów. Standard. Szczególnie u Alexa. Wciąż przeżywa, że jest odpowiedzialny za śmierć 25 ludzi gdy ratował Amosa. Wciąż przemawia przez niego marsjański patriotyzm co może mieć wpływ na jego działania gdy rozpocznie się wojna. Również Naomi działa z wyższych pobudek. Dla dobra Pasa okłamuje Holdena i nie niszczy protomolekuły. Kolejna decyzja wpływająca w dużym stopniu na wszystkich bohaterów.

Na Ziemi błyszczała Avarasala. Co to była za piękna tyrada przeciw korporacją i karierowiczom wbijając przy okazji szpilę Errinwrightowi. To może zaważyć o jej przyszłości, ale ten moment był jej potrzebny. O wiele ważniejsza jest wyprawa na Wenus. Podejrzewam, że znajdą coś co odmieni losy wszechświata.

OCENA 4.5/6

The Expanse S02E07 The Seventh Man
Serial przez te 1,5 sezonu skupiał się na ziemskiej polityce. Mars był okryty tajemnicą, trochę idealizowany, najczęściej widziany oczyma obcych. Teraz można było przekonać się jak niewiele różnią się od Ziemian. Za wszelką cenę chcą zakończyć konflikt, nawet są skłonni by nakłonić swojego podoficera do kłamstwa. I teraz pytania - czy ten cynizm to ich podwójna gra bo mają bardziej długoterminowe plany czy może są jakoś powiązani z kosmitami? Może oba?

U innych bohaterów nie było już tak ciekawie. Na Ziemi doszli do wniosku, że trzeba zwołać szczyt bezpieczeństwa, skromnie. Plusem, że Bobbie go odwiedzi. Na stacji Tychos trochę polityki związanej z walką o wolność Pasa i mylne tropy związane z działaniem postaci. Niestety nic ekscytującego, budowanie tła pod dalsze wydarzenia.

OCENA 4/6

The Expanse S02E08 Pyre
Intensywny odcinek niemal w całości dziejący się na stacji Tycho. Jedyne sceny poza stacją to wprowadzenie nowej postaci, botanika z Ganimedesa mającego powiązania z Protogenem. Już od pierwszych chwil było wiadomo, że to będzie ważna postać, nie bez powodu dostał otwarcie odcinka, a potem pokazywano jego podróż na statku z uchodźcami. Szybko można było z nim sympatyzować i kibicować by jak najszybciej wpadł na Holdena i jego załogę. I to dzieje się już na końcu odcinka. Lubię tą postać i chciałbym się o niej więcej dowiedzieć. Jego oczami można też było obejrzeć do czego są zdolni Pasiarze zabijający mieszkańców planet wewnętrznych. Wojna między ludźmi, marnowanie zasobów, a gdzieś dalej kryją się kosmici będący prawdziwym przeciwnikiem.

Na Tycho Fred Johnson walczył o utrzymanie władzy. Jego pozycja została naruszona, a w trakcie odcinka przeżył jeszcze zamach. Uratował go Holden. Trochę za szybko, można byłoby to rozłożyć w czasie, ale rozumiem w końcu jest wiele więcej historii do opowiedzenia. Coraz bardziej lubię Drummer. Serial rzucał fałszywę tropy jakby współpracowała z Davesem, a ostatecznie okazała się lojalna Fredowi. I pięknie załatwiła na końcu terrorystów. Bez sądu, czysta egzekucja. Choćby dla niej kibicuje Fredowi.

W następnym odcinku wyprawa na Ganimadesa co oznacza bliższy kontakt z Marsjanami i rozbudowanie postaci Alexa. Cicho liczę, że Bobbi dotrze już na Ziemię na rozmowy pokojowe.

OCENA 4.5/6

The Flash S03E16  Into the Speed Force
Wyprawa w głąb Speed Force okazała się rozczarowująca. Nawet nie wiem jaki był jej sens poza uratowaniem Wally'ego. Wszystkie rozmowy o heroizmie i poświeceniu były banalne, Barry znowu niczego się nie nauczył, sprowadzenie starych twarzy by wcielali się w Speed Force to marnowanie ich czasu, a zasada speedster za speedstera była zwyczajnie głupia. Odcinek miał też problemy na poziomie konstrukcyjnym. Sprowadzenie Jaya poza kadrem tylko na chwilę i powtarzalne sceny w Speed Force dopełniały całości. Dalej nie rozumiem decyzji jakie popełniają bohaterowie. Rozstanie Iris z Barrym nie ma sensu. Tak samo jak Jesse udająca się na Earth-3 chwilę po tym jak przeprowadziła się na Earth-1. Scenarzyści widocznie nie mają pomysłu i ganiają w kółko. Szkoda.

OCENA 2.5/6

The Mentalist S01E04 Ladies in Red
Lubię sobie od czasu do czasu obejrzeć proceduralną sprawę kryminalną zamknięto w jednym odcinku. Nie mam nic przeciwko jeśli maszyna losująca wypluje mi Bones, Hawai Five-0, JAG, Castle czy Elementary. Wystarczająco lubię tych bohaterów by raz na jakiś czas się z nimi spotkać i sprawdzić czy nie wyszli z wprawy w łapaniu przestępców. Tym razem padło na The Mentalist, niemalże dekadę po emisji odcinka. I muszę przyznać, że serial mocno się zestarzał. Pierwsza scena to początek śledztwa i 95% odcinka jest mu poświęcone. Nie ma miejsca na rozwijanie relacji między bohaterami czy większą sprawę poza wątkiem romansowym w tle. Bardzo zachowawcza forma. Nastawiałem się na to więc mi nie przeszkadzało. Jak wypadła sama zagadka? Całkiem zgrabnie. Fałszywe tropy i nieoczekiwane zwroty akcji co przerwę reklamową, ale przy tym angażujące w zgadywanie. Gdyby nie zasada pierwszej najmniej podejrzanej osoby rozwiązanie pewnie by mnie zaskoczyło.

OCENA 4/6