Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3 filmowe grosze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3 filmowe grosze. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 lipca 2014

3 filmowe grosze #13

300: Rise of An Empire
pierwszych 300 uważam za świetny film. Będzie już ponad pięć lat kiedy go ostatnio oglądałem, ale wciąż pamiętam niektóre mistrzowsko wyreżyserowane sceny, euforię podczas ich oglądania i potem długi zachwyt. Może jakbym dzisiaj obejrzał film odbiór byłby inny, ale wątpię bym stwierdził, że jest podobny do swojej kontynuacji. Jest pod każdym względem lepsze i lepiej gdyby na tym jednym filmie się skończyło. Obawiam się, że producenci mogą się jednak pokusić o jeszcze jedną część. Zakończenie było otwarte, a film swoje zarobił.
- jeszcze zanim przejdę do filmu - tytuł jest okropny. Nie chodzi tylko o pierwszy człon, który ma tylko nawiązywać do znanej marki i sprzedać całość. Czepiam się też jego drugiej części. Obejrzałem film i nie mam pojęcie o jakie imperium chodzi. Persowie mieli swoje już dawno, a przez film niczego nie zbudowali. Grecy za to jednoczą się by pokonać wroga. To nie żadne imperium tylko koalicja. Chyba, że chodzi o imperium jako metaforę nowych idei opartych o wolności, równości i braterstwie. Może jakby to był inny film mógłbym się pokusić o taką interpretację, ale nie podejrzewam twórców o takie intencje.
- czym jest Rise of An Empire? Ni to wydra ni kapibara. Trochę prequel, trochę sequel, jeszcze częściej wydarzenia są prowadzone równolegle z historią znaną z 300 tylko z innymi bohaterami w innych miejscach na tej samej wojnie z persami. Scenarzyści mieli kilka pomysłów, ale nie wiedzieli jak je ze sobą zszyć przez co wyszedł im brzydki potworek, na którego nie chcę się patrzeć. Nie czuć by historia miała jakąkolwiek spójność i brak wyraźnego ciągu przyczynowo skutkowego. Film opowiada kolejne epizody z wojny przeplatane, osobistą sytuacją bohaterów, która nie potrafi zainteresować i nawiązaniami do oryginalnych 300.
- marną historię bym bez problemu zniósł gdyby mięsko było smakowite. W sumie na to głównie liczyłem. Miała być wojna totalna, finezyjne starcia i zachwycające slow motion uczące anatomii umierających wrogów. Ale nie ma. To tak jakby wypuścić komedie bez żartów lub Gwiezdne Wojny bez mieczy świetlnych. Można, ale nie ma to najmniejszego sensu. Strona realizacyjna została pokpiona niesamowicie co jeszcze uwidacznia to, że Zack Snyder nie jest tylko zwykłym rzemieślnikiem. Potrafił wykreować wojnę, która budzi emocję, jest brutalna i zginąć może każdy. Czuć było też, że to wielka bitwa. Niby banalna rzecz, ale tutaj tego nie ma. Niby wojna, niby są pokazane palące się miasta czy starcia takie jak Maraton i Salamina, ale zamiast kilkudziesięciu żołnierzy jest skupienie się na garstce. Nie ma żadnych plenerów, ruchów wojska, zaskakujących akcji tylko wyrzynka garstki bohaterów, a potem ja się śmieje, że mówią o tysiącach na polu bitwy. Tylko fajnie wyszły niektóre starcia na morzu bo to było coś nowego i nawet wyszło pomysłowo. Tylko znowu - krótkie pokazanie dużej floty i jakaś akcja skupiająca się na kilku jednostkach. Z samą wojną ma to też niewiele wspólnego. Z historią nawet nie zamierzam tego porównywać. Wystarczy podstawowa wiedza by krzywić się z tego co tu pokazano, ale to przecież nie miał być film historyczny tylko finezyjna sieczka!
- kolejne składowa to choreografia walk. Łączy się z tym tez ruch oddziałów, którego jak wspomniałem nie ma poza kilkoma wyjątkami na wodzie i jedną absurdalną sceną na koniu w finale. Oglądałem ten film - by popatrzeć na świetnie wyreżyserowane i dramatyczne starcia i strasznie się na tym aspekcie zawiodłem. Temistokles to one man army idzie i zabije wszystko jak się rusza, zero w tym finezji czy tym bardziej dramatu. Slow mo jest za to za dużo i jakbym był złośliwy to napisałbym, że wydłuża film o jakieś 30%. Krew za każdym razem leje się w zwolnionym tempie, postacie zdejmują hełmy w zwolnionym tempie, deszcz pada w zwolnionym tempie, wymiana spojrzeń następuje w zwolnionym tempie. No bez przesady. Ten efekt ma podkreślać fragmenty sceny, a nie być wrzucany za każdym razem gdzie się tylko da. Reżyserowi brak wyczucia. Obejrzał jakiś poprzedni film Snydera, stwierdził, że efekt wygląda fajnie i wsadził go do każdej sceny co zupełnie nie pasuje. Przeciętny odcinek Spartacusa jest lepszy od tego filmu.
- obrazu rozpaczy dopełniają dialogi i myśl przewodnia filmu. Jest amerykański do bólu, brakowało mi tylko powiewającej flagi i eskadry F-16. Bohaterowie rzygają zwrotami  zawierającymi wolność i honor, aż nie dobrze się od tego robi. Do tego gdy królowa Gorgo opowiada o przeszłości używa do tego pretensjonalnej poetyckiej narracji. Jest też prosta analogia - Grecy to świat Zachodu, a Persowie grają rolę złego Bliskiego Wschodu, który chcę zniewolić świat. Trzeba się im przeciwstawić, poświęcić własne życie dla kraju, własnego syna i towarzyszy, walka ze złem jest najważniejsza. A teraz idźcie proszę się zaciągnąć i zmieniać świat na lepsze. Zgodnie z dawną tradycją kina Grecy są wysportowani i piękni, a Persowie mają odpychające twarze. Śmiesznie też wygląda pokazanie niewolników. Ateńczycy też ich mają, ale tylko migają w tle, ale już u Persów są eksponowani za każdym razem jak statki gdzieś płyną. Zabawnie wygląda stosunek ciał na ekranie - na jednego trupa Greckiego przypada z 20 wrogich przez to nie czuć dramatyzmu bitwy skoro nasi nie przegrywają tylko jest mówione jak to się im źle dzieje.
- niby przeciwwagą dla prostej konstrukcji dobrzy/źli miała być postać Artemizji granej przez Eve Green, ale jej historia jest dziwna. Niewolnica grecka, wychowana przez Persów gdzie zrobiła karierę wojskową, a teraz chcę się mścić na swoich oprawcach. Przerysowana, ale przyjemna dla oka i chyba z zupełnie niepotrzebnym backstory bo nie wiele z niego wynika poza jej kompleksem niższości i chęcią dominacji.
-film powstał na bazie jeszcze nie wydanego komiksu Kserkses można więc wnioskować, że odegra on dużą rolę w filmie. Wnioskujcie dalej. Jest na początku, pokazano jego mistyczny origin i potem przewija się w tle. A jego origin to kolejna z wielu dziwnych scen, które nie pasują do reszty. W skrócie to Artemizja zrobiła z niego boga, ale sensu w tym nie było żadnego. Niby miała plan, ale był on tak skomplikowany, że go nie zrozumiałem. Bo jeśli jej jedynym celem był najazd na Grecję to fatalnie to rozegrała.
- podobała mi się za to muzyka. Blisko Wschodnie klimaty idealnie pasowały do opowieści i jej dynamika komponowała się z akcją. Fajne też było animowane outro, najładniejsze efekty komputerowe wygenerowane przez cały film. Reszta była wystarczająca, ja lubię tą przerysowaną konwencję więc kupuje niebieski ekran. Szkoda tylko, że tak źle go wykorzystano.

OCENA 2/6

Gravity
- o Grawitacji dużo się nasłuchałem po premierze dlatego podchodziłem do niej pełen obaw, ale  też wiary. I się nie zawiodłem bo to film idealnie trafiający w moje gusta. Nie pusty blockbuster, ale film z przekazem i symbolizmem. Pewnie sporo osób będzie narzekało, że z zbyt nachalnym i pretensjonalnym, ale lepsze to niż ledwie widoczna subtelność. Jest to film nie tylko o babie w kosmosie, która próbuje przeżyć. To film o ponownych narodzinach, hartowaniu się siły w jednostce, woli przeżycia i tym co po nas zostanie. Nieustannie jest też przypominane o odwieczny krąg życia i śmierci. Ja to kupuje. 
- jednak jak mądry nie byłby to przekaz to najistotniejsze jest to co się dzieje na ekranie. Jest to prosta historia gdzie prawo Murphyego osiągnęło największą wartość. Wszystko się pieprzy, bohaterka walczy z kolejnymi przeciwieństwami i na nowo uczy się żyć. Od jednego niebezpieczeństwa w drugie z niewielkimi chwilami wytchnienia, które budzą emocję. Prostota, ale efektowność przekazu. 
- wszystko to ogląda się z zapartym tchem bo strona techniczna filmu jest fenomenalna. FENOMENALNA. ogromnie żałuje, że nie widziałem go na dużym ekranie z dobrym nagłośnieniem. Bajeczne zdjęcia pokazujące piękno i majestat kosmosu podkreślane przez długie ujęcia. O pierwszych kilkunastu minutach filmu mówiło się jeszcze przed premierą bo nie mają żadnych cięć, ale dalej jest równie ciekawie. Ordynarnych cięć jest niewiele, większość jest maskowana przez pracę kamery przez co wydaje się, że jest więcej ujęć tego typu. Do tego kamera swobodnie dryfuje i zatrzymuje się w dziwnych miejscach jak hełm bohaterki. Dużą wagę przyłożono też do poszczególnych ujęć gdzie obraz przejmuję rolę narracyjną.
- Grawitację obejrzę jeszcze raz. Znając przesłanie lektura będzie jeszcze ciekawsza. Do tego będę mógł jeszcze bardziej popodziwiać efekty bo naprawdę jest czym się zachwycać. 

OCENA 5.5/6


The Raid 
- dawno 90 minut nie minęło mi tak szybko. The Raid to zastrzyk adrenaliny zakrzywiający czasoprzestrzeń. Włączasz film, chłoniesz go, a za moment już jest koniec i leci lista aktorów. Jest tak dobrze. Nie sposób oderwać wzroku od ekranu by nie uronić choćby sekundy. Tego właśnie się spodziewałem słuchając głosów zachwytu, ale obawiałem się, że będę wybrzydzał. Nic z tego. Dołączam do chórku i będę piał peany o dziele Garetha Evansa.   
- ciężko mi się do czegoś przyczepić, jestem niemal bezkrytyczny dla historii, którą mi zaserwowano. Fabularnie jest prosto - oddział policjantów, jeden budynek i walka o przeżycie. Trafia się kilka zwrotów fabularnych, dorabiana jest głębia dla tej opowieści, ale to tylko pretekst dla pokazania baletu śmierci. Jednak udało się stworzyć wyrazistych bohaterów, nadać im osobowość i sprawdzić, że są odróżniali od siebie. Chciałoby się jednak więcej charakterystycznych postaci i wyraźnych osobowości po stronie "dobra". Również sprawa dialogów została sprowadzona do minimum. Bohaterowie niewiele ze sobą rozmawiają, a jak już to robią nie są to puste wymiany słów i powtarzanie znanych zwrotów mimo, że historia i zwroty akcji oparte są na dobrze znanych tropach.
- jednak tego filmu nie ogląda się dla fabuły czy postaci. Jego ogląda się dla niesamowicie pokazanej akcji. Przy odrobinie wyobraźni film można podzielić na dwa segmenty "strzelany" i "kopany". Pierwsza część to niesamowicie klimatyczna akcja policjantów. Pierw motywująca odprawa, potem taktyczne przeprowadzenie akcji i powolne przedzieranie się przez budynek. Cały czas czuć rosnące napięcie i oczekiwanie na ten jeden błąd. Do czego szybko dochodzi i następuje niesamowita wymiana ognia. Szybka, intensywna i brutalna. Niesamowicie żałuje, że nie oglądałem filmu na kinie domowym. Świszczące kule i dźwięk rozrywanego mięsa w 5.1 byłby smakowitym doświadczeniem. Zwłaszcza wybuchowy finał z śmiercionośną lodówką. Indiana mógł jej użyć jako mobilnego bunkra atomowego, ale wolę jej pomysłowe zastosowanie z The Raid. Niesamowicie mnie ucieszył realizm wymian ognia. Celność z obu stron jest na odpowiednim poziomie, amunicja szybko się kończy bez zbytecznego dramatyzmu i charakterystycznego "i am out", a trafienie wyglądają niesamowicie sugestywnie.
- jednak prawdziwa uczta zaczyna się gdy pięści idą w ruch. Można się odrobinkę przyczepić, że niemal cały oddział policji to specjaliści od sztuk walki, ale nie ma to sensu skoro sprawia tyle radości. Niezwykłe sceny pojedynków jeden 1 vs 1, 2 vs 1 czy starcia z tłumem. Efektowna choreografia walk, ale nie przesadzona, przy użyciu noży, pałek policyjnych, elementów umeblowania, ścian i własnych kończyn nie raz zaskakuje. Zwłaszcza momenty fatality. Brutalne zgony gdy mimowolnie z ust wydobywa się "o fuck" lub inna dowolna onomatopeja będącą mieszanką niedowierzania, odrobiny współczucia i zachwytu nad kreatywnością ludzi za to odpowiedzialnych. Walki są długie, ale się nie dłużą. Kamera często zmienia położenie, jednak nie czuje się nadmiaru cięć, które często psują efekt. Mi się najbardziej podobały starcia przy użyciu noża. Krótkie i precyzyjne cięcia oraz pchnięcia czego skutkiem są rosnące plamy krwi i jęki poturbowanych w tle.
- nie znam aktorów z filmu, nie próbowałem zapamiętać ich naziwsk, ale gdy będzie mowa o filmie mi przypomni się Gareth Evans. To on stał za scenariuszem, montażem i reżyserią. The Raid to jego dziecko, które powinno przynieść mu większy rozgłos. Na prawdę dziwie się, że jeszcze nikt w Hollywood nie zaproponował mu kręcenia jakieś wysokobudżetowej produkcji. Nadawałby się idealnie. Potrafi wykorzystać perspektywę by podkreślić obecną sytuację, idealnie prowadzi destrukcję otoczenia, umie wykreować sugestywny klimat oraz budować i podtrzymywać napięcie przez cały film (nawet w wydawałoby się spokojnych scenach!). Wie też jak korzystać z muzyki. Dynamiczna i rytmiczna podczas starć z mocnymi basami urywa się gdy padnie ostatni cios. Buduje to niesamowite wrażenie. Często eksperymentuje też z położeniem kamery np. przed lufą pistoletu lub niemalże na głowni siekiery podczas rąbania podłogi co sprawia niesamowity efekt i przypomina mi niektóre momenty z Breaking Bad gdzie też lubiono siębawić w ten sposób.
- film ma jeszcze jedną zaletę. Ogólnie pojęty klimat. Niezwykła brutalność to tylko wierzchołek. Całości dzieje się w jednym wielkim bloku i czuć klaustrofobię, ograniczoną powierzchnię akcji i zaszczucie bohaterów. Są w klatce z wściekłymi zwierzętami i próbują przeżyć na każdy możliwy sposób. Czuć też syf meliny, w której tą walkę prowadzą. Ludzie są zdegenerowani, odpychający i prosto pisząc brzydcy. W tle obskurne rysunki, zniszczone mury, zaniedbane mieszkania pełne lokatorów myślących tylko o kolejnej działce lub chcących zabić policjantów by uzyskać obiecaną nagrodę od głównego bossa. Antagonisty jest odrobinę przerysowany, ale pozytywnie. Evans nie poszedł z nim w absurd czy przesadną groteskowość, ale stworzył bezwzględnego paranoika pławiącego się w śmierci i zapewne kąpiącego w krwi noworodków i dziewic.
- jeśli ktoś spyta się mnie o jakiś film akcji to pierwsze co to polecę The Raid. Spytam się pierw czy nie jest nadwrażliwy na krew, jeśli stwierdzi, że nie, będzie musiał obejrzeć. Bo to jest pierwszorzędny film akcji (choreografia, reżyseria, ciągłe napięcie) z solidną otoczką (fabuła, postacie). Ja jak najszybciej muszę zabrać się za drugą część. Tym bardziej, że dwie najczęściej pojawiające się opinie to "lepszy od jedynki"
 i "słabszy od jedynki".

OCENA 5/6

sobota, 3 maja 2014

3 filmowe grosze #12

SPOILERY 
 47 Ronin
- gdybym miał jakieś oczekiwania względem tego filmu pewnie bym się rozczarował. Tak obejrzałem kolejną średnią produkcję, o której za parę miesięcy nie będę pamiętał bo nie ma zbytnio o czym. Zarys historii jest dobrze znany - 47 roninów mści się za śmierć swojego pana, a potem popełnia seppuku. Jednak dużym problemem okazało się wypełnienie tego mięskiem. Dodano sporo wątków pobocznych, gdzie żaden się w pełni nie rozwija, motywację postaci często pozostają zagadką i brakuje racjonalnego ciągu przyczynowo skutkowego.
-  całość została ubrana w baśń fantastyczno przygodową z motywem konfliktu dobra ze złem (nasi mają piękne kolorowe stroje, źli ubierają się na ciemno...), zakazanej miłości, odnajdywania swojego miejsca w świecie i stąpania ścieżką honoru. I wszystkie to po łebkach mimo, że historia raczej się wlecze i ma niewytłumaczone zakręty. Bo kompletnie nie rozumiem czemu ronini szukając uzbrojenia mogli się udać tylko do wioski mieczników, a jak została zniszczona to jedynym wyjściem było tajemnicze miejsce z legend powiązane z przeszłością głównego bohatera. Oczywiście, że nikt nie pomyślał o innych sposobach na zdobycie broni.
- ogromny problem mam też ze złymi w tej opowieści. Nie rozumiem ich motywacji oraz celów. Do tego wiedźma jest totalnie przerysowana, wygłasza monologi, stroi dziwne miny i próbuje sprawiać wrażenie kogoś złowieszczego. Tylko jej to nie wychodzi. Z tym większym zaskoczeniem odkryłem, że wciela się w nią Rinko Kikuchi, która całkiem nieźle poradziła sobie w Pacific Rim. 
-filmowi wybaczyłbym fatalne dialogi (na szczęście postacie rzadko kiedy się odzywają) i potworną nijakość gdyby chociaż walki były porządnie zrealizowane. Bo wiecie, film o samurajach czyli będą się pojedynkować na miecze. Szkoda tylko, że to co się dzieje zakrawa o kpinę. Starcia kompletnie bez polotu i finezji, do tego mało ich.
- podobała mi się strona wizualna. Może momentami raziła sztucznością i komputery miały tutaj dużo do powiedzenia, ale bogactwo scenografii i kostiumów było zauważalne. Ładnie nasycone kadry i muzyka podkreślająca wydarzenia. Chyba najlepszy element filmu. Szkoda, że niektóre efekty były na zasadzie "patrzcie co potrafimy zrobić, szkoda, że nie mamy pomysłu co dalej". 
- jeśli jednak ktoś nie wymaga od filmów wiele, chcę zobaczyć jak amerykanie widzą XVII wieczną Japonię może sprawdzić. Mojemu tacie się podobało :) 

OCENA 3/6

Escape Plan
-Escape Plan jest przykładem tego, że film nie musi być ambitny lub rozrywkowy by był satysfakcjonujący. Nie jest to wielkie dzieło, obiektywnie ma więcej wad niż zalet, ale czasem takie kino sensacyjne jest potrzebne. Nie obraża specjalnie inteligencji widza, próbuje być czymś lepszym niż jest, ale niestety nie potrafi, ale przy tym można wyłączyć myślenia i nawet dobrze się bawić. Nie koniecznie w zamierzonym przez twórców miejscu. Nie będę nikogo przekonywał, że warto ten film obejrzeć, ale jestem zdania, że takie twory są potrzebne. 
- sam pomysł już jest chwytliwy, trochę absurdalny, ale dobrze znajomy fanom seriali zaczynającym swoją przygodę z tym medium w połowie zeszłej dekady. Ucieczka z więzienia. Jednak tutaj zamiast Wenwortha Millera w którego ponadprzeciętną inteligencję można by uwierzyć jest Sylwester Stallone o podobnych zdolnościach. Ucieczka z pensjonatów o zaostrzonym rygorze to jego specjalność, a robi to dla pieniędzy. Niby twierdzi, że ma w tym jakiś wyższy cel, dręczą go jakieś wyrzuty sumienia, jego postać jest w pewien sposób pogłębiono, ale to nie istotne. Liczą się ucieczki. I tak mamy pierwszą na rozgrzewkę pełniącą rolę prologu i przesadnego wyjaśnienia o co w tym wszystkim chodzi i drugą właściwą. I to jest fajne. Akcja dzieje się za zamkniętymi murami, postacie  muszą polegać na ograniczonych zasobach i własnej inteligencji. Mamy kolejne błyskotliwe sceny, odkrywanie słabości pułapki w której się znajduje, ale też walka z samym sobą. Bo bohater musi upaść by powstać jeszcze lepszym. Jest też większa intryga która stanowi mało interesujące tło do całości, średnio obchodzi i nie zaskakuje bo nie ciekawi. Fajnie jednak, że jest. Jednak mam pewne zastrzeżenia do tych ucieczek. By one ciekawiły nie mogą być zbyt proste, ale też zbyt wymyślne, ale przy tym przemyślane i spójne. Tutaj niestety tego nie ma. Dużo rzeczy jest ukrytych przed widzem i sporo w całości przypadku. Szkoda, że ten najważniejszy element filmu zawodzi. Tak jak szkoda, że zamiast kameralnej i dusznej historii pod koniec przeistacza się w niezbyt finezyjne kino akcji ubiegłego wieku z tryskającą krwią i nudnym strzelaniem w którym wiadomo która postać może, a która nie zginąć. 
- do obejrzenia skłoniła mnie głównie jedna rzecz - team up przebrzmiałych gwiazd kina akcji, które usilnie próbują wmówić, że tak nie jest. Bo prócz Sylwka jest też Arnie, który gra równie tajemniczego co inteligentne więźnia szybko (za szybko) zaprzyjaźniającego się z naszym uciekinierem. Bohaterowie oczywiście pierw wymieniają argumenty w postaci nisko latających pięści by następnie zjednoczyć siły w wspólnej uciecze. Sam film jest świadom tego, że sporo ludzi obejrzy go dla tych dwóch aktorów. I umiejętnie z tego korzysta choćby tak kadrując czy korzystając z zwolnień by jak najlepiej przedstawić tych panów. 
- jest też Zły Człowiek Którego Trzeba Pokonać, który okazuje się być naczelnikiem więzienia. Nie bez przyczyny używam dużych liter. Jest to postać karykaturalna, jak przeciwnik Bonda lub antagonista z kreskówki, udająca, że jest inteligentniejsza niż w rzeczywistości i posiadająca swoje manie. Słuchanie muzyki klasycznej czy kolekcjonowanie motyli. To wiele mówi o przerysowaniu tej postaci. I zbytnio to nie przeszkadza bo pasuje do stylistyki całości. Jest zły do szpiku kości i wiadomo, że ma zginąć na końcu. I tak się dzieje. W niezwykle zabawny sposób. Jednak trochę żałuję, że postanowiono wprowadzać Złego Człowieka przez co więcej było walki z nim niż z więzieniem. 
- więc tak - mamy groteskowe postacie, słabe dialogi, twisty fabularne które nie zaskakują oraz naciągany scenariusz. Do tego jeszcze trochę chaotyczny montaż z irytującą wręcz ilością cięć. I mi to zbytnio nie przeszkadzało bo oglądając chciałem wiedzieć co dalej. I dlatego zaliczam ten film do udanych mimo jego niekwestionowanych wad. 

OCENA 3.5/6

Thor: Dark World
- w ramach przygotowania się do nadchodzącego nowego filmu z Capem i przygotowanie do finału S.H.I.E.L.D. nadrobiłem sequel Thora. I jestem rozczarowany. Daleko mu do metki złego filmu, ale to zaledwie produkcja do piwa i czipsów. Tak żeby się pozachwycać efektami i od czasu do czasu pouśmiechać. Bo dajmy na to fabułę. Jest ona naiwna. Ja wiem, że to film Marvela, ale szanujmy się. Zły elf z przeszłości chcę zniszczyć wszechświat, posłuży mu do tego tajemniczy artefakt, który zbiegiem okoliczności wpada w ręce dziewczyny Thora, a już zupełnie przypadkiem to właśnie wszystkie światy ułożą się w jednej linii co będzie sprzyjało przeprowadzeniu zagłady. Mimo, że Malekhita wciela się Christopher Eccleston to brakuje mu charyzmy i nie jest godzien zapamiętania. Aż dziwne, że nie zdradził swojego planu bohaterem przed śmiercią. Chyba dlatego, że był od tak oczywisty... Brakuje zaskoczeń i nagłych zwrotów akcji, fabuła idzie po sznurku i nie czuć napięcia. Sceny akcji są efektowne i można się przy nich dobrze bawić, ale to tylko to.
- największy problem mam z ziemskimi bohaterami. Przeraźliwie nudne. Naukowcy pełnią rolę comic relief, ale też dość nieudolnie. Zachowują się jakby mieli przeciętny iloraz inteligencji, a potem ratują świat dzięki na naprędce skleconej technologii. Po co SHIELD i Avengers skoro na tym świecie mamy tyle błyskotliwych umysłów! I dlatego agencja jest zaledwie wspomniana przez co średnio czuć, że film należy do drugiej fazy. Z pozostałych postaci średnio spisuje się też Jane Foster. Ukochana Thora, która lata do niego wzdycha. Bo wiecie kobiety tak mają. Chwila zauroczenia i miłość na zabój. Naukowiec czy nie, nie myśli racjonalnie tylko wzdycha do swojego księcia i czeka na jego powrót. Po czym poznaje jego rodziców i mamy kolejne pseudo komediowo niezręczne sceny. Trochę lepiej z postaciami z Asgardu, delikatnie rozwinięto przyjaciół i rodzinę Thora, ale bez szaleństw, wiadomo, że nie opłaca się skupiać na postaciach skoro można pokazać więcej efektów specjalnych. Chyba o wiele lepiej film by wyglądał gdyby pominął jedną z płaszczyzn - Ziemię i skupił się na rozwijaniu mitologiczno - technologicznej strony uniwersum.
- mam też pewien problem z choreografią walk czy może raczej z szkoleniem wojowników Asgardu. Wojownicy, którzy mogą szkolić się tysiące lat walczą bez ładu i składu? W armii zero dyscypliny, pojedynki jeden na jeden to codzienność, każdy robi co chcę, a najlepszym rozwiązaniem jest brutal force. U Thora to jeszcze przełknę, ale u szeregowych wojowników? Szkoda bo w wyobraźni widziałem jak asgardczycy walczą jak rzymskie legiony czy średniowieczni wikingowie w pełni zdyscyplinowani i wiedzący co robią.
- trochę sączą jadu, ale przecież dobrze mi się to oglądało. Bo co jak co ale Asgard prezentuje się fenomenalnie. Techno - fantastyczna otoczka z skandynawsko - środkowo europejsą architekturą robi wrażenie. Szczególnie główny pałac przypominający gigantyczne organy. Cudownie to wygląda. Tak jak prowadzone bitwy. Szkoda, że zrobiono to jednak po łepkach. Gdyby cały film był w świecie Thora można by zrobić odpowiednio napięcie i dramatyzm. Nawet film wojenny z tego. Oblężona stolica, walka z czasem i wrogiem, wypady za miasto - to by było coś. A zamiast tego finałowe starcie na Ziemi. Przez co między podniesieniem tarczy energetycznej, a jej opuszczeniem mija może minuta. A szkoda bo napaliłem się na oblężenie. Tylko do tego armia i uzbrojenie Asgardu musiałoby być lepiej zaprojektowane... Sam Londyński finał jest fajny z jednego powodu - Jane szalejąca z portal gunem przez co Thor chaotycznie skacze po innych światach. I to się nawet sprawdza.
- trochę narzekałem na powrót Lokiego. Bo Loki tu, Loki tam, Loki w lodówce. Fajna postać, ale ile można. Smażona kiełbaska też jest smaczna, ale nie można jej jeść codziennie na obiad. Jakże się myliłem! Tom Hiddleston dalej kradnie każdą scenę, za nic nie można mu ufać, ale też ciekawie poprowadzono jego przemianę, a końcówka szeroko otwiera furtkę do następnej części. I rdzo chciałbym by czas na Ziemi został w niej zredukowany do minimum.
- ocena dla filmu? Czwóreczka w szkolnej skali lub 7/10. Bo niby narzekam, dużo mi nie pasuje, nie zgadzam się z niektórymi decyzjami to jednak fajnie się to przez większość czasu oglądało i było na co popatrzeć. Na więcej nie zasługuje bo to nic szczególnego i gorsze od jedynki, ale na mniej też nie. Chociaż całkiem możliwe, że po powtórnym seansie zmienię ocenę na niższą.

OCENA 4/6

sobota, 29 marca 2014

3 filmowe grosze #11

Trochę czasu minęło odkąd widziałem te filmu więc krótko.  

Pineaple Express
Film obejrzałem ponownie tylko tym razem z kumplami i znowu doskonale się bawiłem. Masa humoru sytuacyjnego jak i cięte dialogi, parodystyczne sceny akcji i pokręceni bohaterowie. Sam film to kumpelska komedia romantyczna o narodzinach przyjaźni. W tle jest dziewczyna i wątek miłosny (piękna Amber Heard) i doskonale tutaj pasuje bo uwypukla relację dwóch głównych palaczy trawki. James Franco jak zwykle jak kameleon gra wiecznie narajanego i zblazowanego dilera, a Seth Rogen gra jak Seth Rogen. Chemia między nimi jest ogromna, a postacie z tła dopełniają całości. Idealny film do piwa w dobrym towarzystwie. Aktorzy tak dobrze się bawili na planie filmu, że w This is The End dla fanów PE czeka mały prezent.

OCENA 4.5/6

Grown Ups 2
Nie lubię Adama Sandlera, gdyby to ode mnie zależało pewnie wciąż żyłbym w błogiej nieświadomości, że żyję na tej samej planecie co ten film. Jest to jedna z tych komedii która nie śmieszy, a wprawia w uczucie zażenowania. No chyba, że bawią kogoś sikające jelenia, skakanie na golasa z klifu i cały asortyment mniej lub bardziej wulgarnych żartów. Fabuły nie ma tu za grosza, kolejne sceny to kolejne scenki, które mają niby śmieszyć, do niczego to nie prowadzi, niby jest jakieś przesłanie, ale gubi się w morzu żenady. Aktorzy nie mają nic do pokazania, dialogi są bo są. Film chyba powstał na podobnej zasadzie co Pineaple Express - przyjaciele robią to co lubią tylko, że tylko oni się przy tym bawią. Chciałbym zapomnieć, że widziałem to coś, ale nie potrafię. Jedyny plus to Penelope Cruz, ale chyba lepszym wyjściem jest wrzucić jej nazwisko w google grafika.

OCENA 1.5/6

Rush 
Dla odmiany dramat, a nie komedia i przy okazji najlepszy film w tym zestawieniu. Celuloidowa kronika pojedynku dwóch legendarnych kierowców F1 - Jamesa Hutna i Niki Laudy. Piękny film. Nie tylko z powodu jak zostało to podane - cudownie nasycone kolory, zaglądanie pod maskę historycznych bolidów, wysmakowane zdjęcia i muzyka, która zwiększa emocję podczas pompujących adrenalinę wyścigów. Piękny bo pokazujący niezłomność ludzkiego charakteru, ludzi poświęcających swoje życie w imię swojej pasji, ale też pokazujący różnice priorytetów. Jedni czerpią przyjemność z wiecznej zabawy i wygrywania, a drudzy z stabilności i rodziny. Co ważne film nie jest biografią jednego czy drugiego kierowcy. To zapis ich pojedynku gdzie kibicuje się raz jednemu raz drugiemu mimo, że dobrze zna się koniec tej tytanicznej rywalizacji. Film nie zapomina też o ich wadach przez co ma się lepszy wgląd w ich charaktery. Popisowo spisali się aktorzy. Chris Hemsworth w swojej najlepszej formie został i tak przyćmiony przez Daniela Bruhla, którego pominięcie w Oscarowych nominacjach to mały skandal. Film jest dla każdego, nie tylko fana motoryzacji. To historia wielkich charakterów w specyficznej otoczce. Niczym Friday Night Lights. Sport nie jest najważniejszy, tylko ludzie się im zajmujący i emocję jakie wywołuje. 

OCENA 5.5/6

wtorek, 21 stycznia 2014

3 filmowe grosze #10


 Pacific Rim 
- wielkie roboty! Gigantyczne potwory! Werdykt? 10/10! Tak, jaram się jak dziecko i dobrze mi z tym. Wychowałem się w latach '90, a Power Rangers było obowiązkową lekturą na podwórku, zaraz obok Dragon Balla i Pokemonów. Podczas oglądania serialu odgrywaliśmy scenki (Zack i Mastodont rulez!), a drzewo u sąsiada robiło za Megazorda. Jak w takim wypadku mógłbym się nie cieszyć na myśl o wysokobudżetowych pojedynkach robotów z obślizgłymi potworami od samego Guillermo del Toro? Film z miejsca stał się najbardziej wyczekiwaną produkcją, a scena z trailera z robotem ciągnącym za sobą tankowiec i ostatecznie używającym go jako maczugi jest już dla mnie kultowa. Co najważniejsze film ani trochę nie zawiódł, a podczas oglądania czułem się jak 15 lat temu przed telewizorem.
- mimo, że sam koncept jest prosty - widowiskowa nawalanka, to fabuła nie zawodzi. Powiedziałbym, że jest rozbudowana ponad miarę. Szczegółowa wizja świata po monster apocalypse, dokładnie przedstawiona wojna, naukowe wyjaśnienie pochodzenie potworów oraz specyficzna terminologia. Również świat nie wygląda tak jak nasz, zmienił się na gorsze, a klimat podbijają truchła Kaiju rozsiane po planecie. Ogromnie się ciesze z tak rozbudowanej mitologii bo przez to świat jest jeszcze ciekawszy, bardziej fascynuje, jest miejsce na opowiedzenie dodatkowych historii w uniwersum typu początek wojny bądź losy poszczególnych pilotów i ich Jaegerów. Dzięki masie dostarczonych informacji można też spekulować nad wyglądem sequela nad którym trwają już pracę. Mimo, że film stosunkowo dużo nie zarobił to i tak trzymam kciuki za powstanie kontynuacji.  
- teraz zamiast o bohaterach i aktorach parę słów o robotach i monstrach. Bo to właśnie oni są głównymi bohaterami tego filmu. Jaegery to kolosalne i dwuosobowe mechy zaprojektowane i zwizualizowane z ogromną dbałością o szczegóły. Podczas poruszania czuć ich ciężar i widać bezwładność, a korzystanie z kolejnych rodzajów broni sprawia nieskrywaną radochę. Zwłaszcza z miecza! Tak mają też miecz! Szkoda tylko, że skupiono się na dwóch ekipach, a reszta robotów odgrywa marginalną rolę. Potwory swoim wykonaniem wcale im nie ustępują. Mimo, że pojawia się ich kilkanaście i na pierwszy rzut oka są zbliżone do siebie to szczegóły je wyróżniają. Są ogromne i obrzydliwe, a do tego niektóre mają macki. Słodkie potworki. Nerdgazm się zaczyna gdy para złożona z Kaiju i Jaegera pojawia się na ekranie i splatają się w śmiercionośnym uścisku. Coś pięknego. Dlatego tak bardzo szkoda, że nie ma wiele pojedynków w metropoliach, ale to co jest prezentuje się cudownie. 
-teoretycznie na drugi plan powinni zejść aktorzy i ich bohaterowie, ale wcale tak nie jest. Spory nacisk położono na relację interpersonalne. I niby to standard - charyzmatyczny dowódca, typowy konflikt i brak zaufania, ostateczne poświęcenie czy chłopiec zdobywa dziewczynę, to pokazano to w sposób bardzo strawny. Czasem z lekkim dystansem i wyważeniem. Niby popadano momentami w zbyteczny patos, ale tak współgrał z innymi elementami, że można było uwierzyć w słynne przemówienie o anulowaniu apokalipsy znane z trailera i wygłoszone przez Idrisa Elbe.
- ostatni element, który dopełnia niemal perfekcyjny wizerunek filmu jest muzyka skomponowana przez Ramina Djawadiego. I bardzo dobrze, że to nie Zimmer czy Hornet z kolejną masówką bo Djawadi stworzył główny motyw, który wpada w ucho i tam zostaje, a każde jego pojawienie  podczas filmu wzbudza uśmiech. Muzyka zagrzewa do boju, idealnie komponuje się z wydarzeniami na ekranie i podkreśla ich skalę. Jest epicka na swój unikalny sposób. Cały soundtrack przesłuchałem już kilkanaście razy i dalej nie mam go dosyć.

OCENA 5.5/6

Shutter Island 
- trzecie podejście do filmu okazało się skuteczne. Poprzednie dwa pamiętam jak przez mgłę, próbowałem go oglądać późno w nocy i nigdy nie udało się przetrwać pierwszej godziny. I teraz żałuję, że za film zabrałem się tak późno. Bo wszyscy mówili, że zakończenie jest zaskakujące i redefiniuje film. I tak też było. Tylko wiedząc, że będzie twist dało się go przewidzieć. Dobrze jednak, że nie wszystko.
- sam film to z początku ciężki kryminał, który przeradza się w thriller i dramat psychologiczny, próbujący zgłębić naturę człowieka i jego świadomości. Wątków jest dużo, a sceny w większości opierają się na fenomenalnych dialogach i aktorstwie. DiCaprio znowu udowadnia, że wielkim aktorem jest i idealnie portretuje i przedstawia ewolucję zaszczutego człowieka na tropie wielkiego spisku. Reszta mu wiele nie ustępuje.
- fabuła Wyspy strachu polega na dekonstrukcji przyczyn szaleństwa oraz jego definicji, a nie rozwiązywaniu zagadki kryminalnej, która swoją droga również jest ciekawa. Flashbacki odgrywają ogromną rolę, podkreślają jak przeszłość interferuje na teraźniejszość i jak nasze mózgi interpretują rzeczywistość.
- na klimat wpływa również niepokojąca muzyka podkreślająca stan zagrożenia, padający deszcz i sztorm, brudna stylistyka więzienia oraz zdjęcia i scenografię, którym poświęcono sporo miejsca. I to klimat mnie najbardziej trzymał przy filmie bo dzięki niemu wszystko idealnie ze sobą współgra i nie czuć znużenia podczas oglądania mimo natłoku rozmów i kolejnych pytań bez odpowiedzi.

OCENA 5/6

The Wolverine 
- Wolverine to najfajniejszy mutant z filmowego uniwersum. Jest luzacki, ma super moce, szpony, przesiaduje w barze i wie jak sobie radzić z kłopotami. Więc zrobienie filmu gdzie gra główną rolę nie powinno być trudne. A jednak, drugi raz nie wyszło. Bo film, który zabiera najfajniejszą moc Rosomakowi (regeneracja), robi z niego nieporadnego i zakochanego bohatera ratującego kobietę w opresji i walczącego z tabunami ninja zamiast innymi mutantami nie może być ciekawy. Niestety scenarzyści znowu nie odrobili pracy domowej, a wystarczyło poczytać kilka komiksów lub wejść na fora internetowe fanów.
- o klasie filmu wiele mówi fakt, że najlepszą sceną była ta po napisach czyli zapowiedź nowego filmu. Wtedy poczułem jakieś emocję i zaciekawienie, a uśmiech fanboya zakwitł na mojej twarzy. Brakowało mi tego przez cały film. Sceny które miały wywoływać efekt "wow" były niedorzeczne i zaledwie kilka razy akcja mnie zaciekawiła (pociąg). Większość była przekombinowana, postawiono na ilość, a nie jakość, a ostatni boss był karykaturalny i głupi.
- najgorsze jest to, że na początku całkiem mi się podobało. Wyprawa do Japonii intrygowała i myślałem, że będzie ciekawie i ambitnie. Jednak wraz z rozwojem fabularnym robiło się coraz głupiej i pojawiło się więcej pytań czemu tak, a nie inaczej. I myśli, że coś tutaj nie pasuje. Scenariusz jest strasznie dziurawy i mało logiczny. Pomyślano o początku i końcu filmu, a potem go czymś wypełniono wsadzając kilka nudnych i niezapadających w pamięci postaci. 
 - ostatecznie filmowi nie wystawię jakieś drastycznie niskiej oceny bo Hugh Jackman dalej jest świetnym Wolverinem, a jak ktoś wymaga od filmu rozrywki to właśnie to dostanie. Jednak fani mutantów czy troszkę ambitniejszego kina pewnie będą zawiedzeni bo film ma strasznie mało do zaoferowania i błyskawicznie ulatuje z pamięci.

OCENA 3/6

czwartek, 21 listopada 2013

3 filmowe grosze #9

MOŻLIWE SPOILERY


After Earth
- ostrzegali mnie, że to fatalny film. Recenzje nie pozostawiły na nim suchej nitki, a ilość pozytywnych ocen na Rotten Tomatoes to zaledwie 11%. A i tak zobaczyłem czego żałuję. Wiedziałem, że będzie słabo. Tylko nie podejrzewałem, że aż tak.
- zacznę może od plusów bo jest ich niewiele. Podoba mi się design świata. Wszystko zbudowane z lekkich materiałów, widać pewną lekkość konstrukcji, a pojazdy inspirowaną są żywymi stworzeniami jak statek kosmiczny w kształcie ryby. Ładnie to wszystko wygląda. Gorzej z funkcjonalnością bo wszystko to jakieś sterylne i mało użyteczne.
- niestety, ale z tym designem wiąże się też wizja świata, która zupełnie mi nie pasuje. Science - fiction zostało potraktowane bardzo lekko. Spójności tutaj mało, a absurd goni absurd. Jakaś organizacja strażników ratująca świat przed zagładą. Serio? Najgorsze jest jednak to jaką bronią się posługują - konfigurowalnymi katanami. Po co pistolety skoro biała broń daje +10 do charyzmy. Fajnie to wygląda, ale za grosz tu logi. Główni przeciwnicy też zostali słabo zaprojektowani. Specjalnie wyhodowani obcy polujący na ludzi i tropiący ich za pomocą feromonów wydzielanych podczas strachu. Oczów nie mają bo i po co im. Tylko działa na nich ludzki strach. I z tym mam największy problem
- bo film próbuje nam wmówić, że tylko pozbywając się strachu staniemy się zwycięzcami. Strach nas ogranicza i nie pozwala osiągnąć maksimum. Tylko, że ja tego nie kupuje bo wg. mnie strach trzyma nas przy życiu. Pozwala racjonalnie myśleć, zdawać sobie sprawę z konsekwencji i martwić się o życie, które przecież jest najważniejszą rzeczą jaką posiada człowiek. Wyzbycie się strachu to jak wyzbycie się emocji. Czysty racjonalizm, który ma zapewnić przetrwania. I na tym opiera się ten film. Podróży Kitaia w przezwyciężaniu strachu, który go przecież ukształtował. Jego ojciec nie czuję lęku i przy tym zachowuje się jak robot. Nie licząc jednej sceny nie martwi się o syna. I nie wiem czy to wina scenariusza czy konsekwencja zapanowania nad lękiem.
- i tutaj płynie przechodzę do postaci, którym nie można sympatyzować. Ojciec zachowuje się jak robot, a synek dąży do tego. Przy czym we wszystkim jest najlepszy i zarozumiały. Topornie wyciosane postacie i fatalnie zagrane. Tak, Will Smith zagrał fatalnie i nie ratuje on filmu. Wiecznie zmęczone twarze, dziwna mimika i zero charyzmy.
- jednak najgorsze jest jak to wszystko zostało nakręcone. To w gruncie rzeczy prosta historia i to można wybaczyć, ale na pewno nie można przymknąć oka jak to zostało pokazane. Wszystko jest po chamsku tłumaczone, zero miejsca na domysłu i niedomówienia. I co chwila jest coś w stylu "teraz wypuszczam sondy", "to jest", "to nie działa bo". I co chwila to samo. Można by było pomyśleć, że chociaż operator się postara i będzie na co popatrzeć. Dziewicza planeta, opanowana przez zwierzęta i roślinność. Zapierające dech w piersiach krajobrazy i uczucie obcowania z czymś niezwykłym. Nic z tego. Po w filmie szerszy plan jest pokazany kilka razy. Większość ujęć to zbliżenia na twarze bohaterów i ich wymęczone oblicze.
- jak w Zdarzeniu tak i tutaj Shyamalan funduje wątek ekologiczny, który jest niezwykle naiwny. My niszczyliśmy Ziemię to teraz ona na nas będzie polowała. Zniszczyliśmy ją więc musimy za to odpokutować. Niesamowicie pretensjonalny jest też jeden z dialogów wyglądający mniej więcej tak: gdy jedna z postaci mówi, że kiedyś polowali na wieloryby to główny bohater odpowiada, że to my polowaliśmy. Mimowolnie otwarta dłoń ląduje na czole. Trochę subtelności nikomu by nie zaszkodziło
-nie chcę mi się pastwić nad filmem, a mógłbym tak jeszcze trochę. Ale o jednej rzeczy wspomnę, której po prostu nienawidzę. Gdy w finale zostaje wysłany sygnał SOS w komos ma on postać strumienia światła wystrzeliwującego w przestrzeń i rozchodzącej się niebieskiej energii. Zgrzytałem na to zębami w Battleship, które było fatalnym filmem zgrzytam i teraz. Niby detal, ale nie znoszę takiej łopatologii

OCENA 1.5/6

Man of Steel 
- DC odpowiada na Marvelowe filmy i robi to w dobrym stylu. Tylko dobrym, a i to kontrowersyjna opinia bo sporo ludzi mocno krytykuje najnowszego Supermana. Ja się cieszę, że ten film powstał. Może i poziomem bliżej mu do Captain America czy Hulków niż do Iron Mana, ale jest to dobre kino rozrywkowe, które potrafi porwać na niemal 2,5h bez uczucia zmęczenia. Czy jednak jest to godne otwarcie nowego filmowego uniwersum? Jakoś nie chcę mi się wierzyć, za dużo błędów DC i WarnerBros. widziałem
- klimatem Man of Steel przypomina bardziej nolanowskiego Batmana niż lekkie przygody od Marvel Studios. Humoru tutaj mało, a film często uderza w "mroczne" tony. Ludzie giną, zniszczenie ogarnia planetę, jest mocny konflikt wewnętrzny bohatera, problematyka ekologiczna (która coraz częściej jest poruszana w kinie) a i pokuszono się o wątki mesjanistyczne. Tylko, że film jest za bardzo w tym wszystkim nadęty i zbyt poważany. Brakuje puszczenia oka, chwili rozluźnienia, która równoważyłaby wszechobecny patos, którego stężenie jest często nie do zniesienia. 
- jednak jedno trzeba przyznać filmowi - prezentuje się fenomenalnie. Zack Snyder, tak jak David Fincher przykłada olbrzymią rolę do warstwy wizualnej swoich filmów. Jednak w przeciwieństwie do Finchera strona techniczna przeważnie gra u niego najważniejszą rolę. Tak jest i tutaj. Mocne filtry, prześwietlone zdjęcia, kadry na zasadzie kontrastu, przesycenie niektórych kolorów, kilka zabaw z kamerą, mocny biotechnologiczny design Kryptonu i pojazdów czy niesamowite sceny podczas, których Superman używa po raz pierwszy swoich mocy. Te elementy robią wrażenia. I może przez to film przypomina teledysk bo fabuła jest uboga, ale dwie ostatnie bitwy i destrukcja Metropolis to wizualny majstersztyk. Często mam problem z tego typu rzeczami bo na takich Transformersach przeraźliwie się nudzę, ale tutaj nic takiego nie miało miejsca mimo, że finałowa bitwa trwa niemal 40 minut. 
- jak już napisałem fabularnie jest słabo. Dużo jest też błędów logicznych i naciągnięć. Jednak w ostatecznym rozrachunku można na nie przymknąć oko. 3 tygodnie po obejrzeniu filmu w głowie zostają głównie plusy i wspomnienie płytkiej historii, którą próbowano urozmaicić częstymi flashbackami, ale ostatecznie jest ona zbyt grubymi nićmi szyta, zbyt melodramatyczna by chwytać. 
- Henry Cavill jako Superman spisał się bardzo dobrze. Zarówno podczas walki, w kostiumie jak i w dramatycznych scenach. Jestem ciekaw jak wypadnie w duecie z Batmanem, ale to pieśń odległej przyszłości. Reszta obsady też została dobrze dobrana. Costner i Crowe jako ojcowie Supka też dali radę mimo, że ciężko je uznać za postacie pozytywne. Dobrze wypadł tez Michael Shannon jako Zod oraz jego podwładni. Dobrze, ale znowu bez szału. Najgorzej z głównej obsady prezentuje się Amy Adams jako Lois Lane. Zupełnie nie pasuje mi do tej roli, brak jej zadziorności, zaradności i charakteru. Idealną dziewczyną Supermana pozostanie dla mnie Erica Durance ze Smallville.
- na minus zasługuje też brak sceny po napisach. Nie gdy Marvel przyzwyczaił do teasowanie nowych filmów i planów właśnie w ten sposób 

OCENA 4/6

This is the End 
-zachwyciłem się pierwszym zwiastunem This is the End i od razu zapisałem na listę "koniecznie obejrzeć". Trochę się bałem bo średnio przepadam za amerykańskimi komediami i stylem Apatowa, ale to, tak jak Pineapple Express, trafiło idealnie w moje gusta. Jasne trafiło się kilka niesmacznych żartów na które kręciłem głowę, ale i tak uśmiechałem się pod nosem.
- ten film miał w sobie pewną lekkość, zabierał widza w przygodę od pierwszych minut. Uczucie było potęgowane jeśli zna się nazwiska aktorów - choćby James Franco, Seth Rogen, Jay Baruchel i sporo zaskakujących cameo. Bo oni tutaj grają siebie i są kumplami. Czyli jak w prawdziwym życiu. Widać, że doskonale się bawili kręcąc film i to się udziela. Szalony buddy-apocalipse-movie. Umiejętnie wykorzystujący znane motywy i dodający coś od siebie.
- i mimo tej absurdalnej konwencji jest też na swój sposób całkiem "mądry". Bo to też opowieść o przyjaźni i dojrzewanie. Podane z ironią i trochę gorzko, ale cały czas zabawne.
- This is the End na pewno obejrzę jeszcze raz bo to kopalnia smaczków i doskonałych pomysłów. To film zrodzony z miłości do gatunku przez grupkę znajomych. To świetna rozrywka, którą trzeba sprawdzić

OCENA 5/6 

piątek, 18 października 2013

3 filmowe grosze #8

SPOILERY


Now You See Me
- jestem łatwy. Mówiłem to już nie jeden raz i powtórzę znowu. Nie trudno mnie kupić. Wystarczy jeden dobry pomysł, aktor, postać reżysera czy scenarzysty lub chociaż realia i jestem już na pokładzie. Tak było z pierwszym zwiastunem Now You See Mee. Pokazali trochę magii i się zakochałem. Bardzo chciałem by tego nie spieprzyli i na szczęście wyszło na moje. Przez cały film miałem radochę, banan mi nie schodził z ust i jeszcze zakończenie mnie totalnie zaszokowało. Takie filmy to ja lubię. O wiele lepsze od nowego Star Treka i Iron Mana, które ostatnio widziałem.
- błędy i rażące elementy oczywiście są, ale zaledwie kilka i po seansie się o nich nie pamięta. Może poza brzydkimi piraniami w CGI, ale to pewnie tylko ja tak mam
- trailer trailerem, ale jeszcze film mnie musiał do siebie przekonać. Kiedy do tego doszło? Na pierwszych scenach przedstawiających ekipę magików. Ich pierwsze występy i spotkanie. Nie minęło pewnie 10 minut, a ja już wiedziałem, że pokocham ten film. Może i bohaterowie nie wyróżniają się niczym szczególnym i mają ubogie backstory (poza zdolnościami magicznymi), ale aktorzy, którzy się w ich wcielili nadali im wyrazu. Jesse Eisenberg, Woody Harrelson, Isla Fisher czy nawet Dave Franco. Już od pierwszych scen się ich lubi, a potem ta miłość wzrasta i sięga zenitu podczas ich przedstawień. 
- dlatego trochę szkoda, że film w przerażającej części jest z perspektywy FBI i śledztwa w sprawie obrabowania banku. Bo to w gruncie rzeczy heist movie. Wielki plan i szersza perspektywa z mistycznymi, elementami. Gdzieś trafiłem na opinie, że film nie ma fabuły i scenariusza. I kompletnie się z tym nie zgadzam. Może i nie porusza on żadnych większych problemów i jest nastawiony na rozrywkę, ale nie znaczy to, że jest pusty i o niczym. Mnie zaskoczył swoją złożonością i kilkupiętrową intrygą, która zmuszała do negowania tego co się widzi i snucia teorii, które potem się rozsypywały jak domek z kart.
- zachwycają również bohaterowie drugoplanowi, którzy z biegiem czasu zyskują coraz większą rolę. Mark Ruffalo jako zmęczony życiem agent FBI daje radę, ale tutaj bryluje Morgan Freeman z Michaelem Caine. Niby stare pryki, ale kradną każdą scenę w której biorą udział. Niezwykle uroczo wypadła też Melanie Laurent czyli żydówka z Bękartów Wojny. Jej francuski akcent skradł me serce. Szkoda tylko, że jej wątek był trochę naiwny, ale i tak narobiła trochę zdezorientowania u mnie
- nie byłbym sobą gdybym nie napisał o realizacji. Wszystkie sztuczki pokazano fascynująco, a przedstawienie magików to wielkie show. Sceny akcji solidnie nakręcone, acz pościgów mogłoby być trochę mniej bo momentami ta cała bieganina męczyła. Zastosowano też kilka niezłych sztuczek reżyserskich, które umilają oglądanie. Była też idealnie ilustrująca akcje muzyka. Samodzielnie nic wartego większej uwagi, ale komponuje się z obrazem w taki sposób, że razem stanowią o sile przekazu
-ogromnie mnie cieszy, że zapowiedziano sequel. Nie będzie już taki świeży, zapewne gorsze niż oryginał, ale i tak czekam bo iluzjonistów nigdy za dużo. Boję się tylko w jaką stronę pójdzie film, ale pokładam wiarę, że będzie równie dobry co pierwsza część 

OCENA 5/6

The Lone Ranger 
- jestem jak Quentin Tarantino bo jak on uważam The Lone Ranger za jeden z lepszych filmów tego roku. Lepszy od Iron Mana 3 i nowego Star Treka. Idealne kino rozrywkowe. Świetnie nakręcone, dające mnóstwo zabawy, a przy tym poruszające jakieś głębsze tematy w taki sposób, że raz się człowiek śmieje, a raz nachodzi go refleksja. Przy tym wszystko to wyważone w taki sposób, że stanowi wybuchową mieszankę dla całej rodziny. No może jeśli dzieci będą miały te kilkanaście lat. 
- film w preprodukcji miał sporo kłopotów szczególnie z budżetem i ostatecznie kosztował ponad 200 mln dolarów. I to widać. Piękne krajobrazy, przepych na każdym kroku i widowiskowa akcja. Właśnie akcja - to ona stanowi o sile tego filmu. Czysta, niczym nie skrępowana rozrywka zaprzeczająca prawą logiki i fizyki. I tutaj to nie przeszkadza to jak w IM3 czy ST:ID gdzie świat powinien być spójny i trzymać się pewnych reguł. Tutaj bohaterowie co chwilę unikają śmierci w mniej lub bardziej widowiskowy sposób. Mnie konwencja przekonała od początku dlatego jak dziecko bawiłem się na finale gdzie był niemal 15 minutowy  pościg pociągów przy dźwiękach uwertury Wilhelm Tell Rossiniego. Perfekcyjna robota reżyserska gdzie postacie i humor wynikający z ich zachowanie łączą się z wybuchami i gnającymi ku zagładzie pociągami
- postacie to taki typowy zestaw przygodowy. Od zera do bohatera, dziwaczny mentor/sidekick/comic-relief o posturze Johnego Deppa ustylizowanego na Indianina, miłość życia (Alice Morgan!), główny zły i tajemniczy zły. Tylko, że zostali oni podani w taki sposób, że jest to ciekawe bo historia z przeszłości sprawia, że film uderza w smutną nutę. Pokazuje, że nie wszystko jest takie radosne i zabawne, że piękne czasy dzikiego zachodu o których krążą teraz legendy były brutalne, śmierć jest nieodłącznym towarzyszem przygody, a ludzie chcą się tylko bogacić i na każdego przyjdzie czas. Chwali się to, że mimo tej rozrywkowej otoczki jest to film z przesłaniem
- jest też koń. Koń i króliki. Dawno tak głośno się nie śmiałem z powodu tak prostych i absurdalnych wstawek komediowych

OCENA 5/6

World War Z
-  bałem się o jakość tego filmu. Słyszało się dużo o problemach z produkcją i reshotach, ale na szczęście specjalnie to nie zaszkodziło World War Z. Ogólnie jest to film dobry, ładniy wizualnie, dobrze zmontowany i pokazany, ale brakuje mu czegoś więcej poza zalewem efektów specjalnych. Letni blockbuster i nic więcej 
- film dzieli się na trzy główne części - pierwsza to kameralna opowieść o rodzince podczas wybuchu epidemii, druga to globalne wojaże w poszukiwaniu szczepionki, a trzecia to już heroiczny popis bohatera. I to jest kolejność od najlepszej do najgorszej części filmu. Niby z biegiem czasu stawka rosła, a wydarzenie były coraz bardziej istotniejsze to mi się najbardziej podobał początek. Gdzie rodzina jest najważniejsza, trzeba jej zapewnić bezpieczeństwo, jest pełen chaos, nie wiadomo co się dzieje i liczy się tylko by przetrwać. Pokazano degeneracje ludzi podczas zamieszek, jak się zmieniają i do czego są zdolni, uwydatniają się pozytywne i negatywne cechy. Zombie są przerażający i czuć, że każda scena jest w jakimś stopniu istotna. Dalej jest bardziej efekciarsko i wszystko robi się bez celowe. Jasne, wizualnie wciąż daje radę, jest kilka mocnych scen i dobrze się to ogląda, ale ostatecznie kończy się na przyjemnym seansie 
- rażą mnie przede wszystkim dziury logiczne i niektóre głupie zagrania, które im dalej tym bardziej się mnożą. Za dużo elementów do których można się przyczepić i za często jest pytanie "ale czemu on to robi?" i "czy nie lepiej byłoby?". Do tego niektóre wątki znikają lub tracą na znaczeniu, za dużo przypadku i szczęścia. 
- najbardziej mnie jednak irytuje, że ten film nie wiedział czym ma być. Wielkim widowiskiem i czystą rozrywką czy poważną dekonstrukcją epidemii zombie. Trochę tu tego i tamtego przez co obydwie warstwy narracyjne cierpią i są zrobione po łepkach. Bo przecież mamy Brada Pitta, który sam odmienia losy epidemii i zaraz obok jak sobie radzą inni. Wolałbym chyba pooglądać o tych innych, bo tak film jest za mało wiarygodny mimo jego starań
- na szczęście element horrorowy nie zwodzi. Kilka prostych straszaków, ciemne korytarze, skradanie się, pompujące adrenalinę walki i wszystko ładnie nakręcone. Na pewno plusik. Tylko często kłóci się to z epickimi starciami na ulicach miast, które są ładne, ale po paru minutach nużą 
- aktorsko na tak - lubię Pitta więc nie mam się do czego przyczepić. Szkoda, że nie wykreowano innych charakterystycznych postaci i film niemal w całości opiera się na nim. 
- trochę ponarzekałem, ale i tak polecam bo to widowiskowe kino prezentujące zombie z ADHD, które cieszą oczy i miejscami pompują adrenalinę. Szkoda tylko, że trzeba wyłączyć myślenie

OCENA 4/6

piątek, 23 sierpnia 2013

3 filmowe grosze #7

MOŻLIWE SPOILERY

Iron Man 3
- nie zawiodłem się. Komiksowi ortodoksji narzekają przede wszystkim na Mandaryna, a ja jestem pod ogromnym wrażeniem tego twistu fabularnego. Tyle zwodzenia, budowanie napięcia, cała marketingowa machina i w końcu w filmie niesamowita atmosfera mu towarzysząca, która wydawała się też sztuczna i typowa terrorystyczna (symbolika, szokowanie, tajemnica) i wielkie ujawnienie prawdy i pokazanie głównego złego. To mnie zaskoczyli. Drugi zwrot akcji, już nie tak wielki to ten dotyczący Mayi, też lekka zdziwka, ale nie tak wielka jak tamta
- a jak sam film? Dużo lepiej od drugiej części. Lepiej fabuła poprowadzona, bardziej spójna i ciekawsza. Trafiały się jednak od czasu do czasu głupoty czy nie pasujące do narracji elementy (kto wpadł na pomysł tego dzieciaka?!), ale były dobrze zamaskowane pod płaszczykiem lekkiej opowieści przyprawionej wyśmienitym humorem. Robert Downey Jr. sprawił, że nie ma co zbytnio narzekać na film bo to pierwszorzędne kino przygodowej akcji
- trochę jednak zmarnowano potencjał dojrzałej opowieści. Początkowo zapowiadało się na coś bardziej poważnego, potem poruszano problem człowieczeństwa Starka i jego uzależnienie od kostiumów, ale za słabo to zaakcentowane. Poza tym jego stany lękowe zbytnio nie pasowały mi do postaci. Bardziej bym obstawiał, że po bitwie o Nowy Jork jego ego jeszcze bardziej wzrośnie, a zamiast tego poszli w inną stronę
- na plus - było więcej Starka niż Iron Man. Akcja w jego wykonania nie męczyła i pokazano jakim jest bohaterem bez zbroi. Owszem, powinien zadzwonić po przyjaciół lub do władz, dać namiary na złych, a nie sam atakować ich placówkę, ale wtedy nie pokazano by tylu niezłych scen.
- źli wypadli dobrze. Aldrich Killian i jego extremis dali radę. Szkoda tylko, że zamiast sznytu sci-fi bardziej dało się tutaj odczuć fantastyczną otoczkę, która bardziej by pasowała do Thora niż Iron Mana. Nie zmienia to faktu, że walki były efektowne i dobrze pomyślane. Ostatnia sekwencja robiła wrażenie mimo, że pomagierzy Killiana zostali zepchnięci na drugi plan.
- trzecia część Iron Mana odkupiła grzechy drugiego aktu co akurat ciężko się zdarza w filmowych seriach. Czy lepsza od jedynki? Nie wiem, nie pamiętam, do tego trzeba by było zrobić maraton by stwierdzić. Ja na pewno miałem frajdę z oglądania

OCENA 4.5/6

Man of Tai Chi
- całkiem dobry film z drażniącymi elementami, które na szczęście nie zdeterminowały mojego odbioru. Najlepsza była oprawa dźwiękowa połączona z choreografią walk. Niektóre sceny na prawdę robiły wrażenie - raz dźwięki wyciszony, a raz idealnie współgrające z oświetleniem. Brawa za pomysł. Walki efektowne, momentami się uśmiechałem z pokazywanych akcji, ale niektóre zbyt długie i nudnawe. Brakowało trochę wyczucia w proporcjach
- a jak fabuła? Jak z adaptacji jakieś konsolowej bijatyki. Biznesmen organizujący nielegalne walki z spodziewanym twistem. Nic rewelacyjnego, ale dobrze wypełniało to czas między kolejnymi starciami. Dużo też było innych, pobocznych wątków, które zgrabnie zostały poprowadzone i w finale ładnie się zazębiały
- a jak sam bohater? Również dobrze wypadł. Ćwiczący Tai Chi niepokorny adept podążający własną drogą przeciągany na ciemną stronę mocy (ach ta naiwna symbolika bieli i czerni!). Sfrustrowany nudnym i monotonnym życiem przekracza granicę by potem walczyć o odkupienia. Nieźle. Szkoda, że główny zły był strasznie przerysowany. Keanu Reeves był niezwykle sztuczny, takie drewienko nie pasujące do całości. Widać, że cała jego uwaga była skupiona na reżyserii, a granie sobie odpuścił. Mam nadzieje, że nie jest to zły prognostyk przed 47 Ronin 
- i w sumie nie ma co zbytnio pisać o filmie. Dobrze zrealizowany, lekko irytujący naiwnością i grą aktorską, ale wart obejrzenia. Tylko tyle i aż tyle. 

OCENA 4/6



Star Trek Into Darkness
-  uwielbiam pierwszego Star Treka od Abramsa. Zdaje sobie sprawy z jego błędów i niedociągnięć, ale to i tak jest świetnie skrojona przygoda pełna emocji, humoru i akcji. Dlatego tak bardzo oczekiwałem Into Darkness i tak bardzo się go obawiałem. Niestety rozczarowałem się. Dalej jest to pierwszorzędny film przygodowy dający wiele radości, ale te rażące błędy i kulawa konstrukcja świata są jeszcze bardziej widoczne i w końcu zaczynają irytować
- jednak pierw o pozytywach. Po pierwsze kosmos i statki kosmiczne! Wiele mi do szczęścia nie trzeba wystarczy dać majestatyczne niszczyciele i dynamiczne walki i jestem w pełni zadowolony. Jeszcze lepiej jak na mostku znajduje się załoga na której mi zależy. Tutaj tak jest - Spock, Kirk, Uhura, Checkov, Sulu, Scotty, Bones - jak można ich nie lubić to ja nie wiem. Jednak jest jeden minus - wiadomo że nie zginą i z każdego bagna się wygrzebią więc śmierć wisząca nad nimi to broń nabita ślepakami. Im większy kaliber to z tym większych niebezpieczeństw wyjdą obronną ręką. Jednak o tym się zapomina gdy ogląda się ich w akcji, jak przerzucają się ciętymi uwagami, zadziwiają siebie i żartują co chwilę. Starzy dobrzy przyjaciele. Dlatego taka szkoda, że tak rzadko zdarza im się w pełni współpracować 
- niewątpliwą zaletą jest Benedict Cumberbatch (udało się bez błędu napisać!). Aktor o niezwykle charyzmatycznym głosie i aparycji. Ciarki przechodzą jak rozmawia z Kirkiem i uważa się za lepszego mimo niezbyt korzystnej sytuacji a la Hannibal Lecter z Milczenia Owiec. Inteligentniejszy, silniejszy, sprytniejszy i z planem, który konsekwentnie realizuje. Do tego nie od początku wiadomo kim jest i jego sylwetka się zmienia. Nawet zacząłem z nim sympatyzować bo jego walka była o słuszną sprawę. Szkoda tylko, że tak słabo umotywowano czemu Old Spock był taki przerażony i ostatecznie nie czuło się, że to na prawdę zły facet i największy wróg załogi. 
- reżyseria i efekty jak zwykle na najwyższym poziomie. Pięknie niszczą się okręty i czuć dynamikę scen. Co rusz ktoś biega i strzela do siebie. Jest fajnie. Efektu dopełniają wszechobecne racę, które lubię. Dobrze, że Abrams wprawia się na Star Treku przed realizacją nowych Gwiezdnych Wojen. Szkoda tylko, że wnętrza rażą swoją sterylnością, bohaterowie są za ładni, a statki początkowo bez żadnych zabrudzeń. Nie podoba mi się też recykling pomysłów z pierwszej części - za dużo chamskich nawiązań, które nadawały by się do późniejszych części. Dwójka musi zaskakiwać, na nawiązania jest jeszcze za wcześnie 
- teraz o tym co mi się najbardziej nie podobała - olewanie zasad fizyki i mikrokosmos w którym dzieje się akcja. Serio, ja rozumiem konwencję sci-fi, fazery i teleporty, ale rozmowa w czasie rzeczywistym przez komunikator z osobą znajdującą się na innej planecie to gruba przesada. Tak jak promienie teleportujące. Na inną planetę?! Co to w ogóle ma być? Za łatwe rozwiązanie problemów. Jednak to nic wobec największej wady filmu - wszystko kręci się w okół bohaterów. Nie czuć, że są oni częścią większej całości, futurystyczna Ziemia została delikatnie zarysowana, wspomniano coś o wojnie, ale wszystko to wydaje się nie realne, jest tylko pretekstem do akcji filmu, a potem zostaje porzucone. Kirk jak zwykle w centrum wydarzeń, dowództwo ziemskiej floty to jakiś żart, a to że umierają ludzie to szczegół jeśli to nie przyjaciele bohaterów. W ostatnich scenach giną dziesiątki tysięcy ludzi może nawet setki, ale nikt się tym zbytnio nie przejmuje, anonimowa załoga ginie na Enterprise i to też nikogo nie obchodzi. Zginęła by jedna z głównych postaci zaraz byłby płacz i zgrzytanie zębów. Przez to świat jest sztuczny, sterylny jak wnętrza statków. Szkoda bo właśnie to kocham w opowieściach sci-fi czyli możliwość wykreowania nowego świata. Tutaj nie dość, że jest słabo pokazany to strasznie nie spójny. 
- niezwykle irytujące były też twisty fabularne. Nie że raziły głupotą czy zostały wzięte z sufitu. Wręcz przeciwnie - dobre 45 minut przed nim można się było domyśleć co się stanie i to w najbardziej kluczowych momentach. Było kilka zaskoczeń, ale niezbyt szokujących, a te co miały tak wyglądać rozczarowały przewidywalnością
- tak się dziwnie złożyło, że tak jak w Iron Man 3 i tutaj poruszono problem terroryzmu i dążenia do wojny. I niestety dużo gorzej co jest zasługą ww. wad. Szkoda bo potencjał był. Szczególnie świetna była scena zamachu - niezwykle emocjonujące umotywowanie zamachowca okraszone wzruszającą muzykę. Dlatego tym bardziej żałuje, że zmarnowano tak wielki potencjał
-Star Trek Into Darkness to film ze zmarnowanym potencjałem na wielkość. To tylko letnia i wakacyjna przygoda, która momentami irytuję. Jednak wszyscy fani popcornowych filmów powinni obejrzeć. Szkoda, że nie było sceny po napisach spoilerującej kolejny film, ale już można się domyśleć co się będzie działo - wojna. No nic byle tylko powstał. A jeszcze lepiej serial osadzony w zrebootowanej rzeczywistości gdzie można by opowiedzieć dojrzalsze historię i lepiej zarysować świat. 

OCENA 4/6

sobota, 13 lipca 2013

3 filmowe grosze #6


Jack Reacher
- film, który najkrócej można scharakteryzować jako przeciętniak. Przez większość czasu oglądało się go przyjemnie (o ile za dużo się nie myślało), ale za miesiąc czy dwa nie będzie się zbytnio o nim pamiętać. Taka zwykła historyjka sensacyjna, która ma dać trochę rozrywki. Bez większych i szokujących twistów fabularnych i wgniatających w ziemię scen. Bo jeden średnio porywający pościg, duże strzelanie i kilka walk to za mało. Dobrze, że przynajmniej ładnie to wszystko zostało nakręcone, czuć wprawną rękę operatora, która pokazuje tyle co chce i kiedy chce ukrywa jakąś tajemnice
- w filmie chyba najmniej podobał mi się humor. Był irytujący i niezbyt pasował do opowieści bo momentami wyglądał jak z kina familijnego czy średniej jakości filmu klasy B. Również bohaterowie mało przekonujący z tytułowym Jackem granym przez Toma Cruise'a na czele. Brakowało mu magnetyzmu i przyciągania, nie sprawił, że polubiłem tą postać i czy powstanie kontynuacja jest mi obojętna. A szkoda bo backstory niosło ze sobą spory potencjał 
- niestety Jack Reacher zawiódł mnie też w trochę inny sposób - nie mam ochoty sięgnąć po książki Lee Child, a takie miałem plany. I w tym momencie zapominam o filmie i jego bohaterze bo zapewne powodów do dyskusji o nim nie będę miał

OCENA 3/6

Olympus Has Fallen
-  przed seansem powinno być ostrzeżenie i wymagane oświadczenie na piśmie, że jest się w pełni władz umysłowych i na własną odpowiedzialność przystępuje się do oglądania. W końcu to film o narodzie wybranym i jego światłym przywódcy gdzie natężenie patetycznych momentów kilkukrotnie przekracza dopuszczalny limit. Przynajmniej takie wnioski można było wyciągnąć po zwiastunie i dużo człowiek by się nie pomylił
- początek nie zwiastował, że będzie tak źle. Pierwsze 45 minut całkiem przyjemnie się oglądało - zbudowanie tła, zapoznanie się z postaciami oraz ich życiem. Niby nic szczególnego, trochę stereotypowo, ale przyjemnie i nie rażąco. Atak na Biały Dom efektowny, ładnie się wszystko waliło, wybuchało, tempo było szybkie i co chwila jakiś nowy pomysł. Byłem pod wrażeniem mimo, że momentami strasznie głupio to wychodziło. Dobrze zrobione kino akcji i tyle. Potem niestety było gorzej...
- lubię motywy z zamkniętym bohaterem na małym obszarze, ale tutaj nie wyszło to dobrze. Nie czuć było klimatu zaszczucia, bohater za łatwo radził sobie z złymi (ponadprzeciętna celność i wytrzymałość + bonus do szczęścia), a połączenie z szefami tylko wybijało z rytmu i nie pozwalało się wczuć. Myślałem, że będzie więcej skradania i cichej akcji, ale takich momentów było zaledwie kilka. Film okazał się za bardzo przegadany mimo swoich wszystkich eksplozji
- jednak największy zarzut mam do terrorystów. Ich przywódca nie posiadał charyzmy, która pozwoliłaby go zapamiętać. Kolejny zły o którym się zaraz zapomni. I niestety działał jak idiota... Opracował plan zdobycia Białego Domu, udało mu się, ale patrząc na to co robi dalej to nie jestem pewien czy to on był za tą akcję odpowiedzialny. Bo jakim cudem zdobywanie kodów zajęło mu tyle czasu?! Nie można było od razu zacząć prać ludzi po pyskach i torturować? Prezydent stracił by parę palców pewnie też by przemówił. Nie cierpię oglądać filmowych terrorystów i być przekonanym, że sam bym to zrobił lepiej... 
- idiotycznie zachowywali się też ci dobrzy - typowe archetypy do których zalicza się dobra doradczyni i zły oraz pochopny wojskowy. Już na pierwszej lekcji pisania scenariuszy powinni uczyć, że takie coś nie powinno mieć miejsca! Najgorsze jest to, że niektóre sceny da się przewidzieć - ratunek w ostatnich sekundach, od samego początku wiadomo kto jest tym zły, a spowolnione sceny z amerykańską flagą i podnoszące na duchu przemówienie to coś obowiązkowego. A taki był dobry początek, a i główny bohater nieźle sobie radził w walce i popisywał się brutalnymi finisherami...
- przez większość filmu miałem też głupie wrażenie, że przecież atak na Biały Dom wyglądałby o wiele inaczej. Naoglądałem się The West Wing i brakowało wielu rzeczy. Że niby natychmiastowo ewakuowano Zachodnie Skrzydło? Taaa jasne. Sam budynek też powinien być dużo większy, a nie kilka pokoi na krzyż i korytarze.
- i tak fajny pomysł został rozłożony przez mnóstwo idiotyzmów w scenariuszu i słabe rozplanowanie akcentów. Szkoda, może White House Down będzie lepsze. Taaa jasne....

OCENA 3/6

Hansel and Gretel: Witch Hunters
- raz na jakiś czas pojawia się na horyzoncie taki film, któremu kibicuje by okazał się świetną przygodą. Nie chodzi o wielkie wakacyjne blockbustery czy filmy oparte na znanych markach, a raczej o te niezbyt głośne, a urzekające choćby jednym motywem który wyróżnia go w moich oczach. Takim filmem właśnie był Hansel and Gretel czyli nasi swojscy Jaś i Małgosia tylko, że w doroślejszym wydaniu. Odbiór mi przyćmiło moje zauroczenie pomysłem i tylko czerpałem radochę z pomysłów, które mi się podobały i ignorowałem te mniej udane. I dlatego tak bardzo mi się podobał ten film
- historia prosta, ale z twistami. Bez umoralniania i prawd życiowych, tylko czysta rozrywka. Co chwile jakaś bijatyka i całkiem niezłe wykonane strzelanie. 1,5h intensywnej zabawy w dobrym stylu. A to wszystko dzięki głównej parze łowców wiedźm. Może i nie było takiej chemii jaką bym chciał między Jeremym Rennerem, a Gemmą Arterton i mogliby częściej działać razem, ale to co było to właśnie to czego oczekiwałem po filmie. Tylko jeszcze jakby było troszkę lepiej, bardziej to dopracować, dopisać trochę linijek i ciętych ripost i mniej wulgarnych i mało ambitnych fucków to bym był wniebowzięty
- postacie poboczne są. Niektóre niepotrzebne, część przesadzona, można się było lepiej postarać. Bryluje głównie Famke Jannsen jako główna zła. Reszta stanowi tło i czasami niepotrzebny zapychacz fabularny. 
- w filmie urzekł mnie przede wszystkim klimat. Już intro zrobiło dobrze stylizowane na rysunki z średniowiecznych książek, stanowiło piękne wprowadzenie do całości. Jednak to świat przedstawiony czarował. Niby zapyziała mieścina w XIX wieku otoczona lasami, ale co za zabawki mieli bohaterowie! Co za wymyślne bronie. Taki paralizator czy gatling to pierwsze z brzegu przykłady. Do tego urocze kastety, pięknie zrobione kusze i strzelby. Mało tylko borni ręcznej, a raptem kilka sekund użycia w walce łańcucha to skandal. Aż się prosi o więcej. Tak jak o troszkę lepsze walki. Zbyt chaotyczne były. Dobrze zrobione i przedstawione, ale źle pomyślane. Niby tyle wiedźm ukatrupili, a nie widać zgrania, a takie właśnie tagowe zabijanie czarownice by dawało jeszcze więcej radochy
- strasznie podobały mi się też efekty specjalne. Bez przesadnego CGI, a efekty pod 3D pięknie wkomponowały się w wersję 2D filmu. Do tego jeszcze krew. Mnóstwo krwi pokazanej w efektowny sposób. Czarownice pięknie wybuchały. Że niepotrzebne epatowania? Bez przesady, bez tego ten film nie byłby taki dobry
- trzeba jeszcze pochwalić muzykę. Koniecznie! Może i soundtracka się nie zapamięta bo nie ma kawałków przesiąkniętych geniuszem, ale idealnie pasował do tego co się dzieje. Baśniowa muzyczka, jak trzeba wchodziła bardziej pompatyczna nuta, zdarzały się wystąpienia chóru, nie brakowało instrumentów orkiestrowych jak i elektroniki, a od czasu do czasu trochę cięższe brzmienie. Idealnie pasuje do tej lekkiej konwencji filmu
- całość nie jest bez wad. Posiada ich nawet całkiem sporo, ale podczas oglądania przymyka się na nie oko by nie psuły ogólnego wrażenia. Ja jestem ukontentowany mimo, że czuje lekki niedosyt. Na kontynuację czekam bo jest sporo do poprawy, ale i potencjał ogromny

OCENA 4/6

sobota, 13 kwietnia 2013

3 filmowe grosze #5

 Cowboys & Aliens
- tragedii nie było, dało się oglądać, a obawiałem się że będzie kicha na miarę Battleship. Tylko co z tego skoro to i tak był przeciętny film. Jeśli się nie używa mózgu jest dobrze, ale gdy zaczyna się myśleć to film wiele traci. Mało w nim sensu i tyle. Dlatego nie polecam, lepiej zobaczyć coś innego
- pierwsza godzina filmu była jeszcze w miarę ok. bo się oglądało z zaciekawieniem, liczyło się na dobre rozwinięcie, ale potem zaczęły się pojawiać nietrafione pomysły i rozgorzała walka z obcymi. Najgorsze w tym było to, że próbowano zrobić film poważny, czasem dodawano humor, ale ogólnie sama konwencja była utrzymana w tonie śmiertelnej powagi, a to wyjść dobrze nie mogło. Bo przecież tutaj walczą kowboje z obcymi. Sam pomysł brzmi absurdalnie i dlatego film powinien zostać potraktowany z większym luzem.
- kolejny grzech filmu to bohaterowie. Nie kibicowałem żadnemu bo jak polubić faceta z amnezją, który na dodatek po tym jak odkrył że jego żona nie żyję jakoś nie przejął się tym faktem i od razu zakochał się w innej? Olivia Wilde była ładna, ale pasowała do tego filmu jak pięść do nosa, a jej backstory też mi się średnio podobało. Harrison Ford również miał niezbyt pomysłową rolę. Najgorszy był jednak doktor, właściciel baru, który użala się nad sobą bo nie potrafi chronić kobiety...
- reżysersko bardzo ładnie, muzyka pasująca, zdjęcia podobały się, efekty specjalne ujdą, ale co z tego skoro za parę miesięcy będzie się tylko pamiętać że film strasznie rozczarował.
- fatalnie wypadli też kosmici. Przybyli na Ziemię po złoto, ale jak oni wynaleźli statki kosmiczne to ja nie mam pojęcia. Banda idiotów i tyle. Walczyć nie potrafią, rzucają się na prymitywnych ludzi i obrywają od nich zamiast się ufortyfikować i bronić. No bo i po co? Cała finałowa potyczka to jedno wielkie nieporozumienie. Ludzie umierają, psedudramatyczne sceny się pojawiają, a ja jakoś nie mogę się przejąć ich losem. Tak im się ten ratunek udał, że więcej ludzi zginęło podczas szturmu niż zostało odbitych...
- ja tu sączę jad, ale czego się spodziewać po scenarzyście Prometeusza. (Damon Lindelof, pamiętamy!). W ostatecznym rozrachunku było lepiej bo miło się oglądało tylko, że od strony logicznej strasznie dziurawe to było

OCENA 3/6

Ica Age
- tak wiem mam refleks, po ponad dziecięciu latach od premiery obejrzałem Epokę lodowcową. I w sumie mi się podobało mimo tylu lat na karku (zarówno u mnie jak i animacji)
- przede wszystkim humor!  Dużo go było, można się było nieźle pośmiać, a to głównie zasługa dubbingu. Jak nienawidzę filmów fabularnych z nim tak przy animacji wcale mi to nie przeszkadza. Zwłaszcza jak bierze się za to taki Pazura, Fronczewski czy Malajkat. Może i żarty nie były jakieś wyszukane, ale trafiło się kilka niezłych perełek. Swoje robił leniwiec, no ale film był ewidentnie pod niego robiony. Aż jestem ciekaw jak zepsują jego postać w kolejnych częściach
- historia jak to historia w bajkach - moralizatorska i z przesłaniem. Jaka to rodzina jest najważniejsza, że przyjaciele muszą sobie pomagać, że nigdy nie jest za późno żeby się nawrócić i każdy z nas może zostać bohaterem. Niech dzieciaki się uczą. Ja jednak się pytam czemu Maniek podróżował w przeciwnym kierunku? Nikt tego nigdzie nie wytłumaczył. Troszkę bez sensu, ale to tylko moje czepialstwo.
- i co ja więcej mogę napisać? Każdy już to pewnie oglądał tylko ja taki opóźniony więc nie będę się rozpisywał specjalnie no bo też nie jest film o którym lubię to robić. Nie ma specjalnie co krytykować i doszukiwać się drugiego dnia. Takie przyjemne oglądadło, dające dobrą rozrywkę i możliwość pośmiania się.

OCENA 4/6

Lincoln
- ciężko jest zrobić film biograficzno historyczny, który zaskakuje. W przypadku Lincolna się nie udało bo przecież wszyscy wiedzieli ja się skończy ta historią. Poprawka przejdzie, wojna zostanie wygrana, a Lincoln zostanie zastrzelony. I to jest największa wada tego filmy. Śledzi się dobrze znany zapis wydarzeń i ewentualnie odkrywa się nowe szczegóły. Zaskakujące, ale tylko szczegóły. Strasznie śmiesznie wyszło to że jedna z najważniejszych ustaw przeszła dzięki korupcji, szantażowi i groźbie. Niby część osób zagłosowała zgodnie z własnym sumieniem i przeciw partii, ale to też musiało się stać.
- z filmu przede wszystkim, a może jedynie zapamiętam grę aktorską. Jest fenomenalna! O Danielu Day-Lewisie zostało już wszystko powiedziane, Oscar w pełni zasłużony co do tego nie ma wątpliwości. Jednak inny wiele mu nie ustępowali. Zwłaszcza Sally Field i Tommy Lee Jones. Świetne role charyzmatycznych aktorów. Na plus wyróżniał się też Jared Harris, David Strathain, David Costablie,  Jackie Earle Haley i James Spader. Średnio mi tylko pasował Joseph Gordon Levitt. Jakiś taki za piękny był do tego filmu. Przez cały film było się czym rozkoszować. Szkoda tylko, że dialogi były trochę nudne. Za bardzo przyzwyczaiłem się do politycznych klimatów w The West Wing więc te mało wyrafinowane gierki mnie nudziły.
- postać Lincolna mi się podobała. Kochający ojciec w konflikcie z synem, głowa państwa i rodziny. Zmęczony życiem, ale też dążący do celu który sobie postawił, większego dobra nawet za cenę drobnych kłamstw. Zabawne były jego przemówienia, krótkie i treściwe, ale też nie pozbawione humoru. Czasem drętwego, ale przez to zabawne. Równie udane wszystkie długie dygresję i opowiastki, których nie mogli znieść najbliżsi współpracownicy. Zdecydowanie ciekawa postać. Ciekawe tylko ile w tym prawdy, a ile fikcji.
- w filmie irytowało mnie do przesady eksponowanie haseł wolności i równości. Jestem uczulony na to w amerykańskich filmach, a tutaj stężenie na metr kwadratowy było prze ogromne. Jednak tego się spodziewałem, to musiało być. W końcu to film ku pokrzepieniu serc. Żeby u nas w Polsce robili takie kameralne biografię byłbym wniebowzięty
- pochwalić też trzeba scenografię, montaż i kostiumy. Świetnie odwzorowano historyczne realia, nie bano się użyć krwi i brudu. Zdjęcia i muzyka były ok. Bez rewelacji. Ładne fakt, ale nie wybijające się.
- Lincolna można obejrzeć by zobaczyć co i jak. Film się ogląda dobrze, ale tylko to. Niczym specjalnym mnie nie zaskoczył, dostałem to czego się spodziewałem. I to najbardziej boli.

OCENA 3.5/6

poniedziałek, 25 marca 2013

3 filmowe grosze #4

 Lis Miserables
- ale to był dramat! 20 minut zaciekawienia i ponad 2h oczekiwania na koniec. Dawno się nie wynudziłem na filmie tak jak na Nędznikach. Jego największy problemem było to że nie umiał zaciekawić i w sumie nie wiadomo o czym był. Mamy spore nagromadzenie wątków i bohaterów przez co całość wydaje się strasznie rozmyta, a im dalej tym gorzej. Jednak najgorsze jest to, że wszystko zostało ledwo zaakcentowane.
- Konflikt między Javertem i Valjanem mało przekonujący. Świetni aktorzy, z pozoru ciekawe postacie i tak zmarnowany potencjał. Nie widać obsesji o której jest mowa, a rozciągnięcie scenariusza na kilkanaście lat sprawia, że te niby najciekawsze wydarzenia nie są nawet pokazane. Do tego jeszcze dochodzi niezbyt jasna motywacja bohaterów. Niestety jest mało scen między tą dwójką, a jak już się zdarzają nie niosą takiego ładunku emocji jak powinny. Zaprzepaszczony potencjał i tyle. Crowe vs. Jackman - pięknie brzmi i tylko tyle.
- film poległ też na płaszczyźnie ewolucji bohaterów. Nie pokazano jak się zmieniają, są tylko punkty zwrotne, a potem przeskok w czasie. Brak konsekwencji i wyraźnego ciągu przyczynowo skutkowego. najgorsze jest jednak to, że oni wiele mówią(śpiewają), a mało robią. Wszystko musimy przyjmować na wiarę. Bo skoro on twierdzi, że tak jest to tak musi być. Często też ich czyny są irracjonalne. Czemu to robią? Kto to wie...
- wątek rewolucyjno społeczny równie słaby. Czemu młodzi się buntują? Podobno chcą by wszyscy byli sobie równi, a król to zły człowiek który ich wykorzystuje. Podobno bo wcale tego nie widać. Mamy wziąć to na wiarę, że się im źle dzieje, a władza jest zła. Nierówności społeczne i życie robotników pokazane zostało w kilku scenach. I to takich bez wyrazu. Anna Hathaway zagrała solidnie, może i oscarowo, ale coś mi się wydaję, że za miesiąc nie będę pamiętał co ona robiła w tym filmie
- żenująco wyszedł też wielobok miłosny. Ojciec kocha córkę, córka rewolucjonistę z wzajemnością, ale ma dylematy związane z swoimi rewolucyjnymi zapędami (kobieta czy ojczyzna - co za nowatorski pomysł). Do tego w dzielnym wojaku kocha się kolejna kobieta. Wielka miłość (bo tak mówią) i zazdrość (bo to musiało być). Zero chemii między postaciami, zero oczekiwań i napięcia z przewidywalną końcówką. Bo przecież chociaż częściowy happy end musiał być
- beznadziejnie wypadła też scena "batalistyczna". I że niby tak walczyli w XIX wieku? Nie tłumaczy tego musicalowa konwencja. Już chyba lepiej jakby tego nie było. Chociaż nie, cieszę się z tej sceny bo można było się w końcu z czegoś solidnie pośmiać. Trochę z zażenowania, ale film w końcu wywołał jakieś emocję
- paradoksalnie w musicalu najbardziej nużyło śpiewanie. Muzyka przez niemal 3h podobna do siebie i zero spektakularnych scen z świetną chorografią. Wyróżniłbym tylko jedną scenę zbiorową (Helena Bohan Carter i Sasha Baron Cohen rządzą!), ale tylko dlatego bo reszta była słabiutka. Te kameralne występy nużące. Nie dość że wykonania nie powalały to jeszcze niemal w każdej scenie mamy zbliżenie na twarz, a bohater wznosi oczy do nieba i śpiewa. Śpiewa wyjątkowo nudne utwory. Teksty bez polotu, częściej nużyły niż wciągały i w połowie wykonania przestawało się interesować resztą. To już w jednym 40 minutowym odcinku Buffy (niezapomniane One more, with feeling) jest więcej i lepiej wszystkiego.
- podobały mi się za to kostiumy i charakteryzacja. Brudni ludzie z żółtymi zębami w pięknych strojach z epoki. Tutaj nie mam nic do zarzucenia. Szkoda tylko, że ze scenografią trochę gorzej. Swój urok miała szczególnie w zamkniętych pomieszczeniach. Gorzej jak pojawiał się szerokie plany gdzie ewidentnie było widać efekty komputerów przez co miało się wrażenie sztuczności.
- może moje wrażenie wynikają z tego że nie znam się na musicalach? Całkiem prawdopodobne. Jednak nie usprawiedliwia to tego, że wynudziłem się okropnie. Film ma bawić, wciągać albo skłaniać do myślenia, a nie zmuszać do odliczania minut do końca.

OCENA 2/5

Psycho
- jednak udało mi się obejrzeć jakiś dobry film w tym tygodniu. Chociaż określenie Psychozy jako dobre kino to cholerne niedowiedzenie. Na pewno nie jest to najlepszy film jaki widziałem, ale w pełni zgadzam się z tymi zachwytami nad nim. 
- niespełnione oczekiwania czy może raczej nie dostrzeganie w pełni geniuszu tego filmu wywodzi się stąd że większość znanych pomysłów już została przerobiona w popkulturze dziesiątki razy.  Chorobę psychiczną i twist fabularny związany z matką można łatwo przewidzieć i nie wprawia on w zachwyt. Jednak trzeba przyznać że wielkie objawienie zostało fachowo pokazane
- strasznie podobało mi się budowanie napięcia, a szczególnie pierwszy akt filmu. Pokazano związek Marion, scenka w pracy, postanowienie kradzieży i w końcu jej podróż. Ta zmiana konwencji kilkukrotnie mnie zaskoczyła. Tak samo zresztą jak zupełne porzucenie wydawałoby się głównego wątku. Co ciekawe tytułowa psychoza może się też odnieść do głównej bohaterki
- siła tego filmu tkwi też w dialogach. Cudowne! Uwielbiam to w starych filmach, że są takie przegadane, ale te rozmowy są o czymś konkretnym. Odnoszą się do życia tych fikcyjnych postaci, idealnie je określają, pokazują ich stan emocjonalny oraz światopogląd. Dla mnie rozmowa między Normanem, a Marion to najlepsza scena filmu, a nie ta kultowa, która jest z nim kojarzona
- no właśnie scena prysznicowa. Już pierwsze pojawienie się łazienki sprawiło, że moje zainteresowanie osiągnęło maksymalny poziom. I potem ona nastąpiła co mnie kompletnie zaskoczyło. Myślałem, że będzie miała miejsce w finale, a nie jeszcze przed połową. Rozumiem jej fenomen. Perfekcyjnie nakręcona z psychodeliczną muzyką (która przez cały film jest fenomenalna!). Trwa ona krótko, cięcia i kamera potęgują wrażenie, a potem przez parę minut kapiąca woda z prysznica nie pozwala zapomnieć o tym co się stało. Cudo!
- kapitalnie w tym filmie też wyszło jak postacie plątały się w własnych kłamstwach, same sobie stwarzały pułapkę z której nie da się uwolnić. Działały irracjonalnie, pochopnie i w pełni przekonująco. Uwielbiam coś takiego w filmach
- Norman Bates wypadł hmmm sympatycznie i zarazem potwornie. Morderca, któremu można współczuć, jego stan jest wynikiem doświadczeń z dzieciństwa i głęboko rozwiniętej choroby psychicznej. Do tego nie zabija bo chcę tylko musi, jego motywacja to chronienie samego siebie. I jak mu nie kibicować?
- końcowy monolog opisujący stan Normana oraz finalna scena to doskonałe zakończenie filmu. Trochę się boję kontynuacji, ale jeśli będą w połowie tak dobre jak pierwowzór jestem dobrej myśli
- muszę się przyznać, że Psychozę obejrzałem głównie z powodu premiery Bates Motel i teraz jeszcze bardziej nie mogę się doczekać sprawdzenia serialu. Relację Normana z Normą na pewno będą dość osobliwe. W końcu "Najlepszym przyjacielem każdego chłopca jest jego matka".

OCENA 5-/5

Zero Dark Thirty
- Jessica tak. Maya nie. Ten film poległ w momencie kreowania głównej bohaterki. Może reżyserka chciała pokazać, że to nie taka słaba płeć i nie są już w cieniu mężczyzn, ale kompletnie jej to nie wyszło. Maya irytuje swoim zachowaniem, niby ma być twardą babką dążącą do celu, ale wypada strasznie mało przekonująco. Nie ma życia poza pracą, jest ogarnięta obsesją, ale tego dokładnie nie widać. Było zaledwie kilka scen domowych, ale mało co wniosły i nie pogłębiły głównej bohaterki. Miała kilka swoich nawyków i przyzwyczajeń, kilka scen było mocnych, ale po obejrzeniu całego filmu postać Mayi dalej mnie nie zachwyca. Tym gorzej dla filmu bo w całości się opierał na kreacji Jessicy Chastain
- w ogóle cały film był nie wiadomo o czym. Ani to dokument relacjonujący przebieg wydarzeń, ani pomysłowa fabularna produkcja. Zawieszony był gdzieś po środku przez co zawodził na obydwu frontach. Na tym pierwszym bo film każe nam wierzyć, że Bin Laden został złapany dzięki determinacji jednej kobiety, która mimo tego że nikt w nią nie wierzył dokonała czegoś niesamowitego. Ona jedna dzięki przeczuciu i szczęściu złapała i namierzyła najgroźniejszego terrorystę świata. Jakoś mało to przekonująca. I dlatego właśnie warstwa fabularna cierpiała a ja wraz z nią. Film wydawał się strasznie sztuczny, miał kilka zupełnie nie pasujących scen, a niektóre dialogi były do bólu przewidywalne. Poległ na polu na którym powinien błyszczeć
- sam motyw wojny z terroryzmem został przedstawiony zachowawczo. Sceny tortur nie były szokujące, przecież o tym było wiadomo od dawna, były tylko kolejną sceną, a nie problemem który film chcę zgłębić. A może właśnie chodziło o to że były tak naturalne? Dobrym pomysłem było też wplecenie w fabułę filmu znanych z ostatniego dziesięciolecia zamachów. Szkoda tylko, że one też nie miały dla fabuły większego znaczenia. Były bo były, ale nie poruszono palących problemów terroryzmu. Zero strachu, ciągłego zagrożenie i świadomości że nie wiadomo gdzie może nastąpić kolejny atak. Już lepiej wyszło to w jednym z odcinków Nikity, a to przecież serial The CW.
- nie podobała mi się też konstrukcja filmu. Nie czuć było, że dzieje się na przestrzeni dziesięciu lat, wyglądało to raczej jak jakaś krótsza sprawa z serialu proceduralnego. Pokazane zostały tylko kluczowe fragmenty, a ja chciałbym widzieć jakieś chwile zwątpienie, zwykłą papierkową robotę, normalną pracę agentki CIA, nawet na zgrabnym montażu żeby poczuć ten upływ czasu. Nic z tego. Od czasu do czasu zmieniała się fryzura i telefon głównej bohaterki i to wszystko. Do tego co jakiś czas pojawiały się tytuły kolejnych aktów filmu. Po co? Żeby przygotować widza na to co ma nastąpić? Przecież to zupełnie bez sensu, film ma trzymać w napięciu, a nie komunikować o tym o czym będzie najbliższe 20 minut...
- trzeba jednak mu przyznać, że momentami wciągał. Szczególnie na początku, jak jeszcze miało się nadzieje, że całe to śledztwo wywrze jakiś znaczący wpływ na bohaterkę i jej otoczenie. Przydługie sceny miały swój urok i samo śledztwo wciągało, a 2,5h bardzo szybko minęło. Ostatnia akcja czyli wielce wyczekiwane zaciukanie Bin Ladena efektowne i dobrze wykonane. Przyjemnie się oglądało, ale niestety brakowało efektu wow bo przecież było wiadomo jak to się skończy
- tak czy inaczej warto obejrzeć. Nie by się zachwycać filmem, a po to by sprawdzić jak wygląda amerykańska propaganda. Nie cały czas ta pozytywna, ale wciąż propaganda. Można tez cieszyć oko Jessicą, ale niestety jej bohaterka nie dorównuje aktorce. O wiele lepszą agentką CIA mimo jej zaburzeń psychicznych jest Clare Danes z Homeland
- ciekawostka Oscarowa - Kyle Chandler wystąpił w zeszłym roku w dwóch Oscarowych filmach i w obydwu zagrał szychę z rządu. Na szczęście wygrał ten lepszy film czyli Argo
- ciekawostka serialowa - Jessica Colins! Kto? Pani z Rubicon znowu pracuje w Agencji. Z występu Chandlera też się cieszę, dobrze jest znowu zobaczyć trenera Taylora. Ucieszył mnie też John Barrowman tylko czemu dostał zaledwie jedną króciutką scenę? Takie wykorzystywanie świetnych aktorów powinno być karalne

OCENA 3=/5