Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Community. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Community. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Serialowe podsumowanie tygodnia #81 [14.04.2014 - 20.04.2014]

SPOILERY

 Arrow S02E19 The Man Under the Hood
- dwie przerwy podczas oglądania czyli nie było tak tragicznie jak jeszcze parę tygodni temu, ale też gorzej niż ostatnio. Mam tylko wrażenie, że formuła jeden przeciwnik na sezon jest złym pomysłem. Slade za długo kombinuje, wprowadza swoje plany w życie, torturuje psychicznie Olliego, ale nic z tego nie wynika. Efekt wow się skończył, teraz wymagam by jego postać dalej ciekawiła i przykuwała, ale robi się karykaturalna. Przecież ganianie po magazynie STAR Lab było kompletnie bez sensu. Nie mógł ich zastrzelić? Zabawa w tworzenie super żołnierzy też trochę nie trzyma się kupy. Tyle przygotowywał swój plan, ale nie pomyślał by wcześniej zaopatrzyć się w wirówkę i własny generator by nie zostać wykrytym? Trochę się to kłóci z jego innymi dalekosiężnymi planami. Lekarstwo na superżołnierza to też przesada. Raptem wyciągane takie coś z kapelusza. I zupełnie mnie to nie dziwi. W finale zostanie zaimplementowane Sladowi i by odpokutować swoje winy będzie przewodził Suicide Squad...
- Lauriel zgiń wreszcie! Umrzyj, przepadnij siło nieczysta. Tak bardzo nienawidzę tej postaci, że ciężko to wyrazić słowami. Jej kłopoty alkoholowe to małe piwo przy jej całokształcie. Jest prymitywną idiotką której nie można kibicować. Co robi by wyciągnąć ojca z więzienia? Szantażuje swoją szefową! Po raz kolejny! I to w taki sposób, że nie można przyznać jej racji. Wypuść go albo zrobię z twojego życia piekło. Do tego jeszcze niczego sama się nie domyśli, dowody miała cały czas przed sobą, ale dopiero musiała usłyszeć by zrozumieć, że Ollie jest Arrowem. Co robi w takim razie? Konfrontacja z nim. Nie udaje się to biegnie do ojca i "tatusiu, wiem kim jest Arrow". Jak małe dziecko.
- z Theą nie jest wcale lepiej. Zachowuje się jak rozkapryszona nastolatka z Dlaczego ja. Obrażona na wszystkich nie chcę rozmawiać z bratem i matką, nie przyjmuje logicznych argumentów, nie podpisze też papierka by zapewnić rodzinie kasy. Taki kaprys. Wyprowadza się też z domu. Co z tego, że jest niepełnoletnia. Świat Arrow rządzi się swoją logiką.
- w ogóle kobiety w Arrow są fatalnie pisane. Również historia Rochev nie błyszczy. Jak lubię Summer Glau i jej bohaterkę bo jest silna, dąży po trupach do celu i umie walczyć w pięknym stylu (te lekcję baletu u Summer procentują) to jej motywacja jest bezsensowna. Robert mnie kochał, ale zostawił więc przejmę jego firmę. Miłość, zdrada i zemsta w najprostszym wydaniu. Ciekawe jak będzie się zachowywać pod wpływem Mirakuru, ale obawiam się, że straci trochę ze swojej zajebistości.
- na początku napisałem, że to nie był taki zły odcinek, a ciągle narzekam. Taka specyfika serialu. Dużo się dzieje, jest trochę śmiesznych onlinerów i akcji, komiksowy felling też jest wyczuwalny, ale jak przychodzi co do czego to więcej jest elementów do których można się przyczepić niż je chwalić. Chociaż ponowne spotkanie z Royem było zaskakujące, a i flashbacki dobrze się oglądało. To akurat tradycja.

OCENA 3/6

Castle S06E06 Get a Clue
- o na jaki fajny epizod trafiłem po dłuższej przerwie z serialem. Rozszyfrowywanie wielkiej tajemnicy w stylu Dana Browna i rozwiązywanie morderstwa. Czego tu nie było - walka na miecze, domniemany rytualny mord, mnich zabójca, masoni, pułapka w grobowcu. I jako tako wszystko trzymało się kupy. Chociaż odcinek mógł być bardziej meta, brakowało mi jakiegoś żartu jak Rick i Kate zostali zamknięci w krypcie. Fajne też była jej improwizacja i oburzenie Ricka bo to w końcu jego zadanie.
- kłótnia z Alexis trochę zaskakująca. Zawsze było pełno rodzinnego ciepła między córką, a ojcem, a tu takie coś. Jednak jej ostatnia przemowa o akceptacji całkiem fajna.
- Ryan chwalący się jak udało mu się wpaść na trop taksówki był mistrzowski.

OCENA 4/6

Castle S06E07 Like Father, Like Daughter
- znowu miłe odbicie od schematu rozwiązywania morderstwa. Tym razem Alexis i Rick łączą siły by uniewinnić skazanego na karę śmierci. I przy okazji rozwiązują zagadkę kryminalną.Fajnie się oglądało razem tą parę, widać taką samą chemię jak między Castle, a Beckett. Jednak zmienia się trochę dynamika i to Rick musi być tutaj tym odpowiedzialnym i troszczyć się o partnera. Może i śledztwo było strasznie naiwne, szczególnie rejestry w bibliotece, ale bardzo przyjemnie się to oglądało. Szkoda tylko, że nie pogłębiono relacji Alexis z przyszłą macochą, ale na to też przyjdzie czas.
- ślub Ricka i Kate w kosmosie - to jest pomysł! Ale obejdzie się bez takich szaleństw.

OCENA 4/6

Castle S06E08 A Murder Is Forever
- taki sobie ten odcinek zwłaszcza ze względu na finalne objawienie, że diamenty były ludzkiej produkcji. Ja rozumiem, że to Castle, tu dzieją się różne głupiutkie rzeczy, ale taki motyw nie pasuje do serialu. Szkoda bo fajnie się zapowiadało - domniemany sprawca był znany od początku i trzeba go było tylko znaleźć, można było pokazać akcję z dwóch stron barykady i nie byłoby tak sztampowo. Nawet strzelanina z udziałem Ryana i Esposito mogłaby przynieść kolejny fajny potencjalny wątek, ale nic z tego. Zbyt prosto, zbyt nudno. Fixer też okazał się niezbyt szczególny i już pewnie nie wróci.
- kłótnia między Ryanem i Espo o to kto jest mężczyzną w tym związku też mogłaby być fajna, ale szybko z tego zrezygnowano. Kłótnia Ricka i Kate o lwa też niespecjalna. Nie pasowało mi też słuchanie porad z jakieś książki. Rick powinien je wyśmiać. Mało tez było szalonego teoretyzowania chociaż odwołania do nazistów i Indiany Jonesa fajne.

OCENA 3/6

Castle S06E09 Disciple
- o tak, 3XK wrócił! No prawie wrócił bo go nie pokazali, ale jego sprawa wróciła. I fajnie bo w Castle jest potrzebny jakiś dobry powracający wątek. Nie było w odcinku wiele humoru, wszystko tradycyjnie dla ego rodzaju historii ponure i z odpowiednim filtrem obrazu. Zabójstwa były creepy, dobrze pomyślane i budzące zaciekawienie. Martwe klony Lanie i Espo robiły wrażenie i zapalały lampkę ostrzegawczą, że coś jest nie tak. Czekałem tylko na zamordowaną "Kate" lub "Ricka". Nie doczekałem się, ale nie czuję rozczarowania bo wszystko służyło jakiemuś celowi. Wymazaniu spraw 3XK.
- wprowadzono też nową powracającą postać graną przez Annie Wersching. I w sumie mi się podoba jako dominująca i zimna psychopatka manipulatorka, ale trochę grubymi nićmi szyta jest paralela między dobrą i złą parą. Jednak czekam na jej powrót. Bo końcowa piosenka zrobiła potężne wrażenie i idealnie zamknęła ten bardzo dobry epizod, który przez cały czas budził zaciekawienie.

OCENA 4.5/6

Castle S0610 The Good, The Bad & The Baby
- Rick i Kate mają dziecko! No może ich nastawienie do dzieci nie było jakieś szokujące - Rick entuzjasta, a ona dystansujące się, ale przyjemnie się to oglądało. Śmieszne sceny z Cosmos i fajnie przeprowadzona operacja. Do tego dzieciak płaczący na rękach Ryana. Było dobrze.
- zagadka zakręcona i po raz kolejny winna okazała się najmniej podejrzana osoba z początku. Standard. Dobrze się to oglądało bo szybko jakieś nowe dziwne rzeczy się pojawiały, ale nie potrafiła specjalnie zaangażować. I nie wierzę w brak pomysłów Ricka na szalone teorię.
- niedoszły pocałunek w śmietniku - jakie romantyczne! Albo przepranie Kate na Święto Dziękczynienie. Fajnie, że nie ma między narzeczeństwem większych dramatów i dobrze się dogadują. Tak powinno się prowadzić związki w proceduralach.

OCENA 3.5/6

Castle S06E11 Under Fire
- serialowe porody rządzą się własnymi prawami. Niemal zawsze musi to być odcinek wybuchowy i w jakiś sposób nigdy kobieta nie może urodzić spokojnie z mężem przy boku. Tym razem było zagrożone życie Ryana. Tylko, że zupełnie pozornie bo przecież w takim odcinkach bohaterów się nie zabija. Jakoś nie mogłem się przejąć losem Ryana i Espo i co najgorsze nie mieli żadnych szczególnych scen, a rozmowa z Jenny była zbyt ckliwa. Samo wpadnięcie do piwniczki zbytnio naciągane tym bardziej, że bohaterowie ledwie uszkodzeni i ze śmiesznie postrzępionymi ubraniami. Śledztwo nieszczególne, a ofiara do szczególnie inteligentnych nie należała. Skoro podpis podpalacza był w aktach karzdej ze sprawy to powinien złapać go dużo szybciej.
- czy mi się wydaje czy Stanie Katic nie specjalnie się chcę już grać w serialu i jedzie na autopilocie? Nathan Fillion zresztą podobnie. Aktorzy już są znudzeni graniem jednej roli i nie iskrzy między nimi tak jak kiedyś. Brakuje też jakiś fajnych interakcji. Za spokojnie między nimi.

OCENA 3.5/6

Castle S06E12 Deep Cover
- trochę brakuje mi zwykłej sprawy z typowym policyjnym śledztwem, zapisywaniem dowodów na tablicy, przesłuchaniami w pokoju i szalonymi teoriami Ricka. Dawno tego nie było. Lubię udziwnienia w proceduralach, ale w końcu i one się zaczynają nudzić i brakuje trochę normalności. Ten odcinek to powrót ojca Ricka i szpiegowska afera z małą ilością momentów z których można by się pośmiać, a przecież to w tych momentach serial jest najlepszy. Jednak fajnie było znowu zobaczyć Jamesa Brolina i Castle'a oszukującego Kate. Sama szpiegowska afera ujdzie, typowe dla tego serialu.
- data ślubu ustalona na wrzesień. Czyli cliffhanger związany z ceremonią i sakramentalne tak w premierze nowej serii?

OCENA 3.5/6

Community S05E11 G.I. Jeff
- co za cudowny odcinek. Uwielbiam takie postmodernistyczne eksperymenty w Community. Może to nie była tak szalona przygoda jak wyprawa do ery 8 bitów bo nie pochodzę z ameryki i nie wychowałem się na G.I. Joe, ale i tak bawiłem się doskonale. Wyśmiewanie konwencji, zabójcze ksywki członków drużyny (Fourth Wall i Buzzkill!), komentarz o niedostatkach animacji, pogrzeb Destro, sąd nad Jeffem, absurdalna Jobra, fenomenalna czołówka czy przerwy na reklamy. Niesamowite ile udało się upchnąć tutaj żartów i odniesień. Nawet część starych aktorów użyczyła głosu swoim postacią. Brawa, wielkie brawa dla Dana Harmona i NBC za odwagę.
- trochę się zaskoczyłem na początku, że od razu rzucono nas w świat kreskówki, ale dobrze zostało to uzasadnione. Kryzys wieku średniego i wizyta w szpitalu. I jeszcze cała ferajna pochylona nad łóżkiem Jeffa.

OCENA 5.5/6

Game of Thrones S04E02 The Lion and The Rose
- w końcu nastała ta piękna chwila gdy ginie ktoś kto umrzeć powinien. Dość szybko bo w już drugim odcinku sezonu, a myślałem, że Joffrey do połowy wytrzyma. Jednak skoro ten odcinek pisał Martin to tutaj musiało się TO wydarzyć. Może jego śmierć nie była tak szokująca jak Red Wedding, a zamiast wstrząsu dawała radość, ale doprowadzono do niej bardzo dobrze. Ci co czytali książkę wiedzą kto to zrobił i cieszą się ze słów wypowiedzianych przez tą postać, inni niech się domyślają. W serialu dano dużo wskazówek, a i praca kamery podpowiadała. Mi osobiście trochę przeszkadza rola Dantosa, za mało go było za słabo to uargumentowane. Samo weselicho niczego sobie. Z przepychem, dekadencją, ale i obcesowe i nieprzystające do zachowania szlachty, a raczej do plebsu. Tyrion był upokarzany na każdym kroku, a zawody karłów wprawiły w zażenowanie większość gości na podwyższeniu. I ta znudzona Margery, dyplomatycznie wyczuwająca chwilę gdy trzeba zainterweniować! Nawet Tommena pokazali i jest strasznie wyrośnięty. Podobała mi się też Sansa i jej pomoc Tyrionowi, dwie najbardziej upokarzane osoby muszą w końcu sobie pomagać. Dlatego szkoda, że Dantos ją gdzieś zabrał. BTW - widok cierpienia na twarzy Joffreya bezcenny.
- w innych scenach było równie brutalnie i okrutnie. Choćby otwierające polowanie Ramseya z jedną z dziewczyn torturujących Theona w poprzednim sezonie. Chociaż mam wrażenie, że wydźwięk tej sceny byłby większy gdyby ustrzeliła swoją kochankę, a nie jakąś przypadkową dziewkę. Spotkanie z Boltonem o wiele ciekawsze. Jak wiał chłód od relacji ojca z synem i brak zaufania. Mocna scena z goleniem przez Fetora i wyznaniem co stało się z Starkami. Co najważniejsze akcja na północy nabierze dynamiki. Nie dość, że walka o Fose Calin to jeszcze wyprawa ludzi z Dredfort do Czarnego Zamku.
- na Smoczej Skale zaczęli sezon grillowy. Religijny fundamentalizm sięga tam już zenitu i pali się najbliższą rodzinę. Tylko Davos jakimś cudem trzyma się przy życiu. Rozmowy o Stannisie bardzo fajne tak jak o bogach i walce jaka ma miejsce w tym świecie i że prawdziwe piekło jest na ziemi. Tyko trochę za dużo tutaj ekspozycji w przemówieniu Mellisandre.
- w związku z walką dobra vs. zła następnie poświęcono trochę czasu Branowi i jego mistycznemu wątkowi. Podróż na północ przebywa bez większych problemów tylko, że Bran coraz bardziej ucieka w skórę wilka. Spotkanie z drzewem sercem wywołało ciekawą wizję. Dziwne, że po niej wie gdzie trzeba iść, ale nich mu będzie... o wiele ciekawsze były smoki nad Królewską Przystanią czy ośnieżona sala z Żelaznym Tronem, tak samo jak z wizji Dany w Quarth.
- Jamie, biedny Jamie, jednak nie potrafi walczyć lewą ręką. Fajnie, że trenuje go Bronn, a nie Pyen bo sprawi to, że sceny będą ciekawsze. A scenerie mają do prawdy piękną i ustronną jak opowiada Bronn. Była też scena z rozlanym winem! Dobrze, lubię te książkowe nawiązania.
- Shea została wysłana na statek hmmmm a co jeśli to nie jest statek do Pentos tylko miejsce w które zaprowadzi Dantos Sanse? Znacząco by to zmieniło jedną z książkowych scen, ale moim zdaniem na plus.

OCENA 5.5/6

Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D. S01E18 Providence
- odcinek dużo spokojniejszy od poprzedniego, który spuścił bombę na widzów, ale serial utrzymuje dalej swoje momentum. Dużo miejsca poświęcono ekspozycji, przedstawianiu obecnej sytuacji w taki sposób by można było poczuć, że wydarzenia mają zasięg globalny oraz Wardowi. Bret Dalton nie jest dobrym aktorem, ale w tym odcinku pokazuje trochę szerszy zakres swoich umiejętności. Jest autoironiczny, wyśmiewa swoją wcześniejszą bucowatą postawę oraz zachowania. Nie rozgrzesza to poprzednich odcinków, ale nadaje im trochę głębi. On od początku pracował dla Garretta, wiedział co się dzieje i miał monitorować Culsona. Wszystko zostało ładnie wyjaśnione i nie pozbawia złudzeń. Jednak mimo wszystko coś on czuje do Skye i boję się, że jego historia skończy się na próbie odkupienia. No nic, okaże się.
- przedstawiono postać Talbota. Z jednej strony dobrze, że dają oficera armii USA, ale po co mu te śmieszne wąsy to ja nie wiem. Fajnie, że Culson od razu go przejrzy, wie co się dzieje i że trzeba uciekać. S.H.I.E.L.D. jest uznawane za organizacje terrorystyczną, nie można im ufać i trzeba się zająć problemem. Trochę słabo bo znaczy to, że Culson nie będzie kierował odbudową, ale wrócimy w przyszłości do latania busem i rozwiązywania kolejnych spraw. Jednak posmak czegoś większego był. Jak Skye raportowała o kolejnych bazach, a on wszystkim zarządzał. Chociaż może w przyszłości. Angel zaczynał od 2 osobowej agencji detektywistycznej, a skończył na międzywymiarowej korporacji. 
- co do Culsona podobała mi się ta jego ślepa wiara w powodzenie bo tylko to mu zostało. SHIELD nie istnieje i musiał się czegoś uchwycić. Jego wybuch był zrozumiały, drużyna nie miała nic do powiedzenia, milczała. To była mocna scena. Jednak nie kupuje tego, że Hydra mogła mu coś zaszczepić. Jednak gdzieś May przemyciła wiadomość, że Fury od dawna wiedział o infiltracji SHIELD tylko nie mógł nic z tym zrobić. Prócz budowania super tajnych baz.
- dodatkowe brawa za to jak ładnie serial korzysta ze swojego dziedzictwa. Wyśmiewa wystrzeliwanie broni w kosmos, Hydra dostaje w łapka więźniów i artefakty, które drużyna Culsona zdobywała, a Ward często odnosi się do swojego zachowania. Przez to otwierane są nowe wątki. Gravitonium wraca i pewnie w S02 odegra dużą rolę.
- nie wyobrażam sobie Culsona siedzącego w bazie i czekającego na nowe rozkazy. Mam nadzieje, że Koening ma coś więcej do zaoferowania niż nowe odznaki. Przydałaby się jakaś bezpieczna linia z Furym lub Hill. Jednak raczej długo Culson tutaj nie posiedzi skoro Jasnowidz znowu wspominał o wiolonczelistce, a w internecie pojawiło się info, że Amy Acker ma ją zagrać.

OCENA 4/6

The Good Wife S05E17 A Material World 
-kolejny odcinek pełen żałoby i smutku gdzie trzy kobiety radzą sobie ze stratą na swój sposób. Każda z nich ma chwilę zwątpienia i zaciekłej walki przy czym każda z nich w innych proporcjach. Kalinda by odreagować idzie uprawiać szalony seks z Carym po czym ma wyrzuty sumienia i udaje się do Jenny i zdradza jej zaufanie by ratować pozycję Diane. Ona natomiast zaciekle walczy o swoje, nie poddaje się. Najbardziej przytłoczona wydarzeniami jest Alicja. Julianna fenomenalnie gra w tym serialu, ale gdy musi pokazać coś dramatycznego przechodzi samą siebie, jej cierpienie i zrezygnowanie jest widoczne i budzi się autentyczne współczucie. I ta kłótnia z mężem gdzie podejmuje decyzję która zaważa na jej przyszłości. Od teraz są tylko w związku biznesowym. Oj jestem ciekaw jak to się dalej potoczy.
- sprawa rozwodowa była tylko pretekstem do pokazania bohaterów. W sumie trochę tęsknie za zwyłym pojedynkiem sądowym i bronieniem klienta. Nie żeby to co jest było w jakimś stopniu złe. Fuzja i LG i Florrick/Agos to zły pomysł dla dynamiki serialu, za wcześnie na to, ale to pewnie tylko chwilowy efekt działania pod impulsem. Ciekawiej zapowiada się powrót Canninga i intrygi w prokuratorze. Będzie też więcej Finna. Pozbyto się też Damiana i dobrze bo ten wątek był średnio trafiony. Może nie taki niewypał jak były mąż Kalindy, ale niewiele wnoszący do serialu.
- strasznie podobało mi się, że nie pokazano pogrzeby i ckliwych scen z opuszczaniem trumny. Zamiast tego rozmowę dwóch kobiet przy drinku i wspominanie faceta którego znały. 

OCENA 4.5/6


The Shield S03E13 Fire in the Hole
- wątek Ormian rozwija się dalej jednak nie sądzę by skończył się w tym sezonie. Za wolno się wszystko toczy i nie ma wyraźnego antagonisty. Raczej sezon skończy się na zaciskaniu pętli wokół Vicka. Wszystkie ich próby odciągnięcia uwagi tylko w nich uderzają, stają coraz bardziej na celowniku i jeszcze Dutch coraz mniej ufa Vickowi.
- wątek polowania na pedofilii odrażający. Co jak co, ale ten serial nie bawi się w półśrodki i w brutalny sposób przekazuje prawdę. Dobrze, potrzeba takich produkcji. Wyms pod przykrywką i współpraca z Decoy Squad wyszły bardzo dobrze. Szczególnie jak ona podzieliła się kawałkiem swojej przeszłości.
- oczywiście nie mogło zabraknąć wątku humorystycznego - Taylor dalej podbija do Danny, a ona poluje na skradzioną Whisky. Potrzebne są te chwilę odprężenia po innych brutalnych wątkach i bez stopych trupach.

OCENA 4.5/6

Vikings S02E08 Boneless
- odcinek przejściowy, chwila wyciszenia przed dwiema finałowymi godzinami, które pewnie będą ze sobą mocno powiązane. Jednak trzeba przyznać, że jak na taki zapychacz poradził sobie całkiem nieźle. Dalej jest gęsty klimat budowany przez niesamowitą muzykę, a scenki obyczajowe z życia wikingów ogląda się z niekłamaną przyjemnością. Ćwiczenie Bjorna, kłopoty Lagherty, przygotowania do wyprawy i w końcu problem z synem Ragnara. Serial portretuje ten świat, nie upiększa i idealizuje jak to często w serialach ma miejsce. Ragnar ma dylemat czy zabić syna, który jest kaleką, tak mu doradzają najbliżsi, nawet zostawia niemowlę na śmierć tylko Ashlaug je ostatecznie ratuje. Mówi to nie tylko o postaciach, ale o samym społeczeństwie.
- ciekawie też podano różnice między "cywilizowanym" światem, a poganami. Księżniczka Marcji niemalże ich wyśmiewa i wygłasza, że chodzą nago i mają niepohamowane żądze. Zupełnie jak ona, która jako dziecko była gwałcona przez brata. Kto tu w takim razie zasługuje na potępienie? Dobrzy i źli ludzie są w jednym i drugim społeczeństwie.
- chyba w tym sezonie król Horik zostanie pożegnany. Ragnar jest coraz pewniejszy siebie i wedle własnej wizji chcę łupić, a pozostałym dowódcą się to nie podoba. Zasadzka zorganizowana na posłannictwo Ekberta na pewno zagęści jeszcze ten konflikt.
- ciekawe co z mnichem. Jego wiara zostanie poddana próbie w przyszłym odcinku albo w finale gdy dojdzie do spotkania z Ragnarem. I jak wikingowie zareagują na to, że wrócił do habitu?

OCENA 4.5/6 

White Collar S04E14 Shoot The Moon
- serial dawno mnie przestał bawić tak jak na początku i ciężko mu mnie zadowolić. Dlatego z początku ucieszyłem się na delikatną zmianę formuły. Porwanie Petera i El na początku było fajne, pokazano kilka śmiesznych scen, ale z czasem robiło się nudo, przewidywalnie i zbyt melodramatycznie. Końcówka też nie okazała się wielkim zaskoczeniem. Nie było źle, ale momentami nudziło.
- pojawienie się współczesnej pary Bonnie i Clyde  było pretekstem by poruszyć inne serialowe związki. Przesłodzone do przesady małżeństwo Burków wyjawiło sobie sekrety, których istnienie było umotywowane jedynie potrzebami scenariusza. Wróciła też na chwilę Sarah, jej chemia między Neal jest widoczna, ale odcinek był tylko początkiem pożegnania z nią. Trochę słabo bo zawsze ją lubiłem w serialu, a sama jej obecność wpływała na Neala.
- z śmieszniejszych scen to walka o pozycję lidera między Jonesem i Dianą, żarty z więziennych listów i ściema dotycząca księżycowej skały. Dobrze wpasowane w odcinek tylko szkoda, że tak ich mało było.

OCENA 3.5/6

niedziela, 13 kwietnia 2014

Serialowe podsumowanie tygodnia #80 [07.04.2014 - 13.04.2014]

SPOILERS, SPOILERS EVERYWHERE


Community S05E10 Advanced Advanced Dungeons & Dragons
-sequele są zawsze trudniejsze do realizacji i zazwyczaj rozczarowujące. Tak było i tym razem. Przygoda w D&D nie wydawała się tak świeża i nie miała jakiś niesamowitych pomysłów, ale to wciąż kawał świetnej komedii.
- Abed w roli mistrza gry był jak zwykle szalenie zabawny. Odwzorował świat z wszystkimi detalami (siła mostu! ucieczka wielkiego złego), zafundował świetną narrację i bezwzględnie pozbawił złudzeń kilka postaci. Przy okazji zagrał dwóch przesłuchiwanych goblinów. Szkoda tylko, że celem zabawy było pojednanie Hickya z synem. Brakowało Pierca, Troya i Nela, z nimi był dużo zabawniej i lepiej było czuć klimat fantastycznej przygody. Chociaż karty postaci czy podróżowanie po mapie było niczego sobie.
- odcinek kończy się połowicznym happy endem. Mi się bardziej podobały jak Jeff mówił o swoim ojcu. Fajnie rozegrano zależności ojciec - syna. Przy czym kapitalnie wyszła rodzinka Die Hardów. Tata Jeff i synek Dziekan. Polerowanie mieczy i finalne nabicie się dziekana było przezabawne.
- wielkie brawa za udźwiękowienie tego odcinka. Ładna muzyka, ale to tło robiło klimat przez co opowieść Abeda żyła.
- Shirley żegnająca się jak czyta opis swojej postaci, haha. Albo Hickey mylący nekromantę z nekrofilem.

OCENA 4.5/6

Game of Thrones S04E01 Two Sword
- w końcu jest, zaczął się kolejny rok z Grą o Tron. Długo trzeba było czekać bo aż to 7 kwietnia. Ale jak zwykle warto bo serial ponownie zabiera do niesamowitego świata Westeron. Niby czytałem książki i wiem co będzie, ale nie pozbawia to przyjemności z obcowania z tym dziełem i chłonięcia kolejnych scen. Dobrze jest znowu widzieć się z ulubionymi (i nie) bohaterami.
- ten odcinek był debiutem D. B. Weissa na stołku reżysera. Dotychczas showrunner i współscenarzysta circa połowy odcinków stanął za kamerą. I doskonale się z tego wywiązał. Umiejętnie operuje głębią pola i gdy trzeba chowa przed kamerą istotny składnik sceny by potem zrobić z niego pożytek z lepszym efektem. Wie co robi i oddaje klimat serialu, ale inaczej być nie mogło w końcu to jego małe dziecko.
- początek odcinka to symboliczny koniec pewnej epoki. Tywin przetapiając miecz Starków daje o zrozumienia, że wojna się skończyła, a Lannistrowie wygrali. Świetna otwierająca scena, bez słów, ale przejmująca. Po oto Lód zostaje pochłonięty przez ogień. Miecz z czasów starożytnej Valyri posłużył za stal na nową oręż dla wrogów. Muszę się tu do czegoś przyznać - nie zdawałem sobie sprawy jaką kozacką pochwę ma Lód. Skóra wilka wraz z jego paszczą coś pięknego. A Tywim zniszczył to dzieło sztuki!
- i wykuł przy okazji nowe. Mieczyk Jamiego prezentuje się całkiem całkiem. Chociaż trochę w nim za dużo przepychu i złota, brak mu tej godności Lodu, ale też przyjemny dla oka. Młody Lannister też zresztą wygląda jak należy. W końcu po trzech sezonach tułaczki może odetchnąć w domu z ukochanym ojcem i siostrą. No prawie. Ojczulek jak zwykle wymaga od niego za dużo, każe mu zerwać kolejną przysięgę w końcu co to za rycerz bez rączki. Jamie jednak postawia się ojcu i daje mu to satysfakcję, ten jego łobuzerski uśmiech. Widać, że dorósł przez podróż z Brianne i nie jest tak samo arogancki. Jednak wciąż kocha siostrę. Podobają mi się te napięte relację w tej pokręconej rodzince. On spędził miesiące w niewoli, a Cersei i tak go obwinia, że nie był przy niej i sama topi smutki w alkoholu jak jej znienawidzony brat. Tacy podobni! Również synek się z niego wyśmiewa, szydzi z niego, że dał się złapać w niewolę gdy to on wygrał wojnę. Do tego pokazano jeszcze księgę z dziejami Królewskiej Straży - jeden z moich ulubionych motywów wątku Jamiegie. To wszystko tylko sprawia, że to jedna z moich ulubionych postaci. Teraz czekać by zobaczyć jak sobie poradzi w walce lewą ręką.
- należę do nielicznego grona, które nie przepada za Tyrionem. Jednak w tym odcinku sceny z nim bardzo mi się podobały. Śmieszna z Bronnem i Podrickem podczas powitania gości, dramatyczna w rozmowie z Oberynem oraz nieudane próby pocieszenia Sansy i niechęć do Shea. Wie co się dzieje, że ten kurwidołek niedługo się zawali, a wraz z tym jego pozycja. Walczy o przetrwanie i nie ma czasu na uciechy tylko stara się rozwiązywać potencjalne konflikty zanim jeszcze wybuchną. Scena z powitanie Martellów podobała mi się też z innego powodu niż odrobina humoru - działa się na otwartej przestrzeni, a w tle było sporo statystów.
- samo przedstawienie Oberyna nie rozczarowało. No może prócz zbyt długiej ekspozycji i nagości. Wizyta w domu publicznym z nałożnicą wiele mówi o zwyczajach w Dorne i bardziej liberalnym stosunku do stosunków. Gdy zabrzmiały Deszcze Castamere wiadome było, że poleje się krew. Tylko tym razem Lannisterów. Dla odmiany. Co jest zwiastunem przyszłych wydarzeń. Bo Oberyn przybył się tu mścić za śmierć siostry i jej dzieci. Już nie mogę się doczekać walki z Górą. Co akurat spoilerem wielkim nie jest skoro było przedstawiane w zwiastunach. Czekam też na przedstawienie reszty mieszkańców Dorne i pewnego sławnego halabardzisty.
- Dany to kolejna z grona mniej lubianych postaci. I jak za nią nie przepadam to na jej zwierzaczki mogę patrzeć i patrzeć. Smoki urosły, zrobiły się bardziej agresywne i zwiastują kłopoty. Już buntują się przeciw matce, a nie są wcale takie duże. Za sezon lub dwa szykują się wspaniałe sceny z ich udziałem. Sama Dany dalej romansuje z Dhario (zmiana aktora na lepsze), pokazuje swoją siłę (lub arogancję) i kroczy by wyzwolić kolejne miasto. No nic przeżyję jakoś ten wątek. Póki będą się pokazywać jej pupilki. I Szary Robak bo za nim też przepadam.
- Brienne dalej siedzi w Królewskiej Przystani. Bo gdzieżby miała się udać? Wrócić do Tarthu gdzie jest wyśmiewana przez ojca? Bo Sansy nie ma komu zaprowadzić i Jamie dobrze mówi, że paradoksalnie to tutaj jest najbezpieczniejsza. Co do Sansy to trochę za późno przypomniano o Dantosie, powinien wcześniej się pojawić jeszcze przed wyjazdem Littlefingera.
- na Murze wiele się nie działo. Czarna Straż się szkoli, Jon martwi się o swoją jaki i Straży przyszłość i jest sądzony przez radę. Niewiele. Oczywiście jak w takich sytuacjach bywa generałowie wiedza najlepiej i nie ma co się szykować do obrony. Nienawidzę tego motywu w filmach. Ciekawiej było z Dzikimi. Schowali się  malowniczym wąwozie i szykują się do ataku. Przybyli za to Thennowie. I są upiornymi kanibalami. Chyba podpatrzyli trochę przepisów od Hannibala bo serwują niemal to samo danie, ale brakuje im talentu w kuchni.
- końcówka odcinka należała do Ogara i Aryi. Świetne dialogi z Łaskotkiem jak tamten opowiada, że tortury stały się taką codziennością, że nie sprawiają już przyjemności. Jednak dobrze, że jest wojna bo można do woli rabować i grabić w imię króla oczywiście. Wyraźny wydźwięk antywojenny tej sceny. Tak jak ostatni widok na zniszczone tereny aż po horyzont. Przyszła wojna wielkich panów, a ucierpieli najbiedniejsi. Zmieniła też ludzi. Aryia to dalej dziecko, ale jest ogarnięta rządzą zemsty i nawet nie ma wyrzutów jak zabija jednego z bohaterów jej litanii. Mocna scena gdy bez mrugnięcia go przebija odtwarzając to samo co on zrobił jej przyjacielowi. Przy czym dla niego była to kolejna z ofiar. Sama walka Ogara została niesamowicie zrealizowana. Walka na miecze w ciasnym pomieszczeniu efektowna i czuć było potęgę jego ciosów.
- mimo, że było o czym pisać to i tak w odcinku zabrakło Stannisa, Brana, Theona z Ramseyem, Littlefingera, Varysa, Davosa czy Gendryego. Oj będzie co oglądać w tym sezonie i liczę na jak najwięcej odstępstw od książki.

OCENA 5/6

Hannial S02E06 Futamono
- kolejny niesamowity odcinek Hannibala. Nie wiem jak oni to robią, ale z tygodnia na tydzień udaje im się podtrzymać zainteresowanie i napięcie mimo, że jeden z dwóch głównych bohaterów siedzi w więzieniu. Fuller jesteś geniuszem! Dlatego tym bardziej chce mi się płakać z powodu zrezygnowanie z jego nowego serialu przez stację Syfy.
- jak można się było spodziewać próba zabójstwa Lectera będzie miała katastrofalne konsekwencję. Oczywiście Hanni nie będzie się od razu mścił i wpadał w szał mordowanie, to tak bardzo nie w jego stylu. On ma plan. A raczej nad nim pracuje. Alanie mówi o tworzeniu nowego utworu, widać jak gra na klawesynie tylko, że jego pasję są zupełnie inne. Cały czas rozmyśla o jednej wielkie symfonii. Pierw odreagowuje poprzez człowieka-drzewo, ale to tylko przystawka. Dopiero na końcu odcinka jest zadowolony ze swego dzieła. Oczyszczenie Willa, zbliżenie się do Alany, naprowadzenie Jacka na trop Miriam i uwolnienie Gideona. Wszystko jest na swoim miejscu, teraz tylko doprowadzić swoje dzieło do końca. Jest tylko jedna niewiadoma - Jack z wątpliwościami. Chyba tylko tego nie wziął pod uwagę. Swoją drogą fenomenalny moment gdy Hannibal orientuje się, że Jack go podejrzewa. To tyknięcie zegara było niesamowicie na miejscu. Trochę jak w kreskówkach, ale pasowało do tego serialu.
- Will siedzi w klatce, ale niedługo będzie mógł z niej wyjść. Tylko jak się to odbije na jego psychice. Może w rozmowach z Jackem i Lecterem twierdzi, że się nie zmienił, ale oszukuje ich, czuje, że jest kimś innym co pięknie pokazują jego transformację z rosnącym porożem i upodobnianie się do Hannibala. Ciekawie też wyglądają sceny z Hannibalem gdzie Will mówi, że nie ma poczucia rzeczywistości i rozmawia o kłamstwach. Jak bardzo to pasuje do tego co działo się w pierwszej serii i tego co w drugiej. Wtedy to Hannibal grał na Will teraz jest odwrotnie. Nie mogę się doczekać ich pierwszej prawdziwie szczerej rozmowy.
- Gideon pogrywa sobie z wszystkimi. Z  Chiltonem, Jackem i Willem. Wszystko jednak miało jeden cel - ponownego spotkania z Lecterem. Przez co sprowokował pobicie i wylądował na izbie. Chorych. I co za pięknie-obrzydliwa scena zbrodnia dla agentów Jacka! Trup wiszący na linkach, a pod nim jelita. U Hannibala nic się nie marnuje. Mógł po prostu zabić, ale po co skoro można z tego zrobić małe dzieło sztuki. Nie marnują się też nóżki Gideona. O matko co za upiorny moment. Lecter tworzy piękne danie, opowiada o nim, częstuje Gideona, a potem okazuje się, że to jego noga jest na talerzu. Spełniło się jego marzenie, poznał Rozpruwacza i zasiadł z nim do stołu. I mu smakowało. Chyba to było najbardziej przerażające w tym momencie.
- Chilton jedną sceną skradł ten odcinek. W końcu pewnie trafi na talerz, ale ja się ciesze póki jest. Wyzwał Lectera na pojedynek, myśli, że są sobie równie, ale bardzo się myli. Nawet sam zaczął go podejrzewać, ale mimo wszystko udał się na jego przyjęcie. Jest tak arogancki, że uznał to za idealną przykrywkę by nie wzbudzać podejrzeń. Tylko, że Hannibal puszcza mu oczko. Tak! W ten jeden delikatny sposób dał mu do zrozumienie, że o wszystkim wie i jego na śmierć przeraził.
- Hannibal perfekcyjnie zagrał też na Alanie. Zbliżył się do niej by uderzyć w Willa, ale też ją wykorzystał. Grał skrzywdzonego przez los i ofiarę wzbudził w niej sympatię by w końcu trafili razem do łóżka. Już wcześniej byli ze sobą blisko, ale teraz Lecter postanowił z tego skorzystać bo w końcu mogło to przynieść mu jakiś pożytek. Zapewniło alibi oraz skrzywdzi Willa.

OCENA 5.5/6

Hannibal S02E07 Yakimono
- w zeszłym odcinku Hannibal napisał swoją symfonię i wystukał pierwsze takty, w tym doszło do jej rozwinięcia i gran finale. Oklaski dla pana dyrygenta! Wszyscy skakali tak jak tego zapragnął, jak po sznurku. Nie brakowało też zaskoczeń, ale nie były one wielkiego kalibru. Ten odcinek był spektaklem i oglądało się go z prawdziwą przyjemnością.
- pozostaje tylko żałować, że to koniec Chiltona i pożegnanie Raula Esperza. Będę za nim tęsknił bo przez kilka ostatnich odcinków na prawdę go polubiłem. Jako jedyny zaczął wierzyć Willowi, bał się o swoje życie, ale też walczył z nieuniknionym. Nie miał jednak szans wygrać z prawdziwym mistrzem manipulacji. Hannibal wrobił go w taki sposób, że nie pozostawia to wątpliwości. Aż za dobrze bym powiedział. Nie wiem jak Jack mógł w to tak szybko uwierzyć, ale szybko prawdy nie pozna bo Miriam pozbyła się Chiltona. Ostatni akord jakże efektowny. I co za piękne ujęcie z dziurki w szybkie na twarz Lass! Jej flashbacki nie pozostawiają złudzeń - Hannibal zmanipulował ja by myślała, że to Chilton. Trochę szkoda bo miałem nadzieje, że przez dłuższy czas jej postać pozostanie niewiadomą bo równie dobrze mogła przejść na stronę Lectera. Ciekawe też czy skoro ona przeżyła to czy jest szansa na powrót Abigail w końcu jej ciała też nie widzieliśmy. Zastanawia mnie też czy aby na pewno Chilton zginął. Jego postrzał nie wyglądał jakoś poważnie od frontu.
- Will wyszedł z wariatkowa i od razu wrócił w teren. Co ciekawe nie czekał aż zostanie sam, a od razu przeszedł do wizualizacji zbrodni. Jedna zmian jakie w nim zaszła? Skonfrontował się też z Hannibalem i niczego nie wskórał. Czy to było jego celowe zagranie i wyrachowana gra i być wstępem do finalnej sceny? Zaskoczyło mnie to co się stało. Na prawdę. Zadbany Will, w nowej koszuli i zaczesanymi włosami przychodzi do Hannibala i prosi o terapię. Zaczyna się nowe rozdanie! Hannibal zdobył przyjaciela, dostał to czego chciał, ale to teraz Will będzie się z nim bawił podczas ich rozmów. Tak bardzo czekam na kolejny odcinek.
- zdjęcia w tym serialu są prześliczne - wiadomo. Ale dźwięk też robi swoje. Nie tylko muzyka klasyczna, ale te całkiem niespodziewane odgłosy chrobotania czy opadające krople wody. Na prawdę kapitalna robota budująca klimat tajemnicy i zagrożenia.

OCENA 5/6

Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D. S01E16 End of the Beginning
- wiecie co, od paru tygodni bardziej czekam na nowe odcinki SHIELD i lepiej mi się ogląda ten serial niż Arrow. I nie zamierzam się tego wstydzić. Dalej ma swoje problemy jak np. słabiutki Deathlock i kulejący czasami humor, ale daje mi więcej funu i mniej irytuje. Wolę tez gdy odniesienie do komiksów czy MCU są subtelne i powoli wprowadzane niż np. wpychanie Birds of Prey czy Suicide Squad na siłę do Arrow i pianie odcinka przez kompletnych amatorów.
-  sam odcinek bardzo fajny, dużo akcji, ale też znaczący fabularnie. Gonienie za podejrzanymi wyszło dobrze. Ładnie reżyser poradził sobie z oszukiwaniem widza. Trzy sceny, w których czeka się na zasadzkę i ostatecznie ma ona miejsce tylko w jednej. Walka może wyszła trochę drętwo, ale tutaj też dałem się oszukać. Bo zacząłem narzekać jak to bez sensu po wystrzeleniu pięciu naboi Blake zmienia magazynek. Tylko, że to miało sens bo strzelił do niego inną amunicją.
- samo spotkanie z Jasnowidzem satysfakcjonujące. Jeśli wierzyć przepowiedni, że Skye zginie to zrobi się jeszcze ciekawiej. Myślę jednak, że to są wątki na przyszły sezon, a podwaliny pod to mogą zostać położone w Guardians of the Galaxy. Teraz wszystko będzie się kręciło w okół SHIELD i nawiązywało do Winter Soldier. Filmu jeszcze nie widziałem, staram się trzymać z dala od spoilerów, ale nie da się ich w całości uniknąć. Opierając się na stan obecnej wiedzy mogę wywnioskować, że SHIELD zostało zinfiltrowane, toczy je rak, a agencja nie jest już taka jak kiedyś. Dlatego Fury powołał niezależna jednostkę Culsona która dziwnym trafem kręciła się cały czas koło Jasnowidza. Czy Hand nim jest? Nie dam sobie uciąć ręki. Czy May dla niej pracuje? Nie sądzę. Raczej zdaje raporty Furyemu o stanie Culsona. Czy w takim razie Ward jest zdrajcą? Nie koniecznie. Zabijając domniemanego Jasnowidza mógł wykonywać rozkazy Victorii lub innego wysoko postawionego członka SHIELD. Kto zatem steruje samolotem? Autopilot? A może Ward jest zły i w finale zginie? To by była odważna decyzja. Jest też jeszcze inna możliwość. Tripplet mówi, że jego rodzina są jak Kennedy. Czyli bogaci, mający wpływ na politykę. Więc może dba o interesy swoich? Albo jego rodzinka też pracuje w SHIELD, jest wyższa rangą i od kogoś takiego dostał rozkaz. No w końcu serial zrobił się interesujący i można poteoretyzować!

OCENA 4/6

Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D. S01E17 Turn, Turn, Turn
- najlepszy odcinek serialu! I co hejterzy? Warto było się męczyć przez kilka odcinków i czekać aż zostanie zrobiony użytek z MCU. A nawet jeśli się nie przepada za Marvelowym światem to trzeba być pod wrażeniem tego jak udało się skoordynować skrypt serialu z filmowymi wydarzeniami. Nie widziałem jeszcze Winter Soldier, ale z dnia na dzień mam coraz większe przeczucie, że dużo tracę. Zwłaszcza, że serial tak mocno jest powiązany z wydarzeniami z filmu, że sporo spoileruje. Pozostaje tylko żałować, że cały serial jest głównie telewizyjnym spin-offem Winter Soldier, a nie całego uniwersum. Cały sezon był budowany pod te wydarzenia, większość wątków ma tutaj kulminację i tym bardziej uwidacznia jak po macoszemu potraktowano historię z Thora 2. Oby w przyszłym roku więzi między światem serialowym i filmowym zostały mocniej zaciśnięte.
- do samego odcinka nie mam zbytnio zastrzeżeń. Był świetnie zrobiony, dobre dialogi, trochę humoru i angażowanie widza od początku do końca. Zgadywanie kto jest dobry, a kto zły i czekanie na kolejny zwrot akcji dawało mi mnóstwo frajdy. Tak jak oglądanie każdego z członków drużyny. Nawet Skye i Ward byli do zniesienia. May dostała ciekawą historię i potwierdziła się moja teoria, że raportuje Furyemu stan Culsona co zmieni dynamikę tej dwójki. Co ciekawe to ona zebrała zespół, a nie Culson. No nieźle.
- jednak najważniejsze były wydarzenia w SHIELD i powrót Hydry. Scenarzyści doskonale pokazali chaos i ten stan gdzie nie można ufać nikomu, trzeba kwestionować działania bohaterów i zastanawiać się czy to Hydra czy SHIELD. Ogromnie jestem ciekaw jak pokazano to w filmie. Udanie serial manipulował widzą. Koniec w zeszłego odcinka sugerował, że Hand jest zła, przez dłuższy czas pozwolono w to uwierzyć, a potem pokazano, że jest odwrotnie, a to Garrett okazał się tajemniczym Jasnowidzem. Nie Hand, a ona. Zaskoczenie.
- jednak nie takie jak zachowanie Warda. Zabicie "Jasnowidza" było ciekawe, budziło dużo pytań, a zamordowanie Victorii stwarza ich jeszcze więcej. Jedna z moich teorii potwierdza się - on jest kretem w drużynie, a wywiady z twórcami mówią, że tak było od początku. Odważna decyzja. Tylko jak się to ma do jego relacji ze Skye? To wyrachowane działania czy rzeczywiście emocjonalnie się angażuje. Czy na pewno był członkiem Hydry odkąd pracował z Garrettem czy może wywiady trochę oszukują? Bo może to teraz on infiltruje Hydrę? Broń dostał od Victorii, pomysł z zabiciem Jasnowidza był dziwny, może to wszystko teatrzyk i broń miała jakieś specjalne naboje? Tylko czemu ma taki nieobecny wyraz twarzy jakby wszystko było stracone. Autentycznie chcę się oglądać dalej.
- wydarzenia z tego odcinka mocno wpłyną też na przyszłość serialu. SHIELD jako organizacji praktycznie już nie ma, Culson jest jednym z najwyżej postawionych agentów. Do tego jeszcze Fury rzekomo nie żyję. Lub pozoruje swoją śmierć by móc odbudować nowe i lepsze SHIELD, a Culson mu w tym ewidentnie pomoże. Może na tym będzie się skupiał drugi sezon? Na pewno moja teoria sprzed kilku odcinków gdzie w finale sezonu Culson i jego zespół wylecieć z SHIELD już nie aktualna, a może się dziać coś zupełnie odwrotnego. Co ważne to nie jedyny wątek, który będzie się w przyszłości przewiał. Przecież jest jeszcze tajemnicze pochodzenie Skye, Dethlock, niebieski alien i zbliżające się premiery Avengers 2 i Guardians of the Galaxy. Właśnie wiatr zawiał w żagle tarczy oby tylko nie trafił na ścianę w postaci anulowania serialu przez ABC.

OCENA 5/6

Person of Interest S03E19 Most Likely To...
- zaskakujący początek odcinka ze śmiercią numery. Nie często się zdarza, że osoba którą bohaterowie mają chronić ginie. Tutaj było to zawiązaniem akcji. Tylko szkoda, że zamiast poświęcić odcinek Czujnym większość dotyczyła kolejnej ofiary/sprawcy. Zjazdy szkolne to nic nowego w serialach, wychodziły lepiej i gorzej. W PoI było dużo komediowych scen i luźnego klimatu. Oglądało się jak zwykle bardzo dobrze, ale trochę się kłóciło z klimatem i oczekiwaniami jakie zafundowały pierwsze minuty. Dobrze, że Shaw i Reese mieli jednak trochę do roboty pod koniec epizodu.
- wolałbym żeby większość czasu dostał Finch z Fusco w Waszyngtonie oraz walka z Vigilance. Root też jak na lekarstwo. Jednak to co się działo będzie miało dalekosiężne konsekwencję. Do internetu wyciekł projekt finansowania Zorzy Polarnej, ludzie zaczęli zadawać pytania o inwigilację, a Kontrola wyłączyła operację. Czyli co, w finale jakiś poważniejszy zamach terrorystyczny? I co takiego będzie robił Harold w stolicy?
- cudowna scena jak John wbija do pokoju Shaw i rozpakowują walizki pełne broni. Albo każdy kolejny policzek który Rees dostawał.

OCENA 4/6

The 100 S01E04 Murphy's Law
- lubię ten serial, odcinek też mi się podobał, dobrze się go oglądało, kilka zwrotów akcji, dynamicznie i mało głupot tak charakterystycznych dla seriali The CW. Jednak jednej rzeczy znieść nie mogę - seks Clarke z Finnem. No serio? Pozbyto się jednego boku z wielokąta miłosnego to teraz gmatwają jeszcze sytuację. Fajnie, że zamiast wymieniać spojrzenia i trzymać się za rękę bohaterowie idą na całość, ale nie wtedy gdy na Ziemię przybywa Raven. Zbyt tani chwyt, zbyt naiwne.
- sam odcinek to reperkusję poprzedniego. Szukanie mordercy było szybko dobrze. Ciekawszy był lincz na Murphym, który został dobrze zrealizowany bo pokazuje jak działa motłoch. Wystarczyła mała iskierka i już rzucają się sobie do gardeł i przy okazji mszczą na swoim oprawcy. Pięknie też pokazano różnice między dwoma przywódcami - Clarke i Bellamym. On oportunista, ona robi to co uważa za słuszne, ale przy tym uczy się na wydarzeniach z tego odcinka.
- nie spłycono też wątku Charlotte. Clarke chcę tej wyimaginowanej sprawiedliwości, ale nie chcę samosądów. Pomaga dziewczynce, ale nie jest jej przyjaciółką. Ona za to czuje się odrzucona i postanawia z tym skończyć. Może to trochę naciągane, że była w stanie popełnić samobójstwo, ale scena nie wypadła banalnie.
- cieszy mnie też, że obóz się rozbudowuje, budowane są fortyfikację i pełnione warty. Ludzie z The Walking Dead mogliby podpatrzyć trochę rzeczy. Zaskakujące jest dla mnie, że wciąż nie udało się połączyć z Arką co buduje fajny klimacik niepewności co do przyszłych wydarzeń.
- jeśli chodzi o samą Arkę to trochę nowego pokazano. Dziwny kult Ziemi i handel kontrabandą. Do tego pojmano Abby i Raven poleciała na Ziemię. Jestem ciekaw jak zareaguję na to Kane. I czy znowu będzie próbował doprowadzić do egzekucji. Czy może zajmie się masowym mordem by wydłużyć życie pozostałych przynajmniej do czasu odzyskania łączności.

OCENA 3.5/6

The Shield S03E12 Riceburner
- w ten sposób Koreańczyków jeszcze nie pokazali w serialu. Większych różnic między Latynosami nie ma - wewnętrzna solidarność, nienawiść do obcych i chęć wypracowania większej ilości praw. Podoba mi się jak w The Shield przedstawiana są poszczególne grupy etniczne i przekrój całego miasta. Jednak krycie mordercy dzieci przez przyjaciela Acevedy wydaje mi się trochę naciągane. Naloty na miasto i pozyskanie nowego informatora wyszło całkiem fajnie, najbardziej podobała mi się atmosfera zagrożenia podczas kolejnych przeszukań.
- w tle rozwijały się powiązane wątki rodziny Vicka i pociągu z forsą. Dobrze jest to rozpisane, widać zależność i absurd sytuacji - kasa jest, ale nie można jej użyć. Podejrzany Dutcha pewnie długo podejrzanym nie zostanie i Ormianie się z nim rozprawią. Vick też zrobi coś głupiego. Romans, problem z dzieckiem, zaszczucia i uczucie, że nie może polegać na przyjaciołach zrobią swoje.
- wątek napadów też wyszedł bardzo dobrze. Maltretowana żona chcę uciec od męża, ale potrzebna jest kasa. Najlepsze w tym były rozmowy Wyms z Dutchboyem. Bo on po rozmowach z Faulksem trochę przejrzał. Nie szufladkuje jak kiedyś podejrzanych tylko próbuje ich zrozumieć, wziąć pod uwagę inne opcję. Koniec sprawy tragiczny, tym bardziej podkreśla go obojętność właściciela sklepu.
- nie mogło zabraknąć wątku humorystycznego w postaci polowania na skradzione krzesła przez Danny, Juliena i informatora Vicka, który podbiał do pani funkcjonariuszki. I ta spadająca cena krzeseł. Ulica nie zna się na współczesnej sztuce nowoczesnej.

OCENA 4.5/6

Vikings S02E07 Blood Eagle
- uwielbiam mistyczne sceny w Wikingach. Tutaj udało się wytworzyć ten nastrój podczas egzekucji jarla Borga. Nie jest to może "most shocking moment in television" jak zapowiadały zwiastuny, ale zostały to znakomicie zrealizowane. Kamera nie pokazywała szczegółów tworzenia orzełka, ale to nie było wcale potrzebne. Wystarczyły reakcję obserwatorów, nastrojowa muzyka i cała inscenizacja przypominająca religijny rytuał. Ragnar w białej szacie i jego ofiara dostępująca podczas śmierci wywyższenia i zaszczytu wstąpienia do Walhalli. 
- ten odcinek umiejętnie też pokazuje podobieństwa i różnice między dwoma światami na przykładzie małżeństwa. U Anglików mamy poważną atmosferę, sztywny rytuał i aranżowany ślub, a w Skandynawii pełną improwizacji i entuzjazmu ceremonię, również z pewnymi rytuałami, ale widać było radość ludzi. Podobieństwa są za to między Ragnarem, a Ekbertem. Obaj muszą zawierać trudne sojusze by zwiększyć swoje wpływy.
- Lagherta wróciła i to jako jarl! Nieźle się dorobiła i co najważniejsze cała rodzinka uda się na wycieczkę krajoznawczą do Anglii. Już nie mogę się doczekać kolejnych podbojów i spotkania ze starym przyjacielem. Bo Atlestein musi się pojawić i wybrać życie jakie chcę wieść.
- w tym odcinku pojawiły się świetne sceny z Ragnarem, w końcu nie był taki wycofany. Pijacka zabawa z Torsteinem była zabawna. Jednak to podsłuchiwanie i obserwacja swoich ludzi by wiedzieć co się dzieje w Kattegat wiele o nim powiedziała. Do tego dalej prowadzi swoją intrygę. Słucha się Horika, nie chcę znieważyć króla bo sam nim chcę zostać, a wtedy dałby zły przykład. Cwana bestia.
- Rollo dalej jest wodzony na pokuszenie, Floki chcę trochę samodzielności, Bjorn zaufania od ojca, a Aslaug ma problemy z ciążą. Pomniejsze wątki odcinka, ale świetnie się je ogląda, brak zbędnych scen, każda mówi coś o postaciach czy społeczeństwie. A gdy trzeba pokazane są te uwielbiane przeze mnie krajobrazy w których można się zakochać.

OCENA 5/6

niedziela, 6 kwietnia 2014

Serialowe podsumowanie tygodnia #79 [03.31.2014 - 06.04.2014]

SPOILERY

Arrow S02E18 Deathstroke
- fatalne dialogi (wyróżnienie dla "Thea by tego chciała!") i gra aktorska niektórych postaci, ale przyjemnie się oglądało ten odcinek, a i fajnie zrealizowanych walk nie zabrakło.
- strasznie mi się podoba jak prowadzona jest postać Slade'a. Mogłoby się obejść bez wizji Shado, ale reszta jest pierwsza klasa. Konsekwentnie uderza w czułe punkty Olivera i doprowadza do jego upadku co chyba jest przewodnim motywem sezonu. Bohater musi upaść by powrócić lepszy niż kiedykolwiek. Roy traci w niego wiarę, Ollie nie dał rady jako jego mentor, siostra go znienawidziła, stracił firmę, a na końcu odcinka Laurel dowiedziała się, że to on jest Arrowem.
- ogromny plus za wykorzystanie w końcu możliwości Summer Glau. Pokazała pazurki i przejęła fotel prezesa w firmie. Szkoda, że nie skopała tyła Oliverowi. Powinna. Ich walka bardzo fajna. Widać też, że łączy ją jakaś przeszłość z Queenem seniorem. I tutaj też objawia się bezsens serialu - Moira wie o co chodzi, ale nie mówi bo ma nadzieje, że tajemnica pozostanie tajemnicą. Tak jak Ollie w przypadku Thei. Jacy oni nieznośnie naiwni!
- Roy wyjechał do Central City. Czyżby jakieś info o Barrym?
- podobało mi się przedstawienie dwóch walczących między sobą triumwiratów na końcu odcinka Rochev, Slade i Blood vs. Oliver, Felicity i Diggle. Mam nadzieje, że ofiary będą po obydwu stronach.
- no dobra gdzie jest Waller? Przecież niedawno prosiła Olliego o pomoc w pokonaniu Deathstroka i teraz nagle zamilkła?

OCENA 4/6

Community S05E08 App Development and Condiments
- aplikacja mobilna kształtująca rzeczywistość - takie rzeczy tylko w Community. Trochę szkoda, że odcinek nie powstał w formie paradokumentu bo trochę się stęskniłem za nimi, ale i tak był wspaniały. Takie porąbane rzeczy mogły powstać tylko w głowie Dana Harmona. Powolny upadek społeczeństwa potem wprowadzenie rządów dyktatury i podział na klasy społeczne, danie tłumowi igrzysk i wielka rewolta. Do tego kapitalnie przestylizowane Greendayle, tereny dla pospólstwa szare i ekskluzywne pomieszczenia oraz stroje stylizowane na starożytną Grecję dla arystokracji. Absurd gonił absurd.
- tylko trochę zawiodły mnie dialogi. Były strasznie chaotyczne i brakowało im przysłowiowego pazura. Szczególnie podczas występu Jeffa. Do tego mało Anni i Hickey gdzieś w połowie odcinka zniknął. Jednak to chyba on jest autorem najlepszego tekstu, jak mówi, że nie za taki kraj walczył.
- jak to w Community jest zabawnie, ale oczywiście jest też gorzki wydźwięk. Ludzie dla popularności zrobią wszystko nawet innych będą upodlać, nasze działania to tylko pozory, a najbardziej zależy nam na opinii innych. Manipulacja to nasze drugie imię i dobrze jak my ich, ale źle jak Kaliemu ukraść krowę.

OCENA 5/6

Community S05E09 VCR Maintenance and Educational Publishing
- Brie Larson taka piękna, ciesze się, że zenowu się pokazała. I mam nadzieje, że zostanie z Abedem bo mają cudowne sceny. Awww couple. Ładnie wyszła scena z przeprosinami z powrotem Pała i Abedem w deszczu z konewki plus kaskader.
- pierwsza scena odcinka znowu zaczyna się od debat o naprawie Greendayle co jest fajnym powracającym żartem. Do tego rapujący dziekan maksymalnie zbaczający z tematu i zapowietrzający się skradł odcinek.
- Vince Gilligan jako szurnięty rewolwerowiec wypadł przyzwoicie. Jednak w tej części odcinka to najlepiej wypadł Abed z Annie rywalizujący w grze, która tylko ich obchodzi. Jestem pełen podziwu jak udało im się nakręcić te sceny i z komicznego ich rezultatu. Do tego tradycyjna gorzka pigułka - wciąż próbują jakoś zapełnić pustkę po stracie Troya, ale też walczą o coś co tak na prawdę nie zależy od nich. I jeszcze nie chcą Britty do mieszkania. To by była wybuchowa miesz(k)anka.
- jako, że pojawił się Vince nawiązanie do Breaking Bad musiało być. Shirley robiła za mafijnego bossa, a Britta za rzeczoznawcę. Plany na przyszłość z wciąganiem koki to przy tym błahostka. Do tego związany Jeff z Changem skojarzyli mi się z końcówką 3 sezonu BB gdzie Walter i Jesse zostali pojmani przez Gusa.

OCENA 5/6

Dead Like Me S02E07 Rites of Passage
- chwilowy brak nowych odcinków zaowocował odpaleniem kolejnego Dead Like Me. I dobrze bo ten serial lepiej ogląda się w dłuższych przerwach niż ciurkiem. Odcinki są różnorodne, ale jego monotematyczność momentami męczy dlatego przerwy są tak odświeżające.
- George musiała zripować VIP przez co zrobiła się na lachona. Tylko ja tego nie kupuje. Co z tego, że wyglądała całkiem atrakcyjnie jak zwykli ludzie widzieli ją zupełnie inaczej. Mam wrażenie, że scenarzyści dostali chwilowej sklerozy i zapomnieli o specyfice żniwiarzy. Jej wątek nie był jakoś specjalnie ekscytujący śmieszniejsze rzeczy były w pracy niż za kulisami koncertu. Jednak podobała mi się śmierć piosenkarza - nie był to wypadek, zrządzenie losu i działalność chochlików tylko desperacki atak drugiego człowieka. Coś nowego. Ciekawiej się robi jak Roxy musiała ją zabić i tak żniwiarz pierwszy raz zabija i czuje się z tego powodu źle.
- wątek Masona śmieszny bo to Mason. Biedaczek nie mógł dostać się na koncert, a potem chwalił się czym się zajmuje przed metalowymi kultystami śmierci.
- o wiele fajniejszy był wątek Roxy, który odbiera dusze księdza. Mam wrażenia, że można by było to ciekawiej zrobić, ale wątpiący kapłan, objawienie Roxy i śmierć wierząc w lepsze życie po życiu też wypadł dobrze. Co ważne nie utwierdziło to wiary Roxy, a sprawiło, że sama zaczęła bardziej wątpić.  
- w domu Lassów kolejny sposób na radzenie sobie po stracie George tym razem w wykonaniu ekscentrycznej babki. Niech będzie. Fajny kontrast między śmiercią Georgie, a artysty i ilością świeczek oraz śmieszna scena z dachem, ale to wszystko.

OCENA 4/6

The 100 S01E02 Earth Skills
- muszę się do czegoś przyznać - podobało mi się. Dalej mnie w pewnych momentach irytowała głupota niektórych postaci czy realiów świata, ale znośnie się to oglądało i dopiero w okolicach 30 minuty musiałem zrobić sobie krótką pauzę by znieść wątek romansowy. Poza tym było znośnie i jestem ciekaw co dalej.
- o ile w pilocie Clarke strasznie mnie denerwowała przyjmując pozycję aroganckiego lidera tak teraz jako jedyna ma głowę na karku i rozumie powagę sytuacji. Do tego jej konflikt (lub wymuszony sojusz) z wprowadzającym anarchię Blakem jest dobrze prowadzony. On rośnie w siłę, ale prowadzi to do coraz większej anarchii w grupce 100. Ona myśli o ludziach, patrzy na szerszą perspektywę i bierze pod uwagę co będzie jutro.
- mały detal który mi się spodobał - ubrania ocalałych się niszczą, a na twarzy pozostają im zadrapania i trudy pobytu. Nawet niektórzy myślą by z trupów zabierać ubrania. Dla przeciwwagi dzida, która utkwiła w płucu Jaspera nie zabiła go bo w końcu nie trafiła w serce. Bez przesady. Jednak złożenie go w ofierze lub utworzenie zasadzki całkiem przemyślane przez innych.
- strasznie mnie irytuje jak dobrze dzieciaki przystosowały się do warunków panujących do Ziemi. Ciekawią ich tylko rzeczy, które i nas by zdumiały jak święcące motyle. Trochę więcej zachwytu na przyziemne rzeczy. Najbardziej jednak rażą umiejętności tropiące Finna. To już jest lekkie przegięcie.
- na Arce tak samo jak na Ziemi - są momenty głupie, ale też całkiem fajnie zrealizowane. Nie mogę znieść jak przez półtora odcinka nikt nie wpadł na to, że dzieciaki mogą zwyczajnie pozdejmować opaski. Jednak podobają mi się problemy moralne - poświęcić ludzi teraz czy dać więcej czasu, ale w razie niepowodzenia zabić więcej. To wciąż jest naiwny serial The CW, ale brawa, że próbuje poruszać trudne tematy moralne.
- ciesze się, że odsłaniane są informację z historii. Wciąż nic nie wiadomo o wojnie, ale jest już info, że miała ona miejsce w XXII wieku. Więcej szczegółów poproszę.
- w sumie jestem ciekaw co dalej. Może wojna z tubylcami nie jest najfajniejszym z motywów, ale co jeśli w finale sezonu sprowadzono by wszystkich z Arki na Ziemię? Wtedy by się zrobił z tego całkiem inny serial i interesujący. Albo jakby nie udało się naprawić Arki i wylądować na Ziemi? Wtedy ocalali byliby ostatnimi przedstawicielami gatunku ludzkiego. No możliwości jest sporo, wszystko zależy jak długo uda się serialowi utrzymywać moje zainteresowanie.

OCENA 4/6

The 100 S01E03 Earth Kills
- ciężko mi w to uwierzyć, ale było lepiej niż poprzednio. Dobre dialogi, brak nieistotnych scen, rozwój postaci i kilka sporych zaskoczeń. Wciąż było kilko mniejszych głupotek, ale nie rzutowały one na odbiór serialu. Z ciekawości spojrzałem kto jest odpowiedzialny za scenariusz i reżyserie. Nazwiska mi nic nie mówiły, ale okazało się, że to całkiem doświadczeni ludzie pracujący m.in The Shield i Dollhouse. Prześwietliłem kolejnych scenarzystów i jestem dobrej myśli co do przyszłości tego serialu.
- tak jak mówi tytuł Ziemia zbiera żniwo i kolejni ludzie giną. I całkiem zaskakujące kto to jest. No może poza przypadkową parką. Nie są to też bezcelowe zgony, a dobrze poprowadzone i wpływające w przyszłości na relację bohaterów. Zgon Atoma nie szokuje tak jak kolejny, ale to jak zostało to poprowadzone zasługuje na oklaski. Bellemy wcześniej mówi, żeby dobić Jaspera bo i tak nie można mu pomóc. Nawet mówi, że sam to zrobi jeśli sam nie umrze. A potem mamy umierającego Atoma proszącego go o śmierć której nie jest w stanie mu ofiarować. I wtedy pojawia się Clarke, która z taką determinacją walczyła o Jaspera i opowiadała, że Ziemia to nie Arka i nikt nie musi ginąć. Tylko, że ten przypadek jest beznadziejny. Oboje sobie z tego zdają sprawę, ale to Clarke jest w stanie go zabić i uwolnić od cierpienia. I tutaj byłem pod ogromnym wrażeniem do czego ten serial się posunął i poczułem delikatnie klimat tego desperackiego świata z The Walking Dead. Jednak najgorsze (czytaj najlepsze) miało dopiero nadejść.
- przez cały odcinek przewiał się wątek zdrady Wallace'a oraz małej dziewczynki z koszmarami. Myślałem, że to zapychacze. Dobrze poprowadzone, ale zapychacze. Clarke przez cały czas obwiniała dawnego przyjaciela za śmierć ojca, ale nie w sposób nachalny i irytujący, ale wtedy gdy było trzeba, odpychała go od siebie. On za to nie próbował się tłumaczyć, ale czuł się przybity. Tylko, że to była gra z jednej i z drugiej strony. On chronił przyjaciółkę, a ona obwiniała go bo tak było łatwiej. Domyślała się, że prawda jest inna, ale nie chciała przyznać, że to matka jest odpowiedzialna za śmierć ojca. Ostatecznie dochodzi do pojednania i zapala się żółta lampka ostrzegawcza, że niebezpiecznie może się to przerodzić w wątek miłosny. Tylko, że jest jeszcze historia Charlotte. Młoda dziewczynka cierpiąca na bezsenność i koszmary po stracie rodziców. Rozmawia z Clarke, która ją pociesza, a potem Bellamym, który karze jej stawić czoła koszmarom. Bo nie można dać się im opanować, trzeba walczyć. Karze jej też użyć noża by symbolicznie odganiać te koszmary. Fajny wątek, przyjemny i dobrze prowadzony. Tylko, że jej się śni kanclerz, a potem widzi jego syna, który jest ucieleśnieniem jej koszmarów. Co w takim razie robi? To niepozorne dziewczę zabija go. Tak! Mała dziewczynka podpatrzyła jak Clarke z miłosierdzia dobija Atoma i w niemal ten sam sposób wykańcza Walleca, który przecież chwilę wcześniej pojednał się z Clarke. I tak się kończy odcinek wraz z nuceniem tej samej melodii, która towarzyszyła śmierci Atoma. Piękne, po prostu piękne! Chylę czoła przed tym kto to wymyślił i dzięki temu czekam na kolejne odcinki. Wiem, to dalej serial The CW, będą się zdarzać głupoty i miłosne rozterki tylko, że on ma dodatkowo klimat post apokalipsy i pokazuje, że każdy może zginąć. Może się na tym przejadę w końcu w Revolution też w 2 lub 3 odcinku zabili jedną z fajniejszych bohaterek, może być z tego też całkiem dobry serial wypełniający pustkę po The Walking Dead.
- flashbacki może i wiele nie wnosiły i przez nie zrezygnowano z nowych scen na Arcę, ale w ostatecznym rozrachunku zaliczam je na plus. Po pierwsze szczęśliwa rodzina Griffinów i Jahów oglądała jakiś stary mecz piłkarski i się nim emocjonowała. Po drugie poruszono wątek pragmatyzmu i idealizmu. Przekazać wiadomość o awarii filtrów i ryzykować anarchią na stacji czy może zachować to w tajemnicy i znaleźć inne rozwiązanie? Czy ludzie mają prawo wiedzieć o wszystkim co się dzieje czy może rząd powinien mieć jakieś tajemnice? I ile jesteśmy poświecić w imię tego co wierzymy?
- przy poprzednim odcinku trochę się śmiałem z tego jak bohaterowie dobrze radzą sobie na Ziemi. Dalej mam trochę zastrzeżeń, ale fajnie że zupełnie mimochodem wspomniano, że mieli w szkole przedmiot przystosowanie do życia na Ziemi. Czyli jednak na Arce nie mieszkają kompletni idioci.
- pierwsza myśl po pojawieniu się toksycznej chmury to dymek z lost. Dobrze, że szybko wyjaśniono co to jest, już wystarczy, że mamy Innych. To jakieś toksyczne i radioaktywne chmury, pozostałości po wojnie atomowej. Naciągane, ale niech będzie bo sprawia, że mimo zielonych drzewek i święcących motyli na Ziemi jest coraz bardziej niebezpiecznie.

OCENA 4.5/6

The Good Wife S05E16 Last Call
- odcinek jest logicznym następstwem poprzedniego, a dominuje w nim żałoba. Każda postać na swój sposób przeżywa śmierć Willa i na nią reaguję. Teraz jest to najbardziej widoczne, ale te wydarzenia będą miały długotrwałe konsekwencję. Odcinka był do tego strasznie emocjonalny, twórcą udało się oddać nastrój straty kogoś i gdy postacie żegnają się z swoim przyjacielem, widzowie ostatni raz oglądają aktora. Na szczęście obyło się bez ckliwości i prostych rozwiązań. Ostatnia rozmowa nic tak na prawdę nie znaczyła, pozostawiła tylko możliwości interpretacji i zwiększyła desperację bo stracie bliskiej osoby. Ciekawa jestem jak te wydarzenia zmienią bohaterów, co zrobi Alicja i czy oznacza do koniec konfliktu z LG. Możliwości jest sporo i nie mogę się doczekać by je zobaczyć.
- podobały mi się sceny z Kalindą i Carym. Ona jak zwykle próbuje zrozumieć co się stało, dociec prawdy, ale przy okazji reaguje bardzo uczuciowo bo straciła przyjaciela. Jenna jej pomaga bez żadnej dyskusji i ją wspiera. Kalinda dokonuje też swoją małą zemstę. Daję odrobinę nadziei Jeffreyowi po czym brutalnie ją odbiera i karze mu żyć z tym co zrobił. Cary za to wyżywa się na swoim przeciwniku, tylko to mu pozostaje. Znajduje ofiarę i wyładowuje na nim całą złość.
- początek odcinka był kapitalny. Alicja dowiaduje się o śmierci Willa, a w tle dla kontrastu śmiechy widowni. Albo potem Eli czytający z promptera przemówienie Alicji. Śmieszne, ale cały czas się pamięta o ostatnich wydarzeniach.

OCENA 5.5/6

The Shield S03E11 Strays
 - przesłuchanie z seryjnym gwałcicielem nie poszło po myśli Dutcha. Nie dlatego, że nic się nie dowiedział. Problemem okazało się to, że jego przypadek nie był podręcznikowy, trudny do sklasyfikowania zwyrodnialec, który sam chcę poznać swoje motywację. Ich rozmowy trochę przerażające, ale przez to tak ciekawe. I pointa tego wątku gdy Dutch morduje kota patrząc mu w oczy. Chyba będzie potrzebował niedługo pomocy psychologa.
- Vic znowu działa z ekipą, łapią kolejnych przestępców i Danny jeszcze im w tym pomaga. Fajne sceny, ale ciekawsze jest to jak sypię się u Vicka. Przyjaciel coraz bardziej traci zaufanie, w rodzinie kolejne dramaty, a kochanka już nie daje takiego ukojenia jak dawniej. Powoli, ale konsekwentnie sypie mu się życie.

OCENA 5/6

The Walking Dead S04E16 A
- odcinek dobry, ale jak na finał sezonu to za mało. Kilka mocnych scen w środku i cliffhanger na koniec to nie wystarczająca ilość emocji by w odpowiedni sposób przetrwać 6 miesięczną przerwę. Nie podobało mi się nastawienie odcinka na Ricka. Takie coś powinno być w przedostatnim. Finał jako zwieńczenie sezonu powinien rozdzielić czas każdej postaci by nikt nie poczuł się poszkodowany. Tutaj nie dość, że tego nie było bo grupka Glenna pojawia się zaledwie w ostatniej scenie to jeszcze pominięto zupełnie wątek Beth oraz Tyreesa. Czuję się zawiedziony.
- rozczarowująco wypadło też przedstawienie Terminusa. Pierw jednak oklaski dla Ricka, który postanowił pierw zbadać miejsce, a dopiero później wejść do środka. Jednak trochę się z tym pośpieszył. Sama osada spokoju nie jest jakaś przerażająca poza tym, że została zamieszkana przez sektę kanibali (?) bo chyba po to trzymają pojmanych w wagonach jak bydło i zasugerowali to ludzkim szczątkami. Nic odkrywczego w tym świecie. Może być brutalnie, ale na razie nie wygląda to jakoś strasznie. Zwłaszcza, że Terminus okazał się strasznie śmiesznym miejscem gdzie nikt nie potrafi strzelać. Serio, ja mam uwierzyć, że kilkunastu strażników na dachach z bronią maszynową nie mogło trafić czterech uciekinierów, nawet jak celowali im w nogi? Chyba, że ich specjalnie naganiali w pułapkę do wagonu, tak samo jak Rick polował ta króliki na początku odcinka, to by miało więcej sensu. Już o irracjonalnym zachowaniu Ricka nie chcę mi się wspominać. Raz zachowuje się inteligentnie, jest w stanie schować część uzbrojenia i przeprowadzić zwiad by zaraz w środku obozu rzucać się na jednego z ludzi Garetha.
- jednak co by nie mówić o drugiej połowie odcinka początek był dobry. Kolejny dzień podróży, nauki ojca o polowaniu i narzekanie na braki żywności. Fajny klimat post apo. Potem brutalny napad bandy Joe i pojednanie z Daryla. Fajnie wyszła walka o przeżycie, a do tego cała scena była bardzo brutalna i nieźle zrealizowana. I pokazała Ricka przekraczającego kolejną granicę. Wprawdzie ratował życie swoje jak i syna, ale przegryzienie tętnicy szyjnej było makabryczne. Tak jak zasztyletowanie niedoszłego gwałciciela Carla. Dał się ponieść emocją, przez chwilę stał się człowiekiem jakim zawsze pogardzał przy czym zrobił to na oczach syna, którego chciał chronić przed tym upiornym światem. Michonne go jednak rozumie bo sama dopuszczała się potworności, to ta sytuacja robi z ludźmi coś nieludzkiego, zamienia ich w bestię z którymi walczą.
-flashbacki uważał za niepotrzebne. Fajnie było znowu zobaczyć Hershella oraz sielankę  w więzieniu, ale podkreślanie kolejny raz, że Rick jest urodzonym liderem i w tym świecie nie ma miejsca dla ideałów zbędne. Do tego trochę mi to zburzyło wizję Ricka. Myślałem, że od razu po wojnie z Gubernatorem wycofał się i sam szukał ukojenie w zabawie w farmera, a okazało się, że to za namową Hersha się wycofał. W sumie jedna rzecz mi się w tych przebłyskach przeszłości podobała - Carl czyszczący broń gdy chłopach starszy od niego o parę lat, który ginie, bawi się klockami lego. Nie ma miejsca na zabawę w tej rzeczywistości, trzeba się dostosować do brutalnych realiów i szybciej dorosnąć inaczej czeka tylko śmierć.
- nie wyjaśniono co z Tyreesem i Carol, ale można założyć, że jako pierwsi dotarli do Terminusa i również byli przetrzymywani w wagonie A. Inaczej poco by tam leżało opakowanie mleka w proszku dla Judith?
- na kolejny sezon czekam, ale mam nadzieje, że będzie dużo lepszy niż ten, który ostatecznie okazał się być przeciętny. I niech będzie lepiej skonstruowany bo skakanie po poszczególnych bohaterach co parę odcinków lub poświęcaniu dwóch gubernatorowi to pomysły złe. I niech przez przerwę postacie dostaną trochę bonusu do IQ bo momentami już ciężko patrzeć na to co wyczyniają.

OCENA 4/6

Vikings S02E06 Unforgiven
- w tym odcinku mnóstwo dobrych rzeczy dla każdej z postaci. Może poza Flokim, ale dla niego ciężko jest stworzyć samodzielny wątek.
- pierw na piszę o rzeczach oddalonych od głównego miejsca akcji czyli o tym co działo się w Anglii. Omamy Athelistana nie są niczym nowym, ale jego rozmowy z Ekbertem już tak. Obydwoje fascynują się sztuką i są podatni na piękno. Strasznie mi się podoba to jak król wyśmiewa ciemnotę chrześcijan i przy pomocy mnicha chcę zachować starożytne teksty. Nie rozumiem tylko Athelstana, który zaprzecza, że poganie mają kulturę. Nie jest może ona porównywalna do tej rzymskiej czy zachodnioeuropejskiej, ale nie można odmówić jej piękna. Tak samo jak im opowieścią o bogach przecież i to można uznać za przejaw sztuki.
- omijając Kattegat zahaczę o Hedeby i jarla Sigvarda. Lahgerta długo znosiła upokorzenia, dzielnie stawiała czoło nasłanym na nią napastnikom oraz mimo pobicia okazywała dumę. Jednak w końcu pokazała swoje obliczę, miała dość bycia tą uległą i przy kolejnej próbie upokorzenie wbiła nóż w oko swojego męża. I jego wojownicy to zaakceptowali. Widzieli jego słabość i nie zamierzali mu pomagać. W świetle wydarzeń u Ragnara dobrze się składa, że Lagherta przejęła władzę. Czyżby teraz ona miała udać się na wyprawę do Anglii. Chciałbym to zobaczyć.
- skoro mowa o Ragnarze - pierwszorzędnie zajął się swoim problemem. Przemyślał i zaatakował skrycie i skutecznie. Pojmał jarla Borga i spalił jego ludzi. Zemsta się dokonała. I tutaj rysują się fajne możliwości na przyszłość. Bo Siggy sypia z Horikiem (i jego synem), a ten jest z tego nie niezadowolony. Ona zresztą też. A przecież kolejna wyprawa musi się odbyć. To jest wybuchowa mieszanka.
- Bjornowi wpadła w oko całkiem urodziwa kobitka. Nie wiem jak długo zostanie Porunn w serialu, ale jestem ciekaw jaki pomysł twórcy mają na nią. Przypomina z wyglądu i zachowania Laghertę (kompleks Edypa u Bjorna?), ale jest zwykłą dziewką służebną. Fajnie jakby na jej przykładzie pokazali szkolenie shieldmaiden. W końcu Vikings to strasznie feministyczny serial.

OCENA 5/6

poniedziałek, 3 marca 2014

Serialowe podsumowanie tygodnia #74 [24.02.2014 - 02.03.2014]

SPOILERY
Arrow S02E14 Time of Death
- w sumie tylko jedna ważna rzecz wydarzyła się w tym odcinku - Slade spotkał Olivera w rzeczywistości. I to u Moiry! Fajnie, w końcu może zacznie się dziać coś ciekawego z jego pobytem. I Arrow z antagonistą może tylko zyskać, zwłaszcza że będą musieli prowadzić osobliwą grę. Czy Slade wesprze Moire w wyścigu po fotel burmistrza i co na to Blood?
- reszta odcinka była głupia, nudna i idiotyczna albo nijaka. Już włamanie kazało mi uczynić ikoniczny gest Picarda. Bo w jakim świecie można się zdalnie włamać do walizki przenoszącej super urządzenia? Takie coś nie powinno mieć miejsca nawet w tak naiwnym serialu. Robert Knepper jako złoczyńca już dawno mi się przejadł, nie pomógł też jego motyw. Chora siostra miała wywołać współczucie? Nic z tego. Kilka scen akcji to też za mało. 
- dramatów u Lanców ciąg dalszy. Oczywiście, że kolacja musiała pójść źle, ale zapraszanie na nią Olivera było głupie. Siostry się miały pojednać, a przecież on był powodem ich kłótni. Potem przemowa Olliego jakie to ma ciężkie życie i wytłumaczenie Lauriel że uważa się za centrum wszechświata. I podziałało zmieniła się. Co też uważam za głupie. Jeden wybuch, jeden wykład, a bohaterka diametralnie zmienia swoje podejście... 
- i na koniec Felicity. Niby powinna bawić, a mnie znowu irytowała. Wątpienie w własne zdolności, próba udowodnienia, że nie jest się gorszym od innych czy cicha rywalizacja z Sarą. Żadnego oryginalnego przedstawienia bohaterki tylko typowe narracyjne zabiegi, które nie wymagają grama inwencji... Dobrze, że chociaż Sara, ją normalnie traktuje, jak nową przyjaciółkę.
- podobała mi się za to scena z umierającym pilotem i Sin, którą zaopiekowała się Sarah. Trochę tu przypadku (spadająca z nieba tratwa - hahaha), ale podobało mi się. 
- uderzyła mnie też głupota treningu w arrowcave. Diggle i Ollie walczą z Sarą jak równy z równym, wygląda to całkiem efektownie po czym Digg ją trafia. I co się dzieje? Przeprasza ją! Przecież o to chodzi w walce, by zrobić komuś krzywdę! A w tym serialu mało brakowało, a Oliver by strzelił na niego focha za bicie swojej dziewczyny.

OCENA 3/6

Banshee S02E07 Ways to Bury a Man
- ładna rozpierducha na końcu. Zapewne Lucaowi udało się skutecznie uderzyć w Protctora, a to zapowiada otwartą wojnę. Szkoda tylko, że odcinek miał kilka słabszych scen. Śledztwo i uderzanie w biznesu Kaia trochę nudziło, a sceny u Hopewellów męczące. Rozumiem istotność tych scen, ale nie znaczy to że muszą mi się podobać. Ogólnie Carrie za bardzo nie ma co robić w tym sezonie i może w przyszłym odcinku wybierze się na robotę z Hiobem. To może być fajne.
- najlepszy był początek odcinka jak Rebeckha jest zmuszona do oglądania maszynki mielącej mięso i przypomina sobie spotkanie z Jasonem. Reszta zostawiona w domniemaniu. Potem dochodzi jej szał z zabawy z bronią i chłodne opanowanie podczas spotkania z Lucasem. Jakbym miał obstawiać to albo w końcu prześpi się ze swoim wujem albo go zabiję. 

OCENA 4.5/6

Bitten S01E03 Trespass
- jeszcze przed obejrzeniem tego odcinka wiedziałem, że na nim skończę przygodę z Bitten. Czemu więc do niego siadłem? W sumie sam nie wiem, chyba skłonności masochistyczne dały o sobie znać albo miałem nadzieje, że będzie tak złe, że aż dobre i będzie się można choć trochę pośmiać. Nic z tego. Jest drętwo, dialogi są fatalnie rozpisane, postacie jeszcze gorzej zagrane, zachowują się niezgodnie z logiką i nic nie potrafi zaciekawić. Kompletnie nic. Jeszcze jakby to była kablówka to by było chociaż trochę golizny, ale nic z tego. Fabuła nie angażuje, a śmierć jednego z bohaterów mało co mnie obchodzi. Najgorsza premiera sezonu i tyle. 
- rozśmieszyła mnie jedna rzecz - Estońska rodzina jest największym producentem wódki na Bałkanach. Chyba ktoś średnio ogarnia mapę Europy.

OCENA 2/6

Black Sails S01E04 IV. 
- pitu pitu o niczym. Nie przeszkadza mi, że piraci nie piracą, a zamiast wody jest ląd. Ważne by były intrygi, napięcie między postaciami i jakieś intrygujące sceny. Tutaj tego w dużym stopniu zabrakło. Było nudnawo i mało angażującą. Powoli godzę się z tym, że Black Sails to nie drugi Spartacus. Jednak oglądam dalej bo widzę potencjał zwłaszcza w drugoplanowych postaciach. U Silvera i Flinta nic ciekawego, już dawno ich spisałem na straty, a wątek pani Barlow jest taki sobie. I jakby jednego wątku miłosnego było za mało to jeszcze Vane i jego majaki w postaci Elenore. Serio? Nie chcę romantycznej wizji piratów wzdychających do ukochanych lub za nie cierpiących tylko chcę honorowych kamratów i skurwysynów wobec wroga.
- fajnie wypada też wątek Jacka, który w przeciwieństwie do Vane się nie poddaje i robi wszystko by odzyskać statek, dlatego szkoda że tak go mało. Dużo za to Billyego, który niesłusznie jest podejrzewany o zdradę i ma konflikt wewnętrzny. To jest akurat fajne. Trochę rozwoju dostała też Elenore, która nie bała się użyć siły i zdradzić partnera co odbije się jej czkawką. Szkoda, że mało Max i Anny Bonny. Postacie kobiece dostają zdecydowanie za mało czasu zwłaszcza ruda piratka o której wciąż mało wiadomo. Czekam aż ich losy się ze sobą bardziej splotą bo już kilkukrotnie to sugerowano. 
- do tego fajne widoczki w odcinku - statek na plaży wyglądał bardzo majestatycznie. Niech w końcu zrobią z niego jakiś użytek.

OCENA 3.5/6

Black Sails S01E05 V. 
- jest piracenie jest zabawa! Ogromnie się ciesze, że w końcu wypłynęli na morze. Nie tylko z powodu akcji i abordażu, ale z żeglarskiego klimatu i nadciągającej przygody. Nastawianie masztu, sceny przy sterze czy abordaż - dla tych scen oglądam ten serial. Do tego zabawne sceny z załogą i przedstawianie taktyki ataku czy snajper - fajne dopełnienie całości. Jasne, widać ograniczenia budżetowe, nie pokazano całej walki, ale to tylko drobny mankament. Ja się ciesze z tego co dostałem. Szkoda tylko, że nie było więcej samuraja czy tego czarnego z sztuczną szczęką. Czekam aż poświęca im więcej czasu. Najlepsze jest, że akcja dalej zostanie na statku i nadciągają kolejne kłopoty. Fajnie.
- Billy dalej jest jednym z ciekawszych bohaterów. Dąży do prawdy, zaczyna się stawiać Flintowi i nieźle radzi sobie podczas dowodzenia. Mam jednak przeczucie, że zginie bo jest coraz bardziej niewygodny.
- na lądzie też się działo. Ojciec Elenore zafundował jej prawdziwe kłopoty. Może i zamieszki przedstawiono w małej skali i nie czuć było specjalnie niebezpieczeństwa, ale spotkanie z kapitanami ciekawe. Tylko ten jej upór irytujący.
- Jacka coraz bardziej lubię. W pierwszym odcinku działał mi na nerwy, ale teraz ten cwaniaczek to jedna z moich ulubionych postaci. Nieźle przejął burdel. Chciałbym go jednak zobaczyć na morzu podczas walki. Tak jak Anne Bonny.

OCENA 4.5/6

Brooklyn Nine-Nine S01E18 The Apartment
- Gina i Jake znają się od małego? To mnie zaskoczyli, nie przypominam sobie by było o tym wcześniej. Jednak fajnie, że bohaterowie są jakoś bliżej powiązani ze sobą, tylko żeby z tego korzystali w przyszłości. Podobały mi się wspomnienia w mieszkaniu i przyjaźń między nimi. Nieporadny Peralta był śmieszny, a jego wanna to dość niecodzienny widok. Fajnie jak wątki z tego odcinka jeszcze powrócą np. Jack spłacający dług.
- było też dużo o przyjaźni Boylsa z Rosą. Świetna chemia między nimi jak robili psikusa Lohanowi. A potem sprzątali po nim. Nowy Boylsa jest ciekawy, ale podejrzewam, że niedługo się skończy.
- samoocena u Holta taka sobie, ale sceny z Amy chcącej zaimponować Holtowi były przednie. I zdanie sobie sprawy z własnej wady.

OCENA 4.5/6

Community S05E06 Analysis of Cork-Based Networking
- dłuższa przerwa przed obejrzeniem odcinka wynikała z braku napisów. I nie wiem czy przez wyposzczenie czy rzeczywiście bardzo wysoki poziom epizodu, ale świetnie się bawiłem. Wiedziałem to już od momentu gdy Annie pokazała "krótką listę" naprawy Greendale, a gang zaczął dyskutować o fantastycznym serialu HBO do złudzenia przypominającym Grę o Tron. Kocham ten serial za umiejętnie wykorzystywanie współczesnej popkultury, a Britta za wszelką cenę próbująca zaspoilerować Abedowi wydarzenia z książki była cudowna.
- niczego sobie wyszło też zgłębianie struktury szkoły. Greendale jest nienormalne, to wiadomo nie od dziś, ale zazwyczaj jest pokazywany tylko wierzchołek tej absurdalnej góry lodowej. Organizacje w organizacjach, tajemnicze kluby i ludzie trzymający władzę, nieznane departamenty i protokoły wojskowe. I ptaszki mieszkające w ścianie. Teraz nawet mniej mnie dziwi stajnia sprzed kilku odcinków, a podejrzewam, że szkoła ma jeszcze wiele do zaoferowania. Przy okazji znowu wyszło w Annie to co najgorsze - bezkompromisowe dążenie do celu i brudzenie sobie rąk. I robiła to jak zwykle w niezwykle uroczy sposób jak tylko Alison Brie potrafi.
- tym razem Jeffa, Shirley i Changa mało, ale przygotowywanie imprezy z niedźwiedzim motywem było dobre. Za wcześnie. I jeszcze zagrywanie kartą rasową - tylko Community umie to pokazać w tak zabawny sposób.
- cieszy mnóstwo występów gościnnych - Nathan Fillion, Paget Brewster, Robert Patrick i Brie Larson. Szkoda, że ta ostatnia pojawiła się tylko na chwilę, ale mam nadzieje, że jeszcze wróci bo kiedyś sprawowała idealną parę z Abedem. Teraz było jej za mało żeby stwierdzić czy chemia dalej obecna. Żałuję też, że tak mało Filliona. Nathan wróć! Nawet byś się nadawał na głównego antagonistę sezonu.
- Troy został porwany przez piratów! Pewnie nie jedna osoba to przegapi bo zostało podane w subtelny sposób. No jestem ciekaw jak wpłynie to na grupkę.

OCENA 5/6

Hannibal S02E01 Kaiseki
- nawet nie wiecie jak bardzo się ciesze z wcześniejszej premiery Hannibala. Bałem się kwietniowego powrotu, a tu niespodzianka i serial jest miesiąc wcześniej. Dobrze bo można się znowu delektować tą wysublimowaną opowieścią. Boję się tylko końca bo po finale zeszłej serii, strasznie ten serial nie pasuje do ogólnodostępnej telewizji. Nie chodzi tylko o brutalność, ale o sposób narracji, ciężko będzie przeciętnemu widzowi co tydzień zasiadać do telewizora zwłaszcza, że oglądanie wymaga uwagi. Jak nie NBC to może chodziarz Netflix? Nie ma jednak co martwić się na zapas, a radować tym co jest. 
- obawiałem się, że zapowiedzi za dużo zdradzają. Walka Jacka i Hannibala w pierwszym zwiastunie wzbudziła moje obawy. Bo jak to, wiedzieć tyle co wydarzy się za jakieś cztery odcinki, bo przecież więcej raczej nie mieli nakręcone. A tu w serialu zaskoczenie bo była to pierwsza scena, która okazała się flash forwardem zapowiadającym wydarzenie, które będą miały miejsce za 12 tygodnie czyli pod samem koniec sezonu. Dobrze. Wiadomo, że szykuje się wielka i brutalna konfrontacja, ale na razie nic na nią nie wskazuje. Żadnych wątpliwości u Jacka i tylko Will wierzy w winę Hannibala. To będzie długa gra w wykonaniu Willa. To też duże wyzwanie przed scenarzystami, by Will był ciekawy za kratkami. I na razie jest. Próbuje odkryć prawdę, odpływa myślami do spokojnego miejsca i łowi zagubione wspomnienia, przemierzając bezkres swojej imaginacji, która znęca się nad nim, ale też mu pomaga. Urzekła mnie scena z Alaną przeistaczającą się w demona, która daje Willowi ukojenie oraz gdy patrzy na więzienne jedzenie. Tak odmienne od tego co dostawał od Lectera. I to zderzenie przeciwności wywołało w nim wspomnienie. Więcej takich powrotów do pierwszego sezonu i wyjaśniania co się stało. 
- postać Hannibala i jego rozmowy z Bedalią dalej fascynują. Nie mam pojęcia jaką grę on prowadzi i jaki jest jego cel końcowy i mi to pasuje. Lubię wiedzieć za dużo oglądając serial i jednocześnie nic nie wiedzieć, samemu tworzyć teorię i rozgryzać bohatera z snutych niedopowiedzeń. Czemu Lecter wciąż nazywa Willa przyjacielem, czy manipuluję Bedalią i ile ona wie o jego prawdziwej naturze? Czy jego całe to zamieszanie bawi i specjalnie do niego doprowadził i nie przejmuje się tym, że Will może go zdemaskować?
- reżysersko to dalej najwyższa liga seriali. Już pisałem o pięknej scenie hipnozy Willa z demoniczną Alaną. Ale cały serial ocieka w tym chłodnym i stonowanym klimacie. I te wszechobecne zbliżenia na szczegóły. Może i są trochę pretensjonalne, ale nie można im odmówić uroku. Mi się szczególnie podobało pobieranie DNA od Hannibala z widokiem na jamę ustną i wacik oraz odbicie Jacka na nożu w pierwszej scenie.
- i jeszcze mój ulubiony cytat z odcinka "I never feel guilty eating anything". Oglądając wiadomo o co chodzi i przy okazji współczuje się gościom Hannibala. Strasznie mi się podoba jak twórcy bawią się z widzami tą dwuznacznością.
- gdzieś w odcinku był też nowy seryjny morderca. Trochę creepy, tworzy paletę kolorów z ludzi, a jego rękodzieło wygląda efektownie. Świetna też scena jak Beverly idzie do Willa po pomoc a ten od razu wie o co chodzi. 

OCENA 5/6

The Walking Dead S04E11 Claimed
- wynudziłem się. Rick jest jedną z najsłabszych i najmniej interesujących postaci w serialu, a do tego wiadomo, że nie zginie więc nie mogłem się przejąć jego losami, a sceny jak siedział pod łóżkiem i uciekał z domu były przeraźliwie nudne. Fajnie jakby potem okazało się, że to jednak nie byli żadni bandyci, a normalni ocaleni, ale raczej nie ma co liczyć na coś takiego. Fajnie za to wypadło, że nie pokazywano ich twarzy przez większość część odcinka.
- u Carla i Michonne też się dłużyło. Może i fajnie, że ona odsłania trochę ze swojej przeszłości, ale przypadkowe wpadnięcie do domu gdzie cała rodzinka popełniła samobójstwo/została zamordowana to już przesada. Kolejność powinna być raczej odwrotna - to wydarzenia prowokują zwierzenia. Głupio też wygląda brak zainteresowania czy ktoś inny też przeżył. Nawet nie wspominają by szukać innych. Słabo. I oczywiście też trafiają na wielki obóz dla uciekinierów. Bo jak byli w więzieniu nie mogli się natknąć na informację o nim, a przecież tak daleko nie mogli odejść skoro poruszali się cały czas na piechotę.
- najfajniejsze sceny z Glennem dlatego szkoda, że tak ich mało, to on powinien dostać większość odcinka, a nie rodzinka Grimesów. Ford i jego kompani to ewidentnie przerysowane postacie, ale tak wygląda większość w tym serialu. Najsłabiej wypada Eugene, ciężko go będzie znieść. Czy rzeczywiście wie coś więcej o epidemii, a ich misja może uratować ludzkość? Raczej nie. Bardziej mnie obchodzi poszukiwanie Maggie.

OCENA 3.5/6

True Detective S01E06 Haunted Houses
- ale, że nie podjęli wątku z końcówki poprzedniego odcinka? Dalej nie wiadomo co robił Cohle w tej szkole. Badał nowe ślady czy sam preparował dowody? Nie ładnie tak zagęszczać atmosferę na dwa ostatnie odcinki. Tym razem nie było też dużo okultyzmu tylko motywy polityczno religijne. Tutaj trochę serial traci bo trzeba być troszkę obytym z geografią USA i mieć znajomość na temat Luizjany, zwłaszcza przydaje się to podczas rozmowy Cohla z Tuttlem gdzie wychodzi jego obłuda i manipulacja, ale też potwierdza podejrzenia. Dobrze, że doczytałem bo serial nabiera przy tym jeszcze głębszego wymiaru krytyki społecznej.
- jednak najważniejsze było to co działo się między Rustem, a Martym. Przez cały serial było widać, że nie pasują do siebie, jak wielkie to przeciwieństwo, które tylko w sytuacjach ekstremalnych ze sobą współpracowały. Teraz doszło do ich konfrontacji, a Maggie była tylko pretekstem, który też podkreślił zaborczość Harta, który uważa się za pana wszechświata (ta scena przy telewizorze gdzie reprezentował to co najgorsze w złym ojcu). Starcie wyszło fajnie, a dodatkowym smaczkiem jest rozbicie tylnego światła w wozie Rusta, które dalej jest obecne w teraźniejszości i tak ładnie jest eksponowane na ostatnim ujęciu. Czyżby zapowiedź kolejnego starcia między tą dwójką? Marty chyba wciąż ma rachunki do wyrównania.
- w tym odcinku była kapitalna muzyka. Wokal trochę przypominający sakralne śpiewy podczas uwodzenia Rusta przez Maggie był upiorny. Do tego ta przerażająca stylistyka ze zdjęciami z morderstw. Jedna z najbardziej odpychających scen seksu, ale taka miała być z założenia.
- klimatycznie wyszło też przesłuchiwanie uratowanej dwa odcinki temu dziewczyny. Szpital psychiatryczny podkreślający miejscami obłąkany charakter serialu oraz przygrywający w tle utwór na pianinie (?). Okazało się, że ktoś jeszcze się nad nią znęcał, gigant z bliznami lub gigant i mężczyzna z bliznami. Tuttle? Niby najprostsze wyjaśnienie zważywszy na jego budowę ciała. Tylko dochodzi jej panika gdy zaczęła sobie przypominać jego twarz. Więc może ten tajemniczy mężczyzna z mackami znany z rysunków? Na pewno jest coś w tym niepokojącego.
- w analizach serialu są częste odwołania do mitologii Cthulhu i Lovercrafta. Ja z Gór szaleństwa zapamiętałem wszechobecne i regularne kształty. I dlatego tak niepokojący wydał mi się widok siedziby kongregacji Tuttla z sześcianem w centrum.

OCENA 5/6

Vikings S02E01 Brother's War
- wrócił mój serial i jestem z tego w pełni usatysfakcjonowany. Chłodnę piękno Skandynawii znowu potrafi zauroczyć. Niedostępna, polodowcowa kraina, pełna fiordów i mgieł ma w sobie coś magnetycznego. Tym bardziej jeśli muzyka podbija klimat, a bohaterowie uczestniczą w bratobójczej walce, pełnej krwi i  śmierci. Nie wiem jaki budżet ma ten sezon, ale wiem że został dobrze ulokowany. Bitwa wyglądała spektakularnie, zwolnione ujęcia podkreślały jej brutalność, a muzyka cudowna. Jej zakończenie też mi się podobało. Rollo zabił przyjaciela, ale nie mógł już podnieść ręki na własnego brata. A Ragnar go potem oszczędził. Śmierć by była prostym wyjściem i ciesze się, że tak ładnie się pokomplikowały ich losy. Teraz Rollo będzie chciał odzyskać zaufanie ludzi co może być ciekawe.
- wojna braci szybko się skończyła, potem nastała wojna niewiast. Aslaug przybyła do wioski Ragnara i wprowadziła nie małe zamieszanie. Rozmowy z Laghertą jeszcze bardziej nastawiały do niej negatywnie i podkreślały niezbyt dobre położenie żony Ragnara. I postanowiła odejść, nie mogła znieść upokorzenia więc zrezygnowała z męża i życia w dostatku. Inna scena podkreślająca jej charakter to rzucanie czym popadnie w męża. Widać, że nie czuje się od niego słabsza i walczy o swoje. Jednak nie można zaprzeczyć komizmu tych scen.
- zadziwiło mnie, że Bjorna gra stary aktor. Była mowa, że mają go podmienić na innego. Czyli w którymś z najbliższych odcinków (następnym?) będzie istotny przeskok w czasie. Dobrze bo wprowadzi to trochę nowej dynamiki. Nie żeby jej brakowało.
- i czy kózka mogłaby się pojawić w następnym odcinku? Komicznie wyglądała na uczcie, a potem w objęciach Ragnara.

OCENA 5/6