Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dobra żona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dobra żona. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 stycznia 2015

Serialowe podsumowanie tygodnia #118 [29.12.2014 - 04.01.2015]

Ten rok miał się charakteryzować lepszą organizacją pracy i większą regularnością wpisów. Pięknie wytrzymałem w postanowieniu zaliczając w pierwszym tygodniu dwudniowe opóźnienie. Jakby tego było mało opisane zaledwie trzy odcinki. Życie, co poradzić. 

Jednak wszystko idzie w dobrym kierunku. Przynajmniej pod względnem seriali do oglądania. Powoli wszystko przebudza się z świątecznego snu i zaczyna ponowną walkę o zainteresowanie widza. Wróciło Gotham i Sleepy Hollow co mnie już zupełnie nie interesuje. Pojawiła się również Alicja Florrick z (podobno) znakomitym odcinkiem The Good Wife i niejaki Mozart In The Jungle, który zyskał przychylność widzów. Mnie jednak najbardziej cieszy debiut musicalowego sitcomu Galavant. Śledziłem losy tego serialu odkąd zobaczyłem pierwszy, szalony trailer. Jak się okazuje część internetu jest zachwycona, a i oglądalność dopisała. Za tydzień wrażenia z pierwszych dwóch odcinków. 

Nowy rok zaczął się od jednego anulowania, zamówienia i przedłużenia. To ostatnie mnie najmniej interesuje - Girls z piątym sezonem. Jakoś nigdy nie mogłem przekonać się do komedii HBO mimo, że ich seriale dramatyczne łykam jak młody pelikan. Anulowane jeszcze przed narodzinami zostało The After. Miało być sci-fi od Chrisa Cartera od Amazonu, a nie będzie. Trend pozbywania się już zamówionych seriali coraz popularniejszy. Płakał nie będę, ale skasowanie The After stawia pod wielkim znakiem zapytania ideę Amazon Prime głosowania widzów na piloty mające stać się pełnoprawnymi serialami pod dużym znakiem zapytania. Zamówienia dokonała stacja Syfy przechodząca obecnie wielką restrukturyzację i powrót do science fiction. Wstrzymajcie swoje napędy warp jeśli sama myśl o nowej serii od Syfy was podekscytowała. Będzie to reality show. O hakerach. I tyle z szumnych zapowiedzi. Oglądalnośćowa wpadka z Ascension musiała ich sprowadzić na ziemię. 

Podobno są szansę na filmowy spin-off (prequel? kontynuacja? nie wiadomo) Boardwalk Empire od Martina Scorsese i Marka Wahlberga. Ziew. Wciąż nie mogę się zmusić by dokończyć serial. Jest piękny, ale ciężko się wkręcić szczególnie na początku każdego sezonu. O wiele bardziej wolałbym zobaczyć filmowy powrót Gwiezdnych wrót. Marki Star Wars i Star Trek mogły się odrodzić więc czemu nie Stargate. Tęsknie za tą telewizyjną franczyzą.

Paczuszka filmów do oglądania:
- długaśna zapowiedź Banshee sugerująca, że może to być najlepsza seria. 
- trailer powrotu Sleepy Hollow nie wzbudzający żadnych emocji
- jeszcze więcej Vikings.

SPOILERY

Marco Polo S01E02 The Wolf and the Deer 
Drugi odcinek oglądało się dobrze. Solidne, rzemieślnicze kino. Tylko i aż tyle. Momentami się dłużyło, czasem wciągało, ale przez większość czasu pozostawiało obojętnym. Niby jest dalszy ciąg rozgrywek politycznych w Chinach i na dworze Kubilaj-chana tylko czemu ma mnie to interesować skoro nie udało się wykreować charyzmatycznych postaci, którym można kibicować? W tym odcinku jest trochę lepiej niż w pilocie, ale tylko troszkę bo cały ciężar serialu spoczywa na barkach Marko Polo, a przy epickiej skali historii, jak to zapowiadano, skupienie się na jednym bohaterze nie jest dobrym pomysłem.

Zaskoczyło mnie szybkie zakończenie wątku zbuntowanego brata. Myślałem, że na tym będzie opierał się ten sezon, a skończyło się zanim na dobre mogło rozwinąć. Brak bitwy mnie nie rozczarował i rozumiem osobiste rozwiązanie konfliktu. Ładnie udało się scenarzystą zarysować bliskość braci oraz konflikt jaki się między nimi narodził.

Sceny walki dalej cieszą i ogromna szkoda, że jest ich tak mało. Jednak jak już są jest na czym oko zawiesić. I wcale nie chodzi o nagie ciało Olivi Cheng. Choreografia jest pomysłowa i widać wyraźne różnice w stylach walki. Zwinny, finezyjny i uwodzicielski Mei Lin oraz ociężałe, pełne brutalnej siły starcie dwóch mongołów. Ciekaw jestem dalszych pomysłów i oby nie zabrakło inwencji.

OCENA 4/6

The Good Wife S06E10 The Trial
Długo przyszło czekać na napisy do tego odcinka. Z jednej strony boli bo było warto, z drugiej dobrze bo okres wyczekiwania na kontynuację będzie krótszy. Cliffhanger jaki zaserwował serial był zacny. Nie wziął się z niczego, był budowany przez cały sezon i okazał się naturalną konsekwencją wcześniejszych wydarzeń. Mimo wszystko zaszokował. Proces Cary'ego się posypał, on zgodził się na ugodę i idzie na cztery lata do więzienia. Fantastycznie nakręcona ostatnia scena z prostym przyznaniem się do winy tylko podkreśliła wydźwięk tej sceny. Niby to jest telewizja, jeszcze wiele może się zmienić, ale wpakowanie jednego z głównych bohaterów do pudła byłoby szokujące. A nawet jeśli do tego nie dojdzie to konsekwencje odkręcenia tego co się wydarzyło będą ogromne, a ja nie mogę się doczekać jak Matt Czuchry dalej będzie grał pozbawionego nadziei prawnika, który niegdyś był wschodzącą gwiazdą adwokatury Chicago.

Już sam tytuł odcinka wskazywał, że będzie on w całości poświęcony procesowi. Tak też było, ale twórcy nie byliby sobą gdyby zafundowali zwykłą rozprawę. Mimo skupia na przełomowych wydarzeniach dla jednego z głównych bohaterów udało się wpleść sceny urozmaicające całość, jakby mające podkreślić złożoność całego procesu sądowniczego. Osobista historia ławnika, scenki rodzajowe z życia sędziego (komiczne swoją drogą) czy uczłowieczanie prokuratury. Odcinek by wiele stracił bez tych historyjek.

Osobiście trochę żałuję, że historie Cary'ego i Alicji odgrywają się jakby w dwóch serialach. Jedna, na prawdę mocna scena tej dwójki to troszkę za mało. Wolałbym oglądać Alicję na sali sądowej niż podczas kampanii.  Wolałbym, ale nie narzekam na to co jest. Bo użeranie się jej z Eli i Elfmanem jest zwyczajnie świetne. Tak jak radzenie sobie z prostym żartem, który został rozdmuchany do absurdalnych rozmiarów. Ładnie wpleciono w to gierki polityczne, jednak jeszcze lepiej było patrzeć na Julianne Margulies, której twarz fantastycznie przechodzi od uśmiechu do powagi.

OCENA 5/6

Utopia S02E01 Episode 1
Utopia od samego początku eksperymentuje z formą i stawia na unikalne rozwiązania. Jednak wciąż ma wiele do zaoferowania, nie boi się odważnych rozwiązań i potrafi zaskoczyć. Zazwyczaj gdy serial chcę przedstawić historię z przeszłości robi to za pomocą flashbacków lub prowadzi narrację z wspomnieniami bohaterów bądź używa innego wyzwalacza, który robi za wehikuł czasu. Dennis Kelly nie bawi się w takie rzeczy. Pilot drugiego sezonu wygląda niczym odcinek innego serialu, który ni odrobinę nie jest przystępny nowemu widzowi. Akcja w całości ma miejsce w latach '70, przedstawia początki The Newtwork, Janusa oraz osobistą historię Millner i Carvera. I ogląda się to niesamowicie, ani trochę nie tęskniąc za znanymi bohaterami. Bo siła Utopi tkwi głownie w formie i umiejętności tworzenia nastroju i opowiadania historii, niekoniecznie w samych postaciach.

Ten odcinek nie tyko zerwał z znanymi bohaterami, ale też częściowo z stylem. By lepiej wczuć się w klimat dostaliśmy obraz w formacie 4:3 z czarnymi paskami i zaokrąglonymi narożnikami przypominającymi ekrany kineskopowe sprzed kilkudziesięciu lat. Pobawiono się również kolorami. Dalej jest pełno ciepłych, wybijających się barw, ale ich intensywność jest przytłumiona co ma symulować niedoskonałość technologii. I to był doskonały pomysł. Tak jak wplecenie w historię prawdziwych wydarzeń i materiałów archiwalnych. Oczywiście nie zapomniano o charakterystycznych ujęciach jak pokazywanie postaci z dalekiego planu. Co trochę szokowało w starożytnym formacie obrazu, ale taki chyba był cel, pokazać pewien kontrast.

Forma formą, ale najważniejsza jest historia i przedstawienie Carvera i Milner. Postacie bogate w bagaż doświadczeń w skomplikowanej sytuacji życiowej. On błyskotliwy naukowiec, planujący wybić miliardy i przeprowadzający eksperymenty dotyczące agresji na własnym synu. Mimo to w pewien sposób współczuje mu się, można zrozumieć jego motywację. Chyba jest to zasługą Toma Burke, który idealnie gra bohatera maltretowanego i wycieńczonego psychicznie. Jednak prawdziwy pokaz dała Rose Leslie. Chyba nikt nie rzuca tak uroczo "fucków" jak ona. Odrobinę eteryczna, niepozorna, ale zdolna wytępić ludzkość czy poświęcić męża w imię wyższego celu. Przerażająca i fascynująca. Sceny z główną dwójką aktorów to  mistrzostwo świata. 

Swój origin story musiał dostać również Arby, to co o nim powiedziano w zeszłym sezonie było za mało, by odpowiednio usprawiedliwić postać trzeba było poświęcić mu dużo więcej czasu. Kochany przez matkę, obiekt eksperymentów ojca. Sceny z królikami wstrząsające. Jednak mnie najbardziej ruszyła scena gdy Tom wyciąga swoje rączki po Jessice i ostatecznie zostaje odrzucony przez ojca.

OCENA 5.5/6