Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Game of Thrones. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Game of Thrones. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 sierpnia 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #245 [21.08.2017 - 27.08.2017]

SPOILERY

Game of Thrones S07E07 The Dragon and the Wolf
Mimo siedmiu odcinków sezon zachował tradycyjną strukturę z spokojniejszym sezonem. Był to w głównej mierze epicki teatr telewizji oparty na rozmowach podkreślonych wizualnym przepychem. Kulminacja serialu zbierająca najważniejszych bohaterów w jednym miejscu okazała się godnym oczekiwania spektaklem. Budowanie zależności, relacji i oczekiwań na konfrontację opłaciło się. Niemalże każda rozmowa w jakiś sposób wnosiła coś nowego lub była czystej wody fanserwisem. Nie obyło się też bez kilku zaskoczeń, niezbyt dużo kalibru. Przy całych moich pochwałach jest niestety daleki (no, może nie daleki bo wciąż się bawię i ekscytują) od zachwytów i mam kilka sporych problemów, z odcinkiem i sezon. Nie zmienia to jednak faktu, że Gra o Tron to jeden z najlepszych i najważniejszych seriali w telewizji.

Moim podstawowym problemem jest pośpiech, który jest tym wyraźniejszy jeśli skonfrontuje się go z tempem prowadzenia fabuły z poprzednich lat. Bohaterowie już nie podróżują, nie ma odpowiedniej podbudowy do wydarzeń, a rzeczy się dzieją. Jakby twórcy odhaczali kolejne punkty by zamknąć swoją historię. Przez to gubi się w tym logika. Ot choćby wątek Jona i Deanerys. Rozumiem, że ich relacje musiały przerodzić się w związek, tylko nie widzę tego na ekranie. Brakowało wyraźniejszego budowania relacji, stopniowego wzrostu zaufania i wreszcie budzącego się uczucia. Jakby wydarzenia za Murem miały być dobrym usprawiedliwieniem. Boli, bo nie trzeba wiele wysiłku by połączyć te dwie jakże podobne postacie.

Nie kupuję też zdrady Jamiego i odejścia z Królewskiej Przystani. Spodziewałem się tego, to całkiem logiczne w dłuższej perspektywie, zwłaszcza jeśli zna się książki, ale i tutaj zabrakło solidnych fundamentów. Gdzie pokazanie nieufności względem siostry? Gdzie kwestionowanie jej decyzji? Strach przed smokami i Białymi Wędrowcami? To jest bardzo słaby argument. Znowu mamy tutaj interesujący zwrot akcji, który został zbyt słabo umotywowany.

Nie do końca kupuje też główną intrygę i twist. Gros odcinka został temu przeznaczony tylko po to żeby pokazać grę Cersei. Jak w finale 6x10. Nie obchodzą ją żadne sojusze i zagrożenie z północy, nawet nie przejmuje się swoim nienarodzonym dzieckiem. Gra o tron i to bardzo skutecznie. To zgodne z jej charakterem więc mogę przyczepić się tylko do scenarzystów, którzy znowu, mają pomysł i skupiają się zupełnie na czymś innym. Powoli dochodzę do wniosku, że spotkanie Daenerys i Cersei było tylko po to żeby wprowadzić w jak najbardziej zaskakujący sposób Złotą Kompanię.

Rozczarował mnie też wątek w Winterfell. I znowu, nie z powodu tego co się tam wydarzyło tylko jak. Sansa dalej jest nakłaniana przez Littlefingera do pozbycia się siostry i wszystko na to wskazuje. Zamiast tego zostaje ujawniony sojusz dwóch Starkównych w celu pozbycia się Petera. Celem miało być tylko tanie szokowanie. Znając historię Sansy można się było spodziewać, że w końcu przejrzała na oczy kto jest jej prawdziwym wrogiem tylko w takim razie budowanie napięcia między nią, a Aryą było kompletnie zbyteczne. Miało na cele wprowadzić w serialu kolejny twist i efekt wow dla widza.

Co by jednak nie narzekać dużo rzeczy mi się podobało. Zwłaszcza tych drobnych rozmów i scen z bohaterami z którymi się zżyłem. Theon dostał wreszcie chwilę odkupienia. Pierw trochę meta rozmowa o Nedzie jako ojcu Greyjoya nawiązująca również do pochodzenia Jona oraz moment gdy Theon stawia na swoim przekuwając swoje wady w zaletę. Może to niezbyt w duchu serialu, postać która upadła w taki sposób powinna sięgać coraz bardziej dna, tak trochę mnie cieszy, że dostał swoję 5 minut.

Finałowa scena również była odhaczeniem kolejnego punktu z listy - Wędrowcy niszczą Mur przy użyciu smoka. Nie wpadając na żadne spoilery spodziewałem się tego. W tym bądź co bądź kameralnym odcinku potrzebne było pierdolnięcie. Wizualne i fabularne. Tym czymś było rozpoczęcie inwazji nieumarłych na Północ. Oznacza to rozmach już w premierze S08. Chyba, że Inni będą dalej poruszać się tym samym ślimaczym tempem.

Inne:
- Euron przez parę minut wydawał się najrozsądniejszym człowiekiem w Westeros, a twist z jego udziałem wydawał się całkiem logiczny. Okazało się to tylko zmyłką. Co jest trochę głupie bo Cersei nie mogła wiedzieć o efektownej prezentacji nieumarłego.
- R+L=J, a raczej Aegon. Potwierdzono, można ruszyć dalej.
- dobra, Rudy po katastrofie budowlanej musi zginąć, nie ma szans by i teraz mu się udało.

OCENA 5/6
OCENA SEZONU 5.5/6

Supergirl S01E03 Fight or Flight
Nie miałem nic przeciw wylosowaniu Supergirl w końcu to serial który chciałem nadrobić. Po seansie nie zmieniło się to, wciąż chcę poznać jej dalsze losy, dalej jednak bez ciśnienia. Serial daje frajdę podczas oglądania, to skumulowana dawka optymizmu, mimo swoich wad - prostej historii i męczących zagrywek. Ogląda się to dla Melissy Benoist i jej Supergirl. Zawsze skorej do pomagania i akcji, udowodnienia światu, że jest równie dobra jak Superman. Momentami motywów feministycznych było już za dużo i przyćmiewały logikę. Przymykam na to oko i oglądam dalej tzn. będe oglądał dalej jeśli serial zostanie wylosowany lub gdy dojdzie do kolejnego wielkiego crossoveru seriali The CW.

OCENA 4/6 

The Last Ship S04E01 In Medias Res
Ostatnimi czasy dużo seriali sensacyjnych mnie zawodzi. Na całe szczęście jest The Last Ship. Łatwe do zaakceptowania wady pozwalają skupić się na pozytywnych elementach których jest całkiem sporo. Przez trzy sezony była to świetna opowieść z charyzmatycznymi postaciami, która w trakcie płynnie ewoluowała w odrobinę inny serial. Wszystko wskazuje na to, że niewiele się zmieni w czwartym roku produkcji.

Poprzedni sezon był w sporej mierze odpoczynkiem od plagi i zaraz, a skupił się na polityce wewnętrznej i międzynarodowej. Teraz wirus powrócił w odmiennej formie. Nie atakuje ludzi, a rośliny. Red Rust jest prawdziwym zagrożeniem i może doprowadzić do zagłady ludzkości w jeszcze efektywniejszy sposób niż jego poprzednik. Jedynie załoga Nathana Jamesa może mu stanąć na drodze. Kupuję to od samego początku. Niby znany wróg wyewoluował w nową formę, a przy tym jest jeszcze straszniejszy. Działa na morale, osłabia ludzkiego ducha, ale też ich ciało. Poprzednio można było zdobyć zaopatrzenie, schować się, przeczekać czy nawet być odpornym. Teraz nie ma żadnej ucieczki. Oczywiście genialni biolodzy znajdą ratunek, ale przyjdzie na to sporo poczekać.

Fabularnie pilot serii się nie ceregieli. W pierwszych minutach wytłumacza o co chodzi nie popadającą w zbyteczną ekspozycję. Wchodzi to całkiem zgrabnie. Potem akcja, strzelania i wprowadzenie nowych postaci. Całkiem udane. Z czasem wychodzi więcej faktów o znanych twarzach, intryga robi się ciekawsza, a do tego wszystkiego dorzucono sporo dramatu. Nie trzymam kciuków by poziom został utrzymany, jestem pewien że się uda.

Martwi mnie tylko kolejna stereotypizacja. Walczono z Rosjanami i Chińczyki, a teraz dorzucono terrorystów z północnej Afryki. Serial raczej nie wywróci tego do góry nogami, wcześniej mu to zbytnio nie wychodziło. Dla przeciwwagi dalej jest mocno zdywersyfikowany dorzucając tym razem homoseksualną Kenijkę.

Zupełnie na uboczu najważniejszych wydarzeń jest kapitan Chandler. Bohater na ponad rok usunął się w cień i żyję spokojnie na greckiej wyspie. Jest to bardzo dobrze znana historia, która zawsze się podoba. Nie mogąc żyć z tym co zrobić ucieka, zaczyna nowe życie bez bohaterskiej aury i znowu na jego barkach spoczywa odpowiedzialność za ludzi z którymi się związał. Ludzie jego pokroju tak mają. Mogą, a nawet powinni kwestionować swoją rolę, ale koniec końców postępują właściwie. 

Inne:
- szkoda, że serial nie idzie mocniej w geopolitykę i nie przerysowuje granic państw. Mogą to wytłumaczyć jakiś traktatem, ale dziwnie się ogląda te same mapy po globalnej katastrofie.  
- akcja dzieje się w Grecji więc trzeba wrzucić dużo nawiązań do ich mitologii. Trochę z tym przesadzono, a raz udało się to przerobić w żart.
- BRODY! Wszędzie brody. Serial dostaje +10 do zajebistości.

OCENA 4.5/6

The Last Ship S04E02 The Pillars of Hercules
Uwielbiam w The Last Ship odcinki tego typu. Mocno skompresowane, gdzie niemalże całość dzieje się na statku, a załoga musi sobie radzić z poważnym problemem. Tutaj jeszcze doszła tajemnica. Niewiedza i próba zrozumienia sytuacji. Świetnie się to oglądało. Uwięziony okręt między Słupami Herkulesa i ataki rakietowe. Mogę się tylko przyczepić do wymiany ognia, która była strasznie bez składna. Miała kilka świetnych momentów, ale to głównie bezsensowne strzelanie do siebie z słabo zdefiniowaną drugą stroną.

Konstrukcyjnie odcinek trzeba też pochwalić za coś jeszcze. Za przenikanie wątków, nie fabularnie, ale z proporcjonalnym stopniowaniem napięcia. Zarówno u Chandlera jak i Nathana Jamesa przyszłość była nieznana, kolejny sceny były okryte tajemnicą, a punkt kulminacyjny został osiągnięty w tym samym momencie. Dołożono jeszcze przedzieranie się oddziału uderzeniowego i stworzono bardzo mocną mieszankę.

Inspirację starożytnością przybierają tutaj absurdalny rozmiar. Jestem na etapie "bawi i nie przeszkadza", ale to szybko może się zmienić. Znowu odwołania do mitologii, historii Rzymu i dawnej symboliki. Czuję tutaj też większe niż zazwyczaj inspirację mystery drama typu Lost. Tajemne drzwi, skarabeusze je otwierające i oczywiście wielka tajemnica. Podoba mi się to podejście do serialu.

Z dramatów bohaterów najbardziej podobała mi się scena gdy Kara i Danny zachowują się personalnie. Mówią do siebie wojskowymi zwrotami, on wydaje polecenie ostrzału rakietowego na swoje miejsce, a ona to akceptuje. I ten ból na ich twarzach. Jestem frajerem jeśli chodzi o taki romantyzm. Jest też historia Chandlera, który wpakował się w bardzo poważną intrygę, pewnie mającą związek z losami zaginionych nasion. Mogłem się mylić, że bohater będzie zawsze postępował bohatersko. Ciężko dostrzec granicę między przykrywką, a prawdziwym Tomem. Scenarzyści prowadzą grę z widzem. Bardzo udaną bo angażującą.

OCENA 5/6 
 

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #244 [14.08.2017 - 20.08.2017]

SPOILERY

Covert Affairs S03E01 Hang on to Yourself
Największe zaskoczenie związane z odcinkiem przyszło jeszcze podczas przygotowań do seansu. Wbrew mojemu przeświadczeniu ostatnim obejrzanym nie był finał pierwszego, a drugiego sezonu. Byłem pewien, że Covert Affairs porzuciłem bardzo szybko by skupić się na czymś dużo interesującym. To nie świadczy dobrze o produkcji. Jeszcze gorsza była próba przypomnienia sobie fabuły. Poza kilkoma bohaterami i występami gościnnymi wiele nie zostało. Detale które wróciły podczas oglądania oraz po przejrzeniu starych notatek również nie prezentowały się najlepiej. Od razu napisze, że seans do przyjemnych również nie należał.

Covert Affairs to mocno schematyczny serial o szpiegach. Jeden odcinek, jedna misja i tajemnica sezonu próbująca to spinać + wątki obyczajowe. Jest to typowy serial do kotleta i nawet podczas premiery trzeciego sezonu nie udaje się odejść od utartej rutyny. Trochę scenek z siostrą, przepychanek w CIA i szpiegowska misja z ładnymi widoczkami. Niby 3x1 próbuje coś z tym zrobić, wrzuca Annie w nowe środowisku, ale założenia są te same. Daleko temu to skomplikowania Alias. Zadziwiające, że Covert Affairs utrzymało się na antenie przez przeszło pięć sezonów.

Chociaż nie, to wcale nie dziwi. To jest w miarę przyjemny serial. Sprawna rzemieślnicza robota. Momentami wciągnęła mnie akcja i podwójna gra agentów. Budowano napięcie, które się opłaciło, Annie musiała podjąć kilka krytycznych decyzji, a śmierć jednego z współpracowników doprowadziła do traumy i bardzo fajnej sceny gdy Annie boi się wejść do samochodu. I gdybym nie znał stacji USA Network powiedziałbym, że serial się zmienia. Przerabiałem to przy Suits i White Collar i wiem, że to tylko pozorne zachwianie statusu quo. Nie ma w tym nic złego, ale to nie serial dla mnie. Wiem jednak jedno, nie będę z przestrachem patrzył gdy serial zostanie ponownie wylosowany.

Inne:
- Sarah Clarke jako agenta CIA, yeah. Wspomnienia z 24 i jej świetnej roli jako Nina wracają.
- przypomniała mi się nominacja Piper Perabo do Złotego Globa za rolę w Covert Affairs. Chyba największy absurd 2011 roku.

OCENA 4/6

Game of Thrones S07E05 Eastwatch
Pisanie o Grze o Tron z tygodniowym opóźnieniem odrobinę mija się z celem więc kilka uwag w skrócie. Odcinek oczywiście świetne, masa udanych scen, smaczków i intrygujących zwrotów akcji. Były też głupoty, a najbardziej martwiącym miejscu - głównej intrydze. Na prawdę Jon i Dany myślą, że uda im się na pewien moment zatrzymać wojnę gdy dostarczą Innego do Królewskiej Przystani? To jest tak głupie, że szkoda gadać. Nie dość, że chodzi o Cersei którą  jest socjopatką prawdopodobnie manipulującą swoim bratem wymyśloną ciążą, to jeszcze chcą do zatłoczonego miasta przywieść zombie. Świetny pomysł, godny The Walking Dead. A mimo to jestem ciekaw jak to zostanie rozegrane i jak bardzo wywrócą do góry nogami ten pomysł.

Inne:
- Jamie żyję! Niemożliwe! Pokazano to już w pierwszej scenie, tym śmieszniejsze jest martwienie się o postacie podsycane przez portale branżowe.
- Daenerys zachowuje się jak prawdziwa królowa, wie że czasem trzeba wzbudzić strach, a nie tylko litość i miłość. Wreszcie. Jeszcze tylko rozmowy z Jonem o własnoręcznym wykonywanie kary śmierci na zdrajcach brakowało.
- ależ przygnębiająco pięknie wyglądała przechadzka Tyriona po polu bitwy. Serial krzyczał w twarz "Patrzcie do czego jest zdolna wasza ulubiona bohaterka!"
- Jon i bliskie spotkanie z smokiem. Jakie one piękne, a on jaki odważny. I ta muzyka. I romans wiszący w powietrzu.
- Sansa kolejny raz wodzona na pokuszenie przez Littelfingera, który rozsiewa chaos i nastawia przeciw sobie dwie siostry. O jakbym chciał żeby Pani Winterfall grała tym razem własną grę.
- spotkanie braci Lannisterów było mocno niespodziewane. Chciałbym by nie było ostatnie.
- "Myślałem, że jeszcze wiosłujesz" do Gendry'ego. CHyba najbardziej samoświadomy żart w historii telewizji.
- "Nic nie wyrucha cię tak jak życie", a to jedne z najbardziej filozoficznych słów w historii GoT.
- spotkanie Jona z Gendrym to ładne nawiązanie do pierwszej sceny Roberta i Neda, gdzie powaga zamienia się w zabawę. Ci dwaj nie są połączeni jedynie swoim dziedzictwem, ale też byciem bękartem.
- między wierszami wsadzono informację, że Jon Snow jest rodowitym Targaryn i zarazem ma największe prawa do Żelaznego Tronu. Ukłon dla fanów czy będzie miało realne fabularne znaczenie?
- Drużyna Pierścienia wyrusza za Mur, ale się jaram i w pełni rozumiem potencjał memogeniczny. I tylko Bronna tam zabrakło.

OCENA 5.5/6

Game of Thrones S07E06 Beyond the Wall
W tym roku firma odpowiedzialna za cyberbezpieczeństwo  jest dziurawa jak ochrona na wiejskim festynie. Jak nie wyciek danych to błąd serwisu streaminogwego i wcześniejsze o kilka dni wypuszczenie odcinka przez co spoilery na jego temat latały już od czwartku. Czego ja się o nim nie nasłuchałem. Że najlepszy, że epicki, że wielkie widowisko i trzeba oglądać już teraz. Udanie omijałem spoilery i wytrzymałem do czasu oficjalnej premiery. Tylko po to by spektakularnie się rozczarować.

Najlepszy odcinek? Wolne żarty. Tak słabej historii w tym sezonie nie było. Gwoli wyjaśnienie. To nadal wspaniałe widowisko, epicka telewizja w najlepszych wydaniu z znakomitymi postaciami. Jest to też opowieść jaką chcę się oglądać. Grupka bohaterów staje na przeciw armii nieumarłych, misja która idzie źle, osobiste dramaty, chemia między postaciami i wielkie zwieńczenie całość. Shock value stosowany z mistrzowską precyzją. Tylko ja miałem problemy związane z najważniejszym - historią.

Już samo założenie jest naiwne - bohaterowie idą by pojmać nieumarłego. Bez planu, tylko przed siebie. Rozmawiają, dowiadujemy się czegoś nowego o nich i martwimy kto zginie. W pewnym momencie w głupi sposób trafiają na armię nieumarłych i dają otoczyć na zamarzniętym jeziorze które chwilowo odgrodziło ich od przeciwników. Tak, tysięczna armia nieumarłych nie może przedrzeć się przez kilkadziesiąt metrów wody. Łuki? E tam kto by się tym przejmować. Włócznie? Też mi coś.

I tak bohaterowie siedzą na wyspie i czekają na ratunek od Daenerys. I z tym mam największy problem. Westeros jest tutaj niczym duże miasto. Coś co w pierwszym sezonie zajmowało kilka odcinków tutaj to dwa dni. Serialowe. Skoki czasowe mi wcześniej nie przeszkadzały. Przejścia czasowe były nieokreślone, nie było wiadome jak długo minęło więc bohaterowie mogli przebywać nieokreślone dystanse. Tylko tutaj ten aspekt jest ważny. Przez to siada całe napięcie.

Właśnie napięcie. Bitwa jest ładnie zrobiona, kilka fajny ujęć, ale w pewnym momencie stwierdziłem, że za mało się przejmuję. Bohaterowie Westeros mieli za dużo szczęścia. Śmierć Tharosa była naiwna, za dużo z nich przeżyło. Gdy już zacząłem się przejmować np. Tormundem, gdy denerwowałem jak długo pokazują jego agonie został odratowany. Brakowało tutaj momentów dla postaci, takich jak Ogar bojący się ognia. Był za to głównie berserker mode i napierdalanka. Swoje apogeum osiągnęła po przybyciu smoków. Gdy już można spokojnie odlatywać Jon rzuca się na pozostałości armii, jakby smok sobie nie poradził jednym machnięciem skrzydła. Pozostali odbierają to jak akt heroizmu, ja jako próba kreowanie bezmyślnego bohaterstwa wtedy gdy trzeba pomyśleć. Jest też jego kolejna śmierć i ratunek z rąk Benjaja, zero emocji i niedowierzania, jak scenarzyści mogli to tak łatwo rozwiązać.

Mamy też całe wątek w Winterfell związany z konfliktem sióstr. Nawet nie chcę mi się o nim pisać. Littlefinger znowu gra na Sansie jak chcę, a ta popada przez to w konflikt z Arya. Wydawało się, że już odrobiła lekcję, że obie coś knują przeciw niemu. Nie można przecież od tak wtrącić go do lochu, ma zaufanych ludzi. Sansa musiała opracowywać masterplan. Nic z tych rzeczy. Ona słucha jego sugestii i nawet próbuje pozbyć się Aryi. To jest przecież niesamowicie głupie. Kibicowałem Sansie, miałem poczucie, że się rozwija, ale zostałem bezczelnie oszukany. Nawet nie potrafię uargumentować w jaki sposób ona wciąż może ufać Bealishowi.

Sączę jad, ale nic mi nie odbierze momentów, które dały mi mnóstwo frajdy. Kolejny popis smoków i śmierć jednego z nich to bardzo emocjonalna chwila. Tak jak zamiana Viseriona w nieumarłego smoka. I to daje trochę do myślenia. Czy dlatego Night King z swoimi ludźmi tutaj siedzieli bo czekali na broń która pomoże im zburzyć Mur? Strasznie to naiwna, ale to jedyne wytłumaczenie wydarzeń z tego odcinka.

Inne:
- Visarion poległ i będzie walczył przeciw Dany. Zupełnie jak jej brat po którym dostał imię. Czy w takim razie Jon zostanie jeźdźcom Rhaegara, swojego ojca?
- Daenerys i Jon mają moją aprobatę. Dwójka idealistów, która wierzy, że zbawi świat. Pasują do siebie.
- Dany krytykująca mężczyzn swojego życia za bohaterstwo, a potem robiąca dokładnie to samo. Hipokrytka.
- gdzie jest Sam?! Drugi odcinek bez niego w sezonie to o dwa za dużo.
- Thoros został śmiertelnie ranny, noname zabity podczas spotkania z zombieniedźwiedziem i nikt nie pomyślał żeby wrócić i czekać aż się zmienią. Geniusze. 

OCENA 4/6

Marvel's The Defenders S01E01 The H Word
Wielce oczekiwany crossover, ekwiwalent Avengers tylko na serialowym ekranie wreszcie jest. I trochę rozczarowuje. Co trochę nie dziwi po tylu latach oczekiwań i budowaniu hajpu. Przede wszystkim ten produkt jeszcze nie może się nazywać Defenders. Dotychczas to kilka niepowiązanych ze sobą historii z charyzmatycznymi (w większości) bohaterami. Brak tutaj motywu przewodniego i fabuły. Ot nakreślenie gdzie bohaterowie znajdują się w danym momencie. Oglądało się to przyjemnie. Tylko i aż tyle.

Zadziwiające, ale Matt nie wrócił jeszcze do kostiumy. Prawnik działający pro bono z angstem i tęsknotą za dawnym życiem. Widocznie było to podczas sceny z Karen gdy zmuszał się by ją oszukać oraz gdy lekceważy pomoc potrzebującym. Jego cierpienie jest przekonywujące. Jednak najlepiej wypadła scena w sądzie. Świetnie nakręcona na jednym ujęcie z odpowiednio dawkowanym napięciem. Po prostu piękne, pokazujące jak dobrym prawnikiem jest Matt. Było też coś ciepłego gdy pocieszał niepełnosprawnego mówiąc mu, że nie wszystko stracono i trzeba walczyć o kolejny dzień.

Cliffhanger z Luce Cage został bardzo szybko rozwiązany bo zaczęło się gdy bohater opuszczał więzienie. I robi rzeczy których można się po nim spodziewać. Szybki numerek z Claire i zainteresowanie sytuacją Harlemu. On, w przeciwieństwie do Matta, przyjął swoją rolę obrońcy społeczności. Szkoda tylko, że tak jak u Daredevila nie stwierdzono żadnego powiązania z Hand.

Jessica Jones jest dalej uwielbianą prze zemnie Jessica. Sarkastyczna alkoholiczka z niepoukładanym życiem. Nie pracuje, całe dnie i noce przepija mimo pomocy z strony Trish i Malcolma. Coś się zmienia gdy ktoś namawia ją do nie brania sprawy. I wpada na trop środków wybuchowym i obecnie to ona jest najbliżej Hand co mnie mocno zadziwiła.

I na koniec Iron Fist. Zaskakująco już w pierwszej scenie miał jedną z lepszych walk z swoim udziałem. Prócz tego przeżywa traumę i mało efektownie walczy z Hand. Niby najmniej interesująca historia, ale nie raziła jak jego serial. Była też Colleen Wing więc to zawsze jakiś plusik.

Swoje parę minut dostał też główny złol serialu. Zrobiono na początku bardzo ciekawą rzecz - ogłoszono, że Alexandra umiera i zostały jej tygodnie, może miesiące życia. To sprawia, że można z nią szybko sympatyzować. Potem jednak pokazano jej siłę i władczość podczas sceny z Madam Gao oraz diaboliczność podczas trzęsienia ziemi w NY/ Jestem zaintrygowany jej osobowością oraz ciekawi mnie plan. Wreszcie wyjaśni się do czego ta gigantyczna dziura w ziemi.

Fabularnie może i nie było specjalnie ciekawie, jednak gdy ten aspekt zawodził to zawsze można się było skupić na stronie wizualnej. Przejścia między scenami, piękne kadry, dużo długich ujęć i zachowanie charakterystycznej kolorystyki poszczególnych seriali. Palce lizać.

OCENA 4/6

Marvel's The Defenders S01E02 Mean Right Hook
Ten odcinek jeszcze bardziej uwydatnił jak zmarnowano potencjał premiery. Wciąż Defenders się nie zebrali, ale wątki zaczęły się przenikać. Początkowo delikatnie, poprzez motywy i drugoplanowe postacie by wreszcie pokazać ich parami na ekranie. Również zaskoczyła historia. Tajemnica zaczęła angażować i czuć skale wydarzeń. Elektra jest niepowstrzymana, a to jedynie narzędzie w niebezpiecznych rękach. Myślałem po premierze, że mi się zejdzie z oglądanie, a skończy się na bindżowaniu.

Inne:
- Cage obrywający od Iron Fista po tym jak tamten mało rąk sobie na nim nie połamał. Nie lubię Danny'ego ale miałem małą satysfakcję.
- Matt jako adwokat Jessicy, no wreszcie! Foggy ładną fuchę mu załatwił.
- serial dalej jest piękny. Kadr odwrócony o 90 stopniu z odchodzącym w ciemnej uliczce Mattem był przepiękny. Tak jak montaż przeszukiwania archiwum przez Jessicę.
- dawać mi więcej Trish. I Colleen. I Misty. I Karen. I Claire. Najlepiej w jednej scenie. Albo swoim oddzielnym serialu. 
- ślepota Matta może mu nie przeszkadza, ale w zamian walczy z uzależnieniem od bycia bohaterem. To jest bardzo ciekawe podejście do postaci superbohatera.

OCENA 4.5/6

Marvel's The Defenders S01E03 Worst Behavior
Dobra, to ten moment gdy zakochałem się w serialu mimo jego wad. Zdaje sobie sprawę, że to prawdopodobnie tylko chwilowe zauroczenie, ale gdy dzieją się takie rzeczy trzeba się cieszyć i przestać narzekać. Sceny gdy światy Defendersów kolidują sobie zwyczajnie cudowne. Pierwsza rozmowa Matta z Jessicą, Luka z Dannym w dojo Culleen czy finałowe spotkanie w biurowcu. Fenomenalne. Dialogi iskrzą, ja się śmieje i czerpie radości z całości. Jestem też pełen podziwu jak te cztery seriale udanie doprowadziły do spójnego crossoveru. Już wiem, że po ósmym odcinku będę tęsknił i liczył na gościnne występy w serialach matkach.

Trochę się martwiłem powrotu Elektry i robienia z niej antagonistki, ale to się sprawdza. Początkowe 10 minut to jej czas. Pokazanie wskrzeszenia i treningi u Alexandry. Ile tam było świetnych scen. I znowu jednocześnie kibicuje się bohaterem i darzy sympatią antagonistkę. Trudna sztuka która tutaj się udaje.

Nie pasowała mi tylko jedna rzecz. Danny wchodzący do Rand, rozmawiający z randomową babką i wpadający na ślad Hand, a potem jego głupia przemowa w siedzibie Midnight Circle. Czułem się jakby ktoś obraził moją inteligencję. 

Inne:
- Stick z uciętą dłonią mówiący, że szuka Iron Fista, śmieszy mnie bardziej niż powinno.
- scena z śledzeniem Jessicy przez Matta - kapitalnie nakręcona i niesamowicie zabawna.
- Matta z szalikiem Jessicy na głowie i ich kłótnie - więcej!
- kłótnia Dannyego i Luka o nierównościach społecznych ładnie wpasowała się w krytykę serialu Iron Fist.
- scena w korytarzu z udziałem czwórki bohaterów była widowiskowa, szkoda że w większości znana z trailera.
- zadziwiające jak duży postęp zrobił Danny, sceny walki z jego udziałem zaczęły być przyjemne.
- Alexandra umie się bić, zadziwiło mnie jak łatwo poradziła sobie z Elektrą. Itrygujące wypadają tez aluzję do jej długowieczności.

OCENA 5/6

Marvel's The Defenders S01E04 Royal Dragon
Przez cały odcinek bohaterowie siedzieli w knajpę. Rozmawiali, planowali, nawiązywali więź i rzucali złośliwościami. Była też masa ekspozycji nakreślającej całe tło. Jessica ma rację, to jeden wielki bullshit, ale mając takie postacie zupełnie mi to nie przeszkadza. Od scenarzystów widać miłość do swoich bohaterów i musieli mieć mnóstwo frajdy pisząc dla nich dialogi. Udanie wychodzi też budowanie napięcie i montaż całego odcinka. Jestem bardzo zadowolony z tego co dostaje. Podoba mi się, że nie ma tylko walki z Hand i wielką korporacją. Serial nieustannie przypomina o ratowaniu zwykłych ludzi, czy to w historii Jessicy czy Luka.

OCENA 5.5/6


Marvel's The Defenders S01E05 Take Shelter
Co za wyśmienity początek odcinka. Intensywna walka z Hand i współpraca bohaterów. Potem impet się delikatnie wytrącił, co okazało się celowym zabiegiem na złapanie oddechu. Ratowanie przyjaciół i sprowadzanie ich na komisariat. Niby nic ekscytującego, ale mi się to bardzo podobało. Nie mogę się doczekać gdy Trish i Karen zaczną ze sobą rozmawiać.

Wciąż najgorszym elementem serialu jest wszystko związane z Iron Fistem. Aż dziwne, że Defenders nie rozkraczą się i gruchotną twarzą w posadzkę. Motywację Dannyego, jego zachowanie, czy nawet wątek Colleen i Bakuto są momentami niezrozumiałe. Wygląda jakby scenarzyści Iron Fist pisali dialogi pod swoją postać.

Wątek Elektry bardzo szybko się rozwija, osiem odcinek w sezonie zobowiązuje. Boję się, że szykuje się kolejny tragiczny finał. Nie chciałbym by zginęła, zwłaszcza po tym co teraz przechodzi. Powolne odzyskiwanie pamięci i Hand które ma jej już dosyć. Do tego Eloidie Young daje radę w tej roli.

OCENA 4.5/6

Marvel's The Defenders S01E06 Ashes, Ashes
Tutaj będzie wyjątek bo zwykle nie zaczynam od końca. Niepowodzeniem będzie pisać, że cliffhanger był nieoczekiwany. Zwyczajnie mnie zamurowało. Już przemowa Alexandry i rozkaz pozbycie się naszych bohaterów były wystarczająca konkluzją. A potem Elektra ją zabiła i stała się przywódczynią Hand. Wow, tak się robi cliffhangery.

Sam odcinek miał lepsze i słabsze momenty. Pairing bohaterów jak zwykle zachwyca. Nawet Danny momentami jest znośny. Szkoda, że niektóre sceny są nim wręcz żenujące. Zgodne charekterologicznie z tym co stworzono, ale męczące. Dzieciak uważający, że zawsze ma rację, nie słuchający bardziej doświadczonych. Rozczarował mnie też brak choćby jednej scenki z osobami ukrywającymi się na komisariacie.

OCENA 4.5/6

Marvel's The Defenders S01E07 Fish in the Jailhouse
Najsłabszy odcinek od czasu premiery. Całość jest odrobinkę przeciągnięta i zupełnie niepotrzebnie cofnięto bohaterów na komisariat. Puste sceny mające na celu wprowadzić dodatkowe utrudnienie. Przy tym sugeruje, że wydarzenie z The Defenders mocno wpłyną na poszczególne seriale i nie wiem czy podoba mi się ten pomysł. Wracając do odcinka - za długo, niepotrzebnie i przeciętną walką. Trochę zbyt chaotyczną mającą jedynie swoje momenty. Końcówka za to znowu dała radę. Wszystko kręci się w okół truchła smoka. Nieźle. A ja głupi myślałem o teleporcie do Kunlun.

Inne:
- Matt widzi się z Claire pierwszy raz po długiej rozłące i nawet nie zamieniają ze sobą słowa? Coś mi tutaj nie gra.

OCENA 4/6

The Defenders S01E08 The Defenders
Koniec sezonu, a ja trochę nie wiem co mam myśleć. Nie ukrywam, że mi się podobało. Dynamika między postaciami wręcz nie pozwalała zrezygnować z oglądania i była to największa zaleta produkcji. Jednak patrząc z perspektywy całego sezonu sporo rzeczy kulało. Zwłaszcza fabuła. O ile udało się skonstruować w miarę spójny sezon bez zbędnych dłużyzn i wątków tak szkoda, że nie opowiadał o czymś ciekawszy. Powtórka z Hand i ninjasów, niespodziewana zmiana antagonisty i grubymi nićmi szyta intryga wymagająca akceptacji na słowo niektórych jej elementów. Kulała również logika niektórych zwrotów fabularnych i naiwność części scen. Mimo to udawało mi się na to przymykać oko z powodu frajdy jaką mi dawało oglądanie tej produkcji. Z chęcią za 2-3 lata obejrzałbym kontynuację.

Sam finał był bardzo dobrze skonstruowany. Pod względem napięcia, proporcji akcji  i chwil spokojniejszych, miał skalę epicką (na ile street level pozwala) i osobistą. Pozwalał też błyszczeć postacią i nawet udanie podkreślił ich transformację. Może bijatyki nie były tak zapadające w pamięci jak w Daredevil, ale dalej były pięknie wyreżyserowane. Jak zresztą cały serial. Podobało mi się też co zrobiono z epilogiem. Ostatnie 10 minut to pokazywanie postaci radzących sobie po ostatnich wydarzeniach. Obyło się też bez naiwnego cliffhangera. Ogólnie czekam na kontynuację w poszczególnych serialach. Nie licząc Iron Fista o którym nawet nie chcę mi się pisać. 

W świetle finału jestem ciekaw o czym będzie S03 Daredevil. Liczę, że skończą zabawę z ninjasami którzy są już męczący. Chciałbym za to powrotu Elektry, a jeszcze lepiej jakby dostała własny serial. Zastanawiam się też jak udało się wydostać Mattowi z jaskini. Ja wiem, komiksowa logika, ale przydało by się trochę wyjaśnień.

OCENA 4.5/6
OCENA SEZONU 4.5/6

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #243 [07.08.2017 - 13.08.2017]

SPOILERY

Game of Thrones S07E04 The Spoils of War
To wręcz niesamowite jak dobry jest ten sezon Gry o Tron. Tym razem napiszę krótko i bez wdawania się w szczegóły mimo, że o odcinku można by było mówić i mówić. Zwłaszcza o finałowej batalii. Efektowna bitwa gdzie postawiono przeciw sobie bohaterów którym można kibicować, jak eksponowano brutalność tego typu działań i heroizm połączony z głupotą. Były też bardzo intymne sceny jak spotkanie po tylu ocalałych Starków. Bran, Sansa i Arya w jednej scenie, każde z nich ma za sobą niesamowitą historię, a to przecież nie jest koniec. Stado w komplecie, tylko jak się zachowają. Tyle scen które można czytać wieloznacznie. Czy Sansa boi się siostry? Czy Arya będzie potrafiła wysiedzieć w Winterfell? I co takiego kombinuje Littlefinger. W odcinku było też zagłębienie się w mitologię świata i przypomnienie co jest największym zagrożeniem czyli Biali Wędrowcy. I tylko do perfekcji zabrakło Sama. Dobra, żartuje. Było perfekcyjnie, najprawdopodobniej najlepsza godzina telewizji w tym roku jaką widziałem.

OCENA 6/6

Mortal Kombat: Legacy S02E01 Episode 1
Zupełnie zapomniałem o tym serialu i gdyby nie ślepy traf nigdy bym do niego nie wrócił. I pewnie byłoby to najlepsze wyjście. Pierwszy sezon z perspektywy czasu był ok, jako fanowska reinterpretacja motywów z gry. Niepowiązane ze sobą historię oddające hołd smoczej marce. Poziom nie był jednak na tyle satysfakcjonujący by wrócić wraz z premierą S02. I trochę się nie dziwię. Teraz gdy oglądałem premierę było bardzo nijako. Nie czułem ducha Mortal Kobat, ciężko mi było odnajdywać odniesienie do uniwersum. Historia bardzo prosta, wręcz pretekstowa, jedna niezbyt porywająca walka i zarys postaci między Kung Lao, a prawdopodobnie  zżulonym Liu Kangiem. Jest tutaj pewien potencjał, ale 10 minutowe nowelki to za mało by go wykorzystać. Dlatego czuje się mocno rozczarowany. Chyba dwie ostatnie gry Mortal Kombat za bardzo mnie rozpieściły pod tym względem.

OCENA 2.5/6

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #242 [31.07.2017 - 06.08.2017]

SPOILERY

Game of Thrones S07E03 The Queen's Justice
Nie będę liczył jak długo przyszło czekać na TO spotkanie. Dla jednych był to okres bardzo długi (czytacze Pieśni) dla drugich odrobinę krótszy. Lata budowania oczekiwań nie przysłużyły się temu i podświadomie spodziewałem się rozczarowania. Dlatego przewrotnie nie zawiodłem się. Ogień i Lód, pewność siebie i temperament Daenerys i stoicki spokój Jona. To nie było starcie charakterów, a raczej podsumowanie swojej działalności wspomagane nieustającym napięciem wynikającym z niecodziennej sytuacji. Wirtualna królowa i jej zbuntowany podwładny proszący o pomoc. Paradoks gonił paradoks, a różnica między nimi się zwiększała. Aż do interwencji Tyriona. Chichot losu, że Lannister doprowadza do sojuszu Starków z Targerynami. Nie nazwiska, a czyny tworzą wielkich ludzi. To przymierze po ostatnich wydarzeniach szybko zostanie wystawione na próbę.

Ten odcinek miał w sobie bardzo dużo bardzo dobrych scen i co najważniejsze fabuła pędzi na złamanie karku. Wojna toczy się bardzo szybko i Daenerys która była pewna swojego zwycięstwo bardzo szybko i naturalnie znalazła się na przegranej pozycji. Zniszczona flota, utracony Wysogród, Żelazny Bank wspierający Cersei i bitwa o pietruszkę w Casterly Rock. Pierw igranie z widzem i klęska za klęską. A za Murem prawdziwe zagrożenie. Trzeba przyznać Jamiemu, że uczy się całe życie i ja mu kibicuję. Biedakowi należy się jakiś sukces w życiu. Coś więcej niż miłość manipulującej siostry.

Dla mnie w tym odcinku było jeszcze jedno ważne spotkanie - powrót Brana do Winterfell. I kurde, co za dupek z niego. Rozumiem, bycie Trójoką Wroną go zmieniło. Pojęć tylko nie mogę czemu zachowuje się w taki sposób do Sansy. Czy widzie, że ją krzywdzi? Czy może widząc wszystko realizuje jakiś plan? Ech, chyba za bardzo kombinuję.

Inne:
- jaki ten serial jest piękny. Ujęcia na Smoczej Skale z szerokimi planami, wielkimi bądź małymi sylwetkami i surowym pięknem Irlandzkich klifów były cudowne. W swoim sercu Gra o Tron to teatr telewizji. Najdroższy i najpiękniejszy w historii.
- tortura Cersei dla Ellari iście okruta. I co za perfekcyjnie zagrana i zrealizowana scena!
- Jamie dowiedział się kto zabił jego syna. Ostatnia scena z Olleną to kolejne wielkie wydarzenie tego odcinka. Chociaż jakby się nad tym zastanowić to nie licząc Sama i jego zabawy w Grey's Anatomy tylko takie były.

OCENA 5.5/6

Marco Polo S01E03 Feast
Serialowi dałem szanse zaraz po premierze w  2014 roku. W międzyczasie Netflix zamówił i wyemitował drugi sezon, odcinek specjalny i spektakularnie go anulował przyznając się do swojej pierwszej komercyjnej porażki. Burzliwa historia bardzo przeciętnego serialu. Gdyby nie Maszyna Losująca pewnie już bym na Marco Polo nie spojrzał.

Ten odcinek po długiej przewie oglądało się bardzo nijako. Czuć casus Netflixa i sezonów produkowanych jako długie filmy. Brakowało tutaj trójaktowej struktury, kolejne sceny to albo elementy większej całości, albo wypełniacze wolnego czasu jak mające przyciągnąć męskie oko sceny w burdelu. Momentami jest ciekawie dzięki charyzmatycznej grze aktorów, innym razem ma się wrażenie oglądania bardzo nijakiej produkcji. I to z kilku powodów. Czuć rozmach serialu, ale ja mam wrażenie że twócy za bardzo nie wiedzieli jak wydać kasę. Piękne dekoracje i bardzo nijakie ujęcia kamery - to jeden z wielu przykładów. Najgorzej wypada mało interesujący Marko Polo. Chyba najbardziej w odcinku zaciekawiła mnie mongolska wojowniczka, co niestety jest zapowiedzią kolejnego romansu i dramatów z tym związanych. Udanie wypadło też jak Kubilaj przeżywa zabójstwo brata. Szkoda, że tego samego nie można napisać o spiskach.

Ogólnie jest bardzo nijako. To nie jest zły serial czy odcinek. To bardzo przeciętna robota. A może na moje obecne wrażenia nakładają się wspomnienia ostatnich odcinków Gry o Tron? Może. Może nie. Na pewno Marco Polo stoi kilka lig niżej.

OCENA 3/6

Teen Wolf S06E11 Said The Spider To The Fly
Fajnie jest znowu zobaczyć lubianych bohaterów nawet jeśli odcinek nie porywa. To był bardzo zachowawczy wstęp gdzie ruszyło się coś w 3/4 odcinka. Mimo to jestem zadowolony. Przedstawienie sytuacji postaci, trochę komediowych wstawek i powolne wprowadzanie nowej tajemnicy i wiążące się z tym kombinowanie. Czy ktoś się karmi strachem? Czemu ludzie zachowują się irracjonalnie i agresywnie? Skąd do cholery wziął się kolejny ogar? Dużo tego. I ta końcówka! Nie spodziewałem się, że zobaczę Stilesa. Jeszcze mniej Dereka. I mają teraz wspólny wątek! Ależ mnie to cieszy. Ogólnie po problematycznym początku optymistycznie patrzę na sezon 6B.

Inne:
- MTV rozważa już jakąś formę reboota/kontynuacji serialu. Jestem jak najbardziej na tak.
- smucicie się z powodu końca serialu i nie interesuje reboot? W takim razie dostaniecie kontynuację w formie podcastu.

OCENA 4/6

niedziela, 30 lipca 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #241 [24.07.2017 - 30.07.2017]

SPOILERY

Brooklyn Nine-Nine S03E02 The Funeral
Stało się coś niespodziewanego. W ramach Losowania trafiła się po kilku tygodniach powtórka. Szanse były nikłe, jak 1:120, ale się udało. Powinienem chyba zagrać w Lotto. Albo nie, w końcu nie jestem zadowolony z rezultatu mimo początkowego entuzjazmu. Ostatnio dałem Brooklyn Nine-Nine drugą szansę i niestety serial z niej nie skorzystał.

Odcinek mnie wymęczył. Jak pisałem, lubię tych bohaterów, ale potrzebne są dobre historię i humor który nie wprawia mnie w zażenowanie. Historia byłą nijak, a bohaterowie zachowywali dziwnie nawet jak na nich. Głównym problemem był pogrzeb, który stylistycznie średnio pasuje do komedii. Można to dobrze rozegrać, ale wymaga to wysiłku. Tego zabrakło. Raptem kilka udanych żartów i to na uboczu. Terry i Holt na drinku czy żałobne przemówienia. To mnie bawiło. Reszta taka sobie.

Trochę mnie to boli bo słyszałem, że w czwartej serii serial się poprawił i bawi jak dawniej. Tylko przebić się przez 20 odcinków nieśmiesznej komedii to dopiero wyzwania. Nawet jak dla mnie. Nic, trzeba czekać na kolejny wyrok Maszyny Losującej, tym razem przy jeszcze mniejszych szansach bo serial wylądował w kategorii "Porzucone".

OCENA 2.5/6 

Game of Thrones S07E02 Stormborn
Na poprzedni odcinek można było narzekać z powodu zbyt wolnego tempa i bardzo zachowawczej historii. Takie przypomnienie klimatu świata Martina. Drugi tydzień przyniósł więcej atrakcji. Wiązanie wątków, wydarzenia epickiej skali, ale też drobne acz istotne dla postaci. Był nawet motyw przewodni przez co kolejne sceny były bardziej powiązane niż zwykle mimo podróży po całym Westeros. Jeśli Gra o Tron nie zwolni tempa szykuje się opowieść wybitnej skali w tym roku, która zbierze owoce sadzone przez sześć długich lat.

Odcinek zaczyna się w miejscu w którym skończył poprzednie Daenerys i jej najbliżsi planują dalszy krok i myślą o przyszłość. Jest też sąd nad Varysem. Ta długa wymiana zdań między nimi pokazuje jak bardzo Dany zmieniła się przez te lata. Nie patrzy ślepo w przeszłość, wie czym jest miłość i nienawiść tłumów. Przede wszystkim nie jest naiwna i rozumie w jaki sposób może wygrać wojnę. W dalszej scenie jej sojusznicy nie są do tego bardzo przekonani. Szczególnie Olenna. Plan Dany jest ambitny i niespodziewanie szybko idzie w łeb. Jak tak sobie myślę to strasznie dużo zdarzyło się dla tej bohaterki w odcinku. Gra pędzi, a jakość pozostaje ta sama.

W międzyczasie na Smoczą Skałę wpada Melissandre chcąca służyć Matce Smoków. Mało znaczący moment, ale podkreślenie istotności Jona i Dany w walce z siłami Nocnego Króla. To też zabawą przepowiednią o Azorze Ashai. Gdy byliśmy nie mal pewni, że to Jon, teraz kolejne wskazówki mówią o Targerynówinie.

W otoczeniu Królowej, prócz wielkiej polityki trafiła się scenka obyczajowa dla Szarego Robaka i Missendi. Chyba Benioff i Weiss stwierdzili, że dawno nie było cycków w serialu. Porzucając sarkazm. Może i była niepotrzebne z uwagi na większa opowieść, tak ciekawie jest oglądać zwykłych ludzi odnajdujących miłość w tej wojennej epopei. I tylko żeby mi się to tragicznie nie skończyło.

Z świty Dany został tylko Jorah do omówienia. W miedzysezonowej przerwie zupełnie o nim zapomniałem i myślałem, że zginie w zapomnieniu. Występ tydzień temu wyglądał jak mało znaczące cameo. Jednak nie, jest plan co do niego. Sam pomaga mu w walce z śmiertelną chorobą wbrew zaleceniom maestrów przez co może wylecieć z Cytadeli. Mnie jednak interesuje jak to się ma do fanowskiej teorii o powiązaniu łuszczycy z smokami i Innymi. Martin, ty cwany skubańcu, wszystko sobie przemyślałeś.

Na północy Jon nawiązuje kontakty dyplomatyczne z Deanerys. Wreszcie kontakt między dwójką najważniejszych bohaterów. Podszyty nieufnością, Jona, Sansy jak i całej Północy. Jon jednak wie, że musi do niej jechać i prosić o pomoc. Przemówienia o honorze i dumie są już męczące, ale przynajmniej zaufał swojej siostrze. Musiał, teraz żeby ona niczego nie zepsuła, w końcu ma inną wizję od brata. Jest też Littlefinger i jego zdradzieckie podszepty. Na pewno nie podoba mu się też jak potraktował go Jon. 

W Królewskiej Przystani krótko i treściwie. Cersei szuka sojuszników, a Jamie jej w tym pomaga. Najbardziej prawdopodobny jest ojciec Sama. Niby mało znaczące powiązanie, a zapowiada trochę dramatów dla adepta w Cytadeli. Trochę słabiej wypadła scenka w podziemiach gdzie zaprezentowano kuszę mogącą zabić smoka. Odkrycie godne westerowskiego nobla. Dzieci w Dorzeczu pewnie szybciej wpadłyby na pomysł balisty.

Arya spotkała się z Gorącą Bułką. Gorąca Bułka! Kogo obchodzi zagubiony bękart Roberta skoro doszło do takiego momentu! Żarty na bok, to była kolejna fajna obyczajowa scenka pokazująca, że Arya nie jest bezduszną morderczynią i są ludzie na którym jej zależy. Zmieniła też swoje zadanie. Nie idzie już zabić królowej tylko na wieść o nowym władcy Winterfell wraca do domu. Może spotka Jona po drodze? Może siostrę na zamku? Obojętnie, niech tylko do tego dojdzie. Miłym zaskoczeniem był gościnny występ Nymerii. Pierwszy raz od pierwszej serii. I to była smutna scena gdy dawna podopieczna Aryi wypiera się jej, a ona wmawia sobie, że to nie był wcale jej wilkor.

I na końcu o ostatniej scenie. Tego to ja się nie spodziewałem. Bitwa morska bez większych zapowiedzi? Dobra, nocna potyczka której nie można odmówić widowiskowości. Pierw spokojne sceny z bękarcicami i Yarą flirtującą z Elarią. Nic nie zwiastuje katastrofy, kolejna moment z życia bohaterów. Gdy nagle zjawia się Euron na swoim upiornym statku. Iście majestatyczne wejście. Rzeź, chaos na pokładzie, kolejne umierające bękarcice, setki trupów i porwanie dowódczyń. Imponujący prezent dla Cersei. W to wszystko zaplątał się biedny Theon. Znów okazał się tchórz, uciekł z pola bitwy i nie pomógł własnej siostrze. Charakterologicznie jest prowadzony popisowo. Ewoluuje, ale w zaskakującym kierunku, a często ta zmiana jest tylko pozorna. Miałem tak w zeszłym roku, mam i teraz - nie mogę się doczekać scen z jego udziałem.

I teraz kolejny tydzień czekania, tym razem na najważniejsze spotkanie w dziejach telewizji. No, przynajmniej serialu. 

Inne:
- Tyrion bez wzruszenia mówiący o zniszczeniu rodowej siedziby i lekki szok słuchaczy. To był bardzo fajny moment. 
- przejście między rozdzieranie łuszczycy z skóry Joraha, a jedzeniem w WInterfell było okrutne dla widza, niczym montaż z codziennego życia Sama.
- spotkanie Starków znowu odwlekło się w czasie. Oby doszło do tego jeszcze w tym sezonie.
- ej, gdzie jest Duch, czemu Jon nie zabrał go na tak daleką wyprawę?
- co za ironia, sojusz Starków, Lannisterów i Targerynów mogący ocalić świat.
- końcowa walka była widowiskowa. Widać, że wsadzono w to kupę kasy. Tylko jeszcze jakby reżyseria była lepsza. Chaos był namacalny, ale dla mnie za dużo cieć. Daleko do Hardhorone czy Bitwy Bękartów. Z drugiej strony cięcia podkreślały sytuację na polu bitwy i oddawały zdezorientowanie floty.

OCENA 5.5/6

niedziela, 23 lipca 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #240 [17.07.2017 - 23.07.2017]

SPOILERY

Better Call Saul S01E01 Uno
Breaking Bad uważam za jeden z najlepszych seriali jakie widziałem w życiu i wątpię by dużo ludzi przekonywało mnie, że jest inaczej. Jest to jeden z powodów dlaczego zwlekałem z sprawdzeniem Better Call Saul. Bałem się, że nie dorośnie swojemu starszemu bratu i będzie kulą u nogi dla marki. Trochę to irracjonalne z powodu tych samych ludzi odpowiedzialnych za obydwa seriale. Nic jednak nie mogłem na to poradzić. Czas mijał, odcinków było coraz więcej, recenzje bardzo pochlebne, a ja nie miałem kiedy wcisnąć serialu w grafik. Na szczęście Maszyna Losująca naprawiła ten błąd i mogłem sprawdzić chociaż pierwszy odcinek. Wiem jedno, chcę więcej!

Pierwsza scena i już zaskoczenie. Monochromia i Saul pracujący przy wyrobie ciasteczek w centrum handlowym. Spłoszony i widocznie się czegoś bojący. Wraca do swojego domu gdzie pije i wspomina dawne czasy włączając kasetę z swoimi starymi reklamówkami. Więc to porabia po finale Breaking Bad. Cień dawnego siebie bez perspektyw na lepszą przyszłość. Bardzo smutna scena. I nawet chciałbym by serial doszedł do tego miejsca i pokazał co dokładnie działo się z nim po finale.

Sam odcinek oglądało się tak jak początki Breaking Bad. Powolna narracja, długie sceny i stopniowe odkrywanie postaci i jego świata. Przy tym oczywiście piękne zdjęcia. To nie Saul, a Jimmy. Wygadany, acz nie do końca pewny siebie prawnik. Czarujący i potrafiący grać kogoś kim nie jest, ale bez większych sukcesów. Obrońca publiczny robiący za 700 dolców od sprawy, a nie prawnik zarabiający 50 tysięcy dziennie. Żyję w cieniu brata i jego przeszłości nie mogąc być w pełni sobą. Jakże to będzie interesująca ewolucja postaci do cwaniaczka w jakiego się przeobrazi.

Może fabularnie nie była to opowieść porywająca. W końcu to pilot wprowadzający w nowy świat. Przedstawienie problemów z jakimi boryka się Jimmy i jedna akcja odwetowa która nie poszła po jego myśli. Dużo tutaj potencjału. Jednak największa przyjemność nie płynie z prezentowanej historii, a gry Boba Odernika. Burza i ogień na ekranie. Aktorskie szarże w jego wykonaniu są perfekcyjne. Jego przemówienia mogłyby podnosić tłumy. Mistrz.

OCENA 5/6    

Game of Thrones S07E01 Dragonstone
Długo przyszło czekać na powrót Gry. Zawiedzie się jednak ten kto oczekiwał przyśpieszenia tempa z powodu mniejszej ilości odcinków. To wciąż ten sam serial z powolnie rozwijającą się historią. Teraz było to jeszcze bardziej widoczne. Mocne otwarcie i następnie powolne rozstawianie pionków do już finalnego starcia. To przeważnie rozmowy, zapowiedź przyszłych sojuszy i rozłamów. Najbardziej widowiskowe było otwarcie z Aryią mszczącą się na Freyach. Oglądało się to z nieskrywaną satysfakcją. Również finałowa sekwencja poświęcona Daenerys była niesamowita. Długie ujęcia, emocjonalna chwila dla Dany i powrót do domu. Wszystko to bez słów przez prawie sześć minut do znamienitego "Zaczynamy?" na zakończenie. Jedynie mogę się przyczepić do scen z Samem z odrobiną slapsticku. Za długo by wyjawić jedynie powiązanie między Smoczą Skałą, a obsydianem.

OCENA 5/6

poniedziałek, 4 lipca 2016

Serialowe podsumowanie tygodnia #191 [27.06.2016 - 03.07.2016]

SPOILERY

Game of Thrones S06E10 The Winds of Winter
Nie spodziewałem się takiego zaskoczenia na koniec sezonu. Nie dotyczy to tylko wydarzeń na ekranie, a mojego odbioru serialu. W zeszłym roku dałem sobie spokój po czterech odcinkach i nadrabiałem S05 ok. 2 miesiące przed powrotem. Ostatecznie byłem zadowolony, nie napalałem się jednak na powrót. Bałem się go z powodu braku materiału źródłowego. I po 10 odcinkach jestem zachwycony. Miłość do Gry o Tron wróciła z zmożoną siłą, serial zaprezentował najlepszy sezon i zakończył go kapitalnym odcinkiem, który przerósł nawet spektakularną bitwę. Nie mam się do czego przyczepić.

Finał nie był standardowy jak na ten serial. Zamiast pośpiesznie domykać/otwierać linię fabularne miał bardzo zwartą konstrukcję w scenach w Królewskiej Przystani, jakby ta historia była stworzona pod dziewiąty, zazwyczaj szokujący odcinek. Sam scenariusz okazał się przemyślany, pełen paralel i kontrastów pokazujących jak bardzo zmienił się świat i jak opowiadana historia zatacza koło. Było też miejsce na eksperymenty. I śmierć. Nawet cycki się trafiły, warto wspomnieć ponieważ było ich niezwykle mało w tym sezonie.

Odcinek zaczyna się w niesamowity sposób, 20 minutową sekwencją w Królewskiej Przystani, pełną długich scen, równoległego montażu i wdzierającą się w sam mózg muzyką Djawadiego (fortepian + chór), która zostaje na długo po seansie. To moment procesu Cersei, wydarzenia które miało być jej ostatecznym upadkiem, a stało się jej pyrrusowym zwycięstwem. Upokarzana kobieta zemściła się na swoich wrogach. Margery, Pycell, Lancel, Wróbel, Loras, Kevan. Wszyscy zginęli na skutek długo planowanej zemsty. Cersei zamiast udać się na proces zgodnie z przewidywania za pomocą dzikiego ognia zniszczyła Sept Baelora zabijając swoich wrogów. Niesamowicie serial budował napięcie pod to wydarzenie, zwiększając stopniowo tempo muzyki, która niemalże eksplodowała chwilę przed wybuchem by w momencie kulminacyjnym ucichnąć. Cersei nie przewidziała tylko jednego - śmierci Tommena. Brałem to pod uwagę, ale nie w taki sposób. Po tym jak zobaczył do czego jest zdolna jego matka popełnił samobójstwo. Co ciekawe, ją to niewiele ruszyło. Gdy ginęły jej poprzednie dzieci opłakiwała je. Śmierć Tommena przyjęła z zrozumieniem, jakby brała to pod uwagę i się z tym już dawno pogodziła. W końcu przepowiednia musiała się sprawdzić. Bardziej szokujące, że nie chciała się z nim nawet pożegnać. Zamiast oddać honor jego zwłokom wolała torturować septe Unelę, jakby zemsta była ważniejsza niż jej własny syn. Finalnie Cersei zasiada na Żelaznym Tronie, osiąga swój cel, ale czy było warto? Zero satysfakcji i uśmiechu, jakby władza jej już nie interesowała.

Śmierć Tommena była przepiękna w swoim minimalizmie. Nakręcona na jednym statycznym, bardzo długim ujęciu i bez słowa. Zaczyna się od pokazania Tommena, który przygląda się zniszczonemu septowi, kompozycja kadru jest delikatnie asymetryczna żeby widz również mógł go zobaczyć. Po czym Tommen wychodzi z kadru, wraca i bez zastanowienia wyskakuje przez okno. Zachwyciłem się tym równie mocno co gigantyczną eksplozją zieleni pochłaniającą sept.

Potem następuje krótka scenka w Bliźniakach. Pierw chwila rozluźnienia i szukanie dziewki na noc dla Bronna. Potem jest już ciekawiej. Wyjawiono los Edmura, który wrócił do swojej celi, czyli Jamie nie dotrzymał swojej obietnicy. Następuje też rozmowa Lannistera z Walderem. Stary przechwala się, że są do siebie podobni i zabijają królów, nikt nie może się z nimi równać. To mocno dotyka Jamiego, który przecież ciągle posługiwał się honorem. Zabił Szalonego Króla by ratować miasto, a Walder dla osobistych zysków.

Najważniejszym momentem w Bliźniakach było pojawienie się Aryi serial postanowił zaskoczyć i zastosować tanie acz skuteczne szokowanie. Dziewczynka przybiera twarz dziewki służebnej, zabija synów Waldera i serwuje mu pasztecik przyrządzony z ich resztek. Makabryczna scena nawiązująca w pewien sposób do książki. Po tym jednak podcina mu gardło i z zadowoleniem może wykreślić kolejne nazwisko z swojej listy. Starkówna zmieniła się w rasową morderczynię i teraz niezbyt widzę jej powrót do Winterfell. Czyżby podróż do Królewskiej Przystani i odwiedziny Cersei?

Ze śmiercią Waldera i ludzi odpowiedzialnych za Krwawe Gody związana jest kolejna niesamowita paralela. Trzech głównych konspiratorów odpowiedzialnych za to wydarzenie już zginęło. Tywin został zastrzelony z kuszy tak jak jego ludzie strzelali z balkonów do ludzi Starka. Bolton zabił Robba wbijając mu sztylet, ten sam chwyt zastosował jego syn. Natomiast Freyowi zostało poderżnięte gardło, dokładnie tak samo jak Catelyn Stark. To się nazywa mistrzowskie planowanie.      

Pozornie najgorszym elementem finału był wątek Sama, który nie przyniósł nowych informacji. Tak, mój ulubieniec powrócił, ale jego scena podobała mi się z kilku powodów. Pominę tylko absurdalnie nieudolnych żołnierzy jego ojca, którzy go nie odnaleźli i już przechodzę do Cytadeli. Miasto z zewnątrz wygląda olśniewająco, przypomina swoją architekturą trochę starożytny Rzym, niestety poza jedną panoramą z oddali nie można się nim zachwycać. Szybko następuje rozmowa z urzędnikiem, która pozwala trochę rozluźnić sytuację po ciężkim początku, a potem kolejny fenomenalny widok biblioteki z tysiącami książek na łańcuchach i mechanizmem przypominającym kometę z czołówki. I tutaj dwie ważne uwagi związane z tym wątkiem. Ten sezon jest mocno feministyczny, kobiety przesuwają się powoli na pierwszy plan i odgrywają zwiększoną rolę w Westeros. Nie dotarło to jeszcze do uczonych mężów z Cytadeli, Goździk ma zakaz wejścia. Pokazanie biblioteki, skarbnicy wiedzy tego świata to też kapitalny kontrast dla brutalności scen w Królewskiej Przystani. Brutalność, okrucieństwo i wojny, świat pełen przemocy, ale to było przypomnienie, że ma on również bogatą historię i kulturę, zło nie jest jego nadrzędną cechą, a chwilowo wysunęło się na pierwszy plan. Ludzie z Westeros mają dużo więcej do zaoferowania niż sprawianie bólu innym.

Wizyta w Wintefell to znowu kilka ważnych scen. Pierw Devos konfrontuje się z Melisandre oskarżając ją o morderstwo Sheeren. Co robi Jon? Skazuje na banicję i wypędza z Północy. Czy zdał sobie sprawę, że w przyszłości może mu się przydać i zawiesił na chwilę swoje zasady moralne, które przysporzyły mu i ojcu tyle kłopotów? Jasne, grozi jej śmiercią jeśli wróci, ale może to być sposób by trochę uspokoić Davosa. Wyjaśnienie może też być inne - jest jej wdzięczny za przywrócenie do życia i nie jest teraz w stanie jej zabić jakby był jej coś winien. Ja tylko czekam gdy ona wróci. Przecież to musi nastąpić. Co zrobi po drodze? Obstawiam, że spotka Dondariona i Ogara, którzy są przekonani, że mają jakieś przeznaczenie. Może też trafić na Aryę, przewidziała, że spotkają się ponownie, a teraz obie są w drodze.  

Cieszy mnie brak spięć u Starków. Sansa przeprasza brata za zachowanie wiedzy o pomocy Arynów, a on nie żywi urazy. Jest miedzy nimi delikatne napięcie, ale ufają sobie, są niczym brat i siostra. I to jest fajne, takie zaufanie w tym serialu to coś niespotykanego. I może w przyszłości się to zmieni, może nie, ale niech jak najdłużej pozostaną jednością. Jak mawiał Eddard, wtedy gdy przychodzi zima, wataha musi się wspierać, tylko razem można przetrwać. Najwyższy czas by jego dzieci podążali za jego mądrością.

W Winterfell doszło również do spotkania Sansy z Peterem, który oferuje jej małżeństwo. I znowu, scena ta jest odniesieniem do ich spotkania sprzed dwóch sezonów gdy on wyznaje jej miłość i ją całuje. Tu mówi to samo, ale ona nie daje mu okazji na pocałunek, odchodzi od niego. Nie jest tym samym niewinnym stworzeniem, jest gotowa decydować o własnej przyszłości. Jeszcze nim nie manipuluje, zachowuje się bezpośrednio, ale nie jest bezradna.

Bezradny jest za to Jon. Gdy mówi o zbliżającej się Wielkiej Wojnie jego ludzie nie chcą walczyć, mają tego dość. Nie chcą mu nawet złożyć hołdu, a on nawet nie wie jak do tego doprowadzić. Pomaga mu Lady Mormont, która ich do tego przekonuje. Jest teoria, że to Sansa ją do tego namówiła o cym świadczy wymiana spojrzeń, ale dla mnie to trochę zbyt naciągana. Chodzi raczej o to by pokazać, że Jon bez swoich ludzi jest nikim. Mowa jest przekonująca i zostaje obwołany Królem Północy (kolejnym). Niby bękart, ale płynie w nim krew Neda. I tutaj mnie zastanawia trochę zachowanie Sansy. Jej emocję to mieszanka dumy i zazdrości.

No prawie jest synem Neda. Wreszcie został to potwierdzono, że w Wieży Radości jego siostra urodziła dziecko, prawdopodobnie bękarta Rheagara i poprosiła Eddarda o ochronę. Zbliżenie na dziecko i przejście na Jona. To nie pozostawia żadnych wątpliwości. Syn Lodu i Ognia i kuzyn Daenerys. Ta scena była akurat czymś oczywistym, potwierdzeniem teorii krążących od lat. Musiała w końcu się pojawić i nie mogła zaszokować.

Sceny w Dorne zazwyczaj nudziły. Teraz wystarczyło dać Lady Olennę w żałobie i napisać kilka sarkastycznych wypowiedzi w kierunku Żmijowych Bękarcić bym mógł się zachwycać. Bo jak się nie zachwycać Królową Cierni? I ten sojusz! Zakulisowa gra Varysa, nawiązania relacji politycznych z Wysogrodem i Dorne dało wsparcie dla Daenerys. Chociaż czy Highgarden i Dorne nie dałyby sobie same rady z Lannisterami? Powinni, przecież to na ich sile opierała się ich władzę.

Scena pożegnania Daario z Daenerys mnie nie ruszyła. Oczekiwałem trochę jego wybuchu złości, ale obyło się bez tego. Obie strony wykazały się raczej zrozumieniem. O wiele lepsza była potem jej rozmowa z Tyrionem. Kolejne świetne paralele! Ona mówi, że nic nie czuła żegnając Daario, była znudzona ich rozmową, zero uczucia. Przecież to jak Cersei na Żelaznym Tronie. Pozbawiona uczuć, robi co trzeba. Te kobiety są niebezpiecznie do siebie podobne. Natomiast słowa Tyriona, gdy mówi że dzięki Daenerys znalazł sens swojego życia to kalka wypowiedzi Joraha do niej, że nie może bez niej żyć.

Teraz o najważniejszej scenie kończącej odcinek, czymś na co czekałem od lat i trochę powątpiewałem w jej nadejście. Dany wraz z całą swoją potęgą wyruszyła do Westeros. Dothrakowie i Nieskalani na statkach, powiewające żagle z godłem Targarynów i majestatyczne smoki w powietrzu.  Jednym słowem - epickie. Inwazja zapowiada się niesamowicie. Nieobliczalna khalasary, potężna armia, dwie kobiety które muszą ze sobą walczyć i Jon Snow na Północy oczekujący na groźniejszego przeciwnika. Kolejny sezon już działa na wyobraźnie.

Jeszcze małe wspomnienie o feministycznym akcencie i trzech głównych aktorkach gry o tron. Sezon zaczął się z uciekającą Sansę, upokorzoną Cersei i więzioną przez dothraków Daenerys. Jak zakończył wszyscy dobrze widzimy. Z kobietami u władzy, lub bezpośrednio na nią wpływającymi. I pomyśleć, że serial był oskarżany o seksizm. On chciał jednak coś pokazać. Jeszcze za bardzo nie wiem co, ale już mam parę pomysłów. Że kobiety mogą być tak samo okrutne jak mężczyźni? Kobieta jest równie zdolna do sprawowania władzy, a płeć jest drugorzędnym czynnikiem? A może to kobiety są naturalnymi przywódcami i gdy stare rządy zawiodły czas by one przejęły władzę. 

Do końca serialu prawdopodobnie zostało tylko 13 odcinków i teraz mi trochę szkoda. Wolałbym z dwa pełne sezony, a stacja HBO pewnie jeszcze więcej. Teraz gdy są w kryzysie pewnie trwają ostre negocjację na jak długo ma wrócić Gra o Tron. Lombardo mówi kiedyś o 10 sezonach, a Benioff i Weiss twierdzą, że wystarczy spójna historia rozpisana na 13 odcinków. Znają koniec i chcą go opowiedzieć bez niepotrzebnych fillerów. Pewnie skończy się na kompromisie. Jeden krótszy sezon i potem 12 odcinków rozbitych na połowę z bardzo długą przerwą? Ja bym obstawiał coś takiego. Należy też pamiętać o efektach specjalnych, które wymagają czasu. Mamy wielkie armię, smoki i apetyt na coś epickiego, to kosztuje i zajmuje czas. Już ten sezon był opóźniony o 2 tygodnie w stosunku do poprzedniego. Obawiam się, że następny zadebiutuje jeszcze później. Nie martwię się o jakość. Brak książki którą mogliby się inspirować wyraźnie pobudził kreatywność Benioffa i Weissa, a do zakończenia historii jeszcze bardziej się powinni przyłożyć.

Inne:
- wilkor wrócił do Winterfell w czołówce serialu, wreszcie!
- link do Light of the Seven. U mnie już na playlistach, przepiękny utwór. 
- pierwsze momenty to pokazanie jak ubierają się postacie, zbliżenia na ubranie i wyczekiwanie, idealne budowanie napięcia na samym początku. Miguel Sapochnik to perfekcjonista, który potrafi pokazać z rozmachem bitwę jak i skupić się na detalach. 
- Tommen ginie wyskakując przez okno, odwołanie do tego co spotkała Brana? Tutaj winna jest Cersei, a tam Jamie. Tam winna była miłość, a tutaj własna arogancja. 
- czarny strój Cersei z bogatymi zdobieniami na ramionach (które podczas koronacji zmieniają się w prawie że bojowe naramienniki), łańcuchem je łączącym i wysokim kołnierzem jest przepiękny. Wygląda w nim niczym bogini zemsty. Co za kontrast w porównaniu do jej losu z S05. 
- wielki dzwon, który wylatuje z septu trafia w ulicę którą Cersei spacerowała nago, a Unela krzyczała shame i wymachiwała swoim dzwoneczkiem. Kolejne piękne nawiązanie. 
- moment gdy Walder mówi o zabici i pokonaniu Starków w tle pojawia się Arya z cudzą maska. Nice touch! 
- fragment eksplozji septu został już użyty w scenie z wizjami Branna pół sezonu temu. Chylę czoła przed takim planowaniem. 
- Jamie raz uratował miasto przed spaleniem, ironicznie jego siostra zrobiła to czego Szalony Król nie mógł. Przerażenie w jego oczach bezcenne. 
- Benjen zostawił Mere i Brana pod drzewem i odjechał na swoim koniu. Jak ona biedna ma go zanieść na południe? Mógł im chociaż wierzchowca zostawić.  
- potwierdzono, że Mur to nie tylko budowla, ale też zaklęcia niepozwalające przejść White Walkers. Czy naznaczony przez Nights King'a Brann po przejściu na południe zniesie zaklęcie jak stało się to z drzewem w którym trenował by zostać Trójoką Wroną? 
- Varys zna teleportację lub podróżuje kominkami przy użyciu proszka fiuu. W tym odcinku pokazał się w Dorne, a potem zaraz z Daenerys i Tyrionem płynął do Westeros. 
- gra emocji na twarzy Tyriona gdy otrzymuje od Dany przypinkę oznaczającą rolę Namiestnika, kapitalna! 
- i na koniec wideo zza kulis, które polecam.  
- z głównych bohaterów w finale nie pojawiła się tylko (?) Brianne. Coś długo wraca do swojej pani. A tak liczyłem na krótką scenę z Tormundem.

OCENA 6/6

Power Rangers S16E02 Welcome To The Jungle (2)
Po czterech miesiącach wracam do Jungle Fury. Czemu dopiero teraz? Pewnie dlatego, że pilot sezonu mnie troszkę rozczarował po znakomitym RPM oczekiwałem czegoś więcej. Przez ten czas zapomniałem już co mi się nie podobało, a w pamięci zostały pozytywy. Do tego doszedł hype na nadchodzący film Power Rangers i bardzo fajne komiksy. Zwyczajnie potrzebowałem więcej Power Rangers w swoim życiu. I dobrze zrobiłem ponieważ odcinek oglądało mi się bardzo dobrze.

Coraz bardziej lubię koncept sezonu. Wojownicy pracujący w pizzerii z ekscentrycznym mentorem i duchy zwierząt pomagające w walce. Dzięki temu pierwszemu ilość komicznych sytuacji jest ogromna. Choćby zabawne ugniatanie ciasta przypominające trening walki. Lub RJ oglądający walkę Rangersów i zajadający się przy tym chipsami. To drugie daje efektowne walki. Wojownicy dostali też bronie, kij bo, pałki tonfa i nunchaku co jeszcze dodaje trochę efektowności przez co patrzy się na to z przyjemnością. Pierwszy raz przyzwano zordy i zdumiał mnie dynamizm tej walki, jakby  to był zwykły wojownik, Megazord skacze, wije się i zadaje skomplikowane ciosy. To jest trochę dziwne. Tak jak ruchy wojowników w wspólnym kokpicie ponieważ sterowanie wygląda jak jagerów z Pacific Rim. Jednak najbardziej podczas walki podobał mi się komentator z sarkastycznymi uwagami. Tego to ja się nie spodziewałem.

Odcinek miał pozytywne przesłanie. Trening pozwala osiągnąć wyznaczony cel, pomoc przyjaciół jest kluczowa i zjednoczeni bohaterowie są w stanie osiągnąć więcej niż pojedynczo, trzeba tylko w siebie uwierzyć. Banalne, ale poprowadzone bardzo przyjemnie. Zwłaszcza pomoc Theo udzielona Cesyemu podczas jego treningów.  

Na razie historia jest dość prosta, zły nie robi niczego konkretnego, a zagrożenie nie jest jeszcze straszne. Jednak potencjał z złymi jest. Mnie jednak bardziej ciekawi jak pójdzie prowadzenie pizzeri.

OCENA 4.5/6

niedziela, 26 czerwca 2016

Serialowe podsumowanie tygodnia #190 [13.06.2016 - 26.06.2016]

SPOILERY

Alias S02E16 Firebomb
Doskonałe proporcję między akcją, osobistymi momentami, chwilami dla drugoplanowych postaci i większą intrygę. Takie Alias chcę oglądać. Nie przytłoczone przez związek Syd/Michael, ale dające równe szansę całej obsadzie, nawet jeśli ma to być jedna acz znacząca scena dla kogoś z drugiego planu. Tutaj zabłysnął Marshall dzięki któremu kilkukrotnie można się było pośmiać. Will również się rozwija, konsekwentnie stawia kroki swojej kariery w CIA, a ja mocno przyklaskuje temu wątkowi. Mam słabość do oglądania analityków, co jest zasługą m.in. Rubicon. Cieszy mnie jak jest prowadzony Dixon, czuć, że jest istotą ludzką z własną historią, targany wątpliwościami. Pełnoprawny bohater, a nie narzędzia napędzające postać Syd. Przyparty do muru wrócił do pracy, zrozumiał czemu Sidney go "zdradziła" i prawdopodobnie zaryzykował swoje małżeństwo. Dużo, a nie dostał wiele czasu na ekranie.

Akcja w odcinku była porywająca. Nie jest to poziom współczesnych seriali, nawet tych The CW, ale pościg w Szwajcarii czy zakradanie się w Afgańskiej bazie terrorystów oglądało się wyśmienici, głównie za sprawą pobudzającej muzyki. Dla równowagi ważną rolę odegrały momenty wyciszenia jak oglądanie zwęglonych zwłok w kościele przytłaczającym swoim majestatem co stworzyło niemalże mistyczny nastrój sceny i odniesienie Sydney do Apokalipsy było jak najbardziej adekwatne.

Jeśli chodzi o główny wątek to powoli posuwa się sprawa artefaktów Rambaldiego. Sloan zdobył kolejny element układanki i zapewnia, że chodzi o coś wielkiego. Wielka tajemnica działa na wyobraźnie. Jednak jeszcze ciekawiej u Syd. Każda kolejna scena z Fake Francine ma w sobie sporo napięcia i widać ewidentne różnicę w grze aktorki.

Inne:
- pierw Sloan nosi maskę, a potem Sydney przybiera twarz staruszki. Fajny zabieg, zbliżający te postacie.
- ej, czemu nie było Christiana Slatera skoro jego wątek się jeszcze nie skończył?
- jakie ładne ujęcia i montaż podczas sceny tortur Sydney. Oświetlona bohaterka przywiązana do krzesła, otaczająca ciemność i cięcia gdy gasło światło.

OCENA 5/6

Alias S02E17 A Dark Turn
Odcinek skonstruowany w okół trzech związków miłosnych? Może i brzmi zniechęcająco, ale było wręcz przeciwnie. Trzy powiązane ze sobą pary, każda z jakąś tajemnicą, która mocno wpływa na całą fabułę jak i partnera.

Na początku o Sydney i Voughnie. Irytowało mnie, że tak wcześnie rzucono tajemnicę, która miała ich poróżnić. Ponadto kwestionowanie lojalności Michaela było trochę bez sensu dla fabuły i zbyt naciągane. Na szczęście emocjonalnie odpowiednie wpłynęło to na Sydney. Prawda okazała się prozaiczna - szukał informacji o Irynie, dowodów, że kłamie. I nic nie znalazł.

Ładnie to korespondowało z wątkiem Irina/Jack. Stare małżeństwo, które ponownie odkrywa miłość, wraca do uczucia za którym tęskni. Tylko czy do końca można jej ufać? Czy Jack dałby się jeszcze raz oszukać? Świetnie prowadzona niepewność, aż do ostatnich minut. Bristow popełnił ten sam błąd za który przyjdzie mu zapłacić. Irina zdradziła i wydaje się, że od początku pracowała z Sloanem. Tylko czy ma to sens? Ile osiągnęła w uwięzieniu i czy nie był to przerost formy nad treścią?

Równie ważną rolę odegrał Will. Wpadł w matnię, wydaje mu się, że dręczą go koszmary, a tak na prawdę Fake Francine poprzez hipnozę wyciąga z niego tajne informację i to on staje się nieświadomym zdrajcą  odcinka. Trochę naiwne. Pokazuje jednak jak praca w CIA niszczy kolejne życia, jak ciężko się z niej wyrwać.

OCENA 4.5/6

Alias S02E18 Truth Takes Time
Odcinek zaczął się efektownym flashforwardem - strzelanina między Sydney i Iriną gdzie wydawałoby się ta druga dostała kulkę. Szkoda, że reszta odcinka nie dorównała wstępowi. Było tutaj zaskakująco wiele dłużyzn, humor nie działał, a baza genetyczna, którą źli chcieli zdobyć wydawała się zbytecznym McGuffinem. Najważniejsze rzeczy dotykały Emily i miłości do Sloana przez co odcinek wyszedł niezwykle melodramatycznie. Wielka miłość dla której warto porzucić swoje życie i ostateczna śmierć obok ukochanego. Nie takie Alias chcę oglądać. Bardziej podobały mi się sceny Emily/Sydney, pełne stonowanych emocji i poczucia zdrady odczuwalnego u tych dwóch kobiet.

Końcówka odrobinkę zaskoczyła. Sydney dostaję wiadomość od matki, tytuł odcinka. Czyżby to oznaczało, że ona jednak nie zdradziła? Już mam powoli dość tej zabawy w kotka i myszkę. Oby jej story arc zakończył się w finale sezonu.

OCENA 4/6

Alias S02E19 Endgame
Kolejny odcinek poświęcony szpiegowskim związkom i znowu wyszło znakomicie. Tym razem jednak nie o Sydney chodziło. Pierw poruszono zdradę Jacka i na zasadzie podobieństw i kontrastów zbudowano wątek Caplanów. Ona okazała się rosyjskim szpiegiem i niczym Derevko wyszła za Slatera. Jack widzi w niej odbicie swojej żony i nie wierzy w jej dobre intensję co prowokuje samotną misję Sydney. Niesłusznie, nie każdy tego typu związek opiera się wyłącznie na kłamstwie. Jakby tego było mało pan Caplan pracuje dla NSA i wie o tajnej roli swojej żony. Wszystko się kończy dobrze i mi to pasuje.

Jednak nie wszystkie wątki mogą mieć happy end. Dixon podłamał się po zabiciu Emily i postanawia zrezygnować z pracy w terenie. Dzięki wsparciu własnej żony do tego nie dochodzi, ona w końcu zrozumiała czymś jest jego praca i ją akceptuje. Po czym ginie w wyniku zemsty Sloana na oczach męża. Wybuchowa końcówka wpływająca na główne postacie.

W międzyczasie trafiła się świetne sceny w country barze w Moskwie oraz Sydney udającą dziewczynę z bractwa studenckiego. Drgnął też wątek Fake Francine. To ona zabiła żonę Dixona i wykorzystała Willa by włamać się do danych CIA, co zostało wyśledzono. Czuć, że zbliża się finał.

OCENA 4.5/6

Alias S02E20 Countdown
Nie zawsze cieszy mnie oglądanie odcinka zaczynającego się od flashforwarda. Zwłaszcza gdy scenarzyści są zachowawczy i chcą tylko w taki sposób szokować. Tutaj tak nie było, był on w pełni uzasadniony. Pokazano Dixona grożącego zdetonowanie C4 co doprowadziło by do jego i Sydney śmierci. Potem cofnięto się do pogrzebu żony i pokazano jego długą drogę radzenia sobie z żałobą i własnymi słabościami. Jego powolne załamywanie się i na końcu triumfalne odrodzenia. Przy okazji pokazano zaufanie jakie odrodziło się między nim, a Sydney. Podobał mi się ten wątek.

Podoba mi się pomysł na dziewczynę dla Marshalla. Czemu by nie? Wszyscy romansują może i on. Tym bardziej, że przyda mu się jakiś osobisty wątek, choćby najprostszy. Nie podobała mi się za to wyprawa Sloana do Tybetu. Wyglądało to jak człowiek szukający odkupienia udający się na duchową wędrówkę. Na szczęście szybko to naprawiono. Pojawił się tajemniczy mnich, który namówi go na poszukiwanie artefaktów Rambaldiego, a teraz daje mu kolejne wskazówki.

Gdy nie to jak ważne są tutaj postacie na początku pewnie napisałbym o tytułowym odliczaniu. Odkryto kolejną przepowiednię Rambladiego, która ma się spełnić za 42h i trzeba ją powstrzymać. Tajemniczy artefakt do zdobycia i uciekający czas. Mogłoby być więcej napięcia, ale sam pomysł ciekawił. I ładnie skonstruowano końcówkę gdzie w tym samym momencie rząd USA zdobywa sztuczne serce, a Sloan dostaje dodatkowe zapiski dotyczące Rambaldiego. Które z tych wydarzeń ma doprowadzić do krwawych wydarzeń?

Jeszcze o castingach. Danny Trejo płatnym zabójcą, Jonathan Banks dyrektorem NSA i David Carradine tybetańskim mnichem. Wszystko to w jednym odcinku. Oglądanie tak znanych nazwisk to sama przyjemność.

OCENA 4.5/6

Alias S02E21 Second Double
Pierwsza część finału odrobinę rozczarowała. Była ewidentnym wstępem do czegoś większego. Czegoś co nastąpi w przyszłym odcinku. Nie znaczy to, że odcinek był pozbawiony istotnych scen. O nie, tego było dużo. Cały wątek Willa jako zdrajcy strasznie mi się podoba i to jak był budowany przez cały sezon. To jak jest zaszczuty i ufa nieodpowiednim osobą, a osoba która może go uratować jest szantażowana. Sceny gdzie aktorzy mogli się wykazać to momenty gdzie Will próbuje sobie coś przypomnieć z przyszłości, ale nie potrafi. Rozczarowanie, ale ciągle wiara w przyjaciela Sydney i złość Dixona. Jest jeszcze końcówka gdzie Fake Francine go ratuje.

Niestety u innych bohaterów nie działo się zbyt wiele. Spięcia Kandella z Jackem to coś do czego przywykłem. Trochę zaskoczyła mnie rozmowa Sloana z Jackem, ale z tego nic jeszcze nie wynikło. I tyle. Z fajnych rzeczy była jeszcze wizyta w niemieckim klubie BDSM i Michael udający pijanego. Tyle.

OCENA 4/6

Alias S02E22 The Telling
Co za odcinek! Zresztą, tego właśnie się spodziewałem po serialu Abramsa. Emocji pełną gębą, akcji i cliffhangera zrywającego kapcie z nóg. Jak to dobrze, że już zaraz mogę włączyć następny odcinek i chłonąć historię, a nie czekać w niepewności 3 miesiące i czytać strzępy informacji. Albo szkoda. Oglądanie Alias na bieżąco musiało być świetnym przeżyciem.

Odcinek był perfekcyjnie skonstruowany, dobre kino sensacyjne napakowane akcją i jej zwrotami. Nie było nawet chwili na nudę, a spokojniejsze sceny miały zazwyczaj mocne zakończenie. Nie można było też być pewnym tego co się widzi. Serial przez całą swoją emisję bawi się pozorami i podwójną grą. Czy Syd może w końcu zaufać matce? Czy Irina mówi prawdę? Do końca tego nie wiadomo. Wiadomo, że czuję ból z powodu krzywd jakie wyrządziła córce. Świetnie zagrane! Gra aktorska zawsze była mocnym elementem serialu.

Najwięcej frajdy sprawiły mi sceny akcji. Pierw porwanie Jacka. Niezbyt efektowne, ale napędzające dalszą część odcinka. Potem najazd na wieżowiec, w którym znajduje się Sloan. Dużo strzelania i imponująca (chociaż czuć 13 lat na karku) scena skoku z dachu. I wreszcie starcie Sydney z Fake Francine. Co to było za starcie! Pierw odkrycie jej tożsamości przez Willa i nóż w brzuch w nagrodę. I potem Sydney dostaje wiadomość i się zaczyna. Efektowna choreografia, męczące się kobiety, poczucie siły każdego ciosu i stopniowo niszczona scenografia. Plus muzyka, raz zwiększająca dynamizm sceny swoim szaleńczym tempem, by zaraz całkowicie zamilknąć w celu zbudowania jeszcze większego napięcia. Perfekcja.

Rambaldi w końcówce sezonu odegrał dużą rolę. Pogoń za artefaktami i napędzanie akcji kolejnych odcinków. Po co? Wciąż nie wiadomo. Sloan złożył tajemniczą machinę (Doomsday Machine?) i tyle wiadomo. Wrócił też motyw Syd jako wybrańca z przepowiedni. Nie wiem o co chodzi i mi się to podoba. Widzę też jak bardzo Alias jest podobne do Fringe pod wieloma względami. Boje się jednak, że ten wątek pójdzie teraz na drugi plan.

Z powodu cliffhangera. Tak się kończy sezony, proszę państwa! W sposób szokujący, redefiniujący serial i nadający widoczny kierunek następnej serii. Ostatnie 5 minut było zaskakujące. Po walce z Fake Francine Sydney budzi się w Hong Kongu, kontaktuje z CIA i dowiaduje, że od tamtych wydarzeń minęły 2 lat. Przeskok w czasie i wymazanie pamięci głównej bohaterki. Nieźle! Jakie to zmiany przyniesie? Obstawiam flashbacki Sydney, nieufność wobec niej i przetasowania w CIA. Może Sark będzie teraz dla nich pracował? W końcu mówił, że jego lojalność jest chwiejna. Tylko związku Voughna i Sydney szkoda i boję się tej dramy związanej z jego małżeństwem.

OCENA 5.5/6

Alias S03E01 The Two
Co za wspaniała gra Jennifer Garner! Pełna gama emocji na twarzy, szok, ból, niedowierzanie, zawziętość, złość i radość. I to nie w jednej czy dwóch scenach, ale przez cały odcinek miała sceny gdzie mogła się wykazać, co robiła znakomicie. Od pierwszej rozmowy z Voughnem, przez spotkanie z Dixonem i ojcem, aż po konfrontację z Sloanem i tyradę którą wygłosiła Michaelowi na końcu. Patrzyłem na nią w niemym podziwie. Pani Gerner, niech pani jak najszybciej wróci do telewizji!

Ten odcinek był w całości z perspektywy Syd. Dynamiczny, skakał od jednej do drugiej sceny, zarzucał widza informacjami o statusie quo i serwował przyzwoitą akcję. Widzę tutaj nawet lekką poprawę, ale to może być efekt premiery sezonu. Mi się najbardziej podobała odkrywanie nowego świata. Sloan jako konsultant CIA, Marshall spodziewający się dziecka (!) i Dixon nowym przełożonym. Sporo się zmieniło.

Większa intryga mi się podoba. Trochę szkoda, że porzucono wątek Rambladiego i to w dziwaczny sposób. Sloan usłyszał słowo "Peace" i walczy o pokój na świecie. Mam nadzieje, że są plany w planach. Intrygująco zapowiada się odkrywanie życia Syd i tego co robiła przez ostatnie dwa lata. Tylko żeby serial nie trzymał zbyt długo w tajemnicy.

Bradley Cooper wyleciał z głównej obsady. Tak jak matka Syd i Francine. Zamiast nich Melissa George i Greg Grunberg. Szkoda Willa, ale wstępnie jestem na tak.

OCENA 5/6

Alias S03E02 Succession
Jestem już trochę przytłoczony ilością Syd w tych dwóch odcinkach. Rozumiem, główna bohaterka i trzeba się na niej skupić wprowadzając w nowy świat. Tylko, że serial słynął z bogatej obsady drugoplanowej i z chęcią pooglądałbym oddzielne wątki. Sam Jack to mało.

Odcinek miał efektowny początek, potem tempo trochę siadło. Ciężko było wymyślić coś lepszego niż porwanie windy z dwoma agentami CIA śmigłowcem. Potem trafiła się jeszcze strzelanina i ciekawy twist z Starkem. On jest dziedzicem Romanowów, a jego ojciec został zamordowany przez Sydney z wypranym mózgiem. Powoli się wszystko zagęszcza.

Pojawiła się Melissa George i niestety, tak jak przypuszczałem, okazała się żoną Michaela. Wygląda pięknie, ale już mnie irytuje ten wątek. Tym bardziej, że serial robi wszystko by ją znienawidzić. Voughn wraca do pracy, a ona będzie szukać zabójcy ojca Sarka.

OCENA 4/6

Alias S03E03 Reunion
Ostatnio męczyła mnie Sydney, teraz trójkąt miłosny. Lubię Melissę George, jest śliczna i ten akcent. Nawet podoba mi się jej postać. Jednak denerwuje mnie w scenach z Sydney. Nie jest to wina postaci, a scenariusza. Tak wiem, Michael + Sydney = wielka miłość, ale nie chciałbym żeby do siebie wracali. Krzyżyk na drogę i niech każdy z osobna buduje lepszą przyszłość. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że wciąż czuć chemię miedzy Syd i Michael, świetnie się rozumieją i razem współpracują. Tylko gdyby nie ta zazdrość. O wiele lepiej ogląda mi się przyjacielskie sceny Syd z Weissem.

Odcinek zaczął się spektakularnie, od spadającej satelity w centrum Moskwy. Fabułka była wciągająca, dużo lokacji i pojawił się Sark. Udanie też prowadzono dwa wątki, które miały swoje momentum w finale przez co końcówka była pełna napięcia. Ogólnie całość oglądało się świetnie, a byłoby lepiej gdyby nie wspomniany wyżej wątek.

OCENA 4.5/6

Game of Thrones S06E09 Battle of the Bastards
Co tu dużo pisać, wielka bitwa bękartów nie zawiodła. Gra o Tron przesuwa granicę tego co można pokazać w telewizji. Rozmach na niespotykaną skalę i epickie starcie z udziałem setek statystów, dziesiątek koni i sztucznych ciał. To właśnie starcie między armią Starków i Boltona było w centrum odcinka. Wielkie widowisko, które pozwoliło poczuć skalę wydarzeń. Wielkie, długie i zróżnicowane. To nie było prostę tłuczenie się rycerzy. To był Szeregowiec Ryan kina fantastycznego. Trud walki był namacalny, można było się poczuć jak na polu bitwy. Zwłaszcza podczas szarży konnicy. Lub gdy kamera tpp na jednym ujęciu śledziła Jona Snowa. Lub gdy wykopywał się spod starty ciał. To był piękny spektakl, który nawet na chwilę się nie nudził. Gdzie można się było przejąć losami bitwy i postaciami. Warto było przemęczyć ostatni odcinek by zobaczyć coś takiego.

Zaskakujące, ale to nie była jedyna batalistyczna scena odcinka. Na samym początku pokazano oblężenie Meereen i to jak się skończyło. Danka użyła swoich atomówek i z grzbietu smoka zniszczyła oblegającą flotę. Co za panorama miasta, co za poczucie satysfakcji z kolejnego wielkiego zwycięstwa. Świetne momenty.

Sceny walki scenami walki, ale to jest serial o postaciach. I długo się zastanawiałem jak ocenić ich zachowanie w tym odcinku. Z początku byłem rozczarowany i narzekałem jednak po dłuższym zastanowieniu wszystko ma jak najbardziej sens. Pokazano to kim staje się Jon i Sansa i kogo coraz bardziej przypominają, jak ich wady wysuwają się na pierwszy plan. On jest bardzo podobny do ojca. Unosi się honorem by uratować brata. Bezsensowna szarża, która mogła się zakończyć klęską. Nie używa taktyki i planu, jak jego ojciec robi co trzeba zamiast myśleć o dalekosiężnych konsekwencjach. Podczas bitwy przeżywa też drugie, tym razem symboliczne odrodzenie, podczas wykopywania się spod stosu ciał. Piękna wizualnie scena. Tylko czy będzie miała wpływ na Jona? czy przejmie rolę lidera i będzie kroczył własną ścieżka? Pobicie Ramseya niemalże na śmierć może być jego pierwszym krokiem ku kreowaniu własnej tożsamości.

O wiele ciekawiej wypada Sansa. Ma za złe bratu, że nie pyta jej o zdanie. Nie zna się na taktyce i strategii, ale rozumie jak Ramsey myśli, mogłaby pomóc planować bitwę. W międzyczasie toczy własną grę, a serial pokazuje jak bardzo się zmieniła. I upodobniła do swoich oprawców. Jak Littelfinger prowadzi długą grę. Rozumie, że Rickon już jest martwy, pogodziła się z jego śmiercią i próbują ją w jakiś sposób wykorzystać. Nie mówi też Jonowi o posiłkach o jakie poprosiła Dolinę. To mogłoby uratować tysiące ludzi i cała bitwa miałaby inny przebieg. Ona to jednak zostawia dla siebie, korzysta z tego w inny sposób, może nawet planuje użyć konnicy w krytycznym momencie. Setki giną w koniecznym poświęceniu, ale ostatecznie Starkowie triumfują. Przy czym rysuje się między nimi masywna wyrwa. Sansa ma też coś z Ramseya, który przecież mówi, że na zawsze pozostanie częścią niej. Ona go skazuje na śmierć, pożarcie przez własne psy. Coś czego nauczyła się od niego. Mrok, który ją zaczął otaczać podkreślają dwa momenty. To gdy psy rzucają się na Ramseya ona zaczyna odwracać głowę, po czym zafascynowana znowu na niego patrzy. Oraz ten delikatny uśmiech, który pojawia się na jej twarzy gdy scena dobiega końca, a ona odchodzi z satysfakcją. Może i nie na taki rozwój postaci liczyłem, ale podoba mi się on.

Nie spodziewałem się tak szybkiego przybycia Theona i Yary do Meereen. Widzimy ich na audiencji u Daenerys gdy proszą o niepodległość Wysp w zamian za pomoc. I to jest ciekawa sprawa z kilku powodów. Yara i Dany od razu przypadają sobie do gustu, dwie silne kobiety dyskutujące o przyszłości swoich ludzi. Theon zaś może znowu spotkać się z Tyrionem i przyznaje zwierzchnictwo swojej siostry. Szkoda, że go tak mało w tym sezonie! Jednak najciekawiej wypada sprawa polityki. Yara się zgadza, że Żelaźni Ludzie przestaną łupić inne kraje. Tylko czy jest na to szansa? Zgodnie z ich dywizom rodową "oni nie sieją". Wg. mnie ona dobrze zdaje sobie z tego sprawę i wykorzystuje Dankę. Toczy bardzo niebezpieczną grę.

Inne:
- polecam 10 minutowy materiał zza kulis kręcenia bitwy. Niesamowite.
- niestety budżet odcinka jest nieznany, ale z ciekawostek wiadomo, że sama bitwa była kręcona 20 parę dni natomiast sama scena gdy Jon okładał Ramseya cały dzień.
- RIP Wun-Wun. Ostatni gigant zmarł w heroicznym szturmie na Winterfell. Śmierć Rickona nie ruszyła wcale. Trochę szkoda, że całe rodzeństwo nie zjednoczy się w Winterfell, ale nie oszukajmy się, najmłodszy Stark nie był pełnoprawną postacią.
- orły przesądziły o losie bitwy, prawie jak u Tolkiena.

OCENA 6/6

Orphan Black S04E09 The Mitigation of Competition
Serial dalej zaskakuje, może w nie tak spektakularny sposób jak do tego przyzwyczaił, ale przyjemność z oglądania wciąż jest wysoka. Najlepiej wypadła podwójna gra Rachel. Jej pełne napięcia spotkanie z Sarah, a potem pytanie o jej prawdziwy cel. Zdradzi klony czy nie? Jak daleko jest się w stanie posunąć? Ten wątek był budowany cały odcinek by na końcu można było odetchnąć z ulgą. Jest po stronie klonów, Evie Cho i Brightborn zostało pogrążone medialnie. Niespodziewanie szybko.

Jak zwykle przyjemnie wypadła Allison z Donnym. Napalony mąż po wyjściu z więzienia oraz modlitwa po seksie, uśmiałem się. Dramatyczniej wyszedł kryzys wiary Allison. I na końcu zjawienie się Heleny w najbardziej odpowiednim momencie. Ten serial często jest niepoważny, ale co z tego skoro wszytko zachowuje spójną, lekko odrealnioną konwencję.

Coraz więcej miejsca jest poświęcone wizją Rachel, a mnie intryguje jak to zostanie wyjaśnione. Na pewno nie profetycznymi zdolnościami po uszkodzeniu mózgu. Czyżby ktoś jej wszczepił pliki wideo w oko? Czy może połączenie sztucznego oka z mózgiem odtwarza jakieś dawno zapomniane wspomnienia?  I kim jest tajemniczy facet przypominający syberyjskiego mistyka?

OCENA 4.5/6

Orphan Black S04E10 From Dancing Mice to Psychopaths
Rzadko mi się to zdarzało w tym sezonie, ale niestety miało to miejsce właśnie tutaj. W pewnym momencie straciłem zainteresowanie wydarzeniami na ekranie. Finał sezonu, ja siedzę i patrzę bez większych emocji. Głównie to zasługa pierwszej połowy odcinka. Trochę biegania i brak konkretnych działań, jak z przeciętnego odcinka. Dobrze, że przynajmniej Krystal pojawiła się na chwilę. Potem jednak zaczęły się ujawniać kolejne piętra tej gigantycznej intrygi i jeszcze mniej było to interesujące. Rachel zdradziła, Susan zdradziła, rada Neolucji okazała się groteskowa jak z kreskówki, a finał to krwawa rzeźnia, który okazała się tanim cliffhangerem. Nie do takiego Orphan Black się przyzwyczaiłem. Najbardziej zabrakło mi jednak rodziny. Zamiast skupić się na postaciach, na sestrach, to walczono z złą korporacją. Ziew. Fajnie, że Delphine znowu spotkała się z Cosmią, a Sarah wcielała w Krystal. Zabawnie było też oglądać Helenę z Donnym w dziczy. Jednak za mało było takich scen.

Inne:
- piąty sezon będzie ostatnim i mnie to cieszy. Serial skończy opowiadać historię na własnych warunkach i nie wyciągnie kolejnego przeciwnika gdy dostanie nieoczekiwane zamówienie na więcej odcinków. 

OCENA 4/6

Person of Interest S05E11 Synecdoche
Nie często mi się to zdarza, ale zacznę od końcówki odcinka. Co za piękna scena gdy okazało się, że Maszyna ma więcej agentów, a Harper i Price pracują dla niej w Waszyngtonie i pomagają naszym bohaterom. To niesamowicie poszerza świat i daje potencjał na spin-offy, które nie powstaną. Czy Los Angeles i Seattle mają swoich herosów? Czy w Europie również jest team-machine? Niesamowicie mi się to podobało, tym bardziej, że wyciągnięto starych bohaterów.

Może i fabułka odcinka była trochę naiwna, ratowanie życia prezydenta, ale realizacyjnie było przyzwoicie i oglądanie kolejnych zwrotów akcji ciekawiło. Unikanie Secret Service, Shaw strzelająca do prezydenta czy walka z agentami. I te tajemnicze zbiegi okoliczności w tle. Wątku inwigilacji nie ruszono zbyt poważnie, to już nie raz miało miejsce. Przewinął się on kilka razy w tle, ale najważniejsze było pytanie o intencję Samarytanina. Czemu chciał śmierci prezydenta i jaki jest jego końcowy cel.

Ten odcinek to też radzenie sobie ze stratą. Rozmowy Fincha z Maszyną były przepełnione smutkiem, ale też determinacją która go napędza. Jak daleko jest w stanie się posunąć by zniszczyć Samarytanina? Fajnie wypadły też sceny z Fusco/John na cmentarzu oraz Shaw, która wciąż wierzy, że jest w symulacji, ale i tak widać po niej stratę którą odczuwa.

OCENA 5/6

Person of Interest S05E12 .EXE
Kolejny odcinek pokazujący jaką stratą jest anulowanie Person of Interest. Scenarzyści mają jeszcze mnóstwo pomysłów do opowiedzenia i teraz muszą je upychać. Choćby na podstawie projekcji alternatywnego świata można by stworzyć cały odcinek, zamiast tego były krótkie scenki rodzajowe tego jak Maszyna zmieniła życie ludzi i jak mało zmieniła życie świata. Słodko gorzki łabędzi śpiew i piękny sposób na żegnanie się z widzem i przy okazji zadanie pytania, w jaki sposób serial zmienił moje życie.

Odcinek był napakowany akcją, działo się dużo, nie tylko efektownych rzeczy, ale tych angażujących emocjonalnie. Harold wszedł na wojenną ścieżkę i nie zawahał się zabić swojego dziecka by pokonać Samarytanina. W przeciwieństwie do Greera, który zabił się by zapewnić przetrwanie swojemu bogowi. Tylko co tak na prawdę stało się w finale? Jak Harold pokonał Samarytanina? Czyżby wymazał cały internet? Działa na wyobraźnie.

Podobał mi się wątek Fusco zwłaszcza w kontraście z jego alternatywną wersją. Nawet myślałem, że serial go zabił żeby jeszcze podkręcić stawkę przed finałem serialu. Na szczęście przeżył tylko co zrobi? Zabiję agenta FBI by ratować rodzinę czy będzie podążał za swoim nowym kompasem moralnym robiąc coś głupiego? Na prawdę jestem ciekaw jak skończy on i cała reszta. Serial tak kreuję swoją opowieść, że wiarygodna jest śmierć wszystkich bohaterów.

OCENA 5/6

Person of Interest S05E13 return 0
Piękny, cudowny, idealny. Chociaż rzadko się zdarza, że finały seriali są satysfakcjonujące tutaj nie mogło być inaczej. Mówimy przecież o Person of Interest, o ludziach którzy od wielu lat doskonale orientują się co dziej się w świecie technologii, doskonale antycypują przyszłość i znają swoich widzów. Oni nie mogli zawieść i tak jak przez kilka lat dostarczali pełne emocji odcinki tak w finale jest podobnie. Tylko szkoda, że to już koniec. Widać, że mieli pomysły na więcej, pomysły których już nigdy nie zobaczę.

Finał fabularnie można bardzo łatwo podsumować - Team Machine w swojej ostatniej bitwie pokonuje Samarytanina i niszczy jego kopię. Wielka wojna dobiegła końca, niektórzy zginęli, inni żyją dalej. Słodko-gorzki koniec dla uwielbianych bohaterów. Dopełnienie historii to jedno, realizacja, dialogi i małe acz piękne momenty to coś zupełnie innego. Już początek oszałamia - postrzelony Finch na dachu nowojorskiego wieżowca prowadzi ostatni dialog z Maszyną. Wrażenie końca jest przytłaczające. Doniosłości chwili dopełniają również słowa Maszyny, która nie może sobie przypomnieć czego ważnego nauczyła się o ludziach. To wszystko to doskonała rozbiegówka uzupełniona wydawałoby się scenami z środka odcinka co podbudowuje jeszcze oczekiwania.

Całość ma konstrukcję achronologiczną gdzie małe i pozornie niezwiązane ze sobą momenty składają się na większą całość. Oglądanie flashbacka z małym chłopcem, zakrwawionego Fusco czy policjantów na miejscu wypadku zmusza do myślenia by na końcu zaskoczyć.

Serial jak zwykle miał do powiedzenia coś o ludziach. Może i bardzo banalną myśl, ale prawdziwą. Coś co nie jest oczywiste póki o tym się nie myśli. Coś o czym mogła pomyśleć Sztuczna Inteligencja oglądająca miliony śmierci rocznie. Coś co nadaje sens temu wszystkiemu, spełnia że życie jest wartościowe i nie można go ograniczyć. Śmierć nie jest końcem. Zawsze coś po nas pozostanie, ludzie których spotkaliśmy, rzeczy których dokonaliśmy, emocję które wywołaliśmy. Nigdy do końca nie umieramy. Bardzo pocieszająca myśl, która była jednym z motorów napędowych cywilizacji. Banał, którego nauczyliśmy sztuczny twór nie jest wcale banałem, a aksjomatem, myślą przewodnią i siłą napędową ludzkości.

Finały seriali mają to do siebie, że lubię sztucznie szokować, zabijać postacie dla samego efekciarstwa i bezsensownie iść na całość. Tutaj tak nie było. Jasne, obstawiałem że wszyscy mogą zginąć, ale w konwencji serialu miałoby to sens. Tutaj zginął tylko John i jak najbardziej mi to pasuje. Heroiczną śmiercią bohatera, poświęcając swoje życie zamiast Fincha. Zniszczył Samarytanina i uratował Maszynę. I to pasowało. Jego całe życie było wypełnione walką, od dziecka chciał zostać bohaterem i nim został. I ocalił to jedno życie, na którym mu najbardziej zależało - Fincha. Piękne, tym bardziej, że Finch chciał poświecić siebie by John nie musiał ginąć. Jak na przekór on dostał happy end, trafił do Włoch i Grace. Należy mu się spokojna emerytura.

Życie Fusco zmieniło się najmniej. Przeżył, chociaż serial droczył się zemną sugerując, że jednak zginie. Przeżyła też Shaw. I jakie to było piękne! Już ostatnio się zachwycałem innymi Team Machine. Teraz znowu mam powód. Dokonała zemsty za zabójstwo Root. Nawet się nie zawahała, zrobiła to co musiała, zabiła bez wyrzutów sumienia. Potem wzięła Miśka, pożegnała się z Fusco i ruszyła w drogę. Zatrzymał ją dzwonek budki telefonicznej w tym samym miejscu w którym John pierwszy raz rozmawiał z Maszyną. Serial zatoczył spektakularne koło, Nowy Jork może spać spokojnie, wciąż ktoś nad nim czuwa. Misiek, Shaw i jej ukochana pod postacią cyfrowego boga.

To był wspaniały serial, miałem z nim kilka problemów na początku, ale dzięki swojemu przewidywaniu przyszłości i umiejętnemu poruszaniu się po świecie technologii w pewnym momencie zaczął mnie zachwycać. Na przestrzeni lat stworzył bogatą mitologię, dał niezapomniane momenty (pierwszy odcinek Shaw, If-Then-Else, śmierć Carter) i zadawał trudne pytania próbując na nie odpowiedzieć bez zbytecznego moralizatorstwa. To był też ostatni wielki procedural telewizji ogólnodostępnej. Żegnaj Person of Interest, może i skończyłeś, ale na zawsze pozostaniesz w mojej pamięci.

Inne:
- może i Person of Interest się skończyło, ale Jonathan Nolan dalej siedzi w technologiczno-moralno-społecznych klimatach w produkowanym dla HBO Westworld.
- piękna muzyka w odcinki, Ramin Djawadi jak zwykle doskonałe i wcale nie żałuję, że Nolan nie zdecydował się na Hero Davida Bowie w scenie śmierci Johna.
- Jonathan Nolan zaliczył małe cameo w scenie na Time Square, jego ostatnie pożegnanie z widzami. I co to była za cena, aż mi się przypomniał zeszłoroczny Mr. Robot.
- ten odcinek to głównie ostatnia podróż Johna i Fincha, Fusco i Shaw nie mieli wielkiej roli w pokonaniu Samarytanina. I mi taki powrót do korzeni pasuje.

OCENA 6/6