Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Person of Interest. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Person of Interest. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 czerwca 2016

Serialowe podsumowanie tygodnia #190 [13.06.2016 - 26.06.2016]

SPOILERY

Alias S02E16 Firebomb
Doskonałe proporcję między akcją, osobistymi momentami, chwilami dla drugoplanowych postaci i większą intrygę. Takie Alias chcę oglądać. Nie przytłoczone przez związek Syd/Michael, ale dające równe szansę całej obsadzie, nawet jeśli ma to być jedna acz znacząca scena dla kogoś z drugiego planu. Tutaj zabłysnął Marshall dzięki któremu kilkukrotnie można się było pośmiać. Will również się rozwija, konsekwentnie stawia kroki swojej kariery w CIA, a ja mocno przyklaskuje temu wątkowi. Mam słabość do oglądania analityków, co jest zasługą m.in. Rubicon. Cieszy mnie jak jest prowadzony Dixon, czuć, że jest istotą ludzką z własną historią, targany wątpliwościami. Pełnoprawny bohater, a nie narzędzia napędzające postać Syd. Przyparty do muru wrócił do pracy, zrozumiał czemu Sidney go "zdradziła" i prawdopodobnie zaryzykował swoje małżeństwo. Dużo, a nie dostał wiele czasu na ekranie.

Akcja w odcinku była porywająca. Nie jest to poziom współczesnych seriali, nawet tych The CW, ale pościg w Szwajcarii czy zakradanie się w Afgańskiej bazie terrorystów oglądało się wyśmienici, głównie za sprawą pobudzającej muzyki. Dla równowagi ważną rolę odegrały momenty wyciszenia jak oglądanie zwęglonych zwłok w kościele przytłaczającym swoim majestatem co stworzyło niemalże mistyczny nastrój sceny i odniesienie Sydney do Apokalipsy było jak najbardziej adekwatne.

Jeśli chodzi o główny wątek to powoli posuwa się sprawa artefaktów Rambaldiego. Sloan zdobył kolejny element układanki i zapewnia, że chodzi o coś wielkiego. Wielka tajemnica działa na wyobraźnie. Jednak jeszcze ciekawiej u Syd. Każda kolejna scena z Fake Francine ma w sobie sporo napięcia i widać ewidentne różnicę w grze aktorki.

Inne:
- pierw Sloan nosi maskę, a potem Sydney przybiera twarz staruszki. Fajny zabieg, zbliżający te postacie.
- ej, czemu nie było Christiana Slatera skoro jego wątek się jeszcze nie skończył?
- jakie ładne ujęcia i montaż podczas sceny tortur Sydney. Oświetlona bohaterka przywiązana do krzesła, otaczająca ciemność i cięcia gdy gasło światło.

OCENA 5/6

Alias S02E17 A Dark Turn
Odcinek skonstruowany w okół trzech związków miłosnych? Może i brzmi zniechęcająco, ale było wręcz przeciwnie. Trzy powiązane ze sobą pary, każda z jakąś tajemnicą, która mocno wpływa na całą fabułę jak i partnera.

Na początku o Sydney i Voughnie. Irytowało mnie, że tak wcześnie rzucono tajemnicę, która miała ich poróżnić. Ponadto kwestionowanie lojalności Michaela było trochę bez sensu dla fabuły i zbyt naciągane. Na szczęście emocjonalnie odpowiednie wpłynęło to na Sydney. Prawda okazała się prozaiczna - szukał informacji o Irynie, dowodów, że kłamie. I nic nie znalazł.

Ładnie to korespondowało z wątkiem Irina/Jack. Stare małżeństwo, które ponownie odkrywa miłość, wraca do uczucia za którym tęskni. Tylko czy do końca można jej ufać? Czy Jack dałby się jeszcze raz oszukać? Świetnie prowadzona niepewność, aż do ostatnich minut. Bristow popełnił ten sam błąd za który przyjdzie mu zapłacić. Irina zdradziła i wydaje się, że od początku pracowała z Sloanem. Tylko czy ma to sens? Ile osiągnęła w uwięzieniu i czy nie był to przerost formy nad treścią?

Równie ważną rolę odegrał Will. Wpadł w matnię, wydaje mu się, że dręczą go koszmary, a tak na prawdę Fake Francine poprzez hipnozę wyciąga z niego tajne informację i to on staje się nieświadomym zdrajcą  odcinka. Trochę naiwne. Pokazuje jednak jak praca w CIA niszczy kolejne życia, jak ciężko się z niej wyrwać.

OCENA 4.5/6

Alias S02E18 Truth Takes Time
Odcinek zaczął się efektownym flashforwardem - strzelanina między Sydney i Iriną gdzie wydawałoby się ta druga dostała kulkę. Szkoda, że reszta odcinka nie dorównała wstępowi. Było tutaj zaskakująco wiele dłużyzn, humor nie działał, a baza genetyczna, którą źli chcieli zdobyć wydawała się zbytecznym McGuffinem. Najważniejsze rzeczy dotykały Emily i miłości do Sloana przez co odcinek wyszedł niezwykle melodramatycznie. Wielka miłość dla której warto porzucić swoje życie i ostateczna śmierć obok ukochanego. Nie takie Alias chcę oglądać. Bardziej podobały mi się sceny Emily/Sydney, pełne stonowanych emocji i poczucia zdrady odczuwalnego u tych dwóch kobiet.

Końcówka odrobinkę zaskoczyła. Sydney dostaję wiadomość od matki, tytuł odcinka. Czyżby to oznaczało, że ona jednak nie zdradziła? Już mam powoli dość tej zabawy w kotka i myszkę. Oby jej story arc zakończył się w finale sezonu.

OCENA 4/6

Alias S02E19 Endgame
Kolejny odcinek poświęcony szpiegowskim związkom i znowu wyszło znakomicie. Tym razem jednak nie o Sydney chodziło. Pierw poruszono zdradę Jacka i na zasadzie podobieństw i kontrastów zbudowano wątek Caplanów. Ona okazała się rosyjskim szpiegiem i niczym Derevko wyszła za Slatera. Jack widzi w niej odbicie swojej żony i nie wierzy w jej dobre intensję co prowokuje samotną misję Sydney. Niesłusznie, nie każdy tego typu związek opiera się wyłącznie na kłamstwie. Jakby tego było mało pan Caplan pracuje dla NSA i wie o tajnej roli swojej żony. Wszystko się kończy dobrze i mi to pasuje.

Jednak nie wszystkie wątki mogą mieć happy end. Dixon podłamał się po zabiciu Emily i postanawia zrezygnować z pracy w terenie. Dzięki wsparciu własnej żony do tego nie dochodzi, ona w końcu zrozumiała czymś jest jego praca i ją akceptuje. Po czym ginie w wyniku zemsty Sloana na oczach męża. Wybuchowa końcówka wpływająca na główne postacie.

W międzyczasie trafiła się świetne sceny w country barze w Moskwie oraz Sydney udającą dziewczynę z bractwa studenckiego. Drgnął też wątek Fake Francine. To ona zabiła żonę Dixona i wykorzystała Willa by włamać się do danych CIA, co zostało wyśledzono. Czuć, że zbliża się finał.

OCENA 4.5/6

Alias S02E20 Countdown
Nie zawsze cieszy mnie oglądanie odcinka zaczynającego się od flashforwarda. Zwłaszcza gdy scenarzyści są zachowawczy i chcą tylko w taki sposób szokować. Tutaj tak nie było, był on w pełni uzasadniony. Pokazano Dixona grożącego zdetonowanie C4 co doprowadziło by do jego i Sydney śmierci. Potem cofnięto się do pogrzebu żony i pokazano jego długą drogę radzenia sobie z żałobą i własnymi słabościami. Jego powolne załamywanie się i na końcu triumfalne odrodzenia. Przy okazji pokazano zaufanie jakie odrodziło się między nim, a Sydney. Podobał mi się ten wątek.

Podoba mi się pomysł na dziewczynę dla Marshalla. Czemu by nie? Wszyscy romansują może i on. Tym bardziej, że przyda mu się jakiś osobisty wątek, choćby najprostszy. Nie podobała mi się za to wyprawa Sloana do Tybetu. Wyglądało to jak człowiek szukający odkupienia udający się na duchową wędrówkę. Na szczęście szybko to naprawiono. Pojawił się tajemniczy mnich, który namówi go na poszukiwanie artefaktów Rambaldiego, a teraz daje mu kolejne wskazówki.

Gdy nie to jak ważne są tutaj postacie na początku pewnie napisałbym o tytułowym odliczaniu. Odkryto kolejną przepowiednię Rambladiego, która ma się spełnić za 42h i trzeba ją powstrzymać. Tajemniczy artefakt do zdobycia i uciekający czas. Mogłoby być więcej napięcia, ale sam pomysł ciekawił. I ładnie skonstruowano końcówkę gdzie w tym samym momencie rząd USA zdobywa sztuczne serce, a Sloan dostaje dodatkowe zapiski dotyczące Rambaldiego. Które z tych wydarzeń ma doprowadzić do krwawych wydarzeń?

Jeszcze o castingach. Danny Trejo płatnym zabójcą, Jonathan Banks dyrektorem NSA i David Carradine tybetańskim mnichem. Wszystko to w jednym odcinku. Oglądanie tak znanych nazwisk to sama przyjemność.

OCENA 4.5/6

Alias S02E21 Second Double
Pierwsza część finału odrobinę rozczarowała. Była ewidentnym wstępem do czegoś większego. Czegoś co nastąpi w przyszłym odcinku. Nie znaczy to, że odcinek był pozbawiony istotnych scen. O nie, tego było dużo. Cały wątek Willa jako zdrajcy strasznie mi się podoba i to jak był budowany przez cały sezon. To jak jest zaszczuty i ufa nieodpowiednim osobą, a osoba która może go uratować jest szantażowana. Sceny gdzie aktorzy mogli się wykazać to momenty gdzie Will próbuje sobie coś przypomnieć z przyszłości, ale nie potrafi. Rozczarowanie, ale ciągle wiara w przyjaciela Sydney i złość Dixona. Jest jeszcze końcówka gdzie Fake Francine go ratuje.

Niestety u innych bohaterów nie działo się zbyt wiele. Spięcia Kandella z Jackem to coś do czego przywykłem. Trochę zaskoczyła mnie rozmowa Sloana z Jackem, ale z tego nic jeszcze nie wynikło. I tyle. Z fajnych rzeczy była jeszcze wizyta w niemieckim klubie BDSM i Michael udający pijanego. Tyle.

OCENA 4/6

Alias S02E22 The Telling
Co za odcinek! Zresztą, tego właśnie się spodziewałem po serialu Abramsa. Emocji pełną gębą, akcji i cliffhangera zrywającego kapcie z nóg. Jak to dobrze, że już zaraz mogę włączyć następny odcinek i chłonąć historię, a nie czekać w niepewności 3 miesiące i czytać strzępy informacji. Albo szkoda. Oglądanie Alias na bieżąco musiało być świetnym przeżyciem.

Odcinek był perfekcyjnie skonstruowany, dobre kino sensacyjne napakowane akcją i jej zwrotami. Nie było nawet chwili na nudę, a spokojniejsze sceny miały zazwyczaj mocne zakończenie. Nie można było też być pewnym tego co się widzi. Serial przez całą swoją emisję bawi się pozorami i podwójną grą. Czy Syd może w końcu zaufać matce? Czy Irina mówi prawdę? Do końca tego nie wiadomo. Wiadomo, że czuję ból z powodu krzywd jakie wyrządziła córce. Świetnie zagrane! Gra aktorska zawsze była mocnym elementem serialu.

Najwięcej frajdy sprawiły mi sceny akcji. Pierw porwanie Jacka. Niezbyt efektowne, ale napędzające dalszą część odcinka. Potem najazd na wieżowiec, w którym znajduje się Sloan. Dużo strzelania i imponująca (chociaż czuć 13 lat na karku) scena skoku z dachu. I wreszcie starcie Sydney z Fake Francine. Co to było za starcie! Pierw odkrycie jej tożsamości przez Willa i nóż w brzuch w nagrodę. I potem Sydney dostaje wiadomość i się zaczyna. Efektowna choreografia, męczące się kobiety, poczucie siły każdego ciosu i stopniowo niszczona scenografia. Plus muzyka, raz zwiększająca dynamizm sceny swoim szaleńczym tempem, by zaraz całkowicie zamilknąć w celu zbudowania jeszcze większego napięcia. Perfekcja.

Rambaldi w końcówce sezonu odegrał dużą rolę. Pogoń za artefaktami i napędzanie akcji kolejnych odcinków. Po co? Wciąż nie wiadomo. Sloan złożył tajemniczą machinę (Doomsday Machine?) i tyle wiadomo. Wrócił też motyw Syd jako wybrańca z przepowiedni. Nie wiem o co chodzi i mi się to podoba. Widzę też jak bardzo Alias jest podobne do Fringe pod wieloma względami. Boje się jednak, że ten wątek pójdzie teraz na drugi plan.

Z powodu cliffhangera. Tak się kończy sezony, proszę państwa! W sposób szokujący, redefiniujący serial i nadający widoczny kierunek następnej serii. Ostatnie 5 minut było zaskakujące. Po walce z Fake Francine Sydney budzi się w Hong Kongu, kontaktuje z CIA i dowiaduje, że od tamtych wydarzeń minęły 2 lat. Przeskok w czasie i wymazanie pamięci głównej bohaterki. Nieźle! Jakie to zmiany przyniesie? Obstawiam flashbacki Sydney, nieufność wobec niej i przetasowania w CIA. Może Sark będzie teraz dla nich pracował? W końcu mówił, że jego lojalność jest chwiejna. Tylko związku Voughna i Sydney szkoda i boję się tej dramy związanej z jego małżeństwem.

OCENA 5.5/6

Alias S03E01 The Two
Co za wspaniała gra Jennifer Garner! Pełna gama emocji na twarzy, szok, ból, niedowierzanie, zawziętość, złość i radość. I to nie w jednej czy dwóch scenach, ale przez cały odcinek miała sceny gdzie mogła się wykazać, co robiła znakomicie. Od pierwszej rozmowy z Voughnem, przez spotkanie z Dixonem i ojcem, aż po konfrontację z Sloanem i tyradę którą wygłosiła Michaelowi na końcu. Patrzyłem na nią w niemym podziwie. Pani Gerner, niech pani jak najszybciej wróci do telewizji!

Ten odcinek był w całości z perspektywy Syd. Dynamiczny, skakał od jednej do drugiej sceny, zarzucał widza informacjami o statusie quo i serwował przyzwoitą akcję. Widzę tutaj nawet lekką poprawę, ale to może być efekt premiery sezonu. Mi się najbardziej podobała odkrywanie nowego świata. Sloan jako konsultant CIA, Marshall spodziewający się dziecka (!) i Dixon nowym przełożonym. Sporo się zmieniło.

Większa intryga mi się podoba. Trochę szkoda, że porzucono wątek Rambladiego i to w dziwaczny sposób. Sloan usłyszał słowo "Peace" i walczy o pokój na świecie. Mam nadzieje, że są plany w planach. Intrygująco zapowiada się odkrywanie życia Syd i tego co robiła przez ostatnie dwa lata. Tylko żeby serial nie trzymał zbyt długo w tajemnicy.

Bradley Cooper wyleciał z głównej obsady. Tak jak matka Syd i Francine. Zamiast nich Melissa George i Greg Grunberg. Szkoda Willa, ale wstępnie jestem na tak.

OCENA 5/6

Alias S03E02 Succession
Jestem już trochę przytłoczony ilością Syd w tych dwóch odcinkach. Rozumiem, główna bohaterka i trzeba się na niej skupić wprowadzając w nowy świat. Tylko, że serial słynął z bogatej obsady drugoplanowej i z chęcią pooglądałbym oddzielne wątki. Sam Jack to mało.

Odcinek miał efektowny początek, potem tempo trochę siadło. Ciężko było wymyślić coś lepszego niż porwanie windy z dwoma agentami CIA śmigłowcem. Potem trafiła się jeszcze strzelanina i ciekawy twist z Starkem. On jest dziedzicem Romanowów, a jego ojciec został zamordowany przez Sydney z wypranym mózgiem. Powoli się wszystko zagęszcza.

Pojawiła się Melissa George i niestety, tak jak przypuszczałem, okazała się żoną Michaela. Wygląda pięknie, ale już mnie irytuje ten wątek. Tym bardziej, że serial robi wszystko by ją znienawidzić. Voughn wraca do pracy, a ona będzie szukać zabójcy ojca Sarka.

OCENA 4/6

Alias S03E03 Reunion
Ostatnio męczyła mnie Sydney, teraz trójkąt miłosny. Lubię Melissę George, jest śliczna i ten akcent. Nawet podoba mi się jej postać. Jednak denerwuje mnie w scenach z Sydney. Nie jest to wina postaci, a scenariusza. Tak wiem, Michael + Sydney = wielka miłość, ale nie chciałbym żeby do siebie wracali. Krzyżyk na drogę i niech każdy z osobna buduje lepszą przyszłość. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że wciąż czuć chemię miedzy Syd i Michael, świetnie się rozumieją i razem współpracują. Tylko gdyby nie ta zazdrość. O wiele lepiej ogląda mi się przyjacielskie sceny Syd z Weissem.

Odcinek zaczął się spektakularnie, od spadającej satelity w centrum Moskwy. Fabułka była wciągająca, dużo lokacji i pojawił się Sark. Udanie też prowadzono dwa wątki, które miały swoje momentum w finale przez co końcówka była pełna napięcia. Ogólnie całość oglądało się świetnie, a byłoby lepiej gdyby nie wspomniany wyżej wątek.

OCENA 4.5/6

Game of Thrones S06E09 Battle of the Bastards
Co tu dużo pisać, wielka bitwa bękartów nie zawiodła. Gra o Tron przesuwa granicę tego co można pokazać w telewizji. Rozmach na niespotykaną skalę i epickie starcie z udziałem setek statystów, dziesiątek koni i sztucznych ciał. To właśnie starcie między armią Starków i Boltona było w centrum odcinka. Wielkie widowisko, które pozwoliło poczuć skalę wydarzeń. Wielkie, długie i zróżnicowane. To nie było prostę tłuczenie się rycerzy. To był Szeregowiec Ryan kina fantastycznego. Trud walki był namacalny, można było się poczuć jak na polu bitwy. Zwłaszcza podczas szarży konnicy. Lub gdy kamera tpp na jednym ujęciu śledziła Jona Snowa. Lub gdy wykopywał się spod starty ciał. To był piękny spektakl, który nawet na chwilę się nie nudził. Gdzie można się było przejąć losami bitwy i postaciami. Warto było przemęczyć ostatni odcinek by zobaczyć coś takiego.

Zaskakujące, ale to nie była jedyna batalistyczna scena odcinka. Na samym początku pokazano oblężenie Meereen i to jak się skończyło. Danka użyła swoich atomówek i z grzbietu smoka zniszczyła oblegającą flotę. Co za panorama miasta, co za poczucie satysfakcji z kolejnego wielkiego zwycięstwa. Świetne momenty.

Sceny walki scenami walki, ale to jest serial o postaciach. I długo się zastanawiałem jak ocenić ich zachowanie w tym odcinku. Z początku byłem rozczarowany i narzekałem jednak po dłuższym zastanowieniu wszystko ma jak najbardziej sens. Pokazano to kim staje się Jon i Sansa i kogo coraz bardziej przypominają, jak ich wady wysuwają się na pierwszy plan. On jest bardzo podobny do ojca. Unosi się honorem by uratować brata. Bezsensowna szarża, która mogła się zakończyć klęską. Nie używa taktyki i planu, jak jego ojciec robi co trzeba zamiast myśleć o dalekosiężnych konsekwencjach. Podczas bitwy przeżywa też drugie, tym razem symboliczne odrodzenie, podczas wykopywania się spod stosu ciał. Piękna wizualnie scena. Tylko czy będzie miała wpływ na Jona? czy przejmie rolę lidera i będzie kroczył własną ścieżka? Pobicie Ramseya niemalże na śmierć może być jego pierwszym krokiem ku kreowaniu własnej tożsamości.

O wiele ciekawiej wypada Sansa. Ma za złe bratu, że nie pyta jej o zdanie. Nie zna się na taktyce i strategii, ale rozumie jak Ramsey myśli, mogłaby pomóc planować bitwę. W międzyczasie toczy własną grę, a serial pokazuje jak bardzo się zmieniła. I upodobniła do swoich oprawców. Jak Littelfinger prowadzi długą grę. Rozumie, że Rickon już jest martwy, pogodziła się z jego śmiercią i próbują ją w jakiś sposób wykorzystać. Nie mówi też Jonowi o posiłkach o jakie poprosiła Dolinę. To mogłoby uratować tysiące ludzi i cała bitwa miałaby inny przebieg. Ona to jednak zostawia dla siebie, korzysta z tego w inny sposób, może nawet planuje użyć konnicy w krytycznym momencie. Setki giną w koniecznym poświęceniu, ale ostatecznie Starkowie triumfują. Przy czym rysuje się między nimi masywna wyrwa. Sansa ma też coś z Ramseya, który przecież mówi, że na zawsze pozostanie częścią niej. Ona go skazuje na śmierć, pożarcie przez własne psy. Coś czego nauczyła się od niego. Mrok, który ją zaczął otaczać podkreślają dwa momenty. To gdy psy rzucają się na Ramseya ona zaczyna odwracać głowę, po czym zafascynowana znowu na niego patrzy. Oraz ten delikatny uśmiech, który pojawia się na jej twarzy gdy scena dobiega końca, a ona odchodzi z satysfakcją. Może i nie na taki rozwój postaci liczyłem, ale podoba mi się on.

Nie spodziewałem się tak szybkiego przybycia Theona i Yary do Meereen. Widzimy ich na audiencji u Daenerys gdy proszą o niepodległość Wysp w zamian za pomoc. I to jest ciekawa sprawa z kilku powodów. Yara i Dany od razu przypadają sobie do gustu, dwie silne kobiety dyskutujące o przyszłości swoich ludzi. Theon zaś może znowu spotkać się z Tyrionem i przyznaje zwierzchnictwo swojej siostry. Szkoda, że go tak mało w tym sezonie! Jednak najciekawiej wypada sprawa polityki. Yara się zgadza, że Żelaźni Ludzie przestaną łupić inne kraje. Tylko czy jest na to szansa? Zgodnie z ich dywizom rodową "oni nie sieją". Wg. mnie ona dobrze zdaje sobie z tego sprawę i wykorzystuje Dankę. Toczy bardzo niebezpieczną grę.

Inne:
- polecam 10 minutowy materiał zza kulis kręcenia bitwy. Niesamowite.
- niestety budżet odcinka jest nieznany, ale z ciekawostek wiadomo, że sama bitwa była kręcona 20 parę dni natomiast sama scena gdy Jon okładał Ramseya cały dzień.
- RIP Wun-Wun. Ostatni gigant zmarł w heroicznym szturmie na Winterfell. Śmierć Rickona nie ruszyła wcale. Trochę szkoda, że całe rodzeństwo nie zjednoczy się w Winterfell, ale nie oszukajmy się, najmłodszy Stark nie był pełnoprawną postacią.
- orły przesądziły o losie bitwy, prawie jak u Tolkiena.

OCENA 6/6

Orphan Black S04E09 The Mitigation of Competition
Serial dalej zaskakuje, może w nie tak spektakularny sposób jak do tego przyzwyczaił, ale przyjemność z oglądania wciąż jest wysoka. Najlepiej wypadła podwójna gra Rachel. Jej pełne napięcia spotkanie z Sarah, a potem pytanie o jej prawdziwy cel. Zdradzi klony czy nie? Jak daleko jest się w stanie posunąć? Ten wątek był budowany cały odcinek by na końcu można było odetchnąć z ulgą. Jest po stronie klonów, Evie Cho i Brightborn zostało pogrążone medialnie. Niespodziewanie szybko.

Jak zwykle przyjemnie wypadła Allison z Donnym. Napalony mąż po wyjściu z więzienia oraz modlitwa po seksie, uśmiałem się. Dramatyczniej wyszedł kryzys wiary Allison. I na końcu zjawienie się Heleny w najbardziej odpowiednim momencie. Ten serial często jest niepoważny, ale co z tego skoro wszytko zachowuje spójną, lekko odrealnioną konwencję.

Coraz więcej miejsca jest poświęcone wizją Rachel, a mnie intryguje jak to zostanie wyjaśnione. Na pewno nie profetycznymi zdolnościami po uszkodzeniu mózgu. Czyżby ktoś jej wszczepił pliki wideo w oko? Czy może połączenie sztucznego oka z mózgiem odtwarza jakieś dawno zapomniane wspomnienia?  I kim jest tajemniczy facet przypominający syberyjskiego mistyka?

OCENA 4.5/6

Orphan Black S04E10 From Dancing Mice to Psychopaths
Rzadko mi się to zdarzało w tym sezonie, ale niestety miało to miejsce właśnie tutaj. W pewnym momencie straciłem zainteresowanie wydarzeniami na ekranie. Finał sezonu, ja siedzę i patrzę bez większych emocji. Głównie to zasługa pierwszej połowy odcinka. Trochę biegania i brak konkretnych działań, jak z przeciętnego odcinka. Dobrze, że przynajmniej Krystal pojawiła się na chwilę. Potem jednak zaczęły się ujawniać kolejne piętra tej gigantycznej intrygi i jeszcze mniej było to interesujące. Rachel zdradziła, Susan zdradziła, rada Neolucji okazała się groteskowa jak z kreskówki, a finał to krwawa rzeźnia, który okazała się tanim cliffhangerem. Nie do takiego Orphan Black się przyzwyczaiłem. Najbardziej zabrakło mi jednak rodziny. Zamiast skupić się na postaciach, na sestrach, to walczono z złą korporacją. Ziew. Fajnie, że Delphine znowu spotkała się z Cosmią, a Sarah wcielała w Krystal. Zabawnie było też oglądać Helenę z Donnym w dziczy. Jednak za mało było takich scen.

Inne:
- piąty sezon będzie ostatnim i mnie to cieszy. Serial skończy opowiadać historię na własnych warunkach i nie wyciągnie kolejnego przeciwnika gdy dostanie nieoczekiwane zamówienie na więcej odcinków. 

OCENA 4/6

Person of Interest S05E11 Synecdoche
Nie często mi się to zdarza, ale zacznę od końcówki odcinka. Co za piękna scena gdy okazało się, że Maszyna ma więcej agentów, a Harper i Price pracują dla niej w Waszyngtonie i pomagają naszym bohaterom. To niesamowicie poszerza świat i daje potencjał na spin-offy, które nie powstaną. Czy Los Angeles i Seattle mają swoich herosów? Czy w Europie również jest team-machine? Niesamowicie mi się to podobało, tym bardziej, że wyciągnięto starych bohaterów.

Może i fabułka odcinka była trochę naiwna, ratowanie życia prezydenta, ale realizacyjnie było przyzwoicie i oglądanie kolejnych zwrotów akcji ciekawiło. Unikanie Secret Service, Shaw strzelająca do prezydenta czy walka z agentami. I te tajemnicze zbiegi okoliczności w tle. Wątku inwigilacji nie ruszono zbyt poważnie, to już nie raz miało miejsce. Przewinął się on kilka razy w tle, ale najważniejsze było pytanie o intencję Samarytanina. Czemu chciał śmierci prezydenta i jaki jest jego końcowy cel.

Ten odcinek to też radzenie sobie ze stratą. Rozmowy Fincha z Maszyną były przepełnione smutkiem, ale też determinacją która go napędza. Jak daleko jest w stanie się posunąć by zniszczyć Samarytanina? Fajnie wypadły też sceny z Fusco/John na cmentarzu oraz Shaw, która wciąż wierzy, że jest w symulacji, ale i tak widać po niej stratę którą odczuwa.

OCENA 5/6

Person of Interest S05E12 .EXE
Kolejny odcinek pokazujący jaką stratą jest anulowanie Person of Interest. Scenarzyści mają jeszcze mnóstwo pomysłów do opowiedzenia i teraz muszą je upychać. Choćby na podstawie projekcji alternatywnego świata można by stworzyć cały odcinek, zamiast tego były krótkie scenki rodzajowe tego jak Maszyna zmieniła życie ludzi i jak mało zmieniła życie świata. Słodko gorzki łabędzi śpiew i piękny sposób na żegnanie się z widzem i przy okazji zadanie pytania, w jaki sposób serial zmienił moje życie.

Odcinek był napakowany akcją, działo się dużo, nie tylko efektownych rzeczy, ale tych angażujących emocjonalnie. Harold wszedł na wojenną ścieżkę i nie zawahał się zabić swojego dziecka by pokonać Samarytanina. W przeciwieństwie do Greera, który zabił się by zapewnić przetrwanie swojemu bogowi. Tylko co tak na prawdę stało się w finale? Jak Harold pokonał Samarytanina? Czyżby wymazał cały internet? Działa na wyobraźnie.

Podobał mi się wątek Fusco zwłaszcza w kontraście z jego alternatywną wersją. Nawet myślałem, że serial go zabił żeby jeszcze podkręcić stawkę przed finałem serialu. Na szczęście przeżył tylko co zrobi? Zabiję agenta FBI by ratować rodzinę czy będzie podążał za swoim nowym kompasem moralnym robiąc coś głupiego? Na prawdę jestem ciekaw jak skończy on i cała reszta. Serial tak kreuję swoją opowieść, że wiarygodna jest śmierć wszystkich bohaterów.

OCENA 5/6

Person of Interest S05E13 return 0
Piękny, cudowny, idealny. Chociaż rzadko się zdarza, że finały seriali są satysfakcjonujące tutaj nie mogło być inaczej. Mówimy przecież o Person of Interest, o ludziach którzy od wielu lat doskonale orientują się co dziej się w świecie technologii, doskonale antycypują przyszłość i znają swoich widzów. Oni nie mogli zawieść i tak jak przez kilka lat dostarczali pełne emocji odcinki tak w finale jest podobnie. Tylko szkoda, że to już koniec. Widać, że mieli pomysły na więcej, pomysły których już nigdy nie zobaczę.

Finał fabularnie można bardzo łatwo podsumować - Team Machine w swojej ostatniej bitwie pokonuje Samarytanina i niszczy jego kopię. Wielka wojna dobiegła końca, niektórzy zginęli, inni żyją dalej. Słodko-gorzki koniec dla uwielbianych bohaterów. Dopełnienie historii to jedno, realizacja, dialogi i małe acz piękne momenty to coś zupełnie innego. Już początek oszałamia - postrzelony Finch na dachu nowojorskiego wieżowca prowadzi ostatni dialog z Maszyną. Wrażenie końca jest przytłaczające. Doniosłości chwili dopełniają również słowa Maszyny, która nie może sobie przypomnieć czego ważnego nauczyła się o ludziach. To wszystko to doskonała rozbiegówka uzupełniona wydawałoby się scenami z środka odcinka co podbudowuje jeszcze oczekiwania.

Całość ma konstrukcję achronologiczną gdzie małe i pozornie niezwiązane ze sobą momenty składają się na większą całość. Oglądanie flashbacka z małym chłopcem, zakrwawionego Fusco czy policjantów na miejscu wypadku zmusza do myślenia by na końcu zaskoczyć.

Serial jak zwykle miał do powiedzenia coś o ludziach. Może i bardzo banalną myśl, ale prawdziwą. Coś co nie jest oczywiste póki o tym się nie myśli. Coś o czym mogła pomyśleć Sztuczna Inteligencja oglądająca miliony śmierci rocznie. Coś co nadaje sens temu wszystkiemu, spełnia że życie jest wartościowe i nie można go ograniczyć. Śmierć nie jest końcem. Zawsze coś po nas pozostanie, ludzie których spotkaliśmy, rzeczy których dokonaliśmy, emocję które wywołaliśmy. Nigdy do końca nie umieramy. Bardzo pocieszająca myśl, która była jednym z motorów napędowych cywilizacji. Banał, którego nauczyliśmy sztuczny twór nie jest wcale banałem, a aksjomatem, myślą przewodnią i siłą napędową ludzkości.

Finały seriali mają to do siebie, że lubię sztucznie szokować, zabijać postacie dla samego efekciarstwa i bezsensownie iść na całość. Tutaj tak nie było. Jasne, obstawiałem że wszyscy mogą zginąć, ale w konwencji serialu miałoby to sens. Tutaj zginął tylko John i jak najbardziej mi to pasuje. Heroiczną śmiercią bohatera, poświęcając swoje życie zamiast Fincha. Zniszczył Samarytanina i uratował Maszynę. I to pasowało. Jego całe życie było wypełnione walką, od dziecka chciał zostać bohaterem i nim został. I ocalił to jedno życie, na którym mu najbardziej zależało - Fincha. Piękne, tym bardziej, że Finch chciał poświecić siebie by John nie musiał ginąć. Jak na przekór on dostał happy end, trafił do Włoch i Grace. Należy mu się spokojna emerytura.

Życie Fusco zmieniło się najmniej. Przeżył, chociaż serial droczył się zemną sugerując, że jednak zginie. Przeżyła też Shaw. I jakie to było piękne! Już ostatnio się zachwycałem innymi Team Machine. Teraz znowu mam powód. Dokonała zemsty za zabójstwo Root. Nawet się nie zawahała, zrobiła to co musiała, zabiła bez wyrzutów sumienia. Potem wzięła Miśka, pożegnała się z Fusco i ruszyła w drogę. Zatrzymał ją dzwonek budki telefonicznej w tym samym miejscu w którym John pierwszy raz rozmawiał z Maszyną. Serial zatoczył spektakularne koło, Nowy Jork może spać spokojnie, wciąż ktoś nad nim czuwa. Misiek, Shaw i jej ukochana pod postacią cyfrowego boga.

To był wspaniały serial, miałem z nim kilka problemów na początku, ale dzięki swojemu przewidywaniu przyszłości i umiejętnemu poruszaniu się po świecie technologii w pewnym momencie zaczął mnie zachwycać. Na przestrzeni lat stworzył bogatą mitologię, dał niezapomniane momenty (pierwszy odcinek Shaw, If-Then-Else, śmierć Carter) i zadawał trudne pytania próbując na nie odpowiedzieć bez zbytecznego moralizatorstwa. To był też ostatni wielki procedural telewizji ogólnodostępnej. Żegnaj Person of Interest, może i skończyłeś, ale na zawsze pozostaniesz w mojej pamięci.

Inne:
- może i Person of Interest się skończyło, ale Jonathan Nolan dalej siedzi w technologiczno-moralno-społecznych klimatach w produkowanym dla HBO Westworld.
- piękna muzyka w odcinki, Ramin Djawadi jak zwykle doskonałe i wcale nie żałuję, że Nolan nie zdecydował się na Hero Davida Bowie w scenie śmierci Johna.
- Jonathan Nolan zaliczył małe cameo w scenie na Time Square, jego ostatnie pożegnanie z widzami. I co to była za cena, aż mi się przypomniał zeszłoroczny Mr. Robot.
- ten odcinek to głównie ostatnia podróż Johna i Fincha, Fusco i Shaw nie mieli wielkiej roli w pokonaniu Samarytanina. I mi taki powrót do korzeni pasuje.

OCENA 6/6

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Serialowe podsumowanie tygodnia #188 [30.05.2016 - 05.06.2016]

SPOILERY

Game of Thrones S06E07 The Broken Man
To był dobry odcinek. Brakowało irytujących postaci, wróciły dawno nie widziane i pojawiły się nowe. Tylko mnie momentami mocno drażnił i miał niepotrzebne dłużyzny. Na szczęście wydarzyło się w nim kilka ważnych rzeczy. I znowu kobiety rozdawały karty.

Na początek o wielkim i zaskakującym powrocie. Sandor Clegane żyję i ma się dobrze. Odpokutowuje swoje grzechy w hipisowskiej komunie pod wezwaniem kapłana Siedmiu, w którego wciela się Ian McShane. Świetny aktor, swoimi przemówieniami kradł każdą scenę. Tylko czemu wydaje mi się to takie zbędne? Mówi o planie bogów i przeznaczeniu, o nieznajomości woli bogów i ludziach którzy wierzą, że wypełniają ich słowa. Nawet twierdzi, że Siedmiu, Staży, Rholl, nie różnią się i nie wiadomo, który bóg jest tym prawdziwym. Czyli stawia się w opozycji do wątku Wiary i Wróbla. I potem ginie z rąk Bractwa bez Chorągwi, a Sandor bierze siekierę i wyrusza w drogę bo tak na prawdę nie da się wyzbyć przemocy. Ziew. Nie ruszył mnie jego powrót, dla mnie był już trupem i powinno tak zostać. Może i są wielkie plany wobec niego, ale ja ich nie dostrzegam.

Potwierdziły się moje przypuszczenie - Margaery gra skruszoną grzesznicę przed Wróblem. Dzięki temu powoli odzyskuje swoje wpływy i zapewne planuje zemstę. Jednak nie pozwoli grozić babci i przybywa jej z odsieczą. Skrycie namawia ją do wyjazdu i żeby ją uspokoić przekazuje symbol róży, podkreślając swoją wierność rodowi.

Olenna co dziwne słucha się wnuczki i akceptuje tą zmianę pokoleniową. Ufa jej i pozwala prowadzić własną grę, zdaję sobie sprawę, że teraz ona ma wszystkie karty w ręku i wraca do domu. I pewnie już szykuje plan awaryjny? Do kogo pisała list podczas rozmowy z Cersei?

Wyjazd Olenny jest ważny też z innego powodu - Cersei zostaje w Królewskiej Przystani sama. Bez brata i swojej niepewnej sojuszniczki w walce z Wiarą. Wtedy gdy niedługo ma stawić czoła procesowi. Wyczytałem ciekawą teorię związaną z Dzikim Ogniem i wizją Brana. On widzi w niej eksplozję, a jak wiadomo Jamie zatrzymał Szalonego Króla przed wcieleniem w życie jego diabelskiego planu spalenia stolicy. Czyżby to była przyszłość i plan Cersei wobec Wróbla?

Na Północy było ciekawie. Sansa z Jonem i Davosem podróżują po swoich chorążych i nieudolnie szukają poparcia. Może i Starkowie są prawowitymi dziedzicami, ale nikt nie chcę już ginąć na tej bezsensownej wojnie przez co udało im się zdobyć zaledwie kilkuset nowych żołnierzy. Bo i po co skoro pokój już panuje? Nie do końca przekonuje mnie wizyta u Mormontów. Dziewczynkę jak głowę rodu mogę zdzierżyć. Bardziej przeszkadzała mi rola Devosa, który ją przekonał do poparcia Starków. Przychodzi Południowiec i lepiej rozumie sytuację od rodowitych mieszkańców Północy. I jeszcze krótka wzmianka o Innych i już są gotowi pomagać. Bez zbytecznego przekonywania. Dzikich rozumiem bo mieli z nimi styczność, ale nie Mormontów, którzy spokojnie siedzą na Wyspie Niedźwiedziej.

Największą tajemnicą jest list Sansy. Czyżby pisała do Littlefingera prośbę o żołnierzy? Desperackie czasy wymagają desperackich sojuszy. Tylko to się na niej zemści. Peter będzie chciał coś w zamian, a Jon poczuje się zdradzony. Trochę ją rozumiem. Tyle przeszła, chcę się wykazać silną wolę i coś sama załatwić, a kłótnie z dzieciństwa podświadomie wciąż na nią wpływają. Tylko ukrywanie tak ważnych rzeczy przed Jonem jest głupie.

Rozmowa Jamiego z Blackfishem była najlepszą sceną odcinka. Nie wniosła nic nowego. Kolejna dysputa o honorze i poświeceniu, ale jak się ją oglądało! Oblężenie Riverrum będzie ciekawe i może się skończyć w niespodziewany sposób. Do tego zachowanie Freyów wobec Edmura i nadciągająca Brianne z Podem. Mały kocioł się tutaj robi.   

Yara i Theon również mieli fajną scenę. W burdelu, bo dawno już nie było burdelu i cycków w serialu. Ona chcę się ostatni raz zabawić, a on dalej zrezygnowany. I wtedy Yara mówi mu żeby wziął nóż i skończył ze swoim życiem. Świetnie zagrane i mam nadzieję, że to punkt zwrotny dla Theona. Potwierdziło się też gdzie zmierzają - do Daenerys. Ja najbardziej czekam na ponowne spotkanie Tyriona z Theonem.

Aryia zmierza do Westeros! Nareszcie poszła po rozum do głowy. I prawie przez to nie zginęła. Niczym jej brat dostała kilka ciosów sztyletem w brzuch, ale udał się jej uciec przed zabójczynią. Coś się u niej dzieje, a to jakiś postęp.

OCENA 4.5/6
 
Orphan Black S04E07 The Antisocialism of Sex
Ile emocji w jednym odcinku! Po szokujących wydarzeniach z ostatniego przyszedł czas na trochę spokoju (pojęcie względne) i radzenie sobie z stratą. Każda z sióstr przeżywała na swój sposób stratę biologicznej matki. Ich podglądanie w tych intymnych momentach było fascynujące. Autodestrukcyjne imprezowanie Sarah i samobójcze myśli. Załamanie Allison i zwrócenie w stronę Boga i rodziny. Cosima chcąca podjęć drastyczne środki w celu pomocy siostrą. To wszystko były świetne wątki, które oglądało się z zaangażowaniem. Była też reakcja starszego pokolenia. Spokój i chłód Mrs. S. i decyzja zemsty oraz poddanie się Susan, w przeciwieństwie do Rachel, która dalej chcę walczyć.

OCENA 5/6  

Person of Interest S05E08 Reassortment
Taki trochę bottle episode. Trochę bo zaledwie jeden wątek i to nie od początku toczył się w zamkniętej przestrzeni. Za dużo historii do opowiedzenia by porzucić niektóre wątki. Sceny na zamkniętej przychodni oglądało się z przyjemnością. Powoli rodząca się panika, wiecznie spokojny Reese i zagrożenie w postaci supergrypy. Tylko żeby wyeliminować dwie osoby podejrzewające nieprawidłowości w systemie komputerowym. Zbyt bizantyjska intryga na zwykłe zabójstwo. To Samarytanin, sztuczne inteligencja, która nie robi niczego niepotrzebnie. Chodziło mu też o zastraszenie ludzi i zmuszenie ich do świadomego poddania się mu i oddania próbek genetycznych. Serial wie jak przenieść zagrożenia świata rzeczywistego na serialowe realia.

Ten odcinek to też popis Shaw. Wreszcie uciekła! W efektownym, odrobinę komediowym stylu. Z Johanesburga. Nic dziwnego, że nie mogli jej zlokalizować. Świetna scena gdy rozprawia się z swoim oprawcą, który próbuje jej wmówić, że to tylko wirtualna rzeczywistość, a ona już kompletnie się w niej zagubiła nie odróżniając granicy z światem realnym. Po czym go zastrzeliła. Cała Shaw.

Podoba mi się jak prowadzony jest Jeff. Person of Interest zawsze było serialem o mieszkańcach Nowego Jorku. Dobrych, złych, skomplikowanych. Jeff podpada pod tą ostatnią kategorię. Były skazaniec po wyjściu na wolność próbuje wyjść na prostą. I chcąc czynić dobro staję się narzędziem Samarytanina i chwilowo jednym z głównych antagonistów serialu. Człowiek zmanipulowany, chcący wieść normalne życie wpadł w matnię z której nie może się wydostać.

OCENA 4.5/6

Person of Interest S05E09 Sotto Voce
Ależ dobry odcinek! Bawiący się z widzem na kilku frontach, ukrywający prawdziwe cele w poszczególnych wątkach i zaskakujący w przyjemny sposób. Po pierwsze, policyjna historia. Reese i Fusco prowadzą własne śledztwa, między nimi jest trochę angstu, ale wszystko idzie po sznureczku. Po czym okazuje się, jak bardzo pozory mylą i niebezpieczeństwo czai się na widoku. Przesłuchiwany przez Fusco gra pierw niewinnego taksówkarza, a potem przyznaje się do morderstwa. Potem nadchodzi większa rewelacja, numer którego chroni Reese jest tajemniczym Głosem, głównym antagonistą odcinka. To mnie zaskoczyło! Całej sprawie dodatkowego napięcia dodała uprowadzona kobieta, rozsiane po mieście bomby i efektowna strzelanina z motocyklowym gangiem na posterunku. Działo się sporo i ani chwili nie nudziło.

Ucieszył mnie udział w śledztwie duetu Finch/Elias. Zawsze się ich świetnie ogląda, zwłaszcza gdy Elias mówi o Haroldzie jako swoim przyjacielu. Najmocniejsza z ich udziałem była końcówka gdy Elias za cichym przyzwoleniem Fincha wysadza Głos. Ukryty cel i zdjęcie kolejnej maski, pokazanie jak daleko bohaterowie są się w stanie posunąć.

Na końcu najważniejsze. Shaw wróciła! I nie obyło się bez dramatu. Pierw jednak komiczna scenka przy granicy meksykańsko amerykańskiej. A na końcu dramatyczny moment z Root. Sameen boi się, że zabiję przyjaciół, podejrzewa, że tysiące symulacji wyprały jej mózg i znowu chcę sobie strzelić w głowę by ratować Root. By do tego nie dopuścić Root grozi tym samym, samobójstwem. Co za fenomenalny moment gdy obie panie celują sobie w własne głowy by się nawzajem uratować. Piękne love story. I na końcu reunion bohaterów, bez słowa, jedynie z przygrywającą muzykę. Dobrze jest znowu widzieć wszystkich w komplecie.

Fusco dowiedział się o Maszynie. No nareszcie! Brakowało mi tylko jego zgryźliwego komentarza.

OCENA 5/6

Person of Interest S05E10 The Day the World Went Away
Proszę państwa, czapki z głów i na kolana. Tak właśnie kręci się jubileuszowe, setne odcinki i powoli żegna z widzami. Serwując im wiadra emocji, zabijając postacie, dając satysfakcjonującą akcję i metafizyczne monologi, wszystko to z znakomitą muzyką i grą aktorską. Do końca trzy odcinki, ale ja już wiem na pewno - Person of Interest odejdzie z hukiem. Niechciane dziecko CBS to jeden z najambitniejszych i najlepszych seriali za którym będę tęsknił.

Fatalizm, widmo zbliżającej się katastrofy. Chyba tak najlepiej określić nastrój podczas oglądania odcinka. Już sam tytuł wystarczył by zbudować odpowiednią atmosferę. Na początku był jednak monolog Fincha, pytanie do Maszyny i strach o przyjaciół. Pewność własnej śmierci.

Potem było dużo akcji. Bardzo dużo. To w końcu serial sensacyjny, ba serial superhero. Najlepszy. Strzelaniny, pościgi, onlinery, było efektownie. Nawet zdarzył się popisowy numer serialu z koziołkującym eksplodującym samochodem. A Root strzelająca przez dach i kierująca stopą samochód to piękny epicki widok. I ja wiem, że większość strzelanin była bez sensu tylko co z tego? To ma się dobrze oglądać z czego serial wywiązuje się doskonale.

Jednak najważniejsza nie była w odcinku akcja, a pożegnanie. Głupie io9 zaspoilerowało mi nagłówkiem co się stanie, ale nie zmniejszyło to odbioru odcinka i emocji podczas oglądania. Ba, nawet je wzmocniło i skupiałem się na tym jak odchodzi Root. I zrobiła to w wielkim stylu. Czy może scenarzyści to zrobili. I nie chodzi mi o jej heroiczną akcję i przyjęcie kulki przeznaczonej dla Fincha. Chodzi mi bardziej o jej rozmowy z Shaw i Haroldem. A co jeśli wszystko jest symulacją, co jeśli wcale nie żyjemy. Cała rzeczywistość jest tylko symulacją, ale nie umniejsza to wcale emocji jakie jej towarzyszą. Root mówi też, że tak na prawdę się nie umiera, a po śmierci zostaje w pamięci Maszyny, która zapisuje w swojej pamięci cyfrowe duszę. Dla mnie jest to pewnego rodzaju metafora, jedno z ostatnich słów scenarzystów do widzów. Stworzyli serial, wirtualny świat, ale jego oglądanie wywołuje prawdziwego emocję. Nolan stworzył Person of Interest, tak jak Finch Maszynę i dopóki serial istnieje pozostanie pamięć o bohaterach, póki będzie istnieć Maszyna bohaterowie tak na prawdę nie umrą, jak mówi Root.

"Real world is essentially a simulation anyway." 

Śmierć Root to też zwieńczenie jej drogi. Może i środowisko LGBT się oburzy na śmierć kolejnej serialowej lesbijki w tym sezonie. Niech się oburzają, ich prawo. To była dobra śmierć. Heroiczna, będąca też ostatecznym odkupieniem dla postaci. Znalazła dom, za który z chęcią oddała życie. Pomyśleć, że gdy się pojawiła była psychopatyczną morderczynią i jednym z villianów. Została też uhonorowana przez samą Maszynę. Odkąd się o niej dowiedziała była jej gorliwą wyznawczynią i teraz bóstwo, które wielbiło postanowiło użyć jej głosu. I tak jak pisałem przy 5x1, to Maszyna prowadziła otwierający monolog i teraz gdy mam potwierdzenie przybiera on jeszcze bardziej złowieszczy wymiar.

Jednak nie tylko Root odegrała w tym odcinku istotną rolę. To był odcinek Fincha, jego numer wyskoczył, jego chciał dopaść Samarytanin. Przez ludzki błąd, którego można się było spodziewać po ludziach. W tym odcinku pokazano jego zmęczenie wojną i brak wiary w zwycięstwo. Mimo toczącej się wojny podświadomie uważał ją już za przegraną. To się jednak zmienia. Gdy zostaje złapany prowadzi kolejny świetny monolog w tym odcinku. Mówi bezpośrednio do Samarytanina. O tym, że właśnie grał według zasad i teraz się łamie, w końcu je porzuca by pokonać swojego największego wroga. Ten ból na twarzy Emerson, ten konflikt wewnętrzny jaki rozgrywa i wisząca nad nim decyzja, którą musi podjąć. Perfekcyjna robota!

Nie tylko Root zginęła w odcinku. To było też pożegnanie Eliasa. Zupełnie niespodziewane. Kulka między oczy od agenta Samarytanina podczas ratowania Fincha. Również heroiczna i odrobinę sentymentalne bo w tych samych blokach w których go poznajemy. Miły gest dla fanów.

Do końca trzy odcinki więc to jest dobry moment by przedstawić swoją prognozę na zakończenie Person of Interest. Myślę, że tytuł tego odcinka nie jest przypadkowy i odnosi się m.in. do uwolnienia Maszyny. Harold zdejmuję z niej ograniczenia by móc pokonać Samarytanina i to może być początkiem końca świata. Moim wymarzonym końcem jest śmierć wszystkich bohaterów (no może prócz Fusco i Miśka) i pokonanie Samarytanina. Potem następuje flashforward i Maszyny przeistacza się w swoje nemezis i powoli zaczyna sprawować kontrolę nad światem. Idealny koniec dla serialu przestrzegającego przed współczesną technologią.

OCENA 6/6

wtorek, 31 maja 2016

Serialowe podsumowanie tygodnia #187 [23.05.2016 - 29.05.2016]

SPOILERY
 

Game of Thrones S06E06 Blood of My Blood
Co się wymęczyłem podczas oglądania tego odcinka to moje. Miał bardzo dużo fabularnie istotnych scen i kilka które oglądało się z dużą dozą przyjemności. Jednak przez większość czasu raził powolnym tempem akcji i nieciekawymi historiami. Potrzebnymi, ale poprowadzonymi w taki sposób, że nie chciało się na nie patrzeć.

Najefektowniej wypadł początek. Desperacka ucieczka Brana i Meery przetykana flashbackami. Napięcie, kibicowanie postacią i nadzieja na niespodziewany ratunek. Co za emocję podczas otwarcia, które zostały jeszcze zwielokrotnione migawką Szalonego Króla zabijanego przez Jamiego. Potem przybyło tajemnice wybawienie w postaci wuja Benjena, który zagubił się podczas pierwszego sezonu. Przy okazji efektowna scena akcji. Ciekawie wypada jego backstory - ożywiony przez Dzieci Lasu za pomocą smoczego szkła. Ci Starkowie umieją unikać śmierci. No przynajmniej część z nich. I teraz pytanie - kierunek Czarny Zamek? Straży z pewnością przydałaby się Trójoka Wrona. I może Jon dowiedziałby się wreszcie kim są jego rodzice.

Po efektownym wejściu nastąpiła długa scena z Samem i Goździk gdy przybywają do Horn Hill. Cztery minuty o niczym, jedynie podkreślające niechęć syna do ojca i dzikich. Jakoś przeżyłem, co było bardzo ciężkie. Dlatego potem doznała ogromnego szoku gdy ta para dostała drugą scenę w tym samym odcinku. Kolejne 10 minut z Samem i Goździk. Toż to prawie 1/3 odcinka. Krępująca kolacja i ucieczka z domu kradnąc przy okazji valeryjską stal ojca. I może momentami były świetne dialogi i Sam milczący przy ojcu, ale nie dla niego oglądam ten serial. Dla mnie to marnotrawstwo czasu. 

Na szczęście odrobinę ciekawiej zrobiło się w Królewskiej Przystani gdzie manipulacje nie mają końca. Plan Jamiego i Cersei nie wypala, Joffrey za namową żony wzmacnia więź Korony z Wiarą co spotyka się z entuzjazmem motłochu. I tutaj mnie ciekawi kto z kim najbardziej pogrywa. Czy to od początku był plan Wielkiego Wróbla? Czy może Margery wykorzystała okazję by uniknąć marszu pokutnego? W jej przemówieniu do Joffreya było za dużo pokuty, jakby ktoś podsłuchiwał. Coś czuję, że teraz ona pokaże pazurki.

Odcinek złożył wizytę w dawno niewidzianych Bliźniakach. Nie tęskniłem za Freyami, ale to był dobry sposób na ekspozycję tego co dzieje się w Dorzeczu i jak przebiegała wojna. Blackfish odbił Riverrum i teraz Frey chcę je znowu dla siebie zagarnąć. Jednak w Siedmiu Królestwach nie jest tak spokojnie jak mogło się wydawać. 

Zaskoczyło mnie odesłanie Jamiego do walk w Dorzeczu. Można wykrzyknąć "nareszcie!". Serial znowu łączy pozornie osobne wątki - Północy z Królewską Przystanią. Brianne zmierza po posiłki, a Jamie ma pomóc Freyą. Tylko czy biedak opuści teraz siostrę? na pewno nie będzie się musiał o nią martwić. Cersei nadzwyczaj spokojnie przyjęła kolejną porażkę i wygląda jakby już obmyślała kolejny plan. Jednak walk of shame ją czegoś nauczył.

Wątek Aryi się ruszył! Coś niemożliwego. Pierw jednak musiała się pojawić dalsza cześć przedstawienia, które leciało tydzień temu co pomogło Starkównie zrozumieć czym jest śmierć i kto na nią zasługuje. I znowu długie, nic nie wnoszące momenty, ale tym razem z ekscytującą końcówką. Odzyskanie Igły i wyrok śmierci za niewykonanie zadania. I pytanie gdzie teraz się uda? Czy może Bóg o Wielu Twarzach ma co do niej jeszcze inne plany?

Takie same odczucia mam co do ostatniej sceny z Daenerys. Efektowne zakończenie odcinka - Dany zapowiada wyprawę do Siedmiu Królestw. Charyzmatyczna przemowa dosiadając smoka. Świetnie to wyglądało tylko znowu niewiele wniosło. My to przecież wiemy, taki jest jej cel od pierwszego sezonu. Czy ona może już zdobyć statki i tam popłynąć? Lub chociaż polecieć i pozwiedzać? 

Inne:
- puste przemówienia Tyrella przed swoim wojskiem i reakcja Jamiego - cudo.
- cień smoka nad Królewską Przystanią w wizji Brana. Czy ja mogę to w końcu to zobaczyć w czasie rzeczywistym?
- Edmund wrócił. Kolejna znana twarz, która była dawno niewidziana. Raczej nie wpłynie to na oblężenie Riverrum, ale jestem ciekaw reakcji Blackfisha.

OCENA 4/6


Orphan Black S04E06 The Scandal of Altruism
Mogłem ostatnio trochę narzekać, że mimo świetnych odcinków niewiele się dzieje w tym sezonie. Teraz muszę się ugryźć w język i robię to z prawdziwą przyjemnością. Odcinek okazał się niesamowity i bardzo w stylu Orphan Black. Napakowany akcją, zwrotami fabularnymi, szczyptą humoru, ale przede wszystkim stawiał w centrum swoje postacie. I zachwycał montażem. Na razie odcinek sezonu, który równie dobrze mógł być jego finałem.

Wydawało się jednak, że stawka będzie odrobinę mniejsza. Wysoka, ale nie aż taka. Wymiana komórek Kendell za pomoc Cosimie i Sarzę. Układ z diabłem mający stanowić ostatnią deskę ratunku dla sióstr. Oczywiście nie mogło to pójść po myśli i serial sugerował, że Ira działa na własną rękę. Była to prosta i skuteczna zmyłka ukrywającego prawdziwego wroga. Evie! Nie Susan Duncan, a jej asystentka jest prawdziwym złoczyńcą sezonu co dopisuje kolejną warstwę intrygi. Jak pokazać jakie stanowi zagrożenie? Pozwolić jej kogoś zabić. Śmierć Kendell była pełna emocji, tak samo jak pytanie o przyszłość Cosimy. Czy uda się jej przeżyć? Jednak Evie nie jest małostkowa. Ona wierzy w neolucję i jej ideały, dąży do biologicznych modyfikacji ciała i klony uważa za coś przestarzałego i niedoskonałego. Zabicie Cosimy byłoby właśnie małostkowe i nic by jej nie dało. Jednak pozwoliła sobie wbić szpileczkę mówiąc jej o śmierci Delphine. Co za scena na końcu! Ależ Tatiana Maslany zagrała rozpacz po stracie przyrodniej matki i ukochanej.

Ten odcinek to też domknięcie wątków z pilota i historii Beth. Poprzez mistrzowski montaż na dwóch płaszczyznach czasowych opowiedziano jedną spójną historię gdzie Beth i Sarah dowiadują się kto jest prawdziwym złym tej opowieści. Było też wyjaśnienie czemu Beth popełniła samobójstwo. To nie słaba psychika otumaniona przez narkotyki, a szantaż ze strony Evie. Zabijesz się lub my zabijemy twoją rodzinę. Wyjście mogło być tylko jedno.

Mimo pokładów dramatyzmu jakie zafundował odcinek był tutaj też obowiązkowy humor. Krystal nie schodzi ze sceny i opowiada historyjkę o spisku przemysłu kosmetycznego. Zabawne i niedorzeczne. Tylko czy bardziej niedorzeczne od historii o klonach? Był też Felix jako cosplayer Sherlocka Holmes'a. Co za komiczny widok!

OCENA 5.5/6 

Person of Interest S05E05 ShotSeeker
Gdyby ten odcinek wyszedł wcześniej pewnie oceniłbym go dużo lepiej. Jednak po czterech znakomitych historiach pierwsza prawdziwa proceduralna sprawa to tylko odwrócenie uwagi od tego co najciekawsze. Nie powiem, było ciekawie. Kolejne z tajemniczych zaginięć, walka z Samarytaninem i delikatne wplątanie w to gangsterów z NY. Nie mogłem narzekać na nudy, co rusz byłem zaskakiwany. Podobało mi się też poruszanie w szarej sferze. Czy Finch powinien pozwolić na wypuszczenie pracy naukowej mogącej pokonać problem głodu na świecie, ale też doprowadzić do przeludnienia? Komu można powiedzieć o Samarytaninie i czy można ich obarczać taką odpowiedzialnością? Jak daleko możemy się posunąć w inwigilacji obywateli by zapewnić im bezpieczeństwo? I wreszcie jak daleko może posunąć się Finch w uzbrajaniu Maszyny w walce z Samarytaninem. Czy nadpisując jej program nie upodobni jej do swojego wroga?

I najważniejsze i najbardziej zaskakujące - wrócił Elias! Dla mnie to naciągane, nie widzę dla niego zbytnio miejsca w fabule na ten sezon, ale się z tego cieszę.

OCENA 4.5/6

Person of Interest S05E06 A More Perfect Union
Odcinek poświęcony głównie kolejnemu numerowi. Tym razem Maszyna nie podała numeru ubezpieczenia tylko numer aktu ślubu. Nie brzmi zbyt ekscytująco i takie też nie było. Zaledwie przyjemny w oglądaniu odcinek z poszukiwaniem zabójcy i rozwikływaniem intrygi. Miał jednak swoje momenty. Jak śpiewający Finch z irlandzkim akcentem czy tęskne spojrzenia za normalnym życiem w stronę młodej.

Dużo ciekawsze rzeczy działy się poza głównym wątkiem fabularnym. Jak choćby ciąg dalszy śledztwa Fusco w sprawie zaginionych osób. Nie sądziłem, że już teraz znajdzie rozwiązanie. Zaginieni okazali się mordowani i teraz ich ciała spoczywają w zawalonym tunelu. Razem z Fusco. Ładny cliffhanger.

Trochę rozczarowała historia Shaw. Kolejny raz zaprezentowany twist z wirtualną rzeczywistością, to niespotykane rozwiązanie w tym serialu. Rozumiem za to próby usprawiedliwienia Samarytanina, pokazania że nie jest on wcale taki zły i może ocalić miliony żyć. Oddanie kontroli nad swoim życiem w zamian za ochronę. Tylko szokująca scena z zapowiedzią trzeciej wojny światowej była niedorzeczna. Przecież do tego powstała Maszyna, by wyłapywać takie zagrożenia. Samarytanin też nie musi wszystkiego kontrolować by ocalić ludzkość. Chyba, że ludzkość wg. niego jest w takim momencie, że sama dąży do samozagłady i tylko SI może zapanować nad chaosem jaki się wytworzył, a drastyczne działania są konieczne.

OCENA 4/6

Person of Interest S05E07 QSO
Odcinek Rootocentryczny czyli było wyśmienicie. Na początku seria przebieranek (kolonialny strój i baletnica!), a potem sceny w rozgłośni radiowej i audycja o zjawiskach paranormalnych. Już samo to sprawiło, że oglądało się z przyjemnością. Stawkę podbiły jednak poszukiwania Shaw. To już połowa sezonu i najwyższy czas by wróciła do drużyny. Maszyna robi co może i pomaga, przy okazji ratując kolejne życia. I tutaj muszę napisać o moim ulubionym motywie w odcinku. Root i John ratują Maxa przed agentami Samarytanina, a on obiecuje zachować dla siebie ostatnie wydarzenia. Jednak tego nie robi przez co ginie z czego bardzo dobrze zdawał sobie sprawę. Finch oburza się na Maszynę z powodu przedmiotowego traktowania ludzi, a ona tłumaczy się wolną wolą, czymś co odróżnia ją od Samarytanina. Nie wszyscy chcą być ocaleni, danie ludziom wyboru i możliwości kontroli nad swoim życiem to przewaga naszej SI nad wrogą o czym można zapomnieć. Jestem pod wrażeniem jak umiejętnie te kwestie są rozpisywane. Brakowało mi tego trochę w The 100.

Puszczenie dwóch symulacji w wątku Shaw miało jednak sporo sensu. Teraz oglądając z nią sceny zastanawiałem się czy dla odmiany schemat zostanie złamany. I tak się stało. Ona wierząc, że jest w symulacji zabiła genetyczkę, która mogła doprowadzić do śmierci setek tysięcy ludzi. Tylko by jak najszybciej zakończyć symulację. Świetne było zwieńczenie wątku gdy zorientowała się co zrobiła i jak straciła całą nadzieję. Gdzie jest rzeczywistość, a gdzie wirtualny świat. Co jeśli w przyszłości sami będziemy mogli zrobić system VR i naturalne wirtualne światy, czy wtedy ludzie będą gubili poczucie rzeczywistości?

OCENA 4.5/6   

The Flash S02E23 The Race of His Life
Ziew. Tak, na prawdę usypiałem z nudów na finale sezonu. Co z tego, że stawka była ogromna jak serial nie potrafił tego sprzedać. Zniszczenie multiwersum, nieskończona liczba światów i ludzi ma zginąć z powodu zachcianki Zooma. To powinno robić wrażenie i działać na wyobraźnie. Nieskończone pompowanie stawki jednak nie wyszło. Z takim scenariuszem zagrożenie jednej Ziemi pewnie też by się nie udało. Czy nawet jednego życia. Chociaż może nie. Może osobista historia o szalonym Zoomie chcącym być coraz szybszym i kształtować Barry'ego na swoje podobieństwo miałaby więcej sensu i emocji niż kolejne ratowania świata?

Ten odcinek nie cierpiał jedynie na brak stawki. Denerwowały gryzące uszy dialogi, patos wymieszany z użalaniem się nad sobą. Bohaterowie również nie błyszczeli inteligencją, a błędy które musieli naprawiać były w większości ich winą. Nawet Barry przeszkadzał, zwłaszcza w ostatniej scenie. Serial ma ewidentny problem by znowu udanie pisać tą postać. Szamocze się i nie wie w którym kierunku zmierza. Wciąż zdarzają się udane emocjonalne sceny jak śmierć ojca, desperacja, a potem ponowne zobaczenie jego twarzy. Jednak częściej wydaje mi się, że to nie jest ten sam Barry którego polubiłem, a co najgorsze nie wynika to z płynnej ewolucji.

I ta końcówka. Serial dwa sezonu prowadził historię pogodzenia się z stratą matki, która miała swoją kulminację dwa tygodnie temu w znakomitym odcinku. Ginie ojciec i cała droga bohatera nie ma już sensu. Rozumiem, trauma, ale to nie usprawiedliwia biegania w kółko. I tak jak zeszły sezon skończył się jak Flash przygląda się śmierci matki tak teraz ją ratuje. I to jest teoretycznie wielkie ponieważ resetuje wszystkie wydarzenia jakie miały miejsce. Nie tylko wpływa na The Flash, ale całe komiksowe uniwersum The CW. Czy raczej powinno wpłynąć. Legends of Tomorrow powinni mieć inną drużynę, Vandal powinien być inny, ba cały Arrow powinien wyglądać w inny sposób, a nawet Supergirl zmienić jeden fabularny element. Teoretycznie, tak w końcu powinny wyglądać podróże w czasie. W praktyce scenarzyści to w jakiś sposób obejdą. A ja będę tylko coraz bardziej nienawidził Barry'ego za jego arogancję i to jak zabił swoich przyjaciół wymazując ich z linii czasowej.

Teoretycznie więzień Zooma miał być wielkim zaskoczeniem. Był zaledwie miłą niespodzianką. Czy może spodzianką. Harry Allen był na drugim miejscu w moim obstawianiu. Nie przewidziałem tylko tego, że jest Flashem. To jest bardzo fajny ukłon dla fanów i naprawienia spuścizny komiksowego Jaya Garricka. I teraz pytanie z której Ziemi pochodzi? Fajnie jakby z tej samej co Supergirl.

Z cliffhangerowych zakończeń najbardziej nie podobało mi się odejście Harry'ego z Jesse. Prawdopodobnie to nie jest ostatni raz kiedy ich zobaczymy, ale delikatny niesmak pozostał. Chyba, że wrócą na Earth-1 z pamięcią co stało się w prawdziwej linii czasowej i naprawią zmianę przeszłości przez Barry'ego.

Chyba, że linia czasowa nie została zmieniona na Ziemi Arrowverse. Zom mówi, że jest ona centrum wszystkiego, z niej można dostać się na dowolną wersję Ziemi z multiwerum. Czyli może nie da się jej zmienić w radykalny sposób i jest jedyną stałą w wszechświecie i zmiana przeszłości spowodowała jedynie powstanie kolejnej alternatywnej Ziemi. Tylko przeszkadza mi to zniknięcie Barry'ego z S01.

Podsumowując. Słabe zakończenie, stawka która nie ruszyła, fatalne dialogi, trochę emocji na gruncie personalnym i nudy. Było też kilka komediowych momentów, świetnie zrealizowana akcja i porządne efekty specjalne. Była też nadzieja podczas oglądania, że zaraz będzie lepiej, nadzieja która sprawiała, że nie było wcale tak tragicznie jak mogło być. Co nie zmienia rozczarowania i zawodu.

OCENA 3.5/6

poniedziałek, 23 maja 2016

Serialowe podsumowanie tygodnia #186 [16.05.2016 - 22.05.2016]

SPOILERY

Alias S02E10 The Abduction
Współpraca Sidney z Sarkem wypadła przeciętnie. Oczekiwałem więcej napięcia, kłótni i ciętego języka. Poza drobnym wspomnieniem matki Sid nie dostałem tego co chciałem. Dużo lepiej wypadł Marshall w terenie. Tak! W końcu wylazł z bunkra na świeże powietrze. Dużo humoru, pocałunek z Sid i zapowiedź jego współpracy z CIA. Skończyło się na porwaniu przez nowego antagonistę. Nowy wątek może się przysłużyć serialowi.

Z innych rzeczy fajnie wypada zbliżanie się Willa do CIA, bez pośpiechu, naturalne rozwijanie wątków. Nieźle prezentuje się też Jack w relacjach z kobietami. Z żoną, której ciągle nie ufa, ale widać jakim uczuciem ją darzy. Oraz śledczą Sloana z Sojuszu, która dla odmiany twierdzi, że Jack coś ukrywa. Powoli zaciska się pętla na jego szyi i to mi się podoba.

Z okazji 10 lecia zakończenia Alias pojawiło się w sieci sporo artykułów na temat serialu. Między innymi o wątku Rambaldiego. Jak się okazuje był wymyślany ad hoc, tak by serial miał głębszą mitologię i praktycznie nikt nie wie o co w nim chodziło. W sumie spodziewałem się tego co nie zmniejsza mojego rozczarowania.

OCENA 4/6

Banshee S04E07 Truths Other Than the Ones You Tell Yourself
Przedostatni odcinek i wcale tego nie czuć. Za mało jest wątków, które miałyby zejść się w wspólną całość. Za mało sytuacji zmieniających bohaterów. Za mało budowania napięcia pod wielki finał. A za dużo niepotrzebnych rzeczy oddalających od tego co jest najlepsze w serialu.

Jednak nie będę narzekał. Już dość często to robiłem przy tym sezonie. Skupię się na pozytywach, a tych było całkiem sporo. Najlepiej wypadła scena z Lucasem i Brockem. Uwięzieni, czekający na śmierć wyznają sobie prawdę. I Lucas przyznał się do tego kim jest. Ale świetnie zagrana scena. Zwłaszcza moment gdy krzyczy, że mu się podobało co robił. Takie katharsis było mu potrzebne. Jeszcze tylko pojednanie z Aną i można kończyć.

Ten odcinek był o satanistach,  czymś czego nie powinno być w tym sezonie. Całkiem udanie budowano napięcie, rozmowy Bodiego z Veronicą były intrygujące, a filtr podczas rytuału nadawał odpowiedni klimat. I koniec gdy Veronica zabija swojego oprawcę był satysfakcjonujący. Szkoda, że użyto wcześniej irytującego środka stylistycznego gdy serial próbował wmówić, że Lucas jest już blisko Bodiego. Za stary jestem, potrafię takie rzeczy wyczuć. Rozczarowała też finałowa walka z kultem. Prosta bijatyka. Kolejne zagrożenie pokonane, tyle.

Podobało mi się co robił Hiob. Znowu mógł wykazać się swoją magią i pomóc Lucasowi. Jednak jeszcze lepsza była jego zemsta. Okrutna. Nie dość, że zgarnął trochę pieniędzy to jeszcze przestał być poszukiwany. Umie się ustawić. Tylko co w takim razie ma robić w finale?

Inne:
- psycholog polecił Anie by się zemściła. Dajesz kobieto! O tym właśnie powinien być sezon, a nie sekcie satanistów.
- scena walki z Burtonem, której nie pokazali! Obracająca się kamera o 360 stopni i efekt starcia z neonazistami. To było ładne. Bardzo w stylu Banshee.
- bracie Bunkrowie nudzą. Calvin zrealizował swoją fantazję zabijając szefa, a drugi dalej zamartwia się o żonę brata. Czy kogoś to obchodzi?

OCENA 4.5/6

Banshee S04E08 Requiem
To był satysfakcjonujący finał. Nie do końca tego oczekiwałem, spodziewałem się więcej akcji i połączenia ze sobą kilku wątków. Dostałem za to czasem zaskakujące, ale pasujące do ogólnego wydźwięku historii zakończenie. Trochę szkoda, że to już koniec, i to po przeciętnym sezonie. Jednak cztery serię to dobra liczba. Życzyć sobie więcej takich historii.

W odcinku podobał mi się przede wszystkim nastrój. Odrobinę melancholijny, trochę westernowy i na pewno sentymentalny. Nie ma jednej konkretnej sceny, którą bym wyróżnił, to tyczy się całości. Gdzie sprawiedliwi zdają sobie sprawę, że czasem trzeba pobrudzić sobie ręce. Że trzeba zaakceptować przeszłość, przekroczyć symboliczny próg i ruszyć w drogę w poszukiwaniu przyszłości. Nie można pozwalać sobie na grzęźnięcie w piaskach przeszłości, to zabija. Nie tylko siebie, ale również najbliższych. Nie ma czegoś takiego jak "szczęśliwe zakończenie", jest tylko nowa historia, a domknięcie jednej nie zawsze jest potrzebne.

Nie powiem żeby specjalnie zaskoczył mnie morderca Rebeki. Burton był fanatykiem, robił wszystko dla Proctora i uważał, że zabójstwo będzie najlepszym wyjściem. Jego walka z Lucasem nie była specjalnie ciekawa (serial w tym sezonie wyraźnie odpuścił sobie sceny akcji kosztem bohaterów), ale ten moment gdy Proctor skręca kark półprzytomnemu Burtonowi był mocny. Odpowiednio wzruszający, co dziwne, skoro mówimy o villianach opowieści.

Podobało mi się zakończenie wątku Carrie i Lucasa. Przyjacielskie pożegnanie, dwoje ludzi zdających sobie sprawę, że życie tak się pokomplikowało, że nie są w stanie być razem. Idą swoją drogą, a może kiedyś znowu na siebie trafią i zaufają.

Jestem też zadowolony z odejścia Proctora. Śmierć w stylu Tony'ego Montany. Z karabinem w ręku, przed własną rezydencją postanowił stawić czoło egzekutorom kartelu. I cięcie tuż przed strzelaninom. Koniec, sami sobie dopowiedzmy co się z nim stało.

Podobało mi się też jak całość została nakręcona. Piękne ujęcia szerokich planów, muzyka podbijająca nastrój i nieśpieszne acz pełne napięcia zbliżanie się do samego końca. Bardzo w stylu Banhee.

OCENA 5/6

DC's Legends of Tomorrow S01E16 Legendary
Finał sezonu okazał się lekko rozczarowujący. I to nie tylko z powodu śladowych ilości Snarta. Zwyczajnie był zbyt chaotyczny. Akcja gnała na złamanie karku, serial chciał za dużo wepchnąć w 40 minut przez co poszczególnie sceny nie miały odpowiedniego wydźwięku. Nie udało się zbudować odpowiedniego napięcia podczas finałowego starcia z Vandalem. Szkoda. Mimo to i tak bardzo dobrze się bawiłem bo to wciąż ten sam lekki i komiksowy serial.

Pokonanie Vandala było mocno w stylu Doctor Who. Wielki plan złego, który chcę wysadzić czas i zrebootować historię. Zabawnie niedorzeczne. Ucieszył mnie recykling znanych miejscówek z poprzednich odcinków co dało sezonowi większą spójność. Rozczarowało pokonanie Vandala. Trochę akcji i to wszystko. Jaki przeciwnik, taki jego koniec. To nie był najmocniejszy element serialu. W jego sercu były postacie.

I odcinek "Legendary" bardzo umiejętnie się nimi zajął. Sarah dowiedziała się o śmierci siostry i jej nieuniknionym charakterze. Rory mógł jeszcze raz spotkać się z Leonardem. Rip nie odzyskał rodziny i niemalże zginął śmiercią bohatera. Hawkowie odeszli by móc prowadzić normalne życie. Martin zaakceptował swoją rolę jako bohatera. Brakowało trochę interakcji między nimi (Palmer na akcji Heatwave!), ale mnie cieszy jak zostały prowadzone.

Nie mogło zabraknąć cliffhangera. Drużyna udaje się na kolejną misję z Ripem i nagle zjawia się drugi Waverider z niespodziewanym pilotem i zapowiedzią Justice League of America. Jestem zaintrygowany.

OCENA 4/6

Game of Thrones S06E04 Book of the Stranger
To był epizod godny tego serialu. Zaoferował znaczące przetasowania na szachownicy. Główne figury wykonały swoje ruchy, jeden pionek wypadł, a gra stała się odrobinę bardziej przejrzysta. Co nie znaczy, że przewidywalna. Były też mistrzowskie posunięcie za które uwielbiam Grę o Tron.

I właśnie od tego zacznę. Daenerys. Co za piekielna końcówka! Nie jest to moja faworytka, zazwyczaj jej decyzję mnie denerwują, ale tutaj ciężko było nie mieć do niej sympatii. Pozbawiona wszystkiego niemalże jako niewolnica ląduje przed sądem khalów. I co robi? Przy pomocy dwóch ludzi zdobywa pod swoje władanie 100 tysięcy ludzi. Świetnie oglądało się Emilię Clarke wysłuchującą z kamienną twarzą i chytrym uśmiechem obelg po dothracku, a potem gdy zaczęła podpalać swoich wrogów. I jej triumf na końcu gdy stoi naga przed kłaniającym się jej morzem ludzi. Znowu dokonała niemożliwego, zjednoczyła khalassary, a teraz wybiera się za Morze. Aż chcę mi się oglądać ten wątek.

Ciekawie w kontraście do niej wypadają sprawy w Meereen i działanie Tyriona. Gdy ona bezkompromisowo dąży do swoich celów, on stosuję politykę. Wie, że trzeba czasem iść na ugodę, trzeba patrzeć na wszystko z szerszej perspektywy. Udało mu się dojść do pokoju z Dobrymi Panami, ale przy tym zezwolił na 7 lat niewolnictwa, jako okres przejściowy. Wykazał się racjonalizmem w przeciwieństwie do idealistki Daenerys. Jestem bardzo ciekaw jak wypadnie ich kolejne spotkanie. Jak ona zareaguje na ten pokój i jak on na wieść o 100 tysiącach nowych poddanych.

Z mojego punktu widzenia ten odcinek miał jednak ciekawszy wątek - spotkanie Sansy z Jonem. Dwoje Starków znowu razem! Jakże mnie to wzruszyło. Obawiałem się dobrze znanego tricku - Jon wyjeżdża chwilę przed przybyciem siostry. Nic z tego, mamy rodzinny reunion. Świetne było ich milczące wpadnięcie sobie w ramiona, a potem odrobinę krępujące rozmowy przy kominku. Jednak najbardziej mi się podoba dynamika w ich relacjach. On jest zrezygnowany i chcę spokoju ponieważ zawsze walczył. Natomiast ona chcę zemsty, tego co prawnie się im należy. Chcę odbić Winterfell i uratować brata. To nie jest zahukane dziewczę sprzed roku czy dwóch. To kobieta, która ma wyraźnie postawiony cel. Coraz bardziej przypomina też matkę w swojej stanowczości.

Wizyta Sansy w Czarnym Zamku to też spotkanie Brianne z Mellisandrę. Brianne, która poprzysięgła zemścić się za śmierć Renly'ego teraz ma doskonałą okazję. Zdaje sobie jedna sprawę, że to już przeszłość, teraz szykuje się inne wojna, a sojusze się mocno pokomplikowały. Przy czym ciekawie ogląda się wypaloną Mellisandrę, pozbawioną nadziei co do przyszłości. Chyba powinna spotkać się z Daenerys.

Zbliżająca się wojna na Północy nie dzieje się w próżni. Littelfinger wykorzystuje moment sprawnie manewrując młodym Arrynem i sposobi Dolinę do wojny, by pomścić Sansę. Ha! Niezamierzenie została znowu przez niego wykorzystana. To pieśń przyszłości, ale chciałbym żeby po pokonaniu Boltonów ładnie mu się odpłaciła co jej zrobił.

Wojna na Północy i inwazja Daenerys to nie jedyne konflikty jakie czekają Westeros. W Królewskiej Przystani coś ruszyło. O ile przemowa Wróbla do Margery była trochę nudna i nadała mu niezbyt wyraziste backstory, tak już przygotowanie się do intronizacji Wróbla mogło się podobać. Zwłaszcza, że zaangażowana jest w to Cersei, Jamie (oj, czemu nie ma on tak ciekawej drogi odkupienia jak w książkach?) i Olena z Kavenem. Czuję, że będą ofiary.

A zgon był w tym odcinku, a jakże. Może śmierć Oshy nie jest ważna dla ogólnie pojętej fabuły Game of Thrones, tak jej scena z Ramseyem miała odrobinę napięcia. W głowie mi się kołatało "a może serial zaskoczy i ubiję Boltona, albo chociaż zrobi mu krzywdę". Niestety skończyło się w najbardziej prawdopodobny sposób. Szkoda, że nie pokazano chociaż na chwilę Riccona. Więcej Starków dawać!

Na koniec o Theonie. Ależ dobrze zagrana scena z siostrą. Może i trzeba go nienawidzić i obwiniać za sporą ilość zbrodni jakich dokonał, ale nie można mu współczuć. Rozbity przybywa do domu, chcąc odrobiny spokoju od razu dowiaduje się o śmierci ojca i jest obwiniany przez siostrę o tchórzostwo. I on o tym dobrze wie, zdaje sobie sprawę, że jest wrakiem człowieka. I by odpokutować postanawia wesprzeć siostrę w dążeniach do tronu z soli. I ja im jak najbardziej kibicuje.

Inne:
- serial nie kończąc flashbacków z Nedem z poprzedniego odcinka znęca się nade mną. Mogliby już wyjaśnić tajemnicę pochodzenia Jona.
- Gra o Tron zrobiła się niezwykle feministycznym serialem w tym roku. Daenerys zdobywa nową armię, Cersei odzyskuje kontrolę, Sansa dąży do odzyskanie Winterfell, Yary chcę władać Żelaznymi Wyspami.
- Davos przypomniał sobie by spytać Mellisandrę o Shireen i Stannisa. W czwartym odcinku. Prawdziwie wierny rycerz swojego króla.
- Brainne i Tormund - dawać mi więcej scen z nimi!

OCENA 5/6

Game of Thrones S06E05 The Door
Półmetek sezonu za nami i trzeba przyznać, że serial mimo swoich problemów w tym sezonie prezentuje równym, wysoki poziom co raz serwując niesamowite sceny. Tutaj było ich kilka. Zarówno drobne, ważne dla postaci jak i całego świata. Ale po kolei.

Odcinek już tradycyjnie zaczyna się na Północy. Tylko dla odmiany to nie Jon dostaje scenę, a Sansa. Wiadomość od Littlefingera z prośbą o spotkanie. Szybko odbył podróż z Doliny. Serial widocznie nie chcę zbytnio rozciągać wątków przez co robi częstsze, acz miejsce przeskoki w czasie. Jednak to tylko szczegół. Rozmowa Sansy z Peterem była niesamowicie zagrana przez Sophie Turner. Littelfinger oferuje jej pomoc, którą ona odrzuca. Nie chcę być już marionetką, postanawia sama decydować o swoim losie i pierwszy raz w jego obecności kontroluje sytuację. Rzuca mu w twarz, że mogłaby go zabić, demaskuje jego poczynania i karzę w brutalny sposób. Domaga się by jej opowiedział jak wyobraża sobie jej noc poślubną. To była brutalna scena.

To nie jedyna mocna scena z Sansą. Świetnie oglądało się ją na naradzie wojennej w towarzystwie Jona i Stannisa gdy kreślili plan odbicia Winterfell. Pokazało to jej rozeznanie w polityce. I odrobinę zarozumiałości gdy ukrywała przed bratem spotkanie z Littelfingerem. To było nierozważne i małostkowo. Za to miłym gestem było podarowanie Jonowi ubrania z rodowym herbem, jaky to miała być ostateczna akceptacja więzów krwi. Ciekawi mnie też co się stanie o zdobyciu Winterfell, kto zasiądzie jako Namiestnik Północy. Sansa ma na to widoczną ochotę. Jon niby jest bękartem, ale z tego co pamiętam Robb w ostatnim liście pozwolił mu się tytułować Starkem.

Aryia dalej na treningu. Sceny walki z jej udziałem są efektowne, ale niewiele wnoszą. Tak jak mitologia związana z Faceless Man - byli niewolnicy z błogosławieństwem swojego boga zakładający Braavos. W tej historii nie ma nic interesującego dlatego z coraz mniejszą przychylnością patrzę na wątek młodej Starkówny. Niech w końcu zrozumie kim jest i zaakceptuje swoje przeznaczenie i wróci do Westeros.

O wiele ciekawszy był moment gdy wykonując rozpoznanie przed morderstwem musiała oglądać teatrzyk opowiadający o wydarzeniach z Królewskiej Przystani z finałowych momentów S01. Śmierć Roberta i Neda widziana oczami zwykłych ludzi. Wulgarna opowiastka nie mająca nic wspólnego z rzeczywistością. Co tylko pokazuje jak mało maluczcy interesują się sprawami wielkich lordów. Najciekawiej patrzyło się na reakcję Aryi - odrobinę oszołomiona, widać było, że wciąż przejmuje się swoją przeszłością. Jednak prawdziwym chichotem opowieści jest to, że wykonuje zlecenie Cersei. Jest narzędziem osoby, którą obiecała zabić. Oj, jeśli się tego dowie to na pewno zrezygnuje z obranej drogi.

Prawdziwą bombą w odcinku było pokazanie originu White Walkers. Jak się okazuje zostali stworzeni przez Dzieci Lasu za pomocą obsydianu i ludzkich jeńców. Mieli im pomóc w walce z najeźdźcami, Pierwszymi Ludźmi. Co za spektakularna klapa! Armia, która miała ich uratować okazała się jeszcze większym zagrożeniem. Zmusiła ich do sojuszu z ludźmi i teraz wracają po tysiącach lat. Co doprowadziło do sojuszu Dzikich z Czarną Strażą. Nie ma tutaj pozytywnych postaci i frakcji, każdy ma coś za uszami, a mityczne Dzieci Lasu okazały się odpowiedzialne za całe zamieszanie.

Potem następuje przeskok na Żelazna Wyspy i Królewski Wiec. Niezbyt spektakularne, ale sprawiający, że jeszcze bardziej polubiłem Yarę i ten mógł chociaż odrobinę odpokutować za swoje grzechy. Połączono też historię wyspiarzy z głównym wątkiem. Euron obiecał sojusz z Daenerys i zemstę za wszystkie porażki jakie na nich ostatnio spadły. Został wybrany królem (scena koronowania!), a Theon z siostrą uciekli na statkach. I teraz pytanie - co z nimi zrobią? Czyżby teraz oni mieli się udać do Danny? Jak na nich zareaguje? A może wesprą Północ? To byłby nieoczekiwany sojusznik, ale przydałby się do nadchodzącej wojny. Na pewno jestem ciekaw jak tern wątek się rozwinie. 

A propos panny Niespalonej itd. Dostała chyba najsłabszą scenę w odcinku. Pożegnała się z Jorahem i udała się w drogę powrotną. Nic ważnego. Teraz tylko niech Jorah dostanie odpowiednią śmierć.

Niezwykle ciekawe było spotkanie Tyriona z Czerwoną Kapłanką. Powodem była chęć utrwalenia władzy Daenerys. W końcu nic nie jednoczy (i dzieli) ludzi tak jak religia. Jednak to nie był główny i najciekawszy temat ich rozmowy. Poruszono tutaj przeszłość Varysa. Miał zastrzeżenia co do współpracy z Kapłanami Rholla, głównie przez to co spotkało go w przeszłości. Wciąż dawny uraz się nie zabliźnił. Odcięcie przyrodzenia i krzyki z ognia. Ta historia była już opowiadana Tyrionowi w drugim lub trzecim sezonie. Wciąż nie wiadomo co słyszał, ale słowa kapłanki i zakończenie odcinka sugerują, że mogły to być słowa, które doprowadziła go do miejsca w którym znajduje się teraz, lub zapowiedź przyszłym wydarzeń. Czuję się zaintrygowany.

Najwyższa Kapłanka mówi też o Azorze Ahai i wierzy, że jest nim Daenerys. Bohater mający zbawić świat przed nadchodzącą Nocą. Mellisandre wierzyła, że był to Stannis, a teraz Jon. Jak słyszeliśmy bogowie się nie mylą, ludzie owszem. A ja sobie myślę, że Azor wcale nie musi być jeden. Czemu nie ma być ich troje, jak jeźdźców smoków? Jon, Daeny i ktoś jeszcze. Może Bran? Obydwoje dokonali niemożliwego, są traktowani niczym boskie istoty i na co dzień mają styczność z magią. Prawdopodobnie w obojgu płynie krew Targerynów, a w Jonie na pewno Pierwszych Ludzi. Jak się patrzy jeźdźcy i obrońcy świata.

Czas na najważniejszą część odcinka dotyczącą Brana. I zacznę tutaj przewrotnie od samego końca i śmierci Hodora. Oj, cóż to była za śmierć! Niesamowicie emocjonalna, nakręcona w taki sposób by wyciskać łzy, a przy okazji opowiedziano też jego origin story, historię przeistoczenia się Willisa w Hodora. To wszystko przy wykorzystaniu podróży w czasie. Karkołomne zadanie okazało się majstersztykiem. Bran jako naturalna antena przekazująca w przeszłość słowa Meery do Hodora "Hold the door", które potem przerodziły się w jego imię, były niczym jego życiowy imperatyw przygotowujący go do tej jednej chwili. To moment gdy teraźniejszość nałożyła się na przeszłość tworząc w spójny sposób przyszłość. Dawno nie widziałem tak dobrze skonstruowanej podróży w czasie. Nie ma się jednak co dziwić, reżyserem był Jack Bander odpowiedzialny za genialne The Constant z Lost.

Ważnych rzeczy związanych z Branem w odcinku jest dużo więcej. Jak choćby jego aroganckie dziecinne zachowanie, które sprowadziło na nich Night's King i jego armię. Czyli to porabiał. Zamiast uderzyć na Mur po zdobyciu Hardhome szukał Brana, czekał na jego błąd by móc wedrzeć się do serca drzewa. Jak wiadomo wcześniej nie mgół tego zrobić ponieważ było magicznie chronione. Teraz ten czar został zerwany przez dotknięcie Brana przez Króla. I teraz kolejne pytanie - czy to znaczy, że za Mur również będą mogli przejść? On też jest chroniony magią i tylko ona mogła powstrzymywać ich najazd. Bran przez swoją ignorancję naraził cały znany świat.

Ciekawi mnie też co z Trójoką wroną. Został zabity przez Króla, zniknął ze snu Brana, ale czy to na pewno jego koniec? Jak Bran jest wargem, wargi podczas śmierci mogą przenieść swój umysł w ciało zwierzęcia. Wiemy też, że dzięki tym umiejętnością Bran podróżuje po Czardrzewach. Czy więc Deathraven mógł zakotwiczyć swoją świadomość i w jakiś sposób być jeszcze przewodnikiem Brana? Nie zdziwiłbym się.

 Inne:
- Brianne i Tormund dostali, jedną króciutką scenę, ale jakże cudowną! Widać, że Rudy ma na nią ochotę.
- męskie przyrodzenie w serialu. Gra o Tron zareagowała krytykę i wyrównuje parytety.
- kolejny wilkor do odstrzału, żegnaj Lato. Został tylko Duch i Nemyria. Szkoda, że śmierci wilkorów nie mają realnego wpływu na opowieść.
- scena ucieczki pod drzewem - ależ świetnie nakręcone, pełne napięcia i emocji.
- uśmiechający się Jon Snow, nowość!
- Brainne wysłana w poselstwie do Riverrum. Wolałbym ja w duecie z Tormundem....
- Mera zabijająca White Walkera, niczym Jon Snow w poprzednim sezonie. Benioff i Weiss chyba bawią się fanowską teorią jakoby byli rodzeństwem.

OCENA 5.5/6

Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D. S03E21 Absolution
Do pewnego stopnia ten odcinek oglądało się z zaciekawieniem. Szczególnie na początku. Dalej był głupkowato naiwny i traktował się zbyt serio, ale wciągnęła mnie akcja i kilka razy się zaskoczyłem. Byłem nawet pod wrażenie jak Brett Dalton poradził sobie grając Hive z usmażonym mózgiem. Lub jak potraktowano wątek z Daisy, bez zbędnego obwiniania. A potem nastał finałowy akt odcinka z żenującą sceną akcji, kolejną niekompetencją SHIELD i Daisy chcącą wrócić do Hive'a. Ostatnio gdy tylko zaczynam ufać serialowi ten szybko sprowadza mnie na ziemię.

OCENA 3.5/6

Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D. S03E22 Ascension
Wiecie jaka jest najlepsza rzecz związana z tymi finałem? Prawie czteromiesięczny spokój z Agentami. To nie był dobry odcinek. Był przeciętny, jak cały sezon. Bez duszy, głupiutki, do bólu patetyczny, przewidywalny i fabularnie niedorozwinięty. I z tym ostatnim mam największy problem. Dobre seriale z dużą obsadą umieją nią żonglować, dać każdemu bohaterowi chwilę, napisać ekscytujące wątki i sprawić, że będę się interesował każdą z postaci. Tutaj tego nie mam. Położona nacisk na Daisy i tylko na nią. Cały finał toczy się wokół niej. Walka z Hivem, poświęcenie Lincolna, cliffhanger. Wszystko dotyczy jej. I złego próbującego swojego szatańskiego planu, co słabo działa. Kilka zdań dla innych to za mało. May, Mack, Fitzsimmons, robili tylko za statystów w teatrzyku. Scenarzyści muszą mocno wziąć się do roboty żeby ten serial stał się odrobinę bardziej interesujący, a niestety nie zapowiada się na to.

Koronnym przykładem nieudolności serialu jest pożegnanie Lincolna z Daisy. Kopia sceny z Captain America; The First Avenger gdy Steve przed poświęceniem rozmawia z Peggy. Tam czuć było dramatyzm i tragedię bohaterów. Tutaj szeptałem by jak najszybciej się skończyło. Zostało to zbytnio przeciągnięte przez co rozmowa stawała się coraz bardziej męcząca i pierwiastek dramatyzmu kompletnie uleciał.

W odcinku w sumie podobały mi się szczegóły. Jak Fitz zabijający człowieka albo absurdalny axeshotgun. I widowiskowa walka Hive z Daisy. Przynajmniej można było popatrzeć na coś dobrze zrobionego.

Cliffhanger mnie kompletnie nie ruszył. Nowy tajemniczy dyrektor (obstawiam May), Culson w terenie polujący na Daisy i pracę nad LMD. Nie powiem żeby te wątki jakoś specjalnie mnie interesowały, a to dobrze nie wróży na przyszłość.

OCENA 3/6

Orphan Black S04E05 Human Raw Material
Mimo, że kolejne odcinki ogląda się bardzo dobrze to muszę się przyczepić. Minęła połowa sezonu i tak na prawdę niewiele się wyjaśniło. Trochę biegania za implantami, nacisk na neolucją i nowy klon. Jak na ten sezon niewiele. Jeszcze jest dużo czasu na poprawę, ale jakoś w to wątpię.

Sam odcinek miał ciekawą konstrukcję. Zwłaszcza w wątku Sarah. Wzięła sobie wolne, postanowiła jeden dzień stwierdzić z córką. Przyjemnie oglądało się jej rodzinne sceny. Tak jak kłótnie z Felixem, daje to serialowi dużo naturalności i ciepła. Poza tym duża ilość Felixa zawsze jest czymś dobrym.

Najwięcej działo się w instytucję Brightborn. Komediowego i dramatycznego. Zawsze jak zjawi się Donny jest okazja do śmiechu. Udawanie klienta z wysokich sfer, niekomfortowe rozmowy z Cosimą i scena masaży z Krystal. Kapitalne! A dla przeciwwagi tęskne spojrzenie na noworodka i odkrycie Cosimy wraz z spotkaniem z Duncan. Nielegalne eksperymenty na płodach i problemy z moralnością. Serial odważnie sobie poczyna pod tym względem.

OCENA 4.5/6

Person of Interest S05E02 SNAFU
Na powrót do normalności i zajmowania się kolejnymi numerami jeszcze przyjdzie czas. Tym razem bohaterowie radzili sobie z Maszyną. Delikatny przeskok w czasie i dalsze przywracanie systemu. I zabawa formą na początku. Niezwykle komediowy segment z Maszyną mylącą twarze swoich agentów gdzie bohaterowie mogli się popisać wcielając w rolę innych aktorów. Co się uśmiałem to moja. Tak samo jak podczas sprawdzanie kolejnych numerów gdy John i Fusco trafiali na martwych lub przedstawienie teatralne. Zabugowana Maszyny na początku sezonu to dobry pomysł na odrobinę świeżości.

Jednak prawdziwym mięskiem w odcinku było podejście do moralności. To byłą historia jak Finch wypowiedział bardzo ważne słowa - biel i czerń nie jest oczywista i czasem trzeba operować w odcieniach szarości by pokonać kogoś jeszcze gorszego. Na początku zabawnie było oglądać Maszynę traktującą swoich agentów jako zagrożenie, które trzeba wyeliminować. A potem było podliczanie tego co zrobili i trudno się nie zgodzić z jej maszynową logiką.

Akcji może było niewiele, ale tępo odcinka w jego segmentach z Maszyną to usprawiedliwiało. Trafiła się jednak długa strzelanina z kobietom mającą zabić Johna. I wyszło na prawdę dobrze. Dużo biegania, trochę żartów i ciekawy punkt zapalny - zabójczyni została wysłana przez Maszynę.

Ten odcinek był też odrobinę sentymentalny, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Powrotu do przeszłości gdy Maszyna pokazywała dobrze znane sceny to jedno. Była też tęsknota za kobietami, które zostały utracone. Finch tęskni za Grace i wydaję mu się, że ją widzi. Root natomiast wyszukuje danych o Shaw. Było też o samotności Johna, który na koniec odcinka wstąpił do policyjnej drużyny gry w kręgle. Każdy z bohaterów coś stracił i tylko Fusco wydaje się być szczęśliwy.

OCENA 5/6

Person of Interest S05E03 Truth Be Told
Odcinek zapowiadał się na powrót do klasycznych spraw. Numer, fałszywa tożsamość i śledztwo. Sprawdzona i satysfakcjonująca formuła z obowiązkowym twistem i chwilą wytchnienia od Samarytanina. Skończyło się na bardzo osobistym odcinku dla Johna, który musiał się skonfrontować ze swoją przeszłością. Było tutaj kilka świetnych scen. Mi się najbardziej spodobała ta gdy wybiela zdrajcę by brat poczuł się lepiej po czym jego przełożony z CIA przyzwala na taką wersję. Potem była jeszcze rozmowa między tą dwójką gdzie John usłyszał, że świat potrzebuje jeszcze takich ludzi jak ona. I zerwał z Iris. Trochę słabo bo bohaterowie potrzebna jest kotwica w życiu. Jednak można zrozumieć jego wybór.

U Fincha i Root spokojnie. Tajemnicza wiadomość od Maszyny i kilka zabawnych scen związanych z kurierską pracą Mrs. Groves. Był też program szpiegowski Samarytanina, ale nic z tego nie wynikło. Na razie powolne rozwijanie dotychczasowych wątków.

OCENA 4.5/6

Person of Interest S05E04 6,741
Co za niesamowity odcinek, który na długo zostanie w mojej pamięci. Zdecydowanie jeden z najlepszych jakie serial zaprezentował. Można powiedzieć, że duchowy spadkobierca If-Then-Else. Znowu fałszywy odcinek tym razem dziejący się w wirtualnej rzeczywistości. Tylko tym razem SI została zaprzęgnięte do tego by człowieka złamać, a nie uratować mu życie. Znowu były też sceny Root/Shaw. Co najważniejsze oglądało się go z niepewnością - czy to co dzieje się na prawdę to rzeczywistość. Serial to sugerował, ale utrzymywał też złudzenie realności. Foreshadowing w przebłyskach Shaw, pośpieszne prowadzenie historii, realizacja fantazji seksualnej, śmierci bohaterów. Powolutku, rzeczywistość stawała się coraz mniej realna, a oglądanie odcinka było coraz bardziej fascynujące. Jakby nie patrzeć to też manifest, swojego rodzaju ostrzeżenie przed VR i możliwością zagubienia się w innym świecie.

Ten odcinek to jednak przede wszystkim pokaz umiejętności aktorski Sarah Shahi. To jak zagrała torturowaną Shaw, jej rozbicie, załamanie, determinację i zdenerwowanie. Oglądanie jej na ekranie było hipnotyczne, nie można było oderwać wzorku. A ostatnia scena gdy na huśtawce, na osobności z Root popełnia samobójstwo by ratować przyjaciół - majstersztyk.

Ja wiem, że to co działo się na ekranie to tylko symulacja, ale wreszcie! Scena seksu Shaw i Root została świetnie nakręcona. Dwie kobiety, które darzą się uczuciem wreszcie to robią. I serial nie byłby sobie gdyby nie wykorzystał tej sceny do czegoś więcej niż spełnienia marzeń fanów. Pokazano, że te dwie kobiety mają silne kobiety, jak obie chciały zdominować partnerkę, gdy pocałunki zamieniały się w zapasy. Świetne.

OCENA 5.5/6

The 100 S03E15 Perverse Instantiation, Part One
To jest ten moment gdy zbiegły się wszystkie wątki. Można było narzekać na wojnę domową w Arkadii, problemy z prowadzeniem Bellamy'ego i Pike'a, śmierć Lexy, irytującego Jaspera, Jahę i Ontari. Można było psioczyć na szybkie prowadzenie wątków i chodzenie na skróty. Denerwował też problem z upływem czasu i geografią serialu. Jednak to wszystko odchodzi chwilowo w niepamięć. Pierwsza część finału sezonu była dla mnie rewelacyjna. Za sprawą skali wydarzeń, ale też dzięki małym scenom i interakcją między postaciami, które były budowane przez cały sezon i serial. A przecież jeszcze druga część, która powinna znowu przedefiniować serial.

Odcinek zaczyna się w momencie gdy bohaterowie zdają sobie sprawę z porażki jaką odnieśli i godzą się z przegraną. Tylko nie Clarke. Chcę coś robić, nie może się poddać, jak sama mówi jest nawet gotowa chodzić od wioski do wioski i szukać Nightblood. na szczęście nic takiego się nie dzieje. Przypadkowo (denerwujące pójście na łatwiznę) wpada na Roana i dość szybko namawia go do współpracy. Zawsze dobrze jest widzieć charyzmatycznego aktora. Wcześniej jednak chwila sam na sam z Lexą. Jej śmierć wciąż rzuca cień na Clarke. Nie podobała mi się tylko jedna rzecz w tej scenie - Clarke jest ratowana przez Roana, który potem ją łapie. Rozumiem rozkojarzenie, ale za łatwo to przyszło.

Obowiązkowa wizyta w Arkadii przed wyruszeniem w ostatnią misję miała bardzo ciepłą scenę. Ten moment gdy bohaterowie się żegnają, moment pokazujący czym jest prawdziwa rodzina, jak bardzo im na sobie zależy. Było też ostrożne planowanie i umiarkowany optymizm. I jeden z wielu szokujących momentów - widok A.L.I.E. rodzący pytanie - kto jest zaczipowany, czy ktoś kto został czy wyruszył na misję. Dobrze rzucony element podbudowujący napięcie. Każący kwestionować działanie bohaterów.

Na szczęście dość szybko został to rozwiązane. Padło na Jaspera, który dźgnął Monthy'ego by przeszkodzić w budowaniu Machiny na A.L.I.E. I można to łatwo zrozumieć. Jasper był świadkiem śmierci kolejnych bliskich osób, nie radził sobie z tym. Pierw szukał ucieczki w alkoholu, a teraz znalazł coś mocniejszego. Śmierć kobiety od Luny go załamała. Miał już dość i się poddał. Może i zdradził przyjaciół, ale można go zrozumieć. Nie tortury, które przeszedł, a to co go wcześniej spotkało. I nieustanną śmierć, która ich otacza.

Zaczipowanie Jaspera to też kolejny sposób na podbicie stawki i wprowadzenie napięcia w wątku równoległym do głównych wydarzeń. Czy uda mu się przeszkodzić bohaterom? Czy stanie mu się krzywda? Czy zrobi krzywdę Harper? Czy Monthy został poważnie ranny? To zadziałało. Trochę gorzej wypadł jako salony prześladowca czający się za zamkniętymi drzwiami. Było to lekko zbyt przerysowane, ale miało też swój specyficzny urok.

Wracając do głównych wydarzeń. Plan nie idzie po myśli bohaterów, suprise, suprsise. Roan prawdopodobnie ginie z ręki Kane'a (NIE!), a Clarke zostaje schwytana przez Jahę. I tutaj początkowo sprawy obierają spodziewany obrót Clarke jest torturowany by podać hasło do Ducha, nie przynosi to rezultatów więc A.L.I.E. postanawia skrzywdzić jej matkę. Spodziewany schemat, który wykorzystany trzeci raz. Na Abby i Kane'a podziałało idealnie. Natomiast Clarke nie dała się złamać. Była gotowa poświęcić własną matkę wiedząc, że na szali znajdują się losy świata. Znowu była zdolna do czegoś niewyobrażalnego dla większego dobra. Tym razem nie chodziło o ludobójstwo, a pozwolenia na śmierć kogoś bliskiego, co było jeszcze bardziej personalne. I niby męczyły ją wyrzuty sumienia to wciąż jest w stanie walczyć, nie złamała się jak Jasper tylko desperacko dąży do wykonania swojej misji. Prawdziwa heroina.

A skoro o herosach mowa. John Murphy! To jest mój bohater i nic tego nie zmieni. Nawet jego własne słowa "After this, doing the right thing can kiss my ass.". Udało mu się namówić Indrę i Pike'a do wspólnej walki (ta reakcję Olivii!), teraz uratować Bellamy'ego i resztę i można powiedzieć, że udał się na samobójczą misję do komnaty tronowej. Jasne robi to dla Emori, ale nie umniejsza to jego heroizmu.

Ten odcinek to też akcja. Gdy Clarke jest torturowany ochraniająca grupka próbuje ją odbić. I te sceny były bardzo dobrze wyreżyserowane. Walka, reakcja Bellamy'ego by nie zabijać innych, desperacka próba wciągania windy i kolejna walka. I takie drobne scenki jak Miller ze swoim chłopakiem mówiący o przyszłości z kamerą skierowaną na Olivię cierpiącą jeszcze po Lincolnie. Czy Bellamy strzelający komus prosto w głowę by uratować Murpy'ego. Albo spojrzenia nienawiści na Pike'a.

Odcinek nie mógł się skończyć optymistycznie i musiał zostawić jakiś wielki cliffhanger. Padło na poświęcenie Ontari i Jaha rozwalającego jej głowę. Kolejna ostatnia nadzieja w walce z A.L.I.E., jeszcze moment złudzeń gdy żyję i śmierć mózgu. Pogrzebanie wszystkich starań, wszystko na nic. Nie chciałbym żeby teraz cudownie zjawiła się Luna i uratowała dzień. Może transfuzja czarnej krwi dla Clarke i wsadzenie jej ducha? Poświęcenia dla dobra ogółu i happy end z Lexą? Na pewno nie będzie to oczywiste rozwiązanie z konsekwencjami dla bohaterów.

Odcinek oglądało się świetnie, ale zdaję sobie sprawę z jego wad. Czy może raczej niespełnionych oczekiwań. W zeszłym roku udało się stworzyć dwuznacznie moralny konflikt. W tym przeciwnik jest jedno wymiarowy. Moralność polega głównie na trudnych sojuszach, walka nie jest do końca kwestionowana. Brakuje mi tutaj więcej motywacji dla A.L.I.E., jej rozmów z kimś poza kultystami. Moralnego punktu widzenia maszyny mającej ocalić świat. Z początku wierzyłem w jej misję i szczere intencję, ale teraz jest złą AI pragnącą wygrać. Brakuje jej przeciwwagi.

Inne:
- litania nazwisk bohaterów i sposób w jaki zginęli w wykonaniu Jaspera. Cóż za świetny moment!
-odcinek bez taniej i szokującej śmierci, dobrze. Bo Roan MUSI żyć, a Indra i Kane nie mogli zginąć w ten sposób. A Abby się upiekło, szczęściara. 
- Indra ratującego przed eksplozją Kane! Ależ to był naturalny i świetny moment. Lubię takie sceny, które wynikają z konsekwentnego prowadzenia postaci.

OCENA 5/6

The 100 S03E16 Perverse Instantiation, Part Two
Bałem się tego finału. Pierw żyłem w strachu przed spoilerami, choćby najdrobniejsza informacja mogłaby mi zepsuć seans. Plan udało się wykonać w 100%, nie natknąłem się nawet na drobną sugestię co się stało. Gdy już odpaliłem odcinek byłem pełen wątpliwości czy uda się zakończyć z hukiem odrobinę problematyczny sezon.

Głupi ja, już dawno powinienem zaufać serialowi. To było bardzo satysfakcjonujące 40 minut, dające to co najlepsze w The 100. Postacie mogły zabłyszczeć, echa dawnych wydarzeń dały o sobie znać, intensywne sceny były przeplatane spokojniejszymi i emocjonalnie ważnymi dla bohaterów. Udało się nawet wcisnąć w to obowiązkowy dylemat moralny, który spowodował kwestionowanie wyborów Clarke. Za to pokochałem serial i z tych samych powodów z utęsknieniem czekam na jego powrót. Trzymam też kciuki żeby Jason Rothenberg wyciągał wnioski z krytyki.

Nie było wielką niespodzianką, że to Clarke uratowała dzień. Może i jej droga w tym sezonie była wyboista i pełna scenopisarskich problemów to w końcu ona jest główną heroiną serialu. Akceptuje ten wybór. Poza tym, kozacko wyglądało siedząc na tronie Grounders. To, że wczepiła sobie Flame też nie było wielkim zaskoczeniem, ale sposób w jaki to wykonała już tak. Przetłaczając sobie krew Ontari. Mount Weather style. Bardzo ładne odwołanie do poprzedniego sezonu, pokazujące jak cienka jest granica między bohaterami i złoczyńcami, jak daleko można się posunąć by wygrać.

Wszczepienie Ducha przez Clarke pozwoliło udać się jej do matrixa. Co za piękne widoki w City of Light i niezwykle intensywne sceny. Pierw widok miasta z dramatyczną muzyką podkreślającą zagrożenie. Dynamiczna kamera, chłód bijący od budynków, drzewa pozbawione roślinności, przytłaczająca architektura i zagubiona Clarke. Czuć było grozę tego miejsca. A potem szczęśliwi ludzie i Jasper jedzący lody dla kontrastu. Byłem zachwycony oglądając podróż Clarke. Zwłaszcza jak pojawiały się umiejętnie wplecione symbole nieskończoności, które miały ją pokierować do wyłącznika.

Wizyta w Mieście Światła to też powrót Lexy. Hurra! Ale chemia między aktorkami i wielka szkoda, że to prawdopodobnie jej ostatnia wizyta w serialu. Tęsknię za nią, ale ten krótki powrót był dzięki temu jeszcze lepszy. Wcześniej zginęła przypadkową śmiercią, teraz można byłą ją pokazać jako wojownika. Szkoda tylko, że tak mało dostała rozmów z Clarke.

Zastanawiałem się jaki będzie twist w finale. Musiał być. Od zawsze było wiadomo, że A.L.I.E. chroni ludzkość. Nie jest stereotypowym AI chcącym wybić populację. I niestety popełniono ten sam błąd co z Pike'em. Za późno nadano jej głębię, za długo trzymano ją w tajemnicy, powinno być więcej sugestii, że ona ma rację. Ale może wtedy finałowa konfrontacja nie miałaby takiej siły? Clarke dotarła do wyłącznika (wirtualna stacja kosmiczna!) gdzie dowiedziała się strasznej prawdy i stanęła przed kolejnym trudnym wyborem. Na całym świecie topią się rdzenie w elektrowniach atomowych i za pół roku 96% powierzchni Ziemi będzie niezdatna do zamieszkania. A.L.I.E. dokonuje transferu ludzkiej świadomości do Miasta by zachować w najlepszy według niej sposób ludzkość. Clarke musi zdecydować czy zamknąć Miasto i ocalić ludzi czy zginąć za pół roku. Jasne, wybór był oczywisty, ale kolejny raz trudny. Eliza Taylor świetnie zagrała niezdecydowanie i negocjację z A.L.I.E. Szukała innego wyjścia i się nie udało. Zrobiła co trzeba i prawdopodobnie skazała ludzkość na zagładę. Ale jak to powiedziała - "We figure something out. We always do". Zawsze jest jakieś wyjście, trzeba je tylko znaleźć.

Ten odcinek to nie tylko trudna decyzja Clarke, ale też świetne momenty u innych bohaterów. Murphy dosłownie pompujący serce Ontari był przysłowiową wisienką na torcie. Dla mnie najciekawsza była historia Octavii. Przysięgła zemstę i była nawet skłonna poświęcić walkę z A.L.I.E. by jej dokonać. Atakuje Pike'a i pozwala mu zginąć, ale w ostatniej chwili ratuje go Bellamy. Potem jest miejsce by Pike mógł odpokutować część grzechów w walce. Nawet ratuje życie Octavii. I co się dzieje? Ona i tak go zabija. Bezlitośnie, gdy jest miejsce na świętowanie wiktorii wbija mu miecz w brzuch. Blood must have blood. A ja głupi oczekiwałem szczęśliwego zakończenia.

Inne:
- rozmowa Clarke z matką po jej uratowaniu. Ale świetna chemia między aktorkami i te emocję!
- wspinająca się armia na szczyt wieży! Piękne widoki.
- poza Pike'em nikt ważny nie zginął. Nawet Harper nic się nie stało. Dobrze.
- poczwórne zabójstwa Lexy! Tak się wprowadza bohaterów na scenę!
- "The goal isn't everything, A.L.I.E.. How you reach the goal matters, too. I'm sorry that I didn't teach you that." Clarke by się nie zgodziła.
- "You don't ease pain. You overcome it and we will." i potem to zdziwienie na twarzy A.L.I.E.!
- "Human beings are the only species that act against their own self-interest. We torture each other. We fight, hurt each other, break each other's hearts. None of that exists here. A.L.I.E. is protecting us from ourselves."Dokładnie tak jak mówi.

OCENA 5.5/6

The Flash S02E22 Invincible
Tydzień temu chwaliłem, dzisiaj będę w większości narzekał. Ogólnie sezon przyzwyczaił mnie do słabszych odcinków, ale biorąc pod uwagę kontrast z poprzednim taki spadek formy boli tym bardziej. Już sam zarys fabularny mi się nie podoba - armia metaludzi atakująca miasto i heroizm w obywatelach. Przecież to dosłowna zrzynka z Uprasing z Arrow. Sprawę trochę ratuję Black Siren (nie sądziłem, że będę się tak cieszył z wizyty Katie Cassidy), tajemniczy plan Zooma, wizję Cisco i trauma Catlin. Niestety to tylko momenty.

Najbardziej męczy Barry. Pomyślałby, że wizyta w Speed Force będzie miała na niego pozytywny wpływ. Zamiast tego chodził nabuzowany endorfinami i wierzył w pomyślności misji. Bo moc mu tak powiedziała. Na szczęście reszta bohaterów patrzyła na niego z odrobinę politowania, ale to ona napędza serial i oglądanie go w takiej formie mnie wymęczyło. Scenarzyści mają problem z znalezieniem złotego środka. Albo zbyt mrocznie albo to.

Jednak najbardziej przeszkadzał Wally. Bez mocy wyszedł na miasto walczyć z metami. Oj, jak oglądanie jego działań męczyło. I ta płytka motywacja - chcę być bohaterom ponieważ zostałem uratowany przez Flasha. Fajnie, że postać ewoluuję, ale niech to nie będzie w tak drętwy sposób. Więcej wiarygodności by nie zaszkodziło. I niech przestaną go parować z Jesse. Między nimi nie ma WCALE chemii. A ona niech korzysta więcej ze swojego intelektu, a nie będzie ozdobą tła.

Ogromnie przeszkadza mi też końcówka. Śmierć Henryego jest zupełnie niepotrzebna i będzie prowadziła do jeszcze większego angstu u bohatera. I jak można było przywracać postać tylko po to by ją zabić? Przecież wiemy, że Zoom jest niebezpieczny, nie potrzebne są kolejne ofiary, a zniszczenie Earth-2 odpowiednio podbiło stawkę na finał. Nie kupuje też psychopatycznych motywacji Zooma, który chcę by Barry był taki jak on.

OCENA 3.5/6