Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Star Trek: Discovery. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Star Trek: Discovery. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 listopada 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #257 [13.11.2017 - 19.11.2017]

SPOILERY

GLOW S01E05 Debbie Does Something
Nie dość, że najzabawniejszy odcinek to jeszcze pokazali całkiem efektowne przedstawienie wrestlingowe. Wciągnąłem się, pośmiałem i lepiej poznałem niektóre bohaterki. Ruth wreszcie odnalazła swoje powołanie i będzie radzieckim stereotypem. To pasuje, zwłaszcza, ze Debbie to ucieleśnienie Ameryki. Konflikt osobisty i światopoglądowy z wrestlingiem w tle. Kupuje! I cieszy mnie większa ilość scen między tą dwójką. Na przyjaźń nie liczę, ale na ciekawe relację jak najbardziej.

Inne:
- Ruth dała czadu na imprezie sponsorowanej gdy pierwszy raz wcieliła się w swoją bohaterkę. I ten zachwyt Sama.
- Debbie wreszcie zrozumiała czym jest wrestling. To telenowele gdzie się biją. I jak się zajarała!
- świetne pojedyncze scenki z innymi dziewczynami. Od kupowania pizzy i nieumiejętną próbę podrywu po głupie telefony do koleżanek.

OCENA 5/6  
 
GLOW S01E06 This Is One of Those Moments
Czasem sam nie wiem czy lubię te bohaterki czy nie. Ale to chyba dobrze, pokazuje jak bardzo złożone to postacie. Chwiejne nastroje Ruth i jej niezdecydowanie mnie denerwują przy czym jest zabawna jako złoczyńca i kibicuje jej w karierze. Debbie gwiazdorzy i czasami jest nie do zniesienia przy czym można ją zrozumieć po tym jak jej życie wywróciło się do góry nogami. Justin, Melrose, Cheryll, wszystkie mają jakieś wady, ale i mnóstwo zalet. I dlatego są tak fascynujące na ekranie.

Sam odcinek miał kilka niezłych scen, szczególnie tych na sali treningowej. Uwielbiam jak dziewczyny są w dużej grupie, ćwiczą i rozmawiają. Widać też, że nauka nie idzie na marne i zbliża się ich pierwszy publiczny występ, którego jestem bardzo ciekaw. To może być wielki niewypał. Chociaż kto wie, oglądanie ich na ringu jest na razie absurdalne, ale nie bez przyczyny GLOW odniosło sukces w latach '80.

OCENA 4.5/6 

Mindhunter S01E01 Episode 1
Stranger Things nadrobiono więc można się zabrać za kolejny Netflixowy serial. I czy na prawdę muszę zaczynać od tego jak jest dobrze? Przecież to wiadomo od kiedy David Fincher był łączony z projektem. Do tego początki behawiorystyki kryminalnej i seryjni mordercy. Przecież to samograj. W przeważającej mierze jest to odcinek o rozmawianiu. O mordercach, o nowych sposobach nauki, o tym, że świat jest be i nikt go nie rozumie. Ogląda się to lepiej niż niejeden film akcji, ani chwili na nudę. Bohaterowie są wyraziści, mają wady i zalety, szybko można ich poznać by potem zagłębiać się w nim coraz bardziej. Do tego serial jest piękny. Wiadomo, Fincher. Niesamowite kadrowanie i dbałość o detale to jego znaki firmowe. Jaka szkoda, że Netflix nie posiada przycisku odpowiedzialnego za robienie screenów.

OCENA 5.5/6 

Revolution S01E12 Ghosts
Zaczynam się przyzwyczajać do powtórek podczas losowania, w końcu od pierwszego minęło ponad pół roku. Tym razem ponownie padło na Revolution. Trochę się skrzywiłem na myśl powrotu do tego serialu. Jednak rzeczywistość nie okazała się taka tragiczna i odcinek oglądało się z umiarkowanym zadowoleniem. Była to prosta historia wykorzystująca wielokrotnie przerabiane tropy nie robiąc z nimi niczego nowego. Mimo to wciągnąłem się. Wyprawa Milesa po starego buntownika czy napięcie między córką i matką po śmierci Danny'ego. I tylko szkoda nagromadzenia tych głupotek. No nic, może następny odcinek będzie lepszy. Nawet jestem ciekaw kontynuacji.

Inne:
- Charlie pierwszy raz korzysta z karabinu i prawie ma auto aim, okropnie to wyglądało.
- żołnierze Monroe to patałachy, grupa przedszkolaków lepiej by przeszukała szkołę z ukrywającymi się buntownikami.
- za wyłączenie prądu jest odpowiedzialny rząd USA, brak zaskoczenia.
- szkoda, że ten serial nie jest czymś bardziej ambitnym i nie bawi się w tworzenie szalonych historii. Przecież taki atak na USA pod wodzą warlorda z Europy dodałby tu sporo kolorytu.

OCENA 4/6

Riverdale S02E06 Chapter Nineteen: Death Proof
Riverdale pod wieloma względami jest naiwne. Taka konwencja, albo akceptujesz uliczny wyścig jako sposób walki gangów o terytorium albo pukasz się w czoło i oglądasz coś co jest miksem komiksu i teen dramy. Ja zostaje, zapinam pasy i wraz z Jugheadem i Archiem biorę udział w wyścigu chcąc więcej i to jak najszybciej.

Postacie są tutaj jak ogry, mają warstwy. Mimo mocnego zakotwiczenia w stereotypach intensywnie się z nich wyłamują i tworzą oryginalną mieszankę. Tutaj mógłbym kolejny raz ułożyć pieśń pochwalną w kierunku Betty. Dziewczyna z sąsiedztwa, pierw szantażowana przez Black Hooda wydaje mu wojnę po tym jak pomaga swojemu chłopakowi ustawiać auto przed wyścigiem. Jak tu nie pałać do niej sympatią? Nie da się. Przeszła długą drogę, a za kolejnym zakrętem następne przygody.

O ile główny motyw odcinka średnio mnie interesował - poszukiwania Sugarmana, tak wątki obyczajowe i rozpisanie napięcia w odcinku to mistrzostwo. Piątka bohaterów z ważnymi wątkami i dużo wspólnych scen, czego ostatnio mi brakowało. Archie dalej jest naiwny, V i Cheryll łącza siły, a Jughead walczy z narkotykami w szkole. Mocny akcent społeczny, umiejętnie poruszony problem napaści seksualnych i nierówności społecznych. Zadziwiające jaki ten serial jest mądry i dojrzały.

Inne:
- Toni jest lesbijką, a Jughead i Betty do siebie wrócili. Szybko i bezboleśnie. Daję okejkę.
- hmmm a może szeryf Keller jest Black Hoodem? Musi to być ktoś znany dla bohaterów, a Hiriam byłby zbyt oczywistym wyborem.
- Hiriam i Hermione grają w szachy, patrzcie jacy oni mądrzy i przebiegli!

OCENA 5/6

Star Trek: Discovery S01E09 Into the Forest I Go
Wraz z śródsezonowym finałem stwierdzam, że to jednak jest dobry serial. Miał dużo kłopotów, szczególnie na początku, ale udało mu się stworzyć własną tożsamość i zaciekawić bohaterami. Warto było czekać. Nawet będę tęsknił przez te dwa miesiące czego jeszcze kilka odcinków temu był nie napisał.

Ten odcinek był naładowany akcją, miał kilka dylematów moralnych, działania kapitana które można było kwestionować, odrobinę humoru, zwroty akcji i rozwój bohaterów. Dużo tego. Najdziwniejsze, że pozamykał niektóre wątki. Wykradziono technologię maskowania oraz zniszczono Statek Umarłych. Więc antagonista serialu już teraz mówi papa co jest trochę śmieszne na to ile czasu mu poświęcono. Otworzono też nowe, ale spodziewane wątki. Stames przenosi Discovery w nieznane miejsce i prawdopodobnie czas. Czyżby kolejne rozdanie dla serialu?

Kolejną zadziwiające rzeczą jest dla mnie jak bardzo serial idzie w portretowanie bohaterów. Nie szczędzi im cierpień. Molestowany Ash, Michael wciąż z swoją traumą po stracie przyjaciółki i zhańbieniu imienia, Stames i jego poświęcenia, Lorka z swoją dwuznacznością. Kto by się spodziewał jeszcze na początku, że tyle uda się z nich wykrzesać. Teraz ciężko mi  znaleźć swojego ulubieńca i sceny z każdym z nich oglądam z niemałym zainteresowaniem.

OCENA 5/6

Stranger Things S02E09 Chapter Nine: The Gate
Jestem z siebie dumny. Udało mi się ukończyć Stranger Things w ponad dwa tygodnie zamiast usiąść w niedziele na kacu i pochłonąć całość za jednym razem. Byłoby to czymś zupełnie normalnym. Netflix ma w zwyczaju robić seriale z okropnymi cliffhangerami, które wręcz każą włączać kolejne odcinku. Było ciężko, ale udało mi się oprzeć. Dodatkowy benefit to minimalnie mniejsza przerwa w oczekiwaniu na kolejny sezon. Czy raczej kolejną część, jakoś serialowa nomenklatura nie pasuje mi do Stranger Things

Jednak miało być o finale, a nie moich osobistych osiągnięciach. Kurde jeżu, ależ to było dobre! Czterdzieści pięć minut opowieści nie tyle trzymającej w napięciu co przykuwającej do krzesła kilkutonowymi łańcuchami. Boisz się mrugać by przeoczyć jak najmniejszą liczę klatek i oglądasz to na bezdechu dotleniając się jedynie w momentach jakże potrzebnego humoru. Bracie Duffer już kilkakrotnie łączyli swoją świętą trójcę akcji-humoru-dramatu w idealną mieszankę. Teraz trafili na kamień filozoficzny. Żonglując wątkami stworzyli mały majstersztyk w swojej klasie.

 Cieszyłem się z połączenia sił bohaterów i trochę przykro mi się patrzyło gdy się rozdzielali. Zagrało to jednak na korzyść. Trzy mocarne wątki. Niczym kino nowej przygody skrzyżowane z Alien, horrorowe egzorcyzmy i niemalże mistyczna walka z nieokreślonym bytem. Pośmiałem się z chłopakami przedzierając tunelami pod Hawkins, wzruszałem gdy Winona przeżywała cierpienia swojego serialowego syna i gdybym nie był takim twardzielem to uroniłbym łezkę podczas pojednania Hoppera z Jedenastką.

Ten odcinek był też zwieńczeniem tegorocznego dojrzewania. Dzieciaki poznały w zeszłym sezonie siłę przyjaźni i brutalność świata, teraz postanowiły kolejny krok na drodze do dorosłości. Pokazano, że potwory to nie jedyne zło które się na nich czai, równie źli są ludzie. Zszokowani oglądali eksplozję przemocy Billa wobec Steva. Poznali też tą lepszą stronę życia. Miłostki Mike czy Lucasa i Max mają w sobie dużo młodzieńczej niewinności. Czyli w S03 czas poznać smak złamanego serca.

O ile trochę mnie smuci brak potężnego cliffhangera tak podoba mi się optymistyczny epilog. Miesiąc później wszyscy zdrowi bawią się na imprezie szkolnej. Tylko dorośli martwią się przyszłość, dzieci korzystają z życia i nie przejmują przyszłością. Zło wciąż tam jest, ale to problem na przyszły rok.

To był bardzo dobry sezon, ale poczytuje go jako krok wstecz względem debiutu. Za mało było wspólnych scen dla wszystkich dzieciaków, mało fabularnego mięska i niektóre wątki zupełnie niepotrzebne. Dużo tutaj niespełnionych obietnic. Jak choćby monstrualne zło okazało się mało strasznym przeciwnikiem. Mimo to esencja pozostała. Niesamowity klimat, świetnie to wygląda i bohaterowie, których ciężko nie lubić. Czekam na więcej.

Inne:
- jak ja się ciesze, że nikt nie zginął. Dawno nie martwiłem się tak o moich bohaterów jak podczas punktów kulminacyjnych kolejnych wątków.
- pierw pokażemy jaki Bill jest czarujący i szarmancki, a potem zrobiły z niego skurwysyna. Nie ma to jak pobawić się emocjami widza.
- nawet Dart dostał zwieńczenie swojego wątku. Miło.
- Steve przyznający się, że jest dobrą opiekunką do dzieci. I ta ostatnia scena z Dustinem <3

OCENA 5.5/6
OCENA SEZONU 5/6
 
The Deuce S01E01 Pilot 
Dziwnie się złożyło, że ostatnio oglądam seriale historyczne. GLOW, Stranger Things, Mindhunter i teraz The Deuce. Jeszcze dziwniejsze, że wszystkie trzymają niesamowicie wysoki poziom. Za to nie dziwi, że najlepsze jest nowe dzieło Davida Simona. Niczym w The Wire kreuje namacalny świat z żywymi bohaterami, tym razem początków branży porno w Nowym Jorku. Mimo 1,5h odcinek nie nudził ani przez chwilę. Solidnie przedstawił swoich bohaterów i wrzucił w klimat. Ferajna jest zróżnicowana, od prostytutek i alfonsów po feministki i nieudaczników życiowych. Z reporterską precyzją opowiadane są epizody z ich życia oraz historia miasta. Właśnie miasto, to kolejny bohater. Brudne i obleśne zachwyca swoim wdziękiem. Całość podkreślona przez niesamowitą reżyserię Michelle MacLaren. Nie raz zachwyciłem się przepięknymi kadrami i sprawnością snutej historii. Na pewno będę jej kibicował na rozdaniu Złotych Globów. Nominacja to pewniak.

OCENA 5.5/6

poniedziałek, 13 listopada 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #256 [06.11.2017 - 12.11.2017]

SPOILERY

GLOW S01E02 Slouch. Submit.
Zgodnie z przewidywaniami serial bardzo szybko się rozkręca i wychodzi poza dwie bohaterki będące początkowo jego siłą napędową. Powiedziałbym nawet, że gdyby nie scena kulminacyjna to nie one odrywały najważniejszą rolę. Świetnie przedstawiono historię Cherry. Pokazano silną kobietę po poronieniu, aktorka zagrała wewnętrzną walkę, a scenariusz dał jeszcze woltę na końcu podkreślająca cały dramatyzm. Było też więcej śmiechu niż ostatnio. Czasem niesmacznego, ale to celowe. Podkreślenie zawiści między bohaterkami, pierwszych konfliktów oraz zaakcentowanie jak bardzo to toksyczne środowisko. Fantastyczna była końcówka. Wielka improwizacja Sama i pomiatanie Ruth by wkupić się w łaski Debbie. Świetnie rozpisane i wielowarstwowe opowiadające o trzech bohaterkach, ale i całym środowisku. Ogólnie jestem dobrej myśli i widzę tutaj coś więcej niż kolorową komedię z wrestlingiem.

Inne:
- nieporadna Ruth będzie złoczyńcą opowieści. Tak! Jak powiedział Sam, to złoczyńcy mają najlepsze teksty.

OCENA 4.5/6

GLOW S01E03 The Wrath of Kuntar
To było świetne. Tak zwyczajnie i bez większych wstępów. Znaleziono perfekcyjny balans między dramatem, humor i prezentacją bohaterek. Znowu obnażono seksizm branży filmowej w bezczelny sposób, ale też zabawiono się motywem seksistowskiego reżysera wierzącego w swój feminizm. Świetne dialogi, aż się od nich iskrzyło. Była też impreza gdzie dziewczyny mogły być tym kim chcą, a ostatecznie stanęło na stereotypach. Było rozwijanie relacji w grupie. Był też absurd goniący absurd. Wciąż tylko brakuje mi lepszego zarysowania charakterów bohaterek.

OCENA 5/6

GLOW S01E04 The Dusty Spur
Powoli dochodzę do wniosku, że wystarczy zamknąć główne bohaterki w jednym pomieszczeniu i pozwolić im rozmawiać. Tyle wystarczy by odcinek wyszedł co najmniej bardzo dobry. Dlatego ciesze się, że GLOW trzyma postaci w kupie. Mało jest scen gdy są pozostawione same sobie, a jak już są to ważne - konfrontacja Debbie z mężem czy wstęp z Wilczycą. Mimo nagromadzenia bohaterek na ekranie nie brakuje tutaj wątków osobistych. Poszukiwania własnej tożsamości, emancypacji czy wyrwania spod jarzma własnego ojca. Wszystko w kiczowatej konwencji. Dramat i komedia w doskonałych proporcjach.

Zakochałem się w ostatniej scenie i symbolicznym obrazku. Debbie i Ruth nieświadome swojej obecności zasypiają na leżakach rozdzielone basenem. Debbie się orientuje z obecności swojej nemezis, ale daje jej spokój i idzie spać. Symboliczne zawieszenie broni i pokazanie różnic je dzielących bez wypowiadania słów.

OCENA 5/6

Riverdale S02E05 Chapter Eighteen: When a Stranger Calls
Nie raz pisałem jak dobre jest Riverdale w tym sezonie. Nie przeszkodzi mi napisać jeszcze raz. Jest bardzo dobre, wręcz wyśmienite. Wystarczy tylko zaakceptować przerysowaną stylistykę i można chłonąć historię z życia bohaterów.

Niedoceniana na początku sezonu Betty dostaje własny wątek. I jest on zabójczy. Dosłownie, he he. Biedaczka jest szantażowana emocjonalnie przez zabójcę. Black Hood mówi o więzi ich łączącej, chęci oczyszczenia miasta z zła i pastwi się nad panną Cooper. Każe jej zerwać stosunki z sodomitami, wejść w konflikt z matką i zaprasza ją na schadzkę zmuszając do założenia maski mordercy. Świetnie rozpisany wątek, który wbrew moim obawą Lili Reinhart udźwignęła. A przecież był jeszcze cliffhanger. W zamian za życie Archiego musi wskazać osobę która ma zginąć. Trzeba im przyznać, że umieją w cliffhangery.

Robienie rzeczy, których się nie chcę było spoiwem tego odcinka i w pewien sposób spotkało wszystkich młodych bohaterów. Veronica by zaimponować ojcu musiała zbliżyć się do Nicka i zaakceptować jego molestowanie. W obawie przed konsekwencjami i reakcją tatusia postanowiła to ukryć. Kolejny świetny komentarz do współczesnej sytuacji społecznej. Efekt? Drapieżnik miał kolejną szansę, tym razem by zgwałcić Cheryll. Całość skończyła się mocno feministycznym wydźwiękiem gdzie Pussycats dokonują małego rewanżu. W kobietach siła, chcę nam powiedzieć serial.

Jughead wbrew sobie i zgodnie z oczekiwaniami zostaje wężem. Konflikt wewnętrzny, oddalanie się od starych przyjaciół i idealistyczna chęć naprawy świata w czasach prób inicjacyjnych. Dużo tego, ale bez uczucia przytłaczania. Trochę campu, sporo dramatów i pierwszy poważny zgrzyt z soap opery - zapowiedź romansu z Toni. Ech, nie tak prostackiego prowadzenia fabuły po Riverdale oczekiwałem.

Podczas gdy pierwsze odcinki sezonu należały do Archiego tak teraz został odsunięty na boczny tor. Grał głównie zazdrosnego chłopaka, ale dobrze rozpisanego przez co nie irytującego, jak często te role mają w zwyczaju. Był też przyjacielem Betty. Wspierającym i dającym rady prosto z swojego naiwnego serca. Miał też świetną scenę z Jugheadem. Na quescie od Betty musiał mu przekazać, że zrywają. Znowu czyny popełniane z wielką niechęcią i koniecznością wobec większego dobra. Niby romans, ale jaka dawka emocji. Kupuję to.

Nie jesteśmy ani trochę bliżej poznania tożsamości Black Hooda i wcale mi to nie przeszkadza. Jest na to cały sezon i nie jest to wcale najważniejsze. Najbardziej prawdopodobny wydaje się Hiriam. Zna Archiego i Cooperów oraz najwięcej na tym zyskuje. Tylko takie bezpośrednie narażanie się nie wygląda jak jego styl. Na pewno próbuje wykorzystać sytuację co mu się udaje. A może Zamaskowanych morderców jest dwóch? Taki Krzykowy twist. Pasowałby biorąc pod uwagę dwa charaktery pisma.

Inne:
- nie dziwi mnie Alice Cooper jako były Wąż, chyba nawet sygnalizowano to w zeszłym sezonie. Natomiast zrobienie się na bóstwo i zaakceptowanie swojej przeszłości głośno to manifestując tak bardzo w jej stylu.
- wspominanie burzliwej przeszłości Veroniki wygląd jak set up pod jakiś zwrot akcji związany z jej życiem w Nowym Jorku. Narkotyki i ostre imprezowanie, coś w tym musi być.  
- syn Alicji z The Good Wife, to miło niespodzianka. Albo nie miła, zależy jak na to patrzeć.

OCENA 5.5/6

Star Trek: Discovery S01E08 Si Vis Pacem, Para Bellum
Chciałbym napisać, że odcinek jakościowo był porównywalny do poprzedniego. Nawet próbował klasycznego motywu z pierwszym kontaktem i grupką niehumanoidalnych bytów żyjących w absolutnej harmonii. Z początku ciekawił koncepcją tajemniczych obcych i problemem do rozwiązania. Z czasem fabuła się za bardzo rozmyła. Za dużo odrębnych wątków przez co żaden z nich nie był dobrze prowadzony. Najciekawiej wypadła misja odkrywcza. Znowu była współpraca w drużynie i zaciskania więzi więc bardzo szkoda, że skończyło się sztucznym konfliktem.

Gorzej było na statku. Pierw zaczęło się od mało ekscytującej bitwy kosmicznej. Sztuką jest by przy takim budżecie polec na takim elemencie. Potem były problemy Stamesa i pomoc Tilly by zakończyć cliffhangerem z spotkaniem z Klingonami. Bardzo mało. To trochę boli. Serial kreuje ciekawe wątki, rozpoczyna je i potem nic z nimi nie robi.

Niestety po odcinku przerwy wróciły Klingony. Nie znoszę scen z ich udziałem. Brakuje mi tu wyrazistych postaci. Czy to tragicznego bohatera czy przerażającego antagonisty. Wygląda to trochę kabaretowo. A ja cierpię oglądając kolejne sceny, które mogłyby być spożytkowane na załogę Discovery. I chyba więc czemu mam do tego awersję. Nie interesuje mnie wojna w tym serialu. Nie obchodzi kto wygra i w jaki sposób. Wolę przygodę i bohaterów, a nie kosmiczny konflikt którego wynik jest z góry przesądzony. 

Inne:
- idę o zakład, że w związku z "chorobą" Stamesa Discovery prędzej czy później skoczy w czasie. Prawdopodobnie nawet już doświadcza nakładanie się różnych linii czasowych. Nie bez powodu nazwałby Tilly kapitanem.
- czy admirał Cornwell wróciła tylko po to by zginąć i służyć za nudny element ekspozycyjny dla Dennas? Bez sensu.

OCENA 4/6

Stranger Things S02E05 Chapter Five: Dig Dug
Póki nie zrozumiałem jednej rzeczy przez pewien czasem miałem problem z Stranger Things. Tego serialu nie można pojmować jako serial właśnie, a raczej 9 godzinny film. Nie lubię tego określenia, ale w tym przypadku to prawda. Nie można odróżnić kolejnych epizodów, a wszystkie zlewają się w całość. Nawet nie ma klasycznej konstrukcji trój, lub pięcio aktowej. To jest długa opowieść stawiająca na budowanie klimatu. Brakuje rozwoju postaci czy zamknięcia pewnych etapów po napisach końcowych. To opowieść która trwa do samego finału. Jeśli to się zaakceptuje czerpie się jeszcze większa przyjemność z seansu.

Z powodu powyższych powodów ten odcinek mi się podobał. Wydarzyło się niewiele, ale jaki tu był klimat. Poszukiwanie Hoppera czy jego przedzieranie się we wnętrznościach wielkiego stwora. Nieustające zagrożenie i tykający zegar. Plus obleśne macki. Była też chwila rozluźnienia z Nancy i  specjalistą od teorii spiskowych czy klnącym Dustinem. Było też kapitalne polowanie na minidemogorgona. I wreszcie emocjonalne sceny z Jedenastką i jej matką. Może nie potrzebne, ale niewątpliwie dodające kolejną cegiełkę do opowieści.

Pięć odcinków minęło i wciąż jest dużo niewiadomych, ale trochę za mało na budowanie teorii spiskowych. Patrz pierwszy akapit. Myślę nawet, że ten serial w telewizji by się za dobrze nie sprzedał, jego siła to  bingwatching i na tym polu działa on perfekcyjnie.

OCENA 5/6

Stranger Things S02E06 Chapter Six: The Spy
Wciąż drażni mnie poszatkowana struktura sezonu. Jedenastka na uboczu, 2/3 za nami a ona nie miała żadnej sceny z chłopakami. Nancy i Jonathan również w swoich własnych serialach. Jedynie mgliste powiązanie z główną historią. I w zasadzie to jedyna rzecz do jakiej mogę i chcę się doczepić bo to był znakomity odcinek.

Mimo mojego czepialstwa do historii Nancy i Jonathana lubię oglądać tą dwójkę na ekranie. Nie jestem świrem od teorii spiskowych i nie czuję między nimi chemii, ale lubię ich. Zwłaszcza ten kontrast będący przy okazji zaprzeczenie stereotypów. Ona stanowcza i pewna siebie on wahający się w podejmowaniu decyzji i outsider. Świetnie to było widać przy śniadaniu gdy po wspólnej nocy i uwagach o ich zachowaniu ona się uśmiechała, a on chował głowę i uciekał wzrokiem.

Kolejne udane parowanie to Dustin z Stevem. Brakowało mi takich błyskotliwych wymian zdań w koleżeństwie. Grupka za bardzo jest rozbita w tym sezonie. Na szczęście tym razem się udało. Rozmowy o dziewczynach podczas polowań na minidemogorgona czy też szturm na piwnicę. Wszystko to zwieńczone pełną napięcia sceną akcji z równoległym montażem do kulminacji innego wątku.

 Przejmująco wypadły sceny w laboratorium. Choroba Willa do doskonały pretekst dla kolejnych popisów aktorskich Winony Ryder. Kilka udanych zwrotów akcji i finał. Było co oglądać. I tylko czynnej roli Hoppera mi brakuje. Kilka onelinerów od przyszłego Hellboya to trochę za mało.

Inne:
- Hopper dzwoniący do Jedenastki i przepraszający za ostatnie wydarzenia pusty dom! Scena odcinka...
- ... obok momentu gdzie Steve wyjawia Dustinowi jak utrzymuje swoje boskie włosy.
- backstory Max to delikatne rozczarowanie. Oczekiwałem czegoś bardziej przewrotnego niż rozbita rodzina. Chociaż, może w tym tkwi siła tego wątku? Pokazanie, że są też bardziej przyziemne problemy niż walka z potworami.
- tytuł odcinka spoilerował końcówkę, nie powiem, że się zaskoczyłem, ale klimacik i tak był.
- siostra Lucasa jako przerywnik komediowy kradnie odcinek. Daleko jednak jej do małej Holly i jej miny przy stole z pierwszego sezonu.

OCENA 5/6

Stranger Things S02E07 Chapter Seven: The Lost Sister
W internetach pojawiło się dużo skrajnych opinii o tym odcinku, w większości negatywne. Mając w pamięci pierwszą scenę sezonu i błyskawicznie analizując tytuł jeszcze przed seansem moim synapsom udało się wywnioskować o czym The Lost Sister będzie opowiadać. I nie mam nic przeciwko takim odchyłom. Opuszczenie Hawkins na rzecz wielkiego miasta i poświęcenie całości Jedenastce było miłą odmianą od monotematyczności (nie monotonii!) Stranger Things. Ba, nie miałbym nic przeciwko gdyby nawet Eleven się nie pokazała, a Eight wykorzystano by jako podbudowę pod kolejne sezony. To jest serial, tutaj można się bawić formą i zabierać widza w rejony do których nie jest przyzwyczajony. Nawet trzeba by nieustannie go angażować.

To była bardzo osobista opowieść. O wyrzutkach społecznych, którzy odnaleźli rodzinę. O brutalnej wendecie będącej sposobem radzenia sobie z traumą. O zrozumieniu się nawzajem, o tym co się w życiu liczy i miejscu które nazywamy domem. Było wzruszająco, śmiesznie i dramatycznie. To była mocno skondensowana opowieść. To też miejsce gdzie dano więcej czasu Jedenastce, która została odsunięta na boczy tor w tym sezonie. Jestem zadowolony i poproszę więcej takich eksperymentów.

Inne:
- świetnie wyszło wplecenie wydarzeń z poprzedniego odcinka w życie Jedenastki w wielkim mieście.
- Bon Jovi i Ruanaway w otwierającej scenie <3

OCENA 5/6

Stranger Things S02E08 Chapter Eight: The Mind Flayer
Niemalże 50 minut siedzenia na skraju fotela w napięciu oczekując kolejnych scen. Pierwsza połowa to pierwszorzędny thriller. Ucieczka z budynku przed demodogami była niesamowicie zrealizowana. Montaż, rozłożenie scen akcji i tych cichszych dramatycznych momentów których atmosferę można by ciąć brzytwą, heroicznych momentów oraz klimat zagrożenia. Opuszczona placówka z wszechobecnymi trupami i oczekiwanie na śmierć. Musiało do tego dojść, to był najwyższy czas by podbić stawkę. I tylko szkoda, że postąpiono tak zachowawczo zabijając Boba. Niesmacznie jego rozszarpywanie przez pieski pokazano odrobinę zbyt długo. Wcześniej Stranger Things uciekało od tak bezczelnego gore.

Druga część odcinka to odmiennie klimatyczna opowieść. Zagrożenie wciąż się czai, ale udaje się podjąć walkę. Cała ferajna została zebrana do kupy i kombinują co dalej. Więcej humoru, ale też bardziej personalny dramat. Egzorcyzmy opętanego Willa. Młody zagrał to świetnie, panowie odpowiedzialni za montaż również wykazali się w swojej robocie. Mniam. I może to trochę naiwne i mało w tym wszystkim rozwoju postaci tak ogląda się świetnie. I końcówka z powrotem Jedenastki. About damn time!

Inne:
- "Steve!?", "Nancy?" chyba najzabawniejszy moment w odcinku gdy przypadkowo dwie grupki dzieciaków spotykają się koło opanowanego przez potwory laboratorium.
- Dustin wciskający namiętnie guzik odpowiedzialny za otwieranie bramy i to zadowolenie gdy zupełnie przypadkiem się ona otwiera.
- dramatu w domu Maxime ciąg dalszy. Tym razem jednak to Billy jest poniewierany. I dalej jestem zdania, że ta historia ma sens i może się rozwinąć w S03. Chyba, że doprowadzi do durnego cliffhangera na koniec tej serii.
- jak pokonać Łupieżce umysłów? Powołać armię zombie. Mogę zrozumieć Hoppera czemu jest sceptyczny do tego pomysłu. Ja bym mimo to spróbował.
- Nancy znowu z bronią. Ech, chciałbym żeby dostawała ciekawsze wątki.

OCENA 5.5/6
 
Star Wars Rebels S01E04 Breaking Ranks
Disneyowska machina promocyjna The Last Jedi rozkręciła się tak bardzo, że wpłynęła na moje cotygodniowe losowania wrzucając mnie w świat Gwiezdnych wojen. Nie narzekam. Za bardzo. Jest czego się czepić, zwłaszcza naiwnych scen akcji, ale odcinek miał wystarczająco liczbę plusów bym przymknął na to oko. Fajnie było zajrzeć do akademii szturmowców, nawet jeśli pokazano to pobieżnie. Jednak dużo lepiej od budowania świata wyszły relację między bohaterami. Widać, że Ezra się rozwija, a jego jednoodcinkowi towarzysze dostali interesujące historię. Wpadli w machinę imperium, część z nich wierzy w to o co walczy, są niepewni swojej przyszłości, czy zwyczajnie zaciągnęli się by odnaleźć własną siostrę. Trochę szkoda, że odcinek nie poszedł mocniej w kierunku osobistych historii. Mimo to udało się mu podtrzymać moje zainteresowanie przez całe 20 minut.

OCENA 4/6

The Last Ship S04E07 Feast
Pod względem akcji był to przyjemny odcinek. Oglądało się dobrze, trochę naiwnie, ale nie schodziło poniżej ustalonego przez serial poziomu. Gorzej z główną intrygą. Złole zachowują się idiotycznie. Popełniają szkolne błędy przez co ciężko ich traktować poważnie. I jeszcze zwrot akcji z prawdziwymi intencjami Velleka. Jego nadrzędnym celem jest uratowanie ludzkości i poprzez inżynierie genetyczną wyeliminowanie agresji. Normalnie szalony naukowiec z kreskówki.

OCENA 3.5/6

The Last Ship S04E08 Lazaretto
Gdy myślałem, że wprowadzenie kontroli umysłów to za dużo serial poszedł jeszcze dalej i zafundował twist rodem z Fight Club. Kompletnie się tego nie spodziewałem. Dodaje to głębi Vellekowi i wyjaśnia jego motywację. I jest tak bardzo głupie. Wyszło jeszcze gorzej niż w Dexterze. To nie serial na tego typu rewelację. Tutaj robi to jedynie za narzędzie ekspozycyjne przeszłości i charakteru złoczyńcy. Nie kupuję tego.

Na szczęście akcja z Vulture Team była dużo ciekawsza niż wszystko co związane z Georgim, Fletchrem i Vellekem. Acz trochę szkoda, że znowu misja na lądzie. Misja pod przykrywką i udawanie potulnych więźniów wypadło trochę zabawnie i trochę napięcia udało się z tego wykrzesać. Śmieszne były sceny z Wolfem, udał się dramat z Aresem i osobiste problemy bosmana. Ogólnie mały plusik.

Inne:
- ten sezon jest mocno pomostowy. Jakby trzeba było coś napisać przed lepszymi pomysłami szykowanymi na finał. Dlatego nie lubię zamówień na więcej niż jeden sezon.

OCENA 4/6

The Last Ship S04E09 Detect, Deceive, Destroy
Mogę narzekać na złoczyńcę sezonu, cały wątek związany z Nostos oraz nieudolne prowadzenie głównej fabuły i przedstawianie świata w większej skali. Nie znaczy to, że nie doceniam świetnego odcinka gdy go widzę. Takie było właśnie wprowadzenie do finału. Bitwa morska dwóch przebiegłych kapitanów. Dużo niespodziewanych manewrów, starcia podnoszące adrenalinę i na końcu powiewająca na wietrze w glorii i chwale Amerykańska flaga. Udało się w to wszystko wcisnąć nawet kilka osobistych dramatów nadających ludzki wymiar całemu konfliktowi. Czy mini historyjka o Nolan, czy problemy zdrowotne bosmana. Takie sceny są ważne. Ile by nie było akcji i wybuchów to przecież bohaterowie są w centrum serialu.

OCENA 5/6

The Last Ship S04E10 Endgame
 Jak przystało na finał The Last Ship było mnóstwo akcji, konkluzja wątków i dramaty postaci. Było też trochę rozczarowania. Mimo to bawiłem się bardzo dobrze. To w końcu najlepszy substytut sensacyjnego kina akcji w telewizji. Dzielni żołnierze odnoszący sukces i Ziemia nieustannie ratowana dzięki ich poświęceniu.

Endgame udanie wyważył sceny na lądzie i wodzie. Doceniam, w końcu klimat okrętu wojennego to główna zaleta serialu. Pierw strzelanina z udziałem dzielnych komandosów, ratowanie przyjaciół i decyzję, które trzeba było podjąć dla dobra ludzkości. Stężenie patetyzmu na metr kwadratowy dawno przekroczyło dopuszczalną normę. I to jest zaleta. Potem była misja infiltracyjna z udziałem Chandlera i Sashy by skończyć się kolejną strzelaniną i sukcesem misji. Tym razem po staroświeckim abordażu.

Może to wszystko nie brzmi jakoś specjalnie ekscytująco, ale dzięki realizacji oglądało się świetnie. Dynamiczne momenty, szybko montaż, czasem kamera skupiające się na bohaterach, a nie na akcji. Właśnie bohaterowie. To znowu dzięki nim chcę się to oglądać. Jak Greenowie martwią się o siebie, jak Gator zgłasza się na ochotnika do abordażu, jak poświęcają swoje życie dla innych i wreszcie jak walczą z ciemnością. Personalną i całego świata. Banał, ale jak nie często piszę, czasem to banały najlepiej trafiają do widza.

I tylko szkoda, że cała intryga z Nostos i wielkim planem Velleka okazała się zbitką nieudolnych pomysłów na szalonego naukowca po stracie syna. Zamiast pójść w thriller polityczny oparty o napięcia międzynarodowe związane z brakiem żywności zafundowano opowieść z animacji dla dzieci. Nie pomogły próby nadania człowieczeństwa Vellekowi i aktorskie popisy Petera Wellera. To nie była odpowiednia opowieść dla tego serialu. 

Inne:
- tytuł Endgame dla finału prawdopodobnie przedostatniego sezonu wydaje mi się marnotrawstwem.
- Sasha chyba zupełnie zapomniała o Fletcherze. Nawet przez chwilę nie zastanowiła się nad jego losem.
- przed nami prawdopodobnie ostatni sezon. Trochę szkoda, ale patrząc na tą serię trochę się cieszę.

OCENA 5/6
OCENA SEZONU 4.5/6

poniedziałek, 6 listopada 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #255 [30.10.2017 - 05.11.2017]

SPOILERY

Fargo S01E02 The Rooster Prince
Chyba powinienem puścić kupon lotto i cieszyć się moimi milionami. Skoro dwa tygodnie z rzędu udało się wylosować ten sam serial to wygraną w totalizatorze mam gwarantowaną. Na pewno poziom ekscytacji będzie porównywalny. Tak, Fargo jest aż tak dobre i aż mnie skręcę, że trzymam się zasady nadrabiania seriali które skończyły się ostatnio. Oglądając odcinek zachwycałem się każdą sceną. Dosłownie każdą. Czy to z powodu niebanalnych dialogów, zachowania postaci, gry aktorskiej czy krajobrazów. Wszystkie jest tutaj niesamowicie dopieszczone. Mimo 50 minutowego czasu trwania nie ma tutaj scen zbytecznych. To wciąż jest jednak wstęp. Intryga i połączenia między bohaterami dopiero się tworzą i przyjdzie czas na zagęszczania. Pierw trzeba skupić się na odpowiedniej introdukcji postaci by stawka jeszcze lepiej była odczuwalna.

OCENA 5/6 



GLOW S01E01 Pilot
Na GLOW czekałem od pierwszych zapowiedzi. Alison Brie i świat wrestlingu od Netflixa i Jenji Kohan? Przecież to musiało się udać. I udało. Pilot jest bardzo udanym wprowadzeniem nakreślającym klimat serialu. Wrestling jest pretekstem do opowieści o kobietach. Seksizmie branży filmowej, zagubionych dziewczynach goniących za marzeniem i przyjaźni, która może zostać w głupi sposób zniszczona. Bohaterki są wyraziste, sympatyczne i niepozbawione wad. Do Alison Brie mam słabość od czau Community więc nie jestem w stanie obiektywnie jej ocenić. Ale kocham ambicje i nieudolność jej Ruth. Tak jak pewność siebie żyjącej w patriarchalnym świecie Debbie, która będzie musiała odnaleźć się bez męża. 

 Inne:
- lata '80 z całą swoją kiczowatością i oczojebnymi kolorkami wypadają cudownie. Tak bardzo odmiennie od tych z Stranger Things.
- samej komedii jest tutaj trochę za mało. Niewiele momentów do śmiechu (nie licząc montażu z treningiem aktorskim podczas oglądania wrestlingu), więcej scen mających wprowadzić pewien dyskomfort.
- na świeczniku na razie tylko Ruth i Debbie, ale czekam, aż kolejne cudowne panie wrestlingu dostaną własne wątki.

OCENA 4.5/6

Riverdale S02E04 Chapter Seventeen: The Town That Dreaded Sundown
Muszę przyznać, że męczy mnie historia Archiego, ba, jest on najmniej ciekawą postacią w całym Riverdale. Veronica bardzo dobrze go opisała, naiwny i łatwowierny. Teraz przeżywa kryzys i to widać. Serial próbuje pokazać jego ciemną stronę, jak tragedia może odcisnąć się na niewinnym duchu. Napędza go chęć zemsty bo to emocja której łatwo się poddać. To znowu jest ładna paralela do współczesnego świata, ale nudzi. Na szczęście ten odcinek wprowadził kilka istotnych przetasowań i z nadzieją spoglądam z przyszłość.

Trochę zaczyna mi przeszkadzać główny wątek sezonu. Poprzednia historia była bardziej spójna, nadawała pewien tor wszystkim postaciom i pozwalała im wchodzić w częstsze interakcję. Tutaj jest głównie wątek Archiego i dopisywanie postaci by mieli z nim jakaś interakcję. Czy to Betty dostająca list czy Węże walczące z Buldogami czy Veronica odkrywająca manipulacje ojca na rudzielcu. Wszystko dotyczy Archiego. Może to tylko setup do ciekawszych wydarzeń, ale obecnie to mnie przytłacza.

Narzekałem ostatnio, że Betty nie ma własnych wątków, a tu proszę. Trójkąt Toni, Betty, Jughead pominę. Ciekawiej wypada więź Black Hooda z panną Cooper. Łatwo można zrozumieć jej decyzję o ukrywaniu listu mówiącego o inspiracjach mordercy. Poczucie winy i wymykające się resztki kontroli. Tylko czemu morderca z nią piszę? Niby wszystkie ofiary były z nią w jakiś sposób związane, ale to nie ma sensu. Chyba, że to jej brat, Tylko ten twist były zbyt słaby by zadziałać. 

Inne:
- jak ja lubię reżyserskie zabawy Riverdale. Tutaj narracja Jugheada, wybieranie książek w bibliotece i wmontowanie w to seryjnych morderców. 
- konflikt klasowy w serialu dla nastolatków? Czemu nie, Riverdale pokazało, że nie boi się trudnych tematów.
- gdzie jest Cheryll? Nawet nie przemykała w tle jak ostatnio. Dajcie jej w końcu jakiś wątek. 

OCENA 4.5/6

Star Trek: Discovery S01E07 Magic to Make the Sanest Man Go Mad
Nie namyślając się zbyt długo uznam ten odcinek za najlepszy w krótkiej historii serialu. Nie jestem sam, na Twitterze i recenzjach pojawiło się sporo zachwytów. Paradoksalnie udało się to uzyskać porzucając szumnie promowano formułę ciągłej fabuły. Nie jest to stricte odcinek proceduralny, ale udane wymieszanie tych dwóch podejść do kreowania opowieści.

Głównym motywem jest pętla czasu. Klasyczny motyw, który musi się pojawić w szanującym serialu sci-fi/fantasy, że wymienię tylko moje ulubione Window of Opportunity z Stargate SG-1 i wzruszające White Tulip z Fringe. To nie jest ten poziom, historia nie ma odpowiedniej wagi jednak rozrywkowo spisuje się całkiem nieźle. Powrót Mudda i próba wywarcia zemsty na Lorce była niespodziewana. Kilkadziesiąt zabójstw kapitana i wysadzanie Discovery w celu resetu odpowiednio budowało stawkę.

Osobiste motywy antagonisty były przekonujące. Zaskakujące było w tym wypadku odsunięcie kapitana na dalszy plan. Jeszcze dziwniejsze acz witane z otwartymi rękami było obdarzenie świadomością pętli Stametsa. Pokazanie jego backstory, opowiedzenie o miłości i dzięki niemu wgląd w Michael. Dlatego trochę szkoda, że w drugiej połowie odcinka trochę zapomniano, że to on jest poza pętlą.

Często narzekałem jak słabo wypada załoga w serialu i Discovery nie działa na tej samej zasadzie co choćby Firefly. Brak dynamiki w grupie. Tutaj to się poprawiło. Zbliżono Stamesa do Michaela, nawet jeśli tylko on miałby o tym pamiętać. A Ash, Michael i Tilly spędzili trochę czasu imprezując. I romansując. Dobrze wiedzieć, że twórcy robią coś w tym kierunku.

W dużej mierze jest to odcinek rozrywkowy. Akcja, humor i romanse. Współczesna hollywoodzka mieszanka. Jest jednak coś więcej. Próba rozgryzienia natury człowieka. Trochę nieudolnie, jakby stwierdzono, że trzeba dodać do tego jakąś filozofię, ale jako klamra odcinka zadziałało. Podczas odcinka o pętli czasu Michael prowadzi monolog o tym jak ważna jest zmiana. I ja chciałbym więcej takich motywów, a nie nudnego sapania Klingonów i szarego moralnie Lorci.

Nie kupuję trochę końcówki. Mudd kilkukrotnie zabijał załogę Discovery i okazał się zdrajcą Federacji, a na końcu nie spotyka go za to kara. Dla mnie to trochę naiwne i nie niesie ze sobą żadnego morału. Do tego odrobina deus ex machiny. "Ukochana" Mudda teleportuje się na Discovery w ciągu 30 min, nie wiadomo z jak odległego zakątka galaktyki. Jeśli statki są tak szybkie to po co napęd sporowy?   

Inne:
- długie, opisowe tytuły odcinków trochę mnie męczą i trochę bawią. Pod tym względem wolę jednak minimalizm.
- Mud powrócił po kilku odcinków i wprowadza zamieszanie. Gdyby był to procedural sprzed kilkunastu lat jego powrót nastąpiłby po kilku sezonach.
- impreza na statku bojowym, nawet jeśli po służbie wydaje się to trochę niewłaściwe.

OCENA 5/6

Stranger Things S02E04 Chapter Four: Will the Wise
Na takie odcinki Stranger Things czekałem. Pełne napięcia gdzie w każdym wątku dzieje się coś ciekawego, mocno stawiające na dramaty postaci. Jedenastka po emocjonalnej kłótni z Hopem odkrywa dokumenty i poznaje swoją matkę. Co to był za pokaz umiejętności młodej aktorki. Nieźle wypada też Will pochłaniany przez coś mrocznego. I te jego rysunki wnętrza czegoś co rozpościera się pod Hawkins. Zło niedługo nawiedzi tą mieścinę. Był też mocarny cliffhanger. Dustin nakarmił swoją kijankę po zmroku, a ta przeobraziła się w mini Demogorgona. Połowa sezonu i serial skończył z przydługim wstępem.

OCENA 5/6

Teen Wolf S06E15 Pressure Test
 Uwielbiam odcinki z gatunku bottle episode. Zdolni scenarzyści przy ograniczonym budżecie mogą z tego wiele wycisnąć. Zagęszczać napięcie na małym terenie i prowadzić do konfrontacji. Jak np. podczas oblężenia komisariatu w Banshee. Tutaj było to samo, a wyszło fatalnie. Jeden z najgorszych odcinków Teen Wolf, istna męczarnia. Konflikt między łowcami, a wilkołakami jest nudny, postacie nie robią wiele, a jak już robią ich wyboru są wątpliwe. Scott wcale nie wygląda na przywódce watahy, a reszta robi za statystów bez własnych wątków. Nie do tego przyzwyczaił mnie ten serial. Na szczęście do końca już tylko pięć odcinków.

Inne:
- oblężony posterunek, jest scenka o odcięciu łączności, a jakimś cudem Stilinski dodzwonił się do papy McCalla. Ten scenariusz ma więcej dziur niż wilkołak po spotkaniu z van Helsingem.
- byłem pewien, że Theo nie żyję. Albo ja tak uważnie oglądam odcinek albo scenariusz jest taki pokraczny. 

OCENA 2.5/6

Teen Wolf S06E16 Triggers
Autentycznie cierpię oglądając popisy scenarzystów w tym sezonie i zmuszam się do oglądania kolejnych odcinków. Widzę już metę, to tylko cztery odcinki. Będzie to jednak męcząca droga jeśli poziom pozostanie ten sam. Bohaterowie snują się bez większego planu, przeżywają potyczki bez znaczenia i odnoszą przypadkowe zwycięstwo. Teoretycznie mają też wątki osobiste. Słabo pisane i bez większego znaczenia. Liam dalej ma problemy z gniewem, a Scott zostaje ostatecznie sparowany z Malią. Tyle. Widać jak bardo brakuje tutaj Stilesa dodającego humor, rozwagę i pomysł.

OCENA 2.5/6
 
Teen Wolf S06E17 Werewolves of London
Ostatnio trochę się pastwię nad Teen Wowlf, ale to był na prawdę dobry odcinek. Ani razu nie poczułem znużenie, podobała mi się realizacja, fabuła, zachowanie bohaterów i humor. O jak mi brakowało takiego humoru w serialu. Trochę campu i przesady zawsze tutaj pomaga. Do tego powroty. Jackson, Ducalion i Peter. Każda scena z nimi to złoto, ale pod względem komediowym wygrywa Theo sugerujący Liamowi co zrobić po morderstwie. Podobało mi się nawet desperackie zachowanie Scotta który zbliża się do granicy której nigdy normalnie by nie przeskoczył. Wciąż jednak nie jest prawdziwym liderem. Brakuje mu planu i nie przewodzi stadem jak powinien. To się już nie zmieni.

OCENA 4.5/6

Teen Wolf S06E18 Genotype
Co za okropna huśtawka jakościowa. Znowu jesteśmy na dole. Było słabo. Bez pomysłu i dużo bezproduktywnych scen. Choćby akcja z wskrzeszaniem ogara. Trochę humoru zawsze na plus, ale niech ma jakiś kontekst. Tyle czasu stracone by powiedzieć, że dwie połówki złego nie mogą się połączyć, a jego wzrok zabija. Inaczej można to było rozegrać. Źle rozpisano też historię Quinn i jej matki. Dano jej jedna fajną scenę i zabitą poza ekranem by nadać jakąś więź z postacią by oglądanie nie było pozbawione emocji. Było jednak zbyt naiwnie. Chyba nie muszę też pisać o pani biolog, która okazuje się wilkołakiem po tylu sezonach przez co fabuła serialu jest jeszcze bardziej niespójna. I gdzie jest Jackson? Dawać mi go skoro jest już w Beacon Hills.

OCENA 3/6

Teen Wolf S06E19 Broken Glass
To nie był dobry odcinek. Działo się mało i często nielogicznie mimo zbliżającego się finału. Scott i Malia spędzili go na trening z Ducalionem, a Lidia z Pterem ich szukając. Liam za to przesiedział w szpitalu by wpaść w pułapkę na końcu. Pod tym względem było bardzo słabo. Dużo lepiej u postaci pobocznych. Wrócił Derek i to w duecie z Argentem. Świetne sceny, zabawne z akcją i w jakiś sposób wiążące się z całą intrygą. Gdyby całość tak wyglądała. Chociaż nie było tak tragicznie jak jeszcze parę odcinków temu. Lepiej rozłożono akcenty i widać, że sytuacja robi się coraz bardziej napięta. Jeszce tylko jakby scenariuszowo było lepiej. Ogólnie mam wrażenie, że sezon 6B jest strasznie dziwnie napisany. Dużo tutaj niespójności i źle rozpisanej żonglerki wątkami.

Inne:
- dialog na początku odcinka o odcięciu od sieci komórkowej by pod koniec rozmawiać przez telefon. To wiele mówi o niekonsekwencji scenarzystów.

OCENA 3/6

 Teen Wolf S06E20 The Wolves of War
Powinienem dostać order lub dwa za dokończenie tego sezonu. Przecież już nie takie seriale porzucałem sezon przed końcem. Męczyłem się okrutnie i cieszę się, że to koniec. Jest mi też przykro z tego powodu. Ten serial dał mi całkiem sporo frajdy, zwłaszcza w swoich środkowych sezonach. Niestety jego finałowy akt był gorszy od rozpoczęcia. Nawet nie można się było pośmiać z niedorzeczności, był zwyczajnie słaby.

Na szczęście finałowy odcinek miło się wyróżniał. To wciąż nie było fantastyczna historia czy sprytne zwieńczenie wątków. To nie było też zakończenie o którym będę pamiętać podczas sporządzania topek czy przypominania sobie o serialu. Ba, jestem pewien, że zapomnę jak Teen Wolf się skończył i wrócą tylko złe wspomnienia. Finał był zwyczajnie ok. Sporo fanserwisu, udany humor, zabawa postaciami, nawet  udało się go spiąć zgrabną klamrą narracyjną. Byłem nawet zainteresowany tym co oglądam. Póki nie zacząłem się skupiać na zagadnieniach fabularnych. Mały koszmarek. Źle rozpisane starcie z Anuk-Ite, zero napięcia w walce z Gerrardem, częsty brak zasady ciągu przyczynowo-skutkowego, głupie zachowanie postaci czy last but not least nic nie wnoszące sceny. I mimo tych wad jednak byłem zainteresowany tym co się dzieje.

Jak wypadło samo zakończenie i cliffhanger? Serial bardzo chciał mieć wszystkich najważniejszych bohaterów w jednym miejscu na samym końcu i to zrobił. W bardzo naiwny sposób, ale jako pocztówka na zakończenie zadziałało. Nie zamknięto wszystkich wątków. Monroe wciąż poluje na wilkołaki, a Scott pomaga młodym wilczkom. To nie koniec jego historii, ale zakończenie części jego życia w Beacon Hills i znalezienie nowego powołania. Nawet czekam na spin-off i podcast by sprawdzić co dalej.

Inne:
- czy scenarzyści pamiętają co działo się kilka odcinków temu? Melissa całkiem nieźle wygląda jak na osobę która niemal zginęła od postrzału.
- łowcy Gerarda zachowują się amatorsko. Polują na wilczki i nawet nie używają zagłuszaczy coby im sporo ułatwiło
- Stiles spojrzał Anuk-Ite i nic mu się nie stało. Scenarzyści, reżyser, montażyści, aktorzy, nikt tego nie zauważył? Nie wiem jak można schrzanić tak podstawową rzecz.
- brak nawet wspomnienia Kiry uważał za karygodne.

OCENA 4/6
OCENA SEZONU 3/6
OCENA SERIALU 4/6

poniedziałek, 23 października 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #253 [16.10.2017 - 22.10.2017]

SPOILERY

Castlevania S01E01 Witchbottle
Stało się, oglądam anime. I to adaptację serii gier, której zbytnio nie znam od scenarzysty o którym niby czytałem dobre opinie, ale też nie znam. Więc czemu to robię? Potrzebowałem krótkiego serialu do autobusu, a że Castlevania została mi zaproponowana przez Netflixa stwierdziłem, że czemu nie.

I mogłem wybrać lepiej.  Pierwszy odcinek to bardzo długi prolog do właściwej opowieści. Tak to przynajmniej wygląda. Mocno pretekstowy, ekspozycyjny, skaczący w czasie i paradoksalnie bez protagonisty. Poznajemy młodą lekarkę odwiedzającą zamek Draculi, zaraz (po kilku latach) zostaje spalona na stosie przez kościół, Dracula poprzysięga zemstę i po kolejnym roku do niej dochodzi. Strasznie to pocięte, a przez to niepotrafiące zaciekawić. W finałowej scenie pojawia się główny bohater serialu. Bardzo dziwny pomysł, który mi się nie spodobał.

O ile animacja nie porywa, ruchy postaci są dość okrojone tak tła czy design niektórych miejsc potrafi zachwycić. Rozległe plany, monumentalne budowle czy klimatyczne lasy. Niewątpliwie największa zaleta produkcji.

Inne:
- za kilkuminutowy żart o seksie z owcami ocena idzie oczko w dół.
- znowu dostałem zakochanego wampira i bardzo stereotypowy wygląd Draculi, meh. 

OCENA 2/6

Lost Girl S01E04 Faetal Attraction
To się nazywa zbieg okoliczności, po tygodniowej przerwie ponownie wylosowałem Lost Girl. Poprzednio mnie to ucieszyło i teraz też nie miałem nic przeciwko. Przyjemny procedural do którego można bez bólu wracaj. Chociaż wolałbym dłużej niewidzianą niespodziankę.

Fabularnie odcinek był bardzo naiwny. Słabe zawiązanie akcji i równie nieudolne prowadzenie sprawy tygodnia. Momentami zbyt poważnie w wykonaniu nieudolnych aktorów drugoplanowych zamiast iść mocniej w camp. Nawet zwrot fabularny nie był jakiś szokujący, ot ofiara okazała się mordercą. Mimo to dobrze się to oglądało. Dużo miejsca poświęcono relacjom między postaciami, Kenzi dalej komiczna, a nawet Dayson dostaje coraz więcej czasu dla siebie i pokazuje jakąś osobowość. Cenię też powiązanie proceduralnej sprawy z tym co dziej się u bohaterów, tu i tam pokomplikowane związki.

OCENA 4/6

Riverdale S02E02 Chapter Fifteen: Nighthawks
Strasznie mi się podoba jak pokazywana jest psychoza Archiego. Wyniszczająca nadopiekuńczość nad ojcem, nieprzespane noce i desperackie decyzję które podejmuje by zapewnić bezpieczeństwo bliskim. To dopiero początek, a już wplątano w to broń i narkotyki. Przy tym to cały czas jest ten sam, trochę nieporadny Archie.

O ile historia Archiego jest bardzo prostolinijna i skupi się na jego postaci tak Jughead i Veronica wplątali się w skomplikowane intrygi gdzie osoby są tylko pozornie tym kim się wydają. Zaklinaczka Węży pomaga FP, ale w przyszłości oczekuje przysługi co młodego Jonesa wystawi na dylemat moralny. Czego jednak nie robi się dla rodziny. Pozornie to samo przyświeca Lodgom. Rodzina ponad wszystko. A naokoło kłamstewka większe lub mniejsze. Wykupienie Popsa i iście machiaweliczne zagrywki.

Symboliczne było zwieńczenie wątku pomocy Popsowi. Miało to być próbą przywrócenia duszy miastu. Próbą skazaną na porażkę. Bar się udaje uratować, jednak jak Riverdale po ostatnich zgonach nie jest i nigdy nie będzie taki sam. Węże, handel narkotykami i Hiriam jako cichy właściciel. To co dzieje się u Popsa w większej skali odnosi się do miasteczka. Czuć pewien fatalizm w tym wszystkim.

Intryga sezonu zaskakuje. Podwójne morderstwo z premiery było szokujące. To jednak wciąż była zagadka morderstwa jak w pierwszej serii. Drugi odcinek nieoczekiwanie podnosi stawkę. Kolejne dwie śmierci, tym razem nastolatków. Jak to się łączy? Czy morderca myli tropy? Czy może zapowiada się w tym sezonie slasher z śmiercią tygodnia w każdym odcinku? Dość niecodzienny pomysł.

OCENA 5/6   

Star Trek: Discovery S01E05  Choose Your Pain
Mam mocno mieszane uczucia względem tego serialu. Nie jest on zły, ale kompletnie mija się z moimi oczekiwaniami dlatego ciężko mi go oceniać. W efekcie po każdym odcinku czuje niedosyt. Bliżej temu do Battlestar Galactica niż mojej wizji Star Treków. Niejednoznacznie moralne postaci, skomplikowane wątki opisujące relację ludzi z innymi rasami i próba zrozumienia obowiązku nad własnym komfortem psychicznym. Światowi bliżej do naszej codziennej rzeczywistości niż idyllicznej przyszłości. Szkoda bo chciałem zobaczyć tutaj ten promyk nadziej. Z drugiej strony można traktować to jako prequel, mroczna droga do lepszego świata. Ogląda się to dobrze, a konsekwentne rozwijanie postaci Michael może się podobać. Czekam aż coś zaskoczy i będę mógł się zachwycać całością bez zbędnego kręcenia nosem.

OCENA 4/6 

Star Trek: Discovery S01E06 Lethe
Pierwszy odcinek od czasu pilota, który porwał mnie swoją historią. Czułem ducha przygody i namiastkę Stargate. Grupka współpracujących bohaterów, wyraźnie postawiony problem do rozwiązania i nieubłaganie upływający czas. Wyraźne zaznaczone ramy opowieści wypełnione całkiem przemyślanie rozpisaną historią.

Na staroszkolnym klimacie się nie skończyło. Star Trek: Discovery to na wskroś współczesny serial. Stawia na rozwój bohaterów i ich bogatą osobowość. Michael dowiaduje się nowych rzeczy ze swojej przeszłości co wpływa na jej osobowość. Natomiast Lorca jest konsekwentnie przedstawiony jako szary moralnie kapitan, którego wybory można kwestionować, ale też i rozumieć.

Inne:
- jogging korytarzami Discovery i zaciskanie więzi między bohaterami, brakowało mi scen tego rodzaju.
- trip Michael w swojej podświadomości chyba miał przypominać wizualne zabawy Bryana Fullera, ale nie wszystko do końca wyszło.

OCENA 4.5/6 

Teen Wolf S06E13 After Images
Dalej nie zaskoczyło i ogląda się to z obojętnością. Niby odcinek jest gęsty od akcji i powinien intrygować tajemnicą z wizjami Lydii. To jednak nie działa bo brak w tym wszystkim bohaterów. Zero rozwoju czy budowania między nimi relacji nie licząc kilku krótkich scenek. Chyba najlepiej pod tym względem wypadła relacja Melissy z Argentem. Sprawnie napisane dialogi i niedopowiedzenia.

Główna intryga jest "taka se". To rozczarowuje ze względu na ostatni sezon. Doceniam jednak co ekipa odpowiedzialna ze serial chcę zrobić. Buduje nawiązania do obecnego świata, problemów rasizmu i prześladowań mniejszości w świecie ogarniętym nieuzasadnionym strachem. Tylko scenariusz jest zbyt pretekstowy by to wszystko zadziałało. Końcowy twist z wilkołakiem przed mieszkańcami Beacon Hills jest głupi i trudno uwierzyć by po tyle latach popełniono taki szkolny błąd, nawet na drodze naciąganej manipulacji.

OCENA 3/6

poniedziałek, 16 października 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #252 [09.10.2017 - 15.10.2017]

SPOILERY

Marvel's Agent Carter S01E04 The Blitzkrieg Button
Agenta Carter była pierwszym marvelowskim tytułem, który sobie odpuściłem. Nie z powodu jego jakości, a raczej przesytu. Za dużo superbohaterów, nawet jeśli w wykonaniu Peggy Carter potrafiącej zauroczyć widza. Zawsze jednak chciałem ten tytuł nadrobić. Gra tutaj dużo lubianych prze zemnie aktorów, a i nie lubię mieć zaległości w śledzonych franczyzach.

Odcinek jest dobry. Trochę akcji, humoru i feministyczny wydźwięk. Dobrze znana mieszanka, solidnie wymieszana i smakowita. Obiadek którym można się najeść i niestety następnego dnia zapomnieć co się jadło. Jest to poprawna historia i tyle. W pewnym momencie fajnie bawi się z widzem kreując nieistotnego fabularnie antagonistkę, który posłużył do interesującego plot twistu. Niestety w serialu razi mnie wykonanie. Sztuczność ogólnodostępnej telewizji i dziwny święcący filtr, który mnie strasznie raził.

Po seansie, mimo mojego ogólnego zadowolenia postanowiłem przerzucić Agent Carter do kolumny z serialami z których zrezygnowałem i nie zamierzam nadrabiać. Może kiedyś mi się odwidzi. W końcu mam zaległość w marvelowym uniwersum.

OCENA 4/6   

Riverdale S02E01 Chapter Fourteen: A Kiss Before Dying
Piszę parę dni po seansie odcinka więc będzie bez szczegółów. Jestem zachwycony powrotem. Za mało którym serialem tak mocno się stęskniłem i wszystkie moje oczekiwania zostały wynagrodzone. To dalej niesamowicie stylowa produkcja. Kolory, nasycenie kolorów, przerysowane dialogi i postacie. Czuć ducha komiksu. Całość ma niepokojący klimat budowany przez muzykę i podkreślany przez zdjęcia. A do tego jest zabawnie. Nawet w odcinku w którym liczyło się życie jednej z postaci można się było parę razy uśmiechnąć.

Sam powrót był bardzo dobrze skonstruowany. Jakby twórcy wiedząc, że mają tym razem cały sezon mogą skupić się na większej ilości detali. Umierający Fred był doskonałym czynnikiem budującym napięcie. Umrze czy nie? A jak nie to jak skończy? Majaki Freda doskonale współgrała z tym co działo się u Archiego i przyjaciół. Jak sobie z tym radził, jak bardzo był rozbity i nie mógł sobie z tym poradzić. Kłótnia z Veronicą czy rozmowa z matką gdy mówi, że stało się coś złego to jedne z lepszych scen odcinka. I ta końcówka gdy strzeże domu z kijem bejsbolowym. Dzieciak z traumą, który radzi sobie na swój własny sposób i w pewien sposób stara się odpokutować, że nie zareagował inaczej.

Mimo skupienia się na Archim w tym odcinku było też sporo miejsca dla innych bohaterów. Veronica dalej ewoluuję, a dodatkowo jej środowisko się zmieniło po powrocie ojca. Robi się coraz bardziej samodzielna i kwestionuje decyzję rodziców. Judhead też ma nowe otoczenie. Węże może i mu pomagają, ale nie tak jakby tego chciał. Już jest winny przysługę. Mówi, że to nie dla niego, ale wiadomo jak to się skończy. Dwa, kolidujące ze sobą światy. I tylko Betty martwi się o swojego chłopaka.

Delikatnie rozczarowała mnie intryga sezonu bardzo podobna to tej z pierwszej serii. Morderstwo i poszukiwanie sprawcy. Jest twist, Grandale została zamordowano i jakoś łączy się to z postrzeleniem Freda, ale podobieństw jest za dużo.

Inne:
- serial pobił swój rekord oglądalności osiągając wynik lepszy o 60% od swojej premiery i stając się jednym z najchętniej oglądanych seriali The CW. Magia Netflixa.
- showrunnerzy już pracują nad spin-offem z Sabriną. Jaram się jak Thornhill.

OCENA 5/6

Sherlock S04E02 The Lying Detective
Czas jaki minął między ostatnio obejrzanymi odcinkami jest doskonałym podsumowaniem mojego zainteresowania serialem. Nawet nie wiem co się stało. Znakomite odcinki, świetni bohaterowie i wreszcie przeciętny powrót po którym nie chciało mi się włączyć 1,5h epizodu. Zbierałem się ponad rok i z ulgą mogę wreszcie odhaczyć kolejną zaległość. Nie powiem, że z satysfakcją.

Odcinek to typowy Sherlock, który zdążył mnie zmęczyć swoją formułą. Bez zagadki kryminalnej pędzenie z punktu do punktu, eksperymentowanie w warstwie realizatorskiej i scenariuszowej, szokujące zwroty akcji i jeszcze bardziej szokujący cliffhanger. Trochę ziew. Pośmiałem się, a i owszem. Cumberbatch i Freeman mają tony charyzmy, a i scenariuszowo czasem wyjdzie jakaś mała kameralna scena. Jednak bizantyjskimi intrygami przestałem się już przejmować i oglądam to bez większej ekscytacji przewidując czasem nieprawdopodobne zwroty akcji. Tak dla zabicia czasu.

Strasznie dużo czasu poświęcono Tobym Jonsowi i jego kreacji filantropa mordercy. Momentami fascynował, równie często przerażał gwałtownie zmieniając swoje nastawienie. Mam jednak wrażenie, że dostał za wiele czasu. Zbytnio nie jestem też przekonany siostrą Homsów. Kolejny inteligenty przeciwnik, którego trzeba zatrzymać tym razem z ładunkiem emocjonalnym dla Sherlocka.

Inne:
- serial droczy się z widzami poświęcając długi dialog Irene Adler, oczywiście, że się nie pojawi.

OCENA 4/6

Sherlock S04E03 The Final Problem
Lubię skomplikowane zagadki, niespodziewane zwroty akcji i misterne intrygi gdzie gra pozorów przebija się na pierwsze miejsce. Czasem jednak trzeba powiedzieć dość, stwierdzić że warto się ograniczać, a najbardziej szalone pomysły nie będą w stanie uratować całości gdy logika pójdzie się kochać. Taki był właśnie finał Sherlocka. Przesadzony do granic możliwości. Nastawiony na to by kolejne sceny miały szokować, kolejne plot twisty wywracały całość, a finał miał być taki super mega zajebisty by można było tygodniami o nim gadać. A ja na to meh. Jeśli każda scena ma być szokująca całość jest pod tym względem przeciętna. Moffatowi i Gatissowi zabrakło umiaru co mnie bardzo zabolało. Euros mnie nie fascynowała, Sherlock i Maycroft nudzili, a Watson robił za statystkę. Sherlock zresztą też. Marionetka bez aktywnej roli przez większość odcinka. Czasami zdarzyło się zagrać odcinkowi na odpowiedniej nucie (finałowa gra na skrzypcach!), czasem zaśmiałem się na onelinerze, a czasem wciągnąłem w narrację. Była też scena z Molly Hooper gdzie pod przymusem wyznali sobie miłość z Sherlock. I wszystko ładnie gdyby dostała jakiś epilog. Ogólnie jestem rozczarowany, ale na kolejną serie i tak czekam.

OCENA 3/6

Star Trek: Discovery S01E04 The Butcher's Knife Cares Not for the Lamb's Cry
Ostatnio zauważyłem, że krytykowanie nowego Star Treka w internecie zawsze kończy się krytyką postującego. Że się nie zna ogólnie, że na serialach, nie jest prawdziwym trakkies, że za bardzo przywiązany do kanonu, lub nie rozumie specyfiki serialu. Zawsze znajdzie się ktoś kto będzie próbował naprostować niepokornego. Trudno, czekam na was bo ja znowu będę narzekał.

Na szczęście nie będzie to narzekanie takie jak ostatnio. Odcinek jako autonomiczna całość nawet mi się podobał. Goniący załogę czas i ratowanie górników oraz nakładające się na siebie badania naukowe, które kończą jako jeden wielki eksperyment. Czy może Odkrycie. Było tutaj umiejętnie prowadzone napięcie, kilka niezłych dialogów, granie na emocjach i bardzo ładne wizualia. Można było czerpać z tego odcinka sporo frajdy.

I na powyższym akapicie mógłbym skończyć, ale wtedy nie byłbym sobą. Koniecznie muszę się uzewnętrznić. Ten serial momentami jest strasznie głupi. Zwłaszcza jeśli chodzi o zachowanie oficerów Star Fleet. Ja rozumiem umowność konwencji i stawianie fabuły nad logikę, tylko niech to czemuś służy i nie będzie zbytnio naciągane. Tutaj powiedzieć, że przesadzono to mało. Dwa przykłady. Chęć pobrania próbek od niebezpiecznej bestii kończy się śmiercią. Bo nie chciało się sprawdzić skuteczności środka usypiającego. To było niedorzeczne. Równie głupio działa dowództwo pozostawiając dryfujące wraki statków. Przecież to podstawa zniszczyć pozostałości by nie trafiły w ręce wroga. Tutaj o tym zapomniano pozostawiając cenne materiały na pokładzie. W przeciętnym military sci-fi nie dochodzi do takich sytuacji, a od wysokobudżetowego serialu wymaga się przecież więcej.

Nie kupuje wątku Klingonów. Jest przeraźliwie nudny i dostaje za dużo czasu antenowego. Przez cztery odcinki nie wydarzyło się tutaj nic interesującego poza oglądaniem ładnych scenografii i trochę blizzardowych kostiumów z ich monumentalnością i nieporęcznością. Liźnięto trochę ich kultury, ale to w bardzo nieporadny sposób. Mowa jest też o jednoczeniu plemion i wielkiej wojnie, ale to gdzieś ginie w zlewie przydługich przemów.

Wciąż serial ogląda się z perspektywy trzech osób - Lorcy, Michael i Klingona. Niestety to trochę mało, chciałbym poznać członków załogi Discovery, a nie oglądać ich tylko na mostku. Przydałby się jakiś bottle episode gdzie bohaterowie muszą się lepiej poznać. 

Inne:
- platforma streamingowa więc odcinki mają ~50 minut. Twórcy nie mają umiaru i widać niepotrzebne dłużyzny. Czasem ograniczenia to coś dobrego.

OCENA 4/6

Teen Wolf S06E12 Raw Talent
Serial się skończył więc stwierdziłem, że można by nadrobić zaległe dziewięć odcinków. Początek był obiecujący. Pokazanie koczowniczego życia Theo, porzuconego przez wszystkich i mieszkającego w samochodzie. Zdarza mu się coś dziwnego i długo zastanawia się czy nie poprosić Scotta o pomoc. To był bardzo klimatyczny, całkiem nieźle zrealizowany wstęp. Po czym został zastrzelony, a cały odcinek okazał się wielkim zawodem.

Brakowało tutaj spójnej fabuły, rozwoju postaci czy relacji między nimi. Za to dużo niepotrzebnych scen wypełniających czas. Trochę mających przerazić, trochę podkręcić klimat zagrożenia. Całość jednak była mocno rozmyta przez co nie udało się jej przykuć mojej równowagi. Nie obchodzi mnie zbytnio zagrożenie sezonu, ani to co stanie się z większością bohaterów. Bardzo mi z tego powodu przykro.

Najgorsze jednak były niektóre idiotyzmu fabularne. Ot Lidia wchodząca sobie bez przeszkód na oddział zamknięty Eichen House. A pamiętam, że kiedyś poświęcono temu cały odcinek. Głupie było też znalezienie przez Argenta kuli na miejscu zbrodni, parę metrów od ciała. Policja w Beacom Hill działa koszmarnie.

OCENA 3/6 

The Flash S04E01 The Flash Reborn
Trzeci sezon Flasha był rozczarowaniem więc nie miałem zbyt wygórowanych oczekiwań po premierze. Dlatego mocno się zdziwiłem gdy początek okazała się bardzo solidny. Drużyna radzi sobie jakoś bez Barry'ego, a Iris ruszyła dalej z swoim życiem odnajdując nowe powołanie w zarządzanie superbohaterami. Ciekawa koncepcja by pokazać serial bez głównego bohatera bardzo szybko się rozlatuje. Nagle pojawia się przerośnięty samuraj, a Cisco sugeruje by jednak sprwoadzić Barry'ego bo sami sobie nie poradzą. Bez żadnej walki i wysiłku od razu się poddaje. Nie tak działają bohaterowie. Dalej mamy górki i dołki. Szalony Barry poza czasem wypadł bardzo ciekawie. Dla odmiany jego powrót to normalności był żenujący. Power of love i nie ma problemu. Wielkie rozczarowanie.Takie właśnie skróty scenariuszowe psują mi odbiór serialu. W zamian dostałem cukierka z efektowną walką.

Serial dalej ma problem z bohaterami drugoplanowymi. Taki Wally jako Flash zupełnie sobie nie poradził, nie ma w ogóle miejsca dla niego w serialu. Cisco bez własnego wątku, Iris z wątkiem napędzanym przez byłego chłopaka, Joe dalej robiący za tatusia. Tylko Catlin dostała coś nowego. Nowe życie, nową stylówkę, nowe otoczenie i historię. By na końcu zafundować recykling historii z Killer Frost.

Przeciwnik sezonu został ujawniony już w pierwszym odcinku i nie jest speedsterem. Mile widziana nowość. Pewnie to zepsują, ale na razie jest intrygująco mimo, że bez konkretów. Ktoś z przyszłości bawiący się Flashem. Widzę tutaj potencjał.

Inne:
- w Buffy odcinek z wskrzeszeniem głównej bohaterki rozwiązano dużo lepiej. To chyba będzie niedościgniony wzór dla tego typu produkcji.

OCENA 4/6

poniedziałek, 9 października 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #251 [02.10.2017 - 08.10.2017]

SPOILERY

Lost Girl S01E03 Oh Kappa, My Kappa
Dobrych seriali o polowaniu na potwory nigdy za wiele. Ubolewam, że w ostatnich latach wiele tego nie powstanie, na szczęście ilość zaległości nigdy nie pozwoli tego naprawić. Tym razem dzięki losowaniu obejrzałem Lost Girl. Trzeci odcinek po pięciu latach przerwy. I jest dokładnie takie jak pamiętałem. Z sympatycznymi bohaterami, humorem i tajemnicą w tle. Standard jak na tego typu serial. Plus budżetowe wykonanie, które momentami śmieszy lub żenuję. Ogólnie jestem zadowolony z seansu. Lubię bohaterki, Kenzei jest szalona i ma świetną chemię z Bo. Nawet wątek romantyczny jakoś nie irytuje. Jeszcze jakby popracowano nad przedstawieniem potwora tygodnia to bym skakał z radości. Monster w jaskini, fontanna dająca młodość i porwana dziewczyna. Mało ciekawy miszmasz, który nie został należycie przedstawiony kosztem zabawy konwencją w studenckim bractwie. Budowano napięcie by tylko zmylić widza. Trochę zabawne, trochę irytujący efekt końcowy.

OCENA 4/6  

Star Trek: Discovery S01E03 Context is for Kings
Ja na prawdę chciałem lubić ten serial, może aż za bardzo. W końcu sci-fi, kosmos i mój pierwszy Star Trek poza abramsowymi. I ja wolę Dżej Dżeja. Serio. Wolę tych radosnych bohaterów będących załogą statku, a nie to co serwują mi protegowani Fullera. To już trzeci pilot serialu, który wreszcie powinien nakreślić jego kształt. Wyrzucił niemal całą obsadę (nie żeby było za czym tęsknić) i zarysował fabułę. Eeee, odkrycie nowego napędu pod okiem machiawelicznego kapitana gdzie gdzieś z boku toczy się wojna? Sam nie wiem. Wciąż brakuje mi tutaj bohaterów z którymi mógłbym się zżyć, to co jest irytuję. Czy mechanik, czy współlokatorka Michael. Tak, są tak nudni, że nie chcę mi się sprawdzić na IMDb ich imion. Główna bohaterka jest odrobinę lepsza, ale czasem wypada pretensjonalnie w swoim pozowaniu na wolkanina by zaraz zacząć panikować podczas przedzierania się przez wentylację. Mnóstwo tutaj też ekspozycji poprzez sztucznie napisane dialogi. Jeszcze więcej niż w finale. Nie wiem tez czy kompletnie zirytowałem się na serial czy tam rzeczywiście wszystko wygląda bardzo sztucznie.

Sama fabuła odcinka była mało wciągająca i mam nadzieje, że nie nadaje tonu serialu. Przedzieranie się przez mroczne korytarze opuszczonego statku kosmicznego i wielka bestia. Można było odczuć pewien nastrój tajemnicy czy odrobinkę napięcia, ale szybko to siadało przez nieudolne żarty. Haha, Kligon uciszający oficerów Federacji taki śmieszny by jeszcze zabawniej zginąć od przerośniętego kociaka #not. Nitki fabularne są bardzo luźno spięte i trzeba trzymać fabułę na słowo honoru, że doprowadzi do czegoś sensownego np. intelektualnej i szarej moralnie gry między Michael, a kapitanem. Tylko na razie to pusta tajemnica i ze dwa udane dialogi w morzu banału nie napawają optymistycznie. Dobrze, że jest jeszcze Saru, który wprowadza tak potrzebną komedię, ale przy tym ma jakiś charakter.

OCENA 3/6

The Gifted S01E01 eXposed
Byłem przekonany, że ogólnodostępne stacje nie przykują mojej uwagi w tym roku. Nie pokładałem nawet specjalnych nadziej w The Gifted. Powoli mam już dość superbohaterów i adaptacji komiksowych wyskakujących z każdej lodówki. Na szczęście telewizyjni x-meni są czymś zupełnie odmiennym od swojej filmowej marki oraz innych adaptacji komiksów.

The Gifted nie jest serialem o bohaterach. To nawet nie jest serial o x-menach. Najprościej go scharakteryzować jako dramat rodzinny z mocami. Bez heroizmów i ratowania świata. W centrum są rodzice i dwójka dzieci które zostały mutantami. Zapowiada się to na serial o adaptacji, rodzicielskiej miłości, o tym jak daleko można się posunąć by bronić najbliższych i jak osobiste doświadczenia z naszymi lękami i obawami wpływają na ich odbiór. Żeby było ciekawiej głowa rodziny pracuję dla rządu i zajmuję się oskarżeniem mutantów. Jest tutaj spory potencjał by pokazać całą sytuację w odpowiednich odcieniach szarości. Bez Xaviera i Magneto i wyraźnego podziału na dobro i zło. Zwykłe odnajdywanie się ludzi w niecodziennej sytuacji i adaptacja do nowego środowiska.

X-Men i Brotherhood tutaj nie ma, ale istnieli. To świat w którym Bractwo i grupy z X w niesprecyzowanym momencie zniknęły. Pozostali Mutanci ukrywają się przed ściągającym ich rządem standardowo obawiającym się odmienności. Mają własną społeczność w całkiem stylowym opuszczonym banku. Po drugiej stronie jest Sentinel Service na nich polujący. I w sumie tylko wiadomo o świecie. Niby można narzekać na kolejną linię czasu w marce X-Men, ale zostało to podane w na tyle udany sposób, że nie narzekam.

Poza rodzinką Stuckerów na świeczniku jest też kilku mutantów. I tutaj też zapowiada się na rozwijanie wątków rodzinnych. Czy to nieplanowana ciąża, problemy z ojczulkiem czy tarcie w grupie które są nieuniknione. Mutanci są różnorodni i mają ciekawe moce, które efektownie prezentują się na ekranie. Szkoda tylko, że wizualnie taka Blink wygląda bardzo sztucznie.

Kolejny odcinek włączę z ogromną przyjemnością i na podstawie przeczytanego wywiadu z showrunnerem jestem raczej spokojny o przyszłość serialu. Przynajmniej pod względem kreatywnym, z oglądalnością może być różnie. 

Inne:
- w głównej obsadzie dwójka nastolatków. Pozorny strzał w stopę, a wyszło lepiej niż się spodziewałem. Łatwo to zepsuć, ale konkurencja na polu najbardziej irytujących dzieci w telewizji jest ogromna. 
- serduszko dla Amy Acker, którą znowu można zobaczyć w telewizji. Stęskniłem się od czasu finału Person of Interest, a nie minęło wielu czasu.

OCENA 5/6