Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Mentalist. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Mentalist. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 marca 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #223 [13.03.2017 - 19.03.2017]

SPOILERY

24: Legacy S01E07 6:00 P.M. - 7:00 P.M.
Tony wrócił! I gdyby nie ujawniono tego wcześniej w newsach, wywiadach i trailerach byłbym kompletnie zaskoczony. Od jego ostatniego występu minęło kilka lat i zupełnie nie pamiętałem co się z nim działo. Wydawało mi się, że nie żyję, ale tyle razy ginął, że można stracić rachubę. Ma się całkiem dobrze, przewodzi najemnikom i współpracuję z rządem. W tym przypadku porywając Henry'ego. ponieważ to najprostszy sposób by wyciągnąć z niego tajne informację. Szkoda tylko, że Tony miał słabe wejście. Mało emocjonująca rozmowa telefoniczna. Oczekiwałem czegoś bardziej szokującego. Już lepiej jakby dokonali porwania i na końcu okazało się kto jest za to odpowiedzialny. Czy ja muszę im pisać scenariusz? Ktoś na pewno powinien pomóc, a kursy doszkalające uznają za obowiązkowe.

Ten odcinek był bardziej spójny od pozostałych, dano trochę czasu Carterowi i zredukowano zbędne wątki do minimum. Dzięki temu oglądało się to z umiarkowanym zainteresowaniem. Dalej jest bez sensu, Carter nie myśli i można łatwo przewidzieć dalszy ciąg, ale nie ma niestrawności. To nie mała pochwała dla tego sezonu. Zgrzytam jednak zębami oglądając kolejne genialne posunięcie Rebbecki, Mullinsa i Cartera. Aż dziwne, że Ameryka wciąż jest w jednym kawałku. 

Inne:
- Henry musiał być przetransportowany żeby zostać poddany torturą? Biedne CTU stoczyło się na psy skoro nie mają do tego specjalnego pokoju.

OCENA 3/6

DC's Legends of Tomorrow S02E14  Moonshot
Pierwszy odcinek z Ripem ponownie w drużynie i nie mogło zabraknąć konfliktu o kapitańskie stanowisko. Został on rozegrany bardzo inteligentnie, bez nachalnego eksponowania i dialogów, a jednocześnie uwydatnił jak bardzo zmieniła się drużyna. Rip przez większość czasu był obserwatorem, chciał zachowywać się jak kapitan, ale od razu oddawał Sarze stery, z zbolałą miną akceptował, że jest ona lepszym kapitanem od niego i w kluczowym momencie to potwierdził. Cały wątek został zakończony paralelą do rekrutacji Legend gdzie Sara używa słów Ripa w jego kierunku.

Moonshot miał dużo więcej ważnych scen z wątkami osobistymi bohaterów. Jestem pełen podziwu ile udało się wycisnąć z standardowych czterdziestu minut. Już sama główna historia mogła być przytłaczająca - wyprawa na księżyc po fragment włóczni i ratowanie załogi Apollo 13. Zamiast tego była ramami do opowiadania o innych rzeczach. W centrum był dramat rodzinny Steelów. Wyrwany z swojego czasu musiał chronić włócznię. Porzucił rodzinę co wpłynęło na dwa następne pokolenia. Ma wyrzuty sumienia z tego powodu i chcę wrócić. Gdy jednak dowiaduje się o aberracjach nie jest w stanie podjąć tej decyzji, rozumiem konsekwencję zabawy z czasem. Co Nate ma mu za złe. Idealistycznie wierzy, że jego powrót naprawiłby rodzinę. Co jest mrzonką bo w ten sposób on stałby się zupełnie innym człowiekiem.

W historię Steela organicznie wpleciono wątek Amayi. Ona walczy o nienaruszanie historii by potem dowiedzieć się o tragicznym losie swojej wioski. Co w takim momencie ma zrobić? Zmienić historię czy ślepo podążać za biegiem wydarzeń jak wymagała od Steela. Niemalże jak antyczny dramat. Dzięki temu o wiele lepiej wypada wątek romansowy jej i Nate niż nudny melodramat Hawków. Podejmowane przez ich decyzję są trudne, a związek jest z góry skazany na niepowodzenie.

Współpracujący duet Thawna i Raya okazał się bardzo miłym dodatkiem. Nie miałbym nic przeciwko gdyby rozciągnięto to na cały odcinek. Trudna współpraca, brak zaufania i zły który jest inteligentniejszy i trochę bawi się dziecinnym Rayem. Tutaj też zgrabnie wpleciono motywy działania Eobarda dla którego zdobycie włóczni nie jest megalomanią, a jedynym sposobem na przeżycie.  

Inne:
- serio, speedsterzy tracą swoją szybkość opuszczając Ziemię? Przecież to bez sensu... a faktycznie, naukę i reguły rządzące tym światem trzeba przyjmować na słowo honoru.
- gdzie jest Cold?! Trzy odcinki do końca, a jego wciąż nie ma w Legionie Zagłady 
- Martin śpiewający w duecie z Mickem w kontroli lotów NASA - komediowa perełka.
- a za tydzień gościnny występ zaliczy sam mistrz Tolkien. Jak tu nie czekać na kolejny odcinek?
- video-diary Raya i odwołanie do Marsjanina, perfekcja. Nic jednak nie przebije przygrywającego podczas spaceru po księżycu Also sprach Zarathustra.

OCENA 5/6


 The 100 S04E06 We Will Rise
Oglądając zapowiedź tego odcinka szykowałem się na Mad Maxa w świecie The 100. I nie mogłem się bardziej mylić. To nie był napakowany akcją odcinek drogi z questem polegającym na przejściu z punktu A do punktu B pokonując niespodziewane niebezpieczeństwa. To była opowieść o bohaterach czyli to co wychodzi tutaj najlepiej. O ich strachach, ciągle oddziaływającej przeszłości, ale też walce o lepsze jutro. Zdecydowanie najlepszy odcinek The 100 w tym sezonie.

Zacznę może od podróży na którą się nastawiałem. Niecodzienny sojusz Azgeda i Skaikru i wyprawa z ostatnią nadzieją ludzkości do laboratorium. Czy coś może pójść źle? Jak się okazuje część armii Ice Nation zdezerterowała, w lasach są tez pozostałości walczących Trikru. Standard, z jednej strony walka o losy ludzkości, a z drugiej zawiść sięgająca pokoleń i plemienne walki. Umiejętne budowanie napięcia podczas leśnego spotkania z Grounders, a potem zmyłka z złymi w tej historii. To ludzie Roana kradną hydrazynę, a nie Trikru. To Roan musi walczyć ze swoimi, a nie dobrze znanym wrogiem. I wszystko tu jest logiczne. Zawiść wobec króla, który został zredukowany do roli popychadła Wanhedy popycha jego ludzi do skrajnych działań. Udaje się wygrać bitwę, ale wojna zostaje przegrana, część paliwa zostaje utracona w przypadkowy sposób. Dochodzi też do eskalacji konfliktu między dwoma klanami. Tylko Clarke może go załagodzić bo jak wiadomo tylko ona troszczy się o wszystkich. Na to jednak przyjdzie czas.

Przewrotnie przejdę teraz do dwóch pierwszych scen i otwarcia w Arkadii. Pierw Jasper cytuje dr. Seussa i potwierdza swoją filozofię chwytania dnia i życia chwilę. Jest w tym coś niewłaściwego gdy ogląda się w tym samym momencie Jahę na tle zniszczonego obozu. Jahę, który znowu wątpi. W przyszłość i przetrwanie, nie jest w stanie kierować ludźmi i podejmować znaczących decyzji. Zmienia się gdy Monty przypomina mu o Wallecie. Nie pierwsze i nie ostatnie odwołanie do wcześniejszych odcinków. Po tym podejmuje właściwą decyzję i ratuje tłum przed popadnięciem w ciemność.

Jednak najważniejsza w Arkadii była historia Octavi. Apatia po odniesionych obrażeniach i niesłabnąca agresja wobec brata, tak wygląda podczas pobytu w ambulatorium. Zobojętnienie trwa do tego stopnia, że pozwala tłumowi dopaść Iliana. Krew za krew. Jest tylko jeden warunek, sama chcę dokonać egzekucji. I tutaj znowu następuje odwołanie do dawnych wydarzeń, do momentu który ukształtował obecną Octavię, śmierci Lincolna. W dramatycznej scenie Kane porównuję ją do Pike'a. Ilian klęczący w błocie i Octavia mierząca do niego z broni. Ta sama scena tylko ona na miejscu znienawidzonego przez siebie człowieka. Do tego jeszcze melodramatyczna reżyseria z nakładającym się obrazem umierającego Lincolna na zdezorientowaną Octavię. Piękny moment i tragiczny dla postaci, gdy zdaje sobie sprawę kim się stała. Poraża ją to do tego stopnia, że opuszcza obóz. Jakby udawała się na symboliczną wędrówkę w poszukiwaniu nowej siebie.

W laboratorium ALIE nastąpiła wymiana i zamiast Abby pojawiał się Murphy co oznaczało masę scen z Raven. Ona zdesperowana próbuje pilotować rakietę, a on tryska sarkazmem wymieszanym z zwątpieniem. Hydrazyna nie eksplodowała, ale tutaj musiało dojść do wybuchu. Raven wyrzuca mu jego oślizgłość co mocno go dotyka. To był fenomenalny moment dla postaci i aktorów, którzy mogli się wykazać. Raven nie kontroluje własnych emocji i choroba coraz mocniej jej doskwiera mimo to się nie poddaje. I oczywiście ratunek przychodzi od Johna. Uwielbiam chemię między tymi postaciami. Mimo nienawiści jest też szacunek objawiający się w krytycznych momentach. I wszystko skończyłoby się tak bardzo potrzebnym happy endem gdyby nie utrata części paliwa.

Inne:
- kosmetyczne zmiany w czołówce po ostatnich wydarzeniach, bardzo lubię takie detale.
- świetnie nakręcona scena gdy tłum linczuje odpowiedzialnego za zniszczenie Arkadii. Brutalność, chaos, bezsens przemocy i Kane jako jedyny sprawiedliwy powstrzymujący motłoch.
- Roan wbijający szpilę Bellamy'emu gdy ten krytykuje go za niszczenie wiosek Trikru. Przeszłość nie zapomina

OCENA 5.5/6

The Expanse S02E04 Godspeed
Siłowe zarekwirowanie statku kosmicznych mormonów trochę mnie rozczarowało. Tym bardziej, że poszło bardzo łatwo i nie poświęcano temu wiele uwagi. Mam tylko nadzieje, to nie koniec tego wątku i serial szybko do tego wróci. Zamiast kompleksowej polityki i negocjacji Godspeed było skupione na jednym wątku - zniszczeniu Erosa. Budowanie napięcia przez cały odcinek, walka z czasem i niemożliwe do podjęcia decyzje. Dużo udało się wycisnąć z standardowych czterdziestu minut. Co rusz zachwycałem się pustką przestrzeni kosmicznej, monumentalizmem statków i rozmachem realizacji. Nie zabrakło też ludzkich momentów. Gotowość Millera na największe poświęcenie i niemożliwa decyzja Holdena i skazanie misji ratunkowej na śmierć by ocalić ludzkość. I ta końcówka gdy nie dochodzi do zbliżenia bo Eros zmienia kurs. Naukowcy stworzyli osobliwość kontrolującą ciało niebieskie. Zaczyna mnie coraz bardziej intrygować jak ten serial rozwinie się na przestrzeni kilku sezonów. A przecież już w następnym odcinku powinno dojść do spotkanie Holdena z Marynarką Marsa.

OCENA 4.5/6

The Expanse S02E05 Home
To było piękne, zwłaszcza ostatnie parę minut. Zacznę jednak od początku. Myślałem, że poprzedni odcinek to było budowanie napięcie prowadzącego do zniszczenia Erosa. Tutaj na celowniku była Ziemia. Nie do końca samoświadoma stacja wykorzystując podświadomość Julie pragnęła wrócić do domu, na Ziemię. Nie chodziło o niszczycielskie zamiary, ale pierwotny lęk i pragnienie bezpieczeństwa. Ludzie stworzyli byt, który mógł ich zniszczyć. Jednak zamiast sprowadzić zagładę Miller apelując do świadomości Julie i wykorzystując miłość jako jedną z największych emocji uratował świat. Całkiem niezłe osiągnięcie jak na Pasiarza. Wszystko to w przepięknej scenerii błękitnej protomolekuły, unoszącymi się w powietrzu świetlikami i Julie połączoną fizycznie z Erosem. Piękne.

Nie zabrakło też heroizmu ze strony Holdena. Gotów był poświęcić życie swoje i załogi by zniszczyć zagrożenie. Świadomie jednak odpuścił wiedząc, że jest lepsze rozwiązanie. Również Avarasala była gotowa oddać życie i walczyć o Ziemię do samego końca. Może i trochę naiwnie, ale liczy się intencja. Strasznie podobała mi się jej rozmowa z mężem gdy wyznawali sobie w niebanalny sposób miłość. Brak muzyki przez większość sceny tylko podkreślał ważność chwili.

I tylko szkoda, że nie pokazano więcej Marsjan i ich reakcji na wydarzenia. Lub cywilnej ludności oczekującej końca świata. Rozumiem czemu tego nie było, ale żałuję. Pytanie co teraz. Protomolekuła na pewno nie została zatrzymana, a wątpię by serial w całości opierał się na wojnie Ziemi z Marsem. Podejrzewam, że to jeszcze nie koniec Millera i w jakieś formie powróci. Terraformowanie Wenus za pomocą protomolekuły i stworzenie jeszcze groźniejszego wroga? A mógł Miller lecieć na słońca. Chociaż w tym wypadku raczej nie byłby w stanie naciskać przycisku co minutę.

OCENA 5.5/6

The Expanse S02E06 Paradigm Shift
Pozornie niepowiązane z główną opowieścią wątki to nic nowego w The Expanse. Choćby w zeszłym sezonie w jednym z odcinków poświęcono dużo czasu by pokazać zbieraczy lodu. Tutaj zastosowano podobny zabieg. Flashback o ponad sto lat opowiadający o odkryciu przełomowego napędu. Cel? Opowieść jak Mars zdobył swoją pozycję oraz podkreślenie nadrzędnej roli technologii w kreowaniu historii. Taki przełom trafia się raz na pokolenia i właśnie teraz jest taki moment, tytułowa zmiana paradygmatu. Tylko zamiast nowego napędu jest pozaziemska biotechnologia. Godne pochwały jak udało się to opowiedzieć.

Koniec odcinka to bitwa kosmiczna. Krótka, chaotyczne i bardzo ładnie pokazana. Nie wiadomo kto zaatakował, można przypuszczać, że kosmici. Jednak zacznie się wojenka miedzy Marsjanami i Ziemię, to nieuniknione. Dzięki temu wątek Bobbie zrobi się ciekawszy i znaczący dla całej opowieści. Najwyższy czas.

U naszych głównych bohaterów było trochę komediowych scen, ale więcej dramatów. Standard. Szczególnie u Alexa. Wciąż przeżywa, że jest odpowiedzialny za śmierć 25 ludzi gdy ratował Amosa. Wciąż przemawia przez niego marsjański patriotyzm co może mieć wpływ na jego działania gdy rozpocznie się wojna. Również Naomi działa z wyższych pobudek. Dla dobra Pasa okłamuje Holdena i nie niszczy protomolekuły. Kolejna decyzja wpływająca w dużym stopniu na wszystkich bohaterów.

Na Ziemi błyszczała Avarasala. Co to była za piękna tyrada przeciw korporacją i karierowiczom wbijając przy okazji szpilę Errinwrightowi. To może zaważyć o jej przyszłości, ale ten moment był jej potrzebny. O wiele ważniejsza jest wyprawa na Wenus. Podejrzewam, że znajdą coś co odmieni losy wszechświata.

OCENA 4.5/6

The Expanse S02E07 The Seventh Man
Serial przez te 1,5 sezonu skupiał się na ziemskiej polityce. Mars był okryty tajemnicą, trochę idealizowany, najczęściej widziany oczyma obcych. Teraz można było przekonać się jak niewiele różnią się od Ziemian. Za wszelką cenę chcą zakończyć konflikt, nawet są skłonni by nakłonić swojego podoficera do kłamstwa. I teraz pytania - czy ten cynizm to ich podwójna gra bo mają bardziej długoterminowe plany czy może są jakoś powiązani z kosmitami? Może oba?

U innych bohaterów nie było już tak ciekawie. Na Ziemi doszli do wniosku, że trzeba zwołać szczyt bezpieczeństwa, skromnie. Plusem, że Bobbie go odwiedzi. Na stacji Tychos trochę polityki związanej z walką o wolność Pasa i mylne tropy związane z działaniem postaci. Niestety nic ekscytującego, budowanie tła pod dalsze wydarzenia.

OCENA 4/6

The Expanse S02E08 Pyre
Intensywny odcinek niemal w całości dziejący się na stacji Tycho. Jedyne sceny poza stacją to wprowadzenie nowej postaci, botanika z Ganimedesa mającego powiązania z Protogenem. Już od pierwszych chwil było wiadomo, że to będzie ważna postać, nie bez powodu dostał otwarcie odcinka, a potem pokazywano jego podróż na statku z uchodźcami. Szybko można było z nim sympatyzować i kibicować by jak najszybciej wpadł na Holdena i jego załogę. I to dzieje się już na końcu odcinka. Lubię tą postać i chciałbym się o niej więcej dowiedzieć. Jego oczami można też było obejrzeć do czego są zdolni Pasiarze zabijający mieszkańców planet wewnętrznych. Wojna między ludźmi, marnowanie zasobów, a gdzieś dalej kryją się kosmici będący prawdziwym przeciwnikiem.

Na Tycho Fred Johnson walczył o utrzymanie władzy. Jego pozycja została naruszona, a w trakcie odcinka przeżył jeszcze zamach. Uratował go Holden. Trochę za szybko, można byłoby to rozłożyć w czasie, ale rozumiem w końcu jest wiele więcej historii do opowiedzenia. Coraz bardziej lubię Drummer. Serial rzucał fałszywę tropy jakby współpracowała z Davesem, a ostatecznie okazała się lojalna Fredowi. I pięknie załatwiła na końcu terrorystów. Bez sądu, czysta egzekucja. Choćby dla niej kibicuje Fredowi.

W następnym odcinku wyprawa na Ganimadesa co oznacza bliższy kontakt z Marsjanami i rozbudowanie postaci Alexa. Cicho liczę, że Bobbi dotrze już na Ziemię na rozmowy pokojowe.

OCENA 4.5/6

The Flash S03E16  Into the Speed Force
Wyprawa w głąb Speed Force okazała się rozczarowująca. Nawet nie wiem jaki był jej sens poza uratowaniem Wally'ego. Wszystkie rozmowy o heroizmie i poświeceniu były banalne, Barry znowu niczego się nie nauczył, sprowadzenie starych twarzy by wcielali się w Speed Force to marnowanie ich czasu, a zasada speedster za speedstera była zwyczajnie głupia. Odcinek miał też problemy na poziomie konstrukcyjnym. Sprowadzenie Jaya poza kadrem tylko na chwilę i powtarzalne sceny w Speed Force dopełniały całości. Dalej nie rozumiem decyzji jakie popełniają bohaterowie. Rozstanie Iris z Barrym nie ma sensu. Tak samo jak Jesse udająca się na Earth-3 chwilę po tym jak przeprowadziła się na Earth-1. Scenarzyści widocznie nie mają pomysłu i ganiają w kółko. Szkoda.

OCENA 2.5/6

The Mentalist S01E04 Ladies in Red
Lubię sobie od czasu do czasu obejrzeć proceduralną sprawę kryminalną zamknięto w jednym odcinku. Nie mam nic przeciwko jeśli maszyna losująca wypluje mi Bones, Hawai Five-0, JAG, Castle czy Elementary. Wystarczająco lubię tych bohaterów by raz na jakiś czas się z nimi spotkać i sprawdzić czy nie wyszli z wprawy w łapaniu przestępców. Tym razem padło na The Mentalist, niemalże dekadę po emisji odcinka. I muszę przyznać, że serial mocno się zestarzał. Pierwsza scena to początek śledztwa i 95% odcinka jest mu poświęcone. Nie ma miejsca na rozwijanie relacji między bohaterami czy większą sprawę poza wątkiem romansowym w tle. Bardzo zachowawcza forma. Nastawiałem się na to więc mi nie przeszkadzało. Jak wypadła sama zagadka? Całkiem zgrabnie. Fałszywe tropy i nieoczekiwane zwroty akcji co przerwę reklamową, ale przy tym angażujące w zgadywanie. Gdyby nie zasada pierwszej najmniej podejrzanej osoby rozwiązanie pewnie by mnie zaskoczyło.

OCENA 4/6