Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Shannara Chronicles. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Shannara Chronicles. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Serialowe podsumowanie tygodnia #169 [11.01.2016 - 17.01.2016]

SPOILERY



Sherlock S04E00 The Abominable Bride
Pierwszy raz jak usłyszałem o odcinku Sherlocka w XIX wieku trochę się wkurzyłem. Jak to, przerywać opowieść w takim momencie? Zamiast skupić się na kręceniu kolejnego sezonu zrobić skok w bok i opowiedzieć niezależną historię? Czysta złośliwość, tym bardziej, że kolejny sezon najwcześniej za rok. Z tego powodu nie śledziłem specjalnie doniesień, nawet nie oglądałem zwiastunów. I wiecie co? Podobało mi się.

Najważniejsze, historia nie jest samodzielną opowieścią nie związaną z główną osią. W zgrabny sposób Moffat powiązał dwa okresy historyczne wykorzystując pałac umysłu Sherlocka. Nie jest to jasne na początku co gdy się wyjaśnia bardzo dobrze działa. Odcinek był quasi opowieścią szkatułkową. Jednak nie było typowego zagłębiania się w historię w historii, a szkatułki częściowo się nakładały, a przeszłość czy raczej wizja mieszała się z rzeczywistością, a rzeczywistość nie zawsze była jednoznaczna. Powiedziałbym, że był to bardzo Doctorowy odcinek, co bardzo mi się podobało.

Podobała mi się rzeczywistość XIX wieku, która była retellingem retellingu. Pierwsza scena to remake sceny z poznania się dwóch głównych bohaterów, a z czasem pojawiają się nawiązania do przeżytych historii tylko w trochę odmienny sposób. Jest nawet Molly i scena nad wodospadem Reichenbach. Nie podobał mi się tylko Mycroft przestylizowany na grubaska, ale odnośnie tego mam własną teorię, o której za chwilę.

Sprawa odcinka niezbyt mnie wciągnęła. Przynajmniej z początku. Jak w Sherlocku była chaotyczna, dużo wątków i brak wyraźnej narracji. Potem było trochę lepiej, ale trzeba przyznać, że jako śledztwo nie interesowała, a pytanie "jak martwa kobieta mogła zabić męża" zbytnio nie zawracało mojej uwagi. Cenię jednak nawiązania do Moriatego. Bardzo wyraźne, ale pasujące gdyż o to chodziło. Samobójstwo po strzale w głowie i powrót do żywych plus nieustane przebitki z współczesnej sprawy udanie wkomponowane w przeszłość. Udanie wyszedł też feministyczny wątek przewijający się przez cały odcinek przez co rozwiązanie sprawy miało ręce i nogi. 

Cały odcinek dział się w mind palace Sherlocka więc trochę zgłębiono jego psychikę, obecne lęki i niepewności. Szczególnie fajnie wypadła scena rozmowy Sherlocka i Watsona o kobietach, wspomnienie Irene Adler i Molly Hooper. Oj, jak bym chciał by Irene wróciła choćby na chwilę. Gdy odcinek okazał się imaginacją mocniej zaczął mnie zastanawiać Maycroft, zwłaszcza gdy Sherlock spytał się go w samolocie czy nie schudł. Może ta zabawa w zgadywanie daty śmierci nie była bezsensowna i podświadomość Sherlocka chciała mu powiedzieć, że jego brat jest umierający?

Jak zwykle odcinek został ładnie wyreżyserowany. Pojawiająca się treść telegramu na ekranie, przenikające się sceny i charakterystyczne dla serialu zabawy z kamerą. Dobrze było to jeszcze raz zobaczyć. Stroję i scenografia epoki wypadły solidnie, ale jak to telewizja ma w zwyczaju szerokich planów było niewiele, a akcja działa się przeważnie w pomieszczeniach.

OCENA 5/6

Teen Wolf S05E12 Damnatio Memoriae
Taki ten serial lubię. Wciąż nie jest to szczyt możliwości, dużo brakuje do topowych odcinków, ale widzę ogromną poprawę w stosunku do poprzedniego odcinka. Było spokojniej i przez to ciekawiej. Można się było skupić na postaciach i poszczególnych wątkach, budować atmosferę i zaciekawić. Szkoda tylko, że horrorowe sceny już nie działają. Mocno je chwaliłem, zwłaszcza podczas pierwszych sezonów. Teraz brakuje elementu zaskoczenia. Przedzieranie się tunelami technicznymi nudne, smolista postać taka sobie, a wielka Bestia, która ma wzbudzać strach pokracznie wymodelowana, a jedyne co może spowodować to śmiech.

Podoba mi się, że widać o co toczy się gra. Wątków głównych jest kilka, a pobocznych zatrzęsienie, ale zostało to uporządkowane. Cel podstawowy to ponowne zebranie drużyny. I niech teraz każdy kolejny odcinek skupia się na pozostałych członkach stada. Cel następny to pokonanie Bestii, która wydaje się niemożliwa do ubicia. Jest też stado Theo. Wielka niewiadoma i przeszkadzajka, a całość urozmaicają Doktorzy Strachu. Jest tego dużo, ale stanowi spójny kolaż, który przy odrobinie talentu nie rozleci się.

Świetne sceny z główną dwójką. Zarówno komediowe, dramatyczne i interakcje między nimi. Scott średnio radzi sobie bez swojego najlepszego przyjaciela, przeżywa kolejne chwile zwątpienie i wychodzą jego niedoskonałości. Jak przy niesamowicie komicznej scenie z tablicą i sznureczkami gdzie zupełnie się pogubił. To nie jego domena. Stiles natomiast przeżywa dramat rodzinny. W trochę ckliwej scenie, ale pasującej do konwencji serialu doszło do jego pojednania z ojcem. Jak to tatuś zawsze wspomoże syna, jest gotów wszystko poświęcić, a syn powinien mu zaufać bo rodzina/stado najważniejsze. Był też zgrabnie rozpisany konflikt na linii rozum i serce. Gdyby to zostało gorzej zagrane by nie zadziałało, tutaj było idealne. Jednak najfajniejsze były sceny Stiles/Scott. Nie przez co mówili, ale chwilę milczenia, wzajemne zrozumienie i współpraca by wreszcie ponownie stanowić część jednego stada. Bardzo ładnie wyszło rysowanie kręgów na piachu jako pewnego rodzaju rytuał podkreślający ich wspólnotę. I komentarz Stiles, że nienawidzi tego symbolu.

Dalej nie podoba mi się, że Liam dostaje tyle czasu na ekranie. Jego sceny nie działają. Ma czasem zabawne i nieporadne momenty z Masonem, ale ogólnie wypada bardzo słabo. Głównie ze względu na kompletnie schrzaniony wątek romantyczny. Przez tyle lat serial umiejętnie je prowadził by teraz spektakularnie się wyłożyć. Brak chemii to jedno, bardziej mi przeszkadza bezsens tej historii i co znowu podkreślę, marnowanie czasu na nudne postacie w nieciekawych sytuacjach. Gdyby nie moja awersja do przewijania seriali pewne bym to robił.

Bardzo szkoda, że Malia i Lydia kosztem Liama dostają mniej czasu. Polowanie na Pustynną Wilczyce może być fajne tym bardziej, że ma Deatona. Biedaczek tyle z nią już przesiedział. Do tego Malia chcę ją zabić co oddala ją od stada Scotta, ale plany planami i całość może się skończyć zupełnie inaczej. Fajnie, że jest Braeden, ale niech ten wątek mocniej ruszy. Chyba bardziej obchodzi mnie ta historia niż niesforne stado zombie chimer.

Lydia siedzi w Eichen House i odbywa astralne podróże po zakładzie. To jest fajne. Podczas gdy jej ciało jest pozbawione ducha  ona będzie trenować swoje umiejętności banshee. Pod okiem ducha Meredith. Nie wiem czemu nawiązała telepatyczną więź z Lydią, ale i to podoba mi się. Zastanawia mnie tez jak uda się ją uratować. Chyba trzeba czekać na powrót Deatona bo tylko on może ją wyciągnąć z katatonicznego stanu.

Dziadek Argent uzdrowiony?! Ale czemu? Przecież to nie była jeszcze podbramkowa sytuacja, Doktorzy wciąż nie wydają się przeciwnikiem nie do pokonania. Bestia tak, ale Chris jeszcze nie wiedział czym ona jest. Fajnie, że Gerard wrócił, ale to trochę bez sensu. Jednak ta scena się udała zwłaszcza przez sposób w jaki pokazano jego pokój pełen zakrwawionych na czarno chusteczek walających się po całej podłodze co podbudowała klimat. 

Inne:
- scena z Tracy zabijającą ojca - po co mi to? Pokazuje tylko, że Theo manipuluje ludźmi i ich od siebie uzależnia co od dawna już wiadomo. Znowu niepotrzebne marnowanie czasu.
- nic nie łączy tak ojca z synem jak rozmowa nad ciałem w kostnicy.
- przekupny za 10 tysięcy dolarów członek Specnazu przekazujący wiadomości o Desert Wolf. Czasem pojawiają się rzeczy, w które nawet ja nie jestem w stanie uwierzyć.
- końcówka odcinka to wielkie WTF. Kira kontra... co? Nocujący w ziemi praprzodkowie? Rdzenne ludy Ameryki? Pierwsze magiczne istoty? Nie mama pojęcia co to jest, ale przypomina mi finał czwartego sezonu Buffy gdzie było coś podobnego - mistyczna wizja z pierwszą pogromczynią.

OCENA 4/6

The Expanse S01E06 Rock Bottom
Mam problem z tego typu odcinkami. Z jednej strony ciekawe historię poszerzające wiedzę o świecie lub łączące się z większą całością. Z drugiej, zawiało nudą. Do tego stopnia, że oczekiwałem końca odcinka i niezwykle łatwo ulegałem rozproszeniu. Gęsta atmosfera gdzieś uleciała i trafiło się zbyt dużo zapychaczy mających na celu wypełnienie czymś serialu. Czymś kameralnym tak by zaoszczędzić trochę funduszy.

Zupełnie nie rozumiem scen z pozyskiwaczem asteroid na marsjańskiej granicy. Znaczy rozumiem co znaczyły, ale nie czemu aż tyle trzeba mu było poświęcić. Pokazano napięte nastroje, kolejny w odcinku przykład podejmowania trudnych decyzji oraz ogólny rys sytuacji społecznej. I niespodziewany atak terrorystyczny, które może przynieść poważne konsekwencje. Jestem ciekaw czy to sugestywne budowanie przyczyn wojny. Nie pojedyncze akcję, ale ciągi oderwanych incydentów wynikających z tego samego problemu. Tylko na miłość Pustki Kosmosu, niech takie rzeczy będą podawane w skondensowanej formie.

Ziemskie scenki jak zwykle trochę pokrzywdzone. Było ich niewiele, ale ważne. Podkreślono bezwzględność i dążenie do celu, którym bez wątpienia jest dobro Ziemi, przez Chrisjen. Nikogo nie zawaha się użyć by zdobyć potrzebne informację. Co mi się tutaj podobało, jak zresztą w całym serialu, postacie nie żyją w pustce. Pojawiają się na moment, jedną scenę, ale mają własne backstory, które jest istotne dla historii. Tak jak rozmowy o Rzeźniku jeszcze lepiej obrazowały postać, która nie jest już tak oczywista jak ostatnio, a jej motywy wciąż pozostają tajemnicą.

Jaki interes ma Johnson? Chcę zaognić sytuację czy ją uspokoić, a może dalej zbijać własny kapitał. Jak to wszystko łączy się z Pasiarzami, tajemniczymi okrętami stealth, Julią Mao i wojną Ziemia vs. Mars? Czuję się zagubiony i rozumiem co czuli oglądający Grę o Tron bez zapoznania się z prozą Martina. Natłok wydarzeń i faktów, które trzeba samemu rozłupywać i prowadzić mentalne notatki by w tym wszystkim ię nie pogubić.

Na stacji Tycho najbardziej podobało mi się zacieśnianie więzi między załogą. Zwykłe rozmowy, wyjawienie prawd i jeszcze dogłębniejsze poznawanie głównych bohaterów, którzy nie mają pojęcia w jaką kabałę się wplątali. Alex i Amos coraz lepiej się dogadują mimo, że wyrośli w dwóch różnych środowiskach wiele ich łączy. Wychodzą też docinki między nimi oraz nieudane docinki np. w momencie gdy Alex żartuje sobie i minimalnie nieświadomie przekracza granicę z czego szybko stara się wybrnąć by nie urazić Amosa. Równie dobrze wypadły relację Naomi i Holdena. Najfajniejszy był w nich brak podtekstu seksualnego, a damsko żeńska przyjaźń zwłaszcza gdy podczas sceny alkoholizowania się wspominają poległych towarzyszy. Zgrzyta mi tylko jedna rzecz - czemu Johnston wpuścił ich na stację skoro chcę ukryć ich obecność. Przecież to oczywiste, że tak potężny człowiek jak on musi być śledzony.

Na Cecres ciąg dalszy cliffhangera. Porwany Miller jest przesłuchiwany i to są kolejne niepotrzebnie przedłużane sceny. Nie czuć napięcia i gdyby nie Jared Harris i wyjawienie przeszłości jego postaci oraz krytyka Millera pewnie bym się doszczętnie wynudził. Zaskoczyła trochę końcówka gdy Miller jest ratowany przez Octavia. Jednak tutaj też mam wrażenie, że można było coś więcej wyciągnąć. Na reszcie końcówka sugeruje, że ekspozycja i trochę bezcelowe prowadzenie śledztwa się skończyło. Star Helix jest zamieszane w incydent, a Miller zostaje wyrzucony ze służby. Tylko znowu nielogiczność - czemu kapitan Shaddid nie rozegrała tego lepiej by nie wzbudzać podejrzeń Millera? Mocno cierpi na tym opowieść gdy ma się wrażenie, że bohaterowie głupio się zachowują.

Inne:
- głupia rozmowa na Ziemi o szpiegu, ale jak ładnie nakręcono w oceanarium z rybami krążącymi nad głowami postaci. Kontrapunkt dla pustki kosmosu i ciasnych korytarzy stacji.
- może trochę oszczędzono budżet na scenach między postaciami, które były mocno statyczne i opierały się na rozmowach, ale statki, stacje kosmiczne i przebywanie w zerowej grawitacji to coś co dalej robi wrażenie.
- zachwyca dalej stylistyka serialu. Ziemne filtry w kosmosie, statkach i stacjach i ciepłe na Ziemi. Albo malowanie w próżni z mocno nasyconą czerwienią i żółcią, które dominują nad innymi barwami. Przy czym mimo nasycenia dalej pozostaje zimne czy wręcz stalowe.
- nie wiem czemu, ale strasznie mi się podoba, że tyle postaci ma tatuaże, blizny i charakterystyczny sposób ubierania. Już tylko na podstawie tego można coś o nich wywnioskować.
- muzyka dalej jest co najwyżej przeciętna. Boli tym bardziej, że ostatnio odświeżałem sobie OST do Battlestar Galactica.

OCENA 4/6

The Shannara Chronicles S01E04 Changeling
Z przyjemnością włączyłem kolejny odcinek. Podczas seansu trochę ponarzekałem, zdarzały się słabsze sceny i mrowie ciężko strawnych dialogów, ale to wciąż przyjemny i niezobowiązujący serialik. Póki za dużo się nie zastanawia można czerpać mnóstwo radości z przygody w klimatach fantasy w tv. Tym razem dzielni bohaterowie szukają zmiennokształtnego demona. Trochę późno na to wpadają i powinni wykazać się większą inteligencją, ale mogło pójść dużo gorzej. Odcinek cierpi trochę przez brak zaskoczeń dla widza. Od początku wiadomo kto jest zły co powoduje brak suspensu, a narażanie życia księżniczki jest bezcelowe bo wiadomo, że nie może stać się krzywda. Dlatego szkoda, że niemal cały odcinek poświęcono temu wątkowi. Jeszcze jakby dano ładną sekwencję akcji to bym wybaczył, ale tutaj też rozczarowanie. Nie zawsze można mieć bombastyczne efekty na ekranie.

Odcinek próbuje zgłębiać psychikę Amberle, a Elcrys przygotowuje ją do roli wybrańca. I znowu - mieszane odczucia. Czemu Bohater w przeciętnych historiach fantasy musi wybierać między miłością, a ocaleniem świata? Czemu ma się odczłowieczać? Przecież wyzbycie się miłości i emocji oddala go od tego co ludzkie, traci kontakt z tym czego ma bronić, a quest nie wynika już z przekonania tylko zaprogramowanego obowiązku. Tutaj jest to samo. Wizja Amberle jest fajna, pole bitwy zasłane trupami, widzenie Lorna i walka z Willem. Która kończy się w głupi sposób, a jego śmierć jest przypadkiem, a nie świadomą decyzją podjętą przez bohaterkę, ale Elcrys zostaje przekonany. I nie wiem czy drzewko jest takie głupie czy to była lekcja, a nie próba. Pokazanie, że podczas misji czekają trudne wybory i bohaterka musi być na nie gotowa. W każdym bądź razie sceny te miały sens, ale nie wiem czy interpretuje je zgodnie z intencjami scenariusza.

Podoba mi się, w Amberle, że nie jest ideałem. Jest zawistna, ma w sobie odrobinę pychy i czuć jej arystokratyczne pochodzenie. Ciężko jej przyznać się do błędów, a wizję ignoruje bo tak się jej podoba. Potrafi tez ukrywać emocję kiedy trzeba. Jest w czym rzeźbić i mam nadzieje na pokazanie zmian jakie będzie przechodziła na skutek podróży. Zwłaszcza teraz gdy została sama z Willem i Eretrią.

Właśnie Will i Eretria. Nie mam pojęcia jak to było w książce, zbytnio mnie to nie obchodzi, ale trójkąt miłosny tutaj nie działa czemu winny jest odtwórca dzielnego przyszłego herosa. Za grosz mu charyzmy i brak chemii między dziewczynami. Jest też głupi jak but, niczego się nie uczy, brak mu własnego zdania. Ma dobre serduszko, ale to za mało. Niektóre sceny wypadają śmiesznie, ale za często czuje zażenowanie z powodu oglądania słabego trójkąta miłosnego. I wciąż liczę na moją wymażoną kombinację. Teraz czekam na bonding dziewczyn, a cały następny odcinek powinien na tym polegać.

Lubię Eretrię, ale to chyba wynika z archetypu postaci jaki odgrywa. Aktorka jest przeciętna, trochę brakuje jej zadziorności. Może w 2-3 sezonie będzie to lepiej wyglądać, ale wciąż dużo przed nią pracy bo za często jej zachowanie jest sztuczne. Widać, że gra, ale jeszcze do końca nie czuje postaci. Jednak zdarzają się jej fajne momenty, a jej backstory wciąż jest interesujące. Tatuś nie jest tatusiem, a ona nie odkupiła swoich grzechów na końcu odcinka i dalej pozostała więźniem, a nie pełnoprawnym członkiem drużyny. Wciąż też nie wiadomo keidy mówi prawdę i jak bardzo manipuluje Willem co jest bardzo fajne bo podkreśla charakter postaci i pokazuje, że serial ma jednak trochę wyczucia i nie rzuca wszystkiego prosto w twarz.

Inne:
- jak to Brandon nie rusza na wyprawę? Chociaż jego współpraca a Allanonem też może fajnie wypaść. W przeciwieństwie do Willa jego trauma jest bardziej przekonująca, a on autentycznie boi się swoich mocy.
- efekt poruszającego się korzenia drzewa okropny, tak jak współczesne skórzane kurtki lub kamizelki. Natomiast sztuczna krew jest niesamowicie nienaturalna z powodu koloru i konsystencji
- wątek synów króla męczy. Jeden dobry, drugi zły i nieakceptowany, bla bla bla, niech się skończy, wiadomo w końcu który nadaje się na następcę. A może jakiś twist?
- reżysersko odcinek kuleje. W spokojnej scenie rozmowy kamera latała jak oszalała. Chciano podkreślić dramaturgię, ale zupełnie nie można się było skupić na treści z powodu chaosu. Kiepsko wypadła też prezentacja legendarnego miecza, który otrzymuje Amberle. Zabrakło iskierki epickości potrzebnej tego typu serialom.
- Allanon to fatalny mentor. Idź Willu na niebezpieczną wyprawę, jak spotkasz niebezpieczeństwo może nauczysz się korzystać z Elfich Kamieni. Może.
- cliffhanger słaby. Zmiennokształtny pozostaje w zamku z powodu nieudolności elfów i druida. Może i pokazuje, że zło bardzo ciężko pokonać, a wygrana nigdy nie jest oczywista, ale wolałbym nowe wątki.

OCENA 4/6

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Serialowe podsumowanie tygodnia #168 [04.01.2016 - 10.01.2016]

SPOILERY

Luther S04E01 Episode 1
Luther wrócił. Przyjąłem to spokojnie, nie śpieszyło mi się w oglądaniu. I nie podejrzewałem, że potrzebowałem tego w moim życiu. Kapitalny odcinek. Duszna atmosfera z przerażającym mordercą. Powolne odkrywanie jego zbrodni, poznawanie kolejnych detali i śledzenie tego jak podgląda swoje ofiary. Odpychający typ i zgłębianie kolejnej ludzkiej dewiacji - seksualnego fetyszu na temat kanibalizmu. Obrzydliwy temat, a ogląda się go z ogromnym zaciekawieniem przez to jak został pokazany. Tylko szkoda, że tak mało było śledztwa i genialnego umysłu Luthera. Równie ważne było badanie domniemanej śmierci Alice Morgan. Dwa ciekawe wątki, które nie powinny być ze sobą zestawiono bo na tym tracą. Równie dobrze całość mogła być poświęcono jednemu z nich. Zamiast tego jest niepotrzebna kumulacja wydarzenia i John lata między dwoma śledztwami. I tutaj fajna scena, z jednej strony chcę by działać zgodnie z regulaminem, a z drugiem sam porywa człowieka, który może coś wiedzieć o zniknięciu Alice. Wybuchy złości Idrisa Elby dalej ogląda się wyśmienicie. Niestety nie mogę tego powiedzieć o bohaterce Rose Leslie. Ja ją bardzo lubię, dobrze gra i w tym serialu, ale postać niedomaga scenariuszowo. Chodzi za swoim partnerem, chodzi z Johnem i nie robi nic konkretnego. Oby nie została dodana tylko po to by stać się kolejną ofiarą i podbić stawkę w finale.

OCENA 5.5/6

Luther S04E02 Episode 2
Rozczarował mnie finał tej historii. Od dwu odcinkowego eventu oczekiwałem więcej, bardziej druzgocących wydarzeń dla Luthera. Czegoś co by zmieniło jego życie, pełnych emocji scen i skomplikowanej  intrygi. Dostałem za to dość linearną historią, spójną opowieść o polowaniu na kolejnego psychopatę i wątek związany z Alice, ale nie do końca. Pierw jednak sprawa. Śledztwo było ciekawe, mroczne i niepokojące, ale finalna konfrontacja już nie bardzo. Ciekawie odwrócono schemat, teraz John musiał kryć kogoś agresywniejszego, ale finalna konfrontacja była najgorszą częścią polowań na kanibala. I czy brytyjscy detektywi nie posiadają broni czy olbrzymia wpadka serialu? Jedno i drugie nielogiczne. Sprawa śmierci Alice była fajna, póki nie okazało się, że całość to wielka ściema i powrót dawnej sprawy z życia Luthera. Niepotrzebne komplikowanie. Końcówka ma otwartą formułę więc czekam na kolejny special. Oby Ruth Wilson tym razem była dostępna.

OCENA 4.5/6

Scream Queens S01E03 Chainsaw
Trochę się pośmiałem, ale większość odcinka to uczucia zażenowania z powodu tego co oglądam. Dzieje się dużo, postacie rozmawiają ze sobą, jest flow. Tylko co z tego skoro to nie ma najmniejszego sensu i do niczego nie prowadzi? Całość wygląda jak kilka zszytych ze sobą scenek, które może będą tworzyły spójną całość. Czasem to działo, czasem nie. Nie rozumiem motywacji postaci i ich zachowania, dla mnie to wydmuszki służące do pokazywania zabawnych scen i tak mam zamiar to odbierać. Co mi się najbardziej podobała? Chyba nieudolne psychoanalizy Chada i przemowa Dziekan na stypie, która była zupełnie nie na miejscu. Zdarzały się czasem trafne teksty, ale kurde, za dużo muszę się męczyć by dobrać do mięska. Nawet mnie nie interesuje kto jest mordercą, a to bardzo zły znak przed odpaleniem następnego odcinka.

OCENA 3/6

Teen Wolf S05E11 The Last Chimera
Nie ukrywam, że lubię ten serial więc bardzo czekałem na powrót mimo chwiejnego poziomu ostatnimi czasy. I się rozczarowałem. Po pierwsze nie było recapa, te kilka scenek nic nie przypomniało. To niedopuszczalne przy miesięcznych rozstaniach. Potem wcale nie lepiej. Od razu sam środek akcji, wizje senne, flashforwardy, akcja zaczyna się tam gdzie ostatnio skończyło i szaleńczo galopuje od jednej sceny do drugiej. Nie ma czasu by odwrócić wzrok i poprawić na krześle. Co rusz jakaś rewelacja, powrót znanej twarzy, ktoś umiera, komuś kręcą dziurę w czaszce, rozszerza się mitologia i zapowiadany jest kolejny straszny przeciwnik. Pogubiłem się. Wciąż fajnie ogląda się sceny między postaciami zwłaszcza Stiles/Scott po ciężkim rozstaniu, ale jest ich za mało. Odcinek jest zmontowany niczym teledysk, akcja, akcja, akcja przerywana cięciami. Spokojnych rozmów jest zbyt mało, brakuje relacji między postaciami, a jak już ktoś dostaje trochę minut to są to osoby, które mnie nie obchodzą (Liam i Mason). Liczę, że serial szybo zwolni tempo i poukłada historię bo nie chciałbym by mnie zniechęcił do oglądania. Na razie dostaje ostrzeżenie.

OCENA 3.5/6

The Expanse S01E05 Back to the Butcher
Odcinek przejściowy, oszczędny w wydarzenia, ale z dużą  ilością ekspozycji. Nawet trafiły się trochę zbędne flashbacki. Rozczarował mnie też brak scen na Ziemi i szerszego spojrzenia na tragedię Donnagera. Zamiast tego powtarzanie o rzeczach, które już wiadomo. Pasiarze są źle traktowani, korporacje są be, śledztwo Millera jest ważne. Nie powiem by której sceny szczególnie zapadły mi w pamięci. Może te z załogą Canta na końcu? Na prawdę podobało mi się jak Holden cieszył się z znalezionej kawy lub ta leciutka nić porozumienia z Amosem gdy nadawali nową nazwę dla statku. Coraz bardziej lubię te postacie. Serial umiejętnie rozwija swoją mikro i makro skalę. Jestem pewien, że postacie, które wcześniej miały miej miejsca na ekranie dostaną go w przyszłości więcej.

OCENA 4/6

The Shannara Chronicles S01E01E02 Chosen
Nie miałem wielkich oczekiwań względem Shannary. Ucieszyła mnie wieść o heroic fantasy w telewizji, a trailery robiły kolosalne wrażenie. Jednak to stacja MTV, kierowana do amerykańskich nastolatków. Robili już dobre seriale (Teen Wolf), ale każdy kolejny produkt to wielka niewiadoma. Jak więc wypadło ich najnowsze dzieło? Znośnie. Lepiej niż oczekiwałem, a irytowało to czego się spodziewałem. Ogólnie podoba mi się, a w pewnym momencie złapałem się na tym, że jestem autentycznie ciekaw co dalej mimo popowej stylistyki.

Nie miałem styczności z książkami Terry'ego Brooksa. Oczekiwałem serialu w stylu Legends of the Seeker. Prostej przygodówki, z drużyną, questem i pojedynczymi sprawami na odcinek, które z głównym wątkiem nie mają wiele wspólnego. Jednak jeśli pilot jest wyznacznikiem stylu serialu to Shannara stoi spory kawałek od Miecza Prawdy. Wciąż trzeba powstrzymać Wielkie Zło, a losy świata spoczywają na barkach młodych bohaterów. Jednak całość została podana w bardzo strawny sposób. Bogata historia świata, mnóstwo nazw własnych, wydarzenia sprzed trzydziestu lat, które wpływają na obecne, tajemnice rzucane od czasu do czasu. Wszystko to w przesadzonej ekspozycji i kilku niepotrzebnych dialogach. Ale to działa, widać że świat jest ogromny. Walka nie toczy się tylko z Wielkim Złem, ale też są różne frakcję na świecie - trolle, elfy, ludzie, które zbytnio za sobą nie przepadają. Do tego kilka pojedynczych wątków, które mogą miło umilać czas. Przyciąga również historia świata. Mimo high fantasy całość dzieje się w post apokaliptycznej Ameryce przez co obok monumentalnych elfich budowli są obrośnięte roślinnością satelity lub zrujnowane mosty.

Co do bohaterów mam mieszane uczucia. Robotę robi Manu Bennett jako druid Allanon. Charyzmatyczny, mało mówi, a jak już rzuca ironicznymi żarcikami. Jest łącznikiem między przeszłością, a teraźniejszością, włada magią i łączy go konflikt z serialowym Sauronem. Umie też grać czego niestety nie można powiedzieć o nastoletnich aktorach. Większość z nich to słabo ociosane drewienka , którym scenarzyści każą wypowiadać smętne dialogi, lub nie obdarzyli ich zbytnio statystykami inteligencji. Na szczęście twist z drugiej połowy sugeruje, że wątki romantyczne będą mocno zredukowane. Mi podobają się jeszcze dwie żeńskie postacie. Księżniczka z poczuciem misji, która jest prawdziwą heroiną serialu i Eretria, tutejsza naciągacza, która całkiem nieźle sobie radzi w tym wrogim świecie i ma całkiem nieźle rozpisany osobisty wątek z konfliktem rodzinnym w tle.

Reżysersko są wzloty i upadki. Zacznę może od minusów. Jest chaotycznie, dużo skakanie po różnych miejscach, czasem zbyt szybko by jak najwięcej pokazać. Są też nudniejsze i nic nie wnoszące sceny. W niektórych momentach muzyka jest mocno chybiona. Raz przygrywa typowe fantasy, a raz wybijają popowo romantyczne kawałki. Rażą też wykonania niektórych miejscówek czy kostiumów.  Wrażenie robią szerokie plany. Nowa Zelandia ostatnio tak piękna była w Władcy Pierścieni. Cudowna wzgórza porośnięta lasami, piękne wodospady i wyschnięte pustynie. Źli wyglądają przerażająco, CGI budynków i efekty specjalne to wyższa serialowa półka, a dynamiczne sceny są nieźle wyreżyserowane. Oglądając to ma się wrażenie uczestnictwa w wydarzeniach, obecności w innym świecie. Póki serial nie przywali po twarzy plastikowymi dekoracjami I gdyby bohaterowie tak nie przypominali amerykańskich nastolatków co niesamowicie wybija z oglądania.

Odcinek został zakończony chamskim cliffhangerem co by zmusić widzów do powrotu. Ja bym i tak to zrobił. Wkręciłem się, jestem ciekaw co dalej, było mniej facepalmów niż się obawiałem, a o dobry znak na przyszłość.

OCENA 4/6

The Shannara Chronicles S01E03 Fury
Dwie godziny serialu minęły, a mi się wciąż podoba. Ma swoje głupotki, ale jako guilty pleasure działa doskonale. Oglądam piękne widoczki, niezłe efekty specjalne Manu Bennetta posługującego się magią i mieczem, a gra toczy się o ratowanie świata. Nawet lubię bohaterów i mam komu shipować. Willa nie trawię, ale Eretria i Amberle fajnie wypadają. Szczególnie razem na ekranie. No uformujcie już drużynę i wyruszcie razem w podróż! Chcę dalej oglądać ich docinki, niesforne zachowanie i Allanona robiącego za tatusia. Jestem dobrej myśli odnośnie przyszłości, nawet podobają mi się te chamskie cliffhangery i przerywanie sceny w połowie. Nie miałbym nic przeciwko gdyby stało się to znakiem rozpoznawczym serialu i zabawą z widzami. W Alias to działało. A jak fabularnie odcinek? Dużo się działo, serial dalej skaczę po różnych miejscówka, niespodziewanie wyskakują nowe postacie, ekspozycja i nadmiar nazw własnych przytłacza, ale to działo. Wciąga, a tego oczekiwałem. Tylko ta nieszczęsna muzyka...

OCENA 4/6

Utopia S02E06 Episode 6
Chyba miałem za dużo oczekiwania przed finałem bo teraz czuje rozczarowanie i niedosyt. To była świetna seria, która swoją kulminację miała odcinek temu. Może i teraz wydarzenia były donioślejsze i na globalną skalę, ale mi bardziej podobała się emocjonalna konfrontacja z 2x5. Tutaj za dużo czasy było poświęcono konspiracji i zabójcy, którego trzeba było powstrzymać przez co historię postaci trochę cierpiały. Jednak były świetne momenty i to przecież one zostaną zapamiętane. Szczególnie te z Wilsonem, który wyrasta na niesamowitego villina. Nie wiem, która scena była najlepsza - szantaż Dugdale'a, zabicie z zimną krwią Lee, narodziny Królika czy każda kolejna rozmowa z Ianem i Debbie.

Jak na finał musiały przydarzyć się wolty fabularne. Przejście Wilsona na ciemną stronę mocy nie było jedną z nich, to oczekiwana konsekwencja wydarzeń kształtujących postać. Nieoczekiwane zmiany zaszły u Debbie i Iana. Ona gotowała się na śmierć już od kilku odcinków, chciało odejść na własnych warunkach i to robi. Przy okazji okazuje się, że jednak nie choruje na żadnego Deela, a nasilające się efekty jej choroby są związane z odstawieniem leków. I to było słabe bo wyciągnięte z kapelusza. Ale z drugiej strony może posłużyć jako komentarz do big pharmy i tworzenia sztucznych uzależnień. O wiele fajniejszy game changer zaszedł u Iana. Jego twardy kręgosłup moralny został zachwiany. By ratować miliony musiał zabić, zrobił coś czego sobie nie wyobrażał, coś co go zupełnie odmieni. Nathan Stewart-Jarrett zagrał kapitalnie w tej scenie gdy prosił zamachowce o to by nie musiał go zabić. Całość została tak wyreżyserowana , że napięcie jak zwykle wystrzeliło w kosmos i wszystko mogło się zdarzyć. 

Jak zaczął nadrabiać Utopię myślałem, że na koniec będę klął na Channel 4 i Davida Finchera za anulowanie serialu. Jednak nie, jestem zaledwie lekko wkurzony. Cliffhanger był chamski, chcę zobaczyć co stanie się z bohaterami i oglądać niesamowite zdjęcia, ale pogodziłem się, że nie zostanie mi to dane. Utopia odeszła jako genialny serial i taka zostanie zapamiętana. Może za parę lat dostanie film. Kto wie. 

OCENA 4.5/6