Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Walking Dead. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Walking Dead. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 kwietnia 2015

Serialowe podsumowanie tygodnia #132 [06.04.2015 - 12.04.2015]



Ascension S01E02 Part Two
Cztery dni. Tyle zajęło mi obejrzenie tego podwójnego odcinka. Mógłbym całą winę zwalić na święta i brak czasu co nie do końca byłoby prawdą. Długość odcinka również nie jest czynnikiem determinującym. Chodzi o jakość. Gdyby mi się podobało zarwałbym nockę i skończył oglądanie tego samego dnia, a następnego załączył zombie mode. Jednak nie dałem rady mimo tego, że chciałem by mi się podobało. Całość jest sztuczna, nieprzekonująca i nudna. Dwa pierwsze był jeszcze przebolał, trzeci jest grzechem niewybaczalnym. Może to wina środkowej części trylogii, która zazwyczaj służy ekspozycji, bez mocnego otwarcia i konkluzji? Raczej nie, ja obarczam pomysł na serial i nieudolne wykonanie.

Najgorsze, że nie mam pojęcia o czym tak na prawdę jest Ascension. Niby jest sprawa morderstwa, ale nie położono na nią byt dużego nacisku. Większość bohaterów miota się po ekranie i nie robi nic konkretnego. Są tylko pretekstem do przedstawienia świata. I niby mają swoje historię, ale wszystko jest zbyt odrębne od siebie, brakuje mi jakiegoś spoiwa. Bo tak - mamy jeszcze walka o fotel kapitana, konflikty u prostytutek, nastoletni wątek romansowy oraz dziewczynkę z supermocami. Dochodzi jeszcze zbliżanie się statku do Rubiconu co nie ma większego wpływu na przedstawione wydarzenia. Ostatecznie dostajemy obyczajówkę, którą ogląda się średnio z powodu postaci, które nie potrafią zaoferować widzowi angażujących historii.

Jednak mi najbardziej przeszkadzają wątki poza statkiem. Wyprawa Ascension okazała się wielką mistyfikacją, a całość jest... w sumie nie wiadomo czym. Mówi się o eksperymencie socjologicznym, badaniu przystosowania ludzi do kilkudziesięcioletniej podróży kosmicznej i wylęgarnią odkryć technologicznych. I z każdym z tych możliwych wytłumaczeń mam problem. Zwłaszcza z ostatnim, który twierdzi, że jedne z największych ostatnich odkryć naukowych są rezultatem tego eksperymentu ponieważ ludzkość doszła do takiego momentu, że nie jest w stanie opracować nic nowego. Tylko naukowa utopia, odcięcie od problemów współczesnego świata może zaowocować nowymi odkryciami.

Moja prywatna poprzeczka zawieszenia niewiary znajduje się bardzo wysoko, jestem w stanie wiele zaakceptować jednak sztuczny statek kosmiczny to już za dużo Co rusz widzę jakieś problemy od strony technologicznej, moralnej i prawnej. Są one bardzo silne bo serial próbuje być bardzo poważny przez co tak trzeba go odbierać. I to nie działa. Podstawowy problem - nadzór nad projektem jest w rękach jednej osoby, niezbyt zrównoważonej psychicznie, a rząd nic z tym nie może zrobić. Paranoja. Najbardziej jednak przeszkadza mi cywilny nadzór nad projektem. Można by pomyśleć, że jeśli na coś podczas zimnej wojny wydano miliardy dolarów pieczę nad tym będzie sprawowało wojsko. Nic z tego.

Niestety nie skreśliłem serialu po pierwszym odcinku, ale gdy został tylko jeden nie wypada go porzucać. Już boję się jak będzie wyglądało męczenie kolejnych 80 minut serialu, który mnie nie interesuje. 

OCENA 2.5/6

Communtiy S06E04 Queer Studies & Advanced Waxing 
Zabawny odcinek z dużą ilością śmiechu, ale od Community oczekuje kapkę więcej. Dziekan dwukrotnie wychodzący z szafy był niesamowity. Nie chciał przestać mówić i ciężko było się połapać w jego toku rozumowaniu oraz metaforach. Jim Rash jak zwykle świetny. I jeszcze muzyczka i montaż z okładkami magazynów! Cudna była również scena gdy Jeff i Dziekan zastanawiają się czy Frankie jest lesbijką i wymieniają komiczne miny.

Wątek z Changem, Anie i adaptacją Karate Kid miał swoje momenty. Liczyłem na troszkę więcej komentarzy Abeda, aż się o to prosiło. Najbardziej mnie jednak zastanawia czy despotyczny reżyser, z którym się ciężko pracuje to wątek meta odnoszący się do Dana Harmona i zakulisowych przepychanek. Jakby chciano pokazać, że ciężka praca i wizja twórcza prowadzi do czegoś wielkiego. Przez pot i łzy do ekstazy publiczności. Tylko biednej Annie szkoda.

OCENA 4.5/6

Daredevil S01E01 Into the Ring
Jestem zachwycony. Dostałem dokładnie to czego oczekiwałem czyli dojrzałą opowieść w świecie Marvel Cinematic Universe. Jest klimat, wiarygodne nakreślenie postaci i czuć możliwość obcowanie z większą historią. Już trzy pierwsze sceny wystarczyły by przedstawić styl serialu i sprawić, że się w nim zakochałem. Kalectwo Matta i to jak jego wypadek zostało pokazany bez zbędnego dramatyzmu, a w centrum były relację ojciec/syn które konsekwentnie powinny być rozwijane przez cały sezon. Rozmowa Matta z księdzem to wskazówka skąd przyszłe imię bohatera oraz pokazanie konfliktu wewnętrznego miotającego Murdockem. Dobry chrześcijanin z mroczniejszym obliczem. I w końcu starcie w dokach pokazujące, że mamy doczynienia z już częściowo ukształtowanym bohaterem i dające pokazać możliwości ekipy produkcyjnej. Świetne walki, nakręcone i wyreżyserowane z odpowiednim polotem. Styl walki Daredevila jest unikalny łączący bokserską siłę z akrobatyką co przyciąga oko.

Po tych scenach dostajemy już "normalną" część odcinka czyli przedstawienie postaci, zawiązanie akcji i rozwinięcie. Start kancelarii adwokackiej i pierwsza sprawa Matta i Foggiego czyli próba uniewinnienia Karen Page. I to było wciągające. Dzięki dobrym dialogiem, powolnemu odkrywaniu prawdy i oczekiwaniu na fajerwerki. Napięcie było niesamowite! Już nie mogę się doczekać jak przez najbliższe 12h będą kształtowały się relację między trójką tych bohaterów i jak rozwinie się kancelaria adwokacka. Chęć oglądania wątków obyczajowych w serialu o superbohaterze dobrze wróży na przyszłość.

W tle rozwija się wątek mafijny, pokazywane są nowe rządy jeszcze nie wymienionego z imienia Fiska. Ten serial nie będzie tylko o narodzinach bohatera, ale i złoczyńcy oraz odbudowaniu dzielnicy Hell's Kitchen po inwazji kosmitów. I będzie to brutalna walka, która nie będzie się toczyła tylko na ulicach, a Matt wydaje się z góry skazany na porażkę. On sam przeciw imperium, mafii która obraca dziesiątkami milionów dolarów, porywa dzieci i zalewa ulicę narkotykami. I jak tu nie kibicować ślepemu prawnikowi, który w nocy przeciwstawia się złu, a jego jedyną "supermocą" jest wyostrzony zmysł słuchu?

Ogromnie podoba mi się stylistyka serialu. Nie chodzi mi tylko o wszechobecne "dark and gritty", które miało być głównym elementem odróżniającym serial od cukierkowych Agentów TARCZY. Chodzi mi o powolne tempo, wyraźne nakreślenie sytuacji i nigdzie nie śpieszące się sceny. Rozmowy między postaciami są długie, tak jak walki. Realistyczność przede wszystkim. Wszystko to podkreślone odpowiednim filtrem ekranu, wszechobecnym mrokiem, cieniem i odbijającym się światłem od powierzchni. To wszystko sprawia, że nie można oderwać wzroku od Daredevila. 

Nigdy nie byłem fanem Daredevila, ale coś mi się wydaje, że po zakończeniu serialu będę chciał się wziąć za nadrabianie historii z tą postacią. 

OCENA 5/6

Daredevil S01E02 Cut Man
Po roku od niesamowitej sceny na jednym ujęciu w True Detective dostaliśmy kolejną tego typu. Gdyby nie polityka Netflixa wypuszczania na raz całych sezonów pewnie dużo głośniej by się o niej mówiło. Jednak nie zmniejsza to moich zachwytów. Korytarz, dziecko do odbicia i 5,5 minutowe ujęcia. Pierw wprowadzenie, pokazanie celu, kamera płynie w jedną, a potem w drugą stronę. Obrót, ukazanie bohatera, kamera dalej płynnie podąża za postacią. Daredevil walczy, wchodzi do sąsiadujących pomieszczeń, kamera zostaje w korytarzu, walka trwa, kamera się kręci, pokazuje dokładnie walkę, delikatnie zmienia się scenografia, walczący się meczą, ledwie słaniają na nogach, kolejne ciosy równie brutalne, Matt wchodzi do miejsca przeznaczenia, znika z kadru, kamera znowu zostaje w korytarzu i znowu podróż przez korytarz. Niesamowite! Pokłony dla reżysera, ta scena jest wielka. Jej kręcenie zajęło cały dzień, potrzebowano 12 powtórzeń by uzyskać jeden doskonały efekt, przy czym Charlie Cox zmieniał się z kaskaderem gdy walka toczyła się w sąsiednich pomieszczeniach. Na długo to zapamiętam. Przy okazji zastosowano świetną paralele w związku z tą scenę. Matt toczy swoją walkę w korytarzy, a my wcześniej oglądamy jego ojca, który idzie przez korytarz do swojej walki. Podobne ujęcia, podobna wymowa.

Jedna scena i tyle zachwytów, ale reszta tego dusznego odcinka również była świetna. Początek toznalezienie poobijanego Matta w śmietniku i pomocy od nieznajomej kobiety. Podobało mi się powolne budowanie zaufania między tą dwójką, czuć było dystans między nimi oraz obecne zagrożenie. Wyjawiono trochę z działalności Daredevila i tego ile robi dla miasta, jaką reputację sobie powoli zdobywa, ale też pokazano jego brutalność. Wbijanie noża w nerw na łuku brwiowym - ała. Mam nadzieje, że dalej zostanie pociągnięty wątek tragizmu bohatera. Ludzie będą krzywdzeni póki Daredevil nie zostanie złapany.

Obecność flashbacków była fabularnie uzasadniona. Pokazano ojca Matta, skorumpowanego boksera kochającego syna, który ma go za wzór. Ojciec przekazał mu rodzinną prawdę - Murdockowie się nie poddają, zawsze wstają i tak działa Matt. Nieważne jak poobijany osiągnie swój cel, bez względu na konsekwencje. Jack traci życie bo zdradził niewłaściwych ludzi, ale osiągnął swój cel. Młody Murdock może stracić życie bo zadziera z niewłaściwymi ludźmi. Tragicznie i niesamowicie udanie wyszła scena gdy młody Matt słyszy strzał i potem identyfikuje swojego ojca dotykając jego twarzy.

Na poboczu dostaliśmy Foggiego i Karen. Pijacka podróż przez miasta, trochę śmiechu i jeszcze więcej dramatu oraz dwa spojrzenia na świat. Karen widząca wszędzie zło i mroczne zakątki miasta i optymistyczny Nelson widzący w ludziach dobra. I jego przemowa o mieście. Jakbym czytał komiks i narrację jakiegoś mrocznego mściciela!

Dalej jestem pod wrażeniem stylu serialu. Praca kamery - wiadomo. Ale i kadrowanie, nasycenie kolorów i źródła światła. Poza jedną sceną całość dzieje się w nocy, obskurnych budynkach i zapuszczonych uliczkach.

I jeszcze jedna scena, która mnie zachwyciła - młody Matt słuchający walki ojca. Pokazano go jak się cieszy, ekscytuje z zwycięstwa. Niepotrzebna była wizualizacja starcia, wystarczyło tylko pokazać jak Jack wychodzi z szatni i reakcje syna. Proste, ale jakże dobrze działające środki.

OCENA 5.5/6

Daredevil S01E03 Rabbit in a Snow Storm
Odcinek odrobinę inny od poprzednich bo skupiający się na firmie adwokackiej Matta i Foggy'ego. Po znajomości z The Good Wife byłem ciekaw jak tutaj zostanie pokazana rozprawa i muszę przyznać, że mi się podobało. Kameralnie, oszczędnie, ale z niesamowitymi mowami. Zwłaszcza ta Murdocka o tym co jest dobre i złe. Fenomenalnie to się oglądało. Sam pretekst do wzięcia sprawy ciekawy - wina jest oczywista, teoretycznie moralność bohaterów nie powinna pozwolić bronić podejrzanego, ale Matt zgadza się go reprezentować by zbliżyć się do jego szefa. Mniejsze zło.

Sceny walki jak zwykle świetne. Nie spodziewałem się tylko takiego poziomu brutalności. Pokazano otwarte złamanie oraz katowanie człowieka kulą od kręgli. Bolało. I ta końcówka. Złoczyńca wolał popełnić śmierć niż narazić się Fiskowi. Wreszcie też pokazano Wilsona. Trzeba było czekać prawie trzy odcinki, wcześniej tylko słyszało się o jego dokonaniach. Rola D'Onofrio robi wrażenia mimo tak krótkiej obecności na ekranie. Do konfrontacji szybko nie dojdzie, ale to dobrze.

Serial doczekał się kolejnego wątku - miejskiej gazety. Dzięki dziennikarskiemu śledztwu Bena Uricha pokazano jak zmienia się świat, jak wyglądają nowi gangsterzy i czym różnią się od starych. Nie ma miejsca na dawne ideały, nawet gazety upadają, przestają zajmować się poważnymi tematami tylko tym co się sprzedaje. Straszna desperacja biję od serialu. To nie jest radosny świat Avengers gdzie dobrzy odnoszą na końcu zwycięstwo i po wszystkim idą na pizzę. Tutaj przeważa mrok.

OCENA 4.5/6

Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D. S02E16 Afterlife
Odcinek służący głównie ekspozycji i przedstawieniu trochę akcji. Najwięcej czasu dostała Skye. Tytuł odcinka zobowiązuje. Trafiła na tajemniczą chińską wyspę Zaświaty, które pewnie sąsiaduje z Arrow'owym Czyśćcem. Powoli zaczyna panować nad swoimi mocami i wraz z nią dowiadujemy się jak działają inhuman. Jak widać są mocno zorganizowani z niezależnymi grupkami Nie wiadomo ilu ich jest, ani jak wygląda rada nadzorcza, ale jest ich więcej niż można by podejrzewać. Cieszy mnie powrót mamusi Skye - więcej Dichen Lachman to zawsze dobra nowina. Jej relację z Calem i nastawienie do córki sugeruje jakby skrywała trochę tajemnic. Czekać tylko na ich ujawnienie. BTW - ciekawe jak Scarlet Witch i Quicksilver zdobyli swoje moce. Więzieni są przez Hydrę więc pewnie przez Wróżbitę tylko czemu w takim razie Gordon ich nie uwolnił? O Skye dowiedział się natychmiast po przemianie o tamtej dwójce powinien równie szybko.

Culson i Hunter dostali mnóstwo zabawnych scen. Świetnie zostali sparowani. Biedny Lance, tyle go ominęło. Fajnie też wypadł plan Culsona, który do końca nie wypalił. I powrót Deathlocka. Jej, lubię takie niespodzianki. I czyżby odniesienie do nadchodzącego Avengers? Mike polował na Lista będącego w Europie i zainteresowanego inhuman. Jak ładnie wszystko się wiążę.

W siedzibie SHIELD zostaje testowana lojalność kolejnych postaci. Dobrze wychodzi ich wodzenie na pokuszenie. Zwłaszcza relację starych bohaterów z Mackem i Bobbi, którzy okazali się zdrajcami dla większej sprawy. Najfajniej wypadł wątek Fitz/Simmons. Spodziewany rezultat, ale miło ogląda się tą dwójkę połączoną wspólnym celem i robiącą w konia całe SHIELD. To teraz szybki reunion Fitza z Culsonem. I czy tylko mi się wydaje, że zawartość kostki jest mało istotna? Nie czuje jakby było w niej coś ważnego.

OCENA 4.5/6

Mighty Morphin Power Rangers S01E34 The Green Candle (1) 
Dwuodcinkowa historia o Tommym. To powinno być dobre - myślę sobie, a potem przypominają mi się poprzednie odcinki i nadchodzi brutalna konfrontacja z rzeczywistością. Może źle nie było, ale oczekiwałem dużo więcej zwłaszcza po wysokim poziomie historii Green With Evil gdzie już pierwsza część sprawiła, że czułem się jak kilkanaście lat temu. Tutaj był potencjał i mam nadzieje, że stawianie fundamentów pod mocną drugą część. Jest na co czekać - Zielony Wojownik zostaje porwany przez Goldara i traci swoją moc z czego zdaje sobie sprawę na końcu odcinka. To może doprowadzić do fajnych rozterek Tommy'ego. Jasne, plan Rity jak zwykle głupi, ale pomysł z wypalającą się mistyczną świecą bardzo mi się podoba.

Cały odcinek był zgrabnie napisany. Jak na poziom MMPR. Pierw scenki rodzajowe Zielonego z Zackem i Kim. Może i ograny motyw z nieśmiałością z zaproszeniem dziewczyny na bal, ale coś przynajmniej się dzieje między postaciami. Walk było dużo i sprawnie je nakręcono. Podobała mi się stylistyka zniszczonego miasta co jest miłą odmienną od zwykle nudnych teł. 

OCENA 3/6

Mighty Morphin Power Rangers S01E35 The Green Candle (2) 
Byłem świadomy utraty mocy przez Zielonego Wojownika na długo przed rozpoczęciem oglądania tego odcinku. Mimo wszystko bardzo ciekawiło mnie jak zostanie to poprowadzone i muszę przyznać, że jestem usatysfakcjonowany. Była heroiczna walka (Tommy w kokpicie Dragonzorda i widok FPP!), ale nie ona mi się najbardziej podobało. Najlepiej wypadła akceptacja utraty mocy. Walka, którą trzeba było stoczyć, szybko pogodzenie się z nową sytuacją i brak opłakiwania straty. Jakby serial chciał pokazać, że nie trzeba mieć mocy by być kimś i zdobyć dziewczynę. Tak, podobała mi się romantyczna scena z Tommym i Kimberly, mimo stylistyki rodem z tanich romansideł dla nastolatek. Mam miękkie serduszko i nawet mi nie wstyd.

Chyba pierwszy raz uważam obecność Mięśniaka i Czachy za zbędą, odciek bez nich całkiem nieźle sobie radził. Po prócz utraty mocy przez Tommy'ego było również o przyjaźni jako wartości nadrzędnej. Jason musiał wrócić do wymiaru gdzie był więziony by stanąć w nierównej walce z Goldarem i swoim lękiem. Był też niewielki dylemat moralny - walczyć o moc Zielonego czy jego życie. Wybrał to drugie, a serialowi nawet przez myśl nie przyszło by ktoś kogoś obwiniał. Ba, Czerwony dostał power upa i zbroję Ziolnego. Więcej takich odcinków!

OCENA 4/6 

Power Rangers RPM S017E01 The Road to Corinth 
Złamałem się i jestem rozdarty wewnętrznie. I to mocno. Miałem oglądać Power Rangers po kolei jak bóstwa przykazują, ale nie dałem rady. Za namową Misiaela obejrzałem pilot siedemnastej serii i nie wiem co robić. Miał być tylko jeden odcinek by sprawdzić jak serial wyewoluował, kuksaniec popędzający do nadrabiania Mighty Morphin. I nie udało się. Czemu? Ponieważ chcę dalej oglądać RPM. Jestem zachwycony. Przez całe dwadzieścia minut siedziałem z szeroko otwartymi oczami, bananem na twarz, suszącymi się zębami i stygnącą herbatą. Przecież mógłbym się rozproszyć, uronić odrobinkę serialu gdybym się poruszył, a tego bym sobie nie wybaczył. Ech, muszę przemyśleć co z tym fantem zrobić, co oglądać, jak oglądać, kiedy oglądać. Jedno jednak jest pewne - chcę oglądać Power Rangers i współczuje ludziom, którzy dalej uważają to za bajeczkę dla dzieci i relikt lat '90. 

Jakie jest RPM? Najprościej powiedzieć - zajebiste. Zwykły kolokwializm, ale chyba najlepiej opisuje moje odczucia względem odcinka. Już wprowadzenie mnie zachwyciło. Krótkie nakreślenie tła fabularnego - SI przejmuje władzę nad światem, a Corinth pozostaje ostatnim bastionem ludzkości. Potem mamy efektowne walki resztek ludzkości z przeważającymi siłami maszyn i wprowadzenie pierwszych rangerów. Już te kilka minut zachwyca złożonością świata i bijącym klimatem zagłady. Mimo tej dość pesymistycznej przeszłości dostajemy pozytywnych bohaterów, których od razu można zidentyfikować jako przyszłych Wojowników. Mimo krótkiego wprowadzenia postaci od razu można poczuć do nich sympatie. Bo są zdolni do poświęceń i dobrzy w tym co robią. Na razie ich sylwetki są delikatnie zarysowane bo na więcej nie było czasu, ale już można spodziewać się choćby przedstawienie trudnych relacji ojca z synem czy poruszenia strady towarzysza na polu bitwy.

Drugi akt odcinka dzieje się rok po wydarzeniach z wprowadzenia. To było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Spodziewałem się typowego formowania pięcioosobowego składu, jakiegoś szkolenia i lepszego poznawania postaci. Nic z tego. Dalej jest przedstawienie kolejnych dwóch bohaterów. Jest czas na spokojniejsze sceny, troszkę akcji i jeszcze lepsze zarysowanie świata i postaci. Corinth to dalej ziemia obiecana, ale otoczona kordonem przez maszyny. Poza miastem m.in. coś na kształt nuklearnej pustyni z Mad Maxa lub Fallouta. Klimat upadku cywilizacji potęguje strój oraz pojazd samotnego bohatera. Zachwyciłem się tym widokiem, tak jak sposobem w jaki przedstawiono Dilliona. Romantyk i badass w jednym. Tutaj też była piękna scena walki, której nie pokazano co mi absolutnie nie przeszkadzało. Epicki kadr z samotnym herosem rzucającym się na robotycznych kitowców i skupienie kamery na jedynym kwiatku na pustyni po czym widok na pobojowisko. Świetny pomysł! Potem dochodzi do przedstawienia Ziggiego - comic relief, którego można od razu polubić, ale przeczuwam, że jego postać może mieć głębszą historię powiązaną z miastem. Lub nad interpretuje dialogi. W każdym bądź razie nie zdziwię się jeśli skrywa jakąś tajemnicę. 

Później dochodzi już do scen akcji. Jednak nie są to zwykłe nawalanki znane z Mighty Morphin. Oj nie! Pierw jest szalony pościg i walka z maszynami, która daje masę zabawy z oglądania. Jednak prawdziwy orgazm ekscytacji następuje po zjawieniu się rangersów. Transformacja mnie nie zachwyciła, troszkę za długa, ale już akcja jak najbardziej. Żałujcie jeśli tego nie widzieliście. Efektownie to mało powiedziane. Ale konkrety. Kostium Power Rangers został zmodyfikowany o jeden bajer - akceleratory na kończynach dające superszybkość lub  zwiększoną siłę (piszę na podstawie tego co widziałem) co diametralnie zwiększa dynamikę starć oraz je urozmaica. Tym bardziej, że postacie prezentują odmienny styl walki. Niebieski wojownik opiera się na silę, a żółta wojowniczka na akrobatyce i zwinności. Przy czym gdy to konieczne używają swojego arsenału. Walka była długa, umiejętnie przerysowana i co chwilę zaskakiwała choreografią i sprawnością realizacji. Na youtube widziałem kilka filmików z innych starć i zwyczajnie nie mogę się doczekać tego co mnie czeka.

Na razie mogę się przyczepić tylko do jednej rzeczy - złych. Wiem jednak, że czepianie nie ma sensu bo w 20 minutowym odcinku nie dało się wszystkiego pokazać i pewnie i oni dostaną swoje kilkadziesiąt minut. Jednak już ma się wrażenie, że nie jest to zgraja bezpłciowych przydupasów i jednego złego groteskowego głównego adwersarza. W końcu SI chcące wykończyć ludność niesie ze sobą ogromny potencjał.

Jestem zachwycony tym co zobaczyłem i muszę przyznać, że mimo obejrzenia dzień wcześniej kilku pierwszych odcinków Daredevila to chyba pilot RPM był najlepszą rzeczą widzianą w tym tygodniu. Najchętniej schrupałbym teraz całość, ale to głupie postanowienia oglądania po kolei...

Fun fact - obecnie na antenie The Cw leci Reign i iZombie. W obydwu w główne postacie kobiece wcielają się aktorki z stałej obsady Power Rangers RPM - Adelaide Kane i Rose McIver.

OCENA 5.5/6

Person of Interest S04E19 Search and Destroy 
Cztery odcinki do końca sezonu więc wraca wątek Samarytanina. Na razie delikatnie daje do zrozumienia, że zbliża się coś wielkiego, ale najlepsze dalej ukrywa. Jeden bóg tropi drugiego, a gdy się odnajdą powinno dojść do wielkiego starcia. Tymczasem dostaliśmy historyjkę o prezesie wielkiej firmy prześladowanym przez Samarytanina. Dobrze mi się to oglądało, szybka akcja, dużo zwrotów akcji i wątki informatyczne jednak mam delikatne problem z działaniem Samarytanina, którego plan wydaje się dość nielogiczny. Przejmuje serwery wielkiej firmy i wrabia jej szef tylko by móc przejąć program antywirusowy. Wydaje mi się, że wszechobecna AI powinna rozwiązać to w trochę inny sposób.

Mini wątek Root polegał na przejęciu walizki i jej otworzeniu. Nie było to łatwe, wpakowała się przez to w masę kłopotów, ale udało się jej zdobyć kod. I co? Nic. Nie chodziło o to co jest w środku tylko o opakowanie. Lubię być oszukiwany w taki sposób.

OCENA 4.5/6
 
Supernatural S07E17 The Born-Again Identity
Ileż się działo! Po pierwsze mamy wizytę w zakładzie dla obłąkanych. Niemalże obowiązkowy punkt przy długich proceduralach fantastycznych. Sam trafia tam bo widzi Lucka i nie może spać mimo kołysanek Gwiazdy Zarannej. Jego wizyta jest tylko pretekstem by Mark Pellegrino kolejny raz dał aktorski popis. Niesamowicie zabawne sceny z znęcaniem się nad Samem. Szkoda trochę, że zabrakło odrobiny kreatywności i dawki makabry. Jednak by nie było zbyt nudno wplątano w to wątek dziewczyny prześladowanej przez ducha. Wiadomo, większość zła tego świata no nadnaturalne moce.

Jednak najważniejszym punktem odcinek był powrót Cassa. Nareszcie, można by zakrzyknąć! Stęskniłem się za nim i jego prochowcem. I mniejsza, że dostaliśmy amnezją jak z telenoweli bo szybko ją cofnięto. Dobrze go było znowu widzieć w wspólnych scenach z Deanem, gdy musiał przyjąć na siebie całą winę i ostatecznie poświęcić się by uratować Sama. Teraz czekać na jego powrót. Za to wizyta Meg zupełnie mi nie pasowała. Nie lubię tej aktorki, działa mi na nerwy, a sceny które można było poświęcić na związek Castiel/Dean dostawała ona.

OCENA 4.5/6

The Good Wife S06E13 Dark Money
Dylan Baker wrócił i jak zwykle jest wspaniały w roli Colina jak i przerysowanego aktora, który odgrywa jego postać w fikcyjnym serialu. Cieszy zorientowanie odcinka na sprawę sądową, która miała kilka interesujących zwrotów akcji i efektowne mowy świadków i adwokatów. Tylko żal Alicji, która działa bardziej za kulisami niż na sali rozpraw. Strasznie podobało mi się jej finalne załamanie gdy zastanawia się czy wciąż jest dobrym człowiekiem. Nie chodzi tylko o obronę Sweeneya, ale również o branie pieniędzy od homofoba. Jak daleko jest się w stanie posunąć by wygrać i kiedy poczuje konsekwencję swoich małych wykroczeń, których jest coraz więcej. Bo wszystko czego dokonuje musi mieć swoją cenę.

Wątek Kalindy ogólnie rozczarowujący, ale i tak pokłony jak odcinek ładnie grał z widzem i budował napięcie, zagęszczał atmosferę po czym delikatnie spuścił powietrze. 

Czemu The Good Wife jest wspaniałe? Sztab Alicji posługuje się twitterowy kontem TobyZiegler44. Odwołanie do The West Wing zawsze jest plusem.

OCENA 4.5/6 

The Walking Dead S05E16 Conquer
Krótko bo minęło już trochę czasu od seansu. Podobało mi się mimo wydłużonego czasu odcinka i chwilowej nudy. Po seansie udało mi się tez zaakceptować czemu nie uśmiercono żadnej z postaci. Nie chodzi tylko jakoby zabicie kogoś byłoby zbyt łatwym wyjściem. Glenn i Sasha nie pozbyli się Gabriela i Nicholasa bo zaakceptowali zmianę jaką przeszli. Nowe miejsce pobytu i powrót do cywilizacji. To było głównym motywem tych kilku ostatnich odcinków. Zostać rodziną, którą udało się stworzyć, ale również dostosować się do Alexandrii. Jednak serial jak i świat w swojej wymowie są przewrotni. Gdy większość przybyłych zaakceptowała zmianę tak miasteczko zaczęło się upodobniać do nich. Jakby chciano pokazać jak dwa światy mogą niespodziewanie na siebie oddziaływać, a chęci i tak są weryfikowane  przez życie czy decyzję podejmowane na podstawie chwili. Taki był wyrok na Pete'a. Jednak egzekucja miała też drugie dno - Morgan (badass Morgan!), który uważał Ricka z przykład cnót, człowieka, który może odbudować cywilizację, wprowadza prawo siły w miejscu, które nową kolebką cywilizacji mogło być. Pod tym względem odcinek był wyśmienicie skonstruowany. I to zachwycające zbliżenie po egzekucji gdy postać jest na samym ciemnym tle podkreślającym jej stan emocjonalny i moralny.

Z pozostałych scen najciekawsza była pierwsza scena Morgana oraz wyprawa Daryla i spotkanie z Wilkami. Rodzi się całkiem zmyślny przeciwnik na nowy sezon i oby wytrwał dłużej niż kanibale z Terminusa. Przy okazji serial kolejny raz potwierdza, że największym zagrożeniem dla człowieka jest drugi człowiek. 

OCENA 4.5/6

poniedziałek, 30 marca 2015

Serialowe podsumowanie tygodnia #130 [23.03.2015 - 29.03.2015]

Zrobiłem jak zapowiadałem - spędziłem tydzień z przegniłym mięsem z zaburzeniami funkcji motorycznych. Udało się nadrobić cały sezon przed finałem i jestem zadowolony. Nie z jakości The Walking Dead, ale z odhaczenia zaległości. Były lepsze i gorsze odcinki, serial nie schodził poniżej pewnego poziomu, ale dalej (od kilku lat!) ma problem z opowiadaniem historii i rozciąganiem niektórych wątków. Wciąż potrafi zaskoczyć, ale nie tak jak kiedyś. Brakuje wstrząsających momentów o znaczeniu moralnym, a więcej ekspozycji brutalności. Nie tego oczekuje. Akcja jest fajna, ale potrzebuje ram, które będą ją spajać i nie zmienią serialu w teledysk MTV. W mojej pisaninie o poszczególnych odcinkach było bardzo pobieżnie, jeśli ktoś chcę dobrych recapów polecam Owcę.

Niewątpliwie najważniejszą wiadomością tygodnia (miesiąca? roku?) jest powrót The X Files. Plotki na ten temat krążyły od lat. Ja powątpiewałem bo większość kultowych seriali "wraca" (kinowe Friends, nowe Stargate i Star Trek, film Deadwood) i wrócić nie może. Tym razem się udało. Taka moda nastała. Telewizja ogólnodostępna w kryzysie więc sięga po sprawdzone pomysły. I tak po ponad 15 latach zostanie nakręcone 6 odcinków 10 sezonu, a przed i za kamerą staną dobrze znane nazwiska. Duchovny, Anderson i Carter. Ma być mieszanie mitologii z zamkniętymi historiami. I tyle wiadomo. Premiera? Wydaje się, że najwcześniejszy termin to mid-season 2016. Mnie najbardziej ciekawi czy serial zignoruje komiksowy sezon 10, który wydawanie zostało niedawno rozpoczęte w Polsce. Niby Chris Carter czuwa nad projektem, ale wiadomo co w takich przypadkach ma pierwszeństwo. A jak ja odbieram powrót Z Archiwum X? Z lękiem bo będę musiał nadrobić serial. I wtedy pewnie będę się bał jeszcze bardziej bo wciąż pamiętam jak za dzieciaka byłem przestrachany na odcinku gdzie facet obrócił sobie głowę o 360 stopni. 

Pozostając w temacie wskrzeszonych seriali - do Heroes wraca Masi Oka. I to jest dobra wiadomość! Niby Hiro pojawi się tylko na kilka odcinków, ale ja się cieszę. Ustalono również premierę Reborn - co zaskakujące nastąpi ona na jesieni czyli wraz z innymi nowościami. Czyżby przy wystarczające widowni można by liczyć na pełny sezon? Nie zdziwiłbym się gdyby NBC miało takie właśnie plany. 

Jeśli czytacie to w poniedziałek rano lub później to w sieci można już znaleźć pierwszy trailer spin-off The Walking Dead o jakże elegancko brzmiącym tytule - Fear The Walking Dead. Czy warto czekać okaże się późnym latem. 

W tym tygodniu ciężko mi uciec od żywych trupów (a nawet nie wspomniałem o iZombie!) więc napisze jeszcze o Fargo. Ash zostanie prezydentem USA! Ściślej mówiąc Bruce Campbell zagra Ronalda Reagana. I to jest kolejny powód by zebrać się w sobie i nadrobić serial. Jakby worek nagród nie był wystarczającą motywacją...

A przecież są jeszcze seriale emitowane na bieżące. Już niedługo wraca Orphan Black czyli aktorskie show Tatiany Maslany. Zapominalscy mogą obejrzeć 4 minutowy recap pierwszych sezonów.  Trochę później bo 31maja do tv (znaczy się na ekrany) wróci Halt and Catch Fire czyli ciąg dalszy historii skomplikowanych pionierów współczesnej ery informatycznej.

SPOILERY

 Mighty Morphin Power Rangers S01E33 The Yolk's on You!
Kilka godzin po obejrzeniu odcinka zupełnie zapomniałem co takiego się w nim działo. Szybki powrót, przejrzenie scen i nic dziwnego. Talent show w Angel Grove, kolejny potwór Rity, walka i po walce. Nudy! Jak to dobrze, że następna będzie dwuczęściowa historia. Jednak nie jest coś wartego wspomnienia o odcinku - punkowy występ Mięśniaka i Czachy. Od dłuższego czasu serial oglądam tylko dla nich i liczę delikatną bryzę świeżości. Bo wiatru zmian raczej nie będzie.

OCENA 2.5/6 

The Walking Dead S05E09 What Happened and What's Going On
Jak zapowiadałem tak zrobiłem - powrót do The Walking Dead przed premierą finału. I jestem rozczarowany powrotem. Po wydarzeniach w szpitalu i śmierci Beth miałem nadzieje, że pokażą jak na to reagowała grupa, może jakieś konflikty i większe skupienie na postaci Maggie. W końcu siostra, ona powinna najbardziej przeżyć tą śmierć. Nic z tego. Pokazano tylko jak płaczę, rozdzielono ją z Glenem (który powinien ją przecież pocieszać, a nie opuścić w takim momencie!) i pozostawiono poza kadrem. Pewnie, śmierć bohaterki, która dostała mnóstwo czasu antenowego w ostatnich odcinkach to nic specjalnego.

Co w takim razie zrobiono? Zafundowano kolejną śmierć zanim ze starą jeszcze dobrze się nie rozliczono. Doceniam finałową sekwencję gdy grupka desperacko walczy o uratowanie Tyreesa. Świetne dynamiczne sceny, wyścig z czasem i przegrana. Podobały mi się też niektóre wizję umierającego bohatera, szczególnie motyw ojca i radia. Tyko mam wrażenie, że zbytnio skupiono się na formie. Chciano dać dużo alegorii, zabawić się z widzami zaburzając chronologię niektórych niepokojących kadrów, ale to nie działo. Ponadto, fajnie było zobaczyć Tyreesa, ale nie wierzę, że w momencie śmierci to właśnie jego by oglądał. Podobała mi się też ostateczna ewolucja bohatera, który stwierdził, że nie chcę umierać by ostatecznie zejść z tego padołu łez. Udany zabieg, podkreślający śmiertelność tego świata. Mimo, że śmierć Ty'a mnie zaskoczyła nie ruszyła mnie zbytnio. Odszedł bohater z tła, za którym nigdy nie przepadałem. Dobrze, więcej czasu dla ulubieńców.

The Walking Dead to często parada absurdalnych pomysłów i idiotycznego zachowania bohaterów. Tym razem Rick podjął decyzję o losach grupy na podstawie mrzonki nastolatki i tęsknoty nieznajomego nastolatka. Pewnie, przejedźmy kilkaset mil, może coś znajdziemy. Głupie było również ganianie za Noahem. Chłopak ledwo co chodzi, a Rick lub Tyrees nie mogą go dogonić jak ucieka. Jasne. 

OCENA 4/6

The Walking Dead S05E10 Them
Tak właśnie powinien wyglądać odcinek po przerwie! Nastawienie na bohaterów, w tle walki z zombiakami, ale najważniejsze to co siedzi na duszy naszym postacią, a nie zupełnie oderwana historyjka-pożegnanie Tyreesa. Ostatecznie jednak wyszło z niej coś dobrego - zbiorowa depresja grupy. Każdy na swój sposób przeżywał śmierć bliskich. Z ekranu wręcz bił smutek gdy pojawiała się Sasha, Maggie lub Daryl. Oni stracili najbliższych i cierpli przez te 40 minut. Izolowali się od innych, byli żadni zemsty i szukali drogi ucieczki. Na przykład Daryl wolał znosić ból fizyczny zamiast psychicznego przez co przypalał się papierosem, a Sasha chciała się mścić i zabijać. Maggie popadła za o w apatię.

Tego typu odcinki w The Walking Dead są moimi ulubionymi. Postacie idą, rozmawiają i czuć, że to wielka rodzinka z drobnymi konfliktami. Słuchając kolejnych rozmów czuć też jak się zmieniają. Oczywiście w odcinku nie mogło zabraknąć odrobiny akcji. Walka na moście z zombiakami ok, czy grupowe (bo w grupie siła, prosta maksyma, a jak ładnie zilustrowana) podtrzymywanie drzwi do stodoły - dobrze się to oglądało. Jednak mnie dużo bardziej urzekły sceny gdy nikt nic nie mówił, a kontekst sytuacji można było wyczytać z twarzy aktorów. Szczególnie cichy, kameralny 4 minutowy wstęp.

Fabularnie serial wykonał kroczek do przodu. Czy może stópkę. Pojawił się tajemniczy Aaron, który wie więcej o grupie niż powinien. To jest intrygujące, ale powstrzymam się od spekulacji.

OCENA 5/6

The Walking Dead S05E11 The Distance
Połowa odcinka to debatowanie nad ofertą Arona, a drugie 20 minut przedstawia wyprawę do Alexandri. I mi się to podobało. Przedstawiono ostrożne podejście Ricka, pełne niewiary mające na celu chronić swoich ludzi. Oraz nadzieje innych na nowy dom, przy czym tutaj wybijała się Michone. Trochę szkoda, że nie było więcej dyskusji i tylko Rick wspomniał Woodbury i Terminusa. Gdybym ja należał do jego followersów to bałbym się kolejnej bezpiecznej przystani. Ponadto więcej osób powinno zabierać głos. Daryl i Carol jako statyści? Jakoś tego nie kupuje.

Wycieczka do Alexandri była jak to wycieczki w tym serialu - pełna atrakcji. Trochę zabawy w Carmageddon, troszkę TPP z mieczami i jeszcze więcej strzelanki. Jednak szerze mówiąc zabijanie trupków już mi się przejadło i nie rusza, nie wiadomo jak krwawe by było.

Serial złapał u mnie małego plusika za nieprzedłużanie podróży. Równie dobrze po awarii kampera mogli jechać do obozu kilka odcinków, a tu magik Glen z marszu naprawił samochodzik. Sam postój służył tylko po to by Rick mógł na wszelki wypadek ukryć broń. Bo nie ufa obcym. I dobrze, nie tylko on. Aron pewnie skrywa jakieś tajemnice i Alexandria jednak nie będzie takim rajem jak się wydaje. Bo być nie może, nie w tym serialu. A może będzie? Jako odtrutka po Gubernatorze i kanibalach rajskie miasteczka okazałoby się sporym zaskoczeniem.

OCENA 4.5/6

The Walking Dead S05E12 Rember
Po emisji odcinka czytałem, że był on przeraźliwie nudny, a najciekawszą i najważniejszą sceną było golenie brody przez Ricka. I absolutnie nie mogę się  z tym zgodzić. To był ważny odcinek z wieloma istotnymi scenami. Pełen suspensu mimo braku zagrożenie. Odcinek przejściowy gdzie bohaterowie dostosowują się do nowej sytuacji, stoją w rozkroku między życiem w drodze i cywilizowanych warunkach. Kapitalnie oglądało się rozmowy z panią burmistrz, nawet te krótkie zdania wypowiadane przez bohaterów, które odsłaniały kawałek ich osobowości. Dla mnie w całości epizod mógłby na tym polegać. Wywiady ze wszystkimi bohaterami, tak żeby pokazać jak reagują na Alexandrię i ich nowe lęki związane z bezpieczną przystanią.

Odcinek zarysował już kilka nadchodzących konfliktów. Szczególnie Glenna z drużyną wypadową. Ten wątek pewnie będzie najbardziej znaczący. Jest też mąż Jessie i mimo jego pojawienie się na kilkanaście sekund można było wyczuć jego niechęć do Ricka.

Podoba mi się jak grupa trzyma się razem. Ich wspólne nocowanie było cudownym podkreśleniem więzów, które ich łączą. Jednak jeszcze lepsze były ukradkowe spotkania Ricka, Daryla i Carol gdzie omawiają swoją sytuacją. Przejąć Alexandrię? Coś naprawdę musiałoby się spieprzyć. Do tego nasi jako ci źli? Nie sądzę, ale pewnie będą mieli własną wizję na miasteczko.

Carol! Jak ja ją uwielbiam. To nie był jej odcinek, ale gdy się pojawiała kradła sceny. Ten jej uśmiech gdy oddawała karabin! Ten niebieski sweterek i grania wcielenia niewinności! Te cięte odzywki do Daryla! Teraz czekać aż będzie mogła pokazać pazurki.

OCENA 4.5/6

The Walking Dead S05E13 Forget
Jak już nie raz pisałem - lubię powolne odcinki The Walking Dead gdy pozornie nic się nie dzieje. Niestety tutaj anemicznie było aż do przesady. Zaledwie kilka mocnych scen zapadających w pamięć, reszta to podkreślanie statusu postaci, który został już wcześniej określony. Szkoda, liczyłem na jakąś bombę na końcu by podkreślić kontrast między sielankowym przyjęciem, a prawdziwym zagrożeniem poza murami. Wybuch Sashy to za mało.

Bardzo podobało mi się tropienie konia i bonding Daryla z Aronem mimo, że głównie gadał ten drugi. Ogólnie fajny pomysł by na przykładzie konia, który zawsze ucieka pokazać, że na końcu zawsze czyha śmierć i zagrożenie zawsze jest obecne nawet gdy pozornie nie ma się czego obawiać.

Jednak najlepsza scena to ta gdzie Carol straszy dzieciaka opowiadając mu co zrobi gdy wygada ich mały sekrecik. Słodkie uśmiechy i makabryczna historyjka, która nie jednego mogłaby przerazić. Jak tu jej nie uwielbiać?

Szykuję się romans Ricka z Jessie? Proszę tylko, nie to. Zupełnie nie pasują mi trójkąty do tego serialu.

OCENA 3.5/6

The Walking Dead S05E14 Spend
To był ciekawy odcinek skupiający się głównie na różnicach między dwiema grupkami oraz podnoszący oczekiwania przed finałem. Nie mogę się zdecydować, które sceny poza Alexandrią bardziej mi się podobały. Abraham chwilowo cierpiał na PTSD, nie mógł się odnaleźć w zwykłej pracy, ale gdy pojawiły się zombiaki wrócił do roli lidera/żołnierza. Przy okazji pokazano tchórzostwo zwykłych ludzi, którzy nie zostali przystosowani do wypadów na zewnątrz. To samo było podczas wypadu Glena. Głupie błędy zwiadowców Alexandrii i mamy trupy. Za Noahem płakać nie będę, ale pierwsze zdanie w dzienniku, które napisał i śmierć w tym samym odcinku to udane podkreślenie ludzkiej śmiertelności. Scena z drzwiami mega brutalna, ale też pełna napięcia! Przy okazji Eugene został bohaterem, kto by się spodziewał.

Tymczasem w Alexandri zapowiedź nadchodzących konfliktów. Carol odkrywa, że mąż znęca się nad Jessie i twierdzi jakoby jedynym wyjściem jest jego śmierć. Dość radykalne. Ciekawiej wypadł kryzys wiary Gabriela, który odwraca się od ludzi którzy go uratowali. Trochę bezsensu, że dopiero jego wizyta wywołała wątpliwości u Deanny. Ogólnie sytuacja się zagęszcza. Ona zdaje sobie sprawę z coraz większej roli nowych, a grupka Ricka coraz śmielej sobie poczyna. Chyba tylko jakieś zewnętrzne zagrożenie będzie mogło zbliżyć do siebie Alexandrię i team Rick.

Niestety odcinek nie mógł się obejść bez pewnych niedorzeczności. Noah na wypadzie? Serio?! Gość ledwo chodzi, a oni każą mu wyruszyć po części z innymi? Przecież to proszenie się o tragedię. 

OCENA 4.5/6

The Walking Dead S05E15 Try
Nadrobione. Nie powiem bym w świetle tego co do tej pory się wydarzyło ekscytował nadchodzącym finałem. Jest dobrze, serial ciągnie kilka fajnych wątków, ale ogólnie nudy i mało ciekawa historia do opowiedzenia. U bohaterów dalej wałkowane są te same problemy i uwydatnianie ich osobowości. Jednak czego się dziwić, przecież to już piąty sezon i siłą rzeczy będzie coraz gorzej.

Sasha z jedną z najciekawszych historii w odcinku. Tego się nie spodziewałem. Jej najbliżsi umierają, a ona coraz gorzej sobie z tym radzi. Jest tak źle, że wychodzi poza ogrodzenie by polować na zombiaki, by dostać jakąś namiastkę zemsty. Również by nie zapomnieć jak wygląda prawdziwy świat, nie chcę żyć w iluzji tak jak mieszkańcy Alexandrii i choćby Michonne. Tej drugiej nie mogę rozgryźć. Również ma problemy z akceptacją, nie zostawiła za sobą swojej przeszłości i podczas akcji i migawce flashbacków odniosłem wrażenie jakby akceptowała to kim jest - killerką z kataną. Po czym wróciła do Alexandrii założyła mundur i znokautowała Ricka.

Ricka, właśnie. Ten wątek jest nudny. Nie zły bo pokazuje, że mimo apokalipsy zombie ludzie dalej zachowują się jak ludzie - zazdrość, niepewność, znęcanie się nad żoną. Tylko zbyt długo to się ciągnie, a radykalna postawa Ricka wydaje mi się nie na miejscu. Co on, nie wpadł na pomysł więzienia? A propos wątku odbudowania cywilizacji - Deanna nie chcę zabijać Pete'a bo to nie ludzkie. No tak, lepiej zaakceptować skurwysyna znęcającego się nad żoną. Bo jest chirurgiem.

Podobało mi się jak przedstawiono dwie wersję tego co wydarzyło się w magazynie i jak ludzie odebrali śmierć bliskich. Szczególnie gdy rodzinka Deany zapuściła muzykę by wspomnieć syna. Jednak wciąż jej postać mnie nie przekonuje. Jej podejście do Ricka jest zbyt odrealnione, wydaje się zbyt słabo sportretowana, bez konfliktów wewnętrznych. Jest pusta. Tak jak Alexandria. Niby bezpieczna przystań, małe miasteczko, a na ekranie raptem kilka postaci na krzyż.

W tle rysuje się zagrożenie na przyszły sezon. Ślady po grupce oprawców przewijają się przez cały sezon. I równie dobrze mogłoby ich nie być bo wygląda jakby finał miał skupić się na Ricku i stosunku naszych do Alexandrii. Liczę też na powrót Morgana, ale obawiam się zaledwie sceny po napisach.

OCENA 4/6

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Serialowe podsumowanie tygodnia #114 [01.12.2014 - 07.12.2014]

To był niezwykle spokojny tydzień. W prawdziwym świecie bo w serialach działo się, oj działo. Rozczarowujący mid-season finale The Walking Dead, zaskakująco udany crossover serialowego zakątka DC, ponadto w moim przypadku nadrobienie dwóch ostatnich odcinków Person of Interest, które potwierdzają wysoką formę serialu. Niestety czasu zabrakło na nową działkę Utopii i Power Rangers, a The 100 wciąż oczekuje na napisy. Co się nie odwlecze to nie uciecze jak mawiają górale. Większość seriali udaje się na zasłużony odpoczynek więc będzie można ponadrabiać zaległości.

A zaległości jest dużo co udowadniają pojawiające się rankingi podsumowujące rok. Fargo, Orange is the New Black, Mad Men. Ja wiem, że powinienem je oglądać, ale jak zwykle mam opory przed włączeniem czegoś powszechnie chwalonego i ambitnego. Jeśli ktoś nie wie co jest na czasie może przejrzeć chociażby listę nominacji do WGA, jednych z najbardziej szanowanych nagród w serialowym światku. 

Spokojny tydzień nie oznacza braku zamówień i anulowań. Tym razem padło na Legends i Gracepoint. Pierwszy serial musiał długo czekać na zielone światło dla kolejnej serii, ale opłaciło się. Sean Bean będzie miał szanse umrzeć w jednym z 10 odcinków, które trafią na ekrany w 2015 roku. Niby o Gracepoint nie powinienem pisać bo a) nie było oficjalnej notki prasowej b) koniec sezonu po pierwszej serii jest pewien już od ujawnienia wyników oglądalności pilota. Napisałem bo już sama stacja się do tego przyznaje zapowiadając finał sezonu jako series finale.

Jakie nowe seriale trafią do telewizji (prawdopodobnie) w przyszłym roku? Dramat muzyczny od Martina Scorsese zagości w HBO. Czekam bo lata '70, muzyka rockowa, a w obsadzie Bobby Cannavale, Olivia Wilde, Ray Romano i Juno Temple. Dobrze, czas najwyższy na nową falę seriali od stacji, której każdy nowy dramat jest wart uwagi. Przy kablówka ujawniła, że 26 grudnia zadebiutuje zremasterowane The Wire w 16:9 i i full HD. Kto jeszcze nie widział będzie miał szansę zobaczyć ten kultowy serial w współczesnych standardach. Chociaż trochę się boję, że przytemperuje to trochę ducha oryginału.

W tym tygodniu również stacja AMC wykonała swój ruch w walce o uwagę widza. Zamówiono pilot Preacher czyli kontrowersyjnego komiksu wydawnictwa Vertigo. To jeszcze nie cały sezon, ale szanse na jego realizację znacząco wzrosły.

Z pozostałych newsów trzeba odnotować wybranie Krysten Ritter do roli Jessicy Jones w Netflixowym serialu Marvela. Pozostawię to bez komentarza bo komiksu (jeszcze) nie czytałem więc nie mogę narzekać. Znaczy się oceniać. Jednak jestem dobrej myśli bo Ritter grać potrafi. Ponadto stacja CBS ujawniła datę premiery Battle Creek, nowego serialu Vince'a Gilligana, twórcy Breaking Bad. Odbędzie się ona 1 marca. Niestety dalej nie ma trailera.

Nie tylko HBO da nam serial z muzyką w tlę. Amazon już 23 grudnia wypuści Mozart in the Jungle. Trzeba przyznać, że zwiastun prezentuje specyficzny serial, o którym ciężko wyrobić sobie zdanie po niecałych trzech minutach. W przeciwieństwie do zapowiedzi 2 serii Black Sails. Niestety serial Starz nie przekonał mnie do powrotu, a jeszcze bardziej zniechęcił.

W przyszłym tygodniu ostatnie odcinku Agentów Marvela, Arrow i The Flash w tym roku. Czujcie się ostrzeżeni.

SPOILERY


Arrow S03E08 The Brave and the Bold
- druga część crossovra równie udana co pierwsza. Miała swoje wady wynikające główne z spuścizny serialu Arrow, ale dalej doskonale się bawiłem. A przecież o to chodzi, prawda? Dla odmiany nie był to versum jak odcinek z The Flash, a team up. Ollie i Barry łączą siły by pokonać Captain Boomerang. I to jest równie pretekstowe co walka z Prismem. Flash jakby chciał to by rozwalił Boomeranga jak rosyjską mafię. Jednak wystarczy o tym zapomnieć i cieszyć się serialem. Bo mamy bumerangi vs. strzały. Strzały i bumerangi! Campowa komiksowa stylistyka potraktowana w poważny sposób. Zadziwia bo się udało. I jak to się ogląda! Tylko jedna rzecz mi przeszkadzała - brak krwi. Ja mam uwierzyć, że takie bumerangi nie robią ludzkiej twarzy krzywdy? Jasne.
- podobały mi się też relację Barry i Ollie. Ten pierwszy musiał zaakceptować mroczną stronę swojego przyjaciela, a ten drugi uwierzył, że jest w nim dobra. I ja liczę, że ich zaufanie będzie dalej testowane w przyszło. Bo mają odmienne charaktery, ale są największymi herosami świata DC. No przynajmniej udanym zastępstwem dla Batmana i Supermana. Udanie wyszło starcie dwóch światów i dwóch pomysłów na serialach. Kolorowe The Flash z mrocznym Arrow. Zostało to pokazane nie tylko w zachowanie bohaterów, ale też w ich rozmowach, a na dłuższa metę przedstawieniu miasta. Taka różnorodność cieszy.
- odcinek miał jeden idiotyczny wątek, który ciężko przetrawić. Flashbacki, które robią się coraz bardziej idiotyczne. Amanda Waller kazała Oliverowi torturować terrorystę? Serio? Jej motywację są zupełnie niejasne. Cały ten wątek jest zbyt naciągany i potraktowany po łebkach. Ciężko uwierzyć w ewolucję bohatera skoro wszystko jest takie  irracjonalne.
- mogę się też przyczepić do samego pomysłu na crossa. Niby był, ale równie dobrze te odcinki mogłyby się pokazać w kilkutygodniowych odstępach. Powód odwiedzin bohaterów jest mało znaczącym pretekstem do zmiany miasta, a do tego opowiedziano dwie historię, które w minimalny sposób zostały ze sobą powiązane. Niby chodzi głównie o relację dwóch herosów, ale liczyłem, że posłuży to do opowiedzenia wciągającej historii. Oby następnym razem zostało to naprawione. Liczę, że w ciągu sezonu przenikanie seriali będzie równie mocne co dotychczas i pojawi się jeszcze jeden cross. A za dwa lub trzy lata 2h odcinek Justice League jak w Smallville tylko na większą skalę.

OCENA 5/6

Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D. S02E09 ...Ye Who Enter Here
- odcinek był typowym zwolnieniem akcji przed jesiennym finałem, który będzie wybuchowy. Mam nadzieje. Nie znaczy to, że w odcinku niewiele się działo. Działo, ale to co najbardziej mnie interesuje zostało odłożone na później. Na wycieczkę do tajemniczego miasta trzeba poczekać, a ja się zastanawiam przez ten tydzień czy to Attilan czy nie Attilan. Niby rozmowa Reiny i Skye potwierdziła wszystkie teorię o Inhumans i Kree tylko czy nie jest to zbyt łatwe rozwiązanie? Nie dziwie się jakby to wszystko było jedną wielką zmyłką. 
- ten sezon skupia się na bohaterach i tutaj nie było inaczej. Pokazano dalszy ciąg rozwoju relacji między Gemmą i Fitzem, znowu udowodniono, że Skye zmienia się w prawdziwą bohaterkę (ta walką z evil twin May!), a Bobbi ukrywa jakiś sekret. Do tego znowu wpleciono Warda w główne wydarzenia i pozwolono skrzyżować mu ścieżkę z agentami. Działa to zaskakująco dobrze. Szkoda, że cały odcinek był zbyt szarpany, a przeskoki po dwóch oddzielnych wątkach trochę wybijały z oglądania. 
- czyżby serial pokazał śmierć pierwszego z bohaterów? Proszę by to nie było prawda. Mack był jedną z najfajniejszych nowych postaci, jego przyjaźń z Fitzem działała i nie chciałbym by zginął w taki głupi sposób. 
- odcinek miał sporo dobrze rozpisanych komediowych scen - jak choćby Koeningowi rozmawiający o bliźniaczce May czy Culson i Bobbi  żartujący podczas przechadzki po mieście.

OCENA 4/6

Person of Interest S04E08 Point of Origin
- co?! Nie robi się takich cliffhangerów, oj nie! Ale z drugiej strony to dobrze bo aż prosi się o włączenie kolejnego odcinka. Najlepsze, że nie był on wymuszony. Śledztwo agentki Samarytanina trwało długo i teraz w logiczny sposób doszło do rozwiązania. Nie mogę się doczekać starcia Martine i Shaw w zatłoczonej galerii. Root to the rescue? Zapewne. Wiecie co jest jeszcze fajne odnośnie tego wątku? Silne postacie kobiece. Można by powiedzieć, że mężczyźni jakby na dalszym torze ostatnio.
- wątek odcinka był całkiem udany. Ładnie spalał wątki osobiste bohaterów z kryminalną mitologią serialu nie zapominając przy tym o epizodycznym występie młodej policjantki. Cóż za udanie rozpisane dialogi między nią, a Johnem. Ogólnie serial ma zdolność tworzenie postaci na jednorazowy występ, które mają potencjał by powrócić w przyszłości z czego niestety tak rzadko korzysta.
- przemowa Dominica o nieskończonych kołach trochę pretensjonalna, ale nie można odmówić mu charyzmy. I ambicji. Następny odcinek to polowanie na Eliasa. Czyżby powtórka z pierwszego sezonu gdy John stara się mu ratować życie?
- Misiek z certyfikatem nurka! I z pasem z granatami! Prawdziwy superbohater!

OCENA 4.5/6

Person of Interest S04E09 The Devil You Know
- przy ostatnim The Walking Dead narzekałem w jaki sposób zabili jedną z postaci z głównej obsady. Teraz będę chwalił jak w PoI ubito trzecioligowego villiana, który na przestrzeni 4 serii pojawił się zaledwie kilkanaście razy. Trzymająca w napięciu historia, przerodzenie się antypatii w współczucie oraz finałowa scena z pamiętnymi słowami (morior invictus)- kapitalnie wszystko zagrało. Szczególnie muzyka. Cóż to była za wzruszająca muzyka! Gdybym był bardziej uczuciowy to bym się popłakał. Anthony, będziemy tęsknić!
- historia Eliasa to mała powtórka z pierwszej serii. Znowu John musiał mu ratować życie i znowu mamy zamknięty budynek. Tylko końcówka jest odmienna. Równie zaskakująca, ale inna. Bo to teraz Elias się poświęca by spłacić dług wdzięczności. Ponownie jest też wyjawiana kolejna porcja prawdy o nim - pochodzenie z domu dziecka i powiązania z dawnymi przyjaciółmi. I zapowiedź zemsty. Czyli po przyjaznym wujku Eliasie pozostaną tylko wspomnienia.
- i jeszcze o Shaw. Pierwsza scena to świetnie zrealizowane kino akcji. Dwie twarde kobiety strzelające do siebie w galerii z kosmetykami i widmo Samarytanina podkreślające złowieszczą sytuacją. Ciesze się, że Root zjawiła się już gdy Shaw uporała się z kłopotami. A potem dostaliśmy sceny z tymi dwiema nasycone seksualnym podtekstem, który jak zwykle potrafi rozbawić. Więcej Shoot poproszę!

OCENA 5/6

Sleepy Hollow S02E10 Magnum Opus 
- kolejny zły odcinek. Historia nie potrafiła wciągnąć, dialogi słabo rozpisane, niewiele humoru, a widmo nadchodzącej apokalipsy to smutny żart. Niestety nie czuć nadchodzącego zagrożenie, a źli tego serialu robią się coraz bardziej groteskowi. Moloch już dawno przestał straszyć, Henry wprowadza kolejne plany, a nie stanowi żadnego zagrożenia dla głównych bohaterów, a Horseman z największego badassa telewizji zeszłego roku zmienił się w zdradzonego kochanka obwiniającego dawnego przyjaciela o całe zło, które go spotkało. Ten wątek jest fatalny, a flashbacki tylko to podkreślają. Przez pewien czas myślałem, że stary dobry Jeździec wrócił, ale nic z tego bo zaraz magiczna jaskinia przywróciła mu twarz i mógł sobie porozmawiać z Cranem. 
- równie zły był monster of the week i poszukiwanie magicznego miecza. Gorgona? Serio? Przecież to nie ma nic wspólnego z mitologią serialu i nie pasuje do całości. Walka była mało ekscytująca, design strasznie sztuczny (a design w Sleepy Hollow zazwyczaj jest więcej niż przyzwoity). Wybór właściwego miecza niczym scena z Graalem z Ostatniej krucjaty. Tylko tutaj nie było błyskotliwego zakończenia, a taki które zaledwie na papierze mogło dobrze wyglądać. Wieczne rozmowy bohaterów o konfrontacji z samym sobą i ujawnieniu własnego "ja" powinny zostać skrócone o połowę, a i tak byłoby ich za dużo. 
- ciesze się, że Irving i Jenny dostali wspólne sceny bo to był jeden z mocnych punktów zeszłego sezonu. Ich niecodzienna znajomość mogła pójść w ciekawym kierunku. Szkoda, że teraz zostało to spłycone. Ucieczka Irvinga, i wywożenie go z USA to zupełnie zbyteczne sceny, które do niczego nie prowadziły. Ni to śmieszne, zero napięcia, dodania czegoś do mitologii serialu czy historii bohaterów. Zapchajdziury mające dobić do 40 minut. 

OCENA 2.5/6

The Flash S01E08 Flash vs. Arrow 
- wielce oczekiwany crossover nie zawiódł. A miałem takie obawy, zwłaszcza po pierwszych ~10 minutach. Jednak gdy Arrow pojawił się w Central City wyzbyłem się wszystkich uprzedzeń. Stacja The CW może świętować triumf. Nie dość, że pod względem jakościowym pomysł crossa dał radę to jeszcze oglądalność dopisała. Jaka szkoda, że w tym uniwersum dzieją się zaledwie dwa seriale...
- odcinek był dość klasyczny - spotkanie dwóch herosów, walka i łączenie siły przeciw większemu złu. I to działało mimo masy głupotek. Fabuła była pretekstowa, a monster of the week był wytrychem służącym do zaprezentowania walki dwóch bohaterów, która jedynie miała cieszyć fanów. Co wyszło. Cieszyłem się jak dziecko patrząc jak zwykły łucznik walczy z metaczłowiekiem. Albo gdy Ollie daje lekcję Barry'emu. Albo oglądając interakcję między dwiema ekipami. Nawet irytujący Cisco mi nie przeszkadzał, a jego żarty śmieszyły. Tak jak wszystkie temu służące dialogi. Jak choćby Oliver opowiadający, że też ma więzienie tylko na bezludnej wyspie. Nie przeszkadzała duża ilość bohaterów w odcinku, wszystko została zgrabnie rozpisane tak by cieszyć widza. Prócz relacji superbohaterskich poruszone też dwa ważne wątki. Niestety, przypomniano o dziecku Olliego co jest głupie i myślałem, że scenarzyści porzucą ten pomysł. Wprowadzona też Firestorma! Tak Firestorma! Czadowo wygląda i liczę na jego lepsze przedstawienie w przyszłym odcinku. Znamienne, że jego postać gra kuzyn Stefka Amella.
- troszkę nie podobała mi się tyrada Oliviera o życiu bohaterów bez wybranek serca co jest głupkowate i jest odzwierciedleniem polityki całego DC. To samo dzieje się u nich w komiksach i to samo będzie pewnie w filmach. Szkoda.
- zły Flash nie był tak bardzo evil. Również ten dobry często jest wredny jak kradnięcie żarcia swojemu szefowi. Jego tymczasowa przemiana powinna wpłynąć na jego relację z Iris, która nie będzie już z nich tak sympatyzowała. Oby szybko tego nie naprawili i konsekwencje długo się ciągnęły za bohaterem. Jedną z nich będzie grupa uderzeniowa Eddiego. To będzie ciekawa.

OCENA 5/6

The Walking Dead S05E08 Coda
- nie mam pojęcia co zdarzyło się podczas wymiany. Dla mnie była to jedna z najgłupszych scen w serialu. Kompletnie idiotyczna gdzie nie potrafię zinterpretować zachowania bohaterów. Po tym wszystkim co przeszła Beth, tyle razy pokazała siłę charakteru, przystosowanie się do świata po apokalipsie i zobojętnienie tak potrzebne by przeżyć robi coś czego zupełnie nie mogę zrozumieć. Popełnia samobójstwo. Tak, samobójstwo. Bo jak inaczej nazwać rzucenie się na uzbrojoną policjantkę z nożyczkami, które wbija jej w ramię? Bo miała dość takie życia? Wyrzuty sumienia niewiadomego pochodzenie? Kompletnie niezrozumiałe. Tym bardziej, że swoim zachowaniem naraziła na niebezpieczeństwo swoich przyjaciół. A właśnie przyjaciele. Grupka Ricka też popisała się inteligencją. Bo gdzie najlepiej zrobić wymianę? W bazie przeciwnika, w wąskim korytarzu gdzie będą zupełnie bezbronni. Czy scenarzyści niczego nie nauczyli się przez tyle lat? W tym wszystkim podobała mi się jedynie scena gdy grupa znowu się spotyka, a martwa Beth spoczywa w ramionach Daryla. To było pięknie nakręcone. I rozdzierający płacz Maggie, która w końcu przypomniała sobie o siostrzyczce.
- w odcinku podobały mi się głównie pojedyncze sceny. Badassowe zachowanie Ricka, pokazanie zombiaków czy rozmowy z pojmanymi policjantami. Szkoda, że cały wątek szpitala się nie udał. Gdy Dawn opowiadała swoją historię i wyjaśniło się potem jak przejęła władzę ni trochę nie przejąłem się tą opowieścią. Może i mówi dużo o ludziach, jest w niej dramat bohaterów, ale co z tego skoro sa mi oni zupełnie obojętni? To nie grupka Gubernatora czy kanibale, którzy szybko przykuli moją uwagę. Tutaj to się nie udało.
- o wiele bardziej trafił do mnie wątek Gabriela. Może i zachowanie księżulka było głupie, ale miało znamiona pewnej pokręconej logiki i wiarygodności postaci. Musiał zobaczyć na własne oczy okrucieństwo by je zrozumieć i zaakceptować świat, w którym żyję. Wciąż nie jest do niego przystosowany, ale lepiej zdaje sobie z niego sprawę. Niedługo pewnie zacznie posługiwać się meczetom (tak pije, do tej sceny gdzie zombiak robi sobie kuku). 
- ogólnie jestem bardzo rozczarowany. Oczekiwałem pierdolnięcie, a dostałem anemiczne pitu pitu, że się kolokwialnie wyrażę. Średnie z pierwszych 8 odcinków jest zadowalająca, ale liczę, że sezon 5B bardziej będzie przypominał pierwsze epizody tej serii i skupi się na grupce Ricka jako społeczności, a nie pojedynczych bohaterach.
- i małe ciekawostki - była scena po napisach, ale nie wszystkich wersjach odcinka więc uważajcie co ściągacie (wersja REPACK na pewno ma te dodatkowe minut). Albo i nie bo wiele nie stracicie. Kolejne pokazanie Morgana, który idzie do Ricka. Drugi fun fact to wielkie faux pa stacji AMC. Kilka godzin przed emisją odcinka na oficjalnym fanpage serialu zaspoilerowali kto zginie za co później przepraszali. Przynajmniej raz to Amerykanie zepsuli sobie oglądanie odcinka niechcianymi faktami.

OCENA 3.5/6

wtorek, 2 grudnia 2014

Serialowe podsumowanie tygodnia #113 [24.11.2014 - 30.11.2014]

Nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Mamuty już dawno wyginęły, podróże do innych układów planetarnych nie są jeszcze możliwe, a dobre seriale zbyt wcześnie odchodzą o czym internet nieustannie przypomina. Utopia, którą się ostatnio delektuje i wam polecam zrobić to samo, została wyróżniono statuetką Międzynarodowych Nagród Emmy do najlepszego serialu roku. Nie widziałem wszystkich seriali, które były nominowane, ale nie mogę się nie zgodzić. Utopia powinna zgarniać wszystkie możliwe nagrody. A najlepiej gromadzić drugie tyle widzów przed telewizorem. Niestety rynek rządzi się własnymi, brutalnymi regułami. Niby fani walczą o zakończenie historii, ale to jest to co robią fani. W nich nadzieja umiera ostatnia. Zazwyczaj przegrywają, ale zdarza się, że serial powróci. I niech to spotka dzieło (tak, dzieło) Dennisa Kelly'ego.

Amerykańska telewizja jest przewrotna na wiele sposobów. Niespodziewane wskrzeszenia, anulowania i odejścia aktorów to chleb powszedni. Jednak nie często się zdarza, że serial zamówiony na drugi sezon jeszcze przed premierą pilota zostaje anulowany po emisji finału pierwszej serii. Taki psikus został sprawiony fanom Matador przez telewizję El Rey. Do swojego końca zmierza Red Band Society. To nie jest zaskakująca wiadomość, taki wniosek można było wysunąć już w wrześniu. Pierwsze seria zakończy się na 13 odcinków czyli tak jak w przypadku Constantine. Skoro piszę od adaptacji Hellblazer to ostatnio pojawiła się ciekawa wiadomość. I również mało zaskakująca - odcinki są emitowane w niewłaściwej kolejności. Na szczęście tyczy się to zaledwie zamiany 1x6 z 1x2, ale zawsze to pewnego rodzaju szkoda dla serialu i widzów. 

Dobrą wiadomością jest dwu godzinna (6 stycznia) premiera Agent Carter. Tak właśnie powinny zaczynać się nowe seriale. Często 40 minut to zbyt mało by poczuć ducha serialu i zbyt szybko się go skreśla. Poza tym dwa razy więcej czasu w świecie Marvela to zawsze dobra wiadomość. Podwójną premierę (13 stycznia) będzie miał również finałowy sezon Parks and Recreation. Ba, nie tylko premierę, ale i każdy kolejny odcinek. Muszę to w końcu nadrobić. Fani bardziej poważniejszych klimatów mogą sobie ostrzyć paluszki na 27 lutego. Wtedy właśnie powróci Frank Underwood w swoim House of Card.

Ja jednak dużo bardziej czekam na Orphan Black. Druga seria miała swoje problemy związane z opowiadaniem historii, ale to wciąż serial bo który bardzo chętnie sięgam. W przyszłym roku będę to robił jeszcze łapczywiej bo do obsady dołączy Ksenia Solo i James Frain. I znowu przypomina mi to o kolejnej rzeczy do nadrobienia Lost Girl.

To teraz zwiastuny, a trochę się ich uzbierało więc w formie wyliczanki: 
- nowa zapowiedź 12 Monkey. Boję się trochę nudnego wątku romansowego, ale bardzo pozytywnie jestem nastawiony. Podróże w czasie i widmo zagłady ludzkości to wystarczający argument.
- teaser Vikings sprawia, że oczekiwanie na nowa serię będzie troszkę łatwiejsze.
- fragment Better Call Saul trochę ostudził mój zapał do serialu. Liczę, że jest to związane z brakiem znajomości kontekstu
- i mała ciekawostka, której nie mam zamiaru oglądać - zwiastun kontynuacji Biblii od NBC. Potwierdza, że stacje ogólnodostępne nie powinny zajmować się period drama

SPOILERY
 
Sleepy Hollow S02E09 Mama
- to był zły odcinek, ciężko mi znaleźć rzecz, która by w nim zagrała. Chyba najbardziej mnie uszczęśliwiła obecność Jenny i Irvinga. Jednak tło fabularne to porażka, pełna dziur logicznych i męczących rozwiązań. Najmniej mi się podobało wywrócenie do góry nogami przeszłości sióstr Mills. Chora psychicznie matka i obwinianie jej za problemy w dzieciństwie oraz uraz w dorosłości było bardzo dobrym pomysłem, pogłębiającym bohaterów, pokazujących nieszczęśliwą rodzinę, która musiała się mierzyć z prawdziwymi i iluzorycznymi demonami. Tutaj to zaprzepaszczono. Demony okazały się prawdziwe, Moloch polował na mamusię, a ona tak na prawdę była matką roku. Ckliwa sceny w tym odcinku były nie do zniesienia. Tak jak polowanie na ducha. Przewidywalne, z scenami, które nie powinny mieć miejsca. W ogóle czemu mamusia pojawiła się jako duch? czemu akurat teraz Lambert powróciła? Czemu, skoro pracowała dla Molocha, teraz chciała zabić Irvinga, z którym Henry wiąże jakieś plany? I po co Hawley w tym odcinku? Przecież kompletnie nic nie robił użytecznego. Nie miałbym nic przeciwko odstawienia Crane'a na boczny tor jakby z tego coś wyszło. Niestety nie udało się. Nawet relacje sióstr były spłaszczone, a Jenny jest zupełnie inną postacią niż rok temu.

OCENA 2.5/6

The Flash S01E07 Power Outage
- Flash został pozbawiony mocy i desperacko chciał ją odzyskać. Jakże typowy wątek dla tego rodzaju bohaterów. Nie wyszedł źle, ale trochę za wcześniej. Jeszcze się z nimi dobrze nie oswoił i już musiał próbować żyć bez nich. Zbyt szybko, takie coś powinno zostać wpisane w serial w 2-3 sezonie.
- sam odcinek był bardzo fajny. Nawet zaskoczyło mnie jak bardzo mi się podobał. Dwa nieprzeplatające się wątki, ale dobrze działające jako samodzielne historię. W pierwszej mapy naukowców próbujących przywrócić zdolności Barry'emu, a w drugiej mini crossover z Arrow i pojawienie się Clock Kinga w Star City. Dobrze rozłożone tempo akcji i odcinek potrafił mocno zaabsorbować. Wciąż jego główna linia fabularna wlecze się nie przyzwoicie wolno co nie przystoi Flashowi, ale serial prezentuje udane zapychacze. Jak choćby zarys konfliktu między Allenem, a Wellsem. Czekam aż przerodzi się to w coś poważniejszego. Tak samo jak czekam na mamuta w Central City. Najciekawsza wiadomość z gazetki z przyszłości, którą wcześniej przegapiłem.
- dalej dobrze działa humor w serial. Szczególnie pierwsza była udana gdy Wells opowiada o życiu Barry'ego. I ten napad. Cóż za kapitalny pomysł podkreślający jak bardzo Arrow i The Flash się od siebie różnią.

OCENA 4.5/6 

The Good Wife S06E08 Red Zone
- ileż sądowych spraw! Dobrze, bardzo dobrze. Może ich prostota trochę rozczarowała, ale ciesze się że były. Obyśmy więcej oglądali Alicji na sali sądowej, zwłaszcza w pojedynkach z Cannigniem. Podobało mi się też gorzkie zakończenie sprawy o gwałt. Ofiara uzyskała co chciała, ale prawdziwi winowajcy pozostali na wolności.
- biedna Alicja nie radzi sobie w wielkiej polityce. Słuchanie grupy fokusowej było ciekawym doświadczeniem. Tak jak potem komentarze w jej głowie. Tutaj znowu gorzkie zakończenie - idealistka powoli zmienia się w prawdziwego polityka pozującego na ustawkach. Szkoda, że Casto tak niespodziewanie się wycofał i głównym kandydatem będzie Prady, o którym niewiele wiadomo.
- wątek Cary'ego dalej się ciągnie. Ten odcinek miał pokazać jego ewolucję i udało się, zdobył motywację do walki o swoją przyszłość. Tylko trochę to błahe. Ciekawe co takiego kombinuje Kalinda bo na razie wygląda jakby utkwiła w pułapce między trzema skrajnymi siłami.

OCENA 4.5/6

The Walking Dead S05E07 Crossed
- dobrze było w jednym odcinku zobaczyć wszystkich bohaterów. Może przez to trochę fabuła cierpiała, odcinek niewiele zmienił, ale kurde, dobrze było zobaczyć co się dzieje u postaci. Choćby taka głupia wyprawa po wodę lub oglądanie klęczącego Abrahama czy Maggie, zasłaniająca Eugena kocem. Te sceny są potrzebne. Pokazują zwykłe interakcję między bohaterami i zacieśnianie się więzi. Podobało mi się tutaj praktycznie wszystko. I te żarty Tary. Czy ona może częściej żartować?
- najnudniej wypadł wątek Gabriela. Pokazanie Carla chcącego uczyć go posługiwania się bronią to kolejny przykład pokazania jak ten świat zmienił ludzi. Po przeciwnej stronie jest Gabriel. Tyle przeżył, ale wciąż nie jest w stanie wykończyć zombiaka. Był tchórzem i tchórzem pozostał. Teraz czekać aż wróci z podkulonym ogonem Michonne i Carla.
- w grupce Ricka było mniej scen między postaciami. Do najważniejszych należy przeżywanie przez Sashę śmierci Boba oraz brak porozumienia między Darylem, a Rickem. Czuję konflikt między tą dwójką. Sceny "odbijania" Carol i Beth miały niezły dynamizm, czuło się napięcie i oczekiwało, aż coś się spieprzy. Szkoda tylko, że tak późno.
- nie pamiętam kiedy ostatnio niedobrze patrzyło mi się na The Walking Dead. Ten odcinek miał taką scenę. I nie chodzi o rozpuszczone zombiaki na asfalcie czy użycie czaszki jednego z nich w charakterze broni (co było osom). Pije do Gabriela drapiącego podłogę i zdzierającego sobie paznokcie. To było obrzydliwe.

OCENA 4/6

Utopia S01E03 Episode 3
- mam wyrzuty sumienia po tym odcinku. Czemu? Przez pewien czas zacząłem sympatyzować z mordercą. Bezwzględnym mordercą urządzającym rzeź w szkole i nie wahającym pociągnąć się za spust. I chyba taki był cel tego wątku. Arby wydaje się być chory umysłowy, zagubiony i wykorzystywany przez Network. Jest zaledwie trybikiem odsłaniającym prawdziwą twarz tych złych. Do tego trapiony przez własne koszmary z dzieciństwa i głosy w głowie. Doskonała robota panowie scenarzyści! Zwłaszcza moment gdy pyta się Jessicy gdzie jest Jessica Hyde po czym odchodzi. Jakby jej złapanie miało skończyć jego pracę po czym zostałaby tylko pustka.
- doskonale wyszło też pokazanie relacji Jessicy z Grantem. Dwuznaczne i niejasne. Czy ona chciała go na początku wykorzystać i potem narodziła się u niej macierzyńska więź? Całkiem możliwe. Nie wiem co mi się tutaj najbardziej podobało. Momenty gdy opowiada o swojej przeszłości by się do niego zbliżyć, totalne odcięcie od emocji czy delikatne znęcanie się nad dzieciakiem. Chyba jednak ich pierwsza rozmowa o delikatnie mistycznym charakterze co było zasługą światło padającego na kamerę i unoszących się drobinek kurzu. Bo ten serial jest przepiękny.
- nieporadność Wilsona, Becky i Iana jest porażająca. Zwłaszcza w kontraście z postaciami, które są związane z siecią spisków. Powoli się dostosowują do nowej sytuacji, ale wciąż ich postacie są tam nie na miejscu (przez co paradoksalnie chcę się ich oglądać). Podobają mi się też relacje między tą trójką. Jak Wilson powoli się zmienia, Ian jest na razie tylko popychadłem, a Becky go wykorzystuje. Ciekaw jestem gdzie te postacie się znajdą pod koniec sezonu.

OCENA 5.5/6