Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The West Wing. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The West Wing. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 sierpnia 2012

Image of the Day #3


Muszę się do czegoś przyznać - ciesze się jak dziecko gdy moi ulubieni aktorzy niespodziewanie pojawią się w jakimś serialu sprzed kilku lat. Tak było w przypadku Connie Britton w The West Wing. Mimo, że pojawiła się w kilku odcinkach i dostała niewielką rolę ja miałem ogromną radochę oglądając ją tam. Co mnie zaszokowało to, że mimo 11 lat różnicy to o wiele korzystniej wygląda teraz niż w wieku tych 34 lat. Pięknie się nam ona starzeje. I co najważniejsze na brak propozycji nie może narzekać. 5 lat w Friday Night Lights, rok w American Horror Story i teraz, oby jak najdłużej, w Nashville. I pomyśleć że jeszcze 2 lata temu gdyby ktoś powiedział Connie Britton to nie wiedziałbym o kogo chodzi.

środa, 4 lipca 2012

The West Wing S02


Chodzą i gadają. Przemierzają niezliczone kilometry korytarzy i rozmawiają. Przesiadując w kawiarniach, biurach czy lecąc samolotem umilają sobie czas pogawędkami. Na temat poważne i luźne, smutne i zabawne. Mówią o rzeczach nieistotnych i podejmują decyzję od których zależą losy milionów osób. Dyskutują między sobą i wygłaszają monologi. Krzyczą na siebie i mówią szeptem. Klną lub prawią komplementy. Po łacinie i angielsku. Krytykują i wyrażają swoją aprobatę. Poruszają tajemnicę ale też dyskutują o rzeczach oczywistych. O związkach czy pogodzie. Inteligentym lub prostym językiem. Przerzucają się statystykami i ciekawostkami. Zadają pytania i na nie odpowiadają w sposób prosty lub wymijający. Mówią prawdę i kłamią. Składają pozwy, piszą mowy i przemówienie, dyskutują o nich, a później je wygłaszają. Gdy trzeba milczą, ale to milczenie mówi więcej niż niektóre słowa. Takie właśnie jest The West Wing. Serial o mówieniu, bez spektakularnych akcji czy zawiłej fabuły. Owszem poruszane tematy są trudne i dotyczą całego kraju lub świata, ale my widzimy przeważnie rozmowy w Pokoju Owalnym, dowodzenia lub w biurach poszczególnych pracowników Białego Domu. Siła tego serialu tkwi w soczystych dialogach co jest znakiem firmowym Arona Sorkina. Rozmowy mają często drugie i trzecie dno. Trzeba ich słuchać, uważać i myśleć. Nie są to jałowe dyskusje, ale takie zmuszające widza to wysiłku intelektualnego. Ma on się zastanowi czy jest za czy przeciw jakieś ustawie. Czasem jest to oczywiste, czasem wręcz przeciwnie. Twoje zdanie zmienia się w trakcie oglądania odcinka gdy dostajemy coraz więcej informacji, a gdy myślmy że rozwiązanie jest oczywiste zdarza się coś zaskakującego. Serial jest pełen humory, ale mówi o rzeczach poważnych. Umiejętnie żongluje nastrojami. Podczas jednej rozmowy może paść kilka żarcików, a potem będzie mowa o czyjeś chorobie lub dostaniemy niespodziewaną informację i śmierci. Nie jest to serial łatwy w odbiorze, ale dający satysfakcję z oglądania. Widz nie jest traktowany jak idiota, nie jest mu wszystko tłumaczone. Zostaje od razu rzucony na głęboką wodę, która go nie raz zalewa. Czasem tonie bo nie wie o co tak na prawdę bohaterowie tak walczą zawzięcie, ale im i tak kibicuje. Dla polskiego widza jest również bariera kulturalna. Nie rozumie on tamtejszego sposobu rządzenia, nie jest on wytłumaczony co powoduje jeszcze więcej zamętu. Nie każdy zrozumie wszystkich odniesień do polityki, sportu i kultury, ale jeśli mu się uda będzie czuł dziką satysfakcję że wie o czym oni mówią. Oczywiście ktoś się może zniechęcić po pierwszym odcinku. Może go odrzucić zbędny patos, powiewająca amerykańska flaga w tle i symbole narodowe czy dobrzy Amerykanie pilnujący porządku na świecie. Jednak często i oni nie są kryształowo czyści. Nawet ten monolit posiada rysę.


Bohaterowie są ludźmi. Truizm, ale nie zawsze można to powiedzieć o serialowych postaciach. Co najważniejsze wydarzenia z przeszłości pozostawiają na nich wyraźny ślad. Zamach z finału S01 odciska piętno na bohaterach, a co za tym idzie na polityce całego kraju. Pokazuje, że są oni tylko ludźmi podatnymi na wpływ otoczenia. Nie bez stroni i w pełni altruistyczni. Owszem to dobrzy ludzie. Jedni z najlepszych i najinteligentniejszych na świecie. Inaczej przecież nie znaleźliby się w tym miejscu w którym są jednak i oni mają drobne wady. Po strzelaninie stawiają sobie pytania jak daleko mogą się posunąć w zmienianiu prawa i jak bardzo jest to ich osobista krucjata. Przeżywają też traumę i popełniają błędy. Josh nie czuje ducha świąt, traci panowanie nad sobą i trafia na wizytę do psychiatry. Toby zaufał niewłaściwej osobie. Leo dalej ma problemy wynikające z tego, że jest alkoholikiem. Rodzice Sama biorą rozwód, a CJ dalej męczy się reporterami. Życie. Najciekawszy jednak wątek tego sezonu jest powiązany z prezydentem bo przecież nie mogło być inaczej. W poprzednim sezonie dowiadujemy się, że ma stwardnienie rozsiane. Jest to tylko wspomniane, ale praktycznie druga połowa sezonu kręci się w okół tego. Owszem jest to tylko wątek w tle, przewija się przez odcinki, ale zdajemy sobie sprawę że punkt kulminacyjny nastąpi w finale. A finał drugiego sezonu to jeden z najlepszych odcinków jakie dane mi było zobaczyć w życiu a monolog Bartleta i potem finałowy cliffhanger z Brothers in Amrs Marka Knoplfera w tle to małe arcydzieło. Warto zobaczyć to choćby na youtube nawet jeśli sam serial nic nas nie interesuje.



Do głównej obsady w drugiej serii dołączyła Janel Monoley czyli serialowa Donna. Ciężko powiedzieć czy częściej się pojawia bo przez pierwszy sezon i tak zagościła w każdym odcinku. Na pewno jest to dobra decyzja. Kto jak kto, ale ona zawsze rozbawi (podnosząc rękę jak w szkolę by zapytać o coś prezydenta) czy wzruszy (zamach). Nie jest też ona tak inteligentna jak reszta i zadaje proste pytania, takie jak byśmy my zadali np. czemu mam oddać Meksykowi swoje pieniądze skoro kryzys gospodarczy to ich wina? Może dlatego jest ona tak sympatyczną postacią bo podobną do nas. W dalszym ciągu w gościnnych występach pojawia się pierwsza dama oraz córka prezydenta. Tej pierwszej jest więcej. Kłóci się z mężem, ale i tak się kochają. To normalne małżeństwo mimo że mieszkające w Białym Domu. Córki jest mniej, ale to naturalna kolej rzeczy i całkiem zrozumiałe. Pojawia się za to druga tak odmienna od Zoey. Warto też zwrócić uwagę na kilkukrotny powrót Joey Lucas oraz na zupełnie nową postać kobiecą wprowadzoną na początku sezonu - Ainsley (przez A) Haynes (Emily Procter). Jedyny republikanka pracująca w demokratycznym Białym Domu. Jej poglądy są diametralnie inne od innych członków administracji Bartleta, ale to patriotka i robi to co uważa za słuszne dla kraju. Jej wątek jest jednym z najciekawszych w sezonie. Nie można też zapominać o dziesiątkach postaci przewijających się w w tle - reporterzy, senatorowie, pomniejsi politycy, donatorzy czy sekretarki lub jak kto woli asystentki. Zawsze wścibskie, zawsze wszystko wiedzące najlepiej (np. Margaret potrafiąca podrobić podpis prezydenta, tak na wszelki wypadek). Bez nich zapanowałby chaos. Marzy mi się zobaczyć odcinek poświęcony tylko nim.


Ciesze się, że w tym sezonie pojawiło się kilka flashbacków. Dzięki nim wiemy jak bohaterowie zaangażowali się w kampanię prezydencką Bartleta, kto znał kogo i jaki mieli udział w wygranych wyborach. Dowiadujemy się o ich tragediach życiowych i kim byli. Wiemy też co ukształtowało Bartleta, że stał się tą osobą którą jest. Poznajemy jego ojca i pierwsze decyzję, które zapoczątkowały jego polityczną karierę. Szkoda tylko, że tych scen było tak niewiele. Chociaż może to i dobrze bo dlatego są one teraz takie wyjątkowe i każdy podobny epizod będzie się oglądało równie wspaniale i nie spowszednieje to. Flashbacki to nie jedyna forma eksperymentowania z formą. Znowu dostajemy odcinek z zaburzoną chronologię gdzie narratorem jest jeden z bohaterów, mamy też jeden dziejący się niemal w całości na pokładzie Air Force One albo po godzinach gdy zostały tylko najważniejsze osoby.



Ważnym aspektem serialu jest też moralność i poruszane sprawy. Czy prezydent powinien dokonać zbrojnej interwencji by ratować swoich obywateli? Czy można wymienić terrorystę w zamian za pojmanych agentów? Jak się zachować wobec zamachu stanu w państwie sojusznika? Czy firmy farmaceutyczna mogą sprzedawać leki na AIDS po wyższych cenach do krajów afrykańskich? Czy prezydent może ukrywać swoją chorobę przed obywatelami? Czy firmy tytoniowe powinny zapłacić odszkodowanie za zatajanie faktów o szkodliwości nikotyny? Czy palenia flagi narusza wolność słowa? Czy palenie marihuany powinno zostać zdekryminalizowane? Czy powinny być większe restrykcję co do rejestracji broni? Te pytania to tylko wierzchołek góry lodowej. Często jeden odcinek to kilka spraw o równie wielkim znaczeniu, a niektóre też przewijają się przez kilka epizodów. Ważne jest to, że tutaj nie ma ciągle szczęśliwych zakończeń, a rozwiązania nie są oczywiste. Próba reform często kończy się fiaskiem, a ludzie giną mimo w dość niespodziewany sposób. Gdy wydaje się nam, że coś wiemy rzucane są kłody pod nogi i zamiast zmiany pozostaje stagnacja. Porażki są odczuwane przez bohaterów, czują oni zawód i swoją bezsilność. Jednak robią wszystko żeby to zmienić. I to jest właśnie piękne w tym serialu - uczucie, że obcujemy z prawdziwymi ludźmi.


Nie będzie słowa podsumowania bo i po co skoro przez cały tekst chwaliłem serial. By zachęcić do oglądania wymienię tylko nagrody i nominację jakie zgarnął ten sezon - Emmy za: najlepszy serial dramatyczny, najlepszego aktora drugoplanowego (Bradley Whitford) i aktorkę drugoplanową (Allison Janney) oraz dla najlepszego reżysera + 9 innych nominacji. Sezon też zgarnął prestiżowe Złote Globy dla najlepszego serialu i najlepszego aktora (Martin Sheen) i kilka innych nominacji. Do tego dochodzi jeszcze kilkanaście mniej znaczących nagród i nominacji. To chyba o czymś świadczy, prawda?


OCENA 9/10

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Hyde Park #7

Sesja sesją, ale seriale oglądać trzeba. Prawda że piękna sentencja? I jakże prawdziwa. Mimo widma zbliżającego się egzaminu obejrzałem więcej odcinków niż w przeciętnym tygodniu. I zamiast urozmaicenia skupiłem się na dwóch produkcjach. Pierw błyskawicznie skończyłem S01 The West Wing. Ostatnie cztery odcinki i dwa premierowe zleciały błyskawicznie. Dawno mnie tak serial nie wciągnął, a każdy odcinek kończył się z myślą "chcę więcej!". A wszystko to dzięki niezwykle efektownym dialogom i postacią, których po prostu nie sposób nie pokochać. Może i serial jest amerykański z flagą powiewającą na wietrze, ale to jak jest zrobiony zasługuje na uwagę. Szczególnie jak działania zmierzają do jakiegoś konkretnego celu. Polecam mimo tego, że serial jest z minionego tysiąclecia. Kolejnym pożeraczem czasu jest Revenge. Serial przeszedł u mnie długą drogę - od typowej obojętności do zakochania się po uszy czego się absolutnie nie spodziewałem. Już pilot był zachęcający z potencjałem na mroczną historię. Potem przyszła chwila zwątpienie, że mamy procedural i jeden odcinek = jedna ofiara, ale nic mylnego. Po paru odcinkach nadszedł czas na reperkusję trwającej zemsty, wszystko coraz bardziej się komplikowała i teraz pierwotny plan nie jest już taki łatwy do zrealizowania. Do tego jestem zafascynowany główną bohaterką. Słodka, ale za uśmiechami skrywa swoją drapieżną naturę. Szczególnie ciekawie wypada odkrywanie jej przeszłości. Wart odnotowanie jest też koniec drugiego sezonu Game of Thrones. Ludzie mówią, że był słabszy od poprzedniego. Ja natomiast dostałem kolejną dawkę tego co chciałem z epickim Blackwater na czele. Jak na telewizję, ba nawet jak na film, wyszło to przednio. Może i brakuje w tym wszystkich szerokich plenerów, ale nie ma co narzekać bo ten serial skupia się na bohaterach i tego właśnie od niego wymagam - dalszej eksploracji postaci i jak najczęstszego odchodzenia od książki.


Już niedługo początek E3. Niby mają to być najsłabsze targi od wielu lat, ale i tak zapowiada się najgorętszy okres w roku dla branży gier obok Bożego Narodzenia. Zapowiedzi będzie mało, ale ja liczę na pokaźną dawkę zwiastunów. Po obejrzeniu zapowiedzi nowego Tomb Raidera stwierdzam, że chcę to mieć. Brudno, mrocznie, filmowo i klimatycznie. Historia zatoczyła koło i teraz to Lara czerpie inspiracje od Uncharted. Dawnguard czyli DLC do Skyrim narobiło smaka. Trochę szkoda, że znowu eksploatowany jest temat wampirów, ale takie czasy. Ja jednak poczekam na jakieś Game of the Year i zakupie sobie edycję ze wszystkimi dodatkami. TES Online mnie nie jara. Za dużo jest MMO na rynku, a ja nie mam ochoty wydawać co miesiąc pieniędzy na grę w którą pogram raptem parę godzin tygodniowo. Nie mówiąc już o tym że wolałbym poświęcić ten czas na singlowe historię. A z tych koniecznie muszę sprawdzić nową Castlevanie. Szkoda tylko, że nie wyszła edycja z dodatkami. Strasznie mnie irytuje, że muszę jeszcze dopłacać żeby dostać pełną grę. Już wolę poczekać ten rok i dostać kompletny produkt niż wybrakowany tytuł.