Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 października 2012

"Elantris" - Brandon Sanderson


Gdy przeczytałem recenzje Elantris w martwym już zinie Playback zachwyciłem się książką. Stwierdziłem, że muszę ją mieć. Na początku nie mogłem jej znaleźć w księgarniach w moim mieście, po pewnym czasie stwierdziłem, że trzeba skorzystać z allegro, ale nie udało mi się znaleźć egzemplarza w atrakcyjnie cenie. Wraz z upływem czasu zapomniałem o książce, ale ten tytuł wciąż znajdował się na karteczce z listą "do kupienia". Po pięciu latach nie wiedziałem już dlaczego, pamiętałem tylko że recenzja była bardzo pozytywna i praktycznie tyle. Dlatego wiele się nie namyślając zakupiłem swój egzemplarz gdy zupełnie przypadkiem trafiłem na Elantris na stoisku z promocjami w Carrefourze. I nie żałuję tego spontanicznego zakupu bo za 10 zł udałem się w całkiem egzotyczną wyprawę.


Tytułowe Elantris to miasto bogów zamieszkane przez postacie przypominające elfy. Jego architektura zapierała dech w piersiach. Zwykli ludzie byli pod wrażeniem tego miejsca. Niezwykli czyli Elantrianie byli piękni i nieśmiertelni .Władali też potężną magią, której używali do czynienia dobra. Każdy mógł zdobyć boskie moce. Przemiana była losowa, wybierała bogatych oraz biednych i nikt nie wiedział czemu akurat te osoby zostały wywyższone ponad inne. Jednakże wszystko co dobre musi się skończyć i nastał tajemniczy koniec Elantris. Magia przestała działać, miasto upadło, a ci którzy przeżyli rewolucję żyli w cierpieniach, a ich dawna siedziba stała się więzieniem. Przemiana jednak nadal uderzała na ślepo tylko teraz zamiast stać się błogosławieństwem okazała się być przekleństwem.


Głównych bohaterów książki jest trzech, a centralnym z nich jest książę Arelonu i następca tronu Raoden. Już na pierwszych stronach dosięga go przemiana i staje się on jednym z wyklętych. Trafia do tajemniczego miasta i uczy się z w nim żyć. Poznaje jego historię i podział społeczny. W jego rozdział książka była dla mnie taką fantastyką w klimatach post apokaliptycznych. Może i akcja rozgrywając się na niewielkiej przestrzeni, ale nie można było jej odmówić uroku. Zniszczone Elentris zostało szczegółowo przedstawione i wbrew pozorom było pełne życia. Mieliśmy degeneratów, kanibali, ludzi pozbawionych zasad moralnych i tych którzy dostosowali zasady do nowego świata. Nasz książę szukał sensu życia i nadawał go innym. Pokazał, że cierpienie nie musi oznaczać końca. Nie mogło zabraknąć też akcji takiej jak walki gangów i przedzierania się przez miasto. Niestety tutaj autor średnio sobie radził bo nie było to wystarczająco efektowne. O wiele lepiej wychodziły rozdziały gdzie bohaterowie ślęczą nad książkami (takie moje małe zboczenie - uwielbiam książki w których bohaterowie czytają stare księgi) lub prowadzą długie rozmowy niepozbawione humoru. Tutaj było widać lekkość pióra autora.


Żeńskiego pierwiastka książce nadaje Soena czyli niedoszła żona Raodena. Gdy przybywa do stolicy Arelonu, Kae, dowiaduje się że jej narzeczony nie żyję ale na mocy umowy małżeństwo zostaje zawarte, a sojusz polityczny pozostaje ważny póki księżniczka pozostanie na dworze swojego teścia. Soena jest typową zawadiacką księżniczką szukającą swojego miejsca i mimo swojej postawy mażąca o księciu z bajki. Nie raz już widzieliśmy taką postać dlatego z początku nudziła, czasem zachowywała się niezgodnie z opisem jej charakteru, a wątek miłosny dość sztampowy. Jednak wraz z upływem czasu gdy dowiadywaliśmy się więcej o intrygach na dworze oraz społeczeństwie kraju i świata robiło się coraz bardziej intrygująca. Tutaj dla odmiany autor zadaje pytania o istotę władzy, kto powinien ją sprawować i czy niekompetentny władca powinien ją utrzymać. Jest też krytyka władzy opartej na pieniądzu. Oczywiście Soena i Raoden w końcu nawiązują znajomość i dwie z pozoru odrębne linie fabularne mają ze sobą coraz więcej wspólnego i coraz mocniej się przeplatają im bliżej finału mimo że bohaterowie nie są tego świadomi.


Jak każda książka i ta potrzebowała tego złego. Tutaj jest on potraktowany na równie z dwójką bohaterów pozytywnych. Jako ciekawostkę wspomnę tutaj o budowie książki - niemal przez wszystkie 60 kilka rozdziałów co trzeci jest poświęcony konkretnemu bohaterowi. Nie są one długie przez co po skończeniu jednego jak najszybciej chcemy wrócić do konkretnego bohatera i zamiast przeczytać "jeszcze tylko 1 rozdział" to siedzimy do późna w nocy bo mnożą się nam cliffhangery. Niby podobne rozwiązanie było w Pieśni Lodu i Ognia, ale tutaj ze względu na niewielką liczbę postaci o wiele szybciej wracamy do tej ulubionej i nie trzeba czytać kolejnych 200 stron by dowiedzieć się jak wyjdzie z kłopotów.


Wracając do Hrathena bo tak właśnie nazywa się kapłan Derethi, przybył do Arelonu by go zbawić i nawrócić na jedyną i właściwą religię. Po raz kolejny bohater nie dość że jest ciekawy i otaczają go równie interesujące postacie drugoplanowe to jest też pretekstem do zadawania trudnych pytań. Tym razem dotyczących religii. Wprawdzie autor nie szuka na nie odpowiedzi, ale z pewnością skłania czytelnika do zadumy. Czy jest sens religijnych wojen? Czy wiarę można logicznie wytłumaczyć? Ile można poświęcić i czy jest coś takiego jak mniejsze zło? Widać tutaj wyraźną inspirację naszą historią i uważny czytelnik znajdzie kilka nawiązań. Szkoda tylko, że postać ta kończy w sposób jaki kończy, a jej ewolucja nie jest tak dokładnie opisana jakbym chciał. Mimo wszystko wyśmienicie czyta się starcie wyrachowanego proroka z żarliwym fanatykiem. Dodatkowego smaczku jego postaci dodaje też to, że wbrew pozorom jego postępowanie ma pomóc mieszkańcom  miasta tyle że inni nie zdają sobie z tego sprawy. To właśnie to nakładanie się wątków tych trzech postaci czynni książkę taką interesującą.


Inną rzeczą, która nie pozwala się od niej oderwać jest wykreowany świat. Opelon jest w stanie zimnej wojny. Imperium Jaddetha nie panuje tylko nad dwoma królestwami z czego jedno (w sensie jego władca) nie zdaje sobie sprawy z zagrożenia, które jest realniejsze niżby się wydawało. Geografia świata poznajemy pobieżnie, tak jak historię. Wiemy że są jakieś państwa, znamy ich ogólna charakterystyka, ale autor nie snuję długich legend i nie przedstawia ich dokładnej historii. Książka jest bardzo skonsolidowana i skupia się na tym co tu i teraz. To miła odmiana po tych wielkich cyklach z szczegółowo opisanym światek. Tutaj autor poświęcił więcej miejsca językowi i magii za co ma u mnie kolejne punkty do respektu. Stworzyć historię jest stosunkowo łatwo język już trochę trudniej. Miałem dużo zabawy odkrywając alfabet i to jak jest powiązany z magią gestów. Nie będę jednak o tym pisał bo właśnie system magii Elantris (i tajemnicze inne systemy) jest jedną z większych zalet książki.


Niestety nie obyło się bez kilku irytujących wad. Prócz tych wymienionych mimochodem wcześniej dodam jeszcze, że za duży nacisk położono na wątek miłosny i znajduje się on w miejscu w którym być nie powinien. Zirytowało mnie też rozwiązanie jednego z wątku. Bohaterowie stanęli przed poważnym zagrożeniem, a rozwiązanie spadło z nieba. Tak się nie robi. Dobrze jednak, że te wady to tylko drobne minusy, które nie rzutują na całość i szczerze mówiąc mają źródło tylko w indywidualnych preferencjach.


Elantris gorąco polecam, nie zróbcie tego samego błędu co ja i kupcie książkę od razu. Udowadnia ona czemu Brandon Sanderson tak szybko zyskał sobie tylu fanów i czemu został poproszony o dokończenie Koła Czasu Jordana. To pozycja, którą powinny się też zainteresować osoby znudzone wielotomowymi cyklami. Bohaterów szybko się polubi i zrozumie ich motywację i cele - Radoen naprawia, Hrathen nawraca, a Soena buntuje się. Gromadka bohaterów drugoplanowych również jest niczego sobie, a sam świat Elantris skrywa jeszcze mnóstwo tajemnic. Gwarantuje, że będziecie chcieli tam wrócić.


OCENA 5=/5

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Hyde Park #8




Trochę mnie tutaj nie było (w sensie w Hyde Parku). A to Olimpiada, a to chwilowe wypalenie się przez Comic-Con a to własne lenistwo jednak w końcu wypadałoby napisać co słychać u mnie. Telewizji już nie oglądam bo nasi herosi nie "walczą" o medale więc mam więcej czasu na seriale. Udało mi się obejrzeć kilka nowych pilotów większość to średniaki do których już z pewnością nie wrócę. Piję tutaj do Rookie Blue, Royal Pains, Longmire, Dallas czy znienawidzone przeze mnie Angry Menegment. Obiecująco za to zapowiada się Lost Girl, Eureka i Better off Ted. Szkoda tylko, że nie ma czasu żeby to wszystko sprawdzić już teraz bo wciąż nadrabiam stare produkcji i już niedługo wrzesień i fala powrotów i premier. Będzie się działo. Sprawdziłem też parę pierwszych odcinków Suits (czyli po naszemu W garniturach). Serial w zeszłym roku zyskał olbrzymią popularność, ale muszę się przyznać, że nie wiem czemu. Owszem jest przyjemny, dobrze się ogląda, ale to typowa wakacyjny produkcja - obejrzeć, dobrze się bawić i zapomnieć. Największa bolączka to sprawy, które same się rozwiązują i... zresztą wrażenia z Suits to temat na zupełnie inną notkę, ale to dopiero po finale S01. The Good Wife i obecnie emitowane Damages dużo lepsze jeśli chodzi o kategorie seriali prawniczych.


Co dziwne udało mi się przez ten czas obejrzeć jeden film - Transformers 3. Tak wiem szmira, ale dobrze się bawiłem. Sam nie wiem czemu bo poprzednia część była słabiutka. Paradoksalnie najlepsze momenty były na początku zanim zaczęła się cała warta kilkadziesiąt milionów dolarów akcja. Ogromny plus za głos Leonarda Nimoy i małą rolę Alana Tudyka. Ich obecność bardziej mnie cieszyła niż występ super seksownej Rosie Huntington-Whiteley. Taki ze mnie geek, który przekłada Firefly'a nad aniołki Victoria's Secret.


Aż mi się głupio przyznać, ale ostatnio więcej gram w Diablo 3 niż oglądam seriale. Dawno żadna gra nie przykuła mnie tak do siebie, a głupie farmienie przedmiotów i kilkudziesięciokrotne powtarzanie tego samego zadania jest straszni rajcowne. Coś czuje, że utkwię w świecie Sanktuarium na dobre. Poza tym lamię w Battlefielda 3 przez sieć. Nie umiem w to grać, ale i tak mam radocha jak mnie zabijają. Skończyłem też Uncharted 2 - co za gra! Wciągająca fabuła, cudowni i zróżnicowani bohaterowie, dynamiczny gameplay i to wszystko okraszone piękną grafiką. No i w multiplerze czasem zabijam więcej ludzi niż mam zgonów. Uncharted 3 na pewno kiedyś wyląduje na mojej półce. Tak jak The Last of Us, które zachwyca swoimi trailerami. A w międzyczasie mam jeszcze do skończenie jedną część Ratchet and Clank oraz Mirror's Edge, którego stylistyka jest godna uwagi.


W końcu też nadrobiłem literackie zaległości. Trzy zaległe książki ze świata Diuny przeczytane. Bitwa pod Corrinem tylko ok, oczekiwałem czegoś bardziej epickiego i zakończenie dość średnie. Dobrze, że we wrześniu Rebis wyda pierwszą część Szkół Diuny więc będzie można poznać dalsze losy bohaterów. Wichry Diuny też zasługują na ocenę dobrą i sam nie wiem czy cenią ją bardziej od poprzedniej. Ma wszystkie wady i zalety interqueli. Szkoda tylko, że nie zostawiono pierwotnego tytuły bo Jessica z Diuny o wiele bardziej by pasowało do tej książki. Dom Atrydów zaskoczył mnie pozytywnie i chyba najlepiej prezentuje się z tej trójki. Książka dzieje się jakieś 40 lat przed wydarzeniami z oryginalnej Diuny, a głównym bohaterem jest Leto. Wiem co się wydarzy, wiem jak się skończy, a przynajmniej tak mi się wydaje. Na prawdę godna polecenia i ciekawie poszerza wszechświat Diuny. Szkoda tylko, że jest trochę nieścisłości względem Legend Diuny, które strasznie irytują (nieścisłości, nie Legendy) podczas czytania mimo że nie wpływają na odbiór książki. Przeraża mnie tylko, że przede mną do kupienia jeszcze pięć tomów i ewentualnie Marzyciel Diuny jeśli Rebis pokusi się na biografię Herberta. W sumie cała kolekcja będzie kosztowała ponad tysiąc złotych, ale warto bo już 14 tomów prezentuje się epicko, a co dopiero 20. Teraz męczę (to chyba dobre słowo) Księgę wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa. Jedynie tysiąc sto stron przygód najsłynniejszego detektywa. Jeśli (gdy) ją skończę to go pokocham lub znienawidzę.


 

 

 

poniedziałek, 28 maja 2012

Hyde Park #6

Skończyłem Taniec ze smokami jakoś na początku tygodnia i jestem zawiedziony. Ostatecznie przez ponad tysiąc stron bohaterowie mało co ruszyli do przodu, niemal nic się nie zmieniło, nie było żadnych szokujących zwrotów akcji (no może poza jednym czy dwoma) i nie widać byśmy byli bliżej zakończenia sagi która od dłuższego czasu stoi w miejscu. Jestem rozczarowany. Dobrze, że jest serial, który wychodzi co tydzień i ma zaledwie 10 miesięczną przerwę, a nie jak książki Martina pięcioletnią. Za parę godzin natomiast długo wyczekiwany odcinek Blackwater. Nie wiem jaki będzie stosunek akcji w Królewskiej Przystani do innych części świata, ale liczę na przytłaczającą przewagę Kings Landing. O jakoś bitwy się nie martwię. Przez cały serial nie pokazali żadnego większego starcia więc pewnie kasę odkładali na to. Fani książki będą pewnie zawiedzeni bo wszystko wskazuje na to, że nie będzie łańcucha i mostu, ale należy pamiętać że to tylko serial, a nie filmowe widowisko z kilkunastomilionowym budżetem. Po tym odcinku fani będą wypatrywać kolejnego punktu zwrotnego - Deszczy Castamare. Już się nie mogę doczekać kiedy będę czytał opinię w internecie ludzi narzekających co się stało. Ścięcie sami wiecie kogo to przy tym pikuś. Tylko nie googlujcie!


Z powodu zmory wszystkich studentów czyli sesji brak czasu na wszystko. Nie jest może tragicznie, ale już sobie narobiłem zaległości w czytaniu internetowej twórczości. Dobrze, że przynajmniej czas na seriale jest. The Good Wife, The West Wing i Person of Interest z porządnymi odcinkami jak zwykle. Premiera S03 Friday Night Lights przywróciła mi wiarę w ten serial i liczę, że mieszane uczucia po poprzedniej serii odejdą w zapomnienie. Jak pisałem w wpisie o ramówce ABC, że obejrzę Revenge tak też zrobiłem. I muszę przyznać, że jest intrygująco, wszystko zostało zgrabnie wyreżyserowane, a intryga prezentuje się obiecująca. Emily jest urocza i zarazem mordercza. Tak jak Victoria. Starcie tych dwóch pań przyniesie wiele ofiar, a przynajmniej na to liczę.


W tym tygodniu wyjątkowo chciałbym polecić nową serię z Wonder Woman. Przeczytałem trzy ostatnie numery po sobie i coraz bardziej mi się podoba ta grecka mitologia prezentowana przez Braina Azzarello. Szczególnie wizja Hadesu, trochę przypominająca piekło z Dante's Inferno. Do tego wszyscy bohaterowie są ciekawi, a Diana kozacko wygląda z pistoletami. I,Vampire i Justice League Dark dalej fenomenalnie się czyta i ogląda mimo że ta druga seria zmieniła scenarzystę. Wciąż jednak wolę Swamp Thinga i Animal Man.