Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 marca 2016

Serialowe podsumowanie tygodnia #177 [07.03.2016 -13.03.2016]

SPOILERY

Dead Like Me S02E11 Ashes to Ashes
Po długiej przerwie wypadałoby dokończyć kolejny serial. Ostatni odcinek oglądałem prawie dwa lata temu, gdy w telewizji leciał 9 sezon 24 i 7 True Blood. Szmat czasu w serialowym krajobrazie. Myślałem, że powrót do DLM będzie bezbolesny. Zonk. Nic z tego. Już po pierwszych 10 minutach Georgie znowu zaczęła mnie męczyć. Serial dalej jest o śmierci (shocker), podchodzi do niej od tylu stron, że jest już niesamowicie powtarzalny. Dalej trafią się błyskotliwe sceny, ale jest ich zbyt mało. Za dużo rzeczy mnie denerwuje, a bohaterowie są strasznie antypatyczni. Brakuje mi też wyraźnego przesłania, za bardzo się trzeba starać by odkryć nową myśl. Kolejny raz problem z akceptacją śmierci i różne sposoby radzenia sobie z nią. Było. To, że trzeba chwytać dzień, ale trzeba uważać by nikogo nie zranić. Było. Mniej ogranym motywem jest to, że nigdy nie można się przyzwyczaić do śmierci i jeśli dla kogoś jest ona końcem dla innych początkiem innego życia. Ale to też już było tylko opowiedziane w inny sposób. Również humoru było niewiele. Kolejne śmierci mało kreatywne, a rozmowy męczące. Lubiłem początkowe odcinki więc mnie to mocno uwiera.

OCENA 3/6

Dead Like Me S02E12 Forget Me Not
Połowę narzekania mógłbym przepisać z wrażeń po poprzednim odcinku, ale trochę mija się to z celem. Zamiast tego skupię się na pozytywach. Pierwszy raz poruszono wątek śmierci starszych ludzi. I zrobiono to z wyczuciem. Poruszające sceny z kobietą chorą na Alzheimera, której trzeba uświadomić, że umarła. Dawno też się tak nie uśmiałem gdy Daisy, George i Mason odgrywali scenki pokazujące śmierć, a serial wystylizował je na nieme kino. Podobało mi się, ze zabito Raya. Jakiś wątek dramatyczny w serialu się przyda, a śmierć bardzo tutaj pasuje. Przy okazji pokazano skąd się biorą chochliki - złe dusze niezasługujące na zbawienie.

OCENA 3.5/6

Dead Like Me S02E13 Last Call
Jako dramat ten odcinek sprawdził się przeciętnie. Kolejny raz wałkowano zagadnienie "co jeśli to twój ostatni dzień na Ziemi" bez nowych przemyśleń. Jednak jako komedia sprawdził się doskonale. Mason ukrywając ostatnie wypadki nieustannie gada głupoty i nie może sobie z tym poradzić. Kapitalnie to wyszło. Nawet pośmiałem się na scenach z George jak znokautowała Barneya za kradzież portfela Dolores. I ta westernowa muzyczka! Tak więc wrażenie po odcinku pozytywne mimo, że w środku było dużo nudnych scen.

OCENA 4/6

Dead Like Me S02E14 Always
Odcinek miał fajne sceny, ale to można powiedzieć o każdym. Mając taką galerię bohaterów to naturalne. Tylko, że powinno to wyglądać dużo lepiej. Rube już od dłuższego czasu jest bardziej na uboczu, Georgie więcej w Happy Times niż na żniwach, a Daisy i Mason kolejny raz przerabiają niechęć do siebie. To męczy. Dobrze, że jest Kiffany przebaczająca Masonowi i wyjaśniająca czym jest dom. Jest też Rube żegnający się z własną córką. I jest Geroge unicestwiająca chochlika. Są też przemyślenia o życiu i śmierci, których mam na prawdę dość. Boli mnie też, że prawdopodobnie wątek śmierci Raya nie będzie miał zbytniego wpływu na finał.

OCENA 3.5/6

Dead Like Me S02E15 Haunted
Nareszcie! Kolejny serial do odhaczenia z listy. Była to ciekawa przygoda, zwłaszcza na początku gdy temat śmierci był czymś nowym. Potem zrobiło się zbyt powtarzalnie i pretensjonalnie. Oglądałem długo, ale wracałem dla postaci, które polubiłem. Nie szkoda mi anulowania. Szkoda mi, że po 4 odcinkach z serialu odszedł Bryan Fuller. To mogła być zupełnie inna produkcja.Coś więcej niż zlepek skeczy z rozmyśleniami na temat śmierci.

Nie wiem czy odcinek był pisany jako finał, ale nie czuć tego. Jako zakończenie sezonu działa, serialu już nie bardzo. Postacie dostały bardzo dużo czasu, pokazano jak wiele przeszły, jak Geroge nauczyła się akceptować śmierć, zmiany u Rube'a po śmierci córki czy Daisy konfrontującą się z przeszłością, której się wypiera, a nie obnosi z nią. Ciekawie oglądało się też chodzenie po domach i irracjonalne zachowanie Masona. Nawet przesłanie pasowała - nie wiecie ile razy udało się wam uniknąć śmierci. Podobały mi się też ostatnia słowa, które pasują do zakończenie - nie ma nic złego w byciu martwą jak ja. Nie ma nic złego w zmienianiu naszego życia, trzeba to zaakceptować.

OCENA 4/6

Farscape S01E07 PK Tech Girl
Przez The 100 zapragnąłem wrócić w kosmos. Padło na rozpoczętego dawno temu Farscape. Myślałem, że z miejsca poleci kilka odcinków, a tu niespodzianka - nie mam ochoty na następny ponieważ ten mnie strasznie wymęczył. Miał klimat, podobało mi się zwiedzanie opuszczonego przed laty statku należącego do floty Rozjemców. Mroczne korytarze, wszechobecne ciemność, odpowiednio zdeformowane trupy i wpisanie w to historii Rygla, który był tam torturowany. Do tego zagrożenie złomiarzami odpowiednio zagęściło atmosferę, John jak zwykle był zabawny, a Aeryn cudowna. Tylko co z tego skoro mało tutaj było faktycznej treści, a całość została niemożebnie rozciągnięta. Flirt z napotkaną tytułową inżynierką nudził, a pracę nad statkiem pozbawione były wszelkiego napięcia. Dobrze, że przynajmniej kosmos bardzo ładnie wyglądała.

OCENA 3.5/6

Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D. S03E11 Bouncing Back
Gdyby zapytano mnie czy lubię ten serial odpowiedziałbym bez wahania, że tak. Dlatego mocno dziwę się sobie ponieważ nie chciało mi się wracać do Agentów. Gdy to już zrobiłem odcinek mnie niesamowicie wynudził. Główny człon historii za bardzo przypominał mi odcinki The Flash. Nadczłowiek z mocami i polowanie. Tylko humoru brakowało. Potem obowiązkowy twist i odkrycie wspólnego wroga prowadzące do bardzo nudnej finałowej sceny akcji. Jak po sznureczku, wprost z podręcznika przeciętnego scenopisarstwa. I gdy wydaje się, że zebrano drużynę, inhumans zostają odesłani do domu z zegarkami jak Power Rangers. W razie gdyby były kłopoty zostaną poinformowani. Oczywiście, że będą kłopoty, na tym polega ten serial i praca agentów. Więc nakręcanie motywu Secret Warriors i poruszanie go w kampaniach promocyjnych to zwykłe drażnienie widza.

Pozostałe wątki? Culson na trupie Mallica. Pierw rozmowa z prezydentem (wcale nie czuć, że to prezydent, brakuje bijącego autorytetu), potem przesłuchanie Struckera w śpiączce i w końcu rozmowa telefoniczna. Z której absolutnie nic nie wynika, ale Malick postanawia sprzedać swoje firmy. Nie  mam pojęcia czemu, scenarzyści pewnie też. Jeśli widzą to niestety nam nie powiedzieli. To jest tym dziwniejsze, że namierzano miejsce pobytu Malicka, a w ostatniej scenie wciąż jest tam gdzie był. I wciąż odwiedza opętanego Warda oglądającego telewizję. Wielki straszny zły oglądający złe rzeczy - obrazy z wojny, moskiewskie parady wojskowe i wirusy eboli. Jeszcze bardziej groteskowy niż jego makijaż.

Najprzyjemniejsze były sceny z Fitzsimmons. Mam do nich słabość, nic na to nie poradzę. I jeszcze początek odcinka w kosmosie. Agenci wreszcie lecą w kosmos! Wolę to niż sztuczny tie-in do Civil War.

OCENA 3.5/6

Orphan Black S03E03 Formalized, Complex, and Costly
Od dłuższego czasu nie mogę znaleźć serialu, który mnie wciągnie. Załączył mi się malkontent i ostatnio chwalę głównie The 100. Narzekałem na Grę o Tron, Fear The Walking Dead, Supernatural, a nawet na pilot Power Rangers Jungle Fury. Oglądam, ale brakuje mi radości z lektury. Całkiem możliwe, że Orphan Black przełamie złą passę. To jeden z seriali, które porzuciłem nie z jego winy i teraz na tym korzystam. Powrót okazał się bardzo przyjemny, szybko udało mi się odnaleźć. Nawet nie spodziewałem się, że tak bardzo stęskniłem się za klonami. Oglądanie Allison rozkręcającej swoje narkotykowe imperium to prawdziwa przyjemność. Tak jak Cosimy, jej żartów i kontemplacji nad człowieczeństwem podczas krojenia ludzkiego mózgu w wannie u Felixa w mieszkaniu. Nawet fabuła mnie wciągnęła. Śledztwo Sary, zamieszanie z męskimi klonami, polowanie na Marka i zawiązanie bliższych kontaktów z Artem. Wszystko zostało pięknie podane. Bardzo tęskniłem i jestem zadowolony z tego co widzę. Jest bardzo poprawnie, a to mi chwilowo wystarcza.

OCENA 4/6

Orphan Black S03E04 Newer Elements of Our Defense
Szybkie tempo akcji, wciągająca historia i niespodziewane zbiegi okoliczności. Nawet wciągnęła mnie historia, którą zacząłem już ignorować. Standardowo najwięcej czasu dostała Sarah. Jej historia została spięta klamrą gdzie na początku i na końcu odcinka była zwierzyną w potrzasku. Pierw uciekając przed Mrs. Johansson, a potem Sethem. W międzyczasie pomoc Markowi, pogoń za materiałami mogącymi pomóc Cosimie i wykopywanie martwego dziecka. Na pewno nie można narzekać na nudę. Dzieje się szybko i dużo. Były też chwilę spokoju jak wyciąganie kuli gdzie Mark i Sarah mieli pierwszą scenę, która pokazuje ich jako rodzeństwo.

Również Helena dostała podobny moment. Podobny, ale zupełnie inny. Po brawurowej ucieczce trafiła na Persona na którym przeprowadzane są eksperymenty i zabija go z litości. Brutalne wbijanie skalpela w mózg to kolejny dowód podkreślający naturalizm Orphan Black. Muszę też napisać o kluczu wygryzionym z żeberka, które Helena dostała na obiad. How cool is that?

Wydawało się, że narkotykowe imperium biznesowe Allison napotka problemy z rozwojem. W końcu okazało się, że wkroczyła na czyjeś terytorium i boss chcę z nią porozmawiać. Co się okazało? Jest to jej dawny chłopak i podczas rozmowy o interesach wzięło się im na wspominki dawnych, dobrych czasów. Zamiast brutalnego spotkania pełna luzu rozmowa. Podoba mi się takie absurdalne zagranie.

Najmniej działo się u Cosimy. Dalszy ciąg badań, depresja po rozstaniu z Delphine i kilka żartów z Felixem podczas drineczka w barze. Przyjemne sceny, ale nic konkretnego.

Inne:
- świetnie nakręcona scena z Heleną gdzie walczy z efektami leku uspokajającego. Chwiejąca się kamera ustawiająca pod różnymi kątami i plama światła rozmywająca widok.

OCENA 4.5/6

Orphan Black S03E05 Scarred by Many Past Frustrations
Prawie pół sezonu trzeba było czekać na spotkanie sióstr. Jednak jak już Helena i Sarah zaczęły dzielić sceny nie można się było oderwać. Pierw kłótnie, potem wyjaśnienie wszystkiego i przebaczanie, a następnie współpraca w celu ucieczki. Pełne emocji przygotowania, niespodziewane rozstanie i przekradanie się po bazie oglądało się niczym najlepszy film szpiegowski. I ta końcówka gdy Helena zastanawia się co powinna zrobić, zostać i jednak pomóc Sarah czy uciec. Idealny cliffhanger.

Gdzie indziej nie było już tak interesująco. Główna intryga rozwija się bardzo powoli i najważniejszym odkryciem była choroba, która rozwija się u kobiet z którymi Kastor uprawiał seks. Scenki z Gracie czy Cosimą było dobre, uwiarygodniające charaktery postaci, dające trochę wytchnienia od pełnych napięcia scen w więzieniu. Tylko tyle.

OCENA 4/6

Orphan Black S03E06 Certain Agony of the Battlefield
Co za piękny odcinek. Odrobinę pretensjonalny, ale piękny. Zresztą, jak zawsze gdy trzeba nakręcić czyjeś halucynację. Tym razem padło na Sarah. Po transfuzji krwi Setha odbyła spotkanie z Beth przy czym opowiedziano jeszcze raz historię samobójstwa tylko korzystając z innych dekoracji. Piękna gra światłem i cieniem oraz przenikanie podczas przechodzenia w kolejne kadry. Fabularnie odgrywało to ważną rolę. Podkreślało istotność Paula i dano doskonałą okazję by się z nim pożegnać wracając wspomnieniami do pierwszego sezonu.

Właśnie pożegnanie. Zupełnie zapomniałem, że serial go zabił, spoilery są wszędzie. Przypomniałem sobie o tym gdy razem z Sarą zaczął uciekać z bazy. Wybielono go na koniec i dano heroiczną scenę gdzie mógł odpokutować za grzechy. Żegnaj Paul. Nie będę tęsknił, ale twoja śmierć wywołała jakieś emocję, a oto w serialach chodzi.

Przy okazji dodano kolejne cegiełki do mitologii. Sarah jest odporna na chorobę roznoszoną przez Kastor. Bez zaskoczenia. Początkowo ciekawy wydał mi się pomysł z użyciem sterylizacji jako broni. Szalone i działające na wyobraźnie. A potem zacząłem się martwić. Czy kolejny wątek jest potrzebny w i tak gęstej sieci zależności? Tym bardziej, że sugerowano FBI i rządowy spisek. To może się potoczyć bardzo źle. Nie będę się jednak zamartwiał na zapas.

W końcu Felix dostał świetną scenę. Martwi się o Sarah, ale nic nie może zrobić. Zdecydował, że koniec z biernością i dzięki Scottowi spotkał się z Rachel. I co to była za konfrontacja! On zdesperowana, niemalże znęca się nad cierpiąca kobietą by dowiedzieć się gdzie jest jego siostra. Ona ledwo to znosi i nie ma dla niego odpowiedzi. Obydwoje wyglądają na złamanych po tej rozmowie.

Cosima śledzona przez zazdrosną Delphine. Meh. Ciekawiej ogląda się Allison rozkręcającą swój narkotykowy biznes. Ta historia nie ma nic wspólnego z główną fabułą, ale nie mam nic przeciwko żeby trwała jak najdłużej.

OCENA 4.5/6

Orphan Black S03E07 Community of Dreadful Fear and Hate
Mocno komediowy odcinek. Nie dość, że klony zamieniły się rolami (Cosima odgrywająca Allison!) to jeszcze wplątane było w to narkotykowe interesy i wybory do rady szkolnej. Komicznie się to wszystko nałożyło, a Tatiana jak zwykle wspaniale to odegrała. W odcinku było też o tym co najważniejsze - rodzinie. Przebaczaniu i o tym że sami możemy ją sobie wybrać. Ładnie wyszło pojednanie Heleny z Siobhan oraz przemówienie Allison gdy patrzyła w oczy matce. Szkoda, że tak było mało Sarah i delikatnie ruszono wątek Kastora i poświęcenia Paula. Zbyt wolno się dzieje, a serial przecież słynie z szybkiego tempa.

OCENA 4/6

Orphan Black S03E08 Ruthless in Purpose, and Insidious in Method
Tam gdzie dwie siły spiskują musi się znaleźć trzecia. W odcinku działa się dużo, był niesamowicie dynamiczny, rozłożył akcenty na wszystkie główne klony i zaskoczył w spektakularny sposób. Trochę przez moją nieuwagę, zacząłem lekceważyć Rachel, a to nie powinno mieć miejsca. Ładnie wszystkich wymanewrowała. Sarah i Dolphine nic nie zyskały, a Cosima z Scottem odeszła z DYAD. Jakby tego było mało Kastor zdobył książkę. Najbardziej podoba mi się wyprawa do Londynu. Kolejna zmiana otoczenia w sezonie. Oby jak najwięcej ładnych widoczków.

OCENA 4.5/6

Orphan Black S03E09 Insolvent Phantom of Tomorrow
Dobrze, że już dawno przestałem się przejmować fabułą Orphan Black i czerpie przyjemność z scen z klonami. Nie wiem o co chodzi, kto jakie ma cele, czemu  ktoś ma zginąć i kto z kim jest w sojuszu. Może gdyby się oglądało ciurkiem byłoby lepiej, tak jest wielki chaos. Irytują też melodramatyczne zagrania scenarzystów. Z jednej strony fajny zabieg z pochłoniętym płodem w czasie ciąży będącym pierwowzorem LEDA i Kastor. Z drugiej jest nim matka Mrs. S. Przecież to zwrot akcji z argentyńskiej telenoweli. Tak samo wygląda zazdrość Delphine o Cosime. Jednak serial dalej jest pięknie wyreżyserowany. Muzyka podbija napięcie podczas doniosłych scen. Tak jak równoległy montaż budowany na zasadzie kontrastu - spotkanie po latach oraz śpiewanie w kameralnym gronie i bicie do nieprzytomności człowieka. Najzwyczajniej dobrze się to ogląda.

Mam też sceny z Heleną i Donniem Absurdalna walka z narkotykowym podziemiem i zbliżanie się tej dwójki do siebie. Lubię te postacie więc się cieszę.

OCENA 4/6

Orphan Black S03E10 History Yet to Be Written
Jak na finał przystało odcinek uchwycił esencję serialu czyli więzy rodzinne. Obsadzenie matki Siobhan jako materiału genetycznego dla klonów pozwoliło wprowadzić wiele emocjonalnych scen. Jak pojednanie się matki z córką, wyjaśniono jak S trafiła na Sarah oraz moment gdy Cosima dziękował za to, że Kendall dała jej życie i prosi jeszcze o odrobinę pomocy. Było też spotkanie klonów przy radosnej atmosferze przy stole i zwycięstwo Allison. Jednak moim ulubionym momentem jest pożegnanie Setha przez Helenę. Pierw walka dwóch szalonych klonów, a potem intymne zbliżenie tej dwójki. Jak pożegnanie brata i siostry.

Cieszy mnie również powrót do początków serialu. Ponowne wprowadzenie neolucji do Orphan Black było mocne. Niby tradycyjny spisek w spisku, ale zadziałało. DYAD i Topside są nimi przesiąknięci. Mają pewnie jeszcze wtyki w wojsku i Kastor. I mają Rachel, która ponownie spotkała swoją matkę. Znowu telenowelowy twist, ale działa. Rodzina zawsze wraca w tym serialu i odgrywa jakąś większą rolę.

Śmierć Delphine mnie nie zaskoczyła bo przez własną głupotę (i The 100), sprawdzając dead lesbian trope wpadłem na spoiler.  Tajemnicą jest kto to zrobił. Musiał to być ktoś znajomy, ktoś kto ma powiązanie z Cosimą bo Delphine się o nią pyta. Najbardziej logicznym typem jest Shay więc ją odrzucam.

OCENA 4.5/6 

Teen Wolf S05E19 The Beast of Beacon Hills
Przedostatni odcinek i z dość prostego powodu odrobinę się poprawiło. W centrum są postacie, a nie nudne intrygi. Nie robią wiele, szukają Masona, rozmawiają między sobą i łączy ich wspólny cel jakim jest pokonanie Bestii. Niektórzy mają osobne wątki, ale wszystko sprowadza się do tego by być jak najlepszym stadem i rodziną. Może poza Malią, która walczy z osobistymi problemami. Jednak oglądanie Scotta, Stilesa z Lydią czy Kiry daje satysfakcję i bardzo podobały mi się te sceny. Tylko w międzyczasie dużo czasu dostał emo Theo nie chcący zostać porażką, Doktorzy mówią skąd się bierze czyste zło próbując wprowadzić do serialu niepotrzebną filozoficzną warstwę, a większość odcinka to bezcelowe bieganie pozbawione napięcia tak potrzebnego przed samym finałem. Trzeba zacisnąć zęby, przeboleć historie o Bestii i Doktorach i liczyć, że przyszły sezon będzie lepszy. Najlepiej bez głównego antagonisty.

OCENA 3.5/6

Teen Wolf S05E20 Apotheosis
Na prawdę, to miał być finał? Bardzo śmieszne. Jedno większe zaskoczenie, zero poważniejszych zwrotów akcji i prowadzenie wątków jak po sznurku. Starcie z Bestią było nudne, brakowało mu klimatu i doniosłości. Trochę się poganiali, on pozabijał parę osób i w końcu sam zginął oddając pierw Masona. I niby serial próbował zaskoczyć, wprowadzić jakiś zwrot akcji np. doniosłą rolę Lidii czy podbić stawkę, ale to się nie udawało. Zbyt generycznie to wyglądało. Wielki zły do pokonania i tyle. Osobiście irytowało mnie, że ostateczne starcie odbyło się w dobrze znanych korytarzach, a walka była prostacka. W sumie najbardziej podobał mi się twist z Ducalionem gdy okazało się, że od początku współpracował z Scottem. Może nie ma tutaj zbyt wiele sensu, ale wymazuje jego głupią motywację posiadania oczu Scotta.

Średnio przypadło mi do gustu starcie Malii z matką. Znowu brak napięcia i ważnych momentów. Zbyt przeciągnięte, niepotrzebne zwolnienia i sztuczność całego zajścia.  A tak fajnie zapowiadał się wątek Desert Wolf.

Narzekam i narzekam, ale dlatego bo lubię ten serial i chciałem by mi się spodobał. Wciąż trafiały się fajne momenty z postaciami (rozmowa szeryfa z Bestią, omdlenie Liama) i momentalnie było to całkiem dobrze wyreżyserowane. Oddano ładny hołd Allison oraz zamknięto sezon bez cliffhangera. Nie ma żadnego nowego zagrożenie, a wataha wróciło zadowolona do szkoły. Kolejny zły pokonany, można znowu wieść normalne życie. Do następnego.

Inne:
- jednym z Doktorów Strachu okazał się Marcel, brat Bestii. Wątek przewodni sezonu zrobił się przez to jeszcze głupszy.
- nie kupuje, że Scott miał cały czas jeden wielki plan. Ukrywanie go przed widzami to nędzne zagranie scenariuszowe.
- Kira odeszła by ćwiczyć swoje umiejętności. Ok, prędzej czy później wróci, tylko żeby przez ten czas Scottowi nie dopisali kolejnego wątku romantycznego. Ciekawi mnie jej dostęp do drugiej strony, jakim cudem wezwała siostrę Theo i czy potem będzie to kontrolować.
- scena z pożegnaniem na pustyni - jeden z najgorszych green screenów ever.
- jest teaser S06. Znowu dużo mroku. Nie podoba mi się. 

OCENA 3.5/6

The 100 S03E08 Terms and Conditions
Obawiałem się tego odcinka ponieważ w całości miał się toczyć w Arkadii. Jednak wierzyłem w serial, a on mi pięknie odpłacił i była to najlepsza godzina telewizji jaką widziałem w tym tygodniu. Boli mnie tylko jedna rzecz. Gdyby tyle samo miejsca dostało budowanie konfliktu co jego rozwiązywanie byłby to dużo lepszy serial. Powolne kładzenie fundamentów pod zdradę sprawiłoby, że zachowanie postaci byłoby jeszcze bardziej przekonujące, a ich nawrócenie jeszcze bardziej emocjonalne. Jednak mamy to co mamy. Też bardzo dobrą rzecz, ale z nieustającym poczuciem, że mogło być lepiej.

Kupuje Pike'a jako dyktatora. Przejęcie władzy było spartaczone, ale już dalsza część konfliktu jest wiarygodnie poprowadzona. Charyzmatyczny dowódca dający łatwe rozwiązania, skupiający się na populistycznych hasłach mający własną wizję świata do której nieskutecznie próbuje nagiąć rzeczywistość. Jednoznacznie negatywna postać czerpiąca z Hitlera. Rozumiem czemu ludzie oglądający serial go nie lubią i czemu ludzie w serialu za nim podążają. Lubie oglądać z nim sceny, gdy bezgranicznie ufając swoim zdolnością wyznacza kolejne ruchy i nie akceptuje klęski. To jest dobry antagonista i będę go bronił.

Niestety świat Arkadii, budżet i czas serialu nie jest z gumy przez co tak mało postaci dostaje więcej czasu. Z chęcią zobaczyłbym więcej zwolenników Pike'a, zapoznał się z nastrojami społecznymi, wysłuchał postronnych obywateli niezwiązanych z Kanem lub Stacją Rolniczą. Przez to konflikt byłby bardziej wiarygodny, a tak jest racja naszych bohaterów, których znamy bardzo długo i Pike'a z Bellamym, którego zdrada powinna być lepiej rozpisana. Jednak należy podziwiać serial za to jak ambitne cele sobie wyznaczył. Alegorycznie opowiada historię Stanów Zjednoczonych. Mamy przybycie Gwiezdnych Ludzi, którzy uważają, że mają większe prawo do Ziemi od tubylców, a ich przewaga jest zbudowana na technologii. Mamy też wojnę domową wplątaną w walkę o niepodległość. Trudne początki rodzącego się państwa/plemienia. Jason Rottenberg złapał za ogon kilka dorodnych srok i teraz się z nimi zabawia. Czasem go dziobią, ale daje sobie z nimi radę.

Co do odcinka. Skupiał się na partyzantce walczącej z złym dyktatorem. Grand plan był realizowany przez cały odcinek, a jego końcowy rezultat był tajemnicą. I to się dobrze oglądało z uwagi na bohaterów. To jest mała społeczność i ludzie są ze sobą mocno powiązani. Przyjaźnie były rozdzielone przez to w co wierzyli lub chcieli wierzyć. Przez cały odcinek zadawałem sobie pytania typu - kto zdradzi, kto jest kretem, czy to jest dezinformacja czy prawdziwa zmiana sytuacji. Pod tym względem The 100 sobie bardzo dobrze poradziło.

Może do końca nie kupuje planu Kane'a - porwać Pike'a i oddać go Grounders, a to dlatego, że mam teorię. On chciał zostać złapany. Wiedział, że porwanie przywódcy i zamach stanu mogą nie przejść więc postanowił zostać męczennikiem. Nie pierwszy raz zresztą, Kane ma na to zadatki ze względu na to co przeszedł na Arcę. Przecież uświadomić ludzi, że Pike'a zabija własnych i pozwolić im podjąć decyzję to najlepsze rozwiązanie tego kłopotu. Nie heroiczne czyny jednostki, a cała społeczność zjednoczona wobec jednego celu może pozbyć się dyktatora i stać się lepsza.

Najciekawsze, że pozbycie się Pike'a wcale nie zakończy problemów Arkadii. Teraz gdy nie ma Lexy Grounders mogą zaatakować Arkadię nawet gdy Pike'a zostanie odsunięty od władzy. Co też stanie się z matką Monty'ego i tymi zabijającymi w imię Pike'a? Jak długo Bellamy będzie musiał czekać na wybaczenie? I jaką do cholery rolę odegra jeszcze Clarke, która będąc na uboczu wydarzeń w Arkadii tak na prawdę ratuje ich cywilizację?

Trochę rozczarował mnie wątek A.L.I.E. Nie był zły, ale spodziewałem się czegoś innego. Więcej technomistycyzmu, używania religii jako opium dla mas i ukrytych celów AI. Zamiast tego był teen heist i włamywanie się do biura Pike'a po klucze. Jednak ujawniono kilka niezwykle ciekawych informacji. Czipy A.L.I.E. nie tylko pozwalają ją widzieć, ale też mózgi wiernych są używane jako komputery. Prawie jak Matrix. Zła AI wykorzystuje ludzi jako moc obliczeniową. Tylko tutaj potrzebna jest zgoda. Oddaj swoje ciało i duszę by uciec od problemów świata. Zero emocji, pozytywnych i negatywnych, tylko puste skorupy będące tak na prawdę fizyczną manifestacją A.L.I.E. Jak Komodorowie?

Inne:
- The 100 z 4 sezonem! Cieszcie się i radujcie. Nie wiadomo jak długim, ale ponownie liczę na 16 odcinków.
- a teraz zła wiadomość - przerwa do 31 marca. Niby tylko 3 tygodnie do następnego odcinka, a potem już do samego finału, ale będzie się dłużyć. 
- gdzie do cholery jest Abby?! Jej nieobecność w tym odcinku była bardzo nielogiczna i nie usprawiedliwiają jej kontrakty aktorki.
- jak mogę to chwalę reżyserię. Tutaj były piękne widoczki Arki wbitej w Ziemię (nigdy mi się to nie znudzi), zacne prowadzenie równoległego montażu, udana obracająca się kamera podczas rozmowy Pike'a z Kanem oraz takie przedstawienie Grounders z początku odcinka, że podkreślono, że wydawali się więksi i potężniejsi.
- Harpe i Miller odgrywają coraz większą rolę, yeah. Przy czym ona mogłaby dostać jeszcze jakieś backstory, on ma przynajmniej chłopaka, który na szczęście dostał więcej czasu niż zwykle.
- jaka ładna muzyczka na koniec odcinka! Dobrze, że The 100 coraz częściej eksperymentuje pod tym względem.  

OCENA 5/6

Vikings S04E04 Yol
Lubię tego typu odcinki. Powolne, skupiające się na postaciach, zagłębiające w religię i budujące wątki. Fabularnie nie muszą powalać. Wystarczy żeby pojedyncze sceny się sprawdzały. Tutaj było ich bardzo dużo. Wszystko z Ragnarem i jego chińską niewolnicą ponieważ stanowiła jedną wielką zagadkę. Ich narkotykowy trip również wyszedł bardzo barwnie. Świetnie wypadły też sceny z Bjornem, szczególnie starcie z berserkerem. Znowu surowe wykonanie i pozbawione efekciarstwa, ale wciągające. I ta scena egzekucji na końcu. Bardzo brutalna. Trochę dziwne, zazwyczaj serial posługiwał się niedomówieniami. Podobały mi się też sceny w Paryżu. Rollo i księżniczka jednak się dogadali, a jej bardzo spodobało się co wiking ma jej do zaoferowania. Trochę za szybko, ale lepsze to niż utrzymywanie statusu quo. Była też finalna scena z obrzędem religijnym. Nigdy mi się to nie znudzi w serialu.

Ten odcinek to też zapowiedź nadchodzących wydarzeń. Na razie obędzie się bez wypraw łupieżczych, trzeba utrwalić własną pozycję w Skandynawii. Bjorn powoli szykuje zemstę na Kalfie i Elrunderze, a w Kattegat pojawił się nowy i niebezpieczny przeciwnik. Lub sojusznik. Na pewno będzie się działo.

OCENA 4.5/6

poniedziałek, 7 marca 2016

Serialowe podsumowanie tygodnia #176 [01.03.2016 -07.03.2016]

SPOILERY

DC's Legends of Tomorrow S01E06 Star City 2046
Rozczarowałem się. Wizyta w przyszłości miała taki olbrzymi potencjał, a odcinek niestety przypomniał mi najgorsze chwilę z Arrow. Bezsensowna pogoń po mieście, nieciekawe dramaty i walki na których się ziewa. I ta fabuła! Syn Deathstroka niczym jego ojciec przybywa do miasta, przejmuję władzę i pozbawia Olliego ręki rządząc przez kolejne 15 lat. Tak, rząd USA nic nie ma przeciwko. Jestem w stanie wiele zaakceptować, ale nie to. Ten wątek podkreśla też jak głupi lub jak bardzo nie przejmuje się konsekwencjami swojej misji Rip Hunter. Ray i Sara mieli być zbędni dlatego ich zrekrutował co było jedną z przyczyn upadku Star City. To jednak nie tacy zbędni? W ogóle podróże w czasie to jeden wielki bałagan w tym uniwersum i chyba przestanę na nie zwracać uwagę. Rip cofa się do lat '70 i w kółko papla o tym, że nie można naruszyć strumienia czasu. Teraz będąc w 2046 opowiada, że to jedna z możliwych wersji przyszłości. Tylko czemu skoro to jest jego przeszłość, której nie powinien próbować naruszyć, a pokonanie Deathstroke'a  juniora nie jest delikatną zmianą. Już lepiej nich wyrzucą dylematy związane z podróżami w czasie i wprowadzą stały timeline z nieskończoną liczbą przyszłości gdzie nic nie można popsuć. Pasuje to do rozrywkowego charakteru serialu.

A zabawy trochę tutaj było. Zwłaszcza w wątkach nie dotyczących Green Arrow. Ubawiłem się oglądając Heat Wave'a zdobywającego gang i Snarta, któremu nie podoba się obecna rzeczywistość. Jak bardzo się nie zgadzali do przyszłości, a potem gdy Leonard wybuchnął, że chcę pokonać Vandala by zostać największym badassem w historii. Ten to ma fantazję. Podoba mi się jak postacie powoli wychodzą z swoich początkowych ról i są rozwijane ich osobowości.

W ogóle najfajniej wypadają relację między nimi. Zabawnie wypadły sceny z dwoma połówkami Firestorma i romansami młodego gdzie rywalizował z Rayem o względy Kendry. Dużo humoru potrzebnego w tym niepotrzebnie mrocznym odcinku. Udanie wychodzą też wszystkie powiązanie miedzy bohaterami. Jak np. Stain mówiący, że nie można zostawić Sary trzeba zrobić wszystko by jej pomóc nawet jeśli miałoby to naruszyć timeline. Ich wyższość moralna jest tym co odróżnia ich od Vandala. Co ładnie koresponduje z poprzednim odcinkiem gdzie Sara miała zabić Staina by nie zniszczyć przyszłości.

Był też zgorzkniały Ollie z kozią bródką i bez ręki. To wyszło nieźle póki nie zaczął walczyć jakby nic mu się nie stało.

OCENA 4/6

Power Rangers Jungle Fury S16E01 Welcome To The Jungle (1)
Doskonale pamiętam moje wrażenia po pilocie Power Rangers RPM. Już pierwsze minuty mnie zachwyciły, a potem było tylko lepiej. Post apokaliptyczny klimat z ostatnim miastem ludzkości, wyraziste sylwetki bohaterów do których od razu pała się sympatią, walki z finezyjną choreografią i wciągająca fabuła. Nie sądziłem, że Power Rangers może być tak dobre. Pełen wiary w możliwości serialu, świeżo po ciężkich bojach z Mighty Morphin zacząłem Jungle Fury. I się rozczarowałem.

Bardzo chciałem by mi się spodobało, żeby od pierwszych minut przeżywać przygodę wraz z bohaterami. I faktycznie, początek był całkiem dobry. Tajemniczy quasi tybetański klasztor, szybie zapoznanie z charakterami postaci i przyjemne dla oka walki. Wybrano trzech najlepszych kandydatów z których jeden okazał się dupkiem i nie dostał zaszczytu chronienia tajemniczej szkatułki przechowującej wielkie zło. Górę wzięła zawiść, wrócił, przypadkowo uwolnił demona, a mentor bohaterów ginie wysyłając swoich podopiecznych do nowego mistrza. I o ile podoba mi się klimat, pomysł z długoletnim szkoleniem i awatarami zwierząt, które pomagają w walce tak fabułka jest strasznie pretekstowa. Wielki zły to początkowo śmieszna zjawa, a historia o tym jak 10 tysięcy lat  temu chciał oddać Ziemię w władanie zwierząt wybijając przy tym ludzkość wcale mnie nie ruszyła. To już Rita wychodząc z kosmicznego pojemnika na odpadki miała lepszy debiut. Również bohaterowie specjalnie mnie nie zainteresowali, nawet młody adept, który wykazał się honorem i zastąpił niegodnego.

Trochę ciekawiej zrobiło się gdy bohaterowie szukając nowego mistrza trafili do pizzerii. Yeah, z klasztoru na odludziu do lokalu z pizzą. Tutaj poznajemy RJ, właściciela przybytku, który zostaje nowym mentorem bohaterów. I już go uwielbiam, wiem że jeśli reszta mi nie podpasuje to dla niego będę oglądał dalej. Pewny siebie i luzacki, bawi się z wojownikami nie przyznając kim jest i oferuje im pracę, a swój lokal traktuje bardzo poważnie. Nie ma zamiaru brać udziały w walkach na ulicy bo przecież musi się opiekować swoim przybytkiem. Rzuca też niesamowicie zabawnymi tekstami. Podoba mi się taki mentor, mniej poważny od swoich wychowanków. To będzie ciekawe doświadczenie.

Co interesujące główni bohaterowie nie są Power Rangers. Przynajmniej nie do końca. Kolega kolegi kolegi RJ mając odpowiednie dojścia załatwi mu dostęp do Power Grid poprzez... okulary! Tak morferami są okulary, a bohaterowie hackuje dostęp do mocy. Oczywiście w słusznej sprawie. Duchowo to jak najbardziej Power Rangers. Gdy słyszą wybuchy na ulicy od razu idą ratować ludzi nawet jeśli wątpią w swoje umiejętności. To jest ich powołanie, do tego przygotował ich wieloletni trening. Na razie zostali nakreśleni delikatną kreską ale serial ma jeszcze 31 odcinków by nadać im wyrazistych barw.

Nie podobają mi się źli. Może później jak dostaną więcej czasu, ale na razie jest słabo. Mistyczna siła prawdopodobnie opanowała byłego adepta, który zapoczątkował cały ten ambaras. W ich siedzibie jest jeszcze tylko jego kochanka bez wyrazu i armia kitowców. Którzy poruszają się skokami. O matko! Jak mi to przeszkadzała. Może dlatego od razu zraziłem się do nich? To było śmieszne przez pierwsze 10 sekund potem tylko irytowało. Jednak wracając do big bad Jungle Fury. Liczę, że z biegiem czasu jego plan nabierze złożoności i dostanie charyzmatycznych pomagierów. Czerpanie z mocy zwierząt może też być ciekawe jeśli połączy się to z technologią.

Ogólnie odcinek ciężko mi się oglądało. Poza RJ było mało naturalnego humoru, dużo ekspozycji i szarpane tempo. Gdy zacząłem się interesować dostawałem przeskok do ekipy złych lub długie starcia, który troszkę nudzą. Ładnie zrobiono, dużo się dzieje, ale brakuje mi szaleństw. To w końcu Power Rangers, chcę jazdę po bandzie na jednej nodze z zamkniętymi oczami, a na razie tylko RJ mi to funduje. Plus nieudane morfowanie w Rangera przed walką

Inne:
-  Anne Hutchinson w roli Lily, Żółtej Wojowniczki. Kojarzyłem, że gra w PR, ale nie spodziewałem się jej akurat tutaj. Miło oglądać znaną twarz.
- CGI stoi na przeciętnym poziomie, ale na razie jest wykorzystywane z umiarem. Oby tak zostało.
- nie podoba mi się piosenka z czołówki. Muzyka jeszcze, ale ten zbyt młodzieżowy wokal działa mi na nerwy.
- mistrz w świątyni dopiero na zakończenie szkolenia wydala jednego ze swoich uczniów. Nieudolnie prowadził szkółkę skoro nie dostrzegł w niej kogoś znęcającego się nad słabszymi. Chyba, że wierzył w jego zmianę, ale tego serial akurat nie pokazuje.
- jest to pierwsza część dwuodcinkowego pilota, ale jak w przypadku Power Rangers RPM mimo emisji jednej nocy odcinki zostały wyemitowane oddzielnie więc tak też oceniam. Tym bardziej, że również kończą się cliffhangerem podczas walki.

OCENA 3.5/6

Supernatural S08E02 What's Up, Tiger Mommy?
Raz na jakiś czas nachodzi mnie ochotę by wrócić do Supernatural, najstarszego serialu jaki oglądam. Szybko mija, ale lubię obejrzeć parę odcinków braci Winchesterów. Powrót okazał się wystarczająco dobry żeby nie kończyć tylko na tym odcinku. Jasne, to nie było nic specjalnego. Sam i Dean wraz z Kevinem próbują odzyskać tabliczkę z Słowem Bożym, wplątuje się w to matka Kevina i dochodzi do demonicznej licytacji, która zgodnie z oczekiwaniami nie przebiega zgodnie z planem. Był humor (licytacja między niebem, a piekłem!, młot Thora), fajnie skonstruowany wątek potwora tygodnia oraz Crowlem. Crowley to zawsze dobry argument. Nawet flashbacki Deana z czyśćca ciekawią ponieważ ukrywają jakąś tajemnicę.

OCENA 4/6

Supernatural S08E03 Heartache
Wątek główny został porzucony co wcale mi nie przeszkadza. Przecież nie po to oglądam Supernatural. Chodzi mi o znany humor, mitologię i twisty w śledztwach. Tego pierwszego było niewiele, raptem parę zabawnych uwag Deana. Zasięgnięcie do mitologii majów okazało się bardzo stereotypowe - wyrywanie serc dających siłę. Jednak już zwroty akcji były dobrze poprowadzone. Pierw zwykłe śledztwo w sprawie wyrywania serc, potem coraz więcej ofiar, tajemnicza staruszka i wplątanie w to historii miłosnej. Zaciekawiło mnie czyli było dobrze.

Supernatural kołem się toczy. Co chwila bracia się kłócą i na zmianę chcą rezygnować z łowów. Tym rzem Sam tęskni za życiem z Amelią. Twierdzi, że podobała mu się normalność, którą zaznał pierwszy raz w życiu. Już wiem co mnie będzie męczyło w najbliższych odcinków. Nie podoba mi się też ten mini retcon. Przecież przed początkiem serialu Sam mieszkał z Jessicą, mieli nawet brać ślub. Więc jednak wie jak wygląda normalne życie.

OCENA 4/6

Supernatural S08E04 Bitten
Drugi w historii serialu odcinek z gatunku found footage. Ostatni był w trzecim sezonie więc wybaczam i pochwalę za staranie. I głównie za to. Całość miała fajny pomysł - pokazać co się dzieje z zwykłymi ludźmi wplątanymi w nadnaturalne zjawiska gdy Sam i Dean prowadzą śledztwo. Tylko wyszło okropnie sztampowo. Pierwsze 25 minut jest niesamowicie nudne, pasek postępu praktycznie stoi w miejscu. Nie ma nic ciekawego w oglądaniu trójki studentów podczas normalnego życia i potem radzenia sobie z ugryzieniem wilkołaka. Irytuje też trójkąt miłosny, który eksploduje z całą siłą pod koniec. Serial próbuje przy tym być za mądry wplątując w mało subtelny sposób odniesienia do Władcy much i wątek poszukiwania swojej tożsamości. Dobrze, że chociaż końcówka dała radę i przeżyła tylko dziewczyna, która była najnormalniejsza z całej trójki, a nawet można jej było kibicować.

Po wyjściu Deana z czyśćca myślałem, że będzie powtórka historii z Samem po piekle. Bardziej bezwzględny i brutalny łowca chcący tylko zabijać potwory. A jak się okazuje wcale tak nie jest. To on twierdzi, że trzeba dać szansę Kate i nie chcę jej gonić mimo, że zmieniła się w wilkołaka. I teraz chciałbym żeby za paręnaście odcinków wróciła.

OCENA 2.5/6

Supernatural S08E05 Blood Brother
Serial testuje moją cierpliwość. Oglądam go dla spraw prowadzonych przez braci, a drugi odcinek z rzędu funduje mi odskocznie opowiadając ponownie historię miłosną. Było odrobinę lepiej z powodu Bennyego. Wampira cierpiącego na ból istnienia. Powrócił by dokonać zemsty, a spotkał dawną miłość, która została przemieniona. Ich pożegnanie było pełne smutku i pogodzenia się z losem. Niczym gotycki niespełniony romans. Sam wypełniacz był nudnawy. Słaba akcja, standardowe ścinanie główek i brak emocji.

W odcinku były dwa rodzaje flashbacków. Te z czyśćca pokazywały trudną relację między człowiekiem, aniołem i wampirem i przyjaźń, która się między nimi narodziła. Na razie Benny jest fajnie prowadzony bo ucieka od stereotypu zdrajcy, udawanego przyjaciela chcącego za wszelką cenę wrócić na Ziemię. Jednak czuję, że serial mnie szybko sprowadzi na ziemię. Migawki z przeszłości Sama były nudne. Jak to sobie znalazł życie i ile łączy go z Amelią. Przez to wychodzi na jeszcze większego dupka.

OCENA 3/6

Supernatural S08E06 Southern Comfort
Gareth wrócił, fajnie jest zobaczyć znaną postać. Szkoda, że w przeciętnym odcinku. Więcej humoru poproszę, a nie wieczny angst! Bracia się kłócą, obwiniają, a na dodatek mają pretensję do Garetha, który zajął rolę Bobbyego. A ja mam pretensje do scenarzystów za ten wątek. Ani śmieszny ani dramatyczny, wyszedł bardzo przeciętnie. Rozumiem, że zajął jego rolę i udziela rady innym łowcą, ale używanie tego samego słownictwa czy noszenie charakterystycznej czapeczki to za dużo. Ponadto nie potrzebne flashbacki z Samem, które nie mówią nic nowego. A sprawa? Polowanie na ducha z twistem.

OCENA 3/6

Supernatural S08E07 A Little Slice of Kevin
Castiel, Crowley, Kevin z mamusią i od razu lepiej się ogląda. Historyjka bardzo prosta - tajemnicze zaginięcia ludzi, którzy okazują się prorokami i próba odbicia Kevina. Nic specjalnego, ale w trakcie dużo fajnych scen. Jak Dean uświadamiający sobie jak wyglądała ucieczka z czyśćca czy porwani przez demony zastanawiający się czy są na statku kosmicznym. I rozmowy mamy Kevina z wiedźmą - cudo! Cieszy też końcówka z debiutem Amandy Tapping jako anielicy Neomi. Kolejny powód by zostać z serialem na jeszcze trochę.

OCENA 4/6

Supernatural S08E08 Hunteri Heroici
Cudowne! Dawno się tak nie uśmiałem na Supernatural, ba dawno się tak nie uśmiałem. Odcinek zaczął się od wyskakującego serca. Myślę sobie, że zwykłe morderstwo z wiedźmą i delikatnym twistem. Jak lubię się mylić. Zamiast tego dostałem hołd dla kreskówek Looney Tunes. Odwołań do klasycznych animacji było na pęczki i ciężko było się nie uśmiechnąć gdy zobaczyło się gościa rozkwaszonego przez kowadło lub jak pistolet Deana wystrzelił chorągiewkę z bang. Do tego żarty i aluzję. Chciałoby się więcej takich parodystycznych odcinków.

Jednak nie tylko humor zadziałał. Był też wątek z radzeniem sobie z własną tożsamością i konfrontacji z przeszłością rozgrywany na trzech poziomach. Cass uciekający od odpowiedzialności za to co zrobił w niebie. Sam nie radzący sobie po zostawieniu Ameli. I Fred Jones uciekający do wyimaginowanego świata. Dobra robota.

OCENA 5/6

Supernatural S08E09 Citizen Fang
Podoba mi się jak prowadzony jest Benny. Początkowo nie pokazywano co stało się w czyśćcu, potem kazano kwestionować jego intencję. Serial bardzo niejednoznacznie go prowadzi przez co można się zastanawiać jaki on jest - dobry czy zły. Tak było przez cały odcinek. Chociaż tutaj pokazywano to już w zbyt ordynarny sposób i jasnym było, że jest wrabiany. Na szczęście końcówka też stawia jego intencję pod znakiem zapytania. Nie wiadomo jak zginął Marty. Równie dobrze to Elisabeth mogło go zadźgać ratując dziadka.

Ogólnie cały odcinek oglądało się bardzo dobrze mimo, że opowiadał starą jak świat historię niezgody między braćmi. Po roku przerwy nie ufają sobie, ale Sam stara się robić wszystko by naprawić ich sytuację, nawet daje czas Deanowi by ten mógł pomóc swojemu wampirzemu kumplowi. A co robi potem Dean? Wykorzystuję Amelię by go usunąć z drogi. Nie lubię jej wątki, coraz bardziej mnie irytuje, ale może wreszcie doczeka się zakończenia.

OCENA 4/6

Supernatural S08E10 Torn and Frayed
Jakie te anioły są głupie. Alfie kilka tygodni po porwaniu nadaje wiadomość w anielskim radiu, że ma go Crowley. Przecież to powinna być pierwsza rzecz jaką zrobił. I nikt jeszcze nie pomyślał, że zniknął akurat podczas feralnej licytacji. No banda półgłówków. Jednak ignorując to nawet zaczyna mi się podobać do czego prowadzi anielski wątek. Crowley zna treść tabliczki i okazuje się, że nie tylko Castiel jest kontrolowany przez Neomi. Fajnie to wygląda. Ona niczym szefowa wielkiej korpo jest panią ciał i umysłów wszystkich swoich podwładnych.

Strasznie nie podoba mi się co zrobiono z Bennym i Amelią. Nagle okazuje się, że coś nie tak z Castielem i Sam z Deanem zrywają kontakty z nowymi BFF. Nie rozumiem tych wątków. Zwłaszcza Sama. Zajmował mnóstwo czasu i do niczego konkretnego nie doprowadził.

Odcinek jako całość przeciętny. W pewnym momencie zaczął nużyć, polowanie na demony standardowe, a żarty były... no cóż nie pamiętam żartów więc było przeciętnie. Poza Crowleyem, on zawsze jest wybitny.

OCENA 3/6

Supernatural S08E11 LARP and the Real Girl
Drugi komediowy odcinek w krótkim czasie udowadnia gdzie leży siła tego serialu w ostatnich sezonach. Nie dramatach braci czy horrorowych odcinkach opartych na folklorze i mitach miejskich, a humorze często parodystycznym składającym przy tym hołd materiałowi źródłowemu. Tym razem padło na LARP z gościnnym udziałem powracającej do roli Charlie Felici Day. Już samo to stanowi atut odcinka. Było też dziwaczne morderstwo (rozczłonkowanie przez niewidzialne konie w sypialni), Dean czerpiący radość z zabawy, cosplay za giermka i zdemaskowanie fałszywych odznak FBI. Nawet fabularnie trochę zaciekawiło z niespodziewanymi twistami i wprowadzeniem leśnych wróżek do mitologii serialu.

OCENA 4.5/6

Quantico S01E03 Cover
Z powodu zamówienia drugiego sezonu i angażu  Priayanki Chopra do filmowego Słonecznego patrolu postanowiłem dać jeszcze jedną szansę Quantico. I podtrzymuje swoje zdanie. To bardzo przyjemny głupi serial. Ogląda się go szybko, czasem narzeka na absurdy, a czasem wciąga to co dzieje się na ekranie. Szczególnie flashforward do zamachu. Samotna Alex próbuje rozwikłać sprawę i ucieka przed FBI. Rzucane są kolejne rewelacje, które każą kwestionować wszystko co się wiedziało. Jak tym razem. Spotkała Simona, które jej pomagał, kazał wątpić w szczere intencję, potem znowu pomaga i ostatecznie okazuje się, że pracuje dla FBI. I wciąż nie wiadomo czy FBI próbującego rozwikłać spisek czy wrabiają Alex. Motyw niepewności i zapowiedź tajemniczych wydarzeń jest bardzo fajnie prowadzony. Gorzej z scenami w akademii. Zbyt wiele tutaj liceum, a za mało szkoły dla agentów FBI. Zbyt popowo to wygląda. Tak czy inaczej jeszcze odcinek lub dwa obejrzę.

OCENA 3.5/6

The 100 S03E07 Thirteen
Bardzo długo zbierałem się do napisania tych kilku słów. Widziałem co się w nim wydarzy. Serialowe portale zwykle nie zawierają spoilerów, ale jeśli napisali w nagłówku "shocking death" to wiadomo było o kogo chodzi. Lexę. Ukochaną postać fandomu, najciekawszą bohaterkę serialu. I oglądanie tego odcinka bolało. Przeświadczenie, że to ostatnie spotkanie zwiększyło tylko emocję. Z powodu kontraktu Alyci Debnam-Carey los Lexy był spodziewany, szykowałem się na to, The 100 nie cacka się z postaciami. Jednak nic nie poradzę, że ta śmierć tak mną ruszyła. Niby standardowo poprowadzona historia. Clarke i Lexa w końcu uprawiają seks przed długą rozłąką by potem jedna z nich zginęła. Widziane setki razy, ale miało sens. Nie można mówić o prostym zabiegu fabularnym napędzającym bohatera. W głowie układałem sobie wiele możliwych scenariuszy zakończenia tego wątku i właśnie taki wydawał się najlepszy mimo, że śmierdzi Whedonem. Lexa musiała zginąć jej postać dla serialu była zbyt ważna by odeszła, a napięty grafik Alyci nie pozwalał jej grać w dwóch serialach na raz. Intymna chwila między z Clarke musiała mieć miejsce, fandom by nie wybaczył gdyby tego zabrakło. Tak więc rozumiem decyzję Rottenberga. Nawet ciesze się, że potrafi stworzyć serial, który wywołuje tyle emocji. To pożegnanie między dwiema kochającymi się kobietami, które nigdy nie będą mogły być razem!

Cholernie będę tęsknił za Lexą.

Co ciekawe jej zgon nie jest jedynie motywatorem dla Clarke, a pełni ważną rolę dla mitologii serialu. Flashbacki sprzed zagłady pokazały stworzenie interfejsu neuronowego dla sztucznej inteligencji. Jak się okazuje Tytus wyciąga go z kręgosłupa Lexy. I serial sprawił, że konkretnie zgłupiałem. Zgrabnie powiązał wątki i otworzył mnóstwo ciekawych dróg, którymi może podążyć. Czy w takim razie każdy kolejny Komandor był hybrydą człowieka i SI?  Beccka stworzyła kolejne SI by ludzkość mogła przetrwać, eliminując błędy A.L.I.E. i podarowała je ocalonym. Paradoksalnie dowódcy by lepiej kierować swoimi ludźmi odcięli się od ludzkich cech czyli komputerowa natura odpowiadała za ich działanie. Dzięki temu wyrosła potężna cywilizacja Grounders, 12 plemion pod wodzą jednego przywódcy. A teraz wróciło SI Prime, które chcę dokończyć holocaust. Ależ mi się ten wątek podoba. Tym bardziej, że wplątani są bohaterowie na których mi zależy i nie jest on nawet główną osią historii.

Jeszcze co do flashbacków. Jak się je doskonale oglądało. Piękny wizualnie powrót w kosmos. Pierw chwila zagłady. Wiemy, że A.L.I.E. jakoś wydostała się z swojej klatki Faradaya i odpaliła rakiety by zredukować populację. Logiczne. Co zrobić by ludność przetrwała - wybić większość. Przeludniona ziemia nie mogła sobie poradzić więc dokonano miękkiego resetu. Power Rangers RPM, Terminator i Battlestar Galactica miały nuklearną zagładę, której nadrzędnym celem było wybicie wszystkich ludzi, The 100 jest dużo bardziej skomplikowane. Przy czym piękny widok zagłady widziany z stacji kosmicznej. Podobała mi się desperacja Beccki jak chcę odpokutować za to zrobiła, jak powoli popada w szaleństwo i dokonuje desperackich akcji. Jak ludzkość obawia się SI i niszczy stację, na której się ona znajduje. I ta ostatnia widokówka z lądowania. Podobało mi się też jak była opowiadana mitologia serialu. W flashbackach, w kwaterach Titusa, a ostatecznej zrozumienie nastąpiła na samym końcu gdy spleciono wszystkie wątki.

OCENA 5.5/6

Vikings S04E02 Kill the Queen
Dziwnie mi się oglądało ten odcinek. Dużo skakania między bohaterami, ładne zdjęcia, mało wikingów i nuda. Typowy ekspozycyjny epizod nakreślający wątki, które będą z czasem rozwijany, ale posiadający również sporo zapychaczy. Jak sceny w Wessex gdzie Ekbert spełnia zachcianki Judyty by dobrać się jej pod sukienkę, a jego syn zdobywa księżniczkę zamknięto na szczycie wieży. W brutalny sposób z nieźle wyreżyserowaną walką jednak to wciąż nie to co chcę oglądać. Tak samo jak scen w Paryżu. Wprowadzono dodatkową intrygę na dworze, ale średnio mnie interesuje póki nie wplączę się w nią Rollo.

Najlepiej oczywiście w Skandynawii. Polowanie na Flokiego czy samotna wyprawa Bjorna były bardzo spokojne, ale z pięknymi zdjęciami. Szczególnie walka człowieka z naturą wyszła pięknie. Tylko znowu - praktycznie nic się tutaj nie dzieje. Cieszy, że wątek Flokiego powoli się kończy. Dostał karę i teraz czas by Ragnar mu wybaczył. Ciekawe czy to bogowie postanowili z niego zakpić czy Ragnar miał coś wspólnego z śmiercią córki. Nie zdziwiłbym się.

OCENA 4/6

Vikings S04E03 Mercy
Najbardziej podobały mi się sceny z Bjornem. Mocno ascetyczne, z przytłaczającą bielą opowiadające o zmaganiach człowieka z naturę i czerpaniu przyjemności z drobnych rzeczy jakimi jest znaleziona baryłka z alkoholem. Długo zapowiadane starcie z niedźwiedziem nie było spektakularne, ale miało pewien urok wynikający z surowości. Ładnie wyszła ostatnia scena gdy Bjorn wynurza się z kry niczym nowo narodzony i silniejszy człowiek. Trochę z wskrzeszeniami z Battlestar Galactica mi się skojarzyło, ale to przez The 100.

Równie ciekawie było w Kattegat gdzie dostaliśmy dramat rodzinny Flokiego. Kara została wymierzona, a Helga robi wszystko by uśmierzyć cierpienie męża. Pięknie kadrowane ujęcia z półnagim Flokim w jaskini z stonowanym oświetleniem tylko podkreślało desperacką sytuację. Tak jak zmiany fizyczne u Helgi. Końcówka dość spodziewana gdy Rangar postanawia go oswobodzić, ale ciekawie poprowadzona przywracając na moment Aethelstana.

Sceny w Wessex to romanse, umacnianie się roli Judith i kolejne pojawienie się mnicha. Jakby chciano podkreślić podobieństwo między Ragnarem i Eckbertem. Trochę w zbyt dosłowny sposób, ale podobał mi się mistycyzm tej sceny. Natomiast w Paryżu dalszy ciąg spisków i problemów małżeńskich Rollo. Najfajniej ogląda się starcie dwóch cywilizacji gdy nieokrzesany wiking próbuje odgrywać diuka i puszczają mu nerwy.

Mimo ważnych wydarzeń znowu czułem znudzenie podczas oglądania serialu i chyba wiem skąd się ono bierze. W natłoku postaci brakuje mi takiej której mógłbym kibicować, przejmować się jej losami i trzymać kciuki by zrealizowała cele, które sobie postawiła. Jest niby Lagherta, ale drugi odcinek z rzędu nic nie robi. Jest Bjorn, ale ten jest najciekawszy podczas konfrontacji z ojcem. Ragnar fascynuje, ale trochę mi się znudził. W Anglii i Francji nie ma nikogo. Chyba czas odchudzić obsadę i zacząć wprowadzać nowe twarze. Przydałoby się wesele w stylu Gry o Tron.

OCENA 4/6

wtorek, 1 marca 2016

Serialowe podsumowanie tygodnia #175 [22.02.2016 -28.02.2016]

SPOILERY

Game of Thrones S05E05 Kill the Boy
Podobała mi się konstrukcja tego odcinka. Klamra z wydarzeniami zza Wąskim Morzem wypełniona scenami na Północy. Przez niewielką ilość bohaterów i wątków odcinek był spójniejszy niż zwykle przez co lepiej się go oglądało.

Na Murze Jon powziął decyzję o sojuszu z Dzikimi. Honorowy pragmatyk, który przez to może skończyć jak ojciec. Przeliczył się jednak myśląc, że połowa ludzi znienawidzi go za tą decyzję. Prócz Sama nikt go nie wspiera. Póki co. Zagrożenie jest odległe, Straż nie przejmuje się zbytnio White Walkers, a obecnie największym problemem był Stannis, który właśnie odjeżdża. Jedyna osoba, która mogla umocnić władzę Jona. No jestem ciekaw oblężenie Winterfell tym bardziej, że właśnie tam dzieją się najciekawsze rzeczy. Sansa dowiadująca się o Theonia i powoli ucząca zasad gry o tron. Doskonale to widać podczas rodzinnej kolacji gdzie wydawałoby się, że doskonale panujący nad sytuacją Ramsey słyszy dobrą nowinę o tym, że będzie miał braciszka, a Sansa korzysta z okazji i wbija mu szpilę.

U Danny jak to u Danny. Polityka, niezrozumienie sytuacji i w końcu podjęcie decyzji, która może umocnić jej władzę. Przedtem jednak świetna scena z smoczkami. Ależ one ładnie wyglądają! Szkoda, że wpisano w to jeszcze romans Szarego Robaka  Missendi. Czas nie jest z gumy, nie każda postać musi mieć osobny wątek. Wolałbym więcej Tyriona i Joraha. Krotka chwila zrozumienia, nawiązanie lepszych relacji i piękny widok Valyrii. Wciąga.

OCENA 4.5/6

Game of Thrones S05E06 Unbowed, Unbent, Unbroken
Zacznę od najważniejszego - to był ten kontrowersyjny odcinek Gry o Tron z gwałtem Ramseya na Sansie. I będę bronił twórców. Tak, cofa to postać. Tak, za dużo jest przemocy wobec kobiet w dzisiejszych mediach. Tak, Gra o Tron zbyt często się tym posługuje. Tak, to była mocna i brutalna scena. Tylko czy ktoś wyobraża sobie inny koniec tej nocy poślubnej? Wszystko działo się zgodnie z charakterem postaci i jest konsekwencją ich prowadzenia. Oczywiście serial mógł jej nie pokazywać, zostawić to w domyślę, ale znowu, definiujące zdarzenie dla postaci pozostawione poza kadrem byłoby jeszcze gorszym wyjściem. Nie wiem czy cofa to rozwój Sansy. Na pewno zmienia i jeszcze bardziej komplikuje postać. Tak samo jak zmienia Theona. Nie mam zamiaru przestać pisać o serialu za to, że postanowili w ten sposób pokierować swoich bohaterów.

Poza tym odcinek raczej spokojny acz z doniosłymi wydarzeniami. Szkolenie Aryi jeśli dokądś prowadzi właśnie posunęło się kroczek do przodu. Wciąż nie porzuca swojej przeszłości, ale jest już w stanie iść naprzód. Kłamie i pomaga umrzeć dziecku przez co dostaje się w podziemia świątyni. Nowa scenografia robi wrażenie. Wielkie słupy z setkami twarzy. I tajemnicze rozmowy o niczym. Chyba ten wątek nudzi bardziej niż książkowy.

Tyrion i Jorah znowu mieli chwilę dla siebie. Jak ostatnio recytowali razem poezję tak teraz Tyrion mówi o zmarłych. Swoim ojcu oraz ojcu Joraha. Niby nic, ale zbliża to bohaterów. Jest to ważne wobec ich obecnej sytuacji. Wylądowali u piratów i złapali się na wycieczkę do Meereen. Czyli nie ma tego złego. Gorzej jak Jorah wyląduje na arenie zamiast spotkać się z Deanerys. Przy okazji rozbawił mnie żart o przyrodzeniu karła. Niskich lotów, ale charyzma Petera Dinklage'a potrafi zdziałać cuda.

W stolicy zjawia się Olena. Wydaje się, że Królowa Cierni potrafi postawić na swoim, że uniewinnienie Lorasa to formalność. Zamiast tego również Margery ląduje w lochy. Strzeżcie się gniewu tej kobiety, rozniesie stolice by uratować swoje wnuczęta. A Cersei kopie sobie coraz głębszy grób. Jest pewna siebie i arogancka, nawet nie wie z jakim impetem do niego wpadnie. Littelfinger się domyśla, ale jej nie pomoże. Jest zbyt zajęty realizowaniem swojego planu by stać się namiestnikiem północy. Chociaż pewnie i tak kłamał.

Nie lubię takich cudownych zbiegów okoliczności jak w Dorne. Jamie i Bronn przybywają akurat wtedy gdy Bękarcicie chcą się zemścić za śmierć Oberyna. Dzięki temu doszło do krótkiej walki, ale nie mogłem się nią cieszyć. Teraz będzie lepiej gdy Jamie będzie chciał wyjść z tego w dyplomatyczny sposób.

Inne:
- wątku Gryfa wciąż nie ma. Tak jak Żaby. Bardzo dobrze.
- z chęcią zobaczyłbym co u Varysa. Zgubił się gdzieś w burdelu w Volantis kilka odcinków temu i ani słowa o nim.

OCENA 4.5/6

Game of Thrones S05E07 The Gift
Nudzi mnie ten sezon. Niby jak siądę do oglądania leci więcej niż jeden odcinek, ale ciężko mi o nim powiedzieć coś więcej niż "kilka fajnych scen i dużo wypełniaczy". Taki też było teraz. Lubię oglądać Sansę oraz Theona. Lubię Joraha. Czekam na sceny z Jamiem i Bronnem, ale ciężko mi powiedzieć coś więcej o tym odcinku, a trwał przecież godzinę. No tak, jest jeszcze Cersei, która wpadła w własną pułapkę oraz Littelfinger spiskujący z Olenną, która jak zawsze jest świetna, ale brakuje mi tutaj emocji. Nie czuję rosnącego napięcie i zbliżającego się punktu kulminacyjnego. Brakuje mi tutaj fabuły. Serio? Mamy połowę piątego sezonu, a serial wciąż buduje niektóre wątki? Przecież fabuła powinna gnać na złamanie karku i co rusz pojawiać się świetna scena. Zamiast tego ziewam i zastanawiam czy dokończyć odcinek czy zostawić go na jutro. Przecież tak nie powinno być.

OCENA 4/6

Game of Thrones S05E08 Hardhome
Zadziwia mnie ten sezon. Przez większość czasu nic się nie dzieje, czuje wielkie rozczarowanie, ale jak już zacznie to klękajcie narodu. Połowa tego odcinka to Jon Snow w tytułowej wiosce dzikich. Pierw negocjację, a potem bitwa. Epickie starcie z białymi wędrowcami. Z góry skazane na porażkę. Desperacka obrona, która nie mogła się powieść. Walk z przeciwnikiem, którego nie można pokonać. Efekty specjalne z filmowej półki to jedno. Tutaj była dramaturgia. Walka o życie, nakreślenie potęgi przeciwnika i poczucie nieuchronnego końca. Udało się też wykreować kilka postaci u Dzikich na których zależy przez co nie była to śmierć masy ludzi, a bohaterów z którymi można było sympatyzować. Wystarczyła jedna czy dwie scenki i już inaczej się to odbiera. Jednak największym osiągnięciem było nakreślenie niebezpieczeństwa jakie się zbliża do krainy człowieka. Oj, przydałyby się Jonowi smoki.

Ten odcinek miał też masę innych równie dobrych scen. Jak przetrzymywana w celi Cersei. Upadła królowa, która mimo upokorzenia nie straciła swojej dumy. Wciąż grozi śmiercią, dalej trzyma się swoich zasad i dalej uważa, że to ona rządzi. Piękny upadek, a przecież jeszcze musi dojść do wyznania win.

W końcu doszło do spotkania Deanerys z Tyrionem. I jak się ogląda te rozmowy! W końcu ktoś z głową na karku będzie jej doradzał, opowie o świecie jaki jest na prawdę. To też okazja do wspominania historii i podkreślania różnic między dwoma rodami. Najlepszy było jednak jak Tyrion pyta ją o sens wyprawy do Westeros. Po co jej władza nad królestwami skoro tutaj ma swoich poddanych? Czemu ludzie mają się przed nią ukorzyć? Przy okazji wygnano Joraha, który uparcie powraca. Chcę wkroczyć na arenę by zyskać względy u Dany, by móc umrzeć bez ciężaru zdrady.

Arya wyszła na miasto i sprzedaje małże. Przy okazji zabawia się w assassynkę. Nie mam pojęcia gdzie ten wątek prowadzi, ale przynajmniej widać, że w konkretnym kierunku. Ja jednak wolę starszą Starkównę. Niemal wiecznie opanowana Sansa wybuchnęła oskarżeniami w stronę Theona, a ten przyznał się, że jej bracia żyją. Jednak najważniejsze w tej scenie były emocję jakie biły od postaci i to jak została zagrana.

OCENA 5.5/6

Game of Thrones S05E09 The Dance of Dragons
Jeśli nadrzędną funkcją sztuki jest wywoływanie emocji to druga połowa tego odcinka doskonale się wywiązuje z tego założenia. Jednak o tym później. Pierw luźna myśl - pierwszy raz dziewiąty odcinek bez przełomowych dla serialu wydarzeń. Pewnie, to co się działo było ważne, ale po czterech latach emisji takie rzeczy powinny być normą. Ponarzekam też na początek. Dornijska przygoda Jamiego i Bronna mnie nudzi. Za mało ci dwaj przebywają razem, Doran nie ciekawi, a Bękarcice i Elaria nie mają ułamka charyzmy Oberyna. Powrót Jona do Czarnego Zamku to rzecz, która trzeba było odhaczyć. Tak samo jak przybycie Tranta do Braavos to zbyt długie budowanie wątku pod jego śmierć z ręki Aryi. Bo tak to się musi skończyć.

To teraz mięsko. Pierw sceny z Stannisem. Wysłał Ceulowego Rycerza na Mur po posiłki by ten nie męczył jego sumienia. Stannis powziął decyzję. Za wszelką cenę trzeba zdobyć Winterfell. W tym celu można nawet poświęcić własną córkę na ołtarzy boga Mellisandre. Serial pokazał ewolucję tego człowieka. Jak wiara w wyższość swojej racji powoli prowadzi do obłędu, gdzie człowiek jest zrobić wszystko by osiągnąć to co mu się prawnie należy. Dlatego poświęcenie córki jest wiarygodne. I rozdzierające. Gdy jest ich ostatnia rozmowa, ona pełna ufności mówi, że zrobi dla niego wszystko. A potem idzie otoczona przez żołnierzy na stos. Pokazano niezdecydowanie żołnierzy, twarde postanowienie Stannisa i krzyk córki gdy ta zaczyna się palić. To było mocno. Opłaciło się jej poświęcać tyle czasu w serialu przez co jej śmierć nabiera jeszcze większej mocy.

Równie doniosłe wydarzenie w Meereen. Otwarto arenę. Monumentalny budynek niczym starożytne Koloseum. Początkowo to nie walka była najciekawsza, a reakcją Daenerys. Jak walczy ze sobą, zmusza się by rozpocząć igrzyska. Jak dzielnie wytrzymuje oglądanie kolejnych trupów. Oraz przysłuchiwanie się Tyrionowi gdy wygłasza swoje mądrości. To się nigdy nie znudzi. Potem zupełnie spodziewanie na arenie pojawił się Jorah. I jeszcze większa wewnętrzna walka królowej. Pięknie pokazano ich miłość. Jej mimo zdrady wciąż zależy na jego życiu, przejmuje się jego losem, a on robi wszystko by jeszcze raz ją zobaczyć. A potem się zaczyna. Atak Synów Harpii, chaos, kolejna epicka scena w serialu - walka na arenie, desperacka ucieczka, wydaje się, że przegrana sytuacja i pojawienie się smoka. HBO musiało się nieźle wykosztować by wszystko tak skrupulatnie wymodelować. Znowu były pełne emocji momenty jak Drogon zostaje przebity włócznią, gdy walczy o życie swojej matki i gdy wreszcie daje się dosiąść i odlatują w siną dal. Piękne sceny, dla takich momentów chcę się oglądać ten serial.

OCENA 5/6

Game of Thrones S05E10 Mother's Mercy
Jak na finał Gry o Tron sporo się działo. Zazwyczaj były tutaj epilogi, danie chwili na pożegnanie każdego z bohaterów. Chwila wytchnienie po kluczowym dziewiątym odcinku. Tym razem to ostatni niósł najbardziej przełomowe wydarzenia. Tradycyjnie miał też słabsze momenty, ale było ich zaledwie kilka. Przez całą godzinę czuć było niesamowite napięcie i doniosłość chwili. Cieszy mnie, że serial dogonił książkę i teraz będzie mógł sobie żyć własnym życiem bez zbędnego porównywania. Tym bardziej, że tak bardzo odbija od oryginału, że jest to już bezwartościowe.

Zacznę od Stannisa bo skorzystano tutaj z ładnej paraleli. W finale poprzedniego sezonu mamy Stannisa zwycięzce, bohatera ratującego Mur przed armią dzikich. Rok mija i dostajemy Stannisa pokonanego. Szalony król po spaleniu swojej córki traci połowę armii, zrozpaczona żona popełnia samobójstwo, a on dalej prowadzi swoje wojska. Już chyba nawet nie myśli o zwycięstwie. Uparcie chcę skończyć to co zaczął. Widzi cel, ma plan i konsekwentnie go realizuje mimo, że nie ma to sensu.  Jeszcze niedawno wyśmiewał Eddarda za honor i upór, teraz zginął niemalże przez te same cechy. Zginął co jest ogromnym zaskoczeniem i potrzebnym domknięciem wątku, który nie będzie teraz przeszkadzał.

Skoro jestem na Północy to słówko o Sansie. Zaradna dziewczyna uciekła z pokoju, zostawiła świece i... serial zafundował niepotrzebny dramatyzm. Sansa idzie, Brienne patrzy, Sansa zapale świeczkę, Brienne nie patrzy. Szkoda jeszcze, że w starciu z Mirandą zostaje uratowana przez Theona. Potrzebna mu była ta chwila, ale jeszcze bardziej jej. Musi w końcu kreować swoją przyszłość i zapanować nad sytuacją. To był dobry moment by przełamać jej bierność np. gdyby to ona uratowała Theona i stała się odwrotnością księżniczek z wieży.

U drugiej Starkówny działo się. Skreśliła Tranta z listy w brutalnej scenie morderstwa. To było dobrze nakręcone. Pierw pokazano jaki z niego skurwiel, zbudowano napięcie i tajemnice, a potem zaszokowano. Co jak co, ale nie można powiedzieć o Aryi, że jest bierna. Dokonała swojej zemsty i została za to ukarana odebraniem wzroku co zostało poprzedzone kapitalną sceną z zdejmowaniem masek. Nie mam pojęcia do czego prowadzi ten wątek, co Martin sobie wymyślił do Aryi, ale wiem, że chcę to oglądać. I chyba najwyższy czas by wspomniano o Namyri.

W Essos spokojnie. Rozmowa między pozostałymi wiernymi Deanerys i podział obowiązków. Trochę humoru, trochę podniosłości i Tyrion zostaje namiestnikiem Meereen. Ten to się umie ustawić. Nawet Varys wpadł. Fajnie. Jednak najważniejsze co u Matki Smoków. Dzieciaczek zabrał ją na przejażdżkę i teraz nie chcę odstawić do domu. Ona co dziwne, nie przejmuje się zbytnio jego ranami. Może trochę matczynej troski? Idzie na przechadzkę i spotyka khalasar jeźdźców. Piękna scena, której znaczenie pozostaje zagadką. Biorą ją w niewole czy składają hołd?

Śmierć Marcelli to zaskoczenie. Cały wątek z wyprawą Jamiego do Dorne był nudny i niepotrzebny, ale przynajmniej jego koniec miał jakieś znaczenie. Chwilę po wyznaniu córce kto naprawdę jest jej ojcem ona ginie. Ładna i osobista scena. Jestem bardzo ciekaw jak to wpłynie na Jamiego i całą sytuację polityczną. Według mnie będzie chciał raczej załagodzić sytuację.

I teraz pierwszy z dwóch najważniejszych momentów. Marsz wstydu Cersei. Ostateczny upadek królowej. Nie zniosła upokorzenia i częściowo wyznała swoje grzechy co musiała odpokutować. Nie pozbawiło jej to wyniosłości. Kłamała pewna swego, nie przejęła się też marszem. Początkowe metry kroczyła z podniesioną głową nie wstydząc się swojego nagiego ciała. Wszystko to w milczeniu. Aż do pierwszego okrzyku z tłumu co rozpoczęło kolejne. Tłuszcza mogła zemścić się na panującej. Rzucali wyzwiska, jedzenie i kał, obnażali się przed nią i atakowali fizycznie. Wielka królowa została złamana. Lena Headey świetnie to zagrała. Szczególnie sam koniec gdy storturowana nie mogła wypowiedzieć słowa i widać było jak cierpi.

Jona Snow nie miał tyle szczęścia. Robił wszystko co mógł by ocalić krainę człowieka i został zdradzony przez swoich braci. Nie chcę pisać, że w książce wyszło to lepiej, ale... Zresztą nieważne. Kolejne ciosy sztyletem od braci, którzy twierdzili, że robią co najlepsze i ostatni od Olliego. Za Straż szeptali. Wszyscy wiemy jednak, że ta śmierć to ściema. Kapłanka w Czerwieni nie wracałaby bez powodu. Jednak i tak ten moment robił wrażenie i był doskonałym wyborem na 10 miesięczny cliffhanger.

OCENA 5/6

Legends of Tomorrow S01E05 Fail-Safe
To samo co zawsze. Czyli wciąż doskonale się bawię ignorując fabułę. W końcu, czy polowanie na nieśmiertelnego Vandala może być ekscytujące? Lub naprawianie popełnionych błędów by naprawić przyszłość? Pewnie może, ale nie jest to istotne. Istotne, że jest humor. Jak te postacie ze sobą rozmawiają, jak zaciskają więzi między sobą, jak przyjaźń powstaje lub jest umacniane. I te cudowne onliner. Niczym nie wymuszone, doskonale odegrane przez aktorów. Jak się nie śmiać gdy Cold mówi, że to nie jest jego pierwsza ucieczka z więzienia? Nawet tłumacz się popisał bo prison break zostało przetłumaczone jako skazany na śmierć. Te żarty są cudowne. Dlatego dramaty i tajemnice w drużynie są niepotrzebne. Lubie też cliffhangery w tym serialu przez co ma się poczucie ciągłości, większe niż zazwyczaj. Wizyta w 2046 z czarnym Green Arrowem w Star City? Niezły patent. To dopiero pięć odcinków, a ja już zaciskam kciuki za następny sezon.

OCENA 4.5/6

Teen Wolf S05E18 The Maid of Gévaudan
Na trzy odcinki przed finałem sezonu dostajemy skok w bok gdzie większość odcinka to flasbacki z XVIII wiecznego polowania na Bestię. Nie mówią nic nowego, czegoś czego nie można było się domyśleć lub przedstawić w jednym zdaniu. Jednak oglądało się to znośnie bo na moment wróciła Crystal Reed. Nie do roli Allison, ale pierwszej pogromczyni bestii i protoplastki łowców z rodziny Argentów. Dobrze ją było znowu zobaczyć, a niektóre sceny wypadły znośnie. Chociaż całość zbyt trącała MTV, a próba oddania realiów epoki wypadła śmiesznie. Tak jak sztuczne francuskie akcenty.

W teraźniejszości najważniejsza jest końcówka - wataha odkrywa, że to Mason jest bestią. Najbardziej przewidywana opcja okazała się prawdą. Nie ruszyło mnie to, a szkoda. Do tego trochę biegania po szkole, trochę horrorwych scenek podczas w domyśle dramatycznych ucieczki oraz Scott walczący z Bestią. I jeszcze Lydia słuchająca historyjkę i twierdzenie Argentów, że ona może być kolejną pogromczynią. Zobaczymy.

OCENA 4/6

The 100 S03E06 Bitter Harvest
The 100 ma w zwyczaju poruszać się w szarej strefie moralności i stawiać bohaterów w sytuacjach bez idealnego wyjścia. Wciąż dźwięczą mi w głowie słowa Abby "Maybe there are no good guys", które powinny być hasłem przewodnim serialu. Śmierć i morderstwo jest traktowane jako konieczność na drodze do lepszego życia. Decyzję podejmowane przez bohaterów nie są łatwe i ocena może się różnić z perspektywy czasu. Czy Pike na pewno jest złym przywódcą? Wydaje się, że tak. Jest ksenofobem, który doprowadził do wojny. Wierzy jednak, że robi wszystko by przetrwać. Zdaje sobie sprawę z kończących się zasobów pożywienia i planuje kolejne kroki. Wie, że sojusze zależą od porozumienia dwóch stron. Dobra wola tylko jednej to za mało. Dlatego nie chcę iść na układy i prowadzi wojnę. Wybiera strefę wpływu i realizuje swój plan. Czy można go winić, że chcę zapewnić przyszłość swoim ludziom? Zabija, owszem, ale większość jego akcji można usprawiedliwić "blood must have blood". Jeśli jego opowieść jest prawdziwa to Grounders, Ice Nation czy sojusznicy Lexy, zaczęli wojnę. Nie ma wyjścia z spirali, można się tylko w niej pogrążać. Kto wie, może gdyby nie zamordowanie dzieci zaraz po wylądowaniu Pike byłby innym człowiekiem?

Ciekawie wypadają w tym wszystkim konsekwencję działań Kane'a. Wraz ze swoją grupką oporu chcę chronić Arkadię i uważa Pike'a za zagrożenie. Ucieka od rozlewu krwi i chcę bronić Grounders dlatego wysyła Octavię z ostrzeżeniem. I tutaj dochodzi do bardzo spodziewanej rzeczy - tubylcy nie będą uciekać i walczyć, a dzięki informacji od Kane'a zabijają Monore. Tak więc Kane przypadkowo stał się zdrajcą, którego trzeba się pozbyć, a Miller może mieć z tego powodu wyrzuty sumienia. Zdaje sobie sprawę, że to co robi Pike jest złe, ale działanie Kane'a naraziły jego chłopaka na śmierć. Którą ma więc wybrać drogę? Kolejna skonfliktowana postać obok Bellamy'ego i Monty'ego. A właśnie Monty. Jego akurat można zrozumieć, że stoi po stronie Pike'a przecież i on pochodzi z Stacji Rolniczej, a jego matka pełni ważną rolę. Tylko ile będzie w stanie akceptować postępowanie z którym się nie zgadza? 

Ten odcinek poruszał problem relatywizmu moralnego i systemów wartości budując paralele między działaniami Clarke w Mount Weather i zniszczeniem armii Lexy przez Skikriu. Clarke zabiła setki niewinnych tylko po to by uratować kilku swoich. Czy w takim razie Lexa ma przestać bronić swoje wioski i nie domagać się sprawiedliwości? Czy skazanie Emersona na śmierć to policzek w stronę nowej polityki Lexy i lekceważenie jej nowej drogi? Może to nie była najtrudniejsza sytuacja w jakiej można było postawić bohaterów, ale lubię oglądać jak zmienia się system wartości bohaterów gdy osądzają swoich ludzi.

Strasznie podobał mi się początek odcinka. Te chwilę spokoju są bardzo potrzebne zwłaszcza w takim serialu jak The 100 gdzie akcja pędzi na złamanie karku. Clarke rysująca portret śpiącej Lexy. Niby nic, ale mocno podkreśla jak bardzo te dwie kobiety są sobie bliskie i wpływają na siebie. Pike może prowadzić wojnę, ale to dzięki Clarke wygrywa. Clexa jest o tyle fascynująca, że gdy mamy sceny w sali tronowej mamy zupełnie inne postacie.

Piszę i piszę o polityce, ale osobiście bardziej wolę wątki technologiczno-mistyczne. Jaha dalej bawi się w zbawiciela, Raven została jego apostołem, a trzódka wiernych rośnie. Czekać tylko aż jego sekta będzie miała większy wpływ na losy Arcadi. Przecież wprowadzanie ludzi do Miasta Światła to tylko część planu. Nadrzędnym celem jest znalezienie zaginionych linijek kodu A.L.I.E. Czyli jednak nasze SI nie ma zdolności do nadpisywania się. Lub brakuje mu jakiś informacji z bazy danych. Co chcę zrobić? Masowo wprowadzić ludzi do City of Light? Tylko czemu aż tak bardzo jej na tym zależy skoro chcę dokonać kolejnego nuklearnego holocausty. Czy wciąż obowiązuje ją dyrektywa chronienia ludzkości i robi to wszystko w bardzo pokrętny sposób? Pozbywa ich bólu, zaprasza do wirtualnego nieba i niszczy fizyczną formę tak by nie mogli więcej cierpieć.

Jak na razie jedynie Abby widzi zagrożenie w działaniach Jahy. Nie rozumie jak działa chip i chcę poznać medyczne podstawy tej technologi. Jaha wyjaśnia, że blokuje receptory bólu. Ok, mniejsza z tym, The 100 nie traktuje zbyt poważnie nauki więc nie ma się co nad tym zbytnio rozpisywać. Należy tylko postawić jedno pytania - czy jest to trwałe działanie czy komunię trzeba przyjmować regularnie i jak to się ma do wstępu do Miasta Światła. Czy ludzie zaczną się buntować i chcieć swój narkotyk z powrotem? W tym wątku podoba mi się też jak poruszono problem człowieczeństwa. Czy ludzie mogą się pozbyć bólu i zostać tym kim byli skoro to przeszłość definiuję nasze życie? Jaha zapomniał o własnym synu czy w takim razie ma wszystkie cechy, które miał będąc kanclerzem? Czy jest lepszym czy gorszym człowiekiem? Ludzie są zadowoleni z braku bólu, ale czy to dalej ludzie.Przecież śmiertelność, możliwość odczuwania emocji, ból czy szczęście odpowiadają za to kim jesteśmy. A.L.I.E. o tym zapomina. Nie konserwuje ludzkości w Mieście Światła, a tworzy wypchane zwierzątka, muzeum fizycznego zróżnicowania człowieka, a nie jego kopii zapasowej z całym potencjałem jaki to ze sobą niesie.

Wątek Jahy i Clarke w bardzo nieoczekiwany sposób się skrzyżował. Jaha mówi o zaginionej stacji, a w międzyczasie dowiadujemy się, że Polaris dało początek Polis. To tworzy ciekawe powiązania. Święty symbol dla Titusa i bóg, który objawił się niewiernemu bo tak chyba można nazwać Jahę. Serial bardzo odważnie sobie poczyna dodając do ksenofobicznych wojenek wątek religijny.


Inne:
- symbol nieskończoności ma znaczenie dla Grounders co nasuwa pytanie jak daleko sięgają macki A.L.I.E.? I właśnie zauważyłem 00 z czołówki łączą się w nieskończoność. Ładne zagranie.
- Lexa boi się śmierci, Titus ostrzega przed śmiercią Lexy, promo następnego odcinka dobrze nie wróży. To już szósty odcinek Alyci Debnam-Carey i obawiam się, że jednak ją zabiją.
- oglądalność rośnie! Rating 0.6 to wystarczające cyferki więc drogie The CW zamówcie już czwarty sezon. Tym bardziej, że Jason Rohenberg powiedzieć, że jego wymarzone zakończenie na pewno nie zwieńczy tego sezonu.
- delikatna chrypka u A.L.I.E. to coś co SI mogłoby stworzyć by sprawiać bardziej ludzkie wrażenie. I to działa, mimo jej wyniosłości i boskości ta cecha przybliża ja do innych ludzi.
- Monore, nie! Nie lubię tego serialu, bardzo nie lubię jak zabija swoje trzecioplanowe postacie z którymi zdążyłem się z żyć przez kilka lat. Nie muszą mieć story arcu, ale są, przewijają się przez ekran i dlatego ich śmierć tak boli.
- kręcąca się kamera podczas rozmowy Emrsona z Clarke i nagłe zgaśnięcie muzyki gdy się ona zatrzymuje. Ten serial potrafi być bardzo ładnie nakręcony.
- porwana Octavia wyląduje w Polis, a to oznacza jej sceny z Indrą. Bardzo dobrze.
- Abby i Kane, no wreszcie! Na razie pocałunek w policzek, ale kto wie dokąd to was zaprowadzi. Jeśli przeżyjecie.
- biedny Murphy znowu został pobity, jest torturowany i przetrzymywany wbrew swojej roli. Powinien już do tego przywyknąć.
- Unity Day z mroczną historią usunięto z pamięci. Propaganda wiecznie żywa.
- czy możemy dostać więcej ujęć z pokoju Titusa? Jestem ciekaw co za skarby w dekoracji się tam ukrywają.

OCENA 4.5/6  

The Flash S02E15 King Shark
"We need bigger Flash!" Jeden tekst Cisco i tyle radości. Jednak nie tylko dzięki temu był to najlepszy odcinek serialu w tym roku. Zwyczajnie działo się w nim dużo dobrego. Był humor, był rozwój postaci, występy gościnne i akcja. Gwiazdą był King Shark. Pamiętam gdy podczas jego debiutu ktoś z ekipy produkcyjnej powiedział, że jest za drogi na pełny odcinek, tak skomplikowanego CGI użyli. Na szczęście się mylili. Może było go mało, ale gdy już pokazywał się na ekranie robił wrażenie. Nie tylko szczegółami, ale też tym że przerażał i ani razu nie był groteskowy w swojej komiksowej stylistyce. Żeby więcej seriali podchodziło z taką miłością do materiału źródłowego. Nawet końcowe starcie z pułapką na rekina i bieganiem w kółko oglądało się bardzo dobrze.

Bardziej niż powinno ucieszyło mnie pojawienie się Diggla i Layli, nowej dyrektorki Argus. No no, przez chwilę nawet myślałem by sprawdzić co w Arrow słychać, ale na szczęście szybko porzuciłem tę szaloną myśl. Podobał mi się humor jaki wprowadzili dziwiąc się z mocy Flasha co jest olbrzymią odskocznią od Star City. Tak samo udanie wyszły mentorskie relację Diggla gdy mówi Barry'emu o akceptacji straty. W ogóle wątek jego i depresji Catlyn zostały dobrze poprowadzonę. Jednak serial jak chcę to umie w dramaty postaci.

Prawdziwą bombą było zdjęcie maski przez Zooma. Coś czego się wcale nie spodziewałem zaraz po zamknięciu wszystkich wyłomów. Jednak jeszcze większym zaskoczeniem była jego tożsamość - Jay. Tylko który? Z Earth-3 czy Earth-1? Czy ten Jay, którego widziała Catlin to Zoom? Czy zamieniał się miejscami z naszym Jayem by podglądać bohaterów? Dużo pytań, a odpowiedzi najwcześniej 22 marca.

OCENA 4.5/6