wtorek, 11 marca 2014

True Detective S01E08 Form and Void


 Nie bałem się finału. Podchodziłem do niego bez obaw, z otwartymi ramionami bo wiedziałem, że przyjmę go takim jakim będzie. Nic Pizzolatto i Cary Joji Fukunaga przez siedem odcinków pokazywali, że wiedzą co robią, swoje dzieło dopieszczając w niewyobrażalnym stopniu i mając wszystko dokładnie rozpisane. Należał się im kredyt zaufania i nie zawiedli. Po prostu dokończyli historię, którą opowiadali. Bez gigantycznych zaskoczeń i szokujących cliffhangerów tylko po to by zaszokować i wywołać jak największe kontrowersje. Skończyli w swoim stylu i dobrze mi z tym. Ciesze się, że telewizja ma tak utalentowany ludzi, a stacja HBO postanowiła w nich zainwestować mimo dość młodego wieku i nieznanych nazwisk. I tutaj przy okazji przepraszam, że wątpiłem. Myślałem, że to kolejna serialowy kryminał, który będzie najwyżej dobry. Takie The Killing lub The Bridge. Jak bardzo bym chciał się więcej razy mylić w ten sposób!

Sam odcinek to było niemal dokładnie to samo co wcześniej - niesamowite dialogi pobudzające do myślenia, te same postacie, które jednak się zmieniły czego dowodem jest niemalże normalna rozmowa w samochodzie, oraz przede wszystkim klimat. Przejmujący, budzący lęk i zafascynowanie, zostający długo po obejrzeniu.

Może i ostateczne rozwiązanie trochę zawiodło, ale Rust przecież czuje to samo. Udało się rozpracować kawałek góry lodowej, ale powinni tez być z siebie cholernie dumni. Złapali pedofila i morderce, sprawili, że świat jest odrobinę lepszy. To było drobne zwycięstwo jasności w tym przesiąkniętym mrokiem świecie. Bohaterowie dostali tez optymistyczne zakończenie. Nie wierzyłem w to, życie miało być jak koło, nieustany cykl tych samych błędów, a jednak da się z niego wyrwać. Może i Marty nie wrócił do rodziny, ale wie, że oni go kochają mimo tego kim jest czy był. Rust za to żałował, że nie zginął, ale jego walka ze złem doprowadziło go do ostatecznej iluminacji. Spotkał Żółtego Króla w centrum Carcosy. Walczył z swoim szaleństwem i udało mu się wygrać. Wie, że jest szansa, że na końcu czeka go coś dobrego, musi na to jeszcze poczekać, ale odkrył, że koniec jest nowym początkiem.

W odcinku było mnóstwo genialnych scen. Chyba nawet każda z nich miała ten pierwiastek geniuszy, nawet głupia rozmowa przy kawie dlatego bez sensu jest opisywać każdą z nich. Jednak napisze o blefie Rusta gdy grozi snajperem. Myślałem wtedy, że przekroczył już pewną granicę, że to za dużo i wpada trochę w parodię samego siebie i kłamie co było już naciągane względem jego charakteru. A potem rozlegają się strzały. Wow, to mnie zaskoczyli.

 

Powoli dochodzę też do wniosku by w pełni docenić kunszt serialu wypadałoby obejrzeć go jeszcze raz i przefiltrować całość przez pryzmat finału. Teraz wspominane przez Reggiego Ledoux czarne gwiazdy nabierają innego znaczenia. Nie chodzi już o satanistyczny kult i ich obłąkańcze poglądy tylko symbolikę walki dobra ze złem. Dla Rusta gwiazdy to promyki nadziei rozpraszające mrok więc czarne gwiazdy będą ich zaprzeczenie. Mamy kult zła i wyznawców dobra. Przez to historie można sprowadzić to zwykłej walki mroku z jasnością, prostego konceptu rozpisanego w mistrzowski sposób. Gwiazdy dają też nadzieje. Może i bardzo nadinterpretuje, ale flara wystrzelona przez policjantów po przybyciu na miejsce morderstwa była niczym gwiazda betlejemska, zwiastun lepszej przyszłości.

Nie można też zapominać o Martym, który przez cały sezon odgrywał podrzędną rolę. To Rust rozwiązywał zagadki, był centralną postacią i siła napędową, łamał podejrzanych i hipnotyzował widza. Marty był przeciętnym facetem i detektywem, złym mężem i rodzicem, miał swoje problemy, ale nie był nikim szczególnym. Nie można jednak nie doceniać jego roli bo świat potrzebuje też zwykłych szaraczków i everymanów. On wpada na decydujący trop i prowadzi pocieszającą rozmowę z Cohlem, też dokonuje się w nim zmiana, ale wciąż pozostaje przeciętny, ale i ważny. Co podkreśla kamera, która patrzy na niego z dołu, z perspektywy Rusta gdy ten siedzi na wózku inwalidzkim, Marti wydaje się większy niż w rzeczywistości, zajmuje niemal cały ekran. Jest tak samo istotny jak Cohle. 

Troszkę szkoda, że to ostatni odcinek McConaughey'a i Harrelsona, ale teraz czas na nowy początek, jedna historia się zakończyła, czas by rozpocząć nową. Ogromnie jestem ciekaw jacy aktorzy będę w True Detective sezon 2. Ponownie znane nazwiska czy może postawienie na debiutantów? A może czas na odzyskanie chwały przez upadłą gwiazdę? Podobno ma być kobiet. Umma Thurman lub Daryl Hannah? Dawno się nie pojawiały w głośnych filmach więc może czas na tv? Moim dream teamem jest Bryan Cranston (lub Al Pacino) z Tatianą Maslany. Marzenia.

OCENA 6/6

poniedziałek, 10 marca 2014

Serialowe podsumowanie tygodnia #75 [03.09.2014 - 09.03.2014]

SPOILERY

Arrow S02E15 The Promise
-takie Arrow chcę oglądać, a nie dramaty Lauriel. Dawno nie było tak dobrego odcinka, ba dawno nie było znośnego odcinka tym lepszy odbiór tego. Trochę się zawiodłem, że akcja miała miejsce głównie na wyspie akurat jak w teraźniejszości zaczęło się robić ciekawie. Jednak to co się działo było dobre. Dużo akcji i wybuchów, a przy tym spory postęp fabularny. Trening Olliego też nieźle wypadł. No i końcówka jak zostaje złapany przez rządnego zemsty Slade'a. Bardzo mi się to podoba. Do tego Sarah została na wyspie z ocalałymi z Amazo. To też może być ciekawy wątek. W sumie na pewno będzie, bo retrospekcję nie mają w zwyczaju zawodzić.
- w teraźniejszości dalszy ciąg wizyty Slade'a u Queenów. I Bardzo dobrze to wyszło co jest zasługa Crixusa znaczy się Manu Benetta. Jego chłodne opanowanie i kontrolowanie sytuacji robiło odcinek. Tylko Oliver się idiotycznie zachowywał, ale to już tradycja. Jego bucowate zachowanie było głupie (jak reprymenda od matki jakby miał 15 lat...), przecież wiadomo, że Slade nie zrobi im krzywdy. Jakby chciał już dawno by wykonał krok. Zamiast grać w jego grę i posyłać złośliwe komentarze i go podpuszczać to on obrażony na cały świat. Idiotyczne też było zwołanie ekipy. Najlepiej pokazać mu wszystkich sojuszników jakimi się dysponuje...
- motywacja Ivo czyli chora żona to powtórka z poprzedniego odcinka. Serio aż tak bardzo brakuje im pomysłów przy tworzenie złoczyńców?  Malcolm Merlyn wyjechał w swoją podróż, która zmieniła go w Dark Archera również za sprawą żony, tylko że ona zginęła. Pewnie jakbym poszukał i prześledził poprzednich przeciwników znalazłby się jeszcze ktoś z tą przypadłością. 
- bardzo podobał mi się koszmar senny Olivera z Shado. Ładne ujęcie kamery podczas sztyletowania.

OCENA 4.5/6

Banshee S02E08 Evil for Evil
- Emmet ratuje ten odcinek. Świetnie pokazano zło jakie toczy miasteczko oraz problemy z rasizmem. Świetna ostatnia przemowa przed zdaniem odznaki. Bardzo jestem ciekaw co dalej z tą postacią. Sama scena pobicia neonazistów mocna. Aż mną wstrząsnęło jak Sharp dostał z kasteta w płuca i zaczynał się dławić. Cała scena solidnie wyreżyserowana i jako jedna z niewielu trzymała w napięciu przez cały odcinek.
- śmiesznie wypadło wpadnięcie Carrie i Joba na "policjanta" podczas misji. Szkoda, że problemom wśród głównych bohaterów nie poświęcono więcej miejsca. Zamiast tego pitu pitu i zabawa Hooda w policjanta i chęć przymknięcia Proctora. Jak zwykle nie patrzy całościowo i oberwie się przez niego postronnym. Tutaj ciekawe jest tylko w co gra Rebeckka. Znowu prowokowała Kaia, potem widziała Lucasa jak włamał się do piwniczki, a potem wskazała na Juliet. Żeby się zemścić? Zazdrosna jest o wuja? Ciężko stwierdzić co siedzi jej w głowie.
- całościowo odcinek mnie wynudził, brakowało mi wątków w które mógłbym się zaangażować. Poza tym nie lubię jak Lucas bawi się w policjanta.

OCENA 3.5/6

Hannibal S02E02 Sakizuki
- tak się złożyło, że ten odcinek Hannibala oglądałem zaraz po True Detective przez co jestem pod jeszcze większym wrażeniem tego serialu i ludzi, którzy zafundowali taką ucztę na antenie NBC. Z reguły łatwo można poznać, który serial jest z kablówki, a który z ogólnodostępnej telewizji. Przy Hannibalu granica się zaciera, jest to ewidentnie telewizja jakościowa charakterystyczna dla płatnych stacji gdzie traktuje się widza na poważnie. Tym bardziej boję się o przyszłość serialu bo rating poleciał ostro w dół. 
- rzadko mi się zdarza by jakaś brutalna scena mnie zniesmaczyła czy zaszokowała. Nie mam problemów z dużą ilością krwi na ekranie czy przesadnymi scenami gore, ale oglądając pierwszą scenę czułem autentyczny ból. Odchodzenie kolejnych płatów skóry i rozrywanie szwów wyglądało potwornie. Przez co narodziła się szybko więź z ocalałym, kibicowało mu się. I tym bardziej jego los zaskoczył. Wyrwał się z morderczego kolażu, pokonał własne słabości i niemal udało mu się uciec przed napastnikiem. Po czym zabił się skacząc do rzeki. To było dość szokujące rozwiązanie tej długiej ucieczki. 
- Will zapunktował u mnie dzisiaj. Dalej siedzi w psychiatryku, ale nie rzuca oskarżeń jak rozgniewane dziecko. Przyjął wyzwanie i ruszył do tańca z Lecterem. Teraz on prowadzi swoją grę. Jego plan jest prosty - doprowadzić do uniewinnienia, żadnej drogi na skróty. Dla tego częściowo przyznaje się do winy przed Alaną i Hannibalem, ale tylko po to by się do niego zbliżyć. Czuję, że ten pojedynek między tą dwójką będzie fascynujący tym bardziej, że plany Lecter są tajemnicą i zapewne cała ta sytuacja dalej go bawi. Przy czym jego zatroskane spojrzenie w stronę Willa było niesamowicie autentyczne. 
- Gillian Anderson dalej kradnie sceny ze swoim udziałem. Wciąż jej nie rozumiem, nie mam pojęcia co ona wie, co się jej wydaje, że wie i dlaczego robi to co robi. Jej rozmowa z Jackem była absorbująca o tym jak nie chcę się dalej angażować, ale ujęcie na buty było fenomenalne. Pierw w gabinecie Lectera odsuwa się od niego, on się do niej zbliża, po czym to samo ujęcie kamery było w psychiatryku gdzie Bedelia kierowała się w stronę Willa. Gdyby nie to pewnie bym podejrzewał, że jej wiara w Willa to jakiś rodzaj gry, ale teraz jestem pewien, że ona autentycznie wierzy w jego niewinność. Dlatego postanawia uciec i robi to w idealnym momencie. Hannibal chciał ją zjeść, ale nie zastał jej w domu. Jedynie prezent pożegnalny, flakonik z jej perfumami, które tak uwielbiał. Czyli w przyszłości nie będzie można zapominać o więzi łączącej tą dwójkę. 
- podoba mi się Jack w tym odcinku. Nie żebym pałał do niego sympatią, ale jego przyznanie się do winy i analiza własnych czynów mają w sobie dużo prawdy. W końcu powoli bierze odpowiedzialność za to, że pchał Willa w paszcze szaleństwa, przeliczył się i teraz musi ponieść konsekwencję. Zarówno służbowe jak i wyrzuty sumienia, które będą go atakować.
- bardzo się ciesze, że Beverly zaczyna odgrywać większą rolę. Jest łącznikiem między Jackem, a Willem. Teraz też na świeżo podejdzie do sprawy Willa. I oby jak najczęściej go odwiedzała.
- w przeciwieństwie do poprzedniego odcinka tym razem ruszono wątek seryjnego mordercy. I jestem zachwycony jak to przedstawiono. Szczególnie rolę Hannibala w tym wszystkim. Pierwszy dociera na miejsce zbrodni i widzi makabryczne dzieło z góry przy czym doznaje swoistego sacrum. Hannibal jest pod ogromnym wrażeniem, kościelna muzyka i chórki podkreślają jego uniesienia i zachwyt. Jest on wrażliwy na piękno i potrafi je dostrzec nawet w czymś tak upiornym. Przy okazji postanawia dokończyć pracę i uczcić przy okazji twórcę. Jednak w pewien sposób skaził on to dzieło co odkrywa Will w swojej wizualizacji. Zabranie pamiątki też nie było przypadkowe. Według Hannibala tamten zasłużył bo go zjeść. I tutaj chyba pierwszy raz pokazano Hannibala w kuchni jak zajmuje się ludzkim mięsem.

OCENA 5.5/6

Klondike Part One
- nie przepadam za półtoragodzinnymi odcinakami seriali, zwłaszcza gdy widoczne jest, że miały to być dwa oddzielne epizody. W Klondike tak jest dlatego dziwi mnie, że zamiast sześciu odcinków rozłożonych na tydzień są trzy emitowane dzień po dniu. To też była jedna z przyczyn czemu tak długo zwlekałem z obejrzeniem. W końcu łatwiej poświęcić 40 minut niż dwu krotność tego czasu. Na szczęście serial nie jest zły. Niestety nie jest też wybitny. Wygląda na typowy średniak - dobrze zrobiony, ale nie powalający. Trochę szkoda bo więcej się spodziewałem po całej kampanii marketingowej i wielkich zapowiedziach. Oby z Salem od WGN America nie było podobnie.
- pierwsza część to podróż za marzeniami. Młodzi i pełni życia wyruszają w pogoń za przygodą. Trochę tutaj kina awanturniczego i podróżniczego. Ładne widoki Jukonu, sporo zdjęć gór na które patrzy się z zachwytem i w tym malowniczym klimacie walka z naturą. Nawet fajnie się to ogląda, tylko za długo się to ciągnie i szybko robi się obojętnie. Ciekawiej jest po przybyciu do Dawson i zapoznaniu się z miasteczkiem ogarniętym gorączką złota. Jednak tutaj też, zaraz ogarnia obojętność bo nic szokującego nie zostaje pokazane. Jack London to fajny comic relief, ale to tyle. Zauroczenie głównego bohatera od pierwszego wejrzenia jest strasznie płytkie, a fabularnie nic się znaczącego nie dzieje. Klimatu też tutaj nie ma wiele. Serial jest jak cukierek. Smakuje jak się go je, ale zaraz o nim zapominasz.
- druga część wypada lepiej, ale dalej mam wrażenie, że to serial bardzo zachowawczy, stępiający po bezpiecznych ścieżkach co sprawia, że jest nijaki i brakuje mu tożsamości. Śmierć jednego z bohaterów i lepsze zapoznanie się z mechanizmami w miasteczku jest ciekawe. Walka o działkę, bohater zdający sobie sprawę ze swojego położenie, dojrzewanie do podjęcia decyzji i zaczątki dalszych konfliktów. Dobre, solidne zrobione i tyle.
- bohaterowie zostali zgrabnie wprowadzeni i dobrze zarysowano ich portrety. Może nie są jakoś specjalnie ciekawi, ale dobrze się ich ogląda. Główny, czyli absolwent uniwerku pragnący przygody, inteligenty, pewny siebie, ale nie znający świata i przekonujący się o jego prawdziwej naturze jakoś specjalnie nie intryguje. Ciekawszy jest drugi plan. Tim Roth jako bezwzględny właściciel ziemski, Abbie Cornish bogata posiadaczka tartaka, która jest dość zagadkowa i ksiądz pragnący otworzyć kościół w Dawson. Oryginalni, nie ma co. Jednak zostali dobrze zagrani, przez co ich losy są ciekawe.
- realizacja solidna, zwłaszcza pokazanie surowej natury. Gorzej wypada scenografia. Nie jest zła jest przecięta. Przeciętność, przeciętność i przeciętność... Wszystko jest za ładne, za mało tu syfu, który powinien charakteryzować tego typu miejsca. Szczególnie ubrania są jak odebrane prosto od krawca. Jednak ludzi podczas poszczególnych scen jest całkiem sporo i to ratuje sytuację. Czuć, że miasteczko żyję i jest impreza. Tylko, że wygląda to trochę sztucznie...
- oglądać będę oglądał dalej. W końcu to jeszcze tylko 3h. Nie ma tragedii, nie ma się też czym zachwycać. Chyba nawet Hell on Wheels było fajniejsze, a i klimat samotnego miasteczka został lepiej oddany. Może będzie lepiej, zobaczy się.

OCENA 4/6

Klondike Part Two
- nie jest lepiej. Znowu za długo, półtorej godziny serialu to lekkie przegięcie zwłaszcza w tym wypadku. Druga część cierpi na syndrom trylogii, bez rozpoczęcia i zakończenia przez co nie jest tak ekscytująco. Dzieją się różne rzeczy, ale do niczego nie prowadzą. Indianie dalej siedzą w areszcie, Bill szuka mordercy i złota, a w miasteczko dalszy ciąg gry o władzę. I momentami jest to interesujące, ale potem pojawiają się długie i mało wnoszące sceny. Ja wiem, że trzeba oddać klimat miasteczka, pokazać jak się wtedy żyło bo to przecież produkcja Discovery, ale jestem zdania, że dałoby się to lepiej zrobić. Słabo też wypadają rozmowy o upadku cywilizacji, grzechu i wszechobecnym złu. Głównie dlatego, że tego nie widać. Niby jest trup na ulicy, który nikogo nie obchodzi, morderstwa, zdrady i walka o drewno, ale nie są to jakieś szokujące sceny. Dalej razi mnie brak syfu. Niby ludzie pracują w kopalni przy ziemi, ale ubrania mają przez większość czasu czyściutke. 
- śmiesznie wypadł wątek dziwki. Zostaje upokorzona, mówi, że to dla pieniędzy, a potem zostaje przekonana, że się sprzedała by doznać iluminacji i zacząć pomagać księdzu przy kościele. Mało przekonujące i chyba tylko po to by na końcu się spiknęła z Billem...

OCENA 3.5/6

Klondike Part Three
- nareszcie koniec. Szczerze mówić ciężko było mi znieść już ten serial. To był dobry materiał wyjściowy, ale na film telewizyjny lub normalny serial, tylko wtedy trzeba byłoby lepiej rozpisać tło i zrezygnować z opierania się na faktach. I to by na dobre wyszło. Bo historia nie była zbyt porywająca. Zemsta i wydobycie złota oraz niespełniona miłość bo nie. Do tego pretensjonalne monologi o złym świecie. Nie chcę tego słuchać, chcę to oglądać. Strasznie to rozmemłane i brakuje skupienia. Podobało mi się, że brakowało szczęśliwego zakończenia, pokazano że natura mimo swojego piękna ma ostatnie zdanie, a i fajną klamrę zastosowano. Tylko słuchając notki biograficzne bohaterów mam wrażenie, że postacie można by było lepiej przedstawić. A czemu Abbie i Bill nie uciekli razem bądź nie spotkali się później to zostaje dla mnie tajemnicą.
- najciekawiej wypadł chyba wątek komisarza postawionego przed moralnie trudnym wyborem, walczącego ze sobą i w końcu odchodzącego ze służby. Przyjemnie oglądało się też księdza, zrezygnowanego, ale dającego nadzieje innym. Najsłabiej w tym wszystkim wypadł Bill. Nie wiem czy to wina Richarda Maddena, ale źle mi się oglądało z nim sceny. Ale raczej chodzi o sam serial bo nawet Tim Roth wypadł strasznie przytłumiony. Niby bezwzględny, ale strasznie groteskowy. Szczególnie jak zabijał ludzi.

OCENA 3.5/6

Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D. S01E14 T.H.A.I.T.I.
- SHIELD nie jest dobrym serialem, ale jak chcę to potrafi wciągnąć dzięki czemu THAITI jest trzecim z rzędu całkiem znośnym odcinkiem. Miał swoje wady np. czasem dialogi były drętwe, ale tempo odcinka i wysoka stawka z nawiązaniem do głównych wątków fabularnych sprawiały, że się to dobrze oglądało. Najsłabiej wypadły chyba nowe postacie - strasznie mdłe. W ekipie za to ciekawie. Zawsze spokojna May musiała odreagować postrzelenie Skye, a Culson postanowił, że zrobi wszystko by ją uratować. Dosłownie wszystko, nawet przekroczy kilka poważnych granic. I to nie pierwszy raz. Jak tak dalej pójdzie to niedługo główni bohaterowie będą dawnymi agentami SHIELD i uciekać przed szefami.
- tajemnica śmierci i zmartwychwstania Culsona się wyjaśniła w taki sposób, że nic się nie wyjaśniło. Tajny ośrodek badawczy, obsługiwany przez dwójkę ludzi o którym wie tylko Fury z tajemniczą miksturką uzdrawiającą dobrze się wpasował w serial. A potem pokazano skąd się bierze ta miksturka - z ciała "czegoś". Kosmita? Chitauri albo Kree? Czy może ktoś inny? Wielki przeciwnik na kilka sezonów? Bo potencjał w nim jest spory. Skoro z jego ciała destylują super leki to znaczy, że on może żyć w tej komorze, a eksplozja ośrodka tylko go uwolniła i teraz będzie się chciał zemścić.
- ciekawe też co z Skye. Leczenie Culsona przebiegało w ściśle laboratoryjnych warunkach, cały zespół badawczy nad nim pracował i pewnie długo się zastanawiali jaką dawkę mirakuru (sorry, nie mogłem się powstrzymać) mu podać. Co jeśli mu to dozowali w mikroskopijnych ilościach by nie spowodować efektów ubocznych? Jak w takim razie zareaguje Skye na zastrzyk od Simmons? Efekty uboczne? Pasożyt próbujący przejąć jej ciało? W sumie mogłoby być bo nie dałbym sobie ręki uciąć, że to coś by się dobrze skończyło. Wystarczy sobie przypomnieć Fred z Angel. Zaraz, że SHIELD jest dużo słabsze? Pierwszy sezon Angela również nie powalał pod względem fabularnym, a jak pięknie wyewoluował. 
- w sumie głupotą poraziła mnie tylko jedna rzecz w odcinku - zabranie ostrej amunicji i zabicie własnych agentów. No serio? Konsekwencji nie będzie bo wszystko jest tak ściśle tajne, że nikt o tym nie wie, ale jakoś powinno to wpłynąć na Culsona lub Warda.
- następny odcinek będzie miał wątki asgardowe i Lady Sif się pojawi - fajnie, w końcu jakiś mocniejszy crossover z cinematic universe. Ja się ciesze z Eleny Satine czyli Mery z Smallville. Tą burzę rudych włosów poznam wszędzie.

OCENA 4/6

Person of Interes S03E15 Last Call
- serial musiał chyba chwilkę przystopować bo kolejny średni odcinek proceduralny. Jednak jeśli ma to być cisza przed burzą w kilku finałowych odcinkach to nie mam nic przeciwko. Przyzwyczaiłem się już do kilku nudniejszych epizodów w 22 odcinkowych sezonie. Ten był ok, ani mniej ani więcej. Wykorzystano dobrze znany motyw "zrób co chcę bo komuś zrobię kuku". Podobało mi się usadowienie miejsca akcji w dyspozytorni telefonów alarmowych. Dość niecodzienny setting jak na seriale. Trochę mnie zawiodło połączenie dwóch przypadkowych spraw w jedną oraz nowy partner Fusco. Zajebiście za to wypadła wizyta Johna u templariuszy. Biedna Shaw spóźniła się na imprezę.
- nowy potężny przeciwnik w NY się przyda. Pewnie nie odegra większej roli chyba, że zostanie wynajęty przez innego znanego wroga. Może chińczycy? To by było ciekawe. I wyczekuje na jego hakerskie pojedynki z Finchem.
- a w następnym epizodzie poproszę Root bo się stęskniłem.

OCENA 4/6

Person of Interest S03E16 RAM
- jak rok temu tak i teraz szesnasty odcinek był zupełnie oderwany od współczesnej linii narracyjnej i zajął się innym tematem. I znowu było super. Może to nie te same fajerwerki jak podczas introdukcji Shaw, ale poznanie poprzednika Johna fajne. Początek mnie może troszkę nudził, ale gdy pojawiło się więcej znajomych postaci to intryga się zagęszczała i sporo zostało wyjaśnione, ale też powstały kolejne pytania. Wcześniej myślałem, że Finch poznał Johna podczas misji z laptopem, ale okazuje się, że wcześniej. Jakie tak na prawdę łączą ich związki? 
- dobrze było też zobaczyć Kare, trochę za nią tęsknię, ale to sprawia, że jeszcze lepiej się ogląda sceny z nią. Urocza była podczas torturowania człowieka. Może nie tak jak Root, ale świetnie się ją oglądało. Krótkie pojawienie się Shaw też fajne. 
- działania Root są coraz bardziej intrygujące. Co ona takiego robi? Zbiera drużynę by ratować Maszynę? Czy powrócą inni bohaterowie z proceduralnych odcinków o zabarwieniu informatycznym? Bardzo bym tego chciał. Mam tylko nadzieje, że dojdzie do tego wcześniej niż w finale sezonu. 
- tekst Dillingera do Fincha, że powinien sobie kupić psa świetny. 

OCENA 5/6

True Detective S01E07 After You've Gone
- łomatko, ale to wciąż dobre! Nie żebym wątpił czy coś, ale serial wciąż potrafi mnie zadziwić tym jak wszystko jest dopieszczone na ostatni guzik oraz jakie emocje wywołuje oraz narracyjnie ile się dzieje, a po obejrzeniu odcinka długo nie można ochłonąć i zebrać myśli. 
- trzeci akt serialu to przeniesienie akcji to teraźniejszości i współpraca Martyego i Rusta. Obyło się bez większej kłótni i rękoczynów i dość szybko doszło do współpracy. Postacie się mimo wszystko zmieniły, a zachowują się podobnie. Nauczeni życiem nie powtarzają starych błędów, Marty wydaje się lepszym człowiekiem, a Rust bardziej towarzyski. Dziwnie się ich ogląda razem jak rozmawiają o życiu. Niecodzienne, ale ciekawe doświadczenie. I nie czuć tu nic wymuszonego, w pełni akceptuje się te zmiany. 
- scena w magazynie to jeden wielki majstersztyk. Klimat, ujęcia oraz emocję i zrozumienie zawziętości Cohla oraz zmiana decyzji Martyego. To też brutalne pokazanie ludzkiej natury, zresztą tak jak podczas wyznania Martyego czemu odszedł z policji. Bo miał dość zezwierzęcenia. Dziecko w mikrofalówce przelało czarę. Bo gdyby nie odszedł mógłby nie wytrzymać psychicznie i zrobić komuś krzywdę. 
- uderzyła mnie też rozmowa Rusta z Joe czyli męską prostytutką, który w dzieciństwie był molestowany. Wypieranie przeszłości ze świadomości, udawanie, że to był sen, ale też sugerowanie, że tamte doświadczenia odcisnęły na nim takie piętno, że jest tym kim jest. 
- pisałem, że zagadka nie jest tu najważniejsza, a chodzi o postacie. Jednak nie zgadzam się z twierdzeniami ludzi, że rozwiązanie nie jest potrzebne. Pamiętam jak rozczarowałem się S01 The Killing i teraz bym tego nie zniósł. Głównie dlatego, że jest ona tak złożona, z mnóstwem przenikających się warstw. Wielkie nazwiska, molestowanie dzieci, konspiracja, oddawania czci siłą natury i pogańskie festiwale. I ta przeklęta i działająca na wyobraźnie Carcosa. Nie będę stawiał hipotez i dedukował o co w tym wszystkim chodzi bo się jeszcze narażę na pośmiewisko, a mogę wymyślić tylko banalne teorię. Oczekiwania są wielkie, ale jestem pewien, że zostaną spełnione.
- Rust dalej szerzy swoją filozofię życia gdzie punktem centralnym jest koło. Teraz twierdzi, że chcę zakończyć cykl przemocy by ruszyć dalej. Tylko czy jest to możliwe? Przecież tak na prawdę nic się nie kończy, zakończenie śledztwa nie zrobi z niego lepszego człowieka w co wydaje się naiwnie wierzyć lub celowo się oszukuje by w końcu ułuda stała się prawdą. 
- również życia Martyego nie stało w miejscu. Zmieniło się, ale on też wydaje się oszukiwać. Detektywi są pozbawieni złudzeń na lepszą przyszłość. Samotna kolacja z paczki czy przeglądanie portali randkowych jest dziwnym końcem dla Harta.
- znalazł się mężczyzna z blizną. I czy nie jest to ten sam dozorca z którymi rozmawiali detektywi gdy natrafili pierwszy raz na szkołę? I czy on jest za wszystko odpowiedzialny. Raczej nie. Chyba, że odpowiedź jest banalna, cała ta konspiracja to wymysł Rusta.

OCENA 6/6

The Walking Dead S04E12 Still
- od dłuższego czasu przeszkadzają mi w The Walking Dead odcinki skupiające się na niewielkiej części bohaterów i rezygnujące z reszty. Jednak ten bardzo mi się podobał. Pewnie dlatego, że Daryl i Beth to jedne z moich ulubionych bohaterów, a przeciwieństwa sprawiają, że zazwyczaj ogląda się lepiej. I coś w tym jest. Eteryczna Beth, dążąca do banalnego celu i wciąż zrezygnowany Daryl. Świetnie wyszło gdy udało się jej zdobyć upragniony alkohol po czym się rozpłakała. Cel został spełniony i została pustka. Podoba mi się jak skupiła się na jednej czynności by odciąć się od tego co się stało, zając się czymś innym by nie myśleć o stracie ukochanych. Daryl natomiast dystansował się emocjonalnie coraz bardziej, jakby wiedział, że Beth w końcu zginie więc po co się angażować. Przełamanie przyszło podczas popijaniu księżycówki, która swoją drogą coś za dobrze im przechodziła. Wyznanie swojej przeszłości, proste prawdy wygłoszone przez Beth, przypomnienie przeszłości i w końcu odcięcie się od niej przez spalenie domu. Niby prosty odcinek, ale skupiający się na stanie bohaterów i pogłębiający postacie.
- trochę szkoda, że nie poświęcono trochę miejsca innym postacią, ale rozumiem decyzję. Chodziło o maksymalizacje zżycia się z postaciami i lepsze ich zrozumienie. Wtrącenie do tego Ricka czy Maggie, którzy inaczej reagują na rozdzielenie mogłoby trochę rozpraszać uwagę.
- finał zbliża się wielkimi krokami i coraz bardziej boję się o postacie. Boję się, że ktoś z moich ulubieńców zginie. Najmniej odczułbym stratę Boba, Sashy, dziewczynek, Ricka i Tyreesa.

OCENA 4.5/6

Vikings S02E02 Invasion
- w poprzednim odcinku była wielka bitwa, teraz kolejne starcie, a to przecież drugi odcinek. Nie wiem jak wygląda budżet tego sezonu, ale widać, że stacja zachęcona sukcesem serialu sypnęła trochę groszem, a zapowiedzi pokazują, że dalej będzie się działo. Nie potrzebuje takich fajerwerków, ale podbijają ogólną ocenę serialu tym bardziej, że telewizja nie przyzwyczaja do takich rzeczy.
- fabularnie robi się coraz ciekawiej. Ragnar i Horik przybywają do Anglii, a tam niespodzianka - dobrze przygotowany oddział żołnierzy i na końcu pokazanie króla Alberta, który według Athelstana jest jak Ragnar. Szykuje się długa i ciekawa wojna. Dobrze, że to już nie takie proste rajdy jak kiedyś. Tylko czy ludzie nie będą zawiedzeni? Jestem ciekaw jak to odegrają scenarzyści bo jest przecież zagrożenie wewnętrzne ze strony jarla Borga. 
- przeskok akcji o 4 lata do przodu nie uczynił krzywdy serialowi. Rollo się stoczył, ale próbuje odzyskać zaufanie brata, Ashlug dała Ragnarowi synów, ale jest zaborczą żoną, a Lagherty nie ma. Trochę szkoda bo liczyłem, że weźmie udział w rajdzie. Jednak coś czuje, że szykuje się jej tryumfalny powrót.
- kapłan się zmienił w prawdziwego wikinga. Podoba mi się jego zmiana wizerunku, teraz czekać na wyrzuty sumienia, ale i zaciskanie więzi z Ragnarem.
- wybłagałem - kózka w ramionach Ragnara wróciła. Chyba zawsze będzie mnie bawił ten widok.

OCENA 5/6

poniedziałek, 3 marca 2014

Serialowe podsumowanie tygodnia #74 [24.02.2014 - 02.03.2014]

SPOILERY
Arrow S02E14 Time of Death
- w sumie tylko jedna ważna rzecz wydarzyła się w tym odcinku - Slade spotkał Olivera w rzeczywistości. I to u Moiry! Fajnie, w końcu może zacznie się dziać coś ciekawego z jego pobytem. I Arrow z antagonistą może tylko zyskać, zwłaszcza że będą musieli prowadzić osobliwą grę. Czy Slade wesprze Moire w wyścigu po fotel burmistrza i co na to Blood?
- reszta odcinka była głupia, nudna i idiotyczna albo nijaka. Już włamanie kazało mi uczynić ikoniczny gest Picarda. Bo w jakim świecie można się zdalnie włamać do walizki przenoszącej super urządzenia? Takie coś nie powinno mieć miejsca nawet w tak naiwnym serialu. Robert Knepper jako złoczyńca już dawno mi się przejadł, nie pomógł też jego motyw. Chora siostra miała wywołać współczucie? Nic z tego. Kilka scen akcji to też za mało. 
- dramatów u Lanców ciąg dalszy. Oczywiście, że kolacja musiała pójść źle, ale zapraszanie na nią Olivera było głupie. Siostry się miały pojednać, a przecież on był powodem ich kłótni. Potem przemowa Olliego jakie to ma ciężkie życie i wytłumaczenie Lauriel że uważa się za centrum wszechświata. I podziałało zmieniła się. Co też uważam za głupie. Jeden wybuch, jeden wykład, a bohaterka diametralnie zmienia swoje podejście... 
- i na koniec Felicity. Niby powinna bawić, a mnie znowu irytowała. Wątpienie w własne zdolności, próba udowodnienia, że nie jest się gorszym od innych czy cicha rywalizacja z Sarą. Żadnego oryginalnego przedstawienia bohaterki tylko typowe narracyjne zabiegi, które nie wymagają grama inwencji... Dobrze, że chociaż Sara, ją normalnie traktuje, jak nową przyjaciółkę.
- podobała mi się za to scena z umierającym pilotem i Sin, którą zaopiekowała się Sarah. Trochę tu przypadku (spadająca z nieba tratwa - hahaha), ale podobało mi się. 
- uderzyła mnie też głupota treningu w arrowcave. Diggle i Ollie walczą z Sarą jak równy z równym, wygląda to całkiem efektownie po czym Digg ją trafia. I co się dzieje? Przeprasza ją! Przecież o to chodzi w walce, by zrobić komuś krzywdę! A w tym serialu mało brakowało, a Oliver by strzelił na niego focha za bicie swojej dziewczyny.

OCENA 3/6

Banshee S02E07 Ways to Bury a Man
- ładna rozpierducha na końcu. Zapewne Lucaowi udało się skutecznie uderzyć w Protctora, a to zapowiada otwartą wojnę. Szkoda tylko, że odcinek miał kilka słabszych scen. Śledztwo i uderzanie w biznesu Kaia trochę nudziło, a sceny u Hopewellów męczące. Rozumiem istotność tych scen, ale nie znaczy to że muszą mi się podobać. Ogólnie Carrie za bardzo nie ma co robić w tym sezonie i może w przyszłym odcinku wybierze się na robotę z Hiobem. To może być fajne.
- najlepszy był początek odcinka jak Rebeckha jest zmuszona do oglądania maszynki mielącej mięso i przypomina sobie spotkanie z Jasonem. Reszta zostawiona w domniemaniu. Potem dochodzi jej szał z zabawy z bronią i chłodne opanowanie podczas spotkania z Lucasem. Jakbym miał obstawiać to albo w końcu prześpi się ze swoim wujem albo go zabiję. 

OCENA 4.5/6

Bitten S01E03 Trespass
- jeszcze przed obejrzeniem tego odcinka wiedziałem, że na nim skończę przygodę z Bitten. Czemu więc do niego siadłem? W sumie sam nie wiem, chyba skłonności masochistyczne dały o sobie znać albo miałem nadzieje, że będzie tak złe, że aż dobre i będzie się można choć trochę pośmiać. Nic z tego. Jest drętwo, dialogi są fatalnie rozpisane, postacie jeszcze gorzej zagrane, zachowują się niezgodnie z logiką i nic nie potrafi zaciekawić. Kompletnie nic. Jeszcze jakby to była kablówka to by było chociaż trochę golizny, ale nic z tego. Fabuła nie angażuje, a śmierć jednego z bohaterów mało co mnie obchodzi. Najgorsza premiera sezonu i tyle. 
- rozśmieszyła mnie jedna rzecz - Estońska rodzina jest największym producentem wódki na Bałkanach. Chyba ktoś średnio ogarnia mapę Europy.

OCENA 2/6

Black Sails S01E04 IV. 
- pitu pitu o niczym. Nie przeszkadza mi, że piraci nie piracą, a zamiast wody jest ląd. Ważne by były intrygi, napięcie między postaciami i jakieś intrygujące sceny. Tutaj tego w dużym stopniu zabrakło. Było nudnawo i mało angażującą. Powoli godzę się z tym, że Black Sails to nie drugi Spartacus. Jednak oglądam dalej bo widzę potencjał zwłaszcza w drugoplanowych postaciach. U Silvera i Flinta nic ciekawego, już dawno ich spisałem na straty, a wątek pani Barlow jest taki sobie. I jakby jednego wątku miłosnego było za mało to jeszcze Vane i jego majaki w postaci Elenore. Serio? Nie chcę romantycznej wizji piratów wzdychających do ukochanych lub za nie cierpiących tylko chcę honorowych kamratów i skurwysynów wobec wroga.
- fajnie wypada też wątek Jacka, który w przeciwieństwie do Vane się nie poddaje i robi wszystko by odzyskać statek, dlatego szkoda że tak go mało. Dużo za to Billyego, który niesłusznie jest podejrzewany o zdradę i ma konflikt wewnętrzny. To jest akurat fajne. Trochę rozwoju dostała też Elenore, która nie bała się użyć siły i zdradzić partnera co odbije się jej czkawką. Szkoda, że mało Max i Anny Bonny. Postacie kobiece dostają zdecydowanie za mało czasu zwłaszcza ruda piratka o której wciąż mało wiadomo. Czekam aż ich losy się ze sobą bardziej splotą bo już kilkukrotnie to sugerowano. 
- do tego fajne widoczki w odcinku - statek na plaży wyglądał bardzo majestatycznie. Niech w końcu zrobią z niego jakiś użytek.

OCENA 3.5/6

Black Sails S01E05 V. 
- jest piracenie jest zabawa! Ogromnie się ciesze, że w końcu wypłynęli na morze. Nie tylko z powodu akcji i abordażu, ale z żeglarskiego klimatu i nadciągającej przygody. Nastawianie masztu, sceny przy sterze czy abordaż - dla tych scen oglądam ten serial. Do tego zabawne sceny z załogą i przedstawianie taktyki ataku czy snajper - fajne dopełnienie całości. Jasne, widać ograniczenia budżetowe, nie pokazano całej walki, ale to tylko drobny mankament. Ja się ciesze z tego co dostałem. Szkoda tylko, że nie było więcej samuraja czy tego czarnego z sztuczną szczęką. Czekam aż poświęca im więcej czasu. Najlepsze jest, że akcja dalej zostanie na statku i nadciągają kolejne kłopoty. Fajnie.
- Billy dalej jest jednym z ciekawszych bohaterów. Dąży do prawdy, zaczyna się stawiać Flintowi i nieźle radzi sobie podczas dowodzenia. Mam jednak przeczucie, że zginie bo jest coraz bardziej niewygodny.
- na lądzie też się działo. Ojciec Elenore zafundował jej prawdziwe kłopoty. Może i zamieszki przedstawiono w małej skali i nie czuć było specjalnie niebezpieczeństwa, ale spotkanie z kapitanami ciekawe. Tylko ten jej upór irytujący.
- Jacka coraz bardziej lubię. W pierwszym odcinku działał mi na nerwy, ale teraz ten cwaniaczek to jedna z moich ulubionych postaci. Nieźle przejął burdel. Chciałbym go jednak zobaczyć na morzu podczas walki. Tak jak Anne Bonny.

OCENA 4.5/6

Brooklyn Nine-Nine S01E18 The Apartment
- Gina i Jake znają się od małego? To mnie zaskoczyli, nie przypominam sobie by było o tym wcześniej. Jednak fajnie, że bohaterowie są jakoś bliżej powiązani ze sobą, tylko żeby z tego korzystali w przyszłości. Podobały mi się wspomnienia w mieszkaniu i przyjaźń między nimi. Nieporadny Peralta był śmieszny, a jego wanna to dość niecodzienny widok. Fajnie jak wątki z tego odcinka jeszcze powrócą np. Jack spłacający dług.
- było też dużo o przyjaźni Boylsa z Rosą. Świetna chemia między nimi jak robili psikusa Lohanowi. A potem sprzątali po nim. Nowy Boylsa jest ciekawy, ale podejrzewam, że niedługo się skończy.
- samoocena u Holta taka sobie, ale sceny z Amy chcącej zaimponować Holtowi były przednie. I zdanie sobie sprawy z własnej wady.

OCENA 4.5/6

Community S05E06 Analysis of Cork-Based Networking
- dłuższa przerwa przed obejrzeniem odcinka wynikała z braku napisów. I nie wiem czy przez wyposzczenie czy rzeczywiście bardzo wysoki poziom epizodu, ale świetnie się bawiłem. Wiedziałem to już od momentu gdy Annie pokazała "krótką listę" naprawy Greendale, a gang zaczął dyskutować o fantastycznym serialu HBO do złudzenia przypominającym Grę o Tron. Kocham ten serial za umiejętnie wykorzystywanie współczesnej popkultury, a Britta za wszelką cenę próbująca zaspoilerować Abedowi wydarzenia z książki była cudowna.
- niczego sobie wyszło też zgłębianie struktury szkoły. Greendale jest nienormalne, to wiadomo nie od dziś, ale zazwyczaj jest pokazywany tylko wierzchołek tej absurdalnej góry lodowej. Organizacje w organizacjach, tajemnicze kluby i ludzie trzymający władzę, nieznane departamenty i protokoły wojskowe. I ptaszki mieszkające w ścianie. Teraz nawet mniej mnie dziwi stajnia sprzed kilku odcinków, a podejrzewam, że szkoła ma jeszcze wiele do zaoferowania. Przy okazji znowu wyszło w Annie to co najgorsze - bezkompromisowe dążenie do celu i brudzenie sobie rąk. I robiła to jak zwykle w niezwykle uroczy sposób jak tylko Alison Brie potrafi.
- tym razem Jeffa, Shirley i Changa mało, ale przygotowywanie imprezy z niedźwiedzim motywem było dobre. Za wcześnie. I jeszcze zagrywanie kartą rasową - tylko Community umie to pokazać w tak zabawny sposób.
- cieszy mnóstwo występów gościnnych - Nathan Fillion, Paget Brewster, Robert Patrick i Brie Larson. Szkoda, że ta ostatnia pojawiła się tylko na chwilę, ale mam nadzieje, że jeszcze wróci bo kiedyś sprawowała idealną parę z Abedem. Teraz było jej za mało żeby stwierdzić czy chemia dalej obecna. Żałuję też, że tak mało Filliona. Nathan wróć! Nawet byś się nadawał na głównego antagonistę sezonu.
- Troy został porwany przez piratów! Pewnie nie jedna osoba to przegapi bo zostało podane w subtelny sposób. No jestem ciekaw jak wpłynie to na grupkę.

OCENA 5/6

Hannibal S02E01 Kaiseki
- nawet nie wiecie jak bardzo się ciesze z wcześniejszej premiery Hannibala. Bałem się kwietniowego powrotu, a tu niespodzianka i serial jest miesiąc wcześniej. Dobrze bo można się znowu delektować tą wysublimowaną opowieścią. Boję się tylko końca bo po finale zeszłej serii, strasznie ten serial nie pasuje do ogólnodostępnej telewizji. Nie chodzi tylko o brutalność, ale o sposób narracji, ciężko będzie przeciętnemu widzowi co tydzień zasiadać do telewizora zwłaszcza, że oglądanie wymaga uwagi. Jak nie NBC to może chodziarz Netflix? Nie ma jednak co martwić się na zapas, a radować tym co jest. 
- obawiałem się, że zapowiedzi za dużo zdradzają. Walka Jacka i Hannibala w pierwszym zwiastunie wzbudziła moje obawy. Bo jak to, wiedzieć tyle co wydarzy się za jakieś cztery odcinki, bo przecież więcej raczej nie mieli nakręcone. A tu w serialu zaskoczenie bo była to pierwsza scena, która okazała się flash forwardem zapowiadającym wydarzenie, które będą miały miejsce za 12 tygodnie czyli pod samem koniec sezonu. Dobrze. Wiadomo, że szykuje się wielka i brutalna konfrontacja, ale na razie nic na nią nie wskazuje. Żadnych wątpliwości u Jacka i tylko Will wierzy w winę Hannibala. To będzie długa gra w wykonaniu Willa. To też duże wyzwanie przed scenarzystami, by Will był ciekawy za kratkami. I na razie jest. Próbuje odkryć prawdę, odpływa myślami do spokojnego miejsca i łowi zagubione wspomnienia, przemierzając bezkres swojej imaginacji, która znęca się nad nim, ale też mu pomaga. Urzekła mnie scena z Alaną przeistaczającą się w demona, która daje Willowi ukojenie oraz gdy patrzy na więzienne jedzenie. Tak odmienne od tego co dostawał od Lectera. I to zderzenie przeciwności wywołało w nim wspomnienie. Więcej takich powrotów do pierwszego sezonu i wyjaśniania co się stało. 
- postać Hannibala i jego rozmowy z Bedalią dalej fascynują. Nie mam pojęcia jaką grę on prowadzi i jaki jest jego cel końcowy i mi to pasuje. Lubię wiedzieć za dużo oglądając serial i jednocześnie nic nie wiedzieć, samemu tworzyć teorię i rozgryzać bohatera z snutych niedopowiedzeń. Czemu Lecter wciąż nazywa Willa przyjacielem, czy manipuluję Bedalią i ile ona wie o jego prawdziwej naturze? Czy jego całe to zamieszanie bawi i specjalnie do niego doprowadził i nie przejmuje się tym, że Will może go zdemaskować?
- reżysersko to dalej najwyższa liga seriali. Już pisałem o pięknej scenie hipnozy Willa z demoniczną Alaną. Ale cały serial ocieka w tym chłodnym i stonowanym klimacie. I te wszechobecne zbliżenia na szczegóły. Może i są trochę pretensjonalne, ale nie można im odmówić uroku. Mi się szczególnie podobało pobieranie DNA od Hannibala z widokiem na jamę ustną i wacik oraz odbicie Jacka na nożu w pierwszej scenie.
- i jeszcze mój ulubiony cytat z odcinka "I never feel guilty eating anything". Oglądając wiadomo o co chodzi i przy okazji współczuje się gościom Hannibala. Strasznie mi się podoba jak twórcy bawią się z widzami tą dwuznacznością.
- gdzieś w odcinku był też nowy seryjny morderca. Trochę creepy, tworzy paletę kolorów z ludzi, a jego rękodzieło wygląda efektownie. Świetna też scena jak Beverly idzie do Willa po pomoc a ten od razu wie o co chodzi. 

OCENA 5/6

The Walking Dead S04E11 Claimed
- wynudziłem się. Rick jest jedną z najsłabszych i najmniej interesujących postaci w serialu, a do tego wiadomo, że nie zginie więc nie mogłem się przejąć jego losami, a sceny jak siedział pod łóżkiem i uciekał z domu były przeraźliwie nudne. Fajnie jakby potem okazało się, że to jednak nie byli żadni bandyci, a normalni ocaleni, ale raczej nie ma co liczyć na coś takiego. Fajnie za to wypadło, że nie pokazywano ich twarzy przez większość część odcinka.
- u Carla i Michonne też się dłużyło. Może i fajnie, że ona odsłania trochę ze swojej przeszłości, ale przypadkowe wpadnięcie do domu gdzie cała rodzinka popełniła samobójstwo/została zamordowana to już przesada. Kolejność powinna być raczej odwrotna - to wydarzenia prowokują zwierzenia. Głupio też wygląda brak zainteresowania czy ktoś inny też przeżył. Nawet nie wspominają by szukać innych. Słabo. I oczywiście też trafiają na wielki obóz dla uciekinierów. Bo jak byli w więzieniu nie mogli się natknąć na informację o nim, a przecież tak daleko nie mogli odejść skoro poruszali się cały czas na piechotę.
- najfajniejsze sceny z Glennem dlatego szkoda, że tak ich mało, to on powinien dostać większość odcinka, a nie rodzinka Grimesów. Ford i jego kompani to ewidentnie przerysowane postacie, ale tak wygląda większość w tym serialu. Najsłabiej wypada Eugene, ciężko go będzie znieść. Czy rzeczywiście wie coś więcej o epidemii, a ich misja może uratować ludzkość? Raczej nie. Bardziej mnie obchodzi poszukiwanie Maggie.

OCENA 3.5/6

True Detective S01E06 Haunted Houses
- ale, że nie podjęli wątku z końcówki poprzedniego odcinka? Dalej nie wiadomo co robił Cohle w tej szkole. Badał nowe ślady czy sam preparował dowody? Nie ładnie tak zagęszczać atmosferę na dwa ostatnie odcinki. Tym razem nie było też dużo okultyzmu tylko motywy polityczno religijne. Tutaj trochę serial traci bo trzeba być troszkę obytym z geografią USA i mieć znajomość na temat Luizjany, zwłaszcza przydaje się to podczas rozmowy Cohla z Tuttlem gdzie wychodzi jego obłuda i manipulacja, ale też potwierdza podejrzenia. Dobrze, że doczytałem bo serial nabiera przy tym jeszcze głębszego wymiaru krytyki społecznej.
- jednak najważniejsze było to co działo się między Rustem, a Martym. Przez cały serial było widać, że nie pasują do siebie, jak wielkie to przeciwieństwo, które tylko w sytuacjach ekstremalnych ze sobą współpracowały. Teraz doszło do ich konfrontacji, a Maggie była tylko pretekstem, który też podkreślił zaborczość Harta, który uważa się za pana wszechświata (ta scena przy telewizorze gdzie reprezentował to co najgorsze w złym ojcu). Starcie wyszło fajnie, a dodatkowym smaczkiem jest rozbicie tylnego światła w wozie Rusta, które dalej jest obecne w teraźniejszości i tak ładnie jest eksponowane na ostatnim ujęciu. Czyżby zapowiedź kolejnego starcia między tą dwójką? Marty chyba wciąż ma rachunki do wyrównania.
- w tym odcinku była kapitalna muzyka. Wokal trochę przypominający sakralne śpiewy podczas uwodzenia Rusta przez Maggie był upiorny. Do tego ta przerażająca stylistyka ze zdjęciami z morderstw. Jedna z najbardziej odpychających scen seksu, ale taka miała być z założenia.
- klimatycznie wyszło też przesłuchiwanie uratowanej dwa odcinki temu dziewczyny. Szpital psychiatryczny podkreślający miejscami obłąkany charakter serialu oraz przygrywający w tle utwór na pianinie (?). Okazało się, że ktoś jeszcze się nad nią znęcał, gigant z bliznami lub gigant i mężczyzna z bliznami. Tuttle? Niby najprostsze wyjaśnienie zważywszy na jego budowę ciała. Tylko dochodzi jej panika gdy zaczęła sobie przypominać jego twarz. Więc może ten tajemniczy mężczyzna z mackami znany z rysunków? Na pewno jest coś w tym niepokojącego.
- w analizach serialu są częste odwołania do mitologii Cthulhu i Lovercrafta. Ja z Gór szaleństwa zapamiętałem wszechobecne i regularne kształty. I dlatego tak niepokojący wydał mi się widok siedziby kongregacji Tuttla z sześcianem w centrum.

OCENA 5/6

Vikings S02E01 Brother's War
- wrócił mój serial i jestem z tego w pełni usatysfakcjonowany. Chłodnę piękno Skandynawii znowu potrafi zauroczyć. Niedostępna, polodowcowa kraina, pełna fiordów i mgieł ma w sobie coś magnetycznego. Tym bardziej jeśli muzyka podbija klimat, a bohaterowie uczestniczą w bratobójczej walce, pełnej krwi i  śmierci. Nie wiem jaki budżet ma ten sezon, ale wiem że został dobrze ulokowany. Bitwa wyglądała spektakularnie, zwolnione ujęcia podkreślały jej brutalność, a muzyka cudowna. Jej zakończenie też mi się podobało. Rollo zabił przyjaciela, ale nie mógł już podnieść ręki na własnego brata. A Ragnar go potem oszczędził. Śmierć by była prostym wyjściem i ciesze się, że tak ładnie się pokomplikowały ich losy. Teraz Rollo będzie chciał odzyskać zaufanie ludzi co może być ciekawe.
- wojna braci szybko się skończyła, potem nastała wojna niewiast. Aslaug przybyła do wioski Ragnara i wprowadziła nie małe zamieszanie. Rozmowy z Laghertą jeszcze bardziej nastawiały do niej negatywnie i podkreślały niezbyt dobre położenie żony Ragnara. I postanowiła odejść, nie mogła znieść upokorzenia więc zrezygnowała z męża i życia w dostatku. Inna scena podkreślająca jej charakter to rzucanie czym popadnie w męża. Widać, że nie czuje się od niego słabsza i walczy o swoje. Jednak nie można zaprzeczyć komizmu tych scen.
- zadziwiło mnie, że Bjorna gra stary aktor. Była mowa, że mają go podmienić na innego. Czyli w którymś z najbliższych odcinków (następnym?) będzie istotny przeskok w czasie. Dobrze bo wprowadzi to trochę nowej dynamiki. Nie żeby jej brakowało.
- i czy kózka mogłaby się pojawić w następnym odcinku? Komicznie wyglądała na uczcie, a potem w objęciach Ragnara.

OCENA 5/6

sobota, 1 marca 2014

Szybka seria #2

SERIALE

Hannibal S01
Hannibal z początku może przypominać serial proceduralny, ale nic bardziej mylnego. Zawiodą się też fani wielowarstwowych fabuł, nagromadzenia wątków i twistów fabularnych. Osią serialu są rozwijające się relację między profilerem FBI Willem Grahamem, a Hannibalem Lecterem. Od budowania przyjaźni, która jest pojmowana w dwojaki sposób przez bohaterów tego dramatu, po znajomość pełną zaufania i na tragicznym rozstaniu kończąc. Pełno tutaj umysłowych gierek, błyskotliwych dialogów i niedowiedzeń, które serial opanował w perfekcyjnym stopniu. Wszystko to zostało podane w niesamowitej oprawie. Tutaj nie tylko grają aktorzy, ale też cała scena - kolory ścian i filtry na kamerze, klasyczna muzyka czy dobór garderoby. Klasą samą w sobie są miejsca zbrodni i jedzenie, czyli dwa elementy kojarzące się z ulubionym popkulturowym kanibalem. To samo jest z Fullerem. Jego umiłowanie do turpizmu, śmierci i jedzenia odzwierciedlone jest w estetyce serialu. W serialu piękne jest też to, że niczego nie można być pewnym. Oniryczne wizję Willa każą zadawać pytanie czy to jawa czy sen. I to w serialu jest cudowne. Niedopowiedzenia zmuszające do myślenia. Obsada ze swoich ról wywiązała się perfekcyjnie. Mads Mikkelsen nie kopiuje Anthony'ego Hopkinsa, a tworzy własną, powściągliwą i dostojną, interpretację znanego psychopaty. Hugh Dancy potrafi grać szaleństwo równie efektownie jak jego żona, wielokrotnie nagradzana za rolę szalonej agentki CIA Clare Danes. Dlatego trochę szkoda, że sprawy kryminalne nie są prawdziwymi zagadkami, a jedynie pretekstem do pokazania kolejnej makabrycznej sceny zbrodni i rozwijania relacji między bohaterami. Jednak nie można mieć wszystko. Natomiast to co jest warto sprawdzić. Hannibal jest w czołówce moich ulubionych seriali zeszłego roku i mam nadzieje, że będę mógł to samo powiedzieć o nadchodzącym sezonie. 

OCENA 5/6

Nikita S03
Nowy sezon, nowa Sekcja, dalej stara i dobra Nikita. Finał poprzedniej serii zmienił oblicze serialu. Nie są to kosmetyczne poprawki lub szybki powrót do stanu poprzedniego po wielu zawirowaniach jak w przeciętnych proceduralach. Nikita, Ryan i Michael rządzący Sekcją i wyłapywanie zbuntowanych agentów to pewnego rodzaju powiew świeżości jednak należy mieć na uwadze, że serial nigdy nie popadał w stagnację. Tak samo jest i teraz. Nowe wątki się mnożą, umierają ulubieni bohaterowie, intryga goni intrygę, a relację w grupie są coraz bardziej skomplikowane przez podejmowanie drastycznych decyzji. Jasna, serial czasem zbytnio popada w melodramatyzm, zdarzają się nudniejsze wątki, a wprowadzenie motywu rodem z sci-fi jest trochę kontrowersyjne i może odrzucić wiele osób, ale częste twisty fabularne i porządnie zrealizowane sceny akcji nie pozwalają się nudzić. Walka o przetrwanie Sekcji i wątpliwości moralne, starcie ze starymi i nowymi oraz potężnymi wrogami czy zgłębianie psychiki Amandy i Alex to tylko kilka z przykładowych wątków tego sezonu. Ja się bawiłem świetnie. Zdawałem sobie sprawę z paru uproszczeń, ale to jeden z moich ulubionych procedurali ogólnodostępnej telewizji i stawiam go na równi z The Good Wife i Person of Interest. Takie Arrow może się wiele nauczyć od Nikity zwłaszcza jak kreować postacie drugoplanowe i prowadzić relację między nimi bo to wychodzi tutaj perfekcyjnie. I dlatego szkoda, że to ostatni pełny sezon bo producentom i scenarzystom pomysły ewidentnie się nie kończą mimo ponad 60 odcinków na karku. 

OCENA 4.5/6

Orphan Black S01
Po pilocie pomyślałem sobie coś w stylu "jest ok, spodziewałem się czegoś innego i prawdopodobnie nie dokończę sezonu". O bogowie, staży i nowi, jak bardzo się myliłem! Teraz niecierpliwie odliczam kolejne dni do 20 kwietnia i wypatruje premiery drugiej serii. Nie chodzi o to, że cliffhanger nie daje mi spokoju. Ja się po prostu stęskniłem za bohaterami, światem, historią. I Tatianą. Tatiana Maslany. Moja nowa serialowa miłość, aktorka której gwiazda rozbłysła podczas emisji Orphan Black. Całkiem zasłużenie zresztą. Pamiętacie czasy jak Anna Torv była chwalona za podwójną rolę i kilka różnych wariacji w Fringe? Tatiana natomiast wciela się w siedem (!) diametralnie różnych klonów. Nie chodzi o fizyczne różnice jak sposób uczesania, makijaż czy styl ubierania. Mowa tu o ruchach ciała, gestykulacji i intonacji, specyficznych akcentach i zachowania\u. Mało? No to co powiecie jak te postacie odgrywają inne postacie, które odgrywają inne? I to wychodzi! Widać i czuć jak nakładają się na siebie pewne osobowości i przy odrobienie wprawy można odgadnąć kto to mimo, że jest w przebraniu bo zachowuje się inaczej. Może i brzmi to chaotycznie, ale w serialu nie czuć skonfundowania. Kolejne postacie są umiejętnie wprowadzane i historię stopniowa się rozwija i poszerza swój świat. Z początku prosty i poukładany nasz świat współczesny zmienia się w jego lekko zmienione odbicie z drobnymi elementami biopunku, zaawansowanymi modyfikacjami genetycznymi, tajnymi organizacjami i wielkimi korporacjami. Nie zapomniano tez o bohaterach posiadających swoje osobowości, cele, pragnienia, przyjaciół i rodzinę. Fabuła i relację między bohaterami są dynamiczne i nie ma chwili na nudę co rusz jest na widza rzucane jakieś objawienie. Do tego styl kręcenia i muzyka nadają odpowiedniego dynamizmu całości, a niektóre zdjęcia na długo zapadają w pamięci. Nie zapomniano tez o humorze, dramatach i tragediach. Wszystko to tworzy wstrząsającą mieszankę, która ekscytuje wiele miesięcy po premierze. 

OCENA 5/6 

Person of Interes S02
Drugi sezon PoI nie był idealny, miał pewne problemy na starcie gdzie wpadł w pułapkę 22 odcinkowego sezonu, wtedy to proceduralny charakter dał o sobie znać tak bardzo, że na kilka miesięcy odbiłem się od serialu bo miałem dość tygodniowych i nic nie wnoszących spraw. Jednak w moim sercu było specjalne miejsca dla Reesa i Fincha przez co wróciłem do serialu i ogromnie się ciesze bo teraz mówię o nim jako jednym z najlepszych procedurali w telewizji konsekwentnie rozwijającym swoją fabułę i poszerzającym świat. Szczególnie dobrze wypadają wątki mitologiczne, stopniowe wprowadzanie kolejnych zagrożeń i odkrywanie kart. Multum tego i można się już pogubić. Dalej przeplata się kilka wątków i nie ma się wrażenia, że serial stoi w miejsce. A to HR, przeszłość Johna czy Fincha oraz zagrożenie ze strony chińczyków. Pojawiają się też nowe postacie powracające. W podsumowaniu S01 pisałem o niewielkiej ilości postaci kobiecych. Twórcy widocznie czytali mój wpis i w serialu mamy Sare Shahi i Amy Acker czyli Shaw i Root, które odgrywają coraz większą rolę. Tak istotne, że już od 3 serii dołączyły do stałej obsady co wyszło serialowi na dobre. Muszę też pochwalić kilka ostatnich odcinków sezonu oraz pojedyncze sprawy z powiązaniem technologiczno informacyjnym - na prawdę dobra robota i nawet z pozoru proste odcinki potrafiły zaskoczyć. Dla mnie Person of Interest to najlepszy serial super hero mimo, że nie ma w nim komiksowych bohaterów. Jest lekka stylistyka przeplata okazyjnym mrokiem, dużo akcji i barwne postacie między którymi jest chemia. 

OCENA 4.5/6

The Good Wife S03
Przy opinii o trzecim sezonie serialu proceduralnego można by mniej więcej napisać to co przy dwóch poprzednich. Dramat prawniczy z rozbudowanymi postaciami i moralnie dwuznacznie sprawami okraszony sporą ilością intryg oraz humoru. Trzeba jednak zaznaczyć, że The Good Wife nie jest takie jak inne seriale proceduralne. Tutaj zmiany są nagłe i długoterminowe, status quo nie trwa długo. Wystarczy choćbyy wspomnieć Willa i Alicje. W przeciętnym serialu opartym o wątek sprawy tygodnia byłby lata wyczekiwania na przyznanie się bohaterów do uczucia, kolejne sezony prowadzące do pocałunku i w końcu do seksu po czym by nastała faza zaprzeczania, a w finale by się znowu zeszli i żyli długo i szczęśliwi. W The Good Wife pytanie "będą czy nie będą razem" zostało rozwiązane w finale S02. Bohaterowie uprawiają seks i żyją z konsekwencjami. Wpływa to na nich w życiu osobistym czy w pracy, ale nie są to zmiany ich definiujące, raczej subtelne, ale charakterologicznie postacie konsekwentnie zmieniają się na przestrzeni sezonu. Alicja stała się tą zdradzającą, przykładna żona musi okłamywać męża. To dodaje trochę pikanterii w sezonie. Tym ciekawsze są jej relacje z Kalindą. Kłótnia między nimi nie jest szybko załagodzona, trwa nieprzerwanie, jak w życiu bo nie są to rany, które łatwo się zasklepiają, ale dochodzi zrozumienie. I to jest piękne w tym serialu - zmiana i konsekwencja w prowadzeniu postaci. Ciekawie wypada też Peter wiecznie podejrzewający Willa, ale nigdy nie wykonujący jawnego oskarżenia. Jednak cały czas trwają jakieś gierki przeciw niemu. Jednak jak to w tego typu zabawach finta w fincie finty. Może intrygi nie były tak ciekawe jak ostatnio ale na pewno stanowią mocną stronę sezonu. Dodatkowo lepiej poznano prokuraturę, a pojedynki sądowe Caryego i Alicji miały podwójny podtekst. W sprawach jak zwykle różnorodność - walka z rządem uciskającym obywateli, poruszenie problemu wirtualnej waluty, ochranianie prywatności klientów, problem z nepotyzmem, kolejna walka w sprawie więźnia w celi śmierci czy pokazanie angielskiego systemu sądowniczego, a to wszystko z mnóstwem charakterystycznych występów gościnnych, że wspomnę choćby Eddiego Izarda. Jestem pełen podziwu dla twórców, a wszystko wskazuje na to, że nie pokazali jeszcze wszystkiego na co ich stać.

OCENA 5/6

KSIĄŻKI

"Baśnie braci Grimm tom 1" - Jacob Grimm i Wilhelm Grimm
Pamiętam jak lata temu dziecięciem będąc mama czytała mi baśnie do snu. Minęło 20 lat i zapragnąłem sam od deski do deski sprawdzić opowiadania, które trwale zapisały się w naszej kulturze. Swoje zrobił też serial Grimm. Niby go nie oglądał, ale zawsze czytając o nim przypominało mi, że na półeczce w salonie czekają na mnie dwa podniszczone tomy z żabą i wroną na okładce. Po skończeniu pierwszej części wiem jedno - ja dziecku bym tego nie przeczytał. Chyba, że wcześniej sprawdziłbym poszczególne bajki. Na pewno nie w ciemno. Nie chodzi tylko o makabrę i drastyczne elementy rzucane jakby mimochodem. Niektóre z nich promują cwaniactwo, kombinowanie i iście na łatwiznę, a zdarza się że głupota zwycięża. Zaskoczyło mnie to. Jednak większość ma pozytywny wydźwięk, happy end po ciężkiej i nierównej walce, morał lub jest zabawna. Przyjemnie się też czyta gdy za każdym razem macocha okazuje się być tą złą, przybrane siostry zawsze są leniwe, król trafia w lesie na swoją przyszłą królową, a najmądrzejszy zawsze wygrywa. Konstrukcja niektórych bajek jest dziwna, narracja skaczę i nie może skupić się na jednym motywie, ale to też sprawia, że zaskakują. Częste są też face palmy z powodu absurdalności niektórych sytuacji. Drugi tom już czeka i zaraz się za niego zabieram. Boję się, że trafi się znowu kilka wariacji tej samej opowieści o sprytnym lisie.


"Millennium III: Zamek z piasku, który runął" - Stieg Larsson
Trzeci tom trylogii o mężczyznach nienawidzących kobiet pochłania się równie błyskawicznie co poprzednie. Jest to spowodowane galopującą fabułą, która nie posiada dłużyzn oraz stylem pisarskim Larssona. Nie bawi się w opisy otoczenia, a nacisk jest postawiony na dialogi i opisy bieżących scen i działań bohaterów przez co łatwo się książkę wizualizuję. Podrozdziały są krótkie i akcja skaczę między mnóstwem  postaci, w których łatwo się pogubić. Również ilość stron w intrydze i wątków z tym związanych jest cała masa. Przez co tym bardziej chcę się dowiedzieć o historii jak najwięcej. Może i brakuje zagadki kryminalnej i prawdziwych zaskoczeń oraz szokujących wydarzeń, ale nie przeszkadza to w lekturze bo Lisbeth Salander i pieprzony Kalle Blomkvist dalej posiadają swój magnetyzm i przez nich nie można zostawić książki w spokoju tylko trzeba czytać. Nawet wątki poboczne wciągają jak ten dotyczący Millenium czy Eriki Berger. Szkoda tylko, że tak szybko się kończy. Zaledwie 800 stron to zdecydowanie za mało zwłaszcza, że to już koniec. Niby powstanie kontynuacja, ale nie pisana przez Larssona więc jest więcej powodów do obaw niż do zadowolenia.

OCENA 5/6

KOMIKSY 

All-New X-Men Vol. 1: Yesterday's X-Men
Pierwsza moja próba zmierzenia się z komiksowym uniwersum X-Men od czasu zeszytów ze świata Ultimate wydawanych przez Dobry Komiks i wyszedłem z tego obronną ręką. Tym bardziej dziwne, że są tutaj zabawy z podróżami w czasie co nigdy nie ułatwia odbioru. Tomik ten jednak był bardzo przyjazny dla nowego czytelnika i wystarczy podstawowa wiedza o mutantach, reszta jest wyjaśniana w locie. Sama historia rozpisana na pięć numerów jest dość prosta - Beast sprowadza X-Menów z przeszłości by przemówiły do rozumu Cyclopsowi, który zatracił poczucie moralności. Historia jest dość lekka i ma dużo humoru, ale jest przeplatana dramatyzmem postaci. Opowieść jest dobrze wyważona, jest odpowiednia doza dialogów i akcji, ale samej historii tutaj mało. Najważniejsze są relację między postaciami i wątek obyczajowy przez co fabularnie niewiele się dzieje. Jednak najciekawsze jest odkrywanie zależności między kolejnymi grupkami postaci. Prócz oryginalnych X-Menów z początków działalności jest obecny skład, który sporo różni się od pierwotnego, źli mutanci chcący dobrze pod wodzą Cyclopsa i Magneto oraz nowy narybek, który dopiero odkrywa swoje moce i będzie musiał wybrać stronę w nadchodzącej konfrontacji. Żadna grupka nie jest zaniedbana, przedstawiono ich rację oraz konsekwencję podróży w czasie, wpływ jaki wywołuje spotkanie z dawnym ja. Wszystko to zostało fenomenalnie narysowane przez Stuarta Immonena. Rysunki pełne szczegółów i dynamizmów z wyraźnie zarysowanymi konturami oraz miejscami niesamowitym kadrowaniem. Jest na co patrzeć, szkoda tylko, że w drugiej połowie historii poziom się odrobinę obniżył. Tom polecam bo to bardzo przyjemna lektura, a sam na pewno sięgnę po następny bo widać, że Brian Michael Bendis ma większy plan związany z historią, a tutaj jest zaledwie zalążek wielu nadchodzących wątków.

OCENA 4/6
 

GRY

God of War HD [PS3] 
Tak się złożyło, że przeskoczyłem jedną generację i nie dane mi było posiadać PS2 i zapoznać się z jej biblioteką gier. Na szczęście Sony wpadło na diabelny plan reedycji HD. Dla jednych szczyt chciwości dla mnie idealna okazja dla nadrabiania zaległości z czego ogromnie się cieszę bo God of War mimo niemal 9 lat na karku to dalej świetna gra. Jasne zestarzała się, widać, że wywodzi się z czarnulki, ale to wcale nie przeszkadza cieszyć się nią. W sumie do grafiki mam tylko jedno zastrzeżenie - filmiki w SD. Grafikę z gry podciągniętą to wysokiej rozdzielczości, ale już filmików nie przez co wyglądają okropnie, a szkoda bo są niezwykle klimatyczne i opowiadają zgrabną historyjkę, która jednak jest tylko tłem dla samej rozgrywki. God of War to slasher. Prosty slasher, nie wymagający zbytniego wysiłku w tłuczenie kolejnych hord mitologicznych wrogów, ale dający niezwykłą satysfakcję z ich wyrzynki i sposobu w jaki balet zniszczenia został przedstawiony na ekranie. W grach chodzi o zabawę i tej jest tutaj mnóstwo. Jednak są też zagadki. Spodziewałem się prostackiej gierki, a kilka razy się zaciąłem nie z powodu ułomnych zdolności manualnych, a intelektualnych. Proste rozwiązanie, a człowiek siedzi i nie wie co zrobić. Podoba mi się, że intensywne kill roomy są przeplatane całkiem innym rodzajem wyzwania. Jednak w grze najbardziej urzekł mnie projekt poziomów. Grecka stylistyka została przerobiona w hollywoodzki sposób naginając mitologię do własnych potrzeb. Olbrzymie mechanizmy i bogowie walczący ze śmiertelnikami, charakterystyczny budowle o dobrze znanych kolumnach, spartanie, centaurowie czy minotaur. Jest klimat. A za design leveli gra dostaje 6+ w szkolnej skali. Gigantyczna świątynia Pandory, pełna zagadek, ukrytych mechanizmów i dróg zachwyciła mnie swoją złożonością. Chyba zawsze będę ją miło wspomniał. Tak jak wycieczkę do Hadesu. I wiele pojedynczych elementów bo gra jest tego warta. 

OCENA 5/6

N+ [PSP]
N to prosta flashowa gierka w której chodzi o przejście niewielkiej planszy z punktu A do punktu B miesząc się w limicie czasu, co zajmuje nawet kilkanaście sekund. Szkopuł w tym, że są one najeżone śmiercionośnymi pułapkami przez co trzeba znaleźć odpowiednią trasę. Ot cała filozofia. Jednak gra zyskała taką popularność, że jej rozbudowana wersja została zportowana na PSP, a jeszcze doskonalsza wersja trafi na PS4. Szaleństwo zważywszy na prostotę. Jednak takie pomysły są najlepsze. Zdarza się, że giniesz kilkaset razy na jednej planszy, ale grasz bo przecież jakaś gra nie będzie lepsza od ciebie. Nie przeszkadza ubóstwo kolorów i prostota patykowatego ludka, którym się poruszasz. Z czasem nawet przyjdą zachwyty nad jego animacją. Plansz jest ok. 200 w paczkach po 5. Nie trzeba ich zaliczać po kolei można wrócić do trudniejszych później. I dobrze bo czasem można z irytacji rzucić konsolką o ścianę. Szkoda tylko, że poza kreatorem leveli i śrubowaniem czasów nie ma innych wyznać. Osobiście nie lubię bić rekordów dla samego ich bicia. Gdybym był nagradzany głupim medalem za wykręcenie iluś punktów byłoby inaczej. Tak po zaliczeniu plansz nie chciało mi się do nich wracać. Jednak za parę lat grę odpalę znowu. Wiem to bo ukończyłem ją już dwa razy (ostatnio 4 lata temu) i za drugim razem sprawiła mi taką samą mieszankę przyjemności i irytacji jak za pierwszym. 

OCENA 4.5/6

niedziela, 23 lutego 2014

Serialowe podsumowanie tygodnia #73 [17.02.2014 - 23.02.2014]

SPOILERY

Banshee S02E06 Armies of One
- niby wszystko fajnie bo były niezłe walki, trochę brutalności i posunięcie do przodu wątków fabularnych, ale były momenty gdy się odrobinę nudziłem, głównie w scenach z Carrie i Gordonem. Strasznie to miałkie i nie angażujące, potem pewnie będzie dużo lepiej, ale na razie najgorzej się ogląda sceny z rodzinką Hopewellów.
- anglik był fajny. Trochę mi Stathana przypominał, a pojedynki z jego udziałem oglądało się z nieskrywaną satysfakcją. Dla tego trochę szkoda, że jeden odcinek i już go nie ma. Jednak finałowe starcie całkiem fajnie pomyślane, a i motyw z gołębiami konkretnie pokręcony.
- problem z Jasonem się rozwiązał w przedziwny sposób. No może nie do końca rozwiązał bo jestem niemal pewien, że wróci, ale jest ciekawie. Zaborczy Protcor kazał zamordować kochanka swojej siostrzenicy. To było niespodziewane. Ogromnie jestem ciekawy jak ich relacja będzie dalej wyglądała. Mam tylko nadzieje, że Rebecca w końcu pokaże pazura bo na razie niczym ciekawym nie zabłysnęła w tym sezonie.
- diamenty okazał się nie być diamentami. To dopiero zaskoczenie. Plan zmycia się z Banshee już nie aktualny i trzeba szukać innej fuchy. Rabbit nieźle sobie pogrywał z Lucasem. Tylko czy może Carrie je podmieniła?

OCENA 4.5/6

Brooklyn Nine-Nine S01E17 Full Boyle
- za dużo za bardzo przerysowanych scen. Serial zazwyczaj nie przekracza tej granicy i umiejętnie manewruje między absurdalnym humorem, a scenami wprowadzającymi w zażenowanie. W tym odcinku się nie udało. Boyle był tylko na początku śmieszny, Holt miał tylko dobry dowcip, Gina zbytnio cudowała, a superbohater na komisariacie wypadł blado. Jake fajnie się zachował jako najlepszy przyjaciel, ale moralizatorski motyw z Amy i Diaz wypadł właśnie za bardzo moralizatorsko. Najlepsze w odcinku było pif-paf Boyla.

OCENA 3.5/6

The Walking Dead S04E10 Inmates
- mam delikatny problem z tym odcinkiem. Niby wszystko fajnie, pokazuje jak grupa radzi sobie po stracie więzienia i akcja jest z kilku perspektyw, ale tak jak wiele odcinków tego sezonu jest typowo o niczym. Mam coraz większe uczucie niedosytu bo serial nie skupia się na opowiadaniu konkretnej historii tylko cały czas dochodzi do ekspozycji bohaterów i ich przeżyć co jest już nudne. Jeszcze jakby te odrębne linie narracyjne się połączyły w całość, ale nic z tego. W paru miejscach się przeplatały, ale to za mało bo ostatecznie po kilku minutach na bohatera nic się nie wydarzyło. Było kilka fajnych scen i to wszystko.
- sam początek bardzo dobrze się zapowiadał, słowa z pamiętnika Beth i ucieczka z Daryla. Fajny klimat i pokazanie jak reagują postacie na zniszczenie więzienia. Ona wciąż wierzy, a on zrezygnowany, ale robi to co do niego należy, ochrania słabszych. Szukali reszty ocalałych i ich nie znaleźli i tyle.
- w drugiej części był Tyreese robiący za opiekunkę do dzieci. Judith żyję co nie jest wielkim zaskoczeniem bo jeśli ktoś ginie poza kadrem i nie widać jego ciała to znaczy, że żyję. Podobają mi się sceny z Lizzie w której siedzi coś mrocznego i tylko czeka by dało o sobie znać. Fajnie, że Carol wróciła, ale w tym jest akurat za dużo przypadku. I jej postać jeszcze podkreśla źle przemyślany sezon - skoro mija pięć odcinków od jej ostatniego pojawienia się, a w serialu raptem dzień, a jeszcze nie wszystkie postacie zdały sobie sprawę z jej odejścia to coś jest nie w porządku i zatraca się w tym napięcie jej ponownego spotkania z Tyreesem. 
- u Maggie fajnie, jak zawsze. Zdesperowana po stracie Glena próbuje go odnaleźć w autobusie, który nie wiedzieć czemu jest pełen szwendaczy. Mocne sceny, ale w sumie też o niczym. Sasha i Bob żyją - ok.
- u Glena też fajnie. Najwięcej akcji, chwilowe zwątpienie, ale też natychmiastowe wzięcie się do działania i zdeterminowanie by odnaleźć żonę. Jak zwykle dobrze się go ogląda, a sparowanie go z Tarą to dobry pomysł mimo, że wiele z tego nie wynika. Pojawienie się tajemniczych żołnierzy dobrze wróży na przyszłość. Zresztą tak jak schroniska za torami. Tylko, że w takim tempie te wątki to pieśń odległej przyszłości.
- irytuje mnie też jeden szczegół - brak punkty zbornego. Przecież przed farmą Hershela mieli takie coś, autobus też był przygotowany do ucieczki tak na wszelki wypadek. Więc powinni ustalić gdzie mogą się spotkać w razie rozdzielenia. Przecież to podstawy survivalu.

OCENA 4/6

True Detective S01E05 The Secret Fate of All Life
-tym razem pojedynek między scenarzystą, a reżyserem wygrał ten pierwszy. Dalej były wysmakowane ujęcia zniszczonego świata, ale całość opierała się na dialogach, po raz kolejny pokazano jak Cohle widzi świat, jak bardzo jest on pustym i nic nie znaczącym miejscem gdzie każda zmiana jest tylko iluzoryczna, a zło jest silniejsze od dobra i na zawsze odciska piętno na duszy. Przynajmniej na razie. Nie udało się złapać mordercy, przez wiele lat zabijał w spokoju, a teraz okazuje się, że znowu uderzył, a Cohle jest głównym podejrzanym. Tego się można było spodziewać, ale nie odbiera to nic serialowi. Tu się chłonie sceny, zachwyca klimatem, a nie biernie odbiera historię.
- przeplatanie scen z obławy na Ledoux z przesłuchaniem wyszło kapitalnie gdzie bezpośrednio konfrontowano prawdę z fałszem. Powolne skradanie się detektywów, spotkanie z Ledoux i jego mistyczne bełkotanie oraz tatuaże oraz puszczające nerwy Harta czy w końcu Cohle strzelający z karabinu w zwolnionym tempie - coś pięknego.
- napisałbym jeszcze coś mądrego, ale moje słowa nie oddadzą poetyki serialu. Trzeba go oglądać.

OCENA 5.5/6