poniedziałek, 24 września 2012

Breaking Bad S05E01 - S05E08





Mam problem z tym serialem. Wiem, że jest genialny, gdy zapuszczę sobie odcinek wciąga mnie niemiłosiernie i z chęcią dowiedziałbym się co dalej ALE muszę się zmuszać do włączania kolejnych epizodów. Pewnie dlatego, że lubię seriale lekkie i przyjemne gdzie nie trzeba dużo myśleć, a główny nacisk jest położony na rozrywkę. Z Breaking Bad jest inaczej. To serial inteligenty, ciężki mimo że czasem potrafi rozbawić. To serial męczący widza, zmuszający do wysiłku intelektualnego i uważnego oglądania. To serial budzący emocje, najczęściej negatywne. Nie odczucia po odcinku, a raczej złość na bohaterów za to że są tacy ludzcy i mają tyle negatywnych cech, za ten brutalny realizm. To serial skomplikowany, trudny i genialny. I takie też było osiem odcinków finałowego sezonu.


Pilotażowy odcinek nowej serii zaczyna się zaskakująco. Spotykamy Walta na jakiś odludzi, zaniedbanego i z włosami. Widać, że coś jest nie tak. Co tam robi? Kupuję broń. Dużego kalibru. Po co mu ona? Nie wiadomo. Zapewne jest to zapowiedź finału. Widać, że twórca serialu ma już pomysł jak zakończy się ta historia i teraz bawi się tylko z nami bo nie licząc tego krótkiego prologu więcej flashforwardów nie było. Widzieliśmy za to kolejny stopień ewolucji bohatera. Ciąg dalszy jego upadku moralnego, degeneracje wartości moralnych i zatracanie się w narko biznesie. Może i Jesse w pierwszych sezonach był ćpunem, ale Walt stał się nim właśnie teraz. Opętała go żądzą pieniądza. Kiedyś miał zarobić tylko na dzieci teraz robi to bo lubi gotować. Oczywiście odbija się to na jego bliskich, a on nie widzi w tym problemu. Bo to zapatrzony w siebie dupek kierujący się pokręconą moralnością Kaliego z W  pustyni i w puszczy . Tak, Walter White to największy dupek w świecie seriali. I to jest akurat łagodne określenie w stosunku do jego osoby. Dawno nie żywiłem do żadnej z fikcyjnych postaci takiej antypatii, a w tych ośmiu epizodach osiągnęła ona punkt krytyczny przez co niemal 3 tygodnie odkładałem obejrzenie ostatniego odcinka. Nie traktuje tego jako minus, nie ma o tym nawet mowy. To jest jeden z tych gigantycznych plusów jakich w kalejdoskopie tego serialu są dziesiątki. Bo jaki inny serial wzbudza tyle emocji i zmusza do nienawidzenia głównego bohatera? Tego, który w jednej scenie mówi że koniec z zabijaniem by za kilka minut pociągnąć za spust, a to tylko jedno małe dokonanie z dziesiątek innych poważniejszych grzechów. O Walterze Whicie można by napisać oddzielny felieton, ba nie zdziwiłbym się gdyby ktoś na psychologii postanowił napisać pracę dyplomową zainspirowaną postacią graną przez Bryna Cranstona bo jest to jedna z najciekawszych serialowych postaci tej dekady, a jej studium psychologiczne samą złożonością przypomina mi Raskolnikowa z Zbrodni i Kary Dostojewskiego. I mimo, że ciężko mi się włącza kolejne odcinki chcę wiedzieć jak on skończy. Chcę mu spojrzeć w oczy jak będzie umierał, najlepiej na skutek przedawkowania swoich niebieskich kryształów, opuszczony przez rodzinę, bez przyjaciół i nadziei. Gdy będzie wiedział że poniósł porażkę. Ponieważ nie ma dla niego ratunku. Chyba, że Vince Gilligan będzie taki okrutny i pozwoli mu przeżyć i zabiję np. Jessego.



Jessego, który w tych kilku odcinkach również ewoluował. Niby ćpun, a jest równie złożoną postacią co niedoszły milioner i były nauczyciel chemii w jednym. Nie raz na przestrzeni całego serialu pokazał, że mimo swojego uzależnienia i problemów w liceum jest inteligentny. Również w tych kilku odcinkach zabłysnął kilkoma doskonałymi pomysłami. Gdyby nie ona z pewnością Walt miałby dużo większe problemy. Szczególnie teraz ciekawie wygląda porównaniu tych dwóch postaci. Pochodzą z dwóch różnych światów i niby są ich modelowymi produktami - wzorowy ojciec i wyrzutek społeczny. Paradoksalnie to ten drugi ma większe wyrzuty sumienie po morderstwie, to on często wyznacza granice, których nie powinni przekraczać i to on ma dość zabijania. On jest postacią bardziej współczującą i przeżywającą kolejne wydarzenia. Nie liczy się kim człowiek jest, ale do czego jest zdolny w sytuacjach ekstremalnych. Podobało mi się też jak bardzo na Pinkmanie odbiły się wydarzenia tych kilku odcinków. Tak bardzo, że porzucił resztki swojej naiwności i ostatecznie przestał ufać Waltowi. To też on postanowił coś na co Walt nie mógł się zdobyć. Może to świadczyć o jego sile charakteru i pokazaniu, że to koniec manipulowania nim. W moim osobistym odczuciu Jesse dostał mniej scen niż ostatnio, a to jego wole oglądać niż pana W.W.


Inne postacie również błyszczały. Szczególnie Mike, który otrzymał nawet swój własny odcinek gdzie wydarzenia oglądaliśmy z jego perspektywy. Uświadomiło nam to jaki Walter jest malutki i niedoświadczony i jak bardzo jego zapędy imperialistyczne są śmieszne. Poznaliśmy też Mike i jeszcze bardziej z nim sympatyzowaliśmy mimo tego że nie waha się on pociągnąć za spust. Spotkaliśmy jego rodzinę i dowiedzieliśmy się o motywach nim kierujących. Wszedł on też w niechciany sojusz z Walterem. I jak każda znajomość Haisenberga również i ta okazała się toksyczna czego wynikiem była jedna z najbardziej niezapomnianych scen w serialu.



Wyjątkowo ciekawie prezentowały się relację państwa Whiteów i nie raz miałem ciarki na plecach jak oglądałem tą parę. Wszystko to z powodu Waltera, który trochę przypominał socjopatę. Nie zdawał, lub nie chciał zdać sobie sprawy że przyczyną problemów w ich małżeństwie jest on. Szczególnie dobitnie widać to w scenie gdy mówi on do Skylar "Wybaczam ci", a ona siedzi przestraszona bojąc się jego wybuchu. Wzrost napięcia między tą dwójką doprowadził do jej załamania nerwowego. Oczywiście Walter opowiedział Schraderą piękną historyjkę jakby było to konsekwencją jej romansu z Tedem. Kolejny raz wykorzystał bliskich by zapewnić sobie przykrywkę. Na skutek czego doprowadziło to do kolejnego kryzysu w rodzinie, który oglądało się równie ciekawie co historię narkotykową.


Hank dostał awans, ale dalej jest pochłonięty sprawą niebieskiej mety. Kolejny ciekawy przykład uzależnienia w tym serialu... Dalej jest to ta sama postać co w poprzednich seriach, czująca gorycz porażki i niemożność złapania Haisenberga. Mimo że odnosi zwycięstwo i w oczach społeczeństwa Gus Fring okazuje się złym gościem tak wciąż nie może doprowadzić niektórych spraw do końca. Nieświadomie pomaga swojemu nemezis, a tamten niemiłosiernie go wykorzystuje. Jednak w tym ciemnym tunele jest jasne światełko. Tylko czy Hank będzie chciał z tego skorzystać? Czy prawda nie okaże się zbyt bolesna by ją poznać? Czy dobro jest w stanie pokonać zło i czy to dobra okaże się najlepszą możliwą drogą?



Trochę się rozczarowałem bo Marie znowu dostałą mało czasu antenowego. Należy do nie licznej grupy osób, które ją autentycznie lubię. Sam w sumie nie wiem czemu bo jej zachowanie jest irytujące. Buzia się jej nie zamyka i ględzi o wszystkim, wszystko wie najlepiej i wszystkich poucza. Również Saul był na uboczu, jak zwykle dostał kilka scen, które dzięki jego charyzmie wyszły jeszcze lepiej. Jednak w ostatecznym rozrachunku nie odegrał on większej roli. To był sezon Waltera White i inne postacie musiały zostać odsunięte na dalszy plan. Obecnie są one tylko narzędziami służącymi do wyeksponowania jego charakteru.


Zaletą Breaking Bad, o której wiemy praktycznie od początku istnienia serialu jest umiejętność wykreowania wyrazistych postaci, które pojawiają się często tylko w jednej scenie. Każda z nich posiada nieodparty urok, widać że posiada własne życie, często jest też tylko ozdobnikiem mającym dodać trochę czarnego humoru. Jednak tak czy inaczej to postacie takie jak Gida dopełniają genialność tego serialu.


Pisząc o Breaking Bad grzechem byłoby pominięcie strony technicznej tej produkcji. Dalej mamy niesamowity montaż, który charakteryzuje się wyczuciem estetki. Sceny są idealnie zgrane, nie ma się wrażenia, że historia niepotrzebnie skacze między postaciami, wszystko jest na swoim miejscu. Od czasu do czasu jesteśmy karmieni takimi smakołykami jak klasyczne dla tego serialu teledyskowe sceny z dajmy na to gotowania. Wszystko to jest okraszone idealnie dobraną muzyką czasem na zasadzie sprzeczności. W dalszym ciągu operator bawi się kamerą umieszczając ją pod różnymi kątami, raz w sposób niechlujny, a raz z pietyzmem by objąć całą scenę i zachwycać się widokami. Eksperymentów tutaj nie brakuje i nie raz uśmiechniemy się z pomysłowości ludzi odpowiedzialnych za to co widzimy. Całości dopełniają sceny o niczym, przedłużające się w nieskończoność, rozmowy pozornie oderwane od fabuły serialu będące nie raz tylko komentarzem otaczającego nas świata.



W moich wrażeniach z premedytacją pominąłem aspekt fabularny tego sezonu, a skupiłem się na postaciach bo to i zmiany w nich zachodzące są tutaj najważniejsze. Trochę o tym co się działo przemyciłem wcześniej teraz tylko napiszę, że osią tych kilku epizodów są konsekwencje wydarzeń z finału poprzedniej serii (co jest oczywiste). Walter chcę wykorzystać możliwości jakie daje się uwolnienie od Fringa, ale nie zdaje sobie przy tym sprawy jak mało wie o tym świecie. Jednak powoli się dowiaduje, że wszystko ze sobą jest połączone, a co uważał za koniec było tylko środkiem ponieważ śmierć Gustavo była kolejnym klockiem domino, który przechylił następny i następny i następny... i tak się kręci ten sezon. Nowe kłopoty, nowe perypetie i wszystko to logicznie skonstruowane. Mamy następstwa minionych wydarzeń. Muszę też napisać, że w moim odczucia ta seria w porównaniu do poprzedniej to serial akcji. Cały czas się coś dzieje, jest strzelanie, zagrożenie życia lub wykrycia, padają trupy, a rozpuszczania w beczkach jest więcej niż przez poprzednie cztery sezonu. Mieliśmy nawet westernowy napad na pociąg! Jeśli komuś się dłużył poprzedni sezon tutaj z pewnością nie będzie miał tego wrażenia bo działo się całkiem sporo.


Jak podsumować genialność tego serialu? Prostym oglądać! Chociaż w sumie to bez sensu bo jeśli ktoś oglądał poprzednie odcinki to te na pewno już widział, a kto jeszcze nie zapoznał się z fenomenem Breaking Bad niech się wstydzi.


PS. Miałem pisać tylko o S05, ale wyszło w odniesienie do całego serialu, ale tak to jest z Breaking Bad. To misterna konstrukcja, którą trzeba analizować całościowo, a poszczególne sezonu są jak kolejne akty dramatu - nie mogą istnieć samoistnie.


PS2. Na deser zwiastun do nowej produkcji Breakbad Mountain :)


PS3. Miało być krótko, a napisałem prawie trzy strony A4 o serialu, który mnie męczy psychicznie. Paradoks Breaking Bad.


OCENA 5/5


 

 

 

piątek, 21 września 2012

Revolution S01E01 Pilot


Nie miałem wielkich oczekiwań względem Revolution. Nie liczyłem na kolejny wielki hit na miarę Lost i nie ekscytowałem się kolejnymi trailerami i zapowiedziami twórców. Za dużo razy się sparzyłem przez to i seriale były przeze mnie za bardzo krytykowane. Tak było w przypadku Flashforward i The Event. Wielkie zapowiedzi, przyzwoite piloty i anulowanie po pierwszej serii. Czy z nową produkcją NBC będzie podobnie? Ciężko powiedzieć. Na pewno wpisuje się w ten sam schemat - wielkie "wow" w pilocie i ogromna oglądalność premiery. Może i jakościowo ten serial trochę odbiega od pozostałych, ale jak się przymknie oko na głupoty i nieścisłości to dostajemy całkiem znośny produkt.


Bo od głupot to się tutaj roi, ale nie wpływają one na negatywny odbiór. Od czasu do czasu potrzebny jest taki serial gdzie ignorujemy wszystkie niedorzeczności i cieszymy się tajemnicą i całkiem znośną akcją. Bo wyłączenie prądu na całym globie trzeba po prostu zignorować. Nie ma na to racjonalnego wyjaśnienia, jest to bezsensowne i tyle. Jak to się stało, że nie używają też silników parowych? Czemu rząd potężnej ameryki stracił tak szybko całą władzę, przecież 150 lat temu bez elektryczności jakoś sobie radzili? Jak to się dzieje, że na polowaniu w okolicy osiedla wciąż można odnaleźć nienaruszony wrak po 15 latach od blackoutu? Czemu tak mało ludzi jest pokazywanych? Czemu wszystko jest takie sterylny, bohaterowie mają czyściutkie ubrania, białe ząbki, domy są takie zadbane, wciąż całe okna, a ogień przy białych kolumnach ich nie osmala? Czemu jest tutaj tak mało klimatycznie? Czemu ma się wrażenie, że to jest jakaś społeczność mormonów (???), a nie osiedle ludzkie walczące o przetrwanie? Czemu nie czuć w ogóle zagrożenie, a dużo tutaj sielanki? Czemu samoloty po wyłączeniu energii spadły pionowo w dół? Czemu podczas strzelaniny nikt nie próbował atakować dowódcy? Czemu.... a zresztą, koniec pastwienia się. Idiotycznych rozwiązań było dużo więcej, ale jeśli przy odrobinie dobrej woli je zignorujemy to nie jest źle. Niestety, ale też trzeba zignorować jeden z wątków, który może być jedną z osi serialu - szczenięca miłość Charlie i Nate'a. Niech ktoś ich zabiję, proszę. Bo ile można oglądać nastolatki robiące maślane oczy? Jakbym miał na to ochotę to był włączył sobie 90210 i pewnie lepiej by mi się oglądało.



Mimo wszystko jest kilka ciekawych motywów. To jak odciętą prąd mnie nie obchodzi bo tego sensownie wytłumaczyć się nie da. Nie obraziłbym się nawet jakbym na to nie dostał odpowiedzi. Wolałbym, żeby to był serial drogi, podróż po USA i poznawania nowego życia i próba przetrwania w tym niegościnnym środowisku. Do tego jeszcze jakby skupili się na wątku politycznym byłbym wniebowzięty. Nowa republika, okrutny i samozwańczy władca, do tego jakieś pograniczne wojenki, Milicja wyzyskująca obywateli. Takie coś bym chciał oglądać. Na pokazanie degeneracji człowieka szans raczej nie ma. Są za to szanse na flashbacki z przeszłości, w końcu do wypełnienia jest 15 letnia luka. Można dać kilka mylnych wskazówek, trochę śladów, tak żeby człowiek mógł trochę pokombinować. Nie wierzę w poziom Lost, ale wystarczy mi poziom taki bym pamiętał o serialu po wyłączeniu odcinka i napisaniu komentarza. Niby próbowano to zrobić w ostatniej scenie, ale absolutnie nic w niej zaskakującego nie było (motyw znany z Jericho). Jednak ja mam nadzieje, że jeszcze się im uda.


Postacie są na razie znośne. Jest żołnierz, dobry w zabijaniu, który coś tam wie o zaćmieniu. Do tego całkiem nieźle radzi sobie z bronią białą i ma sceptyczne podejście do życia. Twardziel jakiś na pęczki w serialach i filmach. Od czasu do czasu rzuci żartem, ale do rozśmieszania jest grubasek z brodą w okularach i świeżutkiej koszulce AC/DC. Kiedyś pracował w google, teraz zamieniłby swoje miliony na rolkę papieru. Do tego boi się też pszczół. Kolejna klisza, wystarczy choćby wspomnieć nieśmiertelne Lost i Hurleya. Charlie (w serialu wypadła dużo lepiej niż na zwiastunie!) to młoda i niewinna dziewoja, chcąca uratować swojego brata. Widzi w ludziach dobra, ważne są dla niej więzy rodzinne, zakochała się w Natcie członku Milicji, który uratował jej życie i widocznie coś do niej czuje. Mimo, że są po przeciwnych stronach zapewne jest szansa na rozwój uczucia między nimi. Niesamowity pomysł! Nie pamiętał kiedy coś takiego widziałem. Możliwe, że ostatnio tego motywu używał William Szekspir w Romeo i Julia... i jakieś miliony naśladowców...Czy nie da się nic nowego wymyślić?! Sprawę trochę ratują pozostałe dwie postacie - Maggie i kapitan Milicji Tom Neville, w którego wciela się charyzmatyczny Giancarlo Esposito znany choćby jako Gus Fring z Breaking Bad. Ona to macocha Charlie, twarda babka, nieufająca ludziom i przygotowana do życia w dziczy. Podobno lekarka z przeszłości nie zdziwiłbym się jednak gdyby to była wojskowa lekarka. On to bezwzględny i wyrachowany przywódca sił porządkowych, który przetrzymuje Dannego, brata Charlie i poluje na jej wuja. Schemat goni schemat, ale niejeden serial od tego zaczynał i często ze standardowych postaci wycisnął wiele dobrego i zachwycającego. Choćby Community. Liczę też, że dostaniemy co odcinek standardową porcję walki z udziałem wujka i trochę okrucieństwa od Milicji. Byłbym zapomniał - jest też matka Charlie. Podobno zaginęła i nie żyję czyli powróci w połowie sezonu i odegra jakąś kluczową rolę w sprawie tajemnicy. Kolejny standard. Jednak skoro gra ją Elisabeth Mitchella to jestem skłonny wybaczyć takie zagranie.



Daleko mi do zachwytów, ale psów wieszać nie będę. Zapowiada się lajtowa wersja kina drogi w wykonaniu serialowym z wątkami politycznymi i wielką zagadką gdzieś w tle. Pachnie trochę The Walking Dead, da się odczuć zapachy Lost, The Event, Flashforward, Survivors, nawet Jericho się przypomina. Wszystko to okraszone całkiem znośnym settingem z wdzierającą się roślinnością do miast i ładnymi widoczkami (wszystko to oczywiście zbyt sterylne). Niestety brakuje trochę zepsucia i porzucenia ludzkich wartości (jedna mocna scena z niedoszłymi gwałcicielami to za mało) na rzecz woli przetrwania, a to powinien być standard dla seriali post apo. Bo wyłączeni prądu uznaję za apokalipsę dla naszego świata. I taka mała dygresja na koniec - jeśli ktoś oglądał zwiastun z upfrontów to w sumie widział cały odcinek.

OCENA 3/5

wtorek, 18 września 2012

Doctor Who S07E02 Dinosaurs on Spaceship

SPOILERY Z CAŁEGO ODCINKA



Kolejny odcinek i kolejna niesamowita przygoda. Taki już urok tego serialu. Tym razem Doktor ląduje na statku z dinozaurami. DINOZAURAMI w kosmosie! Niezwykły pomysł i nie dziwie się że był tak hypowany na długo przed premierą. Może to i trochę zaszkodziło odcinkowi bo poczułem lekki niedosyt, ale i tak bawiłem się doskonale. I to nie dinozaurom należy przypisać główną zasługę. Owszem całkiem nieźle wpasowały się w konwencję seriali, Doktor cieszył się jak dziecko, a Matt Smith robił przy tym cudaczne miny, dostaliśmy kilka fajnych scen akcji (RUN!) w tym pościg i strzelanie, ale to nie one sprawiały mi największa radochę. Również nie fabuła była tutaj najważniejsze - odkrycie co się stało plus kilka bardziej lub mnie przewidywalnych twistów. Najważniejsze były postacie i interakcje między nimi. Zafundowały nam masę śmiechu i kilka naprawdę mocnych scen, ale po kolei.


Odcinek zaczyna się w starożytnym Egipcie gdzie poznajemy królową Nefertiti. Tą Nefertiti, znaną z podręczników historii. I trzeba przyznać, że po raz kolejny udało się w tym serialu wykreować postać historyczną posiadającą ciekawą osobowość. Coś mi się wydaje, że na długą ją zapamiętam tak jak Eliabeth X czy Madame de Pompadour z The Girl in Fireplace. Była intrygująca, wyniosła i mimo wszystko dbająca o innych, ciekawa tego kim jest Doktor, ale też wszystko przyjmująca na wiarę. Idealna towarzyszka. Był też niejaki  John Riddell (Rupert Graves widziany w innym serialu Moffata -  Sherlocku), brytyjski myśliwy, który niedługo przed tą przygoda poznał Doktora. Zawadiacki i traktujący kobiety z wyższością. Ciekawie się go oglądało w relacjach z Amy i Neffy. Trzecim z nowych towarzyszy okazał się ojciec Rorego. Kolejny Pond okazał się podobny do syna, trochę zagubiony w kosmosie, ale dzięki temu zabawny. Na pewno nie zawadzał, a wręcz przeciwnie. Dostarczył dużo humoru i miło by go było jeszcze raz spotkać. Tak jak i wiele innych przed nim również i jego życie zostało odmienione dzięki spotkaniu z Doktorem. Ostatnia jego scena w TARDIS bardzo ładnie zrobiona.



Oczywiście nie mogło zabraknąć Amy i Rorego. Doktor kolejny raz znienacka ich odwiedza.Po kolejnej już dłuższej nieobecności (10 miesięcy). Trochę mnie zaintrygowało ile to już serialowych lat są jego towarzyszami i okazało się, że według internetu to już ponad 10 krzyżyków. I to akurat widać. Wciąż ekscytują się tymi wyprawami, ale też nie traktują ich tak jak kiedyś, raczej nie jest to dla nich już takie zaskoczenie co dawniej. Wciąż jednak dobrze się bawią z Doktorem mimo, że ich życie często jest zagrożone. Nauka nie poszła mimo wszystko w las. Radzą sobie bez Doktora doskonale, Amy skutecznie obsługuje pozaziemski sprzęt, zna się na innych rasach i potrafi przewodzić. Rory rozumie plan Doktora, nie przejmuje się robotami, które trzymają go na muszce i jest po prostu wyluzowany. Wie czego się spodziewać. Wynika też z tego kilka ciekawych scen np. Amy mówiąca do Neffy i Riddell, że nie chcę flirtujących towarzyszy. Patrząc na historię Pondów jest to jeszcze bardziej zabawne. Mniej zabawnie wyszła jednak scena z Doktorem gdzie mówi mu że wciąż na niego czeka i boi się, że on może się kiedyś nie pojawić, a ona dalej będzie czekała. Piękne nawiązanie do Amy jako the girl who waited. Na prawdę ciężko będzie mi się rozstawać z Pondami gdy już do tego dojdzie. Niektórzy narzekają, ze są już nudni, że to nie to co Donna czy Rose, ale dla mnie to są najlepsi towarzysze Doktora i kropka.


Ze względu na tak liczny gang (6 osób) dość szybko doszło to rozdzielenia podróżujących. Amy, Riddell i Nefertiti odkrywali tajemnice statku. Okazało się, że jest on pochodzenia Siluriańskiego czyli dobrze nam znanych homo reptalis z The Hungry Earth/Cold Blood i został zaprojektowany jako arka z najcenniejszymi gatunkami. (Szkoda tylko, że nie było nawiązania do starych odcinków, Doktor mógł np. powiedzieć co słychać u Madame Vastry z A Good Man Goes to War.) Niestety stało się coś strasznego przez co wszyscy sylurianie zginęli. Co? Tego dowiaduje się Doktor wraz z Rorym i Braianem. Mianowicie zostali oni wybici przez pozbawionego skrupułów handlarza żywym towarem. Doktor musi mu pomóc, ale jak wiemy na groźby nie reaguje zbyt dobrze. Przez co Salomon kończy tak jak kończy. Warto też wspomnieć o niezbyt inteligentnych droidach, które schwytały naszych bohaterów. Strasznie przypominają te z nowej trylogii Star Wars.



Koniec Salomona po raz kolejny w tym sezonie i nie pierwszy raz w serialu pokazuje, że Doktor potrafi być okrutny. Owszem w walce po stronie o dobra, może i ma rację, ale jego postawa czasem może przerazić. Nie musiał on zabijać handlarza, ale widział że nie zasługuje on na życie dlatego też nie uratował go. Intryguje mnie strasznie jak Jedenasty Doktor wyewoluuje w tym sezonie. Zapowiada się, że będzie mrocznie, że w pewnym momencie może przesadzić i zrobić coś strasznego. Oczywiście jeśli nie będzie miał towarzyszy, którzy będą go wstrzymywać. Ja liczę na emocjonalną podróż. Chciałbym zobaczyć wahającego się Doktora, nie wiedzącego co czyni, trochę zagubione dziecko próbujące naprawić sprawy, ale też mszczące się za jakieś prawdziwe okrucieństwo. Tutaj było ludobójstwo i piractwo. Wystarczyło, żeby Doktor skazał na śmierć. Do czego jest jeszcze zdolny?


Mam jedno zastrzeżenie do odcinka, które mnie trochę dziwi bo rzadko kiedy uważam coś takiego za wadę. Moim zdaniem akcja toczyła się w zbyt szybkim tempie. Początek to błyskawiczne zebranie drużyny, potem uciekanie przed dinozaurami, rozdzielenie się, kolejna akcja i ucieczka, znowu akcja, znowu ucieczka, dramatyczna walka o przeżycie. Wszystko to za szybko. Brakowało chwili wytchnienia. Takie czepianie się na siłę, ale co tam. Mogę w końcu jestem u siebie. Za tydzień (tzn w przyszłym odcinku, który już został wyemitowany) Doktor zawita na Dziki Zachód. Nie mogę się doczekać by zobaczyć Amy z rewolwerem, cyborga - rewolwerowca i Bena Bowdera.


OCENA 5/5

środa, 5 września 2012

Doctor Who S07E01 Asylum of the Daleks

SPOILERY Z CAŁEGO ODCINKA



Uwielbiam ten serial, a jego powrót to dla mnie małe święto. Odkąd odcinek wylądował na moim dysku co chwila patrzyłem czy są napisy. I się w końcu doczekałem. To było długie czekanie, ale warte. Zresztą co to jest parę dni skoro od ostatniego regularnego odcinka minął niemal rok. Zdecydowanie za długo. Jednak oczekiwanie było tego warte bo dostaliśmy wspaniały początek serii. Może nie było takich epickich momentów jak w The Impossible Astronaut lub The Eleventh Hour ale odcinek nie dość, że zachwycił to jeszcze istotnie wpłynął na dalszą część sezonu czy może raczej historię Jedenastego.


Pierw jednak małe narzekanie. Chodzi o Amy i Rorego - jak to się rozstali?! Niby zostało to wyjaśnione w Ponds Life, ale mnie to nie przekonuje. Miłość między nimi to najlepsze love story w Doktorze na przestrzeni tych 7 lat, a oni na początku sezonu podpisują papiery rozwodowe? Coś tu jest nie tak. Oczywiście wszystko się wyjaśniło na końcu odcinka w wzruszającej scenie, ale niesmak pozostał. Bo on na nią czekał 2000 lat, ona go rzuca z miłości, on umiera niejednokrotnie i nagle przychodzi im do głowy, że rozwód to najlepsze co może ich spotkać? Nie kupuje tego.


Jednak dalej i trochę wcześniej było tylko lepiej. Na początku zniszczona planeta Daleków  z pięknymi efektami specjalnymi. I złapany Doktor. Owszem kolejne naciągane, bo przecież Doktor nie mógł od tak się złapać... ale lecimy dalej. Doktor razem z Amy i Rorym (bo Doktor potrzebuje towarzyszy!) lądują przed Parlamentem Daleków! Otoczeni przez setki blaszaków krzyczących "extermi...." nie krzyczały co innego. Chciały pomocy. Daleki poprosiły o pomoc Predatora. Dość niecodzienne posunięcie. Doktor jednak nie miał wyboru i ruszył na Ayslum Daleków miejsce zsyłek niepełnosprawnych sztuk. Tutaj też dostaliśmy wspaniałą rozmowę z Dalekami o pięknie i nienawiści. O tym co napędza Daleki. Szkoda tylko, że nie było jakiegoś monologu na miarę tego z The Big Bang. Potem jeszcze dojdzie do tego miłość jako sposób walki z nimi. I tutaj w kontekście całego odcinka Daleki można traktować jako przykład odczłowieczenia. Ludzi pozbawionych miłości zdolnych tylko do niszczenia. Jedna nie ma co popadać zbytnio w interpretacje. Doctor Who to przede wszystkim serial przygodowy.



Przygody oczywiście nie zabrakło w tym odcinku. Było dużo biegania, trochę wybuchów i jeszcze więcej dramatyzmu. Amy zmieniająca się w Daleka to trochę przesada. Wiadomo przecież było, że do tego nie dopuszczą. Już prędzej by zabili Rorego. Znowu. Jednak ten wątek przemiany idealnie wpasował się w to co miało nadejście. Była to strzelba, która wystrzeliła z zupełnie niespodziewanego miejsca. Chodzi o "nową towarzyszkę" Doktora. Przed premierą S07 zapowiedziano, że pojawi się w christmas special, ku wielkiemu zaskoczeniu mogliśmy ją zobaczyć już teraz. Słodka, dziewczyna z przyszłości, trochę szalona i uzdolniona technicznie. Dziewczyna, którą można od razu polubić. Fajnie się przedrzeźniała z Doktorem, z Rorym też miała całkiem miłą scenę, a raczej rozmowę. Rzucała żartami, że aż miło. I gdy już Doktor miał ją uratować okazało się, że to Dalek. Dziewczynę zmieniono w Daleka, ale jakimś cudem została jej osobowość. To było dość szokujące, ale były przesłanki przez cały odcinek. Doktorowi od początku coś nie pasowało. Mi tak samo bo Doktor miał za dużo pytań. Jednak skoro miała to być nowa towarzyszka to stwierdziłem, że Doktor ją odnajdzie, uratuje i spotkają się ponownie w grudniu. Nic z tego. Dalek został i najprawdopodobniej został unicestwiony. Czy w takim razie Doktor spotka jej wcześniejszą wersję? Czy potem będzie próbował zmienić timeline żeby ją uratować znając jej tragiczną przyszłość? Może to będzie jej siostra bliźniaczka (ta się przedstawiła Oswin Oswald, a gdzie indziej spotkałem się, że Jenna-Louise Coleman ma zagrać Clare Oswin)? Zdecydowanie szykuje się ciekawa opowieść. Pytanie jest tez czy Amy odegra w tym jakąś rolę i czy Pondowie będą jeszcze wtedy w serialu. Szczerze mówiąc to nie chcę żeby nas opuszczali bo jak już nie raz pisałem to są najlepsi towarzysze Doktora. Może się komuś narażę, ale Rose się chowa i nawet Donna jest za nimi w moim prywatnym rankingu. I jeszcze jedno a propos mojej analizy Daleka w odniesienie do Oswain - dobrego człowieka nie da się do końca zamienić w Daleka i wyprać ze wszystkich emocji. Jakaś cząstka ludzka zawsze zostanie. Dobry człowiek nie zostanie zmieniony w złym towarzystwie.


Ważnym wydarzeniem z perspektywy dalszej historii Jedenastego jest ostatnie dokonane Oswin czyli wymazanie Doktora z systemów Daleków. Teraz nie zdają sobie sprawy z jego istnienia, a należy sobie też przypomnieć że Doktor sfabrykował własną śmierć czyli obecnie będzie działał zupełnie niezauważenie. Ta, jasne. Znamienne jest też to, że Daleki pytają Doctor Who? Pytanie stare jak świat, nawet to się robi nudne, ale czy Dalekowie się tym zainteresują? Czy najwięksi wrogowie Doktora będą próbowali zgłębić najstarsze pytanie wszechświata? Jak będą działać nie wiedząc, że Doktor istnieje? Staną się bardziej agresywni czy może odwrotnie? Czy odegrają jakąś role na podczas upadku Jedenastego na Polach Trenzeloru czy odejdą na dobre? Czy zadziałało to też na Czarnego Daleka bo jakoś nie widziałem go w tym Parlamencie.



Z pozostałych scen warte zapamiętania momenty - Amy robiąca za modelką. Uwielbiam Karen Gillan więc to była dla mnie cudowna scena. Jak zwykle wzruszająca scena pojednania między Pondami. Zagubiony Rory jak bawił się Dalekiem. Amy analizująca Doktora. Bezsensowne pytanie Rorego bo wszystkie sensowne zostały już zadane. Ucieczka z Alaski. It's a trap Doktora. Doktor opowiadający jak grał na trójkącie w operze Carmen. Oswin mówiąca na Doktora i Rorego Podbródek i Nos. Motyw z jajkami i Rory niewiedzący, że Dalek chce powiedzieć exterminate. Każde nazwanie Dotkora Predatorem i opowieść o minionych bitwach. Rory cieszący się z powrotu do Amy. Było tego sporo, ale jak pisałem na początku niestety nic epickiego. Jednak sezon się dopiero zaczął i będą jeszcze okazje. Choćby odcinek Neila Gaimana. Nie wiem o czym będzie, ale wiem że będzie co najmniej tak dobry jak nagrodzone Hugo Doctor's Wife.


Jakie minusy? Brak River. Stęskniłem się za nią, każdą jej wersją i nie mogę się doczekać kiedy wróci, na pewno nie za tydzień. Za tydzień DINOSAURS ON THE SPACESHIP!


OCENA 5/5. I zapewne tak będzie przez cały sezon.

wtorek, 4 września 2012

True Blood S05

Podsumowanie sezonu będzie chaotyczne czyli takie jak emitowane odcinki. Trochę tego, trochę tamtego, nielogiczne przeskoczenie do zupełnie innego wątku czy niezwiązana z akapitem dygresja. Myślę, że taka forma najlepiej będzie pasowała do ostatniej serii True Blood. Nie znaczy to jednak, że ten sezon był słaby. Co to to nie. Przynajmniej moim zdaniem bo w sieci można znaleźć recenzje skrajne pozytywnie jak i negatywnie. W końcu ile widzów tyle opinii. Ja podszedłem do serialu jak do absurdalnej komedii i bawiłem się wyśmienicie. Jednak jeśli ktoś będzie wymagał czegoś więcej srogo się zawiedzie.


Najbardziej mi się podoba w tym sezonie, że nie ciągnął się on tak jak poprzedni. Byłe słabsze momenty i nudniejsze wątki, ale na szczęście nie bez przesady. I co najważniejsze łączyły się z główną osią fabuły. Przygody Sama nie irytowały jak ostatnio, a w ostatnim odcinku dostał swoje 5 minut, brak Jesusa jak najbardziej na plus, a Tara która od paru lat tylko irytuje w końcu dostała coś przez co ogląda się ją znakomicie. Mianowicie została wampirem! I nie jest z tego zbytnio zadowolona, przynajmniej na początku. Potem za to gdy dostaje już więcej scen z Pam tą dwójkę ogląda się cudownie. No właśnie Pam. Może nie było jej wiele, ale jak zwykle jej onlinery są powalające. Dostaliśmy nawet flashbacki z nią w roli głównej i pokazano jak stała się wampirem. Trochę to średnie, ale nich im już będzie. Ważne, że teraz daje radę. I jak zwykle nosi śmieszne ubranka (żółty dresik!). Jest po prostu Pam, a jej sceny z Ericem są wzruszające jak nigdy.



Główny wątek tego sezonu kręci się w okół Zwierzchnictwa czyli wampirzego rządu. Po wydarzeniach z finału S04 i zabiciu Nan (wciąż nie mogę im tego darować!) Bill i Eric lądują w tajnej siedzibie przywódców krwiopijców. I nie mogło zabraknąć intryg politycznych. Może nie są one jakieś wybujałe, ale przez pierwszą połowę sezonu zastanawiamy się kto zdradził i kto mówi prawdę, a dwójka naszych wampirów kombinuje jak przetrwać. Miło się ogląda tortury srebrem lub ostatni krzyk technologi ikołek z apką do iphona Tak samo miło ogląda się nowe wampiry. Najpotężniejsze, najsilniejsze ale wcale nie najmądrzejsze. Jest rumuński przywódca, biblijna Salome, dzieciak i stara babka. Jest też wielebny Newlin tym razem z kłami w znaczącej roli i wielki powrót który został zapowiedziany w cliffhangerze S04 - Rusell! Jedna z najciekawszych postaci całego serialu. I trzeba przyznać, że O'Hara znowu stanął na wysokości zadania, a w parze z Newlinem są cudowni. Albo podczas karaoke. Jest też boska Lilith, która stanie się ważną częścią w dalszej części sezonu. Dla mnie jednak ten wątek był już ciut słabszy, ale to do czego doprowadził zapowiada, że przyszła seria będzie zupełnie inna od tej. Oby bardziej skondensowana i spójna.



Co mnie zdziwiło to odsuniecie Sookie na dalszy plan. Nie oszukujmy się - było jej mało i niewiele miała do powiedzenia. W gruncie rzeczy ta seria tylko stworzyła podwaliny pod następną. Wiemy trochę nowego o jej pochodzeniu, dostała kilka wrózkowych scen, odnalazła kuzynkę i to że ściga ją kolejny wampir - Warlow. I w sumie wiemy tylko tyle. Potencjał jest żeby to rozwinąć bo Sookie to cholernie ciekawa postać. Ona również miała kilka fajnych scen tutaj, kilka niepotrzebnych przygód, ale jej wątek też zaliczam na plus. Trochę gorzej z jej bratem. Jason jak zwykle się miota od miejsca do miejsca, uprawia seks (chociaż mało go było w tym roku) i ładuje się w kolejne kłopoty. Jego zauroczenie Jessicą rozwija się i kończy w głupi sposób. Mam nadzieje, że to w co on wyewoluował w finale zostanie szybko odkręcone bo tego Jasona nie lubię. Chcę go oglądać nieporadnego, zagubionego i głupiego. I z Jessicą bo ta para świetnie do siebie pasuje. Lepiej niż Hoyt/Jessica. I na szczęście ten wątek został pięknie zakończony wzruszającą sceną. Łezki się nie uroni, ale ładnie scenarzyści wypisali Fontenberrego z serialu.



Niestety inni tak ładnie nie skończyli. Jeśli ktoś pamięta przyjaciela Terrego z finału zeszłej serii, który nieoczekiwanie się zjawił i miał sprawić kłopoty to pewnie obawiał się, że ten wątek może być zupełnie oderwany od reszty. I był. Może i dzięki niemu poznaliśmy trochę historii Terrego, przyczynę jego PTSD i ostatnich podpaleń. Pokazało się też nowe monstrum - Ifryt i nie raz będzie się miało ochotę przewinąć ten wątek, którego zakończenie jest no cóż rozczarowujące. Dobrze, że jednak doszło do niego tak szybko i wcześniej wpleciono w historię Lafayett. Lafayetta, który cierpi po stracie Jesusa, ukrywa na początku serii pewną tajemnicę, a potem już tylko występuje na uboczu. Mimo, że wciąż potrafi rozbawić nie jest już ta sama osoba jak z początków serialu. Zrobił się nudny i nie tak oryginalny jak kiedyś. Nie miałbym nic przeciwko gdyby i jego wypisano z serialu. Ba mogli by to zrobić jeszcze z kilkoma postaciami żeby nie prowadzić niepotrzebnych wątków, a skupić się tylko na wampirzym i wróżkowym. Zdecydowanie by to pomogło serii. Sam też by mógł odgrywać ważniejszą rolę i całkiem możliwe, że tak się stanie bo szykują się zmiany dla jego gatunku.



Trochę gorzej jest u wilkołaków. Alicide jest interesujący, wilki pijące v i podległe Rusellowi również. Wplątanie w to Sama i córki Luny (urocza!) tak samo. Szkoda tylko, że bez emocjonalnie to zostało poprowadzone. Niby jest walka o przywództwo w stadzie, są flashbacki z jego udziałem, ale nie czuje się tego. Wątek jest bo jest, ma się nadzieje, że w jakimś stopni egzystencja Alicda wpłynie na główne wydarzenia, ale nic z tego. Może w S06. Potencjał jest żeby odegrali większa rolę, ale to zależy w jakim dokładnie kierunku podaży następna seria.



Mimo tego całego mojego narzekania na rozciągłość i rozdmuchiwanie niektórych wątków to całkiem nieźle się bawiłem przez cały sezon i True Blood było serialem, który włączałem zaraz po pojawieniu się napisów. Wciąż jest obecny ten niepowtarzalny klimat małego miasteczka, wiochy i absurdu. Momentami jest całkiem krwawo, a wybuchające wampiry za każdym razem sprawiają, że się uśmiecham. Ścieżka dźwiękowa to dalej to klimatyczne pobrzękiwanie, a utwory na koniec jak zawsze skłaniają żeby ich jeszcze raz odsłuchać. Jeśli ktoś dobrze się bawił przy TB przez te kilka lat również i teraz nie powinien być rozczarowany. Jeśli jednak zeszły sezon go wymęczył musi się zastanowić czy ten chcę sprawdzić. Ja chciałem i się opłaciło. Nie gwarantuje, że to samo będzie u was.


OCENA 4/5