poniedziałek, 20 marca 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #223 [13.03.2017 - 19.03.2017]

SPOILERY

24: Legacy S01E07 6:00 P.M. - 7:00 P.M.
Tony wrócił! I gdyby nie ujawniono tego wcześniej w newsach, wywiadach i trailerach byłbym kompletnie zaskoczony. Od jego ostatniego występu minęło kilka lat i zupełnie nie pamiętałem co się z nim działo. Wydawało mi się, że nie żyję, ale tyle razy ginął, że można stracić rachubę. Ma się całkiem dobrze, przewodzi najemnikom i współpracuję z rządem. W tym przypadku porywając Henry'ego. ponieważ to najprostszy sposób by wyciągnąć z niego tajne informację. Szkoda tylko, że Tony miał słabe wejście. Mało emocjonująca rozmowa telefoniczna. Oczekiwałem czegoś bardziej szokującego. Już lepiej jakby dokonali porwania i na końcu okazało się kto jest za to odpowiedzialny. Czy ja muszę im pisać scenariusz? Ktoś na pewno powinien pomóc, a kursy doszkalające uznają za obowiązkowe.

Ten odcinek był bardziej spójny od pozostałych, dano trochę czasu Carterowi i zredukowano zbędne wątki do minimum. Dzięki temu oglądało się to z umiarkowanym zainteresowaniem. Dalej jest bez sensu, Carter nie myśli i można łatwo przewidzieć dalszy ciąg, ale nie ma niestrawności. To nie mała pochwała dla tego sezonu. Zgrzytam jednak zębami oglądając kolejne genialne posunięcie Rebbecki, Mullinsa i Cartera. Aż dziwne, że Ameryka wciąż jest w jednym kawałku. 

Inne:
- Henry musiał być przetransportowany żeby zostać poddany torturą? Biedne CTU stoczyło się na psy skoro nie mają do tego specjalnego pokoju.

OCENA 3/6

DC's Legends of Tomorrow S02E14  Moonshot
Pierwszy odcinek z Ripem ponownie w drużynie i nie mogło zabraknąć konfliktu o kapitańskie stanowisko. Został on rozegrany bardzo inteligentnie, bez nachalnego eksponowania i dialogów, a jednocześnie uwydatnił jak bardzo zmieniła się drużyna. Rip przez większość czasu był obserwatorem, chciał zachowywać się jak kapitan, ale od razu oddawał Sarze stery, z zbolałą miną akceptował, że jest ona lepszym kapitanem od niego i w kluczowym momencie to potwierdził. Cały wątek został zakończony paralelą do rekrutacji Legend gdzie Sara używa słów Ripa w jego kierunku.

Moonshot miał dużo więcej ważnych scen z wątkami osobistymi bohaterów. Jestem pełen podziwu ile udało się wycisnąć z standardowych czterdziestu minut. Już sama główna historia mogła być przytłaczająca - wyprawa na księżyc po fragment włóczni i ratowanie załogi Apollo 13. Zamiast tego była ramami do opowiadania o innych rzeczach. W centrum był dramat rodzinny Steelów. Wyrwany z swojego czasu musiał chronić włócznię. Porzucił rodzinę co wpłynęło na dwa następne pokolenia. Ma wyrzuty sumienia z tego powodu i chcę wrócić. Gdy jednak dowiaduje się o aberracjach nie jest w stanie podjąć tej decyzji, rozumiem konsekwencję zabawy z czasem. Co Nate ma mu za złe. Idealistycznie wierzy, że jego powrót naprawiłby rodzinę. Co jest mrzonką bo w ten sposób on stałby się zupełnie innym człowiekiem.

W historię Steela organicznie wpleciono wątek Amayi. Ona walczy o nienaruszanie historii by potem dowiedzieć się o tragicznym losie swojej wioski. Co w takim momencie ma zrobić? Zmienić historię czy ślepo podążać za biegiem wydarzeń jak wymagała od Steela. Niemalże jak antyczny dramat. Dzięki temu o wiele lepiej wypada wątek romansowy jej i Nate niż nudny melodramat Hawków. Podejmowane przez ich decyzję są trudne, a związek jest z góry skazany na niepowodzenie.

Współpracujący duet Thawna i Raya okazał się bardzo miłym dodatkiem. Nie miałbym nic przeciwko gdyby rozciągnięto to na cały odcinek. Trudna współpraca, brak zaufania i zły który jest inteligentniejszy i trochę bawi się dziecinnym Rayem. Tutaj też zgrabnie wpleciono motywy działania Eobarda dla którego zdobycie włóczni nie jest megalomanią, a jedynym sposobem na przeżycie.  

Inne:
- serio, speedsterzy tracą swoją szybkość opuszczając Ziemię? Przecież to bez sensu... a faktycznie, naukę i reguły rządzące tym światem trzeba przyjmować na słowo honoru.
- gdzie jest Cold?! Trzy odcinki do końca, a jego wciąż nie ma w Legionie Zagłady 
- Martin śpiewający w duecie z Mickem w kontroli lotów NASA - komediowa perełka.
- a za tydzień gościnny występ zaliczy sam mistrz Tolkien. Jak tu nie czekać na kolejny odcinek?
- video-diary Raya i odwołanie do Marsjanina, perfekcja. Nic jednak nie przebije przygrywającego podczas spaceru po księżycu Also sprach Zarathustra.

OCENA 5/6


 The 100 S04E06 We Will Rise
Oglądając zapowiedź tego odcinka szykowałem się na Mad Maxa w świecie The 100. I nie mogłem się bardziej mylić. To nie był napakowany akcją odcinek drogi z questem polegającym na przejściu z punktu A do punktu B pokonując niespodziewane niebezpieczeństwa. To była opowieść o bohaterach czyli to co wychodzi tutaj najlepiej. O ich strachach, ciągle oddziaływającej przeszłości, ale też walce o lepsze jutro. Zdecydowanie najlepszy odcinek The 100 w tym sezonie.

Zacznę może od podróży na którą się nastawiałem. Niecodzienny sojusz Azgeda i Skaikru i wyprawa z ostatnią nadzieją ludzkości do laboratorium. Czy coś może pójść źle? Jak się okazuje część armii Ice Nation zdezerterowała, w lasach są tez pozostałości walczących Trikru. Standard, z jednej strony walka o losy ludzkości, a z drugiej zawiść sięgająca pokoleń i plemienne walki. Umiejętne budowanie napięcia podczas leśnego spotkania z Grounders, a potem zmyłka z złymi w tej historii. To ludzie Roana kradną hydrazynę, a nie Trikru. To Roan musi walczyć ze swoimi, a nie dobrze znanym wrogiem. I wszystko tu jest logiczne. Zawiść wobec króla, który został zredukowany do roli popychadła Wanhedy popycha jego ludzi do skrajnych działań. Udaje się wygrać bitwę, ale wojna zostaje przegrana, część paliwa zostaje utracona w przypadkowy sposób. Dochodzi też do eskalacji konfliktu między dwoma klanami. Tylko Clarke może go załagodzić bo jak wiadomo tylko ona troszczy się o wszystkich. Na to jednak przyjdzie czas.

Przewrotnie przejdę teraz do dwóch pierwszych scen i otwarcia w Arkadii. Pierw Jasper cytuje dr. Seussa i potwierdza swoją filozofię chwytania dnia i życia chwilę. Jest w tym coś niewłaściwego gdy ogląda się w tym samym momencie Jahę na tle zniszczonego obozu. Jahę, który znowu wątpi. W przyszłość i przetrwanie, nie jest w stanie kierować ludźmi i podejmować znaczących decyzji. Zmienia się gdy Monty przypomina mu o Wallecie. Nie pierwsze i nie ostatnie odwołanie do wcześniejszych odcinków. Po tym podejmuje właściwą decyzję i ratuje tłum przed popadnięciem w ciemność.

Jednak najważniejsza w Arkadii była historia Octavi. Apatia po odniesionych obrażeniach i niesłabnąca agresja wobec brata, tak wygląda podczas pobytu w ambulatorium. Zobojętnienie trwa do tego stopnia, że pozwala tłumowi dopaść Iliana. Krew za krew. Jest tylko jeden warunek, sama chcę dokonać egzekucji. I tutaj znowu następuje odwołanie do dawnych wydarzeń, do momentu który ukształtował obecną Octavię, śmierci Lincolna. W dramatycznej scenie Kane porównuję ją do Pike'a. Ilian klęczący w błocie i Octavia mierząca do niego z broni. Ta sama scena tylko ona na miejscu znienawidzonego przez siebie człowieka. Do tego jeszcze melodramatyczna reżyseria z nakładającym się obrazem umierającego Lincolna na zdezorientowaną Octavię. Piękny moment i tragiczny dla postaci, gdy zdaje sobie sprawę kim się stała. Poraża ją to do tego stopnia, że opuszcza obóz. Jakby udawała się na symboliczną wędrówkę w poszukiwaniu nowej siebie.

W laboratorium ALIE nastąpiła wymiana i zamiast Abby pojawiał się Murphy co oznaczało masę scen z Raven. Ona zdesperowana próbuje pilotować rakietę, a on tryska sarkazmem wymieszanym z zwątpieniem. Hydrazyna nie eksplodowała, ale tutaj musiało dojść do wybuchu. Raven wyrzuca mu jego oślizgłość co mocno go dotyka. To był fenomenalny moment dla postaci i aktorów, którzy mogli się wykazać. Raven nie kontroluje własnych emocji i choroba coraz mocniej jej doskwiera mimo to się nie poddaje. I oczywiście ratunek przychodzi od Johna. Uwielbiam chemię między tymi postaciami. Mimo nienawiści jest też szacunek objawiający się w krytycznych momentach. I wszystko skończyłoby się tak bardzo potrzebnym happy endem gdyby nie utrata części paliwa.

Inne:
- kosmetyczne zmiany w czołówce po ostatnich wydarzeniach, bardzo lubię takie detale.
- świetnie nakręcona scena gdy tłum linczuje odpowiedzialnego za zniszczenie Arkadii. Brutalność, chaos, bezsens przemocy i Kane jako jedyny sprawiedliwy powstrzymujący motłoch.
- Roan wbijający szpilę Bellamy'emu gdy ten krytykuje go za niszczenie wiosek Trikru. Przeszłość nie zapomina

OCENA 5.5/6

The Expanse S02E04 Godspeed
Siłowe zarekwirowanie statku kosmicznych mormonów trochę mnie rozczarowało. Tym bardziej, że poszło bardzo łatwo i nie poświęcano temu wiele uwagi. Mam tylko nadzieje, to nie koniec tego wątku i serial szybko do tego wróci. Zamiast kompleksowej polityki i negocjacji Godspeed było skupione na jednym wątku - zniszczeniu Erosa. Budowanie napięcia przez cały odcinek, walka z czasem i niemożliwe do podjęcia decyzje. Dużo udało się wycisnąć z standardowych czterdziestu minut. Co rusz zachwycałem się pustką przestrzeni kosmicznej, monumentalizmem statków i rozmachem realizacji. Nie zabrakło też ludzkich momentów. Gotowość Millera na największe poświęcenie i niemożliwa decyzja Holdena i skazanie misji ratunkowej na śmierć by ocalić ludzkość. I ta końcówka gdy nie dochodzi do zbliżenia bo Eros zmienia kurs. Naukowcy stworzyli osobliwość kontrolującą ciało niebieskie. Zaczyna mnie coraz bardziej intrygować jak ten serial rozwinie się na przestrzeni kilku sezonów. A przecież już w następnym odcinku powinno dojść do spotkanie Holdena z Marynarką Marsa.

OCENA 4.5/6

The Expanse S02E05 Home
To było piękne, zwłaszcza ostatnie parę minut. Zacznę jednak od początku. Myślałem, że poprzedni odcinek to było budowanie napięcie prowadzącego do zniszczenia Erosa. Tutaj na celowniku była Ziemia. Nie do końca samoświadoma stacja wykorzystując podświadomość Julie pragnęła wrócić do domu, na Ziemię. Nie chodziło o niszczycielskie zamiary, ale pierwotny lęk i pragnienie bezpieczeństwa. Ludzie stworzyli byt, który mógł ich zniszczyć. Jednak zamiast sprowadzić zagładę Miller apelując do świadomości Julie i wykorzystując miłość jako jedną z największych emocji uratował świat. Całkiem niezłe osiągnięcie jak na Pasiarza. Wszystko to w przepięknej scenerii błękitnej protomolekuły, unoszącymi się w powietrzu świetlikami i Julie połączoną fizycznie z Erosem. Piękne.

Nie zabrakło też heroizmu ze strony Holdena. Gotów był poświęcić życie swoje i załogi by zniszczyć zagrożenie. Świadomie jednak odpuścił wiedząc, że jest lepsze rozwiązanie. Również Avarasala była gotowa oddać życie i walczyć o Ziemię do samego końca. Może i trochę naiwnie, ale liczy się intencja. Strasznie podobała mi się jej rozmowa z mężem gdy wyznawali sobie w niebanalny sposób miłość. Brak muzyki przez większość sceny tylko podkreślał ważność chwili.

I tylko szkoda, że nie pokazano więcej Marsjan i ich reakcji na wydarzenia. Lub cywilnej ludności oczekującej końca świata. Rozumiem czemu tego nie było, ale żałuję. Pytanie co teraz. Protomolekuła na pewno nie została zatrzymana, a wątpię by serial w całości opierał się na wojnie Ziemi z Marsem. Podejrzewam, że to jeszcze nie koniec Millera i w jakieś formie powróci. Terraformowanie Wenus za pomocą protomolekuły i stworzenie jeszcze groźniejszego wroga? A mógł Miller lecieć na słońca. Chociaż w tym wypadku raczej nie byłby w stanie naciskać przycisku co minutę.

OCENA 5.5/6

The Expanse S02E06 Paradigm Shift
Pozornie niepowiązane z główną opowieścią wątki to nic nowego w The Expanse. Choćby w zeszłym sezonie w jednym z odcinków poświęcono dużo czasu by pokazać zbieraczy lodu. Tutaj zastosowano podobny zabieg. Flashback o ponad sto lat opowiadający o odkryciu przełomowego napędu. Cel? Opowieść jak Mars zdobył swoją pozycję oraz podkreślenie nadrzędnej roli technologii w kreowaniu historii. Taki przełom trafia się raz na pokolenia i właśnie teraz jest taki moment, tytułowa zmiana paradygmatu. Tylko zamiast nowego napędu jest pozaziemska biotechnologia. Godne pochwały jak udało się to opowiedzieć.

Koniec odcinka to bitwa kosmiczna. Krótka, chaotyczne i bardzo ładnie pokazana. Nie wiadomo kto zaatakował, można przypuszczać, że kosmici. Jednak zacznie się wojenka miedzy Marsjanami i Ziemię, to nieuniknione. Dzięki temu wątek Bobbie zrobi się ciekawszy i znaczący dla całej opowieści. Najwyższy czas.

U naszych głównych bohaterów było trochę komediowych scen, ale więcej dramatów. Standard. Szczególnie u Alexa. Wciąż przeżywa, że jest odpowiedzialny za śmierć 25 ludzi gdy ratował Amosa. Wciąż przemawia przez niego marsjański patriotyzm co może mieć wpływ na jego działania gdy rozpocznie się wojna. Również Naomi działa z wyższych pobudek. Dla dobra Pasa okłamuje Holdena i nie niszczy protomolekuły. Kolejna decyzja wpływająca w dużym stopniu na wszystkich bohaterów.

Na Ziemi błyszczała Avarasala. Co to była za piękna tyrada przeciw korporacją i karierowiczom wbijając przy okazji szpilę Errinwrightowi. To może zaważyć o jej przyszłości, ale ten moment był jej potrzebny. O wiele ważniejsza jest wyprawa na Wenus. Podejrzewam, że znajdą coś co odmieni losy wszechświata.

OCENA 4.5/6

The Expanse S02E07 The Seventh Man
Serial przez te 1,5 sezonu skupiał się na ziemskiej polityce. Mars był okryty tajemnicą, trochę idealizowany, najczęściej widziany oczyma obcych. Teraz można było przekonać się jak niewiele różnią się od Ziemian. Za wszelką cenę chcą zakończyć konflikt, nawet są skłonni by nakłonić swojego podoficera do kłamstwa. I teraz pytania - czy ten cynizm to ich podwójna gra bo mają bardziej długoterminowe plany czy może są jakoś powiązani z kosmitami? Może oba?

U innych bohaterów nie było już tak ciekawie. Na Ziemi doszli do wniosku, że trzeba zwołać szczyt bezpieczeństwa, skromnie. Plusem, że Bobbie go odwiedzi. Na stacji Tychos trochę polityki związanej z walką o wolność Pasa i mylne tropy związane z działaniem postaci. Niestety nic ekscytującego, budowanie tła pod dalsze wydarzenia.

OCENA 4/6

The Expanse S02E08 Pyre
Intensywny odcinek niemal w całości dziejący się na stacji Tycho. Jedyne sceny poza stacją to wprowadzenie nowej postaci, botanika z Ganimedesa mającego powiązania z Protogenem. Już od pierwszych chwil było wiadomo, że to będzie ważna postać, nie bez powodu dostał otwarcie odcinka, a potem pokazywano jego podróż na statku z uchodźcami. Szybko można było z nim sympatyzować i kibicować by jak najszybciej wpadł na Holdena i jego załogę. I to dzieje się już na końcu odcinka. Lubię tą postać i chciałbym się o niej więcej dowiedzieć. Jego oczami można też było obejrzeć do czego są zdolni Pasiarze zabijający mieszkańców planet wewnętrznych. Wojna między ludźmi, marnowanie zasobów, a gdzieś dalej kryją się kosmici będący prawdziwym przeciwnikiem.

Na Tycho Fred Johnson walczył o utrzymanie władzy. Jego pozycja została naruszona, a w trakcie odcinka przeżył jeszcze zamach. Uratował go Holden. Trochę za szybko, można byłoby to rozłożyć w czasie, ale rozumiem w końcu jest wiele więcej historii do opowiedzenia. Coraz bardziej lubię Drummer. Serial rzucał fałszywę tropy jakby współpracowała z Davesem, a ostatecznie okazała się lojalna Fredowi. I pięknie załatwiła na końcu terrorystów. Bez sądu, czysta egzekucja. Choćby dla niej kibicuje Fredowi.

W następnym odcinku wyprawa na Ganimadesa co oznacza bliższy kontakt z Marsjanami i rozbudowanie postaci Alexa. Cicho liczę, że Bobbi dotrze już na Ziemię na rozmowy pokojowe.

OCENA 4.5/6

The Flash S03E16  Into the Speed Force
Wyprawa w głąb Speed Force okazała się rozczarowująca. Nawet nie wiem jaki był jej sens poza uratowaniem Wally'ego. Wszystkie rozmowy o heroizmie i poświeceniu były banalne, Barry znowu niczego się nie nauczył, sprowadzenie starych twarzy by wcielali się w Speed Force to marnowanie ich czasu, a zasada speedster za speedstera była zwyczajnie głupia. Odcinek miał też problemy na poziomie konstrukcyjnym. Sprowadzenie Jaya poza kadrem tylko na chwilę i powtarzalne sceny w Speed Force dopełniały całości. Dalej nie rozumiem decyzji jakie popełniają bohaterowie. Rozstanie Iris z Barrym nie ma sensu. Tak samo jak Jesse udająca się na Earth-3 chwilę po tym jak przeprowadziła się na Earth-1. Scenarzyści widocznie nie mają pomysłu i ganiają w kółko. Szkoda.

OCENA 2.5/6

The Mentalist S01E04 Ladies in Red
Lubię sobie od czasu do czasu obejrzeć proceduralną sprawę kryminalną zamknięto w jednym odcinku. Nie mam nic przeciwko jeśli maszyna losująca wypluje mi Bones, Hawai Five-0, JAG, Castle czy Elementary. Wystarczająco lubię tych bohaterów by raz na jakiś czas się z nimi spotkać i sprawdzić czy nie wyszli z wprawy w łapaniu przestępców. Tym razem padło na The Mentalist, niemalże dekadę po emisji odcinka. I muszę przyznać, że serial mocno się zestarzał. Pierwsza scena to początek śledztwa i 95% odcinka jest mu poświęcone. Nie ma miejsca na rozwijanie relacji między bohaterami czy większą sprawę poza wątkiem romansowym w tle. Bardzo zachowawcza forma. Nastawiałem się na to więc mi nie przeszkadzało. Jak wypadła sama zagadka? Całkiem zgrabnie. Fałszywe tropy i nieoczekiwane zwroty akcji co przerwę reklamową, ale przy tym angażujące w zgadywanie. Gdyby nie zasada pierwszej najmniej podejrzanej osoby rozwiązanie pewnie by mnie zaskoczyło.

OCENA 4/6

poniedziałek, 13 marca 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #222 [06.03.2017 - 12.03.2017]

SPOILERY


24: Legacy S01E06 5:00 P.M. - 6:00 P.M.
Po delikatnej poprawie z zeszłego tygodnia wciąż ogląda się to opornie od czasu do czasu przerywając wybuchami śmiechu. Kilka szczególnie błyskotliwych pomysłów wymieniłem na samym dole, teraz napiszę o tym co mi najbardziej przeszkadzało. Myśląc 24 od razu widzę Jacka Bauera i właśnie charyzmatycznego protagonisty brakuje Legacy. W tym odcinku Carter nie zrobił nic istotnego dla fabuły, wydarzenia biegły obok niego, a on był biernym obserwatorem. Nie tego oczekuje po bohaterze ratującym Stany i demokratyczny świat. W następnym odcinku prawdopodobnie nie będzie lepiej i Carter może znowu działać na własną rękę. Trzeci raz w ciągu siedmiu odcinków. Nie na takie zwroty akcji liczyłem. Właśnie twisty fabularne. Jest połowa sezonu, fabuła porusza się jak żółw w skorupie. Wciąż największym problemem jest MacGuffin z danymi jednostek terrorystycznych. Co jest trochę głupie. Przecież teraz wystarczyłoby zrobić nagranie i puścić je do social mediów. I ataki same by się rozpoczęły bez głupiej aktywacji. Dotychczasowe zwroty akcji? Na razie dwa, z których nic nie wynika. Ojczulek kandydata na prezydenta współpracuje z terrorystami, a na moście wybuchła bomba. Trochę słabo jak na połowę sezonu.

Planowo miałem ograniczyć się tylko do jednego akapitu, żeby nie tracić więcej życia na ten serial niż to potrzebne, ale o terrorystach muszę napisać. Już mniejsza z tym, że Latynosi, Arabowie i Czeczeńcy działają przeciw wspaniałej Ameryce. Oglądając wątek Amiry i Khassana co chwila wybuchałem śmiechem. Można by go skrócić do 40 minut i wypuścić jako odcinek komediowy. Czego tutaj nie było. Trupy okazały się całkiem żywe (dwukrotnie!), Amira zabijająca swojego chłopaka (dwukrotnie!), niespodziewana wizyta ojca podczas przygotowania zamachu, romans uczennicy z nauczycielem czy wreszcie pocieszny policjant z nadwagą "Ale co ja tutaj robię" niemalże ratujący dzień i ginący potem w eksplozji. Comedy gold!  

Inne:
- CTU znalazło fałszywe dowody terrorystów gdzie wszyscy mieli wpisany ten sam adres. Co robi agencja antyterrorystyczna? Wysyła tam ludzi. Głupie, prawda? Jeszcze głupsze, że oni tam byli. I dlaczego przemytnik miał kopię dowodów?
- "Brakuje ci akcji? Widziałem jak szykowałeś broń, chyba ci brakuję" - psychologia od siedmiu boleści.
- markowe dzielenie ekranu i pokazywanie akcji z wielu ujęć jest używane wyjątkowo często. Szkoda, że nie ma to żadnego większego zadania. Nie buduje napięcia, nie pokazuje niczego nowego, a w momencie gdy rzeczywiście można było tego użyć (atak na terrorystów) tego nie zrobiono.
- CTU jest tak bardzo zaawansowaną agencją, że ich satelity nie mają podczerwieni przez co niemożna śledzić terrorystów w lesie. 

OCENA 2/6

DC's Legends of Tomorrow S02E13 Land of the Lost
Od swoich ulubionych seriali zazwyczaj wymagam więcej dlatego ten odcinek troszkę mnie rozczarował. Był zaledwie dobry. Miał humor, przedziwną wyprawę w czasie i dramaty w drużynie. Działy się również ważne rzeczy dla fabuły. Mimo to okazał się bardzo zachowawczy. Brakowało tej iskierki geniuszu gdzie każda scena sprawiałaby niesamowitą frajdę. Takich momentów było zaledwie kilka, a więcej czasu się nudziłem.

Trochę szkoda ponieważ wyprawa w umysł Ripa to bardzo wdzięczny temat. Podpięcie Sary i Jaxa do mózgu Huntera było niezłym pomysłem na historię o jego sprowadzeniu. Realizacja już niezbyt. Nudne przedzieranie się korytarzami Waveridera i walka z własnymi klonami. Pierwsze starcie Sarah vs. Sarah było fajne, ale potem kolejne potyczki tylko nudziły. Do końca nie kupił mnie tez pomysł by personifikować Gideon. Możliwe, że widziałem to już w Doctor Who i powtórka tego motywu nie była niczym zaskakującym. Taki odcinek mógł być bardziej szaloną przygodą, a rozegrano to dość spokojnie.

Przygoda Raya, Amayi i Nate'a w parku jurajskim też wyszło zaledwie poprawnie. Ekscytacja Raya i Gertruda to udane wstawki komediowe. Proekologiczna historyjka o miłości i zrozumieniu wobec zwierząt również pasuje do banalności niektórych wątków. Najciekawiej wypadł Ray mówiący o wnuczce Amayi. Mam nadzieje, że wątek mieszania w czasie i osobistej odpowiedzialności Nate zostanie później poruszony. Z minusów wątku jurajskiego - to samo co na statku, było bardzo zachowawczo. Można by zmienić stylistykę i wiele się nie straci.

Inne:
- szałas Raya i figurki legend, jakie to było urocze.
- cliffhanger z Steelem i Reversem udanie podsyca zainteresowanie przyszłym tygodniem.
- w tym tygodniu grzebanie w głowie Ripa, za tydzień podróż w głąb Speed Force w The Flash. Czy w Arrow działo się coś podobnego? 

OCENA 4/6

House of Cards S01E03 Chapter 3
Udało się wylosować serial na który miałem ochotę i kurde, ale to było dobre. Bałem się trochę powrotu do House of Cards po tyle latach, na szczęście nie walnąłem głową w mur. Ułatwiła to trochę struktura odcinka gdzie Frank musiał wrócić do swojego rodzinnego miasteczka by załagodzić kryzys po śmierci nastolatki. Trochę absurdalnego humoru, ale jeszcze więcej bezczelnej manipulacji i perfekcyjna realizacja planu, co by uzmysłowić, że wszystko co robi Underwood ma jakiś cel. Charyzmatycznie wyszła scena w kościele. Granie na emocjach, słowa mające podwójne znaczenie i skuteczna manipulacja. Kevin Spacey zagrał to perfekcyjnie. Robin Wright również błyszczała. Swoją powagą i totalną kontrolą chwili. Tylko raz jej nie miała - wbiegając na cmentarz. Przypadkowe zdarzenie, które zachwiało jej przekonaniem. Wszystko zostało naprawione na końcu gdzie odmitologizowano cmentarz, stał się on kolejną przestrzenią publiczną. Tak samo jak kościoły, które przecież politycznie wykorzystuje Frank. Lubię takie wielopoziomowe narrację. Trochę słabiej wypada historia Zoe. Młoda i ambitna walcząca z szefem. Momentami ambicja przeradza się w arogancję. Szykuje się na historię o Ikarze.

OCENA 5/6

Riverdale S01E07 Chapter Seven: In a Lonely Place
Odcinek potwierdza, że największym wrogiem bohaterów są rodzice. Wydaje się, że tylko Archiemu dobrze z ojcem. Jednak kłótnie Veronicy z matką to nic przy Cooperach i Bloosmach. Patologiczne rodziny okłamujące swoje dzieci w imię wyimaginowanej dumy. W piękny sposób przerysowane do granic absurdy, ale mieszczące się w graniach świata wykreowanego. Te sceny gdy Betty i Cheryll zdają sobie sprawę, że są okłamywane przez własne matki były po prostu świetne. Podoba mi się też jak jest pokazywana zmiana pokoleniowej mentalności, gdzie wydawałoby się walczące ze sobą dziewczyny są skazane na wieczny konflikt, a kłótnia w ich rodzinach zbliża je do siebie.

Zupełnie inne problemy z rodzicem reprezentuje Jughead. Dorastanie w rodzinie z kłopotami ukształtowało jego mentalność. Podświadomość kreuje nocne koszmary i fizycznie zbliża się do Betty co pomaga zarówno jemu i jej. Ten odcinek to smutna opowieść o próbie pojednanie z ojcem. Serial podszedł do tego kompleksowo, pokazywał sceny jak to obaj siebie kochają, jak przeszłość ukształtowała Jonesa oraz jak bardzo jest to patowa sytuacja, której nikt nie potrafi zmienić. Niesamowita była scena wieńcząca ten wątek gdy Fred wyciąga Jugheada z aresztu tworząc przy tym paralelę do przeszłości jak wyciągał ojca Juga z więzienia. Postawiono tutaj chłopaka przed trudną decyzją - co wybrać, ojca który go zawodzi czy przyjaciela. Żyć iluzją odbudowania rodziny czy zapewnić sobie chwilowe bezpieczeństwo. Jakiego wyboru by nie podjął będzie żałował. Brawo, tak się robi seriale, stawia bohaterów w niemożliwej sytuacji i pozwala im podejmować zrozumiałe decyzję.

Przy tym wszystkim historia Veronicy kłócącej się z matką wypada bardzo banalnie. Jakby wzór rodziny, która się sprzecza, ale potrafi pogodzić. Było tez momentami zabawnie. I tylko szkoda, że nie pokazano rozmowy telefonicznej z ojcem.

Śledztwo w sprawie śmierci Jasona rozwija się bardzo powolnie. Podejrzenia wobec Polly były trochę głupie. Tak samo jak aresztowanie Jugheada. Chociaż faktycznie nie wiadomo co robił tego feralnego dnia. Teoretycznie bombą miała być bluza Jasona w przyczepie ojca Jugheada. Klasyczna zmyłka mająca przedłużyć śledztwo.

OCENA 5/6   

The Expanse S02E03 Static
Pozornie spokojny odcinek był wypełniony wciągającymi scenami, zwłaszcza w momentach gdy postacie rozmawiały ze sobą. Nie spodziewałem się, że tak bardzo zaangażuje w fabułę. Tajemnicza osobliwość spoza układu ewoluuję i rośnie. Tajemnicą jest jak morfuje Erosa, ale na pewno jest to niebezpieczne. Jak zniszczyć asteroidę? Statkiem kosmicznych mormonów. Cliffhanger jak się patrzy. Nie dość, że wprowadza interesujący wątek i sposób pozbycia się Erosa to jeszcze powinien wytworzyć kilka nowych konfliktów.

Dużo scen opowiadało o postaciach. Wściekłość Holdena na Millera, odreagowująca Naomi, Amos bardzo dobrze rozumiejący Millera i skutecznie rozszyfrowujący socjopatę czy wreszcie Alex spędzający godziny przed symulację by nie dopuścić do śmierci ludzi za których jest odpowiedzialny. Takie sceny są potrzebne i ciesze się, że poświęcono im lwią część odcinka.

OCENA 4.5/6 


The Flash S03E15 The Wrath of Savitar
Co to był za tragiczny odcinek. Bohaterowie gonią w piętkę, a scenarzyści specjalnie ich ogłupiają by tworzyć dramatyczne sytuację. Może drużyna wygląda na grupkę przyjaciół, ale to patologiczna rodzina, która się nawzajem wykańcza. Nie tak to powinno wyglądać. Oglądanie tego bajzlu jest momentami prawdziwą udręką. Cały story arc Wally'ego trzyma się na słowo honoru, Catlin nie miała jak ukraść kamienia, a Barry oświadczający się Iris tylko by zmienić przeszłość to szczyt głupoty bijący dokonania PiSu. Wygląda to jakby scenarzyści zapomnieli o kim piszą. To boli. Przez to wszystko cierpi cała fabuła. Trudno jest mi się na niej skupić bo wszystko zachodzi w nielogiczny sposób. Również konstrukcja odcinka była bardzo dziwna, szczególnie przechodzenie między niektórymi scenami, jakby wycięto parę minut materiału mającego wpływ na ciąg przyczynowo skutkowy. Minusów by się jeszcze trochę znalazło więc chwilkę o pozytywach - Savitar wrócił na Ziemię, a powodem jego powrotu jest stworzenie Flashpointu, cieszy, że przeszłość wciąż gryzie Barry'ego w tyłek. Wciąż podoba mi się rozwijanie relacji między Julienem, a Catlin, którzy wstydzą się przeszłości i boją przyszłości. 

Inne:
- wciąż nie mogę zrozumieć czemu Barry nie poprosił Harry'ego o pomoc w walce z Savitarem. Przecież Wells istotnego nie musiał robić na swojej Ziemi żeby nie zostać tutaj na trochę. Bolą mnie takie nielogiczności.

OCENA 2.5/6

Vikings S04E18 Revenge
Większa połowa odcinka to nudna obyczajówka u wikingów. Już nie mogę patrzeć na wątki romansowe, a są już aż trzy. Chyba tylko ten Astrid Z Bjornem wygląda w jakiś sposób interesująca ponieważ wpływa na Lagherte i dodaje ciekawy konflikt w Kattegat. To co dzieje się w związku z Margaret czy u króla Norwegi to niepotrzebne rozwadnianie historii. Na szczęście było dużo momentów, które przykryły mój negatywny odbiór, ba miejscami zachwycałem się. Składanie ofiary wypadło klimatycznie - prosty kontrast między seksem, a śmiercią działał. Dużo lepiej zrobiło się w Anglii. Emocjonalna rozmowa Ekhberta z synem, któremu nie potrafi wyznać miłości świetnie oddawała ich relację. Gwoździem odcinka była zemsta n Elii. Krwawy orzeł wynagrodził mi brak sceny batalistycznej. Vikings są niezrównani w tego rodzaju scenach, a pół roboty robią zdjęcia i muzyka Trevo Morrisa.

OCENA 4.5/6

Vikinngs S04E19 On the Eve
Po pierwsze - kończenie odcinka cliffhanger w środku bitwy powinno być ustawowo zakazane. Wyśmienicie oglądało się starcie wikingów z Normanami. Podchody, zabawa w kotka i myszkę, atakowanie z zaskoczenie i cierpliwa realizacja planu. Poświęcono na to odpowiednio dużo czasu, budowano napięcie w oczekiwaniu na starcie i gdy już do niego miało dojść pojawiły się napisy końcowe. Trochę słabo. Mimo to większość odcinka bardzo dobrze się oglądało. Zwłaszcza sceny w Anglii. Kłótnie braci trochę irytują i ciekawi mnie do czego one doprowadzą. I jak będzie wyglądał następny sezon. Przeciwnicy w Anglii powoli się kończą i wypadałoby wprowadzić nowe postacie.

W Skandynawii Lagretta miała kilka wspaniałych scen. Zwłaszcza gdy z spokojem podpaliła kilku wrogów a potem patrzyła jak się fajczą. To samo podczas tortur, boski autorytet i marmurowe oblicze. I tylko Torvi szkoda. Mam nadzieje, że nie zginęła, w końcu nie zabija się postaci poza kadrem.

Nie rozumiem tylko jednego wątku - księżniczki Habarda. Historia rozpisana na dwa odcinki była bardzo przewidywalna i nic nowego o nim nie mówiła. Chciano nadać mu tło osobiste którego nie potrzebował. Czyżby chciano go awanoswać do głównej obsady i zrobić z niego antagonistę Lagherty w następnej serii?

OCENA 4.5/6

Vikings S04E20 The Reckoning
Może zacznę pierw od największego zaskoczenia. Nie pokazano Kattegat i Lagherty. Jedna z najważniejszych postaci w serialu nie dostała nawet malutkiej sceny, która mogłaby nakreślić historię na następny sezon lub by godnie ją pożegnać. Jeszcze jakby wątek Angielski był wypełniony kompleksową historią to bym zrozumiał. Niestety tak nie było. Po wielkiej bitwie, przeciętnej jak na standardy sezonu, przyszło uspokojenie, momentami wręcz nuda. Najbardziej mnie ciekawiło czy Ecbert ma genialny plan, który konsekwentnie realizuje. I chyba miał. Nadał ziemię wikingom by ich skłócić. Wiedział, że to kontrowersyjne posunięcie i nie wszyscy podzielają marzenie Ragnara. Zrobił to co uważał za najlepsze dla swojego królestwa i mu się udało. Konflikt wśród braci i śmierć Siguarda z rąki Ivara była tego konsekwencją. Nie zaskoczyła, ale zarysowała obraz na następną serię. Konflikt braci. Różne marzenia i cele realizowane przez poszczególnych braci. Mnie najbardziej cieszy powrót Bjorna na Morze Śródziemne i samotna wędrówka Flokiego. Anglia i Kattgat trochę nudzą i te kulturoznawcze wątki mogą być potrzebnym powiewem świeżości. Ty samym mogą być wojowniczy mnisi. Jonathan Rhys Meyers pojawił się zaledwie na moment i to wystarczyło by czekać na sceny z jego udziałem. Na resztę trochę mniej. Trochę zmęczyłem się materiałem. I nie chodzi tutaj o liczbę dwudziestu odcinków na sezon. To wciąż solidny serial, ale brakuje mu unikalności, która by go wyróżniała. Dlatego ponad miesiąć zwlekałem z ostatnimi odcinkami. 

Inne:
- jest już zwiastun następnej serii. Zapowiada się krwawo i widowiskowo czyli jak co roku. 

OCENA 4.5/6

wtorek, 7 marca 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #221 [27.02.2017 - 05.03.2017]

SPOILERY

24: Legacy S01E04  3:00 P.M. - 4:00 P.M.
Po tym jak bezwstydnie krytykowałem 24 czas do kilku milszych słów. Wciąż jest dużo wad, ale ogląda się lepiej. Długo musiałem czekać na jakieś oburzenie nielogicznością i nawet mnie wciągnęło. Niestety serial odbił sobie to w finale odcinka gdy Carter znowu atakuje służby i zaczyna działać na własną rękę. Nudne. Plan też nie jest zbyt błyskotliwy. Ogólnie takich głupich rzeczy było jeszcze kilka jak np. CTU dające się oszukać na sfałszowany obraz z kamery. Mimo to niezłe tempo odcinka mi to wynagrodził. niestety główna intryga i motywacje niektórych postaci wciąż są kiepsko przedstawiane.

OCENA 3/6

24: Legacy S01E05 4:00 P.M. - 5:00 P.M.
Niektóre wątki ciekawie, niektóre są żałośnie głupie i nudne. Tak głupie, że dalej zdarza mi się stuknąć w czoło. Na prawdę mam uwierzyć, że handlarz bronią podciął sobie gardło? Przecież człowiek z taką wiedzą i doświadczeniem mógłby szantażować CTU i domagać się ułaskawiania. Co przecież nie raz miało miejsce. Dalej nie znoszą wątku gangsterskiego i uśpionej komórki terrorystycznej. W tym pierwszym próbowano wytworzyć seksualne napięcie między bratem i żoną Cartera. Jakby to było komuś potrzebne. W drugim wątku do terrorystów przyjeżdża ojciec i wizyta kończy się kłótnią. Nie wiem kto wymyślił tak strasznego scenariuszowego potworka. Z rzeczy które się udały - momentami udało się wytworzyć napięcie, dano trochę mało efektownego strzelania, a pojmany ojciec kandydata na prezydenta zaczyna grać w własną grę. Już nie śmieje się do rozpuku więc jest widoczny postęp. Albo ja jestem tak zmęczony, że nie mam siły na tak przeciętną produkcję.

OCENA 3/6

Chicago Fire S01E05 Hanging On
Dawson, Casey i Severide chodzili wkurzeni przez cały odcinek i warczeli na swoich znajomych. Żadna z tych linii fabularnych nie miała szczęśliwego zakończenia i każda na swój sposób jest ciekawa. Ona dostała kolejną naganę i została wezwana na przesłuchanie. By się odstresować gotuje i daje kilka luźniejszych scen z Millsem. Casey podejmuje powoli coraz gorsze decyzje. Jest zaszczuty przez Voughna i może niedługo się złapać. Ideały czy dobra swoje i rodziny? U Severide jest powtórka z rozgrywki - robi wszystko by dostać środki przeciwbólowe. On również powoli się stacza w dziurę z której bardzo ciężko będzie mu się odzyskać. I mimo tego jak bardzo podobały mi się te wątki MVP odcinka zostaje Brian udający prawnika. Ogólnie odcinek bardzo dobrze skonstruowany, stawiający w centrum postacie i intensywnymi wypadkami. I chyba nigdy nie przestanę się śmiać jak do wypadku w fabryce przyjeżdża karetka i dwa wozy strażackie.

OCENA 4.5/6

Riverdale S01E05 Chapter Five: Heart of Darkness
Coraz bardziej i bardziej podoba mi się ten serial. Szczególnie doceniam dwie rzeczy. Pierwszą z nich jest konsekwentna rozbudowa świata i zawiązywanie kolejnych wątków komplikujących relacje między postaciami. Tym razem skupiono się na Blossomach, pokazano ich życie, dwulicowość, ale też wrażliwszą stronę Cheryll. Zrobiono też krótką wycieczkę w przeszłość i udowodniono, że przeszłość rzutuje na teraźniejszość, a grzechy rodziców mają wpływ na dzieci, wnuczki i prawnuczki. Zaściankowość w najlepszym wydaniu. Do tego złośliwości, problemy rodzinne i kolejne tajemnice wychodzące na światło dzienne. Serial nabiera coraz więcej kolorytu.

I koloryt to bardzo trafne słowo. Ten serial bawi się swoją stylistykę definiując teen noir. Młodzieżówka gdzie kolejne odkrycia i decyzję bohaterów ciążą ku spodziewanej tragedii. Podane w stylizacji której się zakochałem. Był tutaj scena z hołdem dla gotyckich opowieści, ale mi po głowie cały czas chodził barokowy przepych nasycony campem. Pięknie to wygląda. Jeszcze tylko jakby montażyści byli bardziej odważni z kompozycją kadrów, a reżyserzy mieli więcej polotu byłbym zachwycony.

Co ważne, w tym wszystkim nie gubią się główni bohaterowie. Do Archiego czuję coraz większą sympatię, czego się nie spodziewałem. Wbrem współczesnym trendom dąży do celu, jest w stanie przyznać się do błędów, które popełnia hurtowo i mimo swojego zagubienia osiąga założone cele. Veronica i Cheryll swobodnie wychodzą poza trop jędzy z liceum i nawiązują tutaj bardzo sympatyczną relację. Łączy je wychowanie w wyższych sferach i trauma z domu rodzinnego. U każdej inna, ale z wystarczającą liczbą punktów wspólnych by je zbliżyć. Również Betty dostaje tutaj ciekawy wątek. Prowadzi śledztwo, łamie kolejne zasady i zaczyna podejrzewać własnego ojca o morderstwo Jasona. Nie bezpodstawnie. 

OCENA 4.5/6

Riverdale S01E06 Chapter Six: Faster, Pussycats! Kill! Kill!
Trochę za dużo romantycznych wątków i denerwującego zachowania Veronicy. Ogólnie mi się podobało, ale sporo było scen które mnie irytowały. Serial dalej bawi się motywem wpływu rodziców na dzieci. Kontrolowana Polly jest odcięta od świata, Josie ma apodyktycznych rodziców, a matka Veronicy okazuje się nie być wcale taka idealna jak się córce wydaje. Te wszystkie wątki ładnie ze sobą współgrają i ogląda się je dużo lepiej niż nijakie muzyczne występy Archiego. Znowu też ruszono wątek zabójstwa Jasona i muszę powiedzieć, że intryga się coraz bardziej zagęszcza i poszerza się grono podejrzanych.

OCENA 4/6  

The 100 S04E05 The Tinder Box
Przez cały odcinek miał uczucie zbliżającej się katastrofy. Równolegle rozwijano kilka wątków, stopniowo budowano napięcie, a punkt kulminacyjny osiągnęły w tym samym momencie. W innych serialach udałoby się uratować dzień, tutaj nie było takiej możliwości. Pytanie było jak źle sprawy pójdą i czy ktoś zginie. Ostatecznie można uznać, że to złe dobrego początki.

Uszczęśliwiło mnie gdy wszyscy szybko dowiedzieli się o Octavi i nadchodzącym Roanie. Bez zbędnego przeciąganie. Zaskoczeniem było kto uratował jej życie - Illian. Altruistyczne pobudki zupełnie mi do niego nie pasowały. Słusznie jak się szybko miało okazać. Zelota niszczący maszyny znalazł się w paszczy bestii by wykonywać swoją misję zemsty. Podczas gdy Clarke musiała dokonać trudnego wyboru (niemożliwe, w tym serialu?) i uzgodniła podział Arki z Roanem losowy czynnik ludzki miał swoje do powiedzenia. Zabawne. Wielcy decydują o życie zwykłych ludzi, liderzy kształtują przyszłość narodów, ale ich plany i marzenia są niczym wobec działań jednego i zdeterminowanego człowieka. Illian zniszczył Arkę, plan awaryjny jest już nieaktualny, a zbliżająca wojna okazała się bezsensownym marnowaniem zasobów i czasu. Trzeba jednak przyznać, że udało się wytworzyć świetną atmosferę gdy armią Grounders została złapana w zasadzkę w kanionie. Chociaż trochę bez sensu, że nie wypuścili żadnych zwiadowców.

Podczas sytuacji kryzysowych zawsze dochodzi to ważnych dla bohaterów wydarzeń. Clarke i Roan spotkali się rozmawiając o przyszłości poruszyli historię przeszłe by pokazać jak wiele ich łączy i uwydatnić ich aspirację jako liderów. Zabawnym momentem było gdy oboje przyznali się do gotowości poświęcenia swojej matki w imię wyższego celu. Dlatego trochę żałuję, że na ich rozmowę nie położono większego nacisku. Zamiast tego dano ważny wątek Bellamy'emy. Podczas gdy zbuntowany Riley chcę zabić Roana on wyrusza z Echo by go powstrzymać. W kluczowym momencie przyznaje się do bycia mordercą i tego jak bardzo zmieniła go wojna. Bardzo emocjonalna scena i ważna dla postaci.

Gdzieś daleko w laboratorium Becki obok widocznych cięć budżetowych (absencja Luny, Emori i Murphy'ego) dochodzi do przełomu. Pierw jednak chwila radości dla Ravena. Uśmiech na jej twarzy to coś niecodziennego ponieważ serial bardzo lubią ją torturować. Szybko jednak zostało jej to odebrane. Udar, krztuszenie się krwią i utrata przytomności. Biedna Raven. Mimo to znowu uratowała dzień i znalazła rakieta. Hip hip hurra, serial znowu wybiera się w kosmos! Może tylko na chwilę, może to bardzo naiwne, ale taka konwencja. I kurde, z chęcią zobaczyć taką wycieczkę. Nadzieja na uratowanie ludzkości jest, a na szali życie Raven. I prawdopodobnie Abby. Obie mają halucynację spowodowane chipem ALIE. I teraz pytanie czy to wina tego miejsca? Czy znane obrazy dla podświadomości jeszcze bardziej obciążają ich mózgi? Boje się, że dla którejś może się to źle skończyć.

Przyszły odcinek zapowiada współpracę Azgedy i Skikriu. Teraz oba klany wiedzą, że tylko tak można przetrwać. Należy tylko pamiętać o Treekriu. Idra łatwo nie odpuści wymordowania swoich ludzi. Octavia też może nie być zadowolona z obecności Echo. Na pewno przyszłe odcinki będą pełne napięcia między nimi.

Inne:
- płonąca i waląca się Arkadia, jaki smutny widok. Uciekające rodziny z dziećmi, zawód Roana i rozpacz na twarzy Clarke. Myślałem, że podejdzie do Illiana i go zabije na miejscu.
- Abby powoli puszczają nerwy, chcę więcej krwi od Luny, jest gotowa nie ratować Raven za wszelką cenę, wszystko po to by uratować ludzkość. Sytuacja kryzysowa redefiniuje każdego. 
- Nila się pojawiło, bardzo fajnie, że serial pamięta o swoich gościnnych występach.
- Clarke stojąca na przeciwko całej armii Ice Nation nawet nie mrugnęła gdy Roan kazał w nią wycelować. How cool is that?
- serial czas zdaje sobie sprawę jak bardzo jego scenariusz momentami jest naciągany więc bohaterowie kilkukrotnie powtarzają, że Rileya nie powinno być w grupie uderzeniowej.
- trochę nie pasuje mi, że Clarke nie przejęła się zniszczeniem Płomienia co oznacza ostateczne utracenie Lexy. Tak jak Roan nie przejmuje się w ogóle obecnością Luny.
- no dobra, ale Illian po takim wybuchu to powinien zginąć na miejscu, a nie potem wynosi z płonącej Arki dwie kobiety.
- w przyszłym tygodniu przerwa i już mi smutno z tego powodu. Z drugiej strony serial tydzień później zniknie z anteny.

OCENA 5/6

The Flash S03E14 Attack on Central City
Poprzedni odcinek miał wyprawę na Earth-2 i wycieczkę po mieście goryli, ten ma standardową formułę zespołowego rozwiązywanie problemu. I ta historia mi się bardziej podobała. Była spójniejsza, postacie wchodziły między sobą w interakcję, było dużo humoru i dylemat moralny dla Barry'ego który nie męczył. Poza tym mogłem pooglądać armię goryli w Star City i zobaczyć walkę Solovara z Groddem. Jedynie szkoda, że Gipsy dostała małą rolę, ale na jej powrót jeszcze przyjdzie czas. Jak się w obsadzie trochę poluźni. Tłok panował straszny, a nie było nawet Juliena. Może Savitar coś z tym zrobi.

OCENA 4.5/6

poniedziałek, 27 lutego 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #220 [20.02.2017 - 26.02.2017]

SPOILERY
American Odyssey S01E01 Gone Elvis
American Odyssey był jednym z tych seriali, które na podstawie trailera chciałem oglądać na bieżąco. Potem przyszły recenzje i musiały minąć prawie dwa lata bym dał szanse pilotowi. I jak często w takich przypadkach bywa nie jest to historia z szczęśliwym zakończeniem. Zaczyna się dobrze. Dzielni Amerykanie zabijają złego terrorystę i wpadają na ślad wielkiego spisku. Pierwsze kilka minut daje nadzieje na wielką konspirację i mocno osadzony w rzeczywistości dramat pełen tajemnic i spisków. Trochę taki mainstreamowy Mr. Robot. Tylko im więcej minut mija tym więcej problemów widać. Scenariusz jest sklejony na kolanie. Postacie i ich motywację nie przekonującą. Intryga trzyma się na słowo honoru, a bardziej nieudolnych spiskowców dawno nie widziałem. Ogląda się to dobrze, nie powiem. Póki nie zaczyna myśleć o całości, a bohaterowie zbyt dużo nie mówią. Trochę szkoda bo miałem ochotę pooglądać sobie Anne Friel na ekranie, którą bardzo lubię od czasów Pushing Daisies. Nic z tego, nie będę się męczył. Jest źle, ale też bez tragedii. Powiedziałbym nawet, że lepiej niż w przypadku 24 Legacy. Przynajmniej nie ma męczących wątków familijnych, bohaterowie nie irytują i konspiracja w jakiś sposób ciekawi. Choćby dlatego by zobaczyć jak bardzo absurdalna będzie.

OCENA 3/6 

DC's Legends of Tomorrow S01E12 Camelot/3000
Żeby się nie powtarzać pominę cykliczne wychwalanie Legend i tego co w nich działa. Napiszę o tym jak ładnie scenarzyści opracowali historię sezonu. W pierwszym odcinku wprowadzono JSA i narzekałem jak słabo zostali wykorzystani. Jak się okazuje był na nich większy plan. Już kilka tygodni temu to sygnalizowano - ich powrót i tajemnicze zaginięcie w latach pięćdziesiątych. Rip ukrył ich w przeszłości by pochować fragmenty Włóczni przeznaczenia. To daje wrażenie przemyślanego sezonu i spójnego budowania fabuły. Nawet jeśli całość była wymyślana ad hoc.

Sam odcinek to mała wyprawa do przyszłości i krótkie spotkanie z Dr. Mid-Nitem, a potem podróż do średniowiecznego Camelot. Nate łapie się za głowę z powodu żyjącej legendy, a ja się bawię doskonale. Saturn Girl okazuje się Merlinem, Sir Raymond z Palm walczy mieczem świetlnym wierząc w honor i demokrację, a Sara Lance (A Lot!) flirtuje z Ginewrą. W międzyczasie jest walka z Evil Ripem i jego armią kontrolowanych telepatycznie sługusów. Na papierze wygląda to absurdalnie, a ogląda świetnie. Campowa konwencja, świetne dialogi i humor mierzony w tonach. Aż szkoda, że do końca tylko pięć odcinków.

Muszę napisać o jednej rzeczy która mi się strasznie podoba. Zazwyczaj gdy Dobra walczy z Złem to wynik jest oczywisty. Są drobne turbulencje, ale zazwyczaj ci źli są groteskowymi przeciwnikami, którzy nie stanowią realnego zagrożenia. W tym serialu jest inaczej, prawie, groteska została. Złych się lubi, Evil Ripowi kibicuje by przeżył, a Legion of Doom często odnosi zwycięstwa. Ostatecznie przegra, ale udanie są kreowani na potężnego przeciwnika, którego trzeba się obawiać, można się spodziewać, że będą odnosić sukcesy, a Legendy nie zawsze wygrywać. A jeśli wygrają i odzyskają Ripa będą tego konsekwencję w postaci traumy kapitana.

Inne:
- czuje się oszukany. Capitan Cold miał należeć do Legion of Doom, a dopiero pojawił się kilkakrotnie i to w małej roli.
- coraz mocniej shipuje Rory'ego i Steina. Ich przekomarzanie się wypada fantastycznie. Ta duma Micka jak przyłapał profesora na kradzieży!
- nawet trafiła się scena batalistyczna. Mając świadomość ograniczonego budżetu można czuć satysfakcję. Do tego klimacik budował padający śnieg, a całość została zwieńczona pojedynkiem Sir Reymond z Palm z Darkhem.

OCENA 5/6

Teen Wolf S06E09 Memory Found
Serial bardzo dobrze zdaje sobie sprawę z prawideł rządzących ostatnimi sezonami. Mają się skupiać na postaciach i być sentymentalne. Taki jest właśnie ten odcinek. Scott, Lydia i Malia narażają własne życie by przypomnieć sobie Stilesa. Wykorzystano tutaj fajny motyw z odblokowaniem kolejnych wspomnień i te wycieczki wgłąb własnej psychiki były ładnie podane. Szkoda, że scenariusz nie był bardziej skompresowany, zwłaszcza w pierwszej połowie. Oglądanie tych samym ujęć było miłe, przypomniało te kilka lat z serialem, ale momentami męczyło. Zastanawia też wybór niektórych scenek, które wcale nie były najważniejsze dla postaci. Przeszkadza mi też ignorowanie długiego związku Stilesa i Malii i fanserwis dla Stiles/Lydia. Rozumiem więź emocjonalną łączące te postacie, ale nigdy nie byłem fanem ich romansu. Mimo kilku potknięć strasznie podoba mi się motyw przyjaźni jako siły sprawczej mogącej naruszyć barierę czasoprzestrzeni.

Trochę niepotrzebna była walka Liama i Theo z Jeźdźcami. Zapychacz odciągający od głównych bohaterów i do niczego nie prowadzący. Pojawiło się kilka udanych momentów gdy budowano zaufanie między tą dwójką, lub gdy Theo przypominał sobie wizytę w czyśćcu. Może nie byłby tak krytycznych do tych scen gdyby ktoś z nich wpadł na genialny pomysł wykorzystanie rewolwerów jeźdźców.

OCENA 4/6  

Teen Wolf S06E10 Riders on the Storm
Jedno trzeba przyznać serialowi - potrafi wykreować charakterystycznych łotrów. Odwołując się do westernowej mitologii Stanów i legendy o Dzikim gonie stworzyli rewolwerowców wymazujących ludzi z rzeczywistości i połączyli to z zaginioną kolonią Croatan. Zaszaleli również na planie prowadząc tory kolejowe przez najbardziej charakterystyczne punkty serialu, w tym szkolną bibliotekę. I tylko szkoda, że zwieńczenie historii Dzikiego gonu rozczarowało. Za często rewolwerowcy pokazywali się przez cały sezon przez co walka w ostatnich kilku odcinkach była monotonna. Kiedyś jeden stanowił ogromne zagrożenie, teraz sam Theo powalił kilku. W to wszystko wplątano wilkołaka nazistę przez co całość stała się chaotyczna co uwypuklił ostatni odcinek z bieganiem w tą i z powrotem, z średnio powiązanymi ze sobą scenkami. Niektóre były bardziej udane od innych, ale wciąż przez wszystko przebijał się chaos. Jakby podsumowując ostatnio starcie było jednym wielkim rozczarowaniem.

Na pewno udał się powrót Stilesa. Fajnie było go zobaczyć w interakcji z innymi bohaterami i od razu zrobiło się dużo zabawniej. Wejście miał iście epickie nokautując bejsbolem nazi wilkołaka, a potem obściskując się z Scotta. Tylko wciąż nie mogę wybaczyć porzucenia jego związku z Malią. Jak sam mówi, dla niego minęło kilka dni, a nie trzy miesiące więc jakieś wyrzuty sumienia by się przydały.

Mimo mojego rozczarowania jestem bardzo ciekaw gdzie zmierza serial. Zostało dziesięć finałowych odcinków, które owiane są tajemnicą. Mid-season finale skończył się bez cliffhanger, a raczej tak jakby to był ostatni odcinek całego serialu. Końcem szkoły i pożegnaniem. Time jump? Nie obraziłbym się. Na pewno chciałbym zobaczyć stare twarze. Może Allison, na pewno Dereka, może Gideona. Serial ma w czym wybierać. Oby tylko tym razem udało się napisać spójną historię na które nie będą wpływały czynniki zewnętrzne.

OCENA 3.5/6

The 100 S04E04 A Lie Guarded
Przyznaje się bez bicia, dałem się oszukać jakbym nie widział wiele seriali. Chodzi o "śmierć" Octavi. Łatwo uwierzyłem, że wypisano ją z serialu. Gdyby to był inny serial pewnie bym nawet nie mrugnął okiem, w końcu takich rzeczy nie robi się w środku odcinka na początku sezonu, bez pompy marketingowej. Mówimy tu jednak o The 100 gdzie główna bohaterka jest zdolna do ludobójstwa, a zabijanie postaci to nic nowego. Dlatego kupiłem twist bez kwestionowania ostatnich wydarzeń. I zachwycałem się jak to zostało podane. Brutalna walka z echo z ładną choreografią i pracą kamery. Stylistycznie wyszło bardzo ładnie. Najbardziej zachwycił mnie moment gdy Bellamy dowiaduje się o śmierci siostry. Słyszy to z ust Echo, zabójczyni, z którą wiążę go dziwna relacja. Bob Marley przekonująco zagrał rozpacz. Wszystko to zostało podkreślone przez niesamowitą muzykę. Bardzo miłym zaskoczeniem było pokazanie żywej Octavi budzonej przez konia. Całość to ładny hołd dla Dwóch Wież i niemalże kopia wątku z Aragornem. Co zupełnie nie przeszkadza.

Poza tym w odcinku działo się mnóstwo rzeczy. Momentami A Lie Guarded wpadał w pułapkę zbyt szybkiego tempa przez co niektóre wątki wydawały się zbyt szybko poprowadzone. Taka już specyfika The 100. Pędzić, zachwycać i opowiadać jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Najbardziej spokojnie wyszedł wątek w Arkadii. Troling Jaspera okazała się całkiem zabawny. Każdy na swój sposób radzi sobie z zbliżającą śmiercią. Było śmiesznie póki nie znalazł listy sporządzonej przez Clarke. Szybko, myślałem że z odcinek lub dwa pozostanie tajemnicą. Ludzie się dowiadują, a Clarke musi tłumaczyć. To wszystko pokazuje jak ciężka jest rola lidera. Kłamstwo by utrzymać grupę dało efekt, ale odsuwało tylko problem na później. Clarke poświęciła ideały by zapewnić spokój. Serial nie daje prostych odpowiedzi. Bawi się tym pomysłem testując heroinę. I robi to udanie ucząc jak powinien wyglądać prawdziwy lider.

Serial bardzo lubi rozdzielać bohaterów dlatego grupka z nich została wysłana na wyspę Becki by szukać ratunku dla ludzkości i sposobu wykorzystania czarnej krwi. Wiem, że to jest bardzo naiwny motyw i robienie z nauki nierządnicy, ale to działa na poziomie narracyjnym i symbolicznym dla serialu. Prowokuje też Lune do zastanowiła się nad sensem swojego istnienia. Straciła swoich ludzi, teraz Nyko (RIP) oddał za nią życie, więc co jej zostało, czy jest sens walczyć? Oczywiście, że jest. Do tego dodano klimat zaszczucia przez drony polujące na bohaterów co zdynamizowało odcinek.

Trochę boli mnie potraktowanie wątków politycznych po macoszemu. Roan stracił cierpliwość i wyrusza na wojnę po tym jak Kane opowiedział mu jaki mają plan uratowania ludzkości. Wolałbym żeby zostało to lepiej rozegrane. Teraz głowa Clarke by jakoś załagodzić sytuację. Mnie tutaj bardzo ciekawi jak zostanie rozegrany wątek Nightblood. Echo słysząc o wykorzystaniu czarnej krwi mówi o bluźnierstwie. Wprowadzenie wątku nauki i religii nie byłoby pierwszyzną w The 100. Ostatnio działało więc czemu nie teraz.

Inne:
- Clarke, cała w piance, to było zabawne, nie tak jak Jaha na jeziorze, ale się uśmiałem.
- Murphy pomagający Raven podczas ataku dronów - mój bohater. Shipuje tą dwójkę od pierwszego sezonu i pamiętnej sceny w lądowniku. 
- laboratorium genetyczne wygląda efektownie, kolejna zmiana stylistyczna w serialu i ładny kontrast w porównaniu do zrójnowanego Polis i Arkadii.
- drony strzegły laboratorium przed czymś. Przed czym dokładnie nie wiadomo. Może powróci zmutowany goryl?
- Echo i Octavia walczyły na śmierć i życie, ale Echo była wstrząśnięta jej śmiercią. Chyba nie chciałbym rewanżu, wolałbym zobaczyć je współpracujące. To byłoby ciekawe.
- Echo w wojennym makijażu. Stylistycznie The 100 tradycyjnie zachwyca.

OCENA 5/6

The Flash S03E13  Attack on Gorilla City
Miałem duże oczekiwania po tym odcinku. I trochę się rozczarowałem. Jak najkrócej mogę go podsumować? Schizofreniczny. Przeplatanka fajnych i tragicznych motywów. Logicznego i głupkowatego zachowania postaci. Pompatyczności CGI i widocznych cięć budżetowych. Widać, że twórcy chcieli z rozmachem pokazać miasto goryli i walkę na arenie, ale za brakło pieniędzy. To co jednak zdołali nakręcić wyglądało efektownie. Zresztą, sama możliwość oglądania starcia Flasha z wielkim gorylem albinosem w serialu aktorskim to wystarczający powód by ocenić ten odcinek pozytywnie. Tak więc pominę minusy i szybka wyliczanka tego co jeszcze zagrała - powrócił najlepszy Harry i liczę, że zostanie na dłużej; zapowiada się epicka inwazja na Earth-1, przynajmniej można tak pomarzyć między odcinkami; Catlin i Albert to para, którą mogę shipować; Julien ekscytujący się Planeta Małp; design miasta goryli; humor! Czyli odcinek poprawny i na poziomie sezonu.

OCENA 4/6 

Timeless S01E14 The Lost Generation
Muszę przyznać, że podoba mi się zwrot wobec poważniejszych motywów. Zastanawianie się nad przeznaczeniem, rolą Boga i tym jak bardzo jesteśmy w stanie kreować swoją drogę. Nie jest tego dużo, jest to często tylko akcentowane, ale udanie wpleciono to w narrację odcinka w odniesieniu do głównych bohaterów. Humor też jest i to całkiem udane. Przyjemne było oglądanie Hemingwaya inspirowanego Tonym Starkem czy fascynację Rufusa piosenkarką sprzed lat. Pasja do historii jest wręcz odczuwalna. Główny motyw też jest poruszany. Rittenhouse wmawia, że nie jest taki zły i przejmuję kontrolę nad wehikułem. I ja im nawet wierzę. W końcu nie pokazali nic co by ich kompletnie dyskredytowało. Serial nabrał wiatru w żagle pod koniec sezonu.

OCENA 4.5/6

Timeless S01E15 Public Enemy No. 1
Powoli zaczynam się gubić jakie historie, które seriale o podróżach w czasie pokazały. Kilka odcinków temu Capone był w Legends of Tomorrow i zawiązał sojusz z Legion of Doom, a dzisiaj pomaga Flynowi pokonać Rittenhouse. Dziwne doświadczenie, ale nie mam nic przeciwko póki historię będą dopisywać. W tym przypadku było różnie. Podobały mi się zmiany jakie zaszły w historii, Misha Collins jako Eliot Ness (który swoją drogą w Supernatural też się pojawił) i fajne nawiązanie do Nietykalnych. Przeszkadzała mi tylko historia dwóch braci i magiczna przemowa Lucy doprowadzająca do konfrontacji Caponów. Zbyt to naciągane. Mimo wszystko odcinek na plus. Było napięcie, dobrze rozłożone akcenty między współczesnością, a historyczną misja i cliffhanger całkiem, całkiem. Ranny Rufus w wehikule i Flynn znający miejsce wielkiego spotkanie Rittenhous. Udanie położono fundamenty przed finałem.

OCENA 4/6

Timeless S01E16 The Red Scare
Jak przystało na finałowy odcinek dużo się wydarzyło. Historia została zmieniona, umiejętnie prowadzono wątki osobiste, ujawniono do kogo należy lojalność niektórych bohaterów, wprowadzono nowe wątki, a część została zamknięta. Nawet cliffhanger spełnił swoje zadanie. Przez kilka miesięcy można wisieć na krawędzi klifu z zapartym tchem. I gdzieś między tymi fajnymi rzeczami które udało się wprowadzić tkwi owoc rozgoryczenia i zawodu. Tak zawiodłem się. Trochę tempem akcji mającym czkawkę i zwalniającym w nieoczekiwanych momentach. Trochę zbyt szybkim i naciąganym rozwiązaniem głównego wątku. Trochę dalszym ciągnięciem wątku Rittenhouse. No cóż mogło być lepiej.

Podoba mi się jak bohaterowie zostali oszukani. Ich plan zniszczenia Rottenhouse pozornie się udał. Cahil współpracował i dzięki niemu zamknięto ponad setkę ich współpracowników. Tylko czy to był ich plan? Potrzebne poświecenie w imię większej sprawy? Skoro Emma jest ich agentką mogła ostrzec o przekabaceniu Cahila, powinna o tym wiedzieć będąc pilotką Flyna. Tylko czemu jej nie pokazano w przeszłości?

Wiemy też, że matka Lucy należy do elity Rittenhouse. I przypominając sobie sceny z Lucy, która mówiła, że matka popychała ją do pasji historią, jak kierowała jej przeszłość można dojść do wniosku, że planowała by Lucy latała wehikułem. Diaboliczny plan, ale znając przyszłość, dzięki Emmie, nie taki wcale naciągany. Tylko mam z tym jeden problem. Nie przejmuje się zbytnio Rittenhousem ponieważ nie znam ich celów. Serial wmawia przez całą emisję jacy to oni są źli, jak wpływają na historię i rządzą światem, ale tego nie widać. Nie wiadomo też czego tak na prawdę chcą. Władza dla samej władzy? Bez sensu. Kreowania historii? Lepiej, ale nigdzie to nie została potwierdzone.

Od zawsze shipuje Jiye i Rufusa. Dwie osoby, które wpadły w wielką intrygę, a najchętniej grałyby w Street Fightera. Cieszy mnie, że Jiya dostanie większy wątek w przyszłym sezonie. Czteroosobowa podróż w czasie wywołała u niej wstrząs i teraz mentalnie podróżuje w czasie. Jak w Rzeźni numer pięć, sam Kripke przyznaje się do tych inspiracji. To zapowiada całkiem fajny motyw na drugą serię i wprowadzi fantastyczny element do tego naukowego świata. Nawet jestem w stanie wybaczyć, że to akurat jej się przydarzyło, a nie całej czwórce.

Pisze o nadziejach na drugi sezon, a on wcale nie został potwierdzony co mnie trochę martwi. Serial na pewno nie jest tani w produkcji. Stroje i krajobrazy zmieniają się co odcinek. Oglądalność też nie jest hitowa. Mimo to cicho liczę na S02 np. w piątkowe wieczory w miejscu zakończonego Grimm. I może wtedy serial będzie sobie odważniej poczynał. Bawił się historię i zmieniał teraźniejszość. Podobno Revolution od Kripke i Ryana złapało wiatr w żagle podczas drugiego roku. Może tutaj będzie podobnie. Potencjał jest. A jeśli dostanę to samo to też nie będę bardzo narzekał.

OCENA 4/6

wtorek, 21 lutego 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #219 [13.02.2017 -19.02.2017]

SPOILERY

24: Legacy S01E03 2:00 P.M. - 3:00 P.M.
Dalej jest słabo, ale dla odmiany odrobinę bawiłem się przy tym odcinku. Zaraz po tym gdy zdałem sobie sprawę, że to absurdalna parodia starej serii. Zamiast kręcić głową z niedowierzaniem kilka razy zdarzyło mi się wybuchnąć śmiechem. Dawno nie widziałem tak absurdalnej sceny jak uciekający trup i szok nauczyciela chemii. Albo maślane oczy policjanta do Cartera. Szybciutko uwierzył mu w bajeczkę o terrorystach i zaczął pomagać. Wiadomo, jeden policjant odpychający charakterologicznie i fizycznie, a drugi jego przeciwieństwem. Zabawne było też wrabianie Nilii. Im bardziej wydawała się winna tym mniej to było prawdopodobne. Pośmiałem się też z homoseksualnego romansu w CTU. Serial chcę być tak bardzo progresywny, że wręcz krzyczy o uwagę. Carter dalej jest pięć długości za Jackem wciąż zgrywając ofiarę i nie wykazując się talentem. Pierw został znokautowany przez Bena i stracił McGuffina, a gdy gonił terrorystów potrącił go samochód. Idę o zakład, że do maksymalnie szóstego odcinka będzie torturowany.

Muszę być jednak szczery, parę rzeczy się udało. Pierwsze parę minut wywoływało niewielkie napięcie, kilka scen solidnie nakręcono pod względem przesuwania się kamery, a i postacie nabierają troszkę głębi. Tyci, tyci, ale jednak. Nawet pokazano traumę po PTSD i może było sympatyzować z Benem. Dodano też kolejny poziomintrygi. Robi się to piramidalnie głupie co akurat jest urokiem tego serialu. Tylko muzułmanie zostali zastąpieni Latynosami jako ci źli. 

Inne:
- niby Carter jest w programie ochrony świadków, ale nie przeszkadza to policji dowiedzieć się tego samego co kilka osób na świecie. Oczywiście nikt też nie przejął się pieniędzmi mającymi być dowodem.
- co jest najbardziej podejrzaną rzeczą na świecie? Opuszczenie pokoju gdy rozmawia się przez telefon. Wiadomo, konspiracja, ukryte agendy, światowe spiski i reptilianie.

OCENA 2.5/6

Power Rangers Jungle Fury S16E07 Pizza Slice of Life
Podobał mi się pomysł postawienia złych w centrum wydarzeń. Camille musi udowodnić swoją wierność Dai Chi i walcząc z Naji staje się coraz silniejsza. Pokazano zróżnicowanie frakcji i własne cele. Teraz tylko liczę, że zostanie to bardziej pociągnięte. Ponieważ serialowi brakuje fabuły. Fajny pomysł został położony naciskiem na walki. Walczyli, walczyli i nie chcieli przestań walczyć. Ni to ciekawe ni zajmujące. Było kilka drobnych elementów zaczerpnięty z filmów wuxia, ale ogólnie wyszło dość sztampowo.

U Rangersów kilka komediowych scenek opierających się głównie na slapsticku. Aż mi się przypomniały sceny z Mięśniakiem i Czachą obrywających jedzeniem. Czyli słabo. A motyw przewodni odcinka był w porządku, nauczyć się odpowiedzialności i poznać wartość roli lidera w drużynie. Demokracja i niezależność są fajne, ale zawsze ktoś musi przewodzić. Jednak najfajniej wypadł RJ, który wybrał się na konkurs wędkarski by zakłócić jego przebieg i walczyć o prawa zwierząt. Oczywiście w przesadzonym stroju wędkarza. Ogólnie parę razy się pośmiałem, parę razy zażenowałem. Jak na razie standard.

OCENA 3.5/6

Power Rangers Jungle Fury S16E08 Way of the Master
Suprise, suprise. Odcinek rozpoczął się od walki z złotą kulą i wielkim zdziwieniem dotyczącym tego co dzieje się na ekranie. Będzie dobrze pomyślałem i w sumie miałem rację. Wciąż nie wszystko zagrało, ale czuć postęp. Fabularnie wprowadzono nowego mentora, który jest fajnym przeciwieństwem dla RJ. Zrzędliwy dziadek i wyczilowany wujek, pasują do siebie, nawet czekam by zobaczyć ich wspólną scenę. Coś dzieje się też u złych - Dai Chi wybrał się na nauki do potężnego Overlorda. Najwyższa pora żeby wykrystalizowała się jakaś historia. Pod względem humoru i morału odcinek również odbieram pozytywnie. Zaskoczyły mnie również walki. Ostatnio się rozczarowałem, a teraz było na czym oko zawiesić dzięki wykorzystaniu broni. Mam ochotę na kolejny odcinek.

OCENA 4/6 

Riverdale S01E04 Chapter Four: The Last Picture Show
Ładnie serial komplikuje relację między bohaterami coraz więcej ujawniając z ich prywatnego życia. Martwiłem się wątkiem Archiego i nauczycielki, ale całkiem sprawnie go rozwiązano. Szalone śledztwo Betty i Veronicy oraz punkt kulminacyjny z konfrontacją z rodzicami. To na prawdę się udało, ale najbardziej jestem ciekaw konsekwencji tego wątku dla bohaterów. Cieszy mnie, że nie tylko młode pokolenie ma rozbudowane wątki. Bardzo ważna jest historia rodziców Veronicy. Hermione przejęła interesy męża i całkiem nieźle sobie radzi z gangiem motocyklowym. Do którego należy ojciec Jugheada. Co lepsze odrobinę ruszył wątek morderstwa Jasona - włamano się do domu szeryfa by zdobyć informację o śledztwie. Podobały mi się też dialogi, humanizowanie Cheryll nie zapominając też o jej bitchowatości i położenie dużego akcentu na zaufanie do drugiej osoby oraz pewną dozę sentymentalizmu za starymi czasami. Jest lepiej niż się spodziewałem.

OCENA 4.5/6

The 100 S04E03 The Four Horsemen
Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy oglądacie ten serial. Konsekwentnie The 100 obdziera bohaterów z ich złudzeń dotyczących poprawy swojego losy. Przyszły kataklizm jest nieunikniona, śmierć przyjdzie po wszystkich nie ważne jakby się starali. Nie za pół roku, a za dwa miesiące nastanie koniec, którego preludium coraz bardziej daje o sobie znać. Wymieranie zwierząt to pierwszy etap. Drugim jest choroba popromienna. Oglądanie umierających ludzi, tego jak nie można było im pomóc i równoległe odkrycie nieszczelnego bunkra, który stał się masowym grobem było przygnębiające. Kapitalnie wyszły też dwie bardzo kameralne sceny. Z Raven, która kierując się chłodną logiką nie chcę dać leków na chorobę radiacyjną, a potem przygląda się umierającej dziewczynce. Mocne nie tylko ze względu na wymowę, ale też grę aktorską Lindey Morgan. Fantastycznie poradziła sobie również Eliza Taylor-Cotter podczas sporządzanie listy setki przeznaczonych do ocalenia. Walka ze sobą podczas wypełniania ostatniego wolnego miejsca, ból i wyrzuty sumienia na twarzy. Młodzi aktorzy wyrobili się przez te kilka lat serialu.

Na drugim końcu świata, w Polis wydarzenia nie miały tak mocnego wydźwięku emocjonalnego. Podobał się na pewno klimat dżihadu przeciw maszynom robiący za tło. Troszkę mieszanie uczucia mam do wątku córki Indry, fanatyczki religijnej i strażniczki  Płomienia. Pojawiła się znikąd i od razu odgrywa sprawczą rolę w fabule. Jednak jej interakcję z Octavią i Indrą mogą być w przyszłości bardzo interesujące. Zastępcza córka i rodzona walczące o względy matki. I jeszcze jedna - Skairipa, Śmierć z Nieba, ładnego przydomku dorobiła się Octavia, a tatuaże dodają jej badassowatości.

Koniec odcinka to maleńki promyczek nadziei - krew Natblida pozwala zwalczyć chorobę popromienną. Może to nie jest droga do przetrwania gatunku, ale na pewno jakiś sposób by zwiększyć te szansę. Powróci też kolejny motyw, istotności krwi. The 100 ładnie odwołuje się do swojej mitologii i zatacza pełne koło, jak np. w przypadku setki mającej przetrwać w zamknięciu. Zupełnie jakby miał to być ostatni sezon.

OCENA 5/6

The Killing S02E01E02 Reflections | My Lucky Day 
Kolejny serial do którego pewnie bym nie wrócił gdyby nie moje eksperymentowanie z serialami, które zacząłem oglądać. Ten 1,5h seans nie zmieni moje postanowienia. Pięć lat temu The Killing było warte oglądania. Dzisiaj formuła nie jest niczym nowym, intrydze brakuje świeżości, a bohaterowie, no cóż bohaterowie wciąż są bardzo mocną stronę. Jednak najlepsze są kameralne momenty pokazujące ludzkie słabostki lub ich wewnętrzną siłę. Fabuła mnie zbytnio nie interesowała. Obraziłem się na serial gdy nie powiedzieli kto zabił Rosie w finale S01 mimo to wciąż doceniam momenty i dramaty postaci. Myślę nawet, że mogłoby mi się spodobać. A potem myśleć o innych serialach, które mógłbym obejrzeć w tym samym czasie i jednak zbytnio nie interesują mnie dalsze losy śledztwa Linden, tego jak Holden poradzi sobie z czyhającą na niego mroczną stroną miasta i czy Stan przekroczy granicę. Jeśli Los będzie chciał sprawdzę następny epizod, ale wątpię by to szybko nastąpiło.

OCENA 4/6

środa, 15 lutego 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #218 [06.02.2017 - 12.02.2017]

SPOILERY

24: Legacy S01E01 12:00 P.M. - 1:00 P.M.
Spodziewałem się rozczarowania. Czegoś w rodzaju smutku i tęsknoty za Jackem, ale ostatecznie pewnego substytutu starych dobrych 24. Nie byłem jednak gotowy na taki bezwstydny cios w krocze. I nie wiem czy to wina zmiany percepcji seriali jaka się u mnie dokonała czy zwykłej nieudolności 24: Legacy. Zakładam, że to drugie, tak jest łatwiej. Chociaż powinienem się tego spodziewać. Już przy ostatnim sezonie 24 i Live Another Day mówiłem, że marce potrzebne są zmiany. Trzeba zatrudnić nowe twarze nie tylko przed, ale głównie za kamerom. Potrzebna jest zmiana showrunnerów na młodych i gniewnych, nie bojących się odważnych decyzji wnoszących świeżość do formy. Legacy tego nie oferuje. To bezrefleksyjna kalka pojawiających się na przestrzeni lat pomysłów. Nawet nie esencja serialu tylko losowy zbiór motywów. Jest źle, co mnie bardzo smuci.

Nie miałem nic przeciwko gdy do roli nowego Jacka zatrudniono Coreya Hawkinsa. Nie mam nic przeciwko jego grze, widziałem dużo gorszych aktorów. Przeszkadza mi jego postać. Brakuje mu magnetyzmu, jest zwyczajnie nudny. Były wojskowy, problemy rodzinne, kłopoty z bratem bla bla bla. Kogo to obchodzi? Jednak najgorszy jest brak efektu wow. Wprowadzenie postaci jest toporne przez co od pierwszej sceny akcji jestem do niego zniechęcony. Ponieważ nic w niej nie pokazuje i łatwo daje się zaskoczyć terrorystą. Ostatnia strzelanina trochę poprawia sytuację, ale nie mogłem przestać się śmiać bo ciągle widziałem przed oczami kultową już scenę ucieczki z Prometeusza.

Fabularnie nie wciąga. Brakuje stawki, ale pierwsza scena jak na wprowadzenie do thillera politycznego jest żałośnie nudna. Może chciano zacząć kameralnie i stopniowo zwiększać stawkę? Nie wyszło. Potem są scenki obyczajowe. I jeszcze jedna i jeszcze. Poznajemy też początki wątków politycznych podczas kampanii wyborczej. Jest Jimmy Smith i Miranda Otto więc ma odrobinę mojego zainteresowania, ale to szybko niknie. Już są konflikty małżeńskie. Tak jak trójkąt miłosny z Carterem i jego żoną. Są też dwa megafacepalmy i kilka mniejszych. Te największe to szkolny wątek z czeczeńską uczennicą/terrorystką uwodzącą nauczyciela (!) i idiotyczne zachowanie w CTU. IDIOTYCZNE! Pewnie, że trzeba zakładać, że kretem jest nowy szef i ogłuszyć go paralizatorem. Jest też... zresztą nie ważne. Chodzi o to, że nie ma tutaj nic przez co już teraz chciałbym włączyć następny odcinek poza myślą "ciekawe co teraz spieprzą". Metr muły i zdechłe ryby. Już zupełnie pomijam stereotypowe podejście do terroryzmu, które tak bardzo jest teraz potrzebne Ameryce.

OCENA 2/6

24: Legacy S01E02 1:00 P.M. - 2:00 P.M.
Co za koszmar. Nie dałem rady obejrzeć w trakcie jednego posiedzenia, musiałem zrobić prawie 24 godzinną przerwę podczas, której tylko wkurzałem się na poziom jednej z moich ulubionych franczyz. Jest równie źle co w pilocie, niemalże każda scena to piramidalna głupota. Szkoda mi czasu by przyglądać się wszystkim idiotyzmom bo bym pisał i pisał, a już wystarczająco szkoda mi czasu, który poświęciłem na oglądanie.

Serial próbuje Hawkinsa za bardzo wzorować na Bauerze, który zdolny był do radykalnych kroków by osiągnąć powodzenie misji. Tylko, że tutaj przybrało to absurdalnąformę. Co zrobił by Jack gdyby był szantażowany przez terrorystę?  1) zorganizowałby na niego zasadzkę przy wsparciu CTU, 2) spełniły jego żądanie pierw prosząc brata o 2 miliony, a potem atakując posterunek policji? Co jest prostsze? Odpowiedź jest oczywista. Co zrobił główny bohater? Wybrał bramkę numer dwa. Przy okazji serial topornie, niczym dzielenie włosa siekierą przedstawił swoje spojrzenie na problem brutalności policji wobec czarnoskórych. Wisienką na torcie było jednak zamontowanie policjantowi bomby by zapewnić jego posłuszeństwo. Pac, pac, pac i czoło boli.

24 zawsze miało delikatnie mówiąc, nietrafione wątki obyczajowe. Tutaj jest tego apogeum. Czeczeńska imigranta/terrorystka uwodzi swojego nauczyciela by ten zbudował jej bombę, a potem tenże nauczyciel zabija innego ucznia który nakrywa ich w jednoznacznej sytuacji. Wątek gangsterski jest równie potrzebny. Żeby pokazać już nie trójkąt, a czworokąt miłosny i przedstawić historię zdrady i walki o władze w gangu zdradzonej dziewczyny. Szczyt serialowego scenopisarstwa i rewolucja w kreowani fabuł thrillerów politycznych.

Jednak fabuła wcale nie jest tutaj najgorsza. Bawienie się zapałkami ma w sobie więcej napięcia i emocji niż ten potworek. Akcja na posterunku policji to nic specjalnego. Strzelania żadnego nie było więc adrenalina nawet odrobinkę nie skoczyła. Wątki szpiegowską są rozgrywane strasznie. Nie przedstawiono dobrze bohaterów, a już nastawia się ich przeciw sobie. Nie obchodzi mnie, że ktoś komuś nie ufa skoro nie wiem co ich łączyło, jakie mają cele i ambicję. Odkrywanie źródła wycieku to amatorka. Serial pierw oszukuje, że do wiedzy o tożsamości rangersów miały dostęp trzy osoby, a potem okazuje się, że cztery, a tak na prawdę wszystko zostało elegancko zarchiwizowane. Potem podsuwa trop o terrorystce w szeregach kandydata na prezydenta (sorry, nawet nie chcę mi się sprawdzać jak się nazywa), oddala to podejrzenia by ostatecznie zrobić z niej (domniemane) źródło wycieku. Wszystko to na przestrzeni  max. 20 minut. I teraz stawiam swoją kolekcję tazosów, że jest wrabiana.

Na koniec jeszcze jedno - drętwe jak Stumilowy Las rozmowa o patriotyzmie, wierze w szczere intencję i zaufaniu do drugiej osoby. Jak tak dalej pójdzie moje bębenki zaprotestują podczas następnego odcinka i będę miał samą wizję. Co tylko przysłuży się mojej kondycji psychicznej.

I tak, zamierzam obejrzeć następny odcinek. Będę się frustrował, bił po czole i krzyczał na bogu ducha winny ekran, ale obejrzę z powodu mojego przywiązani do marki. Mam też naiwną nadzieje na poprawę. Przecież dobrze pamiętam jak wylałem kilka wiader pomyj na pilot The 100, a teraz chłonę z niezdrowym zainteresowaniem kolejne odcinki.

OCENA 2/6

DC'S Legends of Tomorrow S02E11 Turncoat
Seans LoT zaraz po 24 był jak prysznic po orce na ugorze. Ten serial ma duszę, doskonale zdaje sobie sprawy z swojej komiksowości i nie boi się jej używać. Epizod był pełen humoru i akcji. Już voiceover z początku odcinka Micka był zabawny, a potem to już tylko eskalacja niesamowitych pomysłów których zwieńczeniem był jego pomnik Roryego z Washyngtonie czy ucieczka zmniejszonego Raya przed szczurem. Dawno tak dobrze się nie bawiłem. A przecież odcinek miał też dramatyczniejsze momenty. Postrzelenie Sary przez Ripp to udana gra na emocjach. Wiadomo, nic jej nie będzie, ale tworzy emocjonalne następstwa. Podobał mi się też Jax jako kapitan i jego zabawa w Kevina samego w domu. I ta końcówka gdzie wszyscy siedzą przy świątecznym stole gdzie poruszono często przewijający się motyw rodziny. Jak mam się do czegoś przyczepić to tylko do seksu Nate'a z Amaya. Nie pasuje mi to do kontekstu równolegle rozgrywających się wydarzeń.

OCENA 5/6

Falling Skies S02E01 Worlds Apart
Gdy maszyna losująca wydała wyrok obejrzenia Falling Skies trochę się zmartwiłem i trochę ucieszyłem. To jest serial do którego chciałem kiedyś wrócić i nadrobić. Pamiętam, że kiedyś miałem mocno mieszane uczucia. Podobał mi się setting i kilka elementów z historii, ale denerwowały poboczne wątki i momentami konieczność mocnego zawieszenia niewiary. Po tym odcinku mam jednak pozytywne odczucia. Nie na tyle żeby z miejsca włączyć następny, ale wystarczająca by ta myśl mnie kusiła.

Ogólnie podobał mi się klimat zaszczucia i walki z kosmitami. Dano też dużo czasu bohaterom, szczególnie synom Toma, ale to akurat gorzej wyszło. Ja rozumiem, że to rodzinna drama, ale to właśnie te wąki mnie najbardziej męczyły. Wolałbym żeby więcej czasu poświęcono na szukanie sposobu ucieczki przed kosmitami niż konflikt dwóch nastolatków. Drama z Benem i Halem była męcząca. Poruszono trudny temat, czy można dać dzieciom broń by się broniły, ale wypadło to bardzo słabo. Fajnie za to wypadły wątpliwości Weavera czy nie pusunął się za daleko podczas wojny i czy przez niego nie cierpią cywila, a obecność TOma by coś zmieniła. Widać też rodzące się konflikty i nieufności. Nie widać za to motywu przeowdniego na cały sezon.

Po cliffhangerze kończącym pierwszą serię najbardziej mnie ciekawiło co będzie na statku obcych i jak wypadną nowi kosmici. I tutaj znowu, mieszane odczucia. Wyszło generycznie i nic rzucono nowego światła na cel inwazji na Ziemię. Przylecieli i chcą nas zniewolić jak inne rasy. Scena rozmowy była ładnie nakręcona, a design kosmitów całkiem udany. Humanoidalny, ale w wystarczającym stopniu odczłowieczniony. Tylko szkoda, że nic nowego tam nie powiedziano. Więcej miejsca poswięcono na wędrówkę Toma do swoich. I tutaj ogromne rozczarowaniem. Pomógł młodej dziewczynie by następnie podróżować z nią przez kilka miesięcy. Ogromny potencjał na opowiadanie historii. Tylko, że ona postanawia odejść gdy docierają do celu. Po The Last of Us taka banalna opowiasta w Falling Skies mocno mnie rozczarowało. Zero więzi i przywiązania, nic co by pokazywało, że długa podróż ich zmieniła. Czas antenowy nie jest z gumy, ale w takim wypadku lepiej nie opowiadać tego typu historii.

OCENA 4/6

Inne:
- dziwnym trafem gdy kosmici zaproponowali rezerwaty dla ludzi Tom nawiązał m.in. do Hitlera ale nie wspomniał o tym co zrobili rdzennej ludności Ameryki. Ja rozumiem, że momentami jest to laurka dla Amerykanów, ale takie wybielanie historii mnie mocno zniesmaczyło.

Riverdale S01E02 Chapter Two: A Touch of Evil
Bardzo chciałbym żeby Riverdale mi się podobało. Poprzedni odcinek taki był, niestety teraz nie mogę napisać tego samego. Zamiast w większym stopniu skupić się na morderstwie, jego wpływie na miasteczko albo na jego dziwaczności pokazywano nudne konflikty. Szczególnie męczył wątek Archiego i jego problemu z wyjawieniem strzału nad rzeką. Cięzko mi go obdarzyć sympatię. Jest manipulowany przez nauczycielkę czego zupełnie nie widzi. Za stary jestem na takie historię. Tak jak konflikt między Veronicą i Betty. Liczę, że przecierpiałem to i teraz będzie spokój. Brakowało mi tez atmosfery z pilota, jakby inni ludzie byli odpowiedzialny za stylistykę serialu.

Na szczęście było kilka świetnych momentów. Jak wykorzystanie muzyki która buduje nastrój sceny i wzmacnia napięcie. Gdyby nie ona otwarcie odcinka mogło być jeszcze gorsze niż było. Świetnie wypadła piosenka Josie and Pussycats przed meczem. Podoba mi się też jak serial buduje swoją szeroką obsadę wprowadzając kolejne postacie znane z imion, nawet w drugoplanowych rolach. Na szczęście końcówka trochę namieszała w tajemnicy morderstwa Jasona i rzuciła fałszywe oskarżenie względem Cheryl. Jestem zaintrygowany.

OCENA 3.5/6

Riverdale S01E03 Chapter Three: Body Double
Czasem mam wrażenie, że serial za bardzo się stara. Przy swoimi campowym wyglądzie próbuje poruszyć tematy trudne. Upchnąć jak najwięcej w czterdzieści minut przez co wątki nie są odpowiednie poprowadzone. Głównym wątkiem był tutaj slut shaming i mam bardzo mieszane uczucia jak to zostało poprowadzone. Narobiono hałasu o niesłuszne oskarżenie o seks i dokonano zemsty na złych chłopakach. Bez refleksji i równouprawnieniu i samostanowieniu kobiet. Miałem nawet wrażenie, że serial odwraca kota ogonem. Nie mówi, że krytyka kobiet za uprawianie seksu jest zła, tylko, że oskarżeni jest be. Nie podobała mi się też zemsta Veronicy. Jej tyrada była świetnie zagrana i napisana. Przecież nie pozwoli się obrażać! A potem nic z tym konkretnego nie zrobiła tylko zgodziła się na plan Betty. Który był równie zły - fizyczna zemsta. Liczyłem na coś bardziej wyrafinowanego. W tym wypadku przeszkadza mi również odcięcie od niego Archiego. Był w drużynie futbolowej, musiałem wiedzieć o takich zabawach jego kolegów, a serial nawet na ten temat się nie zająknie. Dla przeciwwagi podobało mi się jak idealizowanie Jasona przez Cheryl została zburzone.

Odcinek mimo swoich wad zrobił kilka rzeczy dobrze. Jak zagęszczanie intrygi morderstwa i sprawianie kłopotów swoim bohaterom. Umiejętnie rozbudowuje też świat i uwiarygodnia bohaterki. Jak kłopoty psychiczne Betty, republikański harcerz uczący strzelać swoich podkomendnych z broni czy zapowiedzi z offu nadchodzącej tragedii. To wszystko sprawia, że serial mimo wszystko potrafi zachęcić.

Inne:
- gazeta szkolna w dzisiejszych czasach? Ja rozumiem, że akcja Rivendale ma miejsce gdzieś obok, w alternatywnym i przestylizowanym świecie, ale bądźmy poważni, zwłaszcza, że Sheryl nałogowo korzysta z twittera.
- gościnny występ Shannon Purser czyli Barb z Stranger Things dał możliwość poprowadzenia fajnego dialogu między dwoma serialami. Scena kulminacyjna z udziałem Ethel dzieje się w domu z basenem gdzie ma dojść do seksu nastolatków tylko tutaj wszystko szczęśliwie się kończy. Fajnym zagraniem było też wypowiedziane przez Sheryll #justiceforEthel czy bezpośredniej odwołanie do kampanii w mediach społecznościowych po emisji Stranger Things. Może i czasem odnoszenie się do innych dzieł popkultury jest ordynarne, ale sprawia mi sporo frajdy.

OCENA 4/6

The 100 S04E02 Heavy Lies the Crown
To ci niespodzianka, odcinek The 100 z moralnymi dylematami. Pierw Clark męczy się czy powiedzieć ludziom o końcu świata nie mając rozwiązania. Los lidera jest ciężki. Mówiąc bez planu odbiera ludziom nadzieje, zatapiając informacje przypomina ALIE odbierając im prawo wyboru jak spędzić ostatnie chwilę. Ostatecznie decyduje się na półśrodek. Kłamie obiecując nadzieje, bierze przykład z Jahy i obciąża się ciężarem przywódcy, które może zaciągnąć ją na dno gdy sprawy wyjdą na światło dzienne. A wyjdą. Nikt teraz jej nie lubi, ale ona się tego spodziewała. Wszyscy są smutni, że umrą. Tylko Jasper chwyta dzień. Biedaczek strzeli sobie w łeb jeśli uda się mu przeżyć koniec świata.

Drugą wahającą się osobą jest Bellamy. Wraz z ziomkami wyruszył po kolektor do stacji rolniczej by po apokalipsie wytarzać wodę. Tam zastaję Ice Nation i ich małą fabryczkę z niewolnikami. Zamiast dyplomatycznie rozmówić się z sojusznikiem dochodzi do konfrontacji. Nie bez głębokich przemyśleń. Czy można ocalić garstkę ryzykując przetrwanie setek? Dylemat zwrotnicy z możliwością zatrzymania pociągu. Bellamy odpokutowując winy z zeszłego sezonu chce dać ukojenie duszy tu i teraz, a nie czekać pół roku i sprawdzić czy plan się powiedzie. Jego decyzja jest zrozumiała. I głupia. W międzyczasie podobał mi się powrót Rileya i dyskusja w grupie. To nie była autonomiczna decyzja Bellamy'ego, a głosowanie gdzie można było łatwo zrozumieć każdą z stron i dlaczego dani bohaterowie w taki sposób się opowiadali.

W Polis działy się rzeczy wagi królewskiej. Chociaż z małymi narracyjnymi problemami - osobiste wprowadzenie nowej postaci na początku odcinka, która potem niewiele robi. Roan ma zostać wyzwany na pojedynek przez jednego z ambasadorów. Ćwiczy (świetny trening z Echo), ale jest daleki od swojej najlepszej formy. Pokój dla Skikru i władza dla Ice Nation mogą się skończyć zanim na dobre się nie zaczęły. Dyplomatyczne działania Kane'a nie dają rezultatu więc do działania bierze się Octavia. Przesiąknięta ideologią Grounders i szukając własnej drogi zabija przyszłego rywala Roana. Wciąż jest lojalna swoim, ale teraz działa według własnych zasad. Działa poza nawiasem z własnym kodeksem moralnym. I jestem bardzo ciekaw jej drogi. Cicho liczę na trochę scen z Echo.

OCENA 4.5/6 

The Flash S03E12 Untouchable
Nie wiem jak Arrow, ale superbohaterskie seriale The Cw całkiem nieźle radzą sobie w tym roku. Ostatni Flash początkowo był niemrawy, trochę nudził i brakowało napięcia. Na szczęście szybko przeistoczył się w bardzo solidny odcinek z wysoką stawką i solidnymi historiami pobocznymi. Nawet walka z metą nie była zwykłym dodatkiem, ale wniosła coś do historii przepowiedni Savitara. Z małych i dużych rzeczy najbardziej mnie cieszy wtajemniczenie Joe'ego w sprawę śmierci Iris. Oczywiście w odcinku było tez kilka mniejszych czy większych głupotek, ale skutecznie były spychane na drugi plan z powodu funu jaki dawało oglądanie tego co dzieje się na ekranie.

Podobały mi się dialogi w odcinku, co akurat jest pewnym odstępstwem od normy. Szczególnie w scenach dramatycznych. Tutaj wszystko zadziałało. Tyrada Juliena w stronę Killer Frost była mocna. Tak jak motywacja przemowa Barry'ego w stronę Wally'ego. Ogólnie sceny między postaciami pokazywały coś nowego o nich, nie były pustymi wypełniaczami ekranu. Barry jako mentor się sprawdza, Catlyn walczy i powoli wygra z swoją złą stroną, a Iris bardzo boi się tego co ma wydarzyć.

Końcówka to powrót Jessie Quick i zapowiedź wyprawy na Earth-2. Dwuodcinkowa historia z gorylami powinna być czymś wyjątkowym.

Inne:
- Sarah w Legends of Tomorrow i Iris w The Flash otarły się o śmierć tego samego dnia i ranne przeleżały część historii. Przypadek? Nie sądze.

OCENA 4.5/6