Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 lutego 2016

Serialowe podsumowanie tygodnia #171 [25.01.2016 - 31.01.2016]

SPOILERY

Colony S01E01 Pilot
Stacja USA Network kontynuuję dobrą passę zapoczątkowaną przez Mr. Robot i przedstawia kolejny solidny pilot. Może nie porywający jak swoje poprzednie dzieło, ale mający mityczne "to coś" dzięki czemu chcę się zobaczyć więcej. Tym razem mamy świat po inwazji kosmitów, których nie widać i rodzinkę na przedmieściach. Życie toczy się dalej tylko stany przypominają totalitarny reżim rządzony przez kolaborantów, Los Angeles jest nie wiedzieć czemu podzielone na dzielnicę otoczone gigantycznymi murami, a po zmroku zapada godzina policyjna. Jest to tło dla rodzinnej tragedii. Zaginiony syn i ojciec próbujący go odnaleźć. Dość sztampowa historyjka, która jest pretekstem do przedstawienia świata. Pokazanie trudnej sytuacji skolonizowanej przez najeźdźców Ziemi (chichot historii), prześladowania kolejnych obywateli i strzępy mitologii świata. Tempo jest stonowane przez co pozwala wybrzmieć kolejnym sceną, które kreślone są grubą kreską. Ciekawie wypada zdesperowana żona poszukująca męża lub leków dla siostrzenicy. Świat się zmienił, reguły są inni, a cechy pozytywne i negatywne zostały uwydatnione. Podoba mi się, będę zdecydowanie oglądał dalej by zobaczyć czy całość będzie miała sens. Liczę na flashbacki z pierwszym kontaktem i motywację pierwszych ludzi współpracujących z najeźdźcami. Jestem ciekaw, a to dobrze wróży na przeszłość.

Bardzo bałem się historii, bardziej niż wizji świata. Mamy rodzinkę z dziećmi i dramat familijny. O dziwo, to działa. On jest dawnym agentem, który teraz się ukrywa, naraża jednak swoje życie by odnaleźć zaginionego syna. Zostaje złapany i zmuszony do współpracy i zniszczenia ruchu oporu. Dobry amerykański żołnierz postawiony przed niemożliwym. I tutaj myślałem, że serial nakreślił ton, a sezon skupi się na balansowaniu między dwiema stronami, gdzie wybór tych dobrych jest oczywisty. Błąd. Jest jeszcze żona, równoprawna bohaterka serialu. Miota się po świecie, widać, że umie sobie radzić, a na końcu okazuje się, że należy do ruchu oporu. Genderowy twist, gdzie to kobieta odgrywa tą ważniejsze rolę. Podoba mi się. Tym bardziej, że nie mówi o tym mężowi, a zakończenie nie miało szokować, a już wcześniej udzielano wskazówek dotyczących jej działalności. Czekam na podwójną grę małżonków, autentycznie jestem ciekaw jak to wyjdzie i liczę, że prawda przez długi czas pozostanie tajemnicą przy zachowaniu odpowiedniego napięcia. Jak bardzo ona może jego wykorzystywać? Jak długo on będzie w stanie stać po stronie tych złych? I jak wpłynie to na rodzinę? Mikro i makro skala serialu wydają się równie interesujące. Na plus aktorzy Josh Holloway i Sarah Wayne Callies grają to co znamy - trochę Sayera i lepszą Lori, ale to się sprawdza.

Oddzielny akapit dla zdania o dzieciakach - nie przeszkadzają, a scenarzyści nie skupiają się na nich. To zabiło wiele seriali i liczę, że nie będą dostawać więcej niż jednej sceny na odcinek.

OCENA 4.5/6

DC'S Legends of Tomorrow S01E02 Pilot, Part 2
Nie spodziewałem się takiego skoku jakościowego. Dalej serial ma wady, ale teraz dużo przyjemniej się go ogląda. Najbardziej mi przeszkadza brak planu Huntera, jego wycofanie i luźne podejście do podróży w czasie co akurat jet domenom tego uniwersum. Mam też nadzieje, że zapobieganie kolejnym paradoksom nie stanie się rutyną. Fabułka odcinka była taka sobie i bardzo było czuć, że to druga część pilota, która powinna zostać wyemitowana premierowej nocy.

Poprawiły się interakcję w drużynie. Teraz gdy zostali zebrani dużo ze sobą rozmawiają, kłócą się i zawierają kolejne przyjaźnie. Czuć też ich indywidualność, nie są bezpłciowym bohaterem zbiorowym, a grupą nie pasujących do siebie indywiduów. Liczę, że kolejne misje przyniosą inne konfigurację postaci. Tutaj bardzo fajnie wypadł Cold z Rayem, czy raczej Raymodnem jak się uparcie do niego zwracał. I niby nic odkrywczego, wygłaszane były banały, ale wyszło dobrze. Tak jak Sara flirtująca z młodym Stainem. Tutaj całkiem sporo się pośmiałem.

Podobały mi się sceny akcji. Niemal dziesięć głównych postaci na ekranie i mnóstwo mięsa armatniego, ale reżyser dał radę to poukładać tak by wszystkich pokazać. Ujęcia były długie, przechodzące od jednej postaci do drugiej lub szeroki plan z przesadzonymi wybuchami i małymi sylwetkami bohaterów zajmujących się swoją walką. Cięcia nie były zbyt częste i wszyscy mogli się popisać tym co umieją. Natomiast mój wewnętrzny dzieciak autentycznie cieszył się gdy Atom dostał długą sekwencję gdzie popisał się swoimi umiejętnościami. Jest dobrze pod tym względem.

Zaskoczyła mnie śmierć Cartera. Kanoniczny bohater DC odszedł z serialu już w drugim odcinku. Pokazano, że stawka jest wysoka, Vandal to potężny (jak i groteskowy) przeciwnik, ale też dano jeszcze większą motywację bohaterom. Odchudzono też obsadę co dobrze wróży na przyszłość. Sceny Hawków i brzemię jej przeszłości były jednymi z nudniejszych scen.

OCENA 4.5/6

Teen Wolf S05E14 The Sword and the Spirit
Mam mieszane odczucia. Trochę rozczarowania zwłaszcza do połowy, ale pozytywne wrażenia na końcu. Odcinek, jak sezon zresztą, ma problem z tempem i skupieniem na jednym wątku. Wszystko się zbytnio rozłazi i fajne sceny są poprzeplatane słabszymi. Czasem też nie rozumiem co się dzieje, ale niezbyt mi to przeszkadza. Póki serial skupia się na postaciach, które strasznie polubiłem, jestem w stanie bardzo dużo wybaczyć.

Wydarzyło się tutaj dużo fajnych rzeczy, ale skradł go duet Argentów. Nieufność, podejrzenia Gerarda o niecna zamiary i docinki między nimi. Ależ się ich ogląda! Nie mogę się doczekać jak wypadnie ich konfrontacja z Bestią. Podejrzewam, że jedno z nich musi zginąć. Stawka jest zbyt wysoko by wszyscy przetrwali ten sezon.

Jednak nie sądzę by zgon zaliczył ktoś ze stada Scotta. Motywem przewodnim jest rozbicie stada i ponowne zbieranie go by pokazać, że rodzina jest najważniejsza. Głupio byłoby zakończyć tragicznym akcentem. Scott ponownie zaufam swojemu Becie, Kira zaczęła kolejną walkę, ale już z przyjaciółmi u boku, a Malia wróciła do stada doznając kolejnej acz przewidywalnej zdrady. Teraz wszyscy mają wspólny cel - wydostać Lydię z wariatkowa. Heist movie w Teen Wolf? Poproszę.

Starcie z Desert Wolf było takie sobie. Ten wątek był fajny póki opierał się na niedopowiedzeniach i w jakiś sposób oddziaływam na psychikę Mali. Nudna bijatyka i stwierdzenie przez Malię, że trzeba ratować Deatona i odłożyć zemstę na bok wyszło bardzo sztucznie. Dużo lepiej oglądało się trening Lydii. Nic specjalnego, ale tutaj udała się historia opowiedziana przez Meredith i podkreślenie ciężaru jakie niesie ze sobą bycie banshee. Przy czym była też bardzo ciepła scena z Stilesem opowiadającym Lydii o tym co dzieje się w szkole.

Końcówka mnie rozczarowała. Cieszy powrót Deucaliona, ale nie rozumiem jego motywacji. Nagle chcę oczu Scotta? Przecież tak długo sobie bez nich radził. I czemu Scotta, alfy z problemami. Czemu nie Bestii? I czemu chce mu zrobić kuku? Z tego co pamiętam nie rozeszli się w sposób w jaki zapowiadałby zemstę.

Inne:
- erotyczne napięcie między Malią, a Theo tak bardzo nie działa, a serial już od początku sezonu sugeruje, że coś między nimi jednak może być. Nie, nie może.
- serial dogonił flashforward z premiery sezonu. Dobrze, bałem się, że nastąpi do przed samym końcem sezonu, a tu jeszcze trochę odcinków zostało.
- Uroburos w przemysłowych korytarzach i nikt nie wpadł, że jest on nie na miejscu. Głupie dzieciaki. I głupi Doktorzy, jak można w taki sposób ukrywać tajne pomieszczenie.

OCENA 4/6

The 100 S03E02 Wanheda: Part Two
Drugi odcinek trzyma poziom premiery sezonu więc jest bardzo dobrze, ale nie rewelacyjnie. To wciąż rozbudowywanie mitologii i kładzenie coraz solidniejszych fundamentów pod sezon. Czy raczej umacnianie obecnych, rozwijanie znanych od dawna wątków i miksowanie ich z nowymi. To też budowanie napięcia, zbliża się coś wielkiego. Czuć to przez cały czas, co rusz rzucane są uwagi, które sprawiają, że od razu chcę się poznać dalszą część historii. The 100 świetnie operuje oczekiwaniami widzów co tylko potwierdza niesamowita popularność serialu na Netflix. Przez chwilę zastanawiałem się czy w tej epickiej wizji nie zagubią się gdzieś bohaterowie, ale potem przypomniałem sobie z jakim serialem mam do czynienia.

Serial ładnie mnie oszukał cliffhangerem gdy myślałem, że Kane z Bellamym zostali napadnięci przez Ziemian. Okazało się, że zasadzka została zastawiona przez ocalałych członków stacji rolniczej Arki. I tutaj mały zgrzyt. Brakowało mi zaskoczenie jednych i drugich, chaotycznych pytań jak udało się przeżyć. Rolnicy nawet nic nie wspomnieli o samochodzie, a już to powinno ich uświadomić, że nie mają styczności z Ice Nation. Jednak wybaczam bo szykuje się z tego naprawdę dobry wątek. Ocaleni podchodzą z rezerwą do wszystkich Grounders, nie odróżniają od siebie plemion, a to będzie prowadziło do konfliktów zewnętrznych i wewnętrznych. Jest tu ciekawy problem socjologiczny, wątki ksenofobiczne i odpowiedzialności zbiorowej połączone z zaślepieniem spowodowanym traumatycznymi przeżyciami oraz nieznajomością wszystkich zależności politycznych. Ten wątek ma olbrzymi potencjał i wybaczam jak łopatologicznie został wprowadzony.

Wybaczam też ucieczkę Bellamy'ego. Nawet ją rozumiem. Nie chcę stracić Clarke, robi wszystko by ją uratować zwłaszcza, że jest tak blisko. Nawet udało się im spotkać na moment. Chciałbym bym by kolejne spotkanie było dużo później. Clarke potrzebuje samodzielnego wątku.

Jeszcze co do spotkania dwóch grup z Arki. Mimo zejścia Montyego z matką nie wypadło to ckliwie. To jest świat bez szczęśliwych zakończeń. Jak widać oboje robią drastyczne rzeczy by przeżyć i tracą bliskich. Opowieść z w jaskini o stracie ojca wyszła dobrze. Nie tylko jako osobisty wątek tej dwójki, ale pozwala lepiej zrozumieć motywację Rolników i ich nienawiść do Grounders. O ile okazała się prawdą.

Można narzekać, że pokazano badassową Clarke na początku sezonu, a potem ją uwięziono. Tylko to nie prawda. Ona wciąż jest badassem. Walczy, atakuje, robi wszystko by przeżyć i prawie się jej udaje uwolnić. Świetnie się oglądało starcie niepozornej blondynki z bydlakiem jakim jest Zach McGowan. Były tutaj sceny akcji, pełne napięcia wyczekiwanie oraz rozmowa między tą dwójką. Jakby się do siebie zbliżyli dzięki psychoanalizie, którą na sobie przeprowadzili. Podkreślono też różnicę kulturowe między nimi gdzie Grounders uznał odejście od swoich ludzi za tchórzostwo. Czuje, że ta dwójka będzie miała więcej wspólnych scen. Cieszy mnie, że McGowan nie gra jednowymiarowej postaci brutalnego najemnika. Jest wykorzystywany przez Lexę, która kolejny raz traktuje ludzi instrumentalnie, eksploatuje jak najdłużej może. Jak się okazało Roan jest więźniem tak jak Clarke co potencjalnie może ich zbliżyć do siebie. Wróg mojego wroga itd?

Właśnie Lexa! Fandom oszalał jak usłyszał o jej powrocie. Ja też ogromnie się cieszę. Nie tylko dlatego, że Alycia Debnam Carey jest świetna w tej roli, a jej postać otwiera okno na lepsze poznanie świata. Chciałem zobaczyć jej spotkanie z Clarke, którą tak brutalnie zdradziła mimo uczuć które wobec niej żywi. Zrobiła to co musiała, tak jak potem Clarke. Jednak to nie doprowadziło do zrozumienia. Ich spotkanie było brutalne. Lexa dalej gra wyniosłą królowe przy swoich ludziach, ale widać emocje jakie nią targają. Jednak nie tylko z tego powodu uratowała Clarke. Chodzi też o politykę. Lepiej mieć Wanhede niż jej nie mieć. Clarke delikatnie mówiąc nie jest zadowolona. Czuje konflikt i poczucie obowiązku. I w końcu pojednanie. Boję się też co serial szykuje dla tego wątku. Alycia ma regularną rolę w Fear The Walking Dead więc tutaj nie może się pojawiać zbyt często. Nie chciałbym by serial ją uśmiercił, ale to całkiem możliwe. Czy cały ten sezon będzie kreowaniem Clarke na liderkę, która połączy Grounders i Sky People i na końcu zajmie miejsce Lexy?

Inna rzecz, która mi się strasznie nie spodobała to zachowanie Arcadi w stosunku do Góry. Ograbiają ją z zapasów, ale o najważniejszym zapomnieli. Wzięli część dzieł sztuki, ale zostawili sprzęt i zapasy medyczne. Ta głupota zbytnio razi i nie można jej wytłumaczyć potrzebami storytellingu. W tym wątku podobało mi się kilka rzeczy - dylemat Abby dotyczący kim być - lekarzem czy politykiem, oraz stwierdzenie, że miejsca nie mają w sobie demonów tylko ludzie. Podoba mi się ten pragmatyzm. Tylko co oni chcą zrobić z Mount Weahter? Nie przeprowadzą się tam. Może zrobią z tego neutralne miejsce, szpital dla wszystkich? Naciągane, ale pasowałoby by zbudować kolejny konflikt z stacją rolniczą.

Opowieść Jahy już zbyt długo ciągnie się na uboczu. Wciąga, ale trochę zawodzi z powodu jej zmarginalizowania. Tym razem pokazano czym jest City of Light. I byłem blisko w swoim prognozowaniu. Jonathan Rothberg czerpie pełnymi garściami z Battlestar Galactica i Capricy. W uproszczeniu Six tworzy wirtualne niebo dla ludzkich awatarów. Bez bólu i śmierci, miejsce pokojowej egzystencji. Nie ma tutaj tego skomplikowania Capricy, nie czuć mistycyzmu z każdej sceny. Ale i tak jest dobrze. SI w roli boga, kreatora nieba, odpowiedzialnego za sąd ostateczny. Boga stworzonego przez człowieka. The 100 nie tylko wchodzi głębiej w elementy sci-fi, ale coraz mocniej zahacza o religię. Nie miałbym nic przeciwko większej dawce teologii, ale to byłoby za dużo na ten serial.

Zastanawia mnie też Emori, która chciała ukraść laptopa odpowiedzialnego za projekcję A.L.I.E. Już mniejsza, że bardzo głupio do tego podchodzi. Kto jest jej mocodawcą? Ktoś kto wie o tej technologii? Grounders odpadają. Ocaleni naukowcy? Naciągane. Inne SI? To byłoby ciekawe gdyby okazało się, że dwaj bogowie toczą na Ziemi bitwę o ludzkie duszę. Nie jako niszczycielski Skynet, ale w pokręcony sposób interpretujące prawa robotyki Asimova gdzie za nadrzędny cel stawiają sobie ocalenie tego co w ludziach najważniejsze czyli osobowości, a fizyczną powłokę odrzucają jako coś zbędnego.

Inne:
- i po rudych włosach Clarke. Szkoda, ale nich zostaną chociaż różowe pasemka. Fajnie wygląda.
- fajnie pokazano też walkę z Roanem. Dynamiczny montaż podtapiania gdy kamera często zmieniała położenie między zanurzoną, a nad wodą. Ciekawie też pokazano zbliżenie na bliznę Roana po której Clarke zidentyfikowała go jako Człowieka Lodu. Trzy szybkie cięcia w rytm wybijającej muzyki.
- Abby rozmawiająca z Jasperem o PTSD. Ten sam motyw co z Finnem, ale zupełnie inaczej poprowadzony. Jestem ciekaw jak to się dalej potoczy.
- wirtualne niebo to nie jedyne nawiązanie do Capricy. Nawet jest powtarzający się symbol nieskończoności. Co jeśli A.L.I.E. tworzy cylony, doskonalsze ciało dla kruchych ludzi?
- cenie seriale gdzie powracającym motywem jest sztuka więc z fascynacją oglądałem poszukiwania obrazu przez Montyego. Bolał mnie jego napad złości i odrobinę wzruszył spokój gdy patrzył na ulubiony obraz Mayi. Jak sam powiedział bardzo ironiczny bo drugi krąg piekła jest zamieszkany przez parę tragicznie zmarłych kochanków. 
- Ricky Whittle został wybrany jako odtwórca Cienia w Amerykańskich bogach. Czyżby trzeba było powoli żegnać się z Lincolnem?
- maszerująca armia Ice Nation wyglądała imponująco. Łapiemy, zbliża się wojna.
 - ostatnie ujęcie... wow! Zbliżenie na Lexe i potem odjeżdżająca kamera pokazująca Polis z jedną samotną wieża i wiecznym (tak o nim myślę) ogniem na szczycie.
- promo nowego odcinka. Podobno najlepszy z pierwszych czterech, które dostali recenzencji przed startem sezonu.
- oglądalność dalej imponuje. Był mały spadek, ale wciąż starczy na zamówienie czwartego sezonu.

OCENA 4.5/6

The Expanse S01E08 Salvage
Ilością napięcia w tym odcinku można obdarować pół sezonu dowolnego serialu. Mimo, że działo się niewiele, a akcja była bardzo spokojna ja siedziałem jak na szpilach, patrząc na ekran i chłonąc kolejne ujęcia zastanawiając się co dalej. Długie przedzieranie się korytarzami, oczekiwanie na coś niespodziewanego i stonowane dźwięki potęgujące klimat. Świetnie się to oglądało. Tak jak wybuchowe zakończenie gdy Holden z załogą decydują się wysadzić Anubisa. Co też została pięknie pokazano rozbłysk światła i eksplozja przedstawiona na ekranie komputera.

Wątek Millera słabszy. Pierw rozmowa na promie i przypomnienie o wysłaniu mormonów w kosmos więc musi to być istotne. Potem wtopa podczas wyciągania informacji i rozmowa z dawnym kumplem. Trochę mówi to o postaci, wiadomo skąd wzięło się to jego aroganckie zachowanie i kapelusik. Odrobinkę się to dłużyło, ale czuć było zbliżenie z grupką Holdena i spotkanie z Julie.

Właśnie spotkanie Holdena i Millera. Trochę za późno, dwa odcinki przed końcem, ale w jakiej atmosferze. Wstępem była odrobinę chaotyczna strzelanina poprzedzona długim oczekiwaniem na akcję. Wymiany spojrzeń, gromadzący się ludzie w holu, rozprężenie Alexa, napięty Amos i agent Ziemi będący niewiadomą. Wielka oczekiwanie na wybuch, przedłużane o kolejne sekundy kumulując oczekiwania, a nie nudząc. Ten serial wciąga bardziej podczas spokojnych scen, a to nie lada sztuka.

Przyczepię się do spotkania Holdena z Millerem. Ich szybkie zakumplowanie było naciągane. Miller zaczął działać zanim zobaczył komu pomaga, co było głupie z jego strony. Chociaż do najbystrzejszych to on nie należy. Gdyby pierw zobaczył Jima to bym zrozumiał, przecież wie kto to jest i po tym co przeżył ostatnio pomoc byłaby zupełnie naturalna. Trochę reżyseria tutaj spieprzyła.

Zaskoczeniem było odkrycie trupa Julie Mao. Śmierć w wyniku tajemniczego zakażenia. I teraz cała intryga stała się jeszcze bardziej tajemnicza. Kto zaraził Anubisa i co to za maź? Co takiego odkrył Frederick na nagraniu z bitwy? Kto dobry, kto zły, kto manipuluje? Oby tylko cała intryga nie okazała się zbyt szokująca bo jej spójność może łatwo się rozlecieć.

OCENA 5/6

The Flash S02E11 The Reverse-Flash Returns
Tak jak zapowiadała końcówka pierwszego odcinka odbyło się pierwsze spotkanie Flasha z Reversem. I znowu jestem rozczarowany. Wprawdzie lepiej niż ostatnio, odcinek miał jakieś tempo i opowiadał konkretną, acz trochę niespójną historię, to po takim powrocie oczekiwałem więcej. Marzyłem o twiście, wolcie w wolcie, nieoczekiwanej zmianie historii lub niecodziennym sojuszu. Dostałem prostą historyjkę o tym jak Barry pierwszy raz walczy z Thawnem w oryginalnej linii czasowej Revers Flasha, łapie go i ostatecznie odsyła do swojej linii czasowej by wszystko trafiło na swoje tory. Była walka, był wyścig, były emocje u Allena, było to co powinno być. Kolejne punkty były konsekwentnie odhaczane by przewidywalnie skończyć odcinek.

Ciesze się, że Patty dostała jeszcze jeden odcinek. Dalej nie rozumiem ich rozstanie, ale tutaj przynajmniej były jakieś emocję, nawet próbowano je w subtelny sposób pokazać. Nie wyszło, ale cukierek za chęci. Szkoda, że nikt z Star Labs nie dał Barry'emu w pysk za to, że tak łatwo rezygnuje ze szczęścia i realizuje samo spełniającą się przepowiednie Wellsa o tym, że nigdy nie będzie szczęśliwy. Nudzą mnie samotni bohaterzy. Chcę zdrowy związek gdzie będą się wspierać, coś jak Lois i Clark z Smallville. Wciąż też tli się iskierka na powrót Patty.

Wątek szukania sobowtóra Jeya był głupi. Catlin oczywiście trzyma to w tajemnicy, Barry nie może wyszukać jego twarzy w żadnej bazie danych bo tak, a na końcu okazuje się, że i tak nie pomorze naszemu Jayowi bo nie ma zmienionej struktury komórkowej. Przecież o to chodziło! To było strasznie głupie, tak jak kara dla inteligencji dla Catlin. Nie lubię takich wybiegów.

Najfajniej oglądało mi się Cisco i Wellsa oraz ich bromance. Ta końcówka gdy Ramon zanika, a Harry niemalże płaczę! Toż to było piękne, tak jak kolejne żartobliwe sceny między tą dwójką jak np. siorbanie Cisco na początku odcinka. Więcej ich.

O Westach pomilczę. Wspomnę, że było lepiej niż ostatnio, ale to są wątki, które zupełnie nie pasują do tego serialu.

OCENA 3.5/6

Vikings S03E02 The Wanderer
Po jedenastu miesięcznej przerwie czas powrócić do średniowiecznej Anglii i Skandynawii by nadrobić przygodę z Wikingami. Jak na tak długi odstęp między odcinkami całkiem nieźle pamiętałem co się działo, kto z kim, dlaczego i za co. To dobrze świadczy o serialu. Szybciutko przypomniało mi się za co go tak lubię. Za pokazywanie wikingów, zderzenie dwóch kultur (co robi anglik po udanych torturach? idzie z swoją ofiarą na obiad bo nie są wikingami), kreatywne pokazywanie różnic między nimi, ale tez drobne zaznaczenie podobieństw. Za wprowadzenie mistycznych wątków, które mimo swojej powtarzalności nie nudziły, za szybkie poruszanie piąkami po tablicy i popychanie wątków do przodu. I zdjęcia. Jakże uwielbiam surowo wyglądające drakkary czy mgłę na zimnych górskich stokach. Piękne.

Mimo mojego wsiąknięcia w odcinek nie działo się w nim zbyt wiele. To raczej konsekwentne budowanie wątków na sezon i trochę obyczajówki. Najfajniejsze były sceny w obozie oraz powolna agonia Torsteina. Co za ironia, wielki wojownik traci życie już poza walką w wyniku zakażenia i zbyt późnej amputacji. Udało się stworzyć nastrój smutku przeplatany odrobiną humoru. Na plus scenki rodzajowe z życia obozu i to co działo się w tle.

OCENA 4.5/6

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Serialowe podsumowanie tygodnia #170 [18.01.2016 - 24.01.2016]

SPOILERY

DC's Legends of Tomorrow S01E01 Pilot, Part 1
Bardzo chciałem napisać, że mi się podoba. Przecież ja lubię te postacie, komiksowe klimaty i lekkości (większości) seriali The CW, stacji która zrobiła niebywały postęp w ostatnich lat. Niestety oszukałbym siebie i was. Legendy okazały się zawodem. Mają potencjał na przyszłość, ale pilot był bardzo przeciętny, z naprawdę udanymi momentami. Był to chaotyczny odcinek, średnio trzymający się kupy. Zbieranie drużyny wyszło żenująco słabo i jedynie końcowy twist to odrobinkę ratuje. Sama drużyna może mieć fajną chemię tylko jest ich za dużo przez co gubią się pojedyncze postaci i jest między nimi zbyt mało interakcji. Serial też ignoruje choćby backstory Hawków bo Rip nie robi z nich użytu mimo, że są istotni dla głównego wątku czyli pokonaniu Vandala Savage. Jednak jeśli już są interakcję między postaciami jest fajnie. Zwłaszcza trio Canary, Cold i Heatwave. Choćby dla nich będę oglądał. No i Rory jako Time Master co mnie niezmiernie śmieszy. Szkoda, że w większości scen brakuje tego komediowego wyczucia. Ostatecznie w odcinku dzieje się nie wiele i bez sensu. Zebranie drużyny, pierwszy zaciskanie więzi i niezbyt przekonująca próba walki z Savagem i Władcami Czasu. Prosta konstrukcja, która się nie sprawdziła.

OCENA 3/6

Mighty Morphin Power Rangers S01E51 Grumble Bee
Odcinek ma szokujące otwarcie. Kolejny dzień w szkole, pani Appleby rozdaje wyniki klasówki, uczniowie w większości przypadków oddychają z ulgą. Czuć opadające napięcie. Do czasu gdy Billy dostaje swoje wyniki. Szok. Niedowierzanie. Koniec świata jaki znamy. Praca oceniona na marne B! Iście hitchcockowski początek, który jest potęgowany przez dramatyczny najazd na twarz Billy'ego. Niespodziewana ocena prowadzi do kryzysu egzystencjalnego. Chwilowej utraty wiary w własne możliwości po to tylko by przełamać niemoc, pokonać swojego największego wroga czyli siebie i osiągnąć zwycięstwo. Bohater uczy się, że porażki to proza życia, a ludzie mają moc, która pozwala je zminimalizować są jednak konieczne by być lepszym człowiekiem.

Nabijam się, ale co poradzić, gdzieś trzeba szukać plusów w kolejnej standardowej fabułcę o walce z potworem Rity. Potworem, który był gigantyczną pszczołą. Wiecie B na klasówce więc Billy walczy z Bee (bardzo subtelne), z pomocą Trini, wiadomo teamwork to podstawa. Jakie jeszcze modyfikatory podczas walki? Zack, Jason i Kim zostali spętani magicznym sznureczkiem przez Goldara więc początkowo nie mogli wziąć udziału w starciu z Grumble Bee. Oczywiście, Goldar nie zniszczył (czytaj. zabił ) Power Rangers gdy miał ku temu świetną okazję. Seriale dla dzieci rządzą się swoimi prawami.

Najbardziej podobała mi się komediowa scena z Mięśniakiem i Czachą. Dawno nie była tak zabawna, a to dzięki kreatywności jaką się wykazali scenarzyści. Zamiast kolejny raz robić z nich ofermy dano książki i kazano się uczyć. I to zadziałało, zwłaszcza jak Wojownicy dowiedzieli się, że gdy Dynamiczne Duo nie zaliczy semestru na C będą musieli im pomagać.

Tommy pojawił się na końcu odcinka. Ćwiczył do nadchodzącego turnieju więc Zordon nie kłopotał go takimi szczegółami jak ratowanie świata i przyjaciół.

OCENA 2.5/6

Teen Wolf S05E13 Codominance
Ten odcinek mi się podobał. Przynajmniej przez więksą część, ale już po napisach końcowych poczułem rozczarowanie ponieważ był o niczym. Fabularnie nie wydarzyło się tutaj nic istotnego. Postacie ze sobą rozmawiały o Bestii i grupa Scotta się o niej dowiedziała. Tyle. Była też przygoda Kiry z Skinwalkers, ale kompletnie nie rozumiem jej sensu. Walki fajne, szczególnie ostateczne starcie gdy raniąc przeciwnika zadaje sobie ranny, ale tyle. Zabrakło konkluzji w tym wątku. Przecież od dawna wiemy, że Lis przejmuje kontrolę nad Kirą. Nie trzeba było temu poświęcać całego odcinka. Może ten wątek wróci i to np. zapowiedź wątków na przyszły sezon (Kira przegrała duszę i musi za to zapłacić), ale oceniam to co widziałem.

Najfajniejsze były rozmowy Scott/Stiles mimo, że to wszystko już było wiadomo. Zagrali to w wiarygodny sposób, czuć było problemy jakie mają i mur, który kruszą. Road trip po Nowym Meksyku również był zabawny. Tylko mam wrażenie, że kilka lat temu wyszłoby to lepiej. Podobała mi się też wkurzona Malia obijająca Theo. Nie podobał trening Lydi. Dostała kilka minut tylko po to by zaznaczyć, że coś robi. Wątki Liama, Hyden i stada Theo nudne. Coś czuje, że jakościowo ten sezon będzie w kratkę już do samego końca.

OCENA 3.5/6

The 100 S03E01 Wanheda: Part One
Nareszcie. Dziesięć miesięcy oczekiwania i powrót mojego ulubionego serialu. Było warto czekać, zafundowano nam bardzo solidny odcinek będący wprowadzeniem do kolejnej serii. Był bardzo spokojny, nie miał szaleńczego tempa i szokujących wydarzeń, ale spełnił swoją rolę. Nakreślił sytuację bohaterów po trzymiesięcznym przeskoku, rozpoczął nowe wątki i zapewnił, że będzie więcej, lepiej i mocniej. Spośród wszystkich seriali jakie oglądam to właśnie na kolejne odcinki The 100 czekam najmocniej, a premiera udowodniła mi, że nie bezpodstawnie. Jasne, jest kilka rzeczy do których się przyczepię, ale to w większości drobnostki nie rzutujące na odbiór całości.

Odcinek zaczyna się w bunkrze z Murphym. Zaskoczenie bo to nie jest najważniejsze postać. Miało to jednak sens. Dzięki niemu, zamiast planszy "3 miesiące później" pokazano upływ czasu. Nagłe zamknięcie bunkra i świetny montaż jak John radzi sobie w samotności. Czy raczej nie radzi. Dramatyczne sceny, coraz gorsza kondycja fizyczna i psychiczna, a w końcu myśli samobójcze. Na brawa zasługuje zwłaszcza pomysł z zapamiętywaniem przez niego dialogów z filmików o A.L.I.E. To potem zaprocentuje. Wydaje mu się, że poznał SI, a potem może nieść to jakieś konsekwencje fabularne.

Potem trochę rozczarowująca wyszła konfrontacja Johna z Jahą ponieważ nic nowego z tego nie wynikło. Jaha dalej jest przywódcą z kompleksem zbawiciela. Wierzy w misję A.L.I.E mimo, że jest ona tajemnicą. Dalsze niszczenie ludzkości? To byłoby zbyt łatwe. Podoba mi się połączenie mistycyzmu z technologią. Religijny prorok widzący swojego boga, będący jego przedłużeniem w realnym świecie. A.L.I.E. też się sprawdza jako wyniosła SI z własnym planem. Jasne, początkowe motywację wydaje się być sztampowe, ale tutaj czekam na twist, który można już prognozować.

Czym jest Miasto Światła? Dalej nie wiadomo. Widzimy modlącego się Jahę i SI mówiącą, że wcale go tutaj nie ma. Jest też rozmowa o miejscu bez bólu i złości oraz magiczny kamyczek, który dostaje John. Obstawiam, że chodzi  o wirtualną rzeczywistość. W sumie to byłoby fajne. Jeśli SI zostało stworzone jako dobre, mające bronić ludzi to przed nuklearną zagładą mogło dokonać transferu ludzkiej świadomości do VR albo ucząc się na błędach teraz chcę tego dokonać. To jest sensowne też z innego powodu - serial pełnymi garściami czerpie z Battlestar Galactica więc teraz powinien zacząć inspirować się Capricą. Ciekawi mnie też czy John rzeczywiście widzi Emori czy może to jakaś projekcja od magicznego kamyka od Jahy. To byłoby logiczne, jakoś trzeba go zmanipulować. Ale to już tylko moje naciągane domysły. Chociaż skoro Jaha widzi A.L.I.E. to czemu John też nie może mieć wirtualnej towarzyszki.

Porzucając wątek SI czas przenieść się do Camp Jaha. Tfu, Arkadii. Nowa nazwa obozu jest jak najbardziej logiczna. I podoba mi się. Nawiązuje do Arki swoją pisownią oraz mitologicznej etymologi. Ma też odrobinę ironiczny wydźwięk pasujący do tego serialu. Wiadomo, że to nie będzie ziemski raj i kraina szczęśliwości. O to będzie trzeba zawalczyć. Nie tylko dlatego, że Lincoln prowadzi szkolenia dla przyszłych wojowników. Walka będzie też się toczyć na mniejszą skalę, a jej największą bronią będzie postęp. Widać jak się zmienił obóz na przestrzeni trzech miesięcy. W tle widać ogrody, słychać o kobietach, które chcą pozbyć się antykoncepcyjnych implantów, a by przetrwać Skye People grabią Mount Weather mimo traumy jaką powoduje tamto miejsce.

Podobał mi się początek sezonu w Arkadii. Pokazał jej spory kawałek i ją jako działający mechanizm. Wszystko oczami Bellamy'ego. Pierw trening z Lincolnem i trochę naiwna mowa, a potem szykowanie się na wypad przez co wpadł na najważniejszych bohaterów. Wyczerpana Abby i Kane zajmujący się polityką, szybkie nakreślenie obecnej sytuacji poszczególnych postaci i wyprawa na tereny Ice Nation. I można się czepiać, że Kane wysyła na misję dzieciaki, ale już dawno powiedziano, że to nie dzieci. Bellamy, Jasper, Monty, Miller i Octavia wiele przeszli i radzą sobie tak samo jak dorośli dlatego Kane im ufa. W końcu przez kilka miesięcy jakoś sobie radzili. Świetnie wypadły sceny gdy Raven szykuje samochody, Octavia pojawia się na koniu, a potem jadą. Śmieją się, kłócą, w tle muzyka, koń przy wozie bojowym i piękne widoczki. Ale mi się podoba ten serial! A potem dochodzi do konfrontacji z Ice Nation, która może mieć konsekwencję. Ma ona sens dla scenariusza bo jeszcze bardziej podkreśla jak trudna jest sytuacją Clarke. 

I tutaj mała dygresja o Jasperze. Traum w tym serialu pod dostatkiem. Już nie raz bohaterowie przeżywali przez długi czas tragiczne wydarzenia, które ich dotknęły. Teraz znowu padło na Jaspera, jeszcze bardziej pogłębiono jego alienację. Po śmierci Mayi jest załamany, wciąż to przeżywa mimo, że minęło kilka miesięcy. Rozpił się, ściął (wiadomo, krótkie włosy podkreślają buntowniczy charakter) i popadł w konflikt z innymi. I można się czepiać, czemu tak niestabilna postać jeździ na misję. Przecież to głupie, żaden dowódca nie chciałby mieć kogoś takiego pod komendą. Ale nie do końca. Jasper i Bellamy są przyjaciółmi, wiele przeszli i w dziwny sposób zapewne dalej na sobie polegają. Dlatego Bellamy może ukrywać stan Jaspera przed Abby i Kanem. On zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji, ale jako kamraci, którzy wiele przeszli kryją się. Przy czym Bellamy nie daję mu broni, bo wie, że może to być niebezpieczne. Podobał mi się też wybuch Jaspera na koniec odcinka, gdy oskarżył swoich ludzi, że są padlinożercami. To było fajne.

Trochę szkoda, że Bellamy i reszta dostali na wyprawie tak mało czasu razem. Szybko musieli wracać i część z nich robiła za taksówkę dla Kane'a i Indry. Tam dowiadujemy się o liście gończym za Clarke. Grounders nazywają ją Wanheda, Komandor Śmierci i chcą ją zabić by przejąć jej moc. Co jest zupełnie zrozumiałe. Nie naprawdę, nie ironizuję. Może o ich religii nie wiele wiadomo, ale zawsze sprawiali wrażenie wierzących w siły natury, totemy i głęboki mistycyzm. Tak więc chęć zabicia Clarke jest zrozumiała.

Jeszcze zanim przejdą do głównej bohaterki to o Raven i sytuacji Octavia.Lincoln. Ta pierwsza dalej cierpi, cieszy mnie, że nie naprawiono zupełnie jej nogi, chociaż ta proteza działa w bardzo niezrozumiały sposób. Słyszymy, że się jej pogarsza, a ona to ukrywa przez co jeszcze bardzie komplikuje swój stan. Dalej złości się na Abby, ale widać, że to dwie przyjaciółki. Zwłaszcza podczas samego końca ich rozmowy jak razem piją albo wcześniej jak Abby pomaga jej zejść z konia.

U Octavi i Lincolna jest... interesująco. Bardzo osobisty wątek. O tym, że obydwoje nie pasują do świata w którym żyją. Ona to wie, on się oszukuje, a ostatecznie oboje zakłamują rzeczywistość i pozwalają się definiować przez to co im się wydaje, że chcą, a nie tego co pragną. I mimo, że kłócą się przez cały odcinek to uczucie między nimi nie wygasło. Mam tylko nadzieje, że motyw alienacji i szukania swojego miejsca na świecie nie będzie rozciągnięty na cały sezon.

I na deser Clarke. Jej, ale się zmieniła. Już mniejsza z tymi rudymi włosami i wyglądzie jak Grounders. Musi się ukrywać, odcięła od własnego życia więc przeszła małą metamorfozę. Żyję samotnie, zabija zwierzęta by przetrwać. Przejęła inną kulturę co jej pomaga. Nie ma celu w życiu, ukrywa się. Żyję z dnia na dzień, jest nawiedzana przez przeszłość, ale też pozwala sobie na chwilę przyjemności. Jej zmiany są głównie fizyczne bo to wciąż ta sama postać, ale widać jak się zmieniła od ostatniego odcinka. A końcówka gdy zostaje jednak złapana? Niepotrzebna, chciałby pooglądać dłużej jej samotne zmagania i duchową drogę jak odnajduje to kim jest i akcpetuje co zrobiła.

W odcinku nie wiele się wydarzyło mimo, że odrobinę się rozpisałem. Było to raczej kładzenie fundamentów pod nadchodzące wydarzenia. Budowanie wątków, które potem wybuchną. Zarówno w mikro, na gruncie osobistym, jak i makro skali. Serial dużo opowiada o polityce, ale w sposób bardzo subtelny, tak by się domyślać co się dzieje. Co rusz wspomina też o wojnie i niestabilnym sojuszy. To kolejna strzelba stojąca na scenie. Tak więc będzie się działo, a pilot sezonu mocno rozbudził oczekiwania

 Inne:
- bardzo mi się podoba jak Grounders mówią w swoim języku bo to niesamowicie zwiększa immersję. Dlatego wybiło mnie gdy Clarke i Niylah niespodziewanie przeszły na angielski.
- ależ ten serial jest bogaty w szczegóły. Świetne chatki Grounders, wystrój Arki, stroje, specjalnie zmodyfikowany samochód (a prawko mają?), subtelne nawiązanie do poprzednich serii w postaci Gwieździstego nieba.
- delikatnie zmodyfikowano czołówkę wprowadzając m.in. drony, rezydencję A.L.I.E. oraz platformę wiertniczą. Czy to właśnie tam płynie Murphy?
- Harper pojawiła się na moment! Jak ja lubię, że serial nie zapomina o swoich trzecim planie przez co sprawia, że czuć ten świat.

OCENA 4.5/6

The Expanse S01E07 Windmills
Chyba za dużo spodziewałem się po tym serialu. Niby dobry odcinek, a ja czuję delikatne rozczarowanie bo znowu nie wydarzyło się nic spektakularnego. Ot kolejny rozdział w opowieści. Najwięcej emocji budziły przygody załogi Rocinante. Podróż ku Erosowi, spotkanie z pasażerem na gapę i przezwyciężenie kolejnej trudności. Niby nic specjalnego, ale czuć było napięcie gdy bohaterowie zaczęli kombinować jak pozbyć się Marsjan, a kolejne starcia charakterów były interesujące. Zwłaszcza oglądanie Holdena w świetle rozmowy jego matki z Christjen i wyjawieniu jego skomplikowanej przeszłości. Wciąż jednak mam wrażenie, że dużo tutaj niepotrzebnych scen i komplikacji. Równe dobrze mogłoby wyciąć ich przygodę i historia nic by na tym nie straciła.

U Millera jednak nie tak ciekawie jak się spodziewałem. Załamał się, zaczął działać chaotycznie, odwiedził kilka miejsc na Ceres by ostatecznie pożegnać to miejsce. Udał się na Erosa w poszukiwaniu Juli i jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności spotka się z załogą Canta. Fajnie ogląda się jego sceny, ale znowu, mam wrażenie, że większość z nich to ładne wydmuszki nie posiadające duszy. Bardzo bym chciał, ale nie potrafię się wkręcić w historię, która ewidentnie cierpi z powodu literackiego rodowodu.

OCENA 4/6
 
The Flash S02E10 Potential Energy
Ten odcinek przypomniał mi jak ten serial potrafi być beznadziejnie głupi. Boli tym bardziej, że serial wrócił bo dłuższej przerwie, która zaostrzyła apetyt na więcej. Nawet mi się zbytnio nie chcę o nim pisać, tak mnie rozczarował. Ale jak można zaprzepaścić taki fajny związek w taki sztampowy sposób?! Beznadziejne powodu, które nawet w głowie scenarzystów musiały wyglądać idiotycznie. Patty wyjeżdża od Barry'ego bo już nie chcę być policjantką, a miłość, no cóż jest tylko miłością, można z niej zrezygnować, a wcześniejsze słowa o angażowaniu się były wypowiedziane tak dawno temu, że już się nie liczą. Barry oczywiście też zachowuje się jak kretyn. Miał jej powiedzieć, że jest Flashem, planuje, planuje, chcę to zrobić, ale nie mówi. I nawet nie wiadomo dlaczego bo przecież nie pokazano jako wątpliwości.Nie powiedział jej bo scenariuszowi było na rękę by tego nie robił, ale ktoś wpadł na pomysł by trzymać widzów w niepewności.

Wątek odcinka słaby. Meta złodziej Żółw, kradnie nie wiadomo czemu, nie wiadomo czemu chcę mścić się na Flashu, a dopisywanie backstory z żonką było bardzo na siłę. Wyszedł tylko fajny gag, że wszyscy o nim wiedzieli prócz Barryego.

Dalej przynudza wątek Westów. Drama rodzinna jest słaba i nie trzyma się kupy, pełno tu logicznych dziur, a obwinianie Joe, że go nie było przy Wallym jest tak bardzo płytkie. Tak jak aluzje do jego komiksowego odpowiednika ciosane siekierą - przyszły Flash bierze udział w nielegalnych wyścigach i ma nieustanną potrzebę prędkości.

Przez to całe narzekanie nawet nie zainteresował mnie clifhanger z pojawieniem się Eobarda Thawne. W przyszłym odcinku ma dojść do jego pierwszego spotkania z Flashem, a mi jest to zupełnie obojętne. Liczę jednak na mały twist gdzie nie zostaną śmiertelnymi wrogami. Chyba, że twórcy będą się ściśle trzymać komiksowej predestynacji.

OCENA 3/6

środa, 13 sierpnia 2014

„Dzienniki kołymski” – Jacek Hugo-Bader

Nie czytam zbytnio literatury faktu, bardziej skupiam się na fabularnych opowieściach fantastycznych. Wystarczy mi otaczająca rzeczywistość i codzienny zalew pesymistycznych newsów. Jednak od czasu do czasu najdzie mnie ochotę by przeczytać coś innego. Tym razem maszyna losująca zaproponowała mi reportaż. Nie od Kapuścińskiego jak przystało, czy Cejrowskiego jak to modne. Padło na Hugo-Badera i jego relację z rosyjskiej wyprawy. I jako, że jest to moje pierwsza styczność z tego typu literaturą (tak wiem, wstydzę się) więc brakuje mi punktu odniesienia zatem napiszę bardzo luźne spostrzeżenia jakie nasunęły mi się w trakcie i po lekturze.

Pierw jednak kilka słówek wyjaśnienia dla nieobeznanych czym są Dzienniki kołymskie i delikatne zarysowanie tła. Książka ta jest kronikarską relacją z wyprawy na Kołymę. Autor, doświadczony podróżnik, dziennikarz i maratończyk, postanowił przejechać stopem mierzącą ponad dwa tysiące kilometrów syberyjską trasę łączącą Niżny Bestiach w Jakucji z Magadanem nad samym Morzem Ochockim. Zwana jest ona również najdłuższym cmentarzem świata gdyż budowali ją więźniowie łagrów sowieckich, a jej przebycie było marzeniem uciekinierów.

Hugo-Bader postanowił pokonać trasę, zwaną również Trasą, nie po to by ją zaliczyć i odhaczyć ze swojej życiowej "To do list", ale by dokonać wyprawy w głąb postsowieckiej mentalności. Nie jest to dokłada relacja z podróży, czy książka historyczna mająca na celu opisanie regionu. Jest to historia ludzi zamieszkujących te tereny. Przepełnione smutkiem prywatne historię o osobach pozbawionych nadziei. My w naszej Polsce, na imprezie przy wódce ze znajomymi możemy sobie mówić o Rosji jako jednym wielkim monolicie, ale prawda jest odmienna. Nie jest to wymarzona przez Stalina monolityczna Ruś wielbiąca swoją Mateczkę. Jest to państwo złożone z ludzi o czym często się zapomina. Cierpiących w łagrze, ledwie wiążących koniec z końcem poszukiwaczy złomu i złota, emerytów, szamanów, młodych pozbawionych nadziei. Ludzi walczących ze sobą, z odrębnościami etnicznymi, których jest tutaj pełno, z śmiercionośną przyrodą i klimatem oraz alkoholem. W książce są historie bogatych biznesmenów i biednych nizin społecznych. Przekrój jest ogromny i często nieprawdopodobny. Niektóre postacie gdyby były bohaterami dalszo planowymi w książce fanatycznej nazywane byłby sztucznymi i przerysowanymi. Tutaj są one niesamowicie prawdziwe i naturalne. Jak choćby córka Jeżowa, jednego z szefów bezpieki Stalina, na "spowiedzi" u autora, przypadkowo spotkany kierowca ciężarówki czy kobiet lękająca się psów.

Tak więc jest to książkach o ludziach zamieszkujących Trasę. Nie streszcza ona historii, przedstawia ją przez umiejętne wtrącenia autora. Jest to konieczne by zrozumieć spotykanych ludzi. Społeczeństwo to dalej jest trawione postsowieckim kacem. To co wydarzył się 90, 60 i 25 lat temu wciąż ma wpływ na miliony ludzi. Dzięki lekturze tej książki można lepiej zrozumieć czemu mimo nienawiści do komunizmu i oczywistego zła, które wyrządził ludzie za nim tęsknią i wstydzą się swoich przewinień z tamtego okresu. Co z tego, że do łagru szło się na 10 lat za delikatne spóźnienie do pracy (wywrotowa postawa) lub powrót z niemieckiej niewoli (podejrzenie szpiegostwa). Widmo ZSRR wciąż wisi nad obywatelami Rosji i wisieć będzie jeszcze kolejnych kilkadziesiąt lat.

Mimo reportażu i skupienia na kolejnych spotkaniach podczas lektury były czuć podróż autora. Z każdym kolejnym kilometrem zmieniali się ludzie, opowieści i tło. Czuć było, że mijają kolejne kilometry i zbliża się koniec podróży. Mentalność ludzi była inna, a Hugo-Bader dzielił się swoimi coraz większymi problemami z higieną. Czuć było też pewne ciągłe i powracające motywy. Często odniesienia do maratonu wraz z kolejnymi kamieniami milowymi trasy, opisy porzuconych miast i osiedli kolejne opowieści o złocie i wszechobecne imprezy zakrapiane wódką i walka z kacem. Takie małe mikropowieści tematyczne.

Jak na mój pierwszy raz z reportażem jestem zadowolony. Książki mają zapewnić rozrywkę, opowiedzieć historię lub poszerzać horyzonty i ruszyć coś w środku. Dzienniki kołymskie zaliczają się do tej trzeciej kategorii. Jestem tak bardzo zadowolony, że w najbliższym czasie sięgną po inny tytuł z tego gatunku mimo, że mam taczki innych zaległości. Nie celuje na razie w żadną tematykę, liczę jedynie na fart reporterski. Bo jak Jacek Hugo-Bader piszę, albo się go ma lub nie ma. Jeśli jest można opowiedzieć niesamowite historię. I takie właśnie Hugo-Bader opowiada.

OCENA 4.5/6

środa, 25 czerwca 2014

Orphan Black S02

Zbyt długie na skrótowe podsumowanie sezon, zbyt chaotyczne na pełnoprawną recenzję, pisane ciurkiem i na gorąco zaraz po obejrzeniu finału, bez żadnego przygotowania. Mimo wszystko będzie oddzielny post. Jeśli ktoś mimo wszystko stwierdzi TL;DR to wersja skrócona – oglądać i zachwycać się Tatianą Maslany. Nie zrażać się tematem klonowania i irracjonalnym strachem przed sci-fi bo ten serial poza pomysłem wyjściowym nie ma wiele wspólnego z tym gatunkiem.


Przez 10 miesięczną przerwę między sezonami moja miłość do Orphan Black tylko urosła. W prywatnym rankingu uważałem go nawet za jeden z lepszych seriali zeszłego sezonu. Dlatego odrobinkę obawiałem się, że druga seria zburzy taką piękną iluzję. Nie bezpodstawnie jak się okazało, ale też nie do końca.

Dalej jest to świetny serial, o którym można powiedzieć wiele dobrego, czego nie omieszkam, ale też ma pewne problemy i na niektórych płaszczyznach niezbyt sobie radzi. Scenarzystą zabrakło trochę pomysłów na początku sezonu przez co do szóstego odcinka (nie licząc pilota serii) tempo było raczej powolne i momentami serial przynudzał, było dużo ekspozycji, a najważniejsze tajemnice serialu zostały zepchnięte na drugi plan i zbyt wiele czasu poświęcono na denerwujące duperele i niezbyt ekscytujące wątki jednak z wciąż odczuwalną wielką tajemnicą w tle. Nie było też zbytnio pomysłu na wypełnienie historii – dużo biegania, uciekania i niepotrzebnych komplikacji, a postacie zbytnio od siebie oddalone. Bez problemu można by zrobić skrót sezonu i zapuścić muzyczkę z Benny Hilla. Jednak w drugiej połowie wszystkie trybiki wskoczyły na swoje miejsce, wątki zrobiły się troszkę bardziej spójne, historia ciekawsza, a stawka poszła w górę. Odkrywano też historię projektu Leda, proletarianie (wydaje się, że ten wątek nie był do końca przemyślany i zbytnio odstaje od głównych wydarzeń) i DYAD stali się mniej tajemniczy i wmieszano w to nowe siły. Jednak po obejrzeniu całości jestem jeszcze bardziej skonfundowany i nie mam pojęcia kto jest zły, kto dobry, jakie kto ma zamiary i czy jest sojusznikiem, a może wrogiem głównych bohaterek.

I wcale mi to nie przeszkadza. Co więcej, nie zdziwiłbym się jakby taki był zamysł twórców. To trochę jak podglądanie przez dziurkę od klucza tego co dzieje się w sąsiednim pokoju. Ludzie się przemieszczają, nad czymś pracują, ale trzeba sobie dopowiedzieć co tam się dzieje i samemu stworzyć ogólny obraz. Widz wie ile trzeba i jest zagubiony jak bohaterowie, którzy są na pierwszym miejscu, wewnątrz sieci powiązań i intryg. Czy raczej Tatiana Maslany jest na pierwszym miejscu. Niby powinienem pisanie o serialu zacząć od pamfletu na jej część, ale ile można. Królowa jest tylko jedna i każde rozdanie nagród bez jej wyróżnienia będzie gwałtem na sztuce telewizyjnej. O jej kunszcie aktorskim i pracy jaką musiała poświęcić na zagranie swoich postaci najlepiej świadczy fakt, że podczas oglądania zapomina się, że mimo czterech dominujących bohaterek wszystkie są grane przez jedną aktorkę. I to ich wątki obyczajowe są najciekawsze. Nie potrzebna mi jest zła korporacja manipulująca w DNA, wystarczą mi bohaterowie walczący o swoje życie. Sarah chcę tylko chronić córkę, Allison musi radzić sobie z konsekwencjami swoich czynów i „niewiernym” mężem, Cosima znaleźć lekarstwo, Rachel zarządzać DYAD i radzi z swoją przeszłości, a Heleny odnaleźć w świecie, poznać kto jest prawdziwym przyjacielem, a kto wrogiem.

Aktorskie szarże Tatianki ogląda się wyśmienicie. Udało się jej stworzyć wyraziste i różne od siebie bohaterki, które ogląda się z ogromną przyjemnością. Śpiewająca Allison? Proszę bardzo, ale dla odmiany niech radzi sobie z uzależnieniem. Cosima jest zawsze wyluzowana, ale ma problem z Delphine i musi walczyć z chorobą i ciągłą nieufnością do korporacji, z którą współpracuje. Jednak prawdziwa zabawa zaczyna się gdy te tak zróżnicowane postacie wchodzą ze sobą w kontakt i ich historię zaczynają się mieszać. Oglądanie Heleny i Sary razem daje mnóstwo satysfakcji, wywołuje uśmiech, ale też czasem przeraża. Serial odnalazł idealną mieszankę między humorem (czasem czarnym) i powagą, często poważnie testując bohaterów i fundując im jazdę rollercosterem emocjonalnym. Szkoda tylko, że Felix, Art, Pani S i Paul robią tylko za pomocne tło i poza tym pierwszym nie dostają zbyt wiele czasu, pokazując się tylko wtedy gdy są potrzebni. Wprowadzono też kilka nowych postaci, odegrały one większą rolę w serialu i zyskały moje zainteresowanie. Dawny ukochany Sarah czy szefowa Rachel (zawsze świetna Michelle Forbes) mają w sobie duży potencjał.

Grzechem byłoby nie napisać o warstwie wizualno-dźwiękowej. Szybkie tempo odcinków jest budowane przez elektroniczne dźwięki, które doskonale komponują się z obrazem, kamera lubuje się z zbliżeniach na twarze, ale i szerokich ujęciach. Nie boi się też pokazać naturalizmu sytuacji, ale z smakiem. Zdjęcia są wysmakowane i można w nich dostrzec pewien artyzm. Ludzie od make-upów i scenografii również nie odstawali od kolegów z ekipy.

Serial to prawdziwa uczta dla zmysłów. Na kolejny sezon czekam z niecierpliwością. Może nie tak jak na ten, ale całkiem możliwe, że przed premierą zapomnę o wadach, które w ostatecznym rozrachunku okazały się mało znaczące. Bo ten serial ogląda się przede wszystkim dla bohaterów i kolejnych aktorskich popisów Tatiany. Na drugim miejscu jest jego unikalny styl wizualny, który takiemu wzrokowcowi jak ja daje mnóstwo satysfakcji. Dopiero na końcu jest wielka intryga i dochodzenie do prawdy o klonach. To nie jest opowieść o odkrywaniu tajemnicy, tajemnica jest tylko potrafiącym wciągnąć tłem, punktem wyjścia, które potem rezonuje na grupę szalenie intrygujących bohaterek, które przypadkiem są klonami. Klonami, które chce się jak najlepiej poznać i przeżywać z nimi kolejne fragmenty ich życia, choćby tak banalne jak chwila z dzieckiem, gra w planszówkę, szalona zabawa w barze czy oglądanie taśm z dzieciństwa. I w tych momentach zapomina się, że to klony grane przez jedną aktorkę i chłonie się opowieść tych niezwykłych kobietach.

OCENA 5/6

poniedziałek, 12 maja 2014

Winter is coming[Captain America: The Winter Soldier]

 Długo się zbierałem by napisać parę słów o najnowszym filmie sygnowanym logiem Marvela. Nie chciałem spisywać emocjonalnej relacji zaraz po seansie bo wyszłaby z tego pozbawiona sensu, pełna zachwytów, laurka dla Kapitana. Odczekałem parę dni, przemyślałem kilka spraw, a laurka i tak powstanie. Jeszcze bardziej kolorowa niż miała być na początku. Bo Winter Soldier to film, który nie powinie mi się tak podobać. Pierwszego Capa darzę ogromnym sentymentem bo podszedł w oryginalne sposób do pokazania superbohatera, a usytuowanie akcji podczas alternatywnej drugiej wojny światowej była dodatkowym smaczkiem i miłą odmianą od typowych filmów komiksowych. Mimo tego bałem się jak ten archaiczny bohater poradzi sobie w naszych czasach w erze post Avengers. I ku mojemu zdziwieniu okazał się najlepszym filmem drugiej fazy, z łatwością wyprzedzając w moim rankingu zaledwie poprawnego Iron Man 3 i rozczarowującego w wielu miejscach Thor: Dark World. Ba, postawiłbym go na równi z dziełem Jossa Whedona i  przed pierwszym Człowiekiem w Żelazie. Czemu? Bo zwyczajnie w świecie bawiłem się doskonale i zaangażowałem w seans bardziej niż powinienem. Pewnie gdybym był jakieś 10 lat młodszy piszczałbym z ekscytacji podczas seansu jak fanki Zmierzchu na nocnej prapremierze kolejnej części. Nie żebym wiedział co na takich premierach się dzieje...

Jeśli przy odrobinie wyobraźni Captain America: First Avenger  może zostać nazwany filmem wojennym tak Winter Soldier zasługuje na metkę kina sensacyjno-szpiegowskiego z komentarzem społeczno-politycznym kryjącym się pod przykrywką superhero. Intryga nie jest zbyt skomplikowana, ale w paru miejscach potrafi zaskoczyć. Wymusza też ciągłe kwestionowanie tego co dzieje się na ekranie. Obowiązuje zasada ograniczonego zaufania bo nie wiadomo kto okaże się zdrajcą, a kto sojusznikiem lub znienacka wyskoczy z pudełka. W tym aspekcie niestety marvelowy rodowód działa na niekorzyść. Większość głównych postaci jest dobrze znana i wiadomo czego można się po nich spodziewać. Tutaj zaskoczenie widza jest niemożliwe. W przeciwieństwie do bohaterów z drugiego planu. Tutaj cały czas oczekuje się zmiany frontu i niespodziewanego zagrania. Oczywiście jest też wielkie zagrożenie, które trzeba powstrzymać bo inaczej miliony niewinnych duszyczek odejdą z tego padołu łez więc stawka jest wysoka. Cieszy, że spójna fabuła łączy się z poprzednią częścią mimo, że jest to taki quasi sequel. Cała historia jest mocno współczesna, porusza orwellowski problem dużego brata roztaczającego parasol ochronny nad obywatelami, bierze trochę z PRISM, dorzuca tajemnicze organizacji, walkę o wolność Amerykanów (znaczy się świata) i podstawowych praw obywatelskich. Jest poważnie i dlatego nie pasuje mi jeden trochę zbyt komiksowy wątek, ale skoro w tym świecie istnieją latające lotniskowce to czemu nie SI. Na pochwałę zasługuje też sposób wprowadzenia retrospekcji, które przypominają co się działo w poprzednim filmie. Nie ma tutaj na początku intra pełnego ekspozycji, ale stanowią one integralną część narracji.

Mimo zaskakująco wysokiego poziomu fabularnego historia to jedynie otoczka w ramach, której działają bohaterowie będące motorem napędowym tego filmu. To co tak dobrze sprawdzało się w Mścicielach działa i u Steva Rogersa z przyjaciółmi. Powoli budująca się drużyna, dynamika i chemia między bohaterami, rzucane od niechcenia uwagi, które bawią czy wspólne działanie w terenie. Takie mini Avengers, ze ludźmi zdającymi sobie sprawę z swoich umiejętność, śmiertelności i ograniczeń. Może nie licząc Rogersa, on boryka się z innymi problemami. Jest to człowiek nie z naszych czasów, archaizm pełen dawnych ideałów, któremu ciężko się przystosować. Nie chcę się zmienić i dostosować do XXI wieku, chcę pozostać sobą. Musi się też zmierzyć ze swoją przeszłością. Tutaj pojawiła się jedna, niezwykle gorzka scena, której za nic nie spodziewałbym się w letnim blockbusterze. Cieszy, że scenarzystą największą wadę bohatera czyli obrońcę ideałów Ameryki udało się przekuć w największą zaletę bez moralizatorskiego zacięcia czy pompatycznych scen z Rogersem stojącym na tle powiewającej flagi. Trochę szkoda, że Chris Evans nie jest bardziej utalentowanym aktorem. Póki biega i walczy jest dobrze. Gorzej gdy coś mówi i kamera skupia się na nim bo za często ogląda się ten sam garnitur min i emocji. Na przeciwnym biegunie jest Czarna Wdowa, która również musi się mierzyć z przeszłością, ale robi to z wdziękiem i odpowiednio luźnym podejściem. Skład drużyny dopełnia Falcone, kolejny heroes. Krótki reserch powiedział, ze ta postać komiksowa jest często wyśmiewana dlatego, że potrafi rozmawiać z ptakami. Tutaj nic takiego nie miało miejsca i jak pozostali posiada pewną rysę. Jest to były żołnierz cierpiący na PTSD korzystający z jetpacka przez co sceny z jego udziałem są niezwykle efektowne. Galerie głównych postaci dopełnia Alexander Priece (genialny Robert Redford) zarządzający S.H.I.E.L.D. oraz tytułowy Winter Soldier. Wyrazisty antagonista, postać tragiczna i istotna dla całego uniwersum. Co ważne film potrafił pokazać zajebistość Zimowego Sołdata i sprawić, że był prawdziwym zagrożeniem mimo, że równie dobrze całość broniłaby się bez niego. 

Podczas czytania recenzji po seansie zaskoczyła mnie jedna rzecz - niezwykle mało miejsca poświęca się stronie technicznej filmu podkreślając głównie imponujące efekty specjalne. I z tym nie mam najmniejszego zamiaru polemizować bo graficy komputerowi odwalili kawał dobrej roboty, a mieli jej całkiem sporo, zwłaszcza podczas finałowej sekwencji, która epickością przebija połączone siły IM3 i Dark World. Jednak powodów do chwalenia jest więcej. Choćby choreografia walk gdzie żadna z postaci nie posługuje się tym samym stylem walki. Już pomijam takie szczegóły jak używanie tarczy, cybernetycznej ręki czy gadżetów Natashy. Chodzi o sposób poruszania się i zadawane ciosy. Zimowy preferuje brutalny styl stawiający na szybką eliminację wrogą, Wdowa za to ma bonus do zręczności i tak samo jak rąk często używa swoich boskich nóżek. Pojedynki wręcz są długie, zróżnicowane i świetnie pokazane. To wszystko zasługa cichych bohaterów tego filmu - braci Russo. Anthony i Joe w swojej filmografii nie mają znaczących filmów, pracowali głównie nad serialami (choćby moje ukochane Community, gdzie razem lub osobno nakręcili kilkadziesiąt odcinków) dlatego tym większe było moje zdziwienie, że zostali oddelegowani przez decydentów Marvela do tak istotnego zadania. I wywiązali się z niego lepiej niż ktokolwiek by przypuszczał przebijając się do pierwszej ligi kina rozrywkowego. Dynamizm akcji, tworzenie odpowiedniego nastroju czy fenomenalne strzelanina czy bijatyki. Nie tylko umiejętnie operowali obrazem (pokłony za scenę od boku, jak z rasowego mordobicia podczas jednego z pierwszych starć Capa), ale też dźwiękiem. Klimatyczny atak na statek w ciszy to małe mistrzostwo świata. Już nie mogę się doczekać następnego seansu z możliwością przewiania by w pełni rozkoszować się wybranymi scenami.

Więc ideał? Jasne, że nie. To w końcu kino rozrywkowe obarczone pewnymi uproszczeniami i komiksowymi zagraniami, które będą niektórym przeszkadzać. Brakuje też trochę wyjaśnienia czemu wydawałoby się szeregowi przeciwnicy stanowią godnych przeciwników dla superżołnierza. Irytowały też niektóre strzelaniny z uwagi na niską celność broni maszynowej, krótkiej i długiej co niestety jest typowe dla filmów akcji, a mnie strasznie irytuje. Niestety nie zwróciłem też większej wagi na muzykę czyli musiała być nijaka, a przydałby się jakiś charakterystyczny motyw.

SPOILEROWY AKAPIT
Dla tych co już widzieli moja wrażenia odnoszące się od uniwersum. Przede wszystkim niepotrzebnie wprowadzono wątek Zoli, chociaż tłumaczenie planu w serwerowni miało zaskakujący rezultat i nie było zwykłym przechwaleniem się villiana. Wydaje mi się, że przypomniano o nim by płynnie wprowadzić go do serialu z agentką Carter, który został już zapowiedziany przez ABC. Ciesze się z tego jak Disney umiejętnie rozwija swoje Mavel Cinematic Universe i łączy różne media do opowiadania historii w jednym świecie. Wpływ wydarzeń z Winter Soldier będzie dalekosiężny, nie wpłynie jedynie na The Avengers 2, kontynuację, ale głównie serial Agents of S.H.I.E.L.D. Reperkusje wydarzeń dały zespołowi Culsone nowe życie i przywróciły wiarę w serial, szkoda tylko, że żadna postać nie zaliczyła krótkiego cameo. Widać, że jego trudny początek i linia fabularna były podporządkowane filmowi, który można nazwać odcinkiem specjalnym serialu. Zanosi się też, że powrót Buckyego nie ograniczy się tylko do roli Winter Soldiera i ewentualnego powrotu na ścieżkę dobra. Aktor ma podpisany kontrakt na jeszcze 6 filmów więc wszystko wskazuje na to, że to on przejmie tarczę Kapitana, a po tym co pokazał w tym filmie jestem w stanie uwierzyć, że udźwignąłby własny. Sam Captain America 3 jest ciekawym doświadczeniem bo w boxoffice będzie bezpośrednio konkurował z Batman/Superman od DC. Ciekawe czy DC ze strachu przed swoim największym konkurentem przesunie premierę filmu. Na koniec, scena po napisach, zgrabne przedstawienie bliźniaków, pokazanie supermocy w uniwersum i krótka zajawka na Age of Ultron. Już tylko rok do premiery, będzie na co czekać!
KONIEC SPOILEROWEGO AKAPITU

Korzystając z okazji nie odmówię sobie okazji wylania pełnego wiaderka pomyj, fekaliów i uryny na polskiego dystrybutora. Fajnie, że film był w kinach wcześniej niż w USA, ale nie usprawiedliwia to fatalnego tłumaczenia, które wygląda na efekt pośpiechu bo jeśli to norma to tłumacz jest prawdziwym partaczem i powinien zająć się czym innym. Masa literówek (już w pierwszym zdaniu!), problem z polskimi znakami, niektóre zwroty przetłumaczone jak przez translator, chaos przy złożonych zdaniach wywołany przez dziwny szyk wyrazów. Tragedia, zwłaszcza jak myślę, że ktoś wziął za to pieniądze. Skoro o warunkach seansu mowa to jeszcze o Trzy De - zbędny bajer, w ogóle niezauważalny podczas scen akcji, czasem rzucający się w oczy podczas statycznych dialogów, zbędny dodatek wyłudzający dodatkowe pieniążki i sztucznie przyciemniający obraz co tradycyjnie irytowało. 

Obowiązkowy akapit podsumowujący mówi wam byście poszli do kina. Jeśli już widzieliście Captain America: The Winter Soldier to zróbcie to ponownie po premierze na Bluray i rozkoszujcie się kawałkiem świetnego kina. Ja na pewno tak zrobię. Następnym razem ominie mnie powolne odkrywanie prawdy i ratowanie świata wraz z bohaterami, ale będę się bawił znakomicie.  

Kolejna wizyta w kinie to prawdopodobnie Godzilla. Tam na pewno będę piszczał.

OCENA 5/6

piątek, 4 kwietnia 2014

Lazarus vol. 1: Family


Ponure wizję przyszłości zawsze mnie intrygowały. Post apokaliptyczny świat po wojnie atomowej, przeróżne dystopię, alternatywne wersję naszej przeszłości gdzie kluczowy moment poszedł nie tak jak powinien, zombie światy, wodne światy, światy bez elektryczności czy opanowane przez sztuczne inteligencję bądź kosmitów. Wizję te mają coś niepokojącego zwłaszcza gdy odzwierciedlają lęki współczesnego świata. Dlatego w czasach zimnej kurtyny i żelaznej wojny popkultura przerabiała na swój obraz i podobieństwo wizję nuklearnego holokaustu. Dzisiaj rolę tych złych odgrywają wielkie korporację ciemiężące szarych obywateli. Oni są odpowiedzialni za kryzys, zaprzęgają małe żółte dzieci do pracy w fabrykach i rzekomo zakulisowo sterują polityką państw. Dlatego to świat niedalekiej przyszłości zdominowany przez wielkie rodzinne firmy posłużył dla Grega Rucki i Michaela Larka za tło dla ich najnowszej historii o biblijne brzmiącym tytule - Lazarus.

W tym świecie rządy i państwa nie istnieją, cała władza należy do kilku Rodzin, które podzieliły między siebie świat i zasoby naturalne do których zaliczają się ludzie zamieszkujący te tereny nazywani Waste czyli odpady, siła robocza nie posiadająca praw jak członkowie Rodzin i ich zaufani. Jak uczy nas historia na wyznaczeniu granic się nie skończyło. Człowiek jest drapieżnikiem i w jego naturze jest chęć coraz większego posiadania. Westa nie byłaby dumna z tego typu rodzin w przeciwieństwie do seniora familii Corleone. Przypominają one struktury mafijne z głową rodu która wszystkim zarządza, a do brudnej roboty czy własnej ochrony używa tytułowego Lazarusa, którego rolę dzierży Forever Carlyle bohaterka tej opowieści. Forever nie jest zwykłym człowiekiem. To zmodyfikowana genetycznie maszyna do zabijania, która może umrzeć jedynie przez dekapitację. Dlatego Łazarze każdej rodziny noszą przy sobie miecze. How cool is that? 

Opis Forever sprawia, że łatwo byłoby przefajnować tą postać. Bo seksowna kobieta pozbawiająca z gracją życia swoich wrogów mogłaby łatwo ulec seksualizacji lub być pretekstem do kolejnych stron bezrefleksyjnej sieczki. Na szczęście Rucka kreuje prawdziwą postać z krwi, kości i metalowych płytek. W końcu ma już pewne doświadczenie w tej roli pisząc choćby policjantkę z miasta Nietoperka Renee Montoye w serii Gotham Central. Forever można szybko i łatwo polubić z kilku powodów. Nie przepada za zabijaniem, ale rozumie konieczność swojej roli. Nie jest bezmyślnym mordercą pozbawionym empatii, ale robi to co konieczne. Nie bez refleksyjnie bo zastanawia się nad swoimi czynami. Rozumie też swoją odmienność przez co szuka akceptacji. Może i mieszka z swoją rodziną, zespół naukowców bezustannie kontroluje jej parametry życiowe, ale tylko drugi Lazarus może zrozumieć jak wygląda jej życie. Jednak ona bardzo dobrze rozumie bezwzględny świat w którym przyszło jej żyć. Co ciekawe już w pierwszym numerze okazuje się, że jest manipulowana przez brata, który chcę pozbawić ją empatii i zredukować do roli użytecznego narzędzia.

Bo właśnie intrygi stanowią tutaj główną oś fabularną. Nie są może zbytnio zawiłe łatwo jest dostrzec kto jest zły, a kto gorszy (dobrych w sensie stricte nie stwierdzono). Jednak ciekawie się czyta o kolejnych członkach rodziny i jak zmyślnie się wykorzystują. To nie jest kochająca rodzina. Tak jak wspomniałem wcześniej o ludziach - chcą więcej niż mają i inni stanowią tylko środek do celu. Na szczęście mimo tego, że familia Carlyle jest wielodzietna nie czuć natłoku postaci bo każde z nich jest wprowadzane stopniowo, ale konsekwentnie charakteryzowane. Samo prowadzenie fabuły opiera się na dużej ilości dialogów, które nie są bezcelowe i czyta się je z zaciekawieniem. Przy czym gdy jest to możliwe komiks operuje jedynie obrazem.

Jako, że jest to przyszłość z zaciekawieniem zwracałem uwagę nie tylko na sytuację globalną i społeczną z podziałem klasowym, ale również na szczegóły. Nie ma tutaj nachalnego wprowadzania cudownych zdobyczy technologicznych. Stylistyka sci-fi jest delikatnie zarysowana, a każde odmienne nowinki wprowadzane z wyczuciem jak zegarek z holograficznym wyświetlaczem czy hologram służący do pokazywania planów. Śmigłowce, umundurowanie czy wystrój wnętrz to dobrze znane nam projekty tylko leciutko zmodyfikowane. Wszystko to dodaje odpowiedniego klimatu niedalekiej przyszłości i to całkiem realnego. 

Pierwszy tom Lazarus jest tak na prawdę prologiem do całej serii. Nakreśla wizję świata oraz w dodatkach przedstawia dokładną chronologię wydarzeń przed akcją serii. Wprowadza też wątki, które powinny być rozbudowywane na przestrzeni kilkudziesięciu zeszytów. Konflikty między Rodzinami, problemy z Waste, kolejne rodzinne intrygi i knowania oraz poszukiwanie własnej tożsamości przez Forever. Świat na razie rysuje się powoli, ale jest na tyle fascynujący, że chcę się do niego wracać, poznawać go i zgłębiać oraz doświadczać szarej moralności, której nie powinno zabraknąć w przyszłości.

Jako, że to komiks trzeba też napisać o oprawie graficznej za którą jest odpowiedzialny Michel Lark.Współpracował on już z Rucką i zapewne dlatego tak dobrze jego twórczość dopełnia wizję pisarza. Rysunki doskonale oddają ponury i pesymistyczny świat. Kreska jest wyraźnie zarysowana, a całość utrzymana w ciemniejszej stylistyce przez co jest brutalnie i można odnieść wrażenie niebezpieczeństwa. Ze świecą szukać wielkich rozkładówek. Zamiast jednego epickiego splash page walka jest przedstawiona w małych i pojedynczych kadrach co podkreśla jej dynamizm. Również twarze, sylwetki i ubrania postaci idealnie pasują do klimatu serii.

Jak widać wpis jest laurką dla pierwszego tomu serii. Wady by się jakieś znalazły, ale podczas czytania czy po nim nie czuć niedosytu. Może tylko, że tak szybko się kończy. Bo Lazarus to doprawdy fascynująca lektura, która wrzuca w świat odmienny od naszego, ale ciągle go przypominający. Poza tym w roli głównej jest kobieta-cyborg z kataną.

OCENA 5/6

sobota, 18 stycznia 2014

Na Samotnej Górze mieszkał pewien smok [Hobbit: Pustkowie Smauga]


Z Hobbitem wiążę się sporo moich wspomnień. Jest to jedna z pierwszych książek, które wypożyczyłem z biblioteki przez co odcisnęła na mnie spore piętno. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że ma kontynuację pod tytułem Władca Pierścieni i jest zaledwie wstępem do prawdziwej opowieści. Pomimo tak istotnych braków w książkologii bawiła mnie niezmiernie i pozwoliła zafascynować się literaturą fantastyczną. Dlatego co jakiś czas do niej wracam. Umożliwia to wysłużony egzemplarz na półce, jedna z pierwszych książek w mojej kolekcji. Również przyszłość wiąże się z Hobbitem bo w planach jest zakup wydania od Amberu w tłumaczeniu Skibniewskiej, który będzie się godnie reprezentowało obok Silmarillionu i Dzieci Hurina. Nie znaczy to, że jestem fanatykiem, a mistrza Tolkiena uznaje za literackie bóstwo do którego porównuje każdy utwór, a jego słowa są święte, a ich swobodna interpretacja to bluźnierstwo. Daleko mi od tego więc nie zapalałem pochodni na wieść o trzyczęściowej ekranizacji niemalże trzystu stronicowej książeczki. Zaufałem Peterowi Jacksonowi, który dostarczył znakomitą trylogię jubilerską z pierścionkiem w tle. Przez co rok temu się zawiodłem. Niezwykła podróż okazała się nudną przygodą z mnóstwem nietrafionych pomysłów (śpiewające gobliny, jeż Sebastian, skalne giganty, wszechobecny efekt sztuczności). Obawy przed kontynuacją były spore, ale tym bardziej chciałem obejrzeć film. Tak bardzo, że poszedłem na niego do kina, a teraz muszę się podzielić wrażeniami z seansu. To nie będzie recenzja, jako fan nie jestem w stanie jej napisać. Za dużo rzeczy chcę opisać, skupić się na szczegółach filmu i skonfrontować je z odczuciami. Prawdopodobnie też sobie pogdybam o Back Again. Dlatego dalej będą spoilery. Ostrzegam szczególnie osoby, które czytały książkę, a nie widziały filmu. Trafiłem na opinię, że nie da się zaspoilerować 80 letniego utworu, ale to nie prawda. Film różni się na tyle od materiału źródłowego, że obcowanie z nim może być dla niektórych szokiem. Mimo, że moja ostatnia lektura Hobbita była aż pięć lat temu to i tak skonfrontuje oczekiwania z rzeczywistością. Mogę się w pewnych szczegółach mylić więc w tym wypadku proszę o waszą ingerencję.

Zacznie jednak od pewnych formalności. W kinie ostatni raz byłem dobrych parę lat temu na Indianie Jones i Królestwie Kryształowej Czaszki. Filmie, którego nie było jak twierdzi spora część fanów starego Indiego. Całkiem możliwe, że trauma spowodowana latającą lodówą wpłynęła na brak kolejnych odwiedzin na sali kinowej. Z tego powodu ominęła mnie cała ta wojenka 3D vs. 2D i nie mogłem dołączyć do żadnego z obozów by z czystym sumienie pohejtować konkurencyjny format. Dlatego też Pustkowie Smauga obejrzałem w wersji, która miała odmienić kina, a przynajmniej z jeszcze lepszym skutkiem napełnić portfele wielkich wytwórni. I podobało mi się. Tak bardzo, że przez pierwsze 30 minut głównie na tym się skupiałem. Wyskakujące bajery to tylko mało istotny dodatek. Największa zaleta to odczuwalna głębia obrazu. Czuć było przestrzeń w karczmie, las stawał się większy, a wystająca głowa smoka była fascynującym widokiem. Również takie smaczki jak postać stojąca bliżej mnie czy drzewo na pierwszym planie zasłaniające akcję umilało oglądanie i zwiększało immersję. Szkoda tylko, że obraz w tej technologi posiada jedną istotną wadę - jest ciemniejszy od swojego płaskiego odpowiednika przez co niektóre sceny wyglądały na nienaturalnie ciemne. Kłopot mogą też stanowić niewygodne okulary i zabrudzenia na soczewkach. Jednak jeśli będzie taka możliwość to na kolejny film również wybiorę się w 3D.

A jak się prezentuje Dezolacja Smauga? Jako film jest to pierwszorzędna rozrywka. Kameralna przygoda w Śródziemiu nie licząc ostatniego aktu filmu. Blockbuster średniego kalibru, nie przeładowany efektami, ale spełniający wszystkie wymogi letniego kina. Jednak jako adaptacja nie jest już tak dobrze. To raczej twórcza (i zarazem fanowska) interpretacja Hobbita przez epicki pryzmat Władcy Pierścieni. To już nie jest baśniowa opowieść kierowana do młodego czytelnika. To sprawnie zrealizowane kino dla całej rodziny, które potrafi porazić jak i zrazić swoim rozmachem. To też prosta historia cierpiące na syndrom środkowej części trylogii. Jako rozwinięcie trzyczęściowej opowieści sprawdza się świetnie bo rozbudowuje świat, odrobinę pogłębia bohaterów i pozwala im przeżyć kolejne przygody, a zarazem jest wstępem i przystawką przed głównym daniem. Jako samodzielny film się nie sprawdza. Brakuje tu początku i końca. To wycinek większej opowieści, którego nie można traktować jako samodzielnego tworu. Jednak paradoksalnie film jest lepiej skonstruowany niż poprzednia część. Poszczególne akcenty zostały lepiej rozłożone, nie posiada niepotrzebnych dłużyzn i czuć zwiększające się napięcie i zbliżający się kres wędrówki. Niecierpliwie myśli się też o upływającym czasie bo każda kolejna minuta oznacza koniec wędrówki i moment, w którym będzie trzeba opuścić fascynujący świat wykreowany przez mistrza Tolkiena. Świat, który jednak ma swoje wady. Nie na warstwie koncepcyjna tylko realizacyjnej. Design orków i niektórych lokacji jest pszeszarżowany, a CGI bije po oczach. Niektóre krajobrazy wydają się zbyt plastikowe, piękne oraz świecące i boję się jak zestarzeją się za kilka lat. Ciesze się jednak, że tam gdzie są makiety, scenografia i żywa materia, a nie bezduszny green screen wygląda to bardzo klimatycznie. Niestety trochę zawodzi muzyka bo ma się wrażenie, że słucha się tego samego. Jasne, najlepsze jest to co się zna, ale nowe aranżacja znanych od lat dźwięków i dodanie kilku nowych motywów to trochę za mało. Dlatego trochę żałuję, że za muzykę znowu odpowiada Howard Shore. Ogólnie film oglądało mi się wyśmienicie i większych wad podczas seansu nie dostrzegłem, dopiero później naszły mnie pewne niepokojące refleksję i zastrzeżenia związane z wiernością do materiału źródłowego dlatego od tego momentu większe spoilery dotyczące fabuły i odnoszące się do mojego odbioru książki.

Jeśli chodzi o omówienie poszczególnych scen to zaczną może od początku czyli retrospekcji. Kolejna wizyta w Bree i pierwsze spotkanie Gandalfa z Thorinem (poprzedzone zaskakującym cameo). Scena zupełnie niepotrzebna i nic nie wnosząca do fabuły. Przypomina tylko o co to całe zamieszanie. Jest góra, jest smok, są skarby, krasnoludy i pewien hobbit mieszkający w przytulnej norce, a nie zwykłej norze w ziemi. Tym bardziej jest niepotrzebna bo po jej zakończeniu jest bezpośrednia kontynuacja poprzedniego filmu czyli nasza wesoła gromadka w potrzasku. Muszę przyznać, że trochę wybiło mnie to z rytmu i czułem się odrobinę zagubiony. Musiała upłynąć chwila bym mógł ponownie poczuć magię Śródziemia. Potem odrobina akcji i trafiamy do Beorna. I średnio mi się podobało jego przedstawienie. Gandalf swoimi słowami buduje odpowiednie napięcie by potem spotkanie z gospodarzem okazało się rozczarowaniem. Jego postać można by usunąć z filmu i wiele by on nie stracił. Ot kompania trafiła by od razu na skraj Mrocznej Puszczy. Zamiast tego jest opowiedziana pretensjonalna historyjka jak to Beorn jest ostatnim przedstawicielem swojej rasy i nienawidzi orków. Przejmujące spojrzenie kamery na pozostałości po niewolniczych łańcuchach obowiązkowe. Niestety nie pokazano jego walki z orkami, nie pamiętam nawet żeby wspomniano jak to nocami wyrusza na nie polować. Gdy czytałem książkę jego postać budziła grozę, tutaj raczej była karykaturalne zarówno pod względem zachowania jak i wyglądu. Tym bardziej po swoim monologu gdzie podkreślił, że krasnali nie lubi, ale orków nienawidzi dlatego im pomoże. Litości. Tym bardziej boli mnie to, że nie podkreślono tego jak budzi grozę z uwagi na nieusunięcie wątku kucyków. Gandalf wspomina o odesłaniu koni, a kompania to robi. Ja ten nieznaczny wątek pamiętam bo to była wielka sprawa w książce. Jest to trochę konsekwencją braku odczuwania w filmie upływającego czasu. I to nie tyczy się tylko tego jednego momentu, ale też całości. Cała wyprawa tam i z powrotem trwała przecież okrągły rok, a podczas oglądania filmu ma się uczucie raptem kilku dni.

Opuszczę teraz krasnali (i hobbita) tak jak zrobił to Gandalf. W książce wrócił dopiero na sam koniec więc Jackson postanowił zajrzeć do Silmarillionu i dodatków Władcy by Ian McKellen mógł trochę dłużej uszczęśliwiać widzów. W jego scenach uderzyło mnie jedno - wyglądał dużo starzej niż w poprzedniej trylogii. Jednak dalej ma krzepę, biega sobie i walczy z orkami i rozwiązuje zagadkę Dol Guldur. Jest efektownie i na siłę wepchnięto łopatologiczne wytłumaczenie kto jest odpowiedzialny za zło Śródziemia. Dobrze, że świetnie zostało to nakręcono i czuć było napięcie podczas tych scen. Szkoda tylko, że Jackson nie zrezygnował z Radagasta. Zupełnie niepotrzebnie wprowadza odrobinę slapstickowego humoru. Dobrze, że obyło się bez królików rozgobel i jeża Sebastiana. 

W międzyczasie krasnale odbyły wędrówkę przez Mroczną Puszczę. I tutaj znowu mam problem z upływem czasu. Nie czuć go. Thorin mówi, że musi się śpieszyć, a nie widać by dni mijały. Kiepsko również zrealizowano zagubienie i dezorientację. Brakowało paniki, problemów z kończącymi się racjami żywności i nie czuć było klaustrofobii lokacji. Mirkwood jak inne miejscówki był pieczołowicie zaprojektowany. Nie czuć było rąk chaotycznej natury. Starcie z pająkami widowiskowe, a stwory obrzydliwe. To akurat normalka. Tylko trochę smutno się robi, że przecież duży pająk pojawia się w Władcy. Nie odmawiam Tolkienowi geniuszu, ale irytuje często korzystanie z tych samych pomysłów. Jak dobrze, że nie kończy się na WP, a jest jeszcze genialny Silmarillion.

Wędrówka przez Puszczę skończyła się zanim na dobre mogła się zacząć. Pojawiły się elfy i pojmały krasnale. I tutaj chciałem o tych elfach trochę napisać. Ja rozumiem decyzje jakie kierowały Jacksonem podczas realizacji jego twórczej wizji, ale popisać sobie trochę popiszę bo suma summarum nie mam pojęcia co myślę o trójce elfów. Nie jest to przegląd społeczeństwa, a kilku mocno zróżnicowanych jednostek od, których bije indywidualizmem. Thranduil to dobrze znany elf na łosiu z poprzedniej części. I co do niego mam najwięcej uwag. Nie do debiutującej Tauriel tylko do kreacji Lee Pace'a. Jego przesadzona mimika, dziwne zachowanie, dystans do świata mają podkreślić jego wyobcowanie. Czuć, że król leśnych elfów nie należy do tego świata, a tysiące lat życia odcisnęły na nim piętno. Nie pasuje do żadnego wzorca zachowania. Liczy się dla niego tylko własne królestwo to co po za nim jest mu obce i nic nie warte. Zdaje sobie sprawę ze śmiertelności otoczenia i stałości swojej domeny. Jego wizerunek jest strasznie odmienny od drewnianego Legolasa i Tauriel. Oni bawią się walką. Blondyn ponownie wykonuje swój popisowy numer z snowboardem tylko tym razem używa do tego orka. Tauriel jest równie zwinna i przyjemnie się ją ogląda w walce. Dlatego trochę średnio widzą mi się wątki romantyczne. Między rasowe i zakazana miłość wynikająca z pozycji na drabinie społecznej. Ciężko mi zdefiniować moje zastrzeżenia. Bo znowu ogląda się to dobrze i przyjemnie, ale coś tu nie gra. Może to moja podświadomość szuka problemów i z całej siły chcę niezgodność z pierwowzorem zaliczyć jako grzech śmiertelny filmu? 

Teraz dla odmiany napiszę o czymś co mi się bardzo podobało - rozdzielenie naszej wesołej gromadki i wczesne wprowadzanie Barda Łucznika. Jest to genialne posunięcie ze strony Jacksona. Bo gdyby akcja rozwijała się jak w literackim pierwowzorze to na Samotną Górę udałaby się cała 12 krasnali, a tak 1/3 zostaje w Mieście na Jeziorze. Już pal licho pseudo romantyczne spotkanie Kiliego z Tauriel, kalkę z Drużyny Pierścienia gdzie elfka ratowała Froda przy użyciu athelasu czy kilka starć z orkami. To podzielenie kompanii zaowocuje dopiero w finale niziołkowej trylogii zwiększając dramatyzm. Dezolacja Esgaroth nie będzie rzezią gromadki nonameów, ale podczas seansu będzie zależeć na bohaterach bo w tym tłumie będą znajome postacie. I obstawiam, że dojdzie do kilku dramatycznych wydarzeń i aktów pełnych heroizmu wraz z poświęceniem życia. Shiperzy elfio - krasnoludzkiego związku też powinni uronić łzę w przyszłym roku. Szkoda tylko, że kruk szepczący do ucha Bardowi nie będzie potrzebny, a do zabicia smoka posłuży coś więcej niż zwykły łuk. Szykuje się przesyt formy nad treścią, epickość nad kameralność, ale takie czasy... 

Co do samego Miasta - jest to fantastyczna Wenecja, której pokazano tylko wycinek i zilustrowano ją nowym motywem muzycznym przypominającym trochę szanty. Jednak wprowadzanie różnorodności kulturowej jest trochę przesadzone. Bilbo i strażnicy paradujący w orientalnych (tatarsko - mongolskich okiem laika) zbrojach to lekka przesada i wygląda to delikatnie mówiąc śmieszne. Czym się kierował Jackson i jego armia? Tym że Samotna Góra i Dale leżą na wschodzie więc klimaty orientalne będą jak najbardziej na miejscu? Czy smokiem, który przecież musi być związany z chińską mitologią (co w sumie jest odzwierciadlone w muzyce)? Dodatkowo zły władca został przedstawiony w odpychający sposób, a jego podwładny jest obślizgły i przebiegły. Straszna klisza i nawet Stephen Fry nie ratuje tego pomysłu. Nie muszę chyba wspominać o zbytnim przekolorowaniu i (ponownie) wrażeniu sztuczności. Fabularnie trochę też pozmieniano. Mocno powiązano krasnale z Bardem i dodano kilka wątków. Ciekawie wypada zwłaszcza ten Łucznika. Nie wiem co Jackson chciał tutaj zrobić, ale ja odbieram to jako aluzję do naszego smutnego świata i opór przeciw ciemiężącej obywateli władzy z szlachetnym rewolucjonistą na czele. 

Teraz słówko o smoku. Czy raczej SMOKU. Nie będzie przesadą jeśli napiszę, że Smaug kradnie ten film. Pojawia się w ostatnim akcie, ale to głównie o nim się będzie mówić po seansie. Przerośnięta jaszczurka wyglądała majestatycznie, wciąż słychać niski tembr głosu charakterystyczny dla Benedicta Cumberbatcha (mimo komputerowej obróbki) i intrygujące dialogi z Ujeżdżającym Beczki. Czuć było niesamowite napięcie między hobbitem, a smokiem gdzie siła tego drugiego była wprost namacalna. Swoje zrobił też wystrój skarbca, polowanie na Arcyklejot (którego design rozczarowuje) i jad sączący się ze słów smoka. Idealny kameralny finał opowieści pełen klimatu bez niepotrzebnej akcji i dający wyobrażenie o sile smoka, która ujawni się dopiero w przyszłym filmie. STOP! Nic z tego. Tzn. to co napisał to prawda, ale nie poprzestano na tym. Kameralne to słowo, o którym Hollywood już dawno zapomniało. Trzeba było dodać trochę zabawy w Benny Hilla ze smokiem i pokazać heroizm krasnali. Bo lepiej to wygląda jak nasi bohaterowie walczą ze złem, będą mogli mieć w przyszłości czyste sumienie. W końcu próbowali go powstrzymać. Przy okazji podczas tej finałowej walki osłabiono trochę grozę jaką siał Smaug. Zrobiono z niego nieporadnego gada, który nie może złapać kilku natrętnych szkodników. Zarówno on zachowywał się idiotycznie jak i plan krasnali był po prostu głupi. Jak to dobrze, że ostatnie parę sekund wynagrodziło tą durnotę ("I am fire! I am death!"). Szkoda, że nie dodano trochę dramatyzmu i nie zabito jednego z krasnali. Kolejne odchylenie od kanonu w tym wypadku zrobiłoby wiele dobrego. Pokazałoby to, że nikt nie jest bezpieczny w przyszłej części, a gra toczy się o ogromną stawkę. Przygotowałoby to też widzów nie znających książki na to kto zginie w przyszłej części. 

Reasumując moje narzekania - gdybym nie czytał książki nie miałbym większych zastrzeżeń. Całe to psioczenie i pisanie do samego siebie wynika z chęci skonfrontowania się z moimi odczuciami po lekturze i nie ma nic wspólnego z wadami filmu, który jest zupełnie innym medium niż książka. Obowiązują w nim inne reguły, a gatunek kina rozrywkowego ma przede wszystkim bawić co nadzwyczaj udanie The Hobbit: The Desolation of Smaug realizuje. Jest to film pod wieloma względami lepszy od części poprzedniej, ale też cierpiący na syndrom środkowej części trylogii. Ze swojej strony mam nadzieję, że tendencja zwyżkowa zostanie utrzymana i finałowa część będzie porównywalna jakościowo do Powrotu Króla lub Dwóch Wież. Tylko szkoda, że będzie to ostatnia wizyta w Śródziemiu chyba, że Peter Jackson wpadnie na szalony pomysł autorskiego dzieła w dobrze znanych realiach.

OCENA 5/6

sobota, 23 listopada 2013

Szybka seria #1

Pierwsze co to żal za grzechy. Żałuje, że nie pisałem na bieżąco. Oglądam - piszę. Gram - piszę. Czytam - piszę. Tak to powinno wyglądać. Jednak jestem człowiekiem leniwym i wygoda ze mną zwyciężyła. Miałem też kaca na pisanie po pracy magisterskiej. Przynajmniej tak to sobie tłumaczę. Jedyne co można było zobaczyć to kolejne serialowe podsumowania tygodnia i okazyjnie troszkę o filmach. W międzyczasie w roboczych notatkach zapisywałem kolejne uwagi do pochłoniętych tworów popkultury. Nazbierało się tego tyle i teraz trzeba przeprowadzić rachunek sumienia. Bo mimo żem jest człekiem leniwym to zarazem więźniem swoich przyzwyczajeń. Jak postanowiłem tak zrobię. Blog to mój pamiętniczek i ma się znaleźć w nim wszystko co przemieliłem choćby w postaci krótkiej wzmianki bym mógł po ponownej przygodzie z jakimś tworem wrócić i skonfrontować wrażenie ze swoim starym "ja". I tak powstaje nowy nieregularny cykl, który będzie formą popkulturowej spowiedzi. Będą tu rzeczy, o których nie chcę mi się pisać długich notek (kolejne sezony schematycznych seriali), nie jestem odpowiednią osobą, która może odpowiednio rzetelnie przeprowadzić rekonstrukcję jakiegoś dzieła (Breaking Bad) lub te o których nie chcę mi się pisać. Na przyszłość mam mocne postanowienie poprawy by zadośćuczynić wiernym czytelnikom (anyone?) lub by zdobyć nowych. Mam jeszcze do krótkiego opisania ponad 20 pozycji, a nowe wciąż dochodzą. W planach są również dłuższe notki, które teraz wam zaspoileruje - Dagome Iudex, Lazarus vol. 1 i Bit.Trip Runner. Podobało mi się i chcę o tym napisać. Bądźcie gotowi bo nie znacie dnia i godziny nowego wpisu. Tak jak i ja. 

PS. Jakieś uwagi czy propozycję? :)


SERIALE

 Castle S05
To był już piąty sezon Castle więc ciężko powiedzieć coś odkrywczego. Kto oglądał serial dobrze wie jak on wygląda. Co tydzień sprawa, a mordercą jest zwykle najmniej podejrzana osoba. Nic nowego, ale bawi ze względu na dwójkę głównych bohaterów. Oglądanie przygód Kate i Ricka dalej daje frajdę. Główna zasługa tego, że wprowadzono nową dynamikę między te dwie postacie. W końcu się zeszły. Dość szybko jak na przeciętny procedural, ale chwała za to. W końcu nie ma wiecznego napięcia między nimi, a dyskretne okazywanie uczucia gdy nikt nie patrzy. Jednak serial wcale się nie zmienił. To wciąż to samo. Twórcy zagrali dość asekuracyjnie, ale postanowili kilka razy poeksperymentować. Odcinek poświęcony Ryanowi, Esposito czy dla odmiany zgłębianie przeszłości Ricka, a nie Kate (chociaż i to się pojawia). Zdarzają się słabsze, zdarzają lepsze, ale większość odcinków jest po prostu przyjemna. Sprawa schodzi na dalszy plan nawet podczas epizodów tematycznych (np. konwent serialu sci-fi, świąteczny, wypad do Hamptoms), a na pierwszym miejscu jest humor, który wciąż bawi. Szósta seria powinna być podobna. Cliffhanger w porównaniu do zeszłych lat był spokojniejszy, ale jest zwiastunem zmian. Zmian, które nigdy nie nadejdą. Mogą być kosmetyczne korekty, ale serial się nie zmieni. I mi to wcale nie przeszkadza póki nie zabraknie humoru.

OCENA 4/6

Community S04
Czy Community bez Dana Harmona to dalej Community? Nie do końca. Było gorzej niż w poprzednich seriach, ale odcinków na prawdę słabych i mało śmiesznych była raptem kilka (tyle, że sezon był krótszy...). Niestety, ale też finał o którym bym chciał jak najszybciej zapomnieć... Bohaterowie się wiele nie zmienili i dalej zachowują się ze swoim charakterem, ale zabrakło wyczucia i serial często popadał w autoparodię zamiast składać hołd popkulturze i z niej czerpać. Szkoda bo zwykle zamysły były dobre, ale brakowało ręki mistrza i zamiast mięć wrażenie obcowania z geniuszem często było zażenowanie lub uczucie "kolejna zwykła komedyjka". Szkoda. Jednak było kilka na prawdę wybitych odcinków - kolejne podejście do paradokumentu, czy origin story bohaterów. Dwa najlepsze epizody, ale w TOP10 pewnie by się nie znalazły. Dobrze, że ilość gagów nie zawodziła i najczęściej onelinery śmieszyły. Teraz trzeba liczyć, że Harmon naprawi błędy i Community odzyska dawny blask.

OCENA 3/6

Copper S01 
Copper to pierwszy oryginalny serial BBC America. I jest to bardzo solidna produkcja. Tylko tyle. Dobrze się go ogląda, bohaterowie do polubienia, są skomplikowani i mają bogatą przeszłość, fabularnie jest przemyślanie skonstruowany, a i nie poskąpiono kasy na oddanie klimatu XIX wiecznego Nowego Jorku. Tylko, że brakuje mu magnetyzmu. Ten sam problem dostrzegam z Hell on Wheels i Boardwalk Empire. To bardzo ładne seriale, nie można im wiele zarzucić, dobrze się je ogląda, wciągają na te 40 minut, ale nie zmuszają by o nich myśleć i natychmiast do nich wracać. To jest kolejna rzemieślnicza robota jakiej teraz pełno w telewizji. Jednak fani historii powinni być zachwyceni. Może czasem serial popada zbytnio w procedural, ale przeważnie sprawy rozbite są na dwa odcinki, a główny wątek z poszukiwaniem żony głównego bohatera czy walką z szpiegami konfederacji toczy się przez cały sezon. Klimacik też jest - brutalny i bez łagodzenia. Krew, pedofilia, domy publiczne - w ogólnodostępnej telewizji nie widzi się takich rzeczy. Mocno jest też usytuowany w historii. Wystarczy trochę poczytać wikipedię i mieć rozeznanie w realiach epoki i można czerpać z niego dodatkowe korzyści. Do drugiego sezonu nie wrócę, ale i tak polecam samemu sprawdzić pierwszy. Dużo osób zachwyca się produkcją więc może to ja mam skrzywiony gust i wymagam od tego typu produkcji poziomu Rome. 

OCENA 4/6

Damages S05
Damages to przykład jak bardzo może upaść genialny serial. Pierwsze dwa sezony perfekcyjne, trzeci był lekkim ostrzeżeniem, a potem już gigantyczny spadek formy w ostatnich dwóch. Piąty jest wprawdzie trochę lepszy od czwartego, ale daleko mu do pierwszych. Nie lubię pisać takich rzeczy, ale już lepiej jakby serial skończył się wraz z finałem trzeciego sezonu. Nie dość, że poziom był wysoki przez co serial by pozostawił same pozytywne wrażenia to jeszcze miał lepsze zakończenie. Wprawdzie i tutaj ono jest, pasuje do wydźwięku serialu, ale chyba wolałem to z S03. Główną osią fabularną tego sezonu była obrona Chaninga McLarena, który był wzorowany na Julianie Assange, oraz finałowe starcie między Ellen i Patti. I wszystko byłoby piękne gdyby nie kiepsko poprowadzony scenariusz, który nie trzymał w napięciu. Flashforwardy i flashbacki, które były siłą serialu zaczęły irytować swoją powtarzalnością, a historia poruszała się do przodu w ślamazarnym tempie. Nowe postacie nudziły i ciężko było się do nich przekonać i przejmować ich losem. Były lata świetne za genialnym Frobisherem. Aktorstwo to wciąż najwyższa półka, szkoda, że pomysłu zabrakło i za mało było napięcia. Najlepsze sceny to te między dwiema głównymi bohaterkami, ale to za mało by uratować ten serial. Szkoda, że skończył w taki sposób. Kiedyś czytałem artykuł, który porównywał go do Breaking Bad i gdyby początkowy poziom został utrzymany serial z pewno by dorównywał dziełu Gilligana. Niestety, obecnie jest kilkanaście długości za nim...

OCENA 3.5/6

Defiance S01
Ostatnimi laty science - fiction nie po drodze z telewizją. Wystarczy choćby wspomnieć o fatalnym Revolution czy braku sci-fi w kosmosie. Smutne czasy. Promykiem nadziei miało być Defiance. I tym promykiem zostało bo wątpliwe by oświetliło drogę innym tego typu produkcją. Początkowo miałem nadzieje, że będzie inaczej - obce rasy, własna kultura, obyczaje i języki. I to wszystko na po części sterraformowanej Ziemi kilkanaście lat po wojnie z kosmitami gdzie rodzą się nowe mocarstwa. Fajne? Fajne. Tylko, że Dfiance to zwykły procedurl gdzie rozwiązywane są błahe sprawy mieszkańców z kilkoma poważniejszymi wątkami, które nie potrafią wciągnąć, a część postaci irytuje. Strasznie asekuracyjny serial, bojący się zrobić poważniejszy krok by być czymś odważniejszym i być może lepszym. Do tego jeszcze niezrozumiałe wplecenie wątków mistycznych i zbytnie komplikowanie mitologii serialu przez co wydaje się ona strasznie naciągane. Część bohaterów można polubić, część straszy swoją jedno wymiarowością. Ktoś złakniony sci-fi może próbować, innym odradza. Sam do S02 nie wrócę bo nie interesuje mnie co stanie się z Defiance, kto zostanie burmistrzem, czy młodzi wezmę ślub, jakie mistyczne moce ma jedna z bohaterek i kto będzie panował nad kopalniami bo tak wyglądają niektóre wątki tego serialu.

OCENA 3/6
Friday Night Lights S04 
Friday Night Lights to jeden z moich ulubionych seriali. Nie oglądałem go na bieżąco z emisją, ale zakochałem się podczas nadrabiania. Dlatego postanowiłem sobie go dawkować i po 3 serii zrobiłem przerwę. Po kilku miesiącach spontanicznie włączyłem 4 sezon i obejrzałem w niecałe trzy doby. Takie to dobre. Część bohaterów odeszła, pojawili się nowi, emocję zostały te same. Zarówno te podczas meczy footballu amerykańskiego jak i perypetii postaci. Każda z nich budzi jakieś uczucia, nie można pozostać obojętnym na ich los. Mimo, że wiele się zmieniło, ja ten sezon uważam za najlepszy. Najbardziej spójny w konstrukcji i opowiadający konkretną historię. I niezwykle pesymistyczny i smutny. Współczuje się tutaj każdemu, nikomu nic nie wychodzi i jest więcej dramatycznych wydarzeń niż tych szczęśliwych. Chyba dlatego tak bardzo można się zżyć z postaciami. Cały ten klimat jest podkreślony melancholijną muzyczką idealnie pasującą do nastroju. Co ważne nie ma tutaj jakiś wydumanych wątków jak te z drugiego sezonu. Samo życie, coś co może się przydarzyć każdemu. Nowe postacie godnie zastępują stare, które też się pojawiają. Fani na pewno będą zachwyceni. Jeśli ktoś nie ma pojęcia czym jest Friday Night Lights to proszę was dajcie szansę. I niech nie zrazi was sportowa otoczka bo to jest serial o bohaterach i ich perypetiach, a nie zmaganiach na boisku, chociaż i to jest tutaj istotne. 

OCENA 5/6

The Good Wife S02
Ponad rok zajęło mi się zabranie za drugi sezon The Good Wife i bardzo żałuję tej decyzji bo powinienem kontynuować oglądania od razu po skończeniu pierwszej serii bo serial jest jak najbardziej tego wart. S02 przynosi wiele zmian i wprowadza nową dynamikę w serialu. Cary przeniósł się do biura prokuratora, Peter walczy o odzyskanie swojej dawnej posady, Kalinda boryka się z nieoczekiwanymi problemami, a Alicja jest wartościowy współpracownikiem Lockhart/Gardner, które zyskało nowego partnera tytularnego - Bonda. Mimo, że wątków jest dużo to żaden z nich nie został zaniedbany na przestrzeni sezonu i praktycznie nie ma słabego ogniwa w fabularnej mozaice spisków i opowieści. Bohaterowie się rozwijają, sala sądowa to dalej elektryzujące miejsce, zwłaszcza, że nie brakuje charyzmatycznych występów gościnnych, a i sprawy częstokroć powodują konflikt moralny u bohaterów lub widzów. Nie da się narzekać na nudę. W ogóle nie ma na co narzekać bo to jeden z tych seriali, które się chłonie i zapuszcza odcinek za odcinkiem. Było lepiej niż w pierwszej serii, a to nie wszystko na co stać twórców i scenarzystów. 

OCENA 5/6 

The Shield S02
Drugi sezon The Shield uważam za lepszy od pierwszego. Poprzedni służył głównie ekspozycji postaci oraz nakreślenia klimatu opowieści, drugi natomiast skupia się już na opowiadaniu historii. Pojawiają się wątki, które trwają kilka odcinków, zmienia się status bohaterów, a czyny które podejmują niosą dalekosiężne konsekwencję. Tych mini story arców w sezonie jest kilka i nie są one wciśnięte na siłę, a ich istnienie jest logicznie uargumentowane. Szkoda tylko, że na tym ucierpiały postacie poboczne. Dany czy Julien dostają mniej czasu, a i ilość przesłuchań Dutcha została mocno ograniczona. Nie zaniedbano ich bo każde z nich również ma swoją historię, ale dostają mniej czasu antenowego. Nie zrezygnowano za to z komentarza społecznego i odwagi w poruszaniu trudnych tematów - mniejszości etniczne, Arabowie po 9/11, przemoc seksualna. Są odcinki zmuszające do myślenia na trudne tematy i to się chwali. Tym bardziej, że w większości jest to pesymistyczna wymowa. Nie zabrakło też naturalizmy zarówno w przedstawianiu świata jak i sposobie kręcenia. Humor dalej obecny szczególnie zestawiony z tragicznymi wydarzeniami. Nie obyło się jednak bez kilku oczywistych rozwiązań fabularnych, które trochę psują odbiór. Ja ten sezon oceniam wyżej od poprzedniego i liczę, że kolejny będzie lepszy.

OCENA 5.5/6

KSIĄŻKI


 "W górach szaleństwa" - Howard Phillips Lovercraft
Powoli nadrabiam klasyków literatury i tym razem padło na Lovercrafta. Nie powiem jednak, że jestem zachwycony. Może jakbym nie czytał tylu nowszych książek z tak odmienną formą narracji inaczej bym odebrał jego twórczość? A może to zupełnie nie moja broszka? Będę próbował dalej, zapoznam się z opowiadaniami i może one mnie do siebie przekonają, ale wyprawy w góry szaleństwa nie będę polecał znajomym. Jasne doceniam styl i formę książki. Język jest wyszukany i niepokojący, a narracja jest prowadzona w taki sposób, że zwiększa zaciekawienie, a opisy to mistrzostwo świata. Tylko, że tutaj praktycznie nic się nie dzieje. Rozwleczone na potęgę, w całości jest to relacja z wyprawy, która nie potoczyła się zgodnie z planem i zagłębianie się w niepotrzebne drobiazgi nudzi. Snucie odkrywanej historii Ziemi to jeden z najmocniejszych punktów książki, tylko cała reszta wypada przy tym blado. Podoba mi się, że czuć wiszącą w powietrzu tajemnice, niepokój z nią związany, ale w większości przypadków czar pryska gdy zostaje ona ujawniona. O wiele lepiej wychodzą niedopowiedzenia niż wyjaśniania. Chociaż może gdybym znał mity Cthulhu inaczej bym to odebrał? 

OCENA 3.5/6

KOMIKSY 

Smallville Season 11 Vol. 2: Detective
Z uwagi na jakość pierwszego tomu zwlekałem przed zabraniem się za drugi. Bałem się, że będzie równie fatalnie czy nawet gorzej. Zachęciło mnie jednak pojawienie się Batmana. W końcu zbliża się film, a i DC wydaje miesięcznik z tą dwójką. I muszę przyznać, że mi się podobało. Batman został dostosowany do realiów Smallville, trochę więcej żartuje i ma udziwnione gadżety, a Barbara Gordon jest Nightwinem i wyśmiewa pomysł żeby nazywać się Batgirl. Początkowo mamy doczynienia ze sprawą kryminalną, którą rozwiązują największy detektyw na świecie, wpleciona jest w to jego przeszłość i wraz z rozwojem wypadków udowodnia, że jest tym Batmanem, który jest zdolny do wszystkiego. Wybuchy szału czy równorzędne starcie z Supermanem (standard dla tego typu spotkań). Przyjemnie się to czyta i dlatego trochę żałuję, że pod koniec (3 ostatnie numery z 12) poziom historii mocno siadł i zaczęło się dziać zbyt dużo dziwnych rzeczy, które były pokazywane w chaotyczny sposób. Na pewno chciałbym żeby częściej dochodziło do spotkań duetu Superman/Batman. Mam jeszcze dwa duże zastrzeżenia. Pierwsze z nich to mało wątków pobocznych, które rozpoczęły się w poprzednim tomie (Tess i kryzys), a te nowe nie przekonują. Druga uwaga to rysownicy. Nie chcę mi się teraz liczyć (tak, leniwe ze mnie bydle), ale conajmniej 4 ich było. Strasznie to wybijało z rytmu podczas czytania. Zwłaszcza jak dwóch rysowało jeden króciutki numer i ignorowali fryzury postaci czy kolor ubrań. Dramat. Kolejny tom sprawdzę. Jeśli utrzyma poziom tego będę zadowolony. To nie jest wybitne czytadło, ale sam serial też wielki nie był. Ciesze się, że mogę kontynuować historię starych bohaterów i wyobrażać sobie jak wygląda to w ruchu. 

OCENA 3/6