Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 47 Ronin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 47 Ronin. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 maja 2014

3 filmowe grosze #12

SPOILERY 
 47 Ronin
- gdybym miał jakieś oczekiwania względem tego filmu pewnie bym się rozczarował. Tak obejrzałem kolejną średnią produkcję, o której za parę miesięcy nie będę pamiętał bo nie ma zbytnio o czym. Zarys historii jest dobrze znany - 47 roninów mści się za śmierć swojego pana, a potem popełnia seppuku. Jednak dużym problemem okazało się wypełnienie tego mięskiem. Dodano sporo wątków pobocznych, gdzie żaden się w pełni nie rozwija, motywację postaci często pozostają zagadką i brakuje racjonalnego ciągu przyczynowo skutkowego.
-  całość została ubrana w baśń fantastyczno przygodową z motywem konfliktu dobra ze złem (nasi mają piękne kolorowe stroje, źli ubierają się na ciemno...), zakazanej miłości, odnajdywania swojego miejsca w świecie i stąpania ścieżką honoru. I wszystkie to po łebkach mimo, że historia raczej się wlecze i ma niewytłumaczone zakręty. Bo kompletnie nie rozumiem czemu ronini szukając uzbrojenia mogli się udać tylko do wioski mieczników, a jak została zniszczona to jedynym wyjściem było tajemnicze miejsce z legend powiązane z przeszłością głównego bohatera. Oczywiście, że nikt nie pomyślał o innych sposobach na zdobycie broni.
- ogromny problem mam też ze złymi w tej opowieści. Nie rozumiem ich motywacji oraz celów. Do tego wiedźma jest totalnie przerysowana, wygłasza monologi, stroi dziwne miny i próbuje sprawiać wrażenie kogoś złowieszczego. Tylko jej to nie wychodzi. Z tym większym zaskoczeniem odkryłem, że wciela się w nią Rinko Kikuchi, która całkiem nieźle poradziła sobie w Pacific Rim. 
-filmowi wybaczyłbym fatalne dialogi (na szczęście postacie rzadko kiedy się odzywają) i potworną nijakość gdyby chociaż walki były porządnie zrealizowane. Bo wiecie, film o samurajach czyli będą się pojedynkować na miecze. Szkoda tylko, że to co się dzieje zakrawa o kpinę. Starcia kompletnie bez polotu i finezji, do tego mało ich.
- podobała mi się strona wizualna. Może momentami raziła sztucznością i komputery miały tutaj dużo do powiedzenia, ale bogactwo scenografii i kostiumów było zauważalne. Ładnie nasycone kadry i muzyka podkreślająca wydarzenia. Chyba najlepszy element filmu. Szkoda, że niektóre efekty były na zasadzie "patrzcie co potrafimy zrobić, szkoda, że nie mamy pomysłu co dalej". 
- jeśli jednak ktoś nie wymaga od filmów wiele, chcę zobaczyć jak amerykanie widzą XVII wieczną Japonię może sprawdzić. Mojemu tacie się podobało :) 

OCENA 3/6

Escape Plan
-Escape Plan jest przykładem tego, że film nie musi być ambitny lub rozrywkowy by był satysfakcjonujący. Nie jest to wielkie dzieło, obiektywnie ma więcej wad niż zalet, ale czasem takie kino sensacyjne jest potrzebne. Nie obraża specjalnie inteligencji widza, próbuje być czymś lepszym niż jest, ale niestety nie potrafi, ale przy tym można wyłączyć myślenia i nawet dobrze się bawić. Nie koniecznie w zamierzonym przez twórców miejscu. Nie będę nikogo przekonywał, że warto ten film obejrzeć, ale jestem zdania, że takie twory są potrzebne. 
- sam pomysł już jest chwytliwy, trochę absurdalny, ale dobrze znajomy fanom seriali zaczynającym swoją przygodę z tym medium w połowie zeszłej dekady. Ucieczka z więzienia. Jednak tutaj zamiast Wenwortha Millera w którego ponadprzeciętną inteligencję można by uwierzyć jest Sylwester Stallone o podobnych zdolnościach. Ucieczka z pensjonatów o zaostrzonym rygorze to jego specjalność, a robi to dla pieniędzy. Niby twierdzi, że ma w tym jakiś wyższy cel, dręczą go jakieś wyrzuty sumienia, jego postać jest w pewien sposób pogłębiono, ale to nie istotne. Liczą się ucieczki. I tak mamy pierwszą na rozgrzewkę pełniącą rolę prologu i przesadnego wyjaśnienia o co w tym wszystkim chodzi i drugą właściwą. I to jest fajne. Akcja dzieje się za zamkniętymi murami, postacie  muszą polegać na ograniczonych zasobach i własnej inteligencji. Mamy kolejne błyskotliwe sceny, odkrywanie słabości pułapki w której się znajduje, ale też walka z samym sobą. Bo bohater musi upaść by powstać jeszcze lepszym. Jest też większa intryga która stanowi mało interesujące tło do całości, średnio obchodzi i nie zaskakuje bo nie ciekawi. Fajnie jednak, że jest. Jednak mam pewne zastrzeżenia do tych ucieczek. By one ciekawiły nie mogą być zbyt proste, ale też zbyt wymyślne, ale przy tym przemyślane i spójne. Tutaj niestety tego nie ma. Dużo rzeczy jest ukrytych przed widzem i sporo w całości przypadku. Szkoda, że ten najważniejszy element filmu zawodzi. Tak jak szkoda, że zamiast kameralnej i dusznej historii pod koniec przeistacza się w niezbyt finezyjne kino akcji ubiegłego wieku z tryskającą krwią i nudnym strzelaniem w którym wiadomo która postać może, a która nie zginąć. 
- do obejrzenia skłoniła mnie głównie jedna rzecz - team up przebrzmiałych gwiazd kina akcji, które usilnie próbują wmówić, że tak nie jest. Bo prócz Sylwka jest też Arnie, który gra równie tajemniczego co inteligentne więźnia szybko (za szybko) zaprzyjaźniającego się z naszym uciekinierem. Bohaterowie oczywiście pierw wymieniają argumenty w postaci nisko latających pięści by następnie zjednoczyć siły w wspólnej uciecze. Sam film jest świadom tego, że sporo ludzi obejrzy go dla tych dwóch aktorów. I umiejętnie z tego korzysta choćby tak kadrując czy korzystając z zwolnień by jak najlepiej przedstawić tych panów. 
- jest też Zły Człowiek Którego Trzeba Pokonać, który okazuje się być naczelnikiem więzienia. Nie bez przyczyny używam dużych liter. Jest to postać karykaturalna, jak przeciwnik Bonda lub antagonista z kreskówki, udająca, że jest inteligentniejsza niż w rzeczywistości i posiadająca swoje manie. Słuchanie muzyki klasycznej czy kolekcjonowanie motyli. To wiele mówi o przerysowaniu tej postaci. I zbytnio to nie przeszkadza bo pasuje do stylistyki całości. Jest zły do szpiku kości i wiadomo, że ma zginąć na końcu. I tak się dzieje. W niezwykle zabawny sposób. Jednak trochę żałuję, że postanowiono wprowadzać Złego Człowieka przez co więcej było walki z nim niż z więzieniem. 
- więc tak - mamy groteskowe postacie, słabe dialogi, twisty fabularne które nie zaskakują oraz naciągany scenariusz. Do tego jeszcze trochę chaotyczny montaż z irytującą wręcz ilością cięć. I mi to zbytnio nie przeszkadzało bo oglądając chciałem wiedzieć co dalej. I dlatego zaliczam ten film do udanych mimo jego niekwestionowanych wad. 

OCENA 3.5/6

Thor: Dark World
- w ramach przygotowania się do nadchodzącego nowego filmu z Capem i przygotowanie do finału S.H.I.E.L.D. nadrobiłem sequel Thora. I jestem rozczarowany. Daleko mu do metki złego filmu, ale to zaledwie produkcja do piwa i czipsów. Tak żeby się pozachwycać efektami i od czasu do czasu pouśmiechać. Bo dajmy na to fabułę. Jest ona naiwna. Ja wiem, że to film Marvela, ale szanujmy się. Zły elf z przeszłości chcę zniszczyć wszechświat, posłuży mu do tego tajemniczy artefakt, który zbiegiem okoliczności wpada w ręce dziewczyny Thora, a już zupełnie przypadkiem to właśnie wszystkie światy ułożą się w jednej linii co będzie sprzyjało przeprowadzeniu zagłady. Mimo, że Malekhita wciela się Christopher Eccleston to brakuje mu charyzmy i nie jest godzien zapamiętania. Aż dziwne, że nie zdradził swojego planu bohaterem przed śmiercią. Chyba dlatego, że był od tak oczywisty... Brakuje zaskoczeń i nagłych zwrotów akcji, fabuła idzie po sznurku i nie czuć napięcia. Sceny akcji są efektowne i można się przy nich dobrze bawić, ale to tylko to.
- największy problem mam z ziemskimi bohaterami. Przeraźliwie nudne. Naukowcy pełnią rolę comic relief, ale też dość nieudolnie. Zachowują się jakby mieli przeciętny iloraz inteligencji, a potem ratują świat dzięki na naprędce skleconej technologii. Po co SHIELD i Avengers skoro na tym świecie mamy tyle błyskotliwych umysłów! I dlatego agencja jest zaledwie wspomniana przez co średnio czuć, że film należy do drugiej fazy. Z pozostałych postaci średnio spisuje się też Jane Foster. Ukochana Thora, która lata do niego wzdycha. Bo wiecie kobiety tak mają. Chwila zauroczenia i miłość na zabój. Naukowiec czy nie, nie myśli racjonalnie tylko wzdycha do swojego księcia i czeka na jego powrót. Po czym poznaje jego rodziców i mamy kolejne pseudo komediowo niezręczne sceny. Trochę lepiej z postaciami z Asgardu, delikatnie rozwinięto przyjaciół i rodzinę Thora, ale bez szaleństw, wiadomo, że nie opłaca się skupiać na postaciach skoro można pokazać więcej efektów specjalnych. Chyba o wiele lepiej film by wyglądał gdyby pominął jedną z płaszczyzn - Ziemię i skupił się na rozwijaniu mitologiczno - technologicznej strony uniwersum.
- mam też pewien problem z choreografią walk czy może raczej z szkoleniem wojowników Asgardu. Wojownicy, którzy mogą szkolić się tysiące lat walczą bez ładu i składu? W armii zero dyscypliny, pojedynki jeden na jeden to codzienność, każdy robi co chcę, a najlepszym rozwiązaniem jest brutal force. U Thora to jeszcze przełknę, ale u szeregowych wojowników? Szkoda bo w wyobraźni widziałem jak asgardczycy walczą jak rzymskie legiony czy średniowieczni wikingowie w pełni zdyscyplinowani i wiedzący co robią.
- trochę sączą jadu, ale przecież dobrze mi się to oglądało. Bo co jak co ale Asgard prezentuje się fenomenalnie. Techno - fantastyczna otoczka z skandynawsko - środkowo europejsą architekturą robi wrażenie. Szczególnie główny pałac przypominający gigantyczne organy. Cudownie to wygląda. Tak jak prowadzone bitwy. Szkoda, że zrobiono to jednak po łepkach. Gdyby cały film był w świecie Thora można by zrobić odpowiednio napięcie i dramatyzm. Nawet film wojenny z tego. Oblężona stolica, walka z czasem i wrogiem, wypady za miasto - to by było coś. A zamiast tego finałowe starcie na Ziemi. Przez co między podniesieniem tarczy energetycznej, a jej opuszczeniem mija może minuta. A szkoda bo napaliłem się na oblężenie. Tylko do tego armia i uzbrojenie Asgardu musiałoby być lepiej zaprojektowane... Sam Londyński finał jest fajny z jednego powodu - Jane szalejąca z portal gunem przez co Thor chaotycznie skacze po innych światach. I to się nawet sprawdza.
- trochę narzekałem na powrót Lokiego. Bo Loki tu, Loki tam, Loki w lodówce. Fajna postać, ale ile można. Smażona kiełbaska też jest smaczna, ale nie można jej jeść codziennie na obiad. Jakże się myliłem! Tom Hiddleston dalej kradnie każdą scenę, za nic nie można mu ufać, ale też ciekawie poprowadzono jego przemianę, a końcówka szeroko otwiera furtkę do następnej części. I rdzo chciałbym by czas na Ziemi został w niej zredukowany do minimum.
- ocena dla filmu? Czwóreczka w szkolnej skali lub 7/10. Bo niby narzekam, dużo mi nie pasuje, nie zgadzam się z niektórymi decyzjami to jednak fajnie się to przez większość czasu oglądało i było na co popatrzeć. Na więcej nie zasługuje bo to nic szczególnego i gorsze od jedynki, ale na mniej też nie. Chociaż całkiem możliwe, że po powtórnym seansie zmienię ocenę na niższą.

OCENA 4/6