Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orphan Black. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orphan Black. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 lipca 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #238 [03.07.2017 - 09.07.2017]

SPOILERY


The Handmaid's Tale S01E08 Jezebels
Pierw pokazano konserwatywne społeczeństwo po rewolucji. Potem znaki zdeprawowania u pojedynczych ludzi. Teraz zajrzano głębiej i zdekonstruowano Gilaed. Dokonano przewrotu w imię konserwatywnych wartości by ostatecznie elity i tak oddawały się hedonistycznym rozrywką. Obłuda to mało powiedziano. Wciąż są tam ludzie głęboko wierzący w ideę, ale rewolucja przyciągnęła wielu karierowiczów i ostatecznie nic nie zmieniła. Jak każda rewolucja oparta na brutalnej przemocy i ograniczaniu wolności.

Odcinek miał jak zwykle powolne tempo doskonale budujące atmosferę niepewności prowadzącej do koszmaru. Waterford jest niczym psychopata wykorzystujący Offred. Spełnia swoje zachcianki i traktuje June przedmiotowo. Sukienki, drink, wyprawa do klubu i gwałt w pokoju. Przerażające sceny. 

Swoje pięć minut dostał Nick. Serial nie przestaje tylko na przedstawieniu postaci, ale stara się wejść głębiej, zrozumieć co napędza ludzi do działania. W przeszłości tracił pracę za pracą by pomagać rodzinie. Jest jednym z niespełnionych ludzi szukających stabilności. Dlatego zostaje Okiem. Przez cały czas walczy ze sobą, dręczą go wyrzuty sumienia i nie może się odnaleźć. Wciąż jest niepewny swoich decyzji. Kolejna wielce interesująca postać.

Cieszy powrót Moiry. Chociaż cieszy to niewłaściwe słowo. Zrobiono z niej dziwkę dla bogatych, by przetrwać musi zaakceptować swoje położenie. Wspomina też o ruchu oporu. The Handmaid's Tale coraz mocniej dryfuje w tym kierunku.
 
Inne:
- Serena daję Offred pozytywkę z baletnicą. Wciąż nie mogę jej rozgryźć i nie wiem czy to symbol zrozumienia i współczucia czy protekcjonalizmu.

OCENA 5/6

The Handmaid's Tale S01E09 The Bridge
Co można zrobić żyjąc pod opresyjnym systemem? Walczyć lub się poddać. Ten odcinek skupia się na tych dwóch postawach. A dokładnie trzech. Moira jest po środku. Zwątpiła, zaakceptowała swoją rolę jednak po rozmowie z June ponownie uwierzyła w sens oporu. W tym przygnębiającym odcinku jej epilog jest czymś pozytywnym, mocno w kontraście do scen z Janine.

Właśnie, Janine. Przejmująca historia prowadzona przez cały sezon miała tutaj swój finał. Pranie mózgu w Red Center i oddanie dziecka okazała się dla niej zbyt dużą dawką. Już wcześniej jej psychika była mocno zwichrowana, teraz pękła. Nie wytrzymała i dokonała próby samobójczej. Scena na moście była mocna. Piękna przemowa Offred o sensie walki, niesamowite zdjęcia i ostateczny akt samobójstwa. Nieudanego. Nawet tutaj nie udaje się jej odnieść sukcesu.

Serena jak zwykle dostaje kilka minut i robi nimi wrażenie. Powoli ma dość zdrad męża i coraz bardziej się uzewnętrznia. Bardzo jestem ciekaw jak ta wykształcona kobieta zmieni się na przestrzeni następnego sezonu. Rewolucja o której śniła okazała się koszmarem i zapewne coś z tym zrobi. Może jeszcze nie teraz, ale na pewno nie pozostanie bezczynna.

OCENA 5/6

The Handmaid's Tale S01E10 Night
Doskonałe zwieńczenie sezonu. Dużo wielkich scen, sporo małych-wielkich momentów, kapitalne rozpisanie relacji między postaciami i chwile potrafiące poruszyć. Do tego niesamowita Elisabeth Mossa która ponownie wzbija się na wyżyny swojego talentu. Czuję Złotego Globa.

Najważniejszym wątkiem odcinka są relację miedzy Sereną, a Offred. Zdradzona żona dowiaduje się o romansie swojego męża i znęca się nad Podręczną. Puszczają jej nerwy ponieważ przeżywa tą samą historię. Ostatecznie uspokaja się gdy dowiaduje się o ciąży Offred. Błogosławiony Pan! Serena doczekała się upragnionego dziecka. By jednak wymusić posłuszeństwo June pokazuje jej Hannę i szantażują. Póki ona będzie ochraniać jej dziecko to Hannie nic się nie stanie. To była diaboliczna scena pokazująca prawdę o Serenię, która za wszelką cenę chcę mieć dziecko.

Kluczowym wydarzeniem była scena niedoszłego kamieniowanie gdy Podręczne w akcje solidarności pierwszy raz stawiają taki opór systemowi. Walka poprzez bierność i zachowanie własnych idei. Zwłaszcza gdy chodzi o jedną z swoich. Zabicie Janine z powodu jej choroby i w imię Pana? Nie ma takiej opcji. Piękna scena. Pod względem treści, ale też realizacji. Praca kamery, budowania napięcia i umiejętne korzystania z zwolnień.

Tylko kuleje mi przy tym wiarygodność serialu. Rządzący Gilaed dużą uwagę przywiązują do PR i całej marketingowej otoczki. Nawet dyskutowali jak nazwać gwałt na Podręcznych i wybrali ceremonię bo ładnie brzmi. Nie chcę mi się wierzyć, że zezwolili na to by tak cenny towar jak Podręczne nastawiony był na uraz psychiczny i kamieniowanie jednej z swoich. Gwałcący żołnierze tak, ale nie osoba która się z nimi wychowywała i przeszła przez piekło. Szybka egzekucja i tyle. Ba, nawet mogliby ją wprowadzić w śpiączkę farmakologiczną i wciąż używać jako Podręcznej.

Wracając jednak do Offred. Ona jest jedną z pierwszych buntowniczek. Naczytała się listów, historii kobiet podobnych do niej, czuje solidarność i wie, że nie może skrzywdzić swojej. Robi to też dla Hanny, chcę w pewien sposób poprawić świat. Upuszcza kamień i teraz czeka ją kara. Zatrzymana przez Oka wkracza w ciemność, którą nazywa też światłem bo pozwoliła jej być sobą. Mroczne zakończenie i sprytny cliffhanger. Tylko teraz promocja nowej serii może być wyzwaniem.

Na szczęście odcinek nie okazał się zupełnie mroczny. Pokazując finał historii Moiry udowodnił, że jest szansa na szczęśliwe zakończenie. Jej pobyt w schronisku dla uchodźców był surrealistyczny. Ludzka życzliwość i pomoc. Inny świat. I jeszcze spotkanie z Lukem i jej rozklejenie. Takie coś było potrzebne.

Jeszcze jedna myśl na koniec. Serial może pójść o krok dalej w swoim społecznym komentarzu i zając się uchodźcami. Do Kanady przybywają podręczne i uciekinierzy z Gilead. Chciałbym zobaczyć jak społeczeństwo kraju reaguje na to. Gesty solidarności owszem, ale też protesty? Słowa o pomocy na miejscu?

Inne:
- Alexis Bledel w stałej obsadzie S02. Jak tu się nie cieszyć?
- "It's their own fault. They should have never given us uniforms if they didn't want us to be an army."

OCENA 5.5/6
OCENA SEZONU 5.5/6 

Last Resort S01E07 Nuke It Out
Cieszyłem się z wylosowania Last Resort i to z więcej niż jednego powodu. Po pierwsze chciałem to nadrobić. Wspomnienia potrafią zdradziecko mamić oczy. Zapamiętałem to jako udany, acz nie do końca wykorzystany potencjał. Po skonfrontowaniu się z notatkami dotyczącymi wrażeń poprzednich odcinków musiałem zrewidować swoje poglądy. Jednak to nie chęć poznania dalszych losów załogi motywowała do mojego powrotu do serialu, a możliwość porównania go do The Last Ship. I pod tym względem serial również wypadł blado. Ostatecznie losowanie okazało się wielkim rozczarowaniem.

Odcinek oglądało się ciężko. O ile główna fabuła z wojną domową w USA i zbuntowanym kapitanem atomowej łodzi podwodnej jest ciekawa tak serial ma problem z opowiadaniem mniejszych historii i daleko mu do wspomnianego The Last Ship. Wątki są przerysowane, postacie zachowują się karykaturalnie, a scenarzyści planują jeszcze gorsze rozwiązania. Trójkąt miłosny, na prawdę? Komu to potrzebne. Tak jak walka z uzależnieniem. Ech, a wystarczy skupić się na przyziemnych sprawach życia na wyspie. Czymś innym niż watażka z którym są ciągle te same problemy i który bez problemu porywa kolejnych żołnierzy. Plusem niewątpliwie są aktorzy robiący co można ze swoich ról. Podobają mi się też rzucane odcienie szarości i zaskakujące acz logiczne zachowanie niektórych postaci. Tylko tego jest zbyt mało. Gdy pojawia się ciekawy wątek gdy kapitan przekracza linie będąc sędzią i egzekutorem serial rzuca twist gdzie najmniej podejrzana osoba okazuje się kretem. To bardzo prymitywne pisanie scenariusza mające jedynie zaszokować.

Fabularnie z jednej strony cieszy kontynuacja większej historii. Z drugiej irytuje brak wyraźnego wątku przewodniego dla odcinka. Kilka historyjek i tyle. Jakby była to obyczajówka, a nie thriller polityczny podzielony na epizody. Bo w sumie polityki i thrillera tutaj niewiele. Jedynie akcenty. Szkoda bo potencjał widać. Jak to dobrze, że już niedługo wraca The Last Ship.

Inne:
- oglądanie Dichen Lachman w Last Resort przypomniało mi o zbliżającym się Altered Carbon od Netfllixa. Trzymam kciuki za premierę w tym roku. I chciałbym jeszcze raz zobaczyć Jesse w The Last Ship. 

OCENA 3/6
 
Orphan Black S05E03 Beneath Her Heart
Gdy swój odcinek dostają Hendrixowie można się spodziewać zabójczej mieszanki komedii i dramatu. Allison jest tu zagubioną kurą domową szukającą swojego miejsca. Nie tylko w podmiejskiej społeczności, ale i na świecie. Banał, ale jak często powtarzam to banalne historię opowiadane w interesujący sposób są najlepsze. Pokazano tutaj zagubioną kobietę, której życie niespodziewanie wywróciło się do góry nogami. Żonę i matkę uwikłaną w spiski, ale też kochającą siostrę. Osobę wiecznie balansującą na granicy impulsu zawiści i chęci czynienia dobra ukształtowaną w toksycznym środowisku hipokrytów. To był poruszający odcinek podsumowujący jej historię gdzie jako kontrapunkt użyto flashbacków z jednego z ostatnich, nie tak wcale normalnych dni. Paradoksalnie mimo wszystkich przejść wciąż została tą samą poszukującą swojego ja kobietą.

W tym wszystkim nie giną dramaty innych postaci. Wzruszające nabożeństwo ku czci M.K. było wystarczająco mocnym wstępem. Swoją chwilę dostał Art, który gotów był zabić by chronić siostry. Przeklęty garaż Hendrixów. Jest też Kira. Skłócona z matką, coraz bardziej ufająca Rachel, gotowa przeprowadzić na sobie eksperyment. I oczywiście Rachel, która odnalazła swojego mentora co wyraźnie wybiło ją z rytmu. Mnóstwo dobrych opowieści nawet nie zahaczających o spisek neolucji.

Inne:
- Tatiana Maslany to serialowa królowa. Co za perfekcyjny występ podczas dramatycznych scen Allison. Współczucie dla bohaterki pojawiało się odruchowo. Jej blask był równie jasny w komediowych scenach. Naćpana Allison podczas spotkania z Cosimą - perełka.

OCENA 5.5/6

Orphan Black S05E04 Let the Children and Childbearers Toil
Podoba mi się jak Sarah współpracuje z Mrs. S. Bez większych kłótni tylko płynnie działający mechanizm. Miła odmiana od poprzednich sezonów. To w końcu rodzina i tylko w ten sposób można pokonać Rachel i Westmorlanda. Nawet zrekrutowano Adele. W jedności siła. Przy całej rozmowie o rodzinie ładnie w to wszystko wpleciono psychoanalizę Mrs. S i jej relacji z Sarą.

Sam odcinek miał kilka nudniejszych momentów, zwłaszcza podczas grifterki. Nie było to nic strasznego, ale widocznie spowolnienie w porównaniu do poprzednich trzech odcinków. Przy czym wyjaśniono troszkę z tajemnicy. Czy może dobudowano kila pięter do tego bizantyjskiego tworu. Nieudane próby i kolejne powiązania eksperymentów. Bez żadnych konkretów i motywacji, ale na razie wystarczy.

OCENA 4.5/6

poniedziałek, 3 lipca 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #237 [26.06.2017 - 02.07.2017]

SPOILERY

American Gods S01E07 A Prayer for Mad Sweeney
American Gods najjaśniej lśni opowiadając zwarte historię. Jest to serialowy paradoks. Najmocniejszy punktem powinna być wielowątkowa i przeplatająca się fabuła z barwnymi postaciami. Fuller, co zadziwiające, robi coś zupełnie odmiennego. Kolejny raz odbiega od głównej historii opowiadając poboczne historię związaną z mitologię. Zachwyca sposobem realizacji, przekazem i potrafi wzruszyć prostą historią. Przy tym z gracją chwyta i opowiada o trudnych relacjach bogów z ludźmi, ale też ironii boskich planów. Pokazuje bogów jako ludzi, uczłowiecza ich i sprawia, że są jeszcze bardziej fascynujący. Zachwycają kolejny raz wizualiami. Przepiękne ujęcia, kompozycja kadrów i nasycenie kolorów. Prawdziwie liryczny serial, stworzony do interpretacji i zachwytów nad poszczególnymi częściami składowymi.

OCENA 5.5/6

American Gods S01E08 Come to Jesus
Nie mogę się zdecydować czy mam problem z serialem czy nie. Nie kibicuje żadnej frakcji bogów co mi trochę przeszkadza. Starzy są aroganccy i chcą odzyskać swoją władzę. Nowi chcą kształtować rzeczywistość według własnego pomysłu. Mimo charyzmy aktorów nie jestem w stanie wykrzesać cienia sympatii do nikogo z nich. Może tylko do Ester, ale po przemyśleniu jej działań nic jej nie różni od sobie podobnych. Władza, to jedyne co ich napędza. Z drugiej strony, może o to chodzi? Pokazanie, że nie ma dobrych bogów, tylko ci pragnący władzy, gdzie ludzie są tylko pionkami zbijanymi w partii warcabów? To jest chyba właściwa interpretacja serialu.

Sam odcinek był efektowną mieszanką dramatu, czarnej komedii i surrealizmu Bryana Fullera. Trochę się wyjaśniło, pokazano fenomenalne efekty specjalne podkreślające potęgę bóstw i dodano tu ładną muzykę religijną podczas spotkań z Jezusami. Przy okazji wybuchła wojna bogów. Zupełnie niezauważenie. Tak, fabuła znowu ginie pod formą i znowu to nie przeszkadza. Ogólnie jestem zadowolony. Wyjaśniła się też ingerencja Wotana w życie Cienia.

Drugiego sezonu nie mogę się doczekać. Teraz gdy scenarzyści wgryźli się w historię, a przy tym długi prolog się zakończył czeka mnie mięsko. Chcę więcej bogów, fabuły jak i pojedynczych historii które tak dobrze wypadały w tej serii.

OCENA 5/6
OCENA SEZONU 5/6

JAG S01E07 War Cries
Dawno temu stwierdziłem, że fajnie byłoby obejrzeć NCIS, a by być wiernym chronologii na pierwszy rzut poszedł JAG. Poszło mi na tyle dobrze, że wytrzymałem całe sześć odcinków i zrezygnowałem z powodu archaiczności serialu. Fatum chciało bym spróbował jeszcze raz. Niestety nie było to najszczęśliwsze losowanie.

Ogólnie nie mam nic przeciwko proceduralą. Sprawdzono formuła śledztwa z przyjemnymi bohaterami do których chcę się wracać to coś za czym tęsknie w dzisiejszej telewizji. Jak się okazuje w tej starszej też. W JAGu rzuca się brak chemii między bohaterami i ogólna ilość konwersacji. Tutaj były to ubogie charaktery prowadzące niezbyt ciekawe śledztwo. Podobał mi się jedynie dość pesymistyczny wydźwięk całej historii i kilka cięższych akcentów, które zostały jedynie zarysowane. Jako całość niezbyt mnie wciągnęło. Brakowało tutaj napięcia i tajemnicy. Czuć ponad 20 lat na karku.

Do JAG nie planuje wracać. Odcinek obejrzałem bez krzty zaangażowania i trochę mi smutno. Podobno po zmianie stacji w S02 jest lepiej tylko komu chciałoby się tyle czekać?

Inne:
- John Wesley Shipp czyli stary serialowy Flash jako sierżant marines. To była całkiem miła niespodzianka. 

OCENA 3/6

Orphan Black S05E01 The Few Who Dare
Stęskniłem się za siestrami przez rok nieobecności serialu. Bo jakże by inaczej? Mocarny występ Tatiany Maslany, piękne zdjęcia i angażująca w losy postaci historia. To wszystko sprawia, że Orphan Black jest serialem który trzeba oglądać.

Odcinek był bardzo spokojny, budował fundamenty pod nowy sezon przedstawiając historię z perspektywy "dobrych" i pozostawiając machinację "złych" w tajemnicy. Miało to swój urok. Survival Sary na wyspie wciągał, odkrywanie osady przez Cosimę zdumiewało, a oglądanie losów Allison jak zwykle było mieszanką komedii i dramatu.

W tym wszystkim przebija się miotanie naszych postaci. Bezcelowe utrzymywanie się na powierzchni i walk o przetrwanie. Bezcelowe bo ostatecznie każdy z nich coś traci. Sarah i Allison zostają złapane, a Helena ranna. Sytuacja sióstr jest beznadziejna, Neolucja pozornie wygrała. Nie wiadomo jest los Kiry, Ferdinanda i Pani S. Myślę, że mogą namieszać w tej historii.

Mam małe życzenie co do tego sezonu - niech nie toczy się w całości na wyspie. Lubię zurbanizowany styl Orphan Black z korporacjami, mrocznymi uliczkami, ale też okropnie wyglądającymi terenami podmiejskimi. Niech mi tego nie zabiorą.

OCENA 5/6

Orphan Black S05E02 Clutch of Greed
Zmartwiłem się na początku i obawiałem powrotu do już przerabianych wątków. Pozornego zawieszenia broni, lekceważącego zachowania DYAD, wiecznej tułaczki klonów i walki z Rachel. Na szczęście to były tylko pozory. Powtórzenie tej samej historii tylko z innym zakończeniem miało tylko uwypuklić nowy kierunek serialu. Sarah przestaje uciekać, a Kira chcę wiedzieć co jest z nią nie tak. Pozorne zwycięstwo Rachel. Klony są w bardzo nieciekawej sytuacji.

Przyzwyczaiłem się do naturalizmu Orphan Black, a i tak niedobrze zrobiło mi się podczas dwóch scen. Pierwsza to przybicie igłą pani doktor do łóżka przez Helena. Strasznie to wyglądało. To jednak nic w porównaniu z śmiercią M.K. Zmęczona uciekaniem zostaje by chronić Sarę. Ostatnie poświęcenie i śmierć z ręki Ferdinanda. Mężczyzny który nie może być zaspokojony przez Rachel i realizuje swoją własną fantazję zabijając Mikę. Miażdżenie klatki piersiowej, czerwone oczy patrzące w pustkę i przed śmiertelne drgawki. Mało brakowało i bym odwrócił wzrok.

170 letni Westmordem wygląda odrobinę komicznie, niczym Bondowy przeciwnik. Ma też klasę XIX wiecznego dżentelmena i niewątpliwie fascynację nauką. Jestem bardzo ciekaw jego historii i relacji z Cosimą. 

Inne:
- jak zwykle piękne zdjęcia. Moje ulubione ujęcia to Sarah w pokoju przesłuchań z monitorem na całą ścianą rozmawiająca z siostrami, a wcześniej konwersująca niby to z własnym odbiciem.
- przez cztery sezony tego nie zauważałem, teraz rzuciło mi się to w oczy - ale Kira podrosła. Strasznie niepodobna jest do siebie z flashbacków. 

OCENA 5/6

niedziela, 26 czerwca 2016

Serialowe podsumowanie tygodnia #190 [13.06.2016 - 26.06.2016]

SPOILERY

Alias S02E16 Firebomb
Doskonałe proporcję między akcją, osobistymi momentami, chwilami dla drugoplanowych postaci i większą intrygę. Takie Alias chcę oglądać. Nie przytłoczone przez związek Syd/Michael, ale dające równe szansę całej obsadzie, nawet jeśli ma to być jedna acz znacząca scena dla kogoś z drugiego planu. Tutaj zabłysnął Marshall dzięki któremu kilkukrotnie można się było pośmiać. Will również się rozwija, konsekwentnie stawia kroki swojej kariery w CIA, a ja mocno przyklaskuje temu wątkowi. Mam słabość do oglądania analityków, co jest zasługą m.in. Rubicon. Cieszy mnie jak jest prowadzony Dixon, czuć, że jest istotą ludzką z własną historią, targany wątpliwościami. Pełnoprawny bohater, a nie narzędzia napędzające postać Syd. Przyparty do muru wrócił do pracy, zrozumiał czemu Sidney go "zdradziła" i prawdopodobnie zaryzykował swoje małżeństwo. Dużo, a nie dostał wiele czasu na ekranie.

Akcja w odcinku była porywająca. Nie jest to poziom współczesnych seriali, nawet tych The CW, ale pościg w Szwajcarii czy zakradanie się w Afgańskiej bazie terrorystów oglądało się wyśmienici, głównie za sprawą pobudzającej muzyki. Dla równowagi ważną rolę odegrały momenty wyciszenia jak oglądanie zwęglonych zwłok w kościele przytłaczającym swoim majestatem co stworzyło niemalże mistyczny nastrój sceny i odniesienie Sydney do Apokalipsy było jak najbardziej adekwatne.

Jeśli chodzi o główny wątek to powoli posuwa się sprawa artefaktów Rambaldiego. Sloan zdobył kolejny element układanki i zapewnia, że chodzi o coś wielkiego. Wielka tajemnica działa na wyobraźnie. Jednak jeszcze ciekawiej u Syd. Każda kolejna scena z Fake Francine ma w sobie sporo napięcia i widać ewidentne różnicę w grze aktorki.

Inne:
- pierw Sloan nosi maskę, a potem Sydney przybiera twarz staruszki. Fajny zabieg, zbliżający te postacie.
- ej, czemu nie było Christiana Slatera skoro jego wątek się jeszcze nie skończył?
- jakie ładne ujęcia i montaż podczas sceny tortur Sydney. Oświetlona bohaterka przywiązana do krzesła, otaczająca ciemność i cięcia gdy gasło światło.

OCENA 5/6

Alias S02E17 A Dark Turn
Odcinek skonstruowany w okół trzech związków miłosnych? Może i brzmi zniechęcająco, ale było wręcz przeciwnie. Trzy powiązane ze sobą pary, każda z jakąś tajemnicą, która mocno wpływa na całą fabułę jak i partnera.

Na początku o Sydney i Voughnie. Irytowało mnie, że tak wcześnie rzucono tajemnicę, która miała ich poróżnić. Ponadto kwestionowanie lojalności Michaela było trochę bez sensu dla fabuły i zbyt naciągane. Na szczęście emocjonalnie odpowiednie wpłynęło to na Sydney. Prawda okazała się prozaiczna - szukał informacji o Irynie, dowodów, że kłamie. I nic nie znalazł.

Ładnie to korespondowało z wątkiem Irina/Jack. Stare małżeństwo, które ponownie odkrywa miłość, wraca do uczucia za którym tęskni. Tylko czy do końca można jej ufać? Czy Jack dałby się jeszcze raz oszukać? Świetnie prowadzona niepewność, aż do ostatnich minut. Bristow popełnił ten sam błąd za który przyjdzie mu zapłacić. Irina zdradziła i wydaje się, że od początku pracowała z Sloanem. Tylko czy ma to sens? Ile osiągnęła w uwięzieniu i czy nie był to przerost formy nad treścią?

Równie ważną rolę odegrał Will. Wpadł w matnię, wydaje mu się, że dręczą go koszmary, a tak na prawdę Fake Francine poprzez hipnozę wyciąga z niego tajne informację i to on staje się nieświadomym zdrajcą  odcinka. Trochę naiwne. Pokazuje jednak jak praca w CIA niszczy kolejne życia, jak ciężko się z niej wyrwać.

OCENA 4.5/6

Alias S02E18 Truth Takes Time
Odcinek zaczął się efektownym flashforwardem - strzelanina między Sydney i Iriną gdzie wydawałoby się ta druga dostała kulkę. Szkoda, że reszta odcinka nie dorównała wstępowi. Było tutaj zaskakująco wiele dłużyzn, humor nie działał, a baza genetyczna, którą źli chcieli zdobyć wydawała się zbytecznym McGuffinem. Najważniejsze rzeczy dotykały Emily i miłości do Sloana przez co odcinek wyszedł niezwykle melodramatycznie. Wielka miłość dla której warto porzucić swoje życie i ostateczna śmierć obok ukochanego. Nie takie Alias chcę oglądać. Bardziej podobały mi się sceny Emily/Sydney, pełne stonowanych emocji i poczucia zdrady odczuwalnego u tych dwóch kobiet.

Końcówka odrobinkę zaskoczyła. Sydney dostaję wiadomość od matki, tytuł odcinka. Czyżby to oznaczało, że ona jednak nie zdradziła? Już mam powoli dość tej zabawy w kotka i myszkę. Oby jej story arc zakończył się w finale sezonu.

OCENA 4/6

Alias S02E19 Endgame
Kolejny odcinek poświęcony szpiegowskim związkom i znowu wyszło znakomicie. Tym razem jednak nie o Sydney chodziło. Pierw poruszono zdradę Jacka i na zasadzie podobieństw i kontrastów zbudowano wątek Caplanów. Ona okazała się rosyjskim szpiegiem i niczym Derevko wyszła za Slatera. Jack widzi w niej odbicie swojej żony i nie wierzy w jej dobre intensję co prowokuje samotną misję Sydney. Niesłusznie, nie każdy tego typu związek opiera się wyłącznie na kłamstwie. Jakby tego było mało pan Caplan pracuje dla NSA i wie o tajnej roli swojej żony. Wszystko się kończy dobrze i mi to pasuje.

Jednak nie wszystkie wątki mogą mieć happy end. Dixon podłamał się po zabiciu Emily i postanawia zrezygnować z pracy w terenie. Dzięki wsparciu własnej żony do tego nie dochodzi, ona w końcu zrozumiała czymś jest jego praca i ją akceptuje. Po czym ginie w wyniku zemsty Sloana na oczach męża. Wybuchowa końcówka wpływająca na główne postacie.

W międzyczasie trafiła się świetne sceny w country barze w Moskwie oraz Sydney udającą dziewczynę z bractwa studenckiego. Drgnął też wątek Fake Francine. To ona zabiła żonę Dixona i wykorzystała Willa by włamać się do danych CIA, co zostało wyśledzono. Czuć, że zbliża się finał.

OCENA 4.5/6

Alias S02E20 Countdown
Nie zawsze cieszy mnie oglądanie odcinka zaczynającego się od flashforwarda. Zwłaszcza gdy scenarzyści są zachowawczy i chcą tylko w taki sposób szokować. Tutaj tak nie było, był on w pełni uzasadniony. Pokazano Dixona grożącego zdetonowanie C4 co doprowadziło by do jego i Sydney śmierci. Potem cofnięto się do pogrzebu żony i pokazano jego długą drogę radzenia sobie z żałobą i własnymi słabościami. Jego powolne załamywanie się i na końcu triumfalne odrodzenia. Przy okazji pokazano zaufanie jakie odrodziło się między nim, a Sydney. Podobał mi się ten wątek.

Podoba mi się pomysł na dziewczynę dla Marshalla. Czemu by nie? Wszyscy romansują może i on. Tym bardziej, że przyda mu się jakiś osobisty wątek, choćby najprostszy. Nie podobała mi się za to wyprawa Sloana do Tybetu. Wyglądało to jak człowiek szukający odkupienia udający się na duchową wędrówkę. Na szczęście szybko to naprawiono. Pojawił się tajemniczy mnich, który namówi go na poszukiwanie artefaktów Rambaldiego, a teraz daje mu kolejne wskazówki.

Gdy nie to jak ważne są tutaj postacie na początku pewnie napisałbym o tytułowym odliczaniu. Odkryto kolejną przepowiednię Rambladiego, która ma się spełnić za 42h i trzeba ją powstrzymać. Tajemniczy artefakt do zdobycia i uciekający czas. Mogłoby być więcej napięcia, ale sam pomysł ciekawił. I ładnie skonstruowano końcówkę gdzie w tym samym momencie rząd USA zdobywa sztuczne serce, a Sloan dostaje dodatkowe zapiski dotyczące Rambaldiego. Które z tych wydarzeń ma doprowadzić do krwawych wydarzeń?

Jeszcze o castingach. Danny Trejo płatnym zabójcą, Jonathan Banks dyrektorem NSA i David Carradine tybetańskim mnichem. Wszystko to w jednym odcinku. Oglądanie tak znanych nazwisk to sama przyjemność.

OCENA 4.5/6

Alias S02E21 Second Double
Pierwsza część finału odrobinę rozczarowała. Była ewidentnym wstępem do czegoś większego. Czegoś co nastąpi w przyszłym odcinku. Nie znaczy to, że odcinek był pozbawiony istotnych scen. O nie, tego było dużo. Cały wątek Willa jako zdrajcy strasznie mi się podoba i to jak był budowany przez cały sezon. To jak jest zaszczuty i ufa nieodpowiednim osobą, a osoba która może go uratować jest szantażowana. Sceny gdzie aktorzy mogli się wykazać to momenty gdzie Will próbuje sobie coś przypomnieć z przyszłości, ale nie potrafi. Rozczarowanie, ale ciągle wiara w przyjaciela Sydney i złość Dixona. Jest jeszcze końcówka gdzie Fake Francine go ratuje.

Niestety u innych bohaterów nie działo się zbyt wiele. Spięcia Kandella z Jackem to coś do czego przywykłem. Trochę zaskoczyła mnie rozmowa Sloana z Jackem, ale z tego nic jeszcze nie wynikło. I tyle. Z fajnych rzeczy była jeszcze wizyta w niemieckim klubie BDSM i Michael udający pijanego. Tyle.

OCENA 4/6

Alias S02E22 The Telling
Co za odcinek! Zresztą, tego właśnie się spodziewałem po serialu Abramsa. Emocji pełną gębą, akcji i cliffhangera zrywającego kapcie z nóg. Jak to dobrze, że już zaraz mogę włączyć następny odcinek i chłonąć historię, a nie czekać w niepewności 3 miesiące i czytać strzępy informacji. Albo szkoda. Oglądanie Alias na bieżąco musiało być świetnym przeżyciem.

Odcinek był perfekcyjnie skonstruowany, dobre kino sensacyjne napakowane akcją i jej zwrotami. Nie było nawet chwili na nudę, a spokojniejsze sceny miały zazwyczaj mocne zakończenie. Nie można było też być pewnym tego co się widzi. Serial przez całą swoją emisję bawi się pozorami i podwójną grą. Czy Syd może w końcu zaufać matce? Czy Irina mówi prawdę? Do końca tego nie wiadomo. Wiadomo, że czuję ból z powodu krzywd jakie wyrządziła córce. Świetnie zagrane! Gra aktorska zawsze była mocnym elementem serialu.

Najwięcej frajdy sprawiły mi sceny akcji. Pierw porwanie Jacka. Niezbyt efektowne, ale napędzające dalszą część odcinka. Potem najazd na wieżowiec, w którym znajduje się Sloan. Dużo strzelania i imponująca (chociaż czuć 13 lat na karku) scena skoku z dachu. I wreszcie starcie Sydney z Fake Francine. Co to było za starcie! Pierw odkrycie jej tożsamości przez Willa i nóż w brzuch w nagrodę. I potem Sydney dostaje wiadomość i się zaczyna. Efektowna choreografia, męczące się kobiety, poczucie siły każdego ciosu i stopniowo niszczona scenografia. Plus muzyka, raz zwiększająca dynamizm sceny swoim szaleńczym tempem, by zaraz całkowicie zamilknąć w celu zbudowania jeszcze większego napięcia. Perfekcja.

Rambaldi w końcówce sezonu odegrał dużą rolę. Pogoń za artefaktami i napędzanie akcji kolejnych odcinków. Po co? Wciąż nie wiadomo. Sloan złożył tajemniczą machinę (Doomsday Machine?) i tyle wiadomo. Wrócił też motyw Syd jako wybrańca z przepowiedni. Nie wiem o co chodzi i mi się to podoba. Widzę też jak bardzo Alias jest podobne do Fringe pod wieloma względami. Boje się jednak, że ten wątek pójdzie teraz na drugi plan.

Z powodu cliffhangera. Tak się kończy sezony, proszę państwa! W sposób szokujący, redefiniujący serial i nadający widoczny kierunek następnej serii. Ostatnie 5 minut było zaskakujące. Po walce z Fake Francine Sydney budzi się w Hong Kongu, kontaktuje z CIA i dowiaduje, że od tamtych wydarzeń minęły 2 lat. Przeskok w czasie i wymazanie pamięci głównej bohaterki. Nieźle! Jakie to zmiany przyniesie? Obstawiam flashbacki Sydney, nieufność wobec niej i przetasowania w CIA. Może Sark będzie teraz dla nich pracował? W końcu mówił, że jego lojalność jest chwiejna. Tylko związku Voughna i Sydney szkoda i boję się tej dramy związanej z jego małżeństwem.

OCENA 5.5/6

Alias S03E01 The Two
Co za wspaniała gra Jennifer Garner! Pełna gama emocji na twarzy, szok, ból, niedowierzanie, zawziętość, złość i radość. I to nie w jednej czy dwóch scenach, ale przez cały odcinek miała sceny gdzie mogła się wykazać, co robiła znakomicie. Od pierwszej rozmowy z Voughnem, przez spotkanie z Dixonem i ojcem, aż po konfrontację z Sloanem i tyradę którą wygłosiła Michaelowi na końcu. Patrzyłem na nią w niemym podziwie. Pani Gerner, niech pani jak najszybciej wróci do telewizji!

Ten odcinek był w całości z perspektywy Syd. Dynamiczny, skakał od jednej do drugiej sceny, zarzucał widza informacjami o statusie quo i serwował przyzwoitą akcję. Widzę tutaj nawet lekką poprawę, ale to może być efekt premiery sezonu. Mi się najbardziej podobała odkrywanie nowego świata. Sloan jako konsultant CIA, Marshall spodziewający się dziecka (!) i Dixon nowym przełożonym. Sporo się zmieniło.

Większa intryga mi się podoba. Trochę szkoda, że porzucono wątek Rambladiego i to w dziwaczny sposób. Sloan usłyszał słowo "Peace" i walczy o pokój na świecie. Mam nadzieje, że są plany w planach. Intrygująco zapowiada się odkrywanie życia Syd i tego co robiła przez ostatnie dwa lata. Tylko żeby serial nie trzymał zbyt długo w tajemnicy.

Bradley Cooper wyleciał z głównej obsady. Tak jak matka Syd i Francine. Zamiast nich Melissa George i Greg Grunberg. Szkoda Willa, ale wstępnie jestem na tak.

OCENA 5/6

Alias S03E02 Succession
Jestem już trochę przytłoczony ilością Syd w tych dwóch odcinkach. Rozumiem, główna bohaterka i trzeba się na niej skupić wprowadzając w nowy świat. Tylko, że serial słynął z bogatej obsady drugoplanowej i z chęcią pooglądałbym oddzielne wątki. Sam Jack to mało.

Odcinek miał efektowny początek, potem tempo trochę siadło. Ciężko było wymyślić coś lepszego niż porwanie windy z dwoma agentami CIA śmigłowcem. Potem trafiła się jeszcze strzelanina i ciekawy twist z Starkem. On jest dziedzicem Romanowów, a jego ojciec został zamordowany przez Sydney z wypranym mózgiem. Powoli się wszystko zagęszcza.

Pojawiła się Melissa George i niestety, tak jak przypuszczałem, okazała się żoną Michaela. Wygląda pięknie, ale już mnie irytuje ten wątek. Tym bardziej, że serial robi wszystko by ją znienawidzić. Voughn wraca do pracy, a ona będzie szukać zabójcy ojca Sarka.

OCENA 4/6

Alias S03E03 Reunion
Ostatnio męczyła mnie Sydney, teraz trójkąt miłosny. Lubię Melissę George, jest śliczna i ten akcent. Nawet podoba mi się jej postać. Jednak denerwuje mnie w scenach z Sydney. Nie jest to wina postaci, a scenariusza. Tak wiem, Michael + Sydney = wielka miłość, ale nie chciałbym żeby do siebie wracali. Krzyżyk na drogę i niech każdy z osobna buduje lepszą przyszłość. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że wciąż czuć chemię miedzy Syd i Michael, świetnie się rozumieją i razem współpracują. Tylko gdyby nie ta zazdrość. O wiele lepiej ogląda mi się przyjacielskie sceny Syd z Weissem.

Odcinek zaczął się spektakularnie, od spadającej satelity w centrum Moskwy. Fabułka była wciągająca, dużo lokacji i pojawił się Sark. Udanie też prowadzono dwa wątki, które miały swoje momentum w finale przez co końcówka była pełna napięcia. Ogólnie całość oglądało się świetnie, a byłoby lepiej gdyby nie wspomniany wyżej wątek.

OCENA 4.5/6

Game of Thrones S06E09 Battle of the Bastards
Co tu dużo pisać, wielka bitwa bękartów nie zawiodła. Gra o Tron przesuwa granicę tego co można pokazać w telewizji. Rozmach na niespotykaną skalę i epickie starcie z udziałem setek statystów, dziesiątek koni i sztucznych ciał. To właśnie starcie między armią Starków i Boltona było w centrum odcinka. Wielkie widowisko, które pozwoliło poczuć skalę wydarzeń. Wielkie, długie i zróżnicowane. To nie było prostę tłuczenie się rycerzy. To był Szeregowiec Ryan kina fantastycznego. Trud walki był namacalny, można było się poczuć jak na polu bitwy. Zwłaszcza podczas szarży konnicy. Lub gdy kamera tpp na jednym ujęciu śledziła Jona Snowa. Lub gdy wykopywał się spod starty ciał. To był piękny spektakl, który nawet na chwilę się nie nudził. Gdzie można się było przejąć losami bitwy i postaciami. Warto było przemęczyć ostatni odcinek by zobaczyć coś takiego.

Zaskakujące, ale to nie była jedyna batalistyczna scena odcinka. Na samym początku pokazano oblężenie Meereen i to jak się skończyło. Danka użyła swoich atomówek i z grzbietu smoka zniszczyła oblegającą flotę. Co za panorama miasta, co za poczucie satysfakcji z kolejnego wielkiego zwycięstwa. Świetne momenty.

Sceny walki scenami walki, ale to jest serial o postaciach. I długo się zastanawiałem jak ocenić ich zachowanie w tym odcinku. Z początku byłem rozczarowany i narzekałem jednak po dłuższym zastanowieniu wszystko ma jak najbardziej sens. Pokazano to kim staje się Jon i Sansa i kogo coraz bardziej przypominają, jak ich wady wysuwają się na pierwszy plan. On jest bardzo podobny do ojca. Unosi się honorem by uratować brata. Bezsensowna szarża, która mogła się zakończyć klęską. Nie używa taktyki i planu, jak jego ojciec robi co trzeba zamiast myśleć o dalekosiężnych konsekwencjach. Podczas bitwy przeżywa też drugie, tym razem symboliczne odrodzenie, podczas wykopywania się spod stosu ciał. Piękna wizualnie scena. Tylko czy będzie miała wpływ na Jona? czy przejmie rolę lidera i będzie kroczył własną ścieżka? Pobicie Ramseya niemalże na śmierć może być jego pierwszym krokiem ku kreowaniu własnej tożsamości.

O wiele ciekawiej wypada Sansa. Ma za złe bratu, że nie pyta jej o zdanie. Nie zna się na taktyce i strategii, ale rozumie jak Ramsey myśli, mogłaby pomóc planować bitwę. W międzyczasie toczy własną grę, a serial pokazuje jak bardzo się zmieniła. I upodobniła do swoich oprawców. Jak Littelfinger prowadzi długą grę. Rozumie, że Rickon już jest martwy, pogodziła się z jego śmiercią i próbują ją w jakiś sposób wykorzystać. Nie mówi też Jonowi o posiłkach o jakie poprosiła Dolinę. To mogłoby uratować tysiące ludzi i cała bitwa miałaby inny przebieg. Ona to jednak zostawia dla siebie, korzysta z tego w inny sposób, może nawet planuje użyć konnicy w krytycznym momencie. Setki giną w koniecznym poświęceniu, ale ostatecznie Starkowie triumfują. Przy czym rysuje się między nimi masywna wyrwa. Sansa ma też coś z Ramseya, który przecież mówi, że na zawsze pozostanie częścią niej. Ona go skazuje na śmierć, pożarcie przez własne psy. Coś czego nauczyła się od niego. Mrok, który ją zaczął otaczać podkreślają dwa momenty. To gdy psy rzucają się na Ramseya ona zaczyna odwracać głowę, po czym zafascynowana znowu na niego patrzy. Oraz ten delikatny uśmiech, który pojawia się na jej twarzy gdy scena dobiega końca, a ona odchodzi z satysfakcją. Może i nie na taki rozwój postaci liczyłem, ale podoba mi się on.

Nie spodziewałem się tak szybkiego przybycia Theona i Yary do Meereen. Widzimy ich na audiencji u Daenerys gdy proszą o niepodległość Wysp w zamian za pomoc. I to jest ciekawa sprawa z kilku powodów. Yara i Dany od razu przypadają sobie do gustu, dwie silne kobiety dyskutujące o przyszłości swoich ludzi. Theon zaś może znowu spotkać się z Tyrionem i przyznaje zwierzchnictwo swojej siostry. Szkoda, że go tak mało w tym sezonie! Jednak najciekawiej wypada sprawa polityki. Yara się zgadza, że Żelaźni Ludzie przestaną łupić inne kraje. Tylko czy jest na to szansa? Zgodnie z ich dywizom rodową "oni nie sieją". Wg. mnie ona dobrze zdaje sobie z tego sprawę i wykorzystuje Dankę. Toczy bardzo niebezpieczną grę.

Inne:
- polecam 10 minutowy materiał zza kulis kręcenia bitwy. Niesamowite.
- niestety budżet odcinka jest nieznany, ale z ciekawostek wiadomo, że sama bitwa była kręcona 20 parę dni natomiast sama scena gdy Jon okładał Ramseya cały dzień.
- RIP Wun-Wun. Ostatni gigant zmarł w heroicznym szturmie na Winterfell. Śmierć Rickona nie ruszyła wcale. Trochę szkoda, że całe rodzeństwo nie zjednoczy się w Winterfell, ale nie oszukajmy się, najmłodszy Stark nie był pełnoprawną postacią.
- orły przesądziły o losie bitwy, prawie jak u Tolkiena.

OCENA 6/6

Orphan Black S04E09 The Mitigation of Competition
Serial dalej zaskakuje, może w nie tak spektakularny sposób jak do tego przyzwyczaił, ale przyjemność z oglądania wciąż jest wysoka. Najlepiej wypadła podwójna gra Rachel. Jej pełne napięcia spotkanie z Sarah, a potem pytanie o jej prawdziwy cel. Zdradzi klony czy nie? Jak daleko jest się w stanie posunąć? Ten wątek był budowany cały odcinek by na końcu można było odetchnąć z ulgą. Jest po stronie klonów, Evie Cho i Brightborn zostało pogrążone medialnie. Niespodziewanie szybko.

Jak zwykle przyjemnie wypadła Allison z Donnym. Napalony mąż po wyjściu z więzienia oraz modlitwa po seksie, uśmiałem się. Dramatyczniej wyszedł kryzys wiary Allison. I na końcu zjawienie się Heleny w najbardziej odpowiednim momencie. Ten serial często jest niepoważny, ale co z tego skoro wszytko zachowuje spójną, lekko odrealnioną konwencję.

Coraz więcej miejsca jest poświęcone wizją Rachel, a mnie intryguje jak to zostanie wyjaśnione. Na pewno nie profetycznymi zdolnościami po uszkodzeniu mózgu. Czyżby ktoś jej wszczepił pliki wideo w oko? Czy może połączenie sztucznego oka z mózgiem odtwarza jakieś dawno zapomniane wspomnienia?  I kim jest tajemniczy facet przypominający syberyjskiego mistyka?

OCENA 4.5/6

Orphan Black S04E10 From Dancing Mice to Psychopaths
Rzadko mi się to zdarzało w tym sezonie, ale niestety miało to miejsce właśnie tutaj. W pewnym momencie straciłem zainteresowanie wydarzeniami na ekranie. Finał sezonu, ja siedzę i patrzę bez większych emocji. Głównie to zasługa pierwszej połowy odcinka. Trochę biegania i brak konkretnych działań, jak z przeciętnego odcinka. Dobrze, że przynajmniej Krystal pojawiła się na chwilę. Potem jednak zaczęły się ujawniać kolejne piętra tej gigantycznej intrygi i jeszcze mniej było to interesujące. Rachel zdradziła, Susan zdradziła, rada Neolucji okazała się groteskowa jak z kreskówki, a finał to krwawa rzeźnia, który okazała się tanim cliffhangerem. Nie do takiego Orphan Black się przyzwyczaiłem. Najbardziej zabrakło mi jednak rodziny. Zamiast skupić się na postaciach, na sestrach, to walczono z złą korporacją. Ziew. Fajnie, że Delphine znowu spotkała się z Cosmią, a Sarah wcielała w Krystal. Zabawnie było też oglądać Helenę z Donnym w dziczy. Jednak za mało było takich scen.

Inne:
- piąty sezon będzie ostatnim i mnie to cieszy. Serial skończy opowiadać historię na własnych warunkach i nie wyciągnie kolejnego przeciwnika gdy dostanie nieoczekiwane zamówienie na więcej odcinków. 

OCENA 4/6

Person of Interest S05E11 Synecdoche
Nie często mi się to zdarza, ale zacznę od końcówki odcinka. Co za piękna scena gdy okazało się, że Maszyna ma więcej agentów, a Harper i Price pracują dla niej w Waszyngtonie i pomagają naszym bohaterom. To niesamowicie poszerza świat i daje potencjał na spin-offy, które nie powstaną. Czy Los Angeles i Seattle mają swoich herosów? Czy w Europie również jest team-machine? Niesamowicie mi się to podobało, tym bardziej, że wyciągnięto starych bohaterów.

Może i fabułka odcinka była trochę naiwna, ratowanie życia prezydenta, ale realizacyjnie było przyzwoicie i oglądanie kolejnych zwrotów akcji ciekawiło. Unikanie Secret Service, Shaw strzelająca do prezydenta czy walka z agentami. I te tajemnicze zbiegi okoliczności w tle. Wątku inwigilacji nie ruszono zbyt poważnie, to już nie raz miało miejsce. Przewinął się on kilka razy w tle, ale najważniejsze było pytanie o intencję Samarytanina. Czemu chciał śmierci prezydenta i jaki jest jego końcowy cel.

Ten odcinek to też radzenie sobie ze stratą. Rozmowy Fincha z Maszyną były przepełnione smutkiem, ale też determinacją która go napędza. Jak daleko jest w stanie się posunąć by zniszczyć Samarytanina? Fajnie wypadły też sceny z Fusco/John na cmentarzu oraz Shaw, która wciąż wierzy, że jest w symulacji, ale i tak widać po niej stratę którą odczuwa.

OCENA 5/6

Person of Interest S05E12 .EXE
Kolejny odcinek pokazujący jaką stratą jest anulowanie Person of Interest. Scenarzyści mają jeszcze mnóstwo pomysłów do opowiedzenia i teraz muszą je upychać. Choćby na podstawie projekcji alternatywnego świata można by stworzyć cały odcinek, zamiast tego były krótkie scenki rodzajowe tego jak Maszyna zmieniła życie ludzi i jak mało zmieniła życie świata. Słodko gorzki łabędzi śpiew i piękny sposób na żegnanie się z widzem i przy okazji zadanie pytania, w jaki sposób serial zmienił moje życie.

Odcinek był napakowany akcją, działo się dużo, nie tylko efektownych rzeczy, ale tych angażujących emocjonalnie. Harold wszedł na wojenną ścieżkę i nie zawahał się zabić swojego dziecka by pokonać Samarytanina. W przeciwieństwie do Greera, który zabił się by zapewnić przetrwanie swojemu bogowi. Tylko co tak na prawdę stało się w finale? Jak Harold pokonał Samarytanina? Czyżby wymazał cały internet? Działa na wyobraźnie.

Podobał mi się wątek Fusco zwłaszcza w kontraście z jego alternatywną wersją. Nawet myślałem, że serial go zabił żeby jeszcze podkręcić stawkę przed finałem serialu. Na szczęście przeżył tylko co zrobi? Zabiję agenta FBI by ratować rodzinę czy będzie podążał za swoim nowym kompasem moralnym robiąc coś głupiego? Na prawdę jestem ciekaw jak skończy on i cała reszta. Serial tak kreuję swoją opowieść, że wiarygodna jest śmierć wszystkich bohaterów.

OCENA 5/6

Person of Interest S05E13 return 0
Piękny, cudowny, idealny. Chociaż rzadko się zdarza, że finały seriali są satysfakcjonujące tutaj nie mogło być inaczej. Mówimy przecież o Person of Interest, o ludziach którzy od wielu lat doskonale orientują się co dziej się w świecie technologii, doskonale antycypują przyszłość i znają swoich widzów. Oni nie mogli zawieść i tak jak przez kilka lat dostarczali pełne emocji odcinki tak w finale jest podobnie. Tylko szkoda, że to już koniec. Widać, że mieli pomysły na więcej, pomysły których już nigdy nie zobaczę.

Finał fabularnie można bardzo łatwo podsumować - Team Machine w swojej ostatniej bitwie pokonuje Samarytanina i niszczy jego kopię. Wielka wojna dobiegła końca, niektórzy zginęli, inni żyją dalej. Słodko-gorzki koniec dla uwielbianych bohaterów. Dopełnienie historii to jedno, realizacja, dialogi i małe acz piękne momenty to coś zupełnie innego. Już początek oszałamia - postrzelony Finch na dachu nowojorskiego wieżowca prowadzi ostatni dialog z Maszyną. Wrażenie końca jest przytłaczające. Doniosłości chwili dopełniają również słowa Maszyny, która nie może sobie przypomnieć czego ważnego nauczyła się o ludziach. To wszystko to doskonała rozbiegówka uzupełniona wydawałoby się scenami z środka odcinka co podbudowuje jeszcze oczekiwania.

Całość ma konstrukcję achronologiczną gdzie małe i pozornie niezwiązane ze sobą momenty składają się na większą całość. Oglądanie flashbacka z małym chłopcem, zakrwawionego Fusco czy policjantów na miejscu wypadku zmusza do myślenia by na końcu zaskoczyć.

Serial jak zwykle miał do powiedzenia coś o ludziach. Może i bardzo banalną myśl, ale prawdziwą. Coś co nie jest oczywiste póki o tym się nie myśli. Coś o czym mogła pomyśleć Sztuczna Inteligencja oglądająca miliony śmierci rocznie. Coś co nadaje sens temu wszystkiemu, spełnia że życie jest wartościowe i nie można go ograniczyć. Śmierć nie jest końcem. Zawsze coś po nas pozostanie, ludzie których spotkaliśmy, rzeczy których dokonaliśmy, emocję które wywołaliśmy. Nigdy do końca nie umieramy. Bardzo pocieszająca myśl, która była jednym z motorów napędowych cywilizacji. Banał, którego nauczyliśmy sztuczny twór nie jest wcale banałem, a aksjomatem, myślą przewodnią i siłą napędową ludzkości.

Finały seriali mają to do siebie, że lubię sztucznie szokować, zabijać postacie dla samego efekciarstwa i bezsensownie iść na całość. Tutaj tak nie było. Jasne, obstawiałem że wszyscy mogą zginąć, ale w konwencji serialu miałoby to sens. Tutaj zginął tylko John i jak najbardziej mi to pasuje. Heroiczną śmiercią bohatera, poświęcając swoje życie zamiast Fincha. Zniszczył Samarytanina i uratował Maszynę. I to pasowało. Jego całe życie było wypełnione walką, od dziecka chciał zostać bohaterem i nim został. I ocalił to jedno życie, na którym mu najbardziej zależało - Fincha. Piękne, tym bardziej, że Finch chciał poświecić siebie by John nie musiał ginąć. Jak na przekór on dostał happy end, trafił do Włoch i Grace. Należy mu się spokojna emerytura.

Życie Fusco zmieniło się najmniej. Przeżył, chociaż serial droczył się zemną sugerując, że jednak zginie. Przeżyła też Shaw. I jakie to było piękne! Już ostatnio się zachwycałem innymi Team Machine. Teraz znowu mam powód. Dokonała zemsty za zabójstwo Root. Nawet się nie zawahała, zrobiła to co musiała, zabiła bez wyrzutów sumienia. Potem wzięła Miśka, pożegnała się z Fusco i ruszyła w drogę. Zatrzymał ją dzwonek budki telefonicznej w tym samym miejscu w którym John pierwszy raz rozmawiał z Maszyną. Serial zatoczył spektakularne koło, Nowy Jork może spać spokojnie, wciąż ktoś nad nim czuwa. Misiek, Shaw i jej ukochana pod postacią cyfrowego boga.

To był wspaniały serial, miałem z nim kilka problemów na początku, ale dzięki swojemu przewidywaniu przyszłości i umiejętnemu poruszaniu się po świecie technologii w pewnym momencie zaczął mnie zachwycać. Na przestrzeni lat stworzył bogatą mitologię, dał niezapomniane momenty (pierwszy odcinek Shaw, If-Then-Else, śmierć Carter) i zadawał trudne pytania próbując na nie odpowiedzieć bez zbytecznego moralizatorstwa. To był też ostatni wielki procedural telewizji ogólnodostępnej. Żegnaj Person of Interest, może i skończyłeś, ale na zawsze pozostaniesz w mojej pamięci.

Inne:
- może i Person of Interest się skończyło, ale Jonathan Nolan dalej siedzi w technologiczno-moralno-społecznych klimatach w produkowanym dla HBO Westworld.
- piękna muzyka w odcinki, Ramin Djawadi jak zwykle doskonałe i wcale nie żałuję, że Nolan nie zdecydował się na Hero Davida Bowie w scenie śmierci Johna.
- Jonathan Nolan zaliczył małe cameo w scenie na Time Square, jego ostatnie pożegnanie z widzami. I co to była za cena, aż mi się przypomniał zeszłoroczny Mr. Robot.
- ten odcinek to głównie ostatnia podróż Johna i Fincha, Fusco i Shaw nie mieli wielkiej roli w pokonaniu Samarytanina. I mi taki powrót do korzeni pasuje.

OCENA 6/6

wtorek, 14 czerwca 2016

Serialowe podsumowanie tygodnia #189 [06.06.2016 - 12.06.2016]

SPOILERY

 Alias S02E11 A Higher Echelon
Trochę się stęskniłem za podobnymi odcinkami, gdy Dixon i Sydney muszą razem pracować w terenie. Tym razem mieli dwie akcje, może i niezbyt spektakularne, ale z zwrotami akcji. W pierwszej Dixon krzyżuje jej plany odnośnie SD-6, a w drugiej wyjątkowo on się przebiera za DJa i Marshall ratuje Syd. Właśnie Marshall! Został porwany, grozili mu śmiercią i zamiast napisać od nowa Echelon ten dał im ponga i poinformował SD-6 gdzie się znajduje. Mój bohater! W odcinku przeszkadzał mi brak istotnych wydarzeń. Porwanie Marshalla czy superbroń dla Sloana mogły wiele zmienić, ale nic z tego już się nie liczy. Trochę szkoda. Zmieniło się tylko jedno, Jack jest uciekinierem i teraz sam będzie próbował odnaleźć zabójców Emily. Nie przepadam za tym wątkiem ,ale jest w nim coś nowego więc na plus.

OCENA 4.5/6

Alias S02E12 The Getaway
Jej, co za bizantyjska intryga związana z Emily. Sloan to geniusz zbrodni. Wykorzystał powiązania swojej ofiary z Sojuszu z Kane, prawdopodobnie wrobił ją w porwanie Emily i na koniec odcinka mógł się spotkać z swoją wydawałoby się zmarłą żoną. Przez pół sezonu serial wodził mylnymi tropami, robił z Sloana ofiarę, a tak na prawdę to on jest za wszystko odpowiedzialny. Może i niezbyt się to klei, trzeba brać tutaj dużo rzeczy na wiarę, ale podoba mi się taki zwrot akcji. Tego oczekiwałem po tym serialu i właśnie to dostaje.

W ogóle ten odcinek był bardzo dobry. Intensywny, z efektowną akcją. Zwłaszcza ta bijatyka na początku na sali kinowej podczas seansu starego kryminału narobiła dużo klimatu. Potem współpraca Jacka z żoną i ucieczka przed SD-6. Wprawdzie wszystko wraca do punkty wyjścia, ale ta droga na około była bardzo przyjemna.

Zmieniły się za to relację Sydney i Michaela. Romantyczna kolacja omal nie zakończyła się wpadką. Wreszcie ich związek gdzieś zmierza. Cieszy mnie to ponieważ czuć między nimi niesamowitą chemię. Pewnie jeszcze nie jedna tragedia trafi się po drodze, ale prędzej czy później skończą razem.

Inne:
- Marshall przynoszący podarunki za uratowanie życia, świetny. Niech najlepiej wyruszy na kolejną misję.
- Weiss wrócił! Fajnie, lubię Grega Grunberga i nie mam nic przeciwko żeby pojawiał się częściej. W ogóle przydałoby się więcej postaci na drugim planie.

OCENA 4.5/6

Alias S02E13 Phase One
Czy ja ostatnio narzekałem, że w serialu mało się zmienia? W takim razie kajam się. Ten odcinek to gamechanger, coś co powinno być puszczane jako finał sezonu, ba nie licząc ostatniej sceny tak mógł się skończyć serial. Świetne tempo, napięcie związane z demaskacją Bristowów i wybuchowa końcówka. Zniszczenie SD-6 i pocałunek Sidney z Michaelem. Nie tego się spodziewałem, ale to zalety oglądania serialu lata po premierze. Inaczej byłby on głośno reklamowany, tym bardziej, że leciał po Superbowl. Nie mam pojęcia jak teraz zmieni się Alias. Nikita sobie bardzo dobrze poradziło bo pokonaniu Sekcji tutaj też widać ogromny potencjał.

Że to będzie świetny odcinek wiedziałem już od pierwszej sceny. Sidney w seksownej czarnej bieliźnie i Back in Black AC/DC. Kapitalny początek, a potem efektowna akcja w samolocie. Jednak nie akcja była najważniejsza, a emocje u bohaterki, ten szok na twarzy Sid gdy dowiaduje się, że zostali zdekonspirowani albo gdy wyjawia Dixonowi prawdę. Chciałbym żeby Garner wróciła wreszcie do telewizji.

Ten odcinek miał też cliffhanger. Już podczas najazdu na SD-6 zacząłem szukać drugiego dna, w końcu coś im za łatwo poszło zniszczenie Sojuszu. I oczywiście było, to plan Sloana i Sarka, którzy teraz stworzą jeszcze potężniejszą organizację. Jest też morderstwo Francine i jej sobowtór mający śledzić Sid. Zagęściła się intryga.

OCENA 5/6

Alias S02E14 Double Agent
Gdy zmienia się status quo serialu można oczekiwać, że następny odcinek rozprawi się z trzęsieniem ziemi, uporządkuje zmianę i nada nowy cel. Tutaj nic takiego nie miało miejsca. Historyjka o genetycznej terapii zmieniania twarzy (co za bullshit!) i zagadka o tym kto jest prawdziwym agentem. Był jeden mocny moment, na samym początku gdy kobieta z C4 została wyrzucona z samochodu, a potem eksplodowało, ale to tyle mojego zainteresowania. Serial niby chciał stworzyć historię korespondująca z główną fabułą, romansem Syd i Michaela oraz Fake Francine, ale było to zbyt dosłowne i mało angażujące.

Inne:
- Sid odwiedziła Polskę, wreszcie. Wprawdzie tylko stacja kolejowa, kilka pociągów na krzyż i pseudo rosyjskie uniformy, ale cieszy i bawi. Szkoda, że nikt nie kaleczył naszego języka.
- jeszcze większą niespodzianką był występ Ethana Hawke'a. Oglądanie młodych gwiazd to wartość dodatnia w nadrabianiu starych seriali.

OCENA 4/6

Alias S02E15 A Free Agent
Nareszcie doczekałem się odcinku z większą ilością Dixona. Nie była to oszałamiająca ilość czasu, ale dobre i to. Pierw rozmowa z Sid gdzie wyrzuca jej, że go okłamywała tyle czasu. Świetnie zagrane poczucie zdrady. Potem była scena z żoną i odwrócenie sytuacji gdzie to on przyznaje się do kłamstwa, że nie jest pracownikiem banku, a CIA. To postawiło zdradę Sid w nowym świetle i koniec końców doprowadzi do poprawy ich relacji.

Ten odcinek to przede wszystkim powrót Sloana. Szybko ponownie stał się głównym antagonistą serialu. Wykonał telefon do Sydney gdzie grozi jej jeśli będzie go szukać, a potem bierze udział w akcji i zostaje przez nią złapany. No prawie, bo to on kontroluje sytuację. Serial jeszcze mocniej łączy te dwie postacie tylko wprowadza dla nich nową dynamikę i to mi się podoba.

OCENA 4/6

Game of Thrones S06E08 No One
Bałem się tego odcinka. Poranne przejrzenie twittera sugerowało, że jest czego. Nudny, dłużył się, bezcelowy. I coś w tym jest, ale nazywanie go najgorszym odcinkiem w historii to przesada. Mi oglądało się go zaskakująco dobrze i szybko zleciał jak na całą godzinkę. To była przysłowiowa cisza przed burzą, zarzucanie dialogami i sprawienie, że jeszcze bardziej wyczekuje się nadchodzącej bitwy. Szkoda, że brakowało w nim niezapomnianych momentów, ale scenki z moimi ulubieńcami mnie zadowoliły, a serial coraz skrupulatniej wiąże poszczególne wątki.

Zacznę od klamry odcinka. Tym razem była to Aryia. Pierw oglądanie dobrze znanej sztuki (znowu!) i momentu ze śmiercią Joffreya. Żeby jeszcze lepiej zagłębić się w sytuację Cersei i pokazać wpływ scenariusza na odbiór dzieła przez widownie. Taka postmodernistyczna zabawa z widzem. Potem było gorzej. Niepotrzebne backstory dla Lady Crane zwieńczone jej śmiercią. Za długo i bez sensu. Trochę lepiej wyszła scena akcji. Pogoń ulicami Braavos była efektowna, czuć było klimat miasta. Rozczarował mnie brak starcia Aryi i jej walki o życie. Czemu?! Sceny akcji są przynajmniej przyjemne w oglądaniu, a walka Aryi o życie to coś co chciałem obejrzeć. Na szczęście na koniec dostała fajną scenę z Waifem gdy powiedziała, że jest Starkem i wraca do domu. Na nareszcie! Czy Waif był ją na końcu rozczarowany czy dumny? Czy przygotowywał ją do tego by dała sobie radę w Westeros? Jeśli nie to cały ten wątek był bez sensu. Jeśli tak to równie ciężko go dostrzec.

Ogar jak powiedział tak zrobił, wyruszył w poszukiwanie zemsty. Dzięki temu była brutalna wyrzynka i kika fajnych momentów. Jak domaganie się brutalnej egzekucji czy stwierdzenie, że kurczaki są lepsze przy podczas ponownego spotkania z Dondarionem. I tyle. Wspomniano jeszcze o przeznaczeniu i dano nadzieje, na podróż Braterstwa bez Chorągwi na Północ. Ja po cichu liczę na Lady Stoneheart, w końcu Brianne również jest w drodze. Tylko czy to spotkanie miałoby teraz sens? Nie zdziwiłbym się gdyby w ogóle zrezygnowano z tej postaci.

 W Meereen bieganie w kółko tylko na większą skalę. Po tym jak Varys po ckliwym pożegnaniu z Tyrionem opuszcza miasta, a karzeł następnie pije i opowiada kawały z Missendi i Szarym Robakiem dochodzi do ataku Dobrych Panów. Pokój się nie udał, czas na wojnę. I zamiast dramatyzmu i poczucia desperackiej sytuacji na koniec przybywa Daenerys na smoku i tak kończy się dzisiejsza wizyta w Zatoce Niewolniczej. Nie zdziwiłbym się gdyby w następnym odcinku inwazja została odparta, albo Żelaźni Ludzie przybyli na pomoc.

Trochę napięcia było w Królewskiej Przystani. Wiara chcę dopaść Cersei, a ta się nie poddaje. Przy okazji synek ogłosił, że nie będzie Próby Walki. I trochę szkoda, że pokazanie rodzącego się fundamentalizmu w państwie jest pokazanie głównie przez pryzmat kobiety żądnej władzy i respekty. Kolejny jej plan jednak się nie udaje i teraz szuka alternatywy. I coraz większa szansa na sprawdzenie się teorii o Dzikim Ogniu. Queberyn jej czegoś szukał, a zabicie swoich wrogów może być jej jedynym ratunkiem. Wizja Daenerys w zniszczonej Czerwonej Twierdzy z drugiego sezonu jest coraz bardziej prawdopodobna.

W tym odcinku najwięcej przyjemności z oglądania dała mi scena Bronna z Podem. Na prawdę. Nie żadne polityczne machinację czy rąbanka, a Bronn robiący sobie z niego jaja i żartujący z Brianne i Jamiego. Lubię go, lubię Poda i nic na to nie poradzę.

Najbardziej rozczarowały mnie dwie rzeczy. Koniec oblężenie Riverrum i śmierć Blackfisha poza kadrem. Na prawdę? Przez to podróż Brianne okazała się bezcelowa. Nic nie osiągnęła i nie wpłynęła na wydarzenia, a teraz wraca do Sansy. O Innych oczywiście nikomu nie wspomniała bo po co. Coraz bardziej irytuje mnie też rozwój Jamiego. Czy raczej jego brak. W książkach zgłębianie jego tożsamości i droga prowadząca do odkupienia były najlepszymi rozdziałami. Tu wciąż jest wiernie zakochany w swojej siostrze i zrobi dla niej wszystko. Nie takiego Jamiego pokochałem.

Aryia wraca do Winterfell, Jon i Sansa próbują je odbić, Rickon już tam jest, a Bran gdzieś ucieka. Na koniec sezonu chciałbym zobaczyć wszystkich Starków w jednym miejscu. To już najwyższy czas.

OCENA 4/6

Orphan Black S04E08 The Redesign of Natural Objects
Orphan Black niezmiennie zachwyca w tym sezonie. Znowu się dużo dzieje u większości postaci, ale jest to pokładane, chaos jest tylko pozorny, wątki zgrabnie się zazębiają, a trudne decyzje które postaci miały podjąć nie szokują ponieważ wynikają z ich charakteru. Do tego jest dużo scen między klonami przez co można się tradycyjnie zachwycać Tatianą Maslany. Która notabene znowu śpiewa!

Allison i jej musical mogły być miłym fillerem fabularnym, a okazały się najważniejszym motywem odcinka. Zdradzi czy nie zdradzi? Przełoży życie sióstr nad dobro Donny'ego? Mogło się tutaj wszystko wydarzyć, tym bardziej, że sceny nakręcono w taki sposób by jeszcze lepiej zbudować nastrój tajemnicy. I to zadziałało. Było napięcie i wisząca w powietrzu tragedia. Wszystko skończyło się dobrze. Prawie. Siobanh zastrzeliła mordercę swojej matki w na prawdę mocnej scenie. Nie ma odpuść.

Odcinek dał również mocnego fabularnego kopa na końcu. Cosima znalazła sposób na uzdrowienie sióstr - jajeczka Sarah i plemnik Iry. Teraz leci pomagać w badaniach Susan. A mnie najbardziej ciekawią wizję Rachel i jak ma się to do ogólnej konspiracji.

Strasznie podobała mi się lekkość dialogów. Rozmowy o zrobieniu herbaty to już standard, tak by podkreślić rodzinny charakter serialu. Cosima mówiąca "joł" do Rachel, która odpowiada jej tym samym to coś co mnie najbardziej rozbawiło. 

OCENA 5/6

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Serialowe podsumowanie tygodnia #188 [30.05.2016 - 05.06.2016]

SPOILERY

Game of Thrones S06E07 The Broken Man
To był dobry odcinek. Brakowało irytujących postaci, wróciły dawno nie widziane i pojawiły się nowe. Tylko mnie momentami mocno drażnił i miał niepotrzebne dłużyzny. Na szczęście wydarzyło się w nim kilka ważnych rzeczy. I znowu kobiety rozdawały karty.

Na początek o wielkim i zaskakującym powrocie. Sandor Clegane żyję i ma się dobrze. Odpokutowuje swoje grzechy w hipisowskiej komunie pod wezwaniem kapłana Siedmiu, w którego wciela się Ian McShane. Świetny aktor, swoimi przemówieniami kradł każdą scenę. Tylko czemu wydaje mi się to takie zbędne? Mówi o planie bogów i przeznaczeniu, o nieznajomości woli bogów i ludziach którzy wierzą, że wypełniają ich słowa. Nawet twierdzi, że Siedmiu, Staży, Rholl, nie różnią się i nie wiadomo, który bóg jest tym prawdziwym. Czyli stawia się w opozycji do wątku Wiary i Wróbla. I potem ginie z rąk Bractwa bez Chorągwi, a Sandor bierze siekierę i wyrusza w drogę bo tak na prawdę nie da się wyzbyć przemocy. Ziew. Nie ruszył mnie jego powrót, dla mnie był już trupem i powinno tak zostać. Może i są wielkie plany wobec niego, ale ja ich nie dostrzegam.

Potwierdziły się moje przypuszczenie - Margaery gra skruszoną grzesznicę przed Wróblem. Dzięki temu powoli odzyskuje swoje wpływy i zapewne planuje zemstę. Jednak nie pozwoli grozić babci i przybywa jej z odsieczą. Skrycie namawia ją do wyjazdu i żeby ją uspokoić przekazuje symbol róży, podkreślając swoją wierność rodowi.

Olenna co dziwne słucha się wnuczki i akceptuje tą zmianę pokoleniową. Ufa jej i pozwala prowadzić własną grę, zdaję sobie sprawę, że teraz ona ma wszystkie karty w ręku i wraca do domu. I pewnie już szykuje plan awaryjny? Do kogo pisała list podczas rozmowy z Cersei?

Wyjazd Olenny jest ważny też z innego powodu - Cersei zostaje w Królewskiej Przystani sama. Bez brata i swojej niepewnej sojuszniczki w walce z Wiarą. Wtedy gdy niedługo ma stawić czoła procesowi. Wyczytałem ciekawą teorię związaną z Dzikim Ogniem i wizją Brana. On widzi w niej eksplozję, a jak wiadomo Jamie zatrzymał Szalonego Króla przed wcieleniem w życie jego diabelskiego planu spalenia stolicy. Czyżby to była przyszłość i plan Cersei wobec Wróbla?

Na Północy było ciekawie. Sansa z Jonem i Davosem podróżują po swoich chorążych i nieudolnie szukają poparcia. Może i Starkowie są prawowitymi dziedzicami, ale nikt nie chcę już ginąć na tej bezsensownej wojnie przez co udało im się zdobyć zaledwie kilkuset nowych żołnierzy. Bo i po co skoro pokój już panuje? Nie do końca przekonuje mnie wizyta u Mormontów. Dziewczynkę jak głowę rodu mogę zdzierżyć. Bardziej przeszkadzała mi rola Devosa, który ją przekonał do poparcia Starków. Przychodzi Południowiec i lepiej rozumie sytuację od rodowitych mieszkańców Północy. I jeszcze krótka wzmianka o Innych i już są gotowi pomagać. Bez zbytecznego przekonywania. Dzikich rozumiem bo mieli z nimi styczność, ale nie Mormontów, którzy spokojnie siedzą na Wyspie Niedźwiedziej.

Największą tajemnicą jest list Sansy. Czyżby pisała do Littlefingera prośbę o żołnierzy? Desperackie czasy wymagają desperackich sojuszy. Tylko to się na niej zemści. Peter będzie chciał coś w zamian, a Jon poczuje się zdradzony. Trochę ją rozumiem. Tyle przeszła, chcę się wykazać silną wolę i coś sama załatwić, a kłótnie z dzieciństwa podświadomie wciąż na nią wpływają. Tylko ukrywanie tak ważnych rzeczy przed Jonem jest głupie.

Rozmowa Jamiego z Blackfishem była najlepszą sceną odcinka. Nie wniosła nic nowego. Kolejna dysputa o honorze i poświeceniu, ale jak się ją oglądało! Oblężenie Riverrum będzie ciekawe i może się skończyć w niespodziewany sposób. Do tego zachowanie Freyów wobec Edmura i nadciągająca Brianne z Podem. Mały kocioł się tutaj robi.   

Yara i Theon również mieli fajną scenę. W burdelu, bo dawno już nie było burdelu i cycków w serialu. Ona chcę się ostatni raz zabawić, a on dalej zrezygnowany. I wtedy Yara mówi mu żeby wziął nóż i skończył ze swoim życiem. Świetnie zagrane i mam nadzieję, że to punkt zwrotny dla Theona. Potwierdziło się też gdzie zmierzają - do Daenerys. Ja najbardziej czekam na ponowne spotkanie Tyriona z Theonem.

Aryia zmierza do Westeros! Nareszcie poszła po rozum do głowy. I prawie przez to nie zginęła. Niczym jej brat dostała kilka ciosów sztyletem w brzuch, ale udał się jej uciec przed zabójczynią. Coś się u niej dzieje, a to jakiś postęp.

OCENA 4.5/6
 
Orphan Black S04E07 The Antisocialism of Sex
Ile emocji w jednym odcinku! Po szokujących wydarzeniach z ostatniego przyszedł czas na trochę spokoju (pojęcie względne) i radzenie sobie z stratą. Każda z sióstr przeżywała na swój sposób stratę biologicznej matki. Ich podglądanie w tych intymnych momentach było fascynujące. Autodestrukcyjne imprezowanie Sarah i samobójcze myśli. Załamanie Allison i zwrócenie w stronę Boga i rodziny. Cosima chcąca podjęć drastyczne środki w celu pomocy siostrą. To wszystko były świetne wątki, które oglądało się z zaangażowaniem. Była też reakcja starszego pokolenia. Spokój i chłód Mrs. S. i decyzja zemsty oraz poddanie się Susan, w przeciwieństwie do Rachel, która dalej chcę walczyć.

OCENA 5/6  

Person of Interest S05E08 Reassortment
Taki trochę bottle episode. Trochę bo zaledwie jeden wątek i to nie od początku toczył się w zamkniętej przestrzeni. Za dużo historii do opowiedzenia by porzucić niektóre wątki. Sceny na zamkniętej przychodni oglądało się z przyjemnością. Powoli rodząca się panika, wiecznie spokojny Reese i zagrożenie w postaci supergrypy. Tylko żeby wyeliminować dwie osoby podejrzewające nieprawidłowości w systemie komputerowym. Zbyt bizantyjska intryga na zwykłe zabójstwo. To Samarytanin, sztuczne inteligencja, która nie robi niczego niepotrzebnie. Chodziło mu też o zastraszenie ludzi i zmuszenie ich do świadomego poddania się mu i oddania próbek genetycznych. Serial wie jak przenieść zagrożenia świata rzeczywistego na serialowe realia.

Ten odcinek to też popis Shaw. Wreszcie uciekła! W efektownym, odrobinę komediowym stylu. Z Johanesburga. Nic dziwnego, że nie mogli jej zlokalizować. Świetna scena gdy rozprawia się z swoim oprawcą, który próbuje jej wmówić, że to tylko wirtualna rzeczywistość, a ona już kompletnie się w niej zagubiła nie odróżniając granicy z światem realnym. Po czym go zastrzeliła. Cała Shaw.

Podoba mi się jak prowadzony jest Jeff. Person of Interest zawsze było serialem o mieszkańcach Nowego Jorku. Dobrych, złych, skomplikowanych. Jeff podpada pod tą ostatnią kategorię. Były skazaniec po wyjściu na wolność próbuje wyjść na prostą. I chcąc czynić dobro staję się narzędziem Samarytanina i chwilowo jednym z głównych antagonistów serialu. Człowiek zmanipulowany, chcący wieść normalne życie wpadł w matnię z której nie może się wydostać.

OCENA 4.5/6

Person of Interest S05E09 Sotto Voce
Ależ dobry odcinek! Bawiący się z widzem na kilku frontach, ukrywający prawdziwe cele w poszczególnych wątkach i zaskakujący w przyjemny sposób. Po pierwsze, policyjna historia. Reese i Fusco prowadzą własne śledztwa, między nimi jest trochę angstu, ale wszystko idzie po sznureczku. Po czym okazuje się, jak bardzo pozory mylą i niebezpieczeństwo czai się na widoku. Przesłuchiwany przez Fusco gra pierw niewinnego taksówkarza, a potem przyznaje się do morderstwa. Potem nadchodzi większa rewelacja, numer którego chroni Reese jest tajemniczym Głosem, głównym antagonistą odcinka. To mnie zaskoczyło! Całej sprawie dodatkowego napięcia dodała uprowadzona kobieta, rozsiane po mieście bomby i efektowna strzelanina z motocyklowym gangiem na posterunku. Działo się sporo i ani chwili nie nudziło.

Ucieszył mnie udział w śledztwie duetu Finch/Elias. Zawsze się ich świetnie ogląda, zwłaszcza gdy Elias mówi o Haroldzie jako swoim przyjacielu. Najmocniejsza z ich udziałem była końcówka gdy Elias za cichym przyzwoleniem Fincha wysadza Głos. Ukryty cel i zdjęcie kolejnej maski, pokazanie jak daleko bohaterowie są się w stanie posunąć.

Na końcu najważniejsze. Shaw wróciła! I nie obyło się bez dramatu. Pierw jednak komiczna scenka przy granicy meksykańsko amerykańskiej. A na końcu dramatyczny moment z Root. Sameen boi się, że zabiję przyjaciół, podejrzewa, że tysiące symulacji wyprały jej mózg i znowu chcę sobie strzelić w głowę by ratować Root. By do tego nie dopuścić Root grozi tym samym, samobójstwem. Co za fenomenalny moment gdy obie panie celują sobie w własne głowy by się nawzajem uratować. Piękne love story. I na końcu reunion bohaterów, bez słowa, jedynie z przygrywającą muzykę. Dobrze jest znowu widzieć wszystkich w komplecie.

Fusco dowiedział się o Maszynie. No nareszcie! Brakowało mi tylko jego zgryźliwego komentarza.

OCENA 5/6

Person of Interest S05E10 The Day the World Went Away
Proszę państwa, czapki z głów i na kolana. Tak właśnie kręci się jubileuszowe, setne odcinki i powoli żegna z widzami. Serwując im wiadra emocji, zabijając postacie, dając satysfakcjonującą akcję i metafizyczne monologi, wszystko to z znakomitą muzyką i grą aktorską. Do końca trzy odcinki, ale ja już wiem na pewno - Person of Interest odejdzie z hukiem. Niechciane dziecko CBS to jeden z najambitniejszych i najlepszych seriali za którym będę tęsknił.

Fatalizm, widmo zbliżającej się katastrofy. Chyba tak najlepiej określić nastrój podczas oglądania odcinka. Już sam tytuł wystarczył by zbudować odpowiednią atmosferę. Na początku był jednak monolog Fincha, pytanie do Maszyny i strach o przyjaciół. Pewność własnej śmierci.

Potem było dużo akcji. Bardzo dużo. To w końcu serial sensacyjny, ba serial superhero. Najlepszy. Strzelaniny, pościgi, onlinery, było efektownie. Nawet zdarzył się popisowy numer serialu z koziołkującym eksplodującym samochodem. A Root strzelająca przez dach i kierująca stopą samochód to piękny epicki widok. I ja wiem, że większość strzelanin była bez sensu tylko co z tego? To ma się dobrze oglądać z czego serial wywiązuje się doskonale.

Jednak najważniejsza nie była w odcinku akcja, a pożegnanie. Głupie io9 zaspoilerowało mi nagłówkiem co się stanie, ale nie zmniejszyło to odbioru odcinka i emocji podczas oglądania. Ba, nawet je wzmocniło i skupiałem się na tym jak odchodzi Root. I zrobiła to w wielkim stylu. Czy może scenarzyści to zrobili. I nie chodzi mi o jej heroiczną akcję i przyjęcie kulki przeznaczonej dla Fincha. Chodzi mi bardziej o jej rozmowy z Shaw i Haroldem. A co jeśli wszystko jest symulacją, co jeśli wcale nie żyjemy. Cała rzeczywistość jest tylko symulacją, ale nie umniejsza to wcale emocji jakie jej towarzyszą. Root mówi też, że tak na prawdę się nie umiera, a po śmierci zostaje w pamięci Maszyny, która zapisuje w swojej pamięci cyfrowe duszę. Dla mnie jest to pewnego rodzaju metafora, jedno z ostatnich słów scenarzystów do widzów. Stworzyli serial, wirtualny świat, ale jego oglądanie wywołuje prawdziwego emocję. Nolan stworzył Person of Interest, tak jak Finch Maszynę i dopóki serial istnieje pozostanie pamięć o bohaterach, póki będzie istnieć Maszyna bohaterowie tak na prawdę nie umrą, jak mówi Root.

"Real world is essentially a simulation anyway." 

Śmierć Root to też zwieńczenie jej drogi. Może i środowisko LGBT się oburzy na śmierć kolejnej serialowej lesbijki w tym sezonie. Niech się oburzają, ich prawo. To była dobra śmierć. Heroiczna, będąca też ostatecznym odkupieniem dla postaci. Znalazła dom, za który z chęcią oddała życie. Pomyśleć, że gdy się pojawiła była psychopatyczną morderczynią i jednym z villianów. Została też uhonorowana przez samą Maszynę. Odkąd się o niej dowiedziała była jej gorliwą wyznawczynią i teraz bóstwo, które wielbiło postanowiło użyć jej głosu. I tak jak pisałem przy 5x1, to Maszyna prowadziła otwierający monolog i teraz gdy mam potwierdzenie przybiera on jeszcze bardziej złowieszczy wymiar.

Jednak nie tylko Root odegrała w tym odcinku istotną rolę. To był odcinek Fincha, jego numer wyskoczył, jego chciał dopaść Samarytanin. Przez ludzki błąd, którego można się było spodziewać po ludziach. W tym odcinku pokazano jego zmęczenie wojną i brak wiary w zwycięstwo. Mimo toczącej się wojny podświadomie uważał ją już za przegraną. To się jednak zmienia. Gdy zostaje złapany prowadzi kolejny świetny monolog w tym odcinku. Mówi bezpośrednio do Samarytanina. O tym, że właśnie grał według zasad i teraz się łamie, w końcu je porzuca by pokonać swojego największego wroga. Ten ból na twarzy Emerson, ten konflikt wewnętrzny jaki rozgrywa i wisząca nad nim decyzja, którą musi podjąć. Perfekcyjna robota!

Nie tylko Root zginęła w odcinku. To było też pożegnanie Eliasa. Zupełnie niespodziewane. Kulka między oczy od agenta Samarytanina podczas ratowania Fincha. Również heroiczna i odrobinę sentymentalne bo w tych samych blokach w których go poznajemy. Miły gest dla fanów.

Do końca trzy odcinki więc to jest dobry moment by przedstawić swoją prognozę na zakończenie Person of Interest. Myślę, że tytuł tego odcinka nie jest przypadkowy i odnosi się m.in. do uwolnienia Maszyny. Harold zdejmuję z niej ograniczenia by móc pokonać Samarytanina i to może być początkiem końca świata. Moim wymarzonym końcem jest śmierć wszystkich bohaterów (no może prócz Fusco i Miśka) i pokonanie Samarytanina. Potem następuje flashforward i Maszyny przeistacza się w swoje nemezis i powoli zaczyna sprawować kontrolę nad światem. Idealny koniec dla serialu przestrzegającego przed współczesną technologią.

OCENA 6/6

wtorek, 31 maja 2016

Serialowe podsumowanie tygodnia #187 [23.05.2016 - 29.05.2016]

SPOILERY
 

Game of Thrones S06E06 Blood of My Blood
Co się wymęczyłem podczas oglądania tego odcinka to moje. Miał bardzo dużo fabularnie istotnych scen i kilka które oglądało się z dużą dozą przyjemności. Jednak przez większość czasu raził powolnym tempem akcji i nieciekawymi historiami. Potrzebnymi, ale poprowadzonymi w taki sposób, że nie chciało się na nie patrzeć.

Najefektowniej wypadł początek. Desperacka ucieczka Brana i Meery przetykana flashbackami. Napięcie, kibicowanie postacią i nadzieja na niespodziewany ratunek. Co za emocję podczas otwarcia, które zostały jeszcze zwielokrotnione migawką Szalonego Króla zabijanego przez Jamiego. Potem przybyło tajemnice wybawienie w postaci wuja Benjena, który zagubił się podczas pierwszego sezonu. Przy okazji efektowna scena akcji. Ciekawie wypada jego backstory - ożywiony przez Dzieci Lasu za pomocą smoczego szkła. Ci Starkowie umieją unikać śmierci. No przynajmniej część z nich. I teraz pytanie - kierunek Czarny Zamek? Straży z pewnością przydałaby się Trójoka Wrona. I może Jon dowiedziałby się wreszcie kim są jego rodzice.

Po efektownym wejściu nastąpiła długa scena z Samem i Goździk gdy przybywają do Horn Hill. Cztery minuty o niczym, jedynie podkreślające niechęć syna do ojca i dzikich. Jakoś przeżyłem, co było bardzo ciężkie. Dlatego potem doznała ogromnego szoku gdy ta para dostała drugą scenę w tym samym odcinku. Kolejne 10 minut z Samem i Goździk. Toż to prawie 1/3 odcinka. Krępująca kolacja i ucieczka z domu kradnąc przy okazji valeryjską stal ojca. I może momentami były świetne dialogi i Sam milczący przy ojcu, ale nie dla niego oglądam ten serial. Dla mnie to marnotrawstwo czasu. 

Na szczęście odrobinę ciekawiej zrobiło się w Królewskiej Przystani gdzie manipulacje nie mają końca. Plan Jamiego i Cersei nie wypala, Joffrey za namową żony wzmacnia więź Korony z Wiarą co spotyka się z entuzjazmem motłochu. I tutaj mnie ciekawi kto z kim najbardziej pogrywa. Czy to od początku był plan Wielkiego Wróbla? Czy może Margery wykorzystała okazję by uniknąć marszu pokutnego? W jej przemówieniu do Joffreya było za dużo pokuty, jakby ktoś podsłuchiwał. Coś czuję, że teraz ona pokaże pazurki.

Odcinek złożył wizytę w dawno niewidzianych Bliźniakach. Nie tęskniłem za Freyami, ale to był dobry sposób na ekspozycję tego co dzieje się w Dorzeczu i jak przebiegała wojna. Blackfish odbił Riverrum i teraz Frey chcę je znowu dla siebie zagarnąć. Jednak w Siedmiu Królestwach nie jest tak spokojnie jak mogło się wydawać. 

Zaskoczyło mnie odesłanie Jamiego do walk w Dorzeczu. Można wykrzyknąć "nareszcie!". Serial znowu łączy pozornie osobne wątki - Północy z Królewską Przystanią. Brianne zmierza po posiłki, a Jamie ma pomóc Freyą. Tylko czy biedak opuści teraz siostrę? na pewno nie będzie się musiał o nią martwić. Cersei nadzwyczaj spokojnie przyjęła kolejną porażkę i wygląda jakby już obmyślała kolejny plan. Jednak walk of shame ją czegoś nauczył.

Wątek Aryi się ruszył! Coś niemożliwego. Pierw jednak musiała się pojawić dalsza cześć przedstawienia, które leciało tydzień temu co pomogło Starkównie zrozumieć czym jest śmierć i kto na nią zasługuje. I znowu długie, nic nie wnoszące momenty, ale tym razem z ekscytującą końcówką. Odzyskanie Igły i wyrok śmierci za niewykonanie zadania. I pytanie gdzie teraz się uda? Czy może Bóg o Wielu Twarzach ma co do niej jeszcze inne plany?

Takie same odczucia mam co do ostatniej sceny z Daenerys. Efektowne zakończenie odcinka - Dany zapowiada wyprawę do Siedmiu Królestw. Charyzmatyczna przemowa dosiadając smoka. Świetnie to wyglądało tylko znowu niewiele wniosło. My to przecież wiemy, taki jest jej cel od pierwszego sezonu. Czy ona może już zdobyć statki i tam popłynąć? Lub chociaż polecieć i pozwiedzać? 

Inne:
- puste przemówienia Tyrella przed swoim wojskiem i reakcja Jamiego - cudo.
- cień smoka nad Królewską Przystanią w wizji Brana. Czy ja mogę to w końcu to zobaczyć w czasie rzeczywistym?
- Edmund wrócił. Kolejna znana twarz, która była dawno niewidziana. Raczej nie wpłynie to na oblężenie Riverrum, ale jestem ciekaw reakcji Blackfisha.

OCENA 4/6


Orphan Black S04E06 The Scandal of Altruism
Mogłem ostatnio trochę narzekać, że mimo świetnych odcinków niewiele się dzieje w tym sezonie. Teraz muszę się ugryźć w język i robię to z prawdziwą przyjemnością. Odcinek okazał się niesamowity i bardzo w stylu Orphan Black. Napakowany akcją, zwrotami fabularnymi, szczyptą humoru, ale przede wszystkim stawiał w centrum swoje postacie. I zachwycał montażem. Na razie odcinek sezonu, który równie dobrze mógł być jego finałem.

Wydawało się jednak, że stawka będzie odrobinę mniejsza. Wysoka, ale nie aż taka. Wymiana komórek Kendell za pomoc Cosimie i Sarzę. Układ z diabłem mający stanowić ostatnią deskę ratunku dla sióstr. Oczywiście nie mogło to pójść po myśli i serial sugerował, że Ira działa na własną rękę. Była to prosta i skuteczna zmyłka ukrywającego prawdziwego wroga. Evie! Nie Susan Duncan, a jej asystentka jest prawdziwym złoczyńcą sezonu co dopisuje kolejną warstwę intrygi. Jak pokazać jakie stanowi zagrożenie? Pozwolić jej kogoś zabić. Śmierć Kendell była pełna emocji, tak samo jak pytanie o przyszłość Cosimy. Czy uda się jej przeżyć? Jednak Evie nie jest małostkowa. Ona wierzy w neolucję i jej ideały, dąży do biologicznych modyfikacji ciała i klony uważa za coś przestarzałego i niedoskonałego. Zabicie Cosimy byłoby właśnie małostkowe i nic by jej nie dało. Jednak pozwoliła sobie wbić szpileczkę mówiąc jej o śmierci Delphine. Co za scena na końcu! Ależ Tatiana Maslany zagrała rozpacz po stracie przyrodniej matki i ukochanej.

Ten odcinek to też domknięcie wątków z pilota i historii Beth. Poprzez mistrzowski montaż na dwóch płaszczyznach czasowych opowiedziano jedną spójną historię gdzie Beth i Sarah dowiadują się kto jest prawdziwym złym tej opowieści. Było też wyjaśnienie czemu Beth popełniła samobójstwo. To nie słaba psychika otumaniona przez narkotyki, a szantaż ze strony Evie. Zabijesz się lub my zabijemy twoją rodzinę. Wyjście mogło być tylko jedno.

Mimo pokładów dramatyzmu jakie zafundował odcinek był tutaj też obowiązkowy humor. Krystal nie schodzi ze sceny i opowiada historyjkę o spisku przemysłu kosmetycznego. Zabawne i niedorzeczne. Tylko czy bardziej niedorzeczne od historii o klonach? Był też Felix jako cosplayer Sherlocka Holmes'a. Co za komiczny widok!

OCENA 5.5/6 

Person of Interest S05E05 ShotSeeker
Gdyby ten odcinek wyszedł wcześniej pewnie oceniłbym go dużo lepiej. Jednak po czterech znakomitych historiach pierwsza prawdziwa proceduralna sprawa to tylko odwrócenie uwagi od tego co najciekawsze. Nie powiem, było ciekawie. Kolejne z tajemniczych zaginięć, walka z Samarytaninem i delikatne wplątanie w to gangsterów z NY. Nie mogłem narzekać na nudy, co rusz byłem zaskakiwany. Podobało mi się też poruszanie w szarej sferze. Czy Finch powinien pozwolić na wypuszczenie pracy naukowej mogącej pokonać problem głodu na świecie, ale też doprowadzić do przeludnienia? Komu można powiedzieć o Samarytaninie i czy można ich obarczać taką odpowiedzialnością? Jak daleko możemy się posunąć w inwigilacji obywateli by zapewnić im bezpieczeństwo? I wreszcie jak daleko może posunąć się Finch w uzbrajaniu Maszyny w walce z Samarytaninem. Czy nadpisując jej program nie upodobni jej do swojego wroga?

I najważniejsze i najbardziej zaskakujące - wrócił Elias! Dla mnie to naciągane, nie widzę dla niego zbytnio miejsca w fabule na ten sezon, ale się z tego cieszę.

OCENA 4.5/6

Person of Interest S05E06 A More Perfect Union
Odcinek poświęcony głównie kolejnemu numerowi. Tym razem Maszyna nie podała numeru ubezpieczenia tylko numer aktu ślubu. Nie brzmi zbyt ekscytująco i takie też nie było. Zaledwie przyjemny w oglądaniu odcinek z poszukiwaniem zabójcy i rozwikływaniem intrygi. Miał jednak swoje momenty. Jak śpiewający Finch z irlandzkim akcentem czy tęskne spojrzenia za normalnym życiem w stronę młodej.

Dużo ciekawsze rzeczy działy się poza głównym wątkiem fabularnym. Jak choćby ciąg dalszy śledztwa Fusco w sprawie zaginionych osób. Nie sądziłem, że już teraz znajdzie rozwiązanie. Zaginieni okazali się mordowani i teraz ich ciała spoczywają w zawalonym tunelu. Razem z Fusco. Ładny cliffhanger.

Trochę rozczarowała historia Shaw. Kolejny raz zaprezentowany twist z wirtualną rzeczywistością, to niespotykane rozwiązanie w tym serialu. Rozumiem za to próby usprawiedliwienia Samarytanina, pokazania że nie jest on wcale taki zły i może ocalić miliony żyć. Oddanie kontroli nad swoim życiem w zamian za ochronę. Tylko szokująca scena z zapowiedzią trzeciej wojny światowej była niedorzeczna. Przecież do tego powstała Maszyna, by wyłapywać takie zagrożenia. Samarytanin też nie musi wszystkiego kontrolować by ocalić ludzkość. Chyba, że ludzkość wg. niego jest w takim momencie, że sama dąży do samozagłady i tylko SI może zapanować nad chaosem jaki się wytworzył, a drastyczne działania są konieczne.

OCENA 4/6

Person of Interest S05E07 QSO
Odcinek Rootocentryczny czyli było wyśmienicie. Na początku seria przebieranek (kolonialny strój i baletnica!), a potem sceny w rozgłośni radiowej i audycja o zjawiskach paranormalnych. Już samo to sprawiło, że oglądało się z przyjemnością. Stawkę podbiły jednak poszukiwania Shaw. To już połowa sezonu i najwyższy czas by wróciła do drużyny. Maszyna robi co może i pomaga, przy okazji ratując kolejne życia. I tutaj muszę napisać o moim ulubionym motywie w odcinku. Root i John ratują Maxa przed agentami Samarytanina, a on obiecuje zachować dla siebie ostatnie wydarzenia. Jednak tego nie robi przez co ginie z czego bardzo dobrze zdawał sobie sprawę. Finch oburza się na Maszynę z powodu przedmiotowego traktowania ludzi, a ona tłumaczy się wolną wolą, czymś co odróżnia ją od Samarytanina. Nie wszyscy chcą być ocaleni, danie ludziom wyboru i możliwości kontroli nad swoim życiem to przewaga naszej SI nad wrogą o czym można zapomnieć. Jestem pod wrażeniem jak umiejętnie te kwestie są rozpisywane. Brakowało mi tego trochę w The 100.

Puszczenie dwóch symulacji w wątku Shaw miało jednak sporo sensu. Teraz oglądając z nią sceny zastanawiałem się czy dla odmiany schemat zostanie złamany. I tak się stało. Ona wierząc, że jest w symulacji zabiła genetyczkę, która mogła doprowadzić do śmierci setek tysięcy ludzi. Tylko by jak najszybciej zakończyć symulację. Świetne było zwieńczenie wątku gdy zorientowała się co zrobiła i jak straciła całą nadzieję. Gdzie jest rzeczywistość, a gdzie wirtualny świat. Co jeśli w przyszłości sami będziemy mogli zrobić system VR i naturalne wirtualne światy, czy wtedy ludzie będą gubili poczucie rzeczywistości?

OCENA 4.5/6   

The Flash S02E23 The Race of His Life
Ziew. Tak, na prawdę usypiałem z nudów na finale sezonu. Co z tego, że stawka była ogromna jak serial nie potrafił tego sprzedać. Zniszczenie multiwersum, nieskończona liczba światów i ludzi ma zginąć z powodu zachcianki Zooma. To powinno robić wrażenie i działać na wyobraźnie. Nieskończone pompowanie stawki jednak nie wyszło. Z takim scenariuszem zagrożenie jednej Ziemi pewnie też by się nie udało. Czy nawet jednego życia. Chociaż może nie. Może osobista historia o szalonym Zoomie chcącym być coraz szybszym i kształtować Barry'ego na swoje podobieństwo miałaby więcej sensu i emocji niż kolejne ratowania świata?

Ten odcinek nie cierpiał jedynie na brak stawki. Denerwowały gryzące uszy dialogi, patos wymieszany z użalaniem się nad sobą. Bohaterowie również nie błyszczeli inteligencją, a błędy które musieli naprawiać były w większości ich winą. Nawet Barry przeszkadzał, zwłaszcza w ostatniej scenie. Serial ma ewidentny problem by znowu udanie pisać tą postać. Szamocze się i nie wie w którym kierunku zmierza. Wciąż zdarzają się udane emocjonalne sceny jak śmierć ojca, desperacja, a potem ponowne zobaczenie jego twarzy. Jednak częściej wydaje mi się, że to nie jest ten sam Barry którego polubiłem, a co najgorsze nie wynika to z płynnej ewolucji.

I ta końcówka. Serial dwa sezonu prowadził historię pogodzenia się z stratą matki, która miała swoją kulminację dwa tygodnie temu w znakomitym odcinku. Ginie ojciec i cała droga bohatera nie ma już sensu. Rozumiem, trauma, ale to nie usprawiedliwia biegania w kółko. I tak jak zeszły sezon skończył się jak Flash przygląda się śmierci matki tak teraz ją ratuje. I to jest teoretycznie wielkie ponieważ resetuje wszystkie wydarzenia jakie miały miejsce. Nie tylko wpływa na The Flash, ale całe komiksowe uniwersum The CW. Czy raczej powinno wpłynąć. Legends of Tomorrow powinni mieć inną drużynę, Vandal powinien być inny, ba cały Arrow powinien wyglądać w inny sposób, a nawet Supergirl zmienić jeden fabularny element. Teoretycznie, tak w końcu powinny wyglądać podróże w czasie. W praktyce scenarzyści to w jakiś sposób obejdą. A ja będę tylko coraz bardziej nienawidził Barry'ego za jego arogancję i to jak zabił swoich przyjaciół wymazując ich z linii czasowej.

Teoretycznie więzień Zooma miał być wielkim zaskoczeniem. Był zaledwie miłą niespodzianką. Czy może spodzianką. Harry Allen był na drugim miejscu w moim obstawianiu. Nie przewidziałem tylko tego, że jest Flashem. To jest bardzo fajny ukłon dla fanów i naprawienia spuścizny komiksowego Jaya Garricka. I teraz pytanie z której Ziemi pochodzi? Fajnie jakby z tej samej co Supergirl.

Z cliffhangerowych zakończeń najbardziej nie podobało mi się odejście Harry'ego z Jesse. Prawdopodobnie to nie jest ostatni raz kiedy ich zobaczymy, ale delikatny niesmak pozostał. Chyba, że wrócą na Earth-1 z pamięcią co stało się w prawdziwej linii czasowej i naprawią zmianę przeszłości przez Barry'ego.

Chyba, że linia czasowa nie została zmieniona na Ziemi Arrowverse. Zom mówi, że jest ona centrum wszystkiego, z niej można dostać się na dowolną wersję Ziemi z multiwerum. Czyli może nie da się jej zmienić w radykalny sposób i jest jedyną stałą w wszechświecie i zmiana przeszłości spowodowała jedynie powstanie kolejnej alternatywnej Ziemi. Tylko przeszkadza mi to zniknięcie Barry'ego z S01.

Podsumowując. Słabe zakończenie, stawka która nie ruszyła, fatalne dialogi, trochę emocji na gruncie personalnym i nudy. Było też kilka komediowych momentów, świetnie zrealizowana akcja i porządne efekty specjalne. Była też nadzieja podczas oglądania, że zaraz będzie lepiej, nadzieja która sprawiała, że nie było wcale tak tragicznie jak mogło być. Co nie zmienia rozczarowania i zawodu.

OCENA 3.5/6