Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alias. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alias. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 grudnia 2016

Serialowe podsumowanie tygodnia #210 [12.12.2016 - 18.12.2016]

SPOILERY

Alias S03E06 The Nemesis
Nie zapomniałem o Alias, straszy mnie z pulpitu i prosi by je oglądać więc co jakiś czas trzeba się zebrać i włączyć. I robię to z przyjemnością. Tylko po długiej przerwie jest ciężko. Trzeba się przestawić na archaiczność początku wieku. Jeśli się uda będzie bardzo dobrze. Ten odcinek w pierwszej części nie pomagał. Proceduralna misja, znane dobrze dźwięki podczas uderzeń i zbajome zachowanie postaci. Na szczęście szybko pojawiła się Fake Francie i odcinek ruszył z kopyta. Nawet dano banalną metaforę walki dobra ze złem gdy Sydney była ubrana na biało, a FF cała na czarno. Aż parsknąłem ze śmiechu. Dobrze oglądało się Sloana szantażowanego przez Sydney i relację na linii Vough - Lauren, a w szczególności Dixona proszącego Syd o zabicie Allison. I na rozluźnienie Marshall grający oświadczynową piosenkę na perkusji. Mistrzostwo.

OCENA 4.5/6

Ash vs. Evil Dead S01E03 Books from Beyond
Typowy Ash. Próbując rozwiązać jeden problem powoduje lawinę kolejnych. To miała być prosta wyprawa do sklepu z magicznymi książkami i znalezienie zaklęcie reperującego całe zło które zostało wyrządzone. Skończyło się na walce z nowo sprowadzonym demonem i porwaniem policjantki. Prosta historyjka, ale nieźle zrealizowana. Klimat okultystycznego sklepu z płodami zwierząt w słoikach, pentagramopodobny znak na podłodze i obrzydliwy potwór. I świetnie do tego dopasowane teksty Asha. Bawiłem się dobrze choć humoru było mniej niż w pierwszych odcinkach.

Świetnie wypadła postać Lucy Lawless. Twarda babka torturująca demona. Wciąż niewiele o niej wiadomo, ale chcę częściej ją oglądać. I niech wreszcie spotka Asha!

OCENA 4/6

Ash vs. Evil Dead S01E04 Brujo
Lubię takie tripowe historię. Bohater wyrusza w głąb siebie i ma pozornie bezsensowne haluny. Tutaj Ash musiał odnaleźć siłę do walki z demonami. I momentami było fajne, zwłaszcza ten szybki montaż opowiadający jego historię. Brakowało jednak czegoś ekstra, oglądało się to przyjemnie i tyle. Tak samo fabularnie niezbyt wkręca. Jeśli kolejne sceny ogląda się jak powiązane ze sobą skecze jest bardzo dobrze. Jednak jeśli chodzi o opowiedzenie czegoś o bohaterach i większej opowieści. No cóż kuleje. Dobrze, że pojawia się postaci Lawless, która nieustannie fascynację. W odcinku wprowadzono wątek opętania Kelly więc może niedługo coś ruszy pod względem opowiadania historii. Jeśli nie od czasu do czasu będę włączał serial by się pośmiać z Asha i jego absurdalnego humoru.

OCENA 4/6

Pitch S01E01 Pilot
W ramach dywersyfikacji konsumowania popkultury postanowiłem dawać szansę większej ilości pilotów. Wszystkiego oglądać się nie da, ale próbować można i co kilka tygodni będę eksperymentował z czymś czego w normalnych warunkach bym nie zobaczył bo lista zaczętych i tak jest już wyjątkowo długa. Wybór padł na Pitch które miałem na oku już od zamówienia. Trochę przez sentyment do Friday Night Lights (wciąż S05 do nadrobienie), trochę z umiłowania do sportowej dramy i emocji z tym się wiążącymi. Lubię od czasu do czasu pokibicować, a Pitch łączy to z oglądaniem serialu.

I jak wyszło? Ogólnie mi się podobało, ale mam sporo zastrzeżeń. Zaczną od plusów bo ważniejsze. Już pomysł wyjściowy intryguje - czarnoskóra kobieta w pierwszej lidze bejsbolowej. Opowiedzenie o seksizmie i rasizmie toczącym nasze czasy pod płaszczykiem dramatu sportowego. Serial powstał też na fali entuzjazmem Clintot mającej zostać pierwszą kobietą prezydentem i zburzyć dotychczasowy porządek społeczny. Odważnie. W serialu najbardziej skupiono się na odpowiedzialności jaka ciąży na nowo wykreowanej bohaterce. Ginny Baker staje się inspiracją dla całej generacji i musi udźwignąć ten ciężar na swoich barkach. To serial o jej radzeniu sobie z tym problemem. Podpisywanie piłeczek dziewczyną z jednej strony i wysłuchiwanie ciętych uwag kolegów z szatni. Wytrwale podąża swoją ścieżką i przełamuje się w najczarniejszym momencie. I to ogląda się bardzo dobrze. Głównie z uwagi na tą bohaterkę. Wątpiące, ale dążącą do celu.

Podobają mi się własne gry właściciela drużyny. Cynik, który sprowadził Ginny by zarobić więcej kasy. To prowadzi do konfliktu z trenerem. Ten wątek ciekawi mnie równie mocno co ta główna historia sportowa. Można wejść za kulisy i zobaczyć czemu dany heros został wykreowany. W głównej obsadzie jest również managerka Ginny. I tutaj nie wiem jeszcze czego oczekiwać. Serial usilnie pokazuje, że jakaś więź łączy te kobiety więc z tej strony na cyniczną opowieść o wyzysku sławy do wybicia i zarobku nie może być mowy. Managerke gra Ali Larter więc jeśli sceny z jej udziałem trochę nudzą można chociaż na nią popatrzeć i powspominać stare dobre odcinki Heroes.

I zastrzeżenia. Niezbyt czuję sportową realizacje. Wizualnie jest dobrze. Pełny stadion, telewizyjna stylistyka z komentatorami. Tylko, że nie mam komu kibicować poza Ginny. I nie chodzi o to, że nie znam się na bejsbolu. Przed Friday Night Lights nie miałem pojęcia jak gra się w football amerykański i wciąż do końca nie wiem. Tutaj nie ma drużyny, której mogę kibicować w drodze do mistrzostwa. Jest Ginny i kilka typków w szatni. Tyle. Wizja twórców minęła się z moimi oczekiwanie i to szanuje. Chcieli opowiedzieć historie kobiety, którą okrasili spora ilością flashbecków z trudnego dzieciństwa z dominująca personą ojca.

I jeszcze na koniec o cliffhangerze. Ojciec, który przygotowywał Ginny do gry w Major League okazuje się martwy od pięciu lat, a ona widzi na trybunach ducha. Prosty myk na który dałem się nabrać. Ale mówi coś o bohaterce więc szanuje. Pokazuje, że nie robi tego by zadowolić ojca, ale dlatego że ważne jest stawianie sobie kolejnych celów do osiągnięcia, że nie można spocząć na laurach nawet jeśli osiągnęło się sukces. Zawsze są nowe progi do zdobycia.

Czy będą oglądał dalej? Nie wiem. Z jednej strony mi się podobało. Bohaterka, reżyseria, kilka całkiem fajnych scen i postaci które mają potencjał. Z drugiej nie do końca dostałem do czego chciałem i moja szklana kula nie pokazuje żebym za parę odcinek specjalnie związał się z tymi postaciami. Niby to tylko dziesięć odcinków bo na drugi sezon Pitch nie ma raczej co liczyć. Nie mówię nie, ale prędzej pilot mi starczy.

OCENA 4.5/6


Timeless S01E10 The Capture of Benedict Arnold
Odrobinę więcej spodziewałem się po mid-season finale. Liczyłem zwłaszcza na cliffhanger sprawiający, że jeszcze bardziej nie będą mógł się doczekać powrotu Timeless. Zmiany w rzeczywistości po tak doniosłych wydarzeniach byłyby oczekiwane. Zamiast tego Lucy porwana przez Flynna. Słabo. Takie coś można rozwiązać bardzo szybko i specjalnie nie ekscytuje w proceduralach. Już za dwa odcinka drużyna wróci do siebie i serial będzie powtarzał bardzo dobrze znany schemat. Muszę się przyzwyczaić do braku chęci na eksperymentowanie.

Jednak co by nie mówić to była bardzo fajna opowieść. Już początek pokazał, że ten odcinek będzie inny. Coraz większy nacisk na postacie i ich charaktery. Lucy na kolacji u Christopher była sporym zaskoczeniem. Najważniejsza była tutaj ostatnia scena między nimi gdy agentka FBI daje pandrive ze wspomnieniami o własnej rodzinie. Jakby przez przypadek zostali usunięci z czasu. Mroczne strony podróży w czasie coraz bardziej eksplorowane z tego osobistego punktu widzenia. Fajnie wypadła też scenka Rufusa i Jiyai grających w Street Fightera, a potem tyrada pijanego Masona, który coraz bardziej staje się zagubiony w całej aferze Rittenhouse'a.

Potem było mięsko. Podróż do XVIII i współpraca z Flynnem. Przekonanie naszych nie było trudne. Rufus mógł się uwolnić od szantażystów, Wyatt odzyskać Jessicę, a Lucy, no cóż z nią było najtrudniej. Zmiany dla historii mogły okazać się katastrofalne. Podoba mi się ta sytuacja. Sojusz z głównym antagonistą by pokonać kogoś jeszcze gorszego i przy okazji pomoc sobie. Co mogło się nie udać? Wiele. I przez to było dynamicznie, z autoironicznym humorem (stresujący się Rufus z gorszymi żartami przez co jeszcze śmieszniejszy) i mocną sceną gdy Flynn wzbiera się w sobie do zabicia dziecko. Nieźle zagrany konflikt wewnętrzny. Nawet udanie wpleciono odwieczny trop predestynacji.

OCENA 4.5/6

Teen Wolf S06E04 Relics
Doskwiera mi brak watahy w serialu. Znaczy się, są bohaterowie, coś tam działają, ale to nie jest wataha znana z poprzednich serii, a Scott nie zachowuje się jak lider. Potrzebuje więcej interakcji między postaciami, rzucanych żartów i zależności między nimi. Za dużo niepowiązanych ze sobą historii. Poza tym oglądało się przyjemnie. Mecz lacrossa, który poszedł źle jako scena kulminacyjna był bardzo w duchu serialu. Wcześniej trochę szukania Stilesa i ukrywania przed Jeźdźcami. Wszystko zrealizowane poprawnie.   Tylko tyle i aż tyle. Bez sceny mocno zapadającej w pamięć. Chociaż nie, była jedna rzecz która bardzo mi się spodobała - relację Melissy z Argentem. Jednak jest jakaś zaleta wymazania Stilesa. I jeszcze końcówka - reliktem został jego jeep. Miło.

OCENA 4/6

Teen Wolf S06E05 Radio Silence
Co za fantastyczny odcinek. Wystarczyło odsunąć Liama z swoimi przyjaciółmi i dać powrót Stilesa by oglądało się znakomicie. I to jeszcze Stiles w duecie z Peterem! Parę rzeczy mi zgrzytało jak zbyt duża i zbyt szybka samoświadomość Stilesa w limbo lub łatwość komunikacji z naszym światem, ale ich team up mi wynagrodził wszystko. Arogancki Peter, który nie raz ratuje Stilesa i ostatecznie ryzykuje własnym życiem by móc wrócić do córki. Świetna scena gdy Malia i Scott przypominają sobie kto to jest.

Super wyszedł też wątek reliktu, którym okazał się jeep Stilesa. Tajemniczy magnetyzm przyciągający do niego bohaterów. To jak stoją przed nim zauroczeni, jak Scott odnajduje w nim własny zapach i w końcu gdy dochodzi do kontaktu z zagubionym przyjacielem. Na prawdę nie wiem kiedy zleciało mi te 40 minut tak dobrze się to oglądało.

OCENA 5/6

Vikings S04E13 Two Journeys
Nie wiem czy tak bardzo zmieniły się moje upodobania czy to wina serialu i jego starań by jak najmniej sympatycznie przedstawić swoich bohaterów. Ja tam lubiłem prawie wszystkich, nawet Rollo ponieważ historia bycia w cieniu brata była ciekawa. Teraz jest mi ciężko komukolwiek kibicować przez co oglądanie nie sprawa mi przyjemności. Dalej szanuje Vikings, potrafię się zachwycić pojedynczymi scenami, ale chciałbym mięć choć trochę satysfakcji z seansu.

Bardzo zniesmaczyła mnie scena gdy Ragnar mordują ocalałą załogę. Dla odmiany podobała mi się jego podróż i zbliżenie do syna i przyznanie do błędów. Dobrze było zobaczyć Rollo, ale nie podoba mi się jego decyzja powrotu do wikingowanie. Chciałem oglądać zmianę jaka w nim zaszła. Irytuje mnie też Bjorn, który za bardzo przypomina Ragnara. Milczek z planem. Ale z drugiej strony podobają mi się jego relację z innymi, jak próbuje sobie wyrobić własny branding i podróż ku Morzu Śródziemnemu. Nawet Laghertę złapała u mnie minusa. Ciężko ogląda mi się historię o wojnie domowej nawet w czasach historycznych. Rozumiem jednak, że musi dotrzymać obietnicy którą złożyła, tak samo jak w zeszłym sezonie.

Inne:
- bitwa o Kattegat, a ja ziewam z nudów. Chyba pierwszy raz starcie w Vikings było nudne.

OCENA 4/6

wtorek, 19 lipca 2016

Serialowe podsumowanie tygodnia #193 [11.07.2016 - 17.07.2016]

SPOILERY

Alias S03E04 A Missing Link
Nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy w wątku zaginionych dwóch lat. Przypadkowa misja o globalnym epidemiologicznym zagrożeniu i spotkanie z osobą, która zna Syd z tego tajemniczego okresu. Zaczęła się podwójna gra, dostosowywanie do roli i próba odnalezienia. Jennifer Garner jak zwykle zagrała wspaniale serwując mieszankę pewności siebie i niezdecydowania, zwłaszcza w intymnych scenach z nieznajomym. Świetnie wypadły też jej sceny z Voughnem. Wcześniej mnie denerwowały, ale teraz ta dwuznaczność wyszła przednio. I jeszcze Jack pokazał Dixonowi nagranie gdzie jego córka zabija ojca Sarka. Pokerowa zagrywka się opłaciła.

Ten odcinek to też intensywne sceny akcji i dużo szpiegowskich momentów. Marshall znowu produkuje gadżety dla Sid, a Michael i Weiss ubezpieczają misję odrobinę się przedrzeźniając. Był też efektowny skok Sidney do basenu podczas ucieczki przed policją. Ależ dobrze ogląda się te sceny, zwłaszcza, że scenarzyści dobrze zdają sobie sprawę jaki serial robią i stawiają na efektowność, która przykuwa do ekranu z takim samym skutkiem jak dramaty postaci.

Cliffhanger bawi się z widzem. Widziany setki razy, zmuszający do uśmiechu, ale każący włączyć następny odcinek. Sidney by ratować swoją przykrywkę zostaję zmuszona do zabicia Voughna, wbija mu nóż w brzuch i zaraz potem następują napisy końcowe.

OCENA 4.5/6

Alias S03E05 Repercussions
Uwielbiam takie dynamiczne początki. I niby to tylko rozmowa, przez telefon, ale jak nakręcona. Syd mówi o postrzeleniu Voughna i kontaktuje się z CIA, a kamera cały czas obraca się w szalonym tempie. Ostatnimi czasy ten zabieg reżyserski mnie denerwuje, ale tutaj został wykonany mistrzowsko świetnie podkreślając chaos sytuacji i jej napięcie. Jednak akcją odcinka był pościg ulicami miasta i strzelanie z pędzącego samochodu w wykonaniu Syd. Do tego bezcenny uśmiech na twarzy Lauren widocznie podekscytowanej akcją w której bierze udział.

Akcja wspaniała, ale dużo działo się u bohaterów zwłaszcza na linii Sydney/Lauren. Pierw napięcie gdy żona Michaela dowiaduje się jak jej mąż został dźgnięty, pogłębiająca się nienawiść i w końcu współpraca zakończona szacunkiem. Postrzelenie Voughna przyniosło widoczne korzyści dla serialu i pozwoliło na jeszcze współpracę dwóch silnych kobiecych bohaterek. Dwie agentki pracujące w terenie, biorące razem udział w pościgu to bardzo progresywne i odważne na telewizję w 2003 roku, ba nawet dzisiaj nieczęsto spotykane.

Ucieszył mnie wątek Sloana. Jego porwanie nie tylko doprowadziło do fajnych scen, ale co ważniejsze skutkowało ciekawym twistem fabularnym. W wyniku swojej charyzmy udaje mu się ocalić życie i zacząć pracować dla The Covenant i przy okazji pozostając informatorem CIA. Odwrócenie ról w stosunku do pierwszych dwóch sezonów i to teraz on będzie grał na dwa fronty.

Niestety nic nowego o przeszłości Sydney. Na szczęście nic zostało pokazane w ciekawy sposób. Jack prowadzi własne śledztwo, próbuje się czegoś dowiedzieć, pokazano jaki z niego profesjonalista z zimną krwią gotowy zrobić wszystko dla córki. I niczego się nie dowiedział zabijając swoje jedyne źródło. Fajna zmyłka.

Inne:
- Djimon Hounsou i Justin Theroux w gościnnych rolach, pod tym względem na Alias zawsze można liczyć.
- głupia opowieść Weissa o swoim podboju z studiów, a tyle radości. Lubie te wstawki pokazujące, że serial przykłada się do kreacji swoich postaci.
- The Covenant zdobywa broń biologiczną, The Covenant chcę potężnego wirusa komputerowego mogącego wywołać globalny kryzys. A ja nie czuję żeby The Covenant był potężnym wrogiem. To już pięć odcinków, a oni czają się w mroku, a zagrożeniem są ich najemnicy którzy zaraz giną lub jak Sark od dłuższego czasu są w serialu. Czas dać im twarz i motywacje, tajne organizację, które zbyt długo pozostają w mroku nudzą i stają się groteskowe.
- zdjęcie Marshalla z liceum to złoto! Tak jak jego klepnięcie po tyłku Syd by podkreślić jego teksański charakter przed yakuzą. Więcej jego udziału w misjach!
- dalej przeszkadza mi brak odpowiedniego pożegnania dla Willa. Chyba muszę się z tym pogodzić.

OCENA 5/6

Power Rangers S16E04 A Taste Of Poison
Teoretycznie jest to odcinek poświęcony żółtej wojowniczce, praktycznie nie dowiedziałem się niczego nowego co by wzmogło moją sympatię do niej. Pokazano jej relację z Caseyem, jak dobrze się z nim dogaduje i traktuje go jak młodszego brata. Podkreślono też jej pewność siebie, samodzielność i zdolność do stawiania czoła wyzwaniom. Sama zaczęła walczyć z przeciwnikiem tygodnia i ostatecznie go pokonała. Dobry wzór dla młodych dziewczynek. Nie zapomniano też o drużynie. To ona jest najważniejsza i dzięki pomocy Theo i Caseya mogła tego dokonać. Rantipede również miał własną drużynę (Five Fingers of Poison!) i również działał na własną rękę, tylko jemu z pomocą nikt nie przybył więc przegrał.

W odcinku zadebiutował motocykl dla Czerwonego Wojownika i mam mieszane uczucia. W RPM (tak znowu porównuje) pojazdy były integralną częścią opowieści. Do klimatu kopanej opowieści z mistycznymi siłami średnio to pasuje. Okulary jako morfery akceptuje bo to fajna zabawa konwencją, Strike Rider Cycle kłóci się z inspiracjami kinem wuxia i walkami zwierzęcym duchów. 

Inne:
- w odcinku było obrzucanie się jedzeniem, niczym w Mighty Morphin. Nie rozumiem tego tropu.
- RJ w odcinku pojawił się zaledwie na moment, czuję niedosyt.

OCENA 4/6

Power Rangers S16E05 Can't Win Them All
Ten odcinek mocno przypominał mi Mighty Morphin. Pretekstowa historyjka by pokazać jakąś pozytywną wartość, bez zbytnio skomplikowanej warstwy fabularnej. Cieszyłem się z odcinka poświęconego Theo ponieważ chciałem się dowiedzieć o nim czegoś nowego. Nic z tych rzeczy. Pokazano jego perfekcjonizm i jak góruje nad innymi Wojownikami. Potem scenariusz wymusił na nim przegraną walkę, jego podłamanie i utratę wiary w siebie. Ale że co? Kompletnie bez sensu, przecież Rangersi już przegrywali w tym sezonie. Nie ma w tym konsekwencji. Walki były dobre z miłą odmianą gdy trzeba było walczyć na ścianie budynku, tylko znowu, choreografia dość standardowa. Brakuje mi tutaj większej ilości finezji i zabawy formą. U złych też nic ciekawego się nie działo. Daishi chodzi wkurzony, a Camille jest obwiniana za zawalenie kolejnego "świetnego" planu. I znowu mam skojarzenie z MM. Na szczęście jest RJ, on zawsze ratuje sytuację. Czy to ćwicząc taniec czy siedząc w fotelu.

OCENA 3.5/6  

Mr. Robot S02E01 eps2.0_unm4sk-pt1.tc
Widziałem kilka krytycznych głosów dotyczących powrotu Mr. Robot i po obejrzeniu odcinka zupełnie ich nie rozumiem. To wciąż ten sam serial, dalej zaskakuje, używa tych samych form przekazu i kontynuuję historia zagłębiając się przy okazji w naturę społeczeństwa w odrobinę pretensjonalny acz trafny sposób. Ja jestem zachwycony.

Pierwsze minuty to czyste szaleństwo napędzane pracą kamery i dźwiękiem. Długie, płynące ujęcia nie tworzące spójnego ciągu przyczynowo skutkowego. Rozmowa Wellicka z Elliotem, moment wypadku z dzieciństwa i rozmowa z doktorem. Tak zwany przerost formy nad treścią w mistrzowskim wykonaniu. Ja się zachwyciłem, nie wiedząc po co to oglądam chłonąłem kolejne momenty przypominając sobie serial. To samo było podczas pokazania codziennej rutyny Elliota. Odcinek skupiał się w większości na nim, pokazał zmiany jakie w nim zaszły i nakreślił sytuację. Amerykę ogarnia chaos, a Elliot toczy własną wojnę z swoją podświadomością. Slater niesamowicie szarżuję aktorsko, a Malik gra bardzo powściągliwie co tworzy niesamowitą dynamikę między nimi. Pokazano człowieka walczącego z własnymi słabościami, popadającego w coraz większe szaleństwo i przegrywającego walkę. Bojącego się swoich działań.

Inne wątki z początku stanowiły chaotyczną mieszankę. Niepowiązane sceny, które z czasem nabierały sensu. Technologicznie nawiedzony dom okazał się cyber atakiem na pracownicę E Corp. I pokazał uzależnienie od technologii podkreślając jej potencjonalne niebezpieczeństwo. Była to pierwsza część planu Darlene. Tajemniczego planu zadania kolejnego ciosu systemowi. Ich rewolucja okazała się porażką, tracą na niej zwykli ludzie i teraz czas na drugi etap. Udawana przemowa gdy była pewną siebie liderką to płaszczyk by przykryć jej zagubienie, które ukrywa przed innymi. Jej wątek okazał się równie ciekawy co Elliota.

Inne:
- jedna z pierwszych scen to rozmowa z Ellioa z jego psychiatrą, paralela do pierwszego sezonu.
- Daydreamin' jako piosenka podkład do wprowadzenia Eliota - doskonały wybór.
- opowieść o Sandfieldzie i bezsensowności niektórych serialu, obarczaniu ich realności konwencją. Sam Esmail jakby pisał o sobie.

OCENA 5.5/6

Mr. Robot S02E02 eps2.0_unm4sk-pt2.tc
Pierw rozprawię się z Elliotem. Oglądając jego sceny nie można być niczego pewnym, nieustannie kwestionuje to co widzę. Czy kolejne postacie są wytworem jego wyobraźni? Czy opowieść jest linearna? Czy pojawią się dziury w narracji? Nie ufam serialowi i sprawia mi to ogromną przyjemność. Kapitalna była scena kolejnej konfrontacji z Robotem. Gdy Elliot zdaję sobie sprawę z utraconych godzin i popada w szaleństwo, śmiech i rozpacz, upiornie zmieniający się wyraz twarzy i pozornie ponowne przejęcie kontroli. Niesamowite, podkreślone jeszcze przez klaustrofobiczne wnętrze i szybki montaż. I końcówka. Zaśnięcie na sesji w kościele i pobudka z telefonem w ręku i rozmowa z Tyrellem. Długo trzeba było czekać na jego powrót i oczywiście przyniósł on masę pytań.

Niby Elliot jest głównym bohaterem, ale w tym odcinku został przytłumiony przez pozostałe wątki co mnie osobiście cieszy. Pierw paranoiczna scena w Central Parku i 6 mln dolarów w gotówce. Długie ujęcia, oczekiwanie niebezpieczeństwa i finał z wielkim ogniskiem. fscociety uderza celnie. Atakuje wizerunek medialny i zwiększa niechęć zwykłych ludzi do E Corp. Ludzi, którzy najwięcej stracili na rewolucji i są tylko pionkami w tej absurdalnej wojnie z systemem. Jak się okazuje rząd wspiera E Corp przed upadkiem, wpompowali w niego 900 mld dolarów i to nic nie dało. Po napisowa scena z S01 tylko pokazuje jaki gigantyczny przekręt stworzył Price.

Grace Gummer zadebiutowała w tym odcinku. I jakie to było przyjemne wejście. Scena w sklepie, kupowanie kanapki i lizaka, trochę żartów z dupka w kolejce i potem scenka w siedzibie FBI. Serial robi wszystko żeby jej postać wypadła sympatycznie, a ja mam wrażenie, że to tylko zmyłka. Każe mi myśleć w ten sposób by zaraz zrobiła coś niemiłego lub zostanie postawiona w roli antagonistki.

Angela w E Corp wygląda mistrzowsko. Na prawdę. Chciałem by przeszła na tą złą stronę i sprawdza się tam wyśmienicie. To ona musi walczyć z skutkami działań Darlene, swojej przyjaciółki, i całkiem nieźle jej to idzie. Chłodna i opanowana, odnalazła swój życiowy cel. Wciąż jednak nie do końca wierzy w swoje umiejętności, wiecznie pragnie akceptacji i wygląda jakby nie do końca czuła się komfortowo. Znalazła akceptację, której szukała, ale wciąż umyka jej tzw. sens życia.

Śmierć Gideona była niczym cios w twarz. Nie spodziewałem się tego, niemalże do samego końca rozmowy. Nieznajomy w barze, monolog o Gideonie i upadku społeczeństwa, nawiązania do Wielkiego Kryzysu i prywatnego życia. I strzał w krtań samozwańczego obrońcy wolności wierzącego, że robi dobrze. Świat w kryzysie, manipulujący przekaz medialny i zdesperowani ludzie którzy w niego wierzą i wprowadzają przez to dodatkowy chaos do świata. Drugi sezon Mr. Robot jest niczym dystopijna opowieść o świecie, na którego krawędzi stoimy.

Inne:
- czym jest gra w kosza i sport? Wszystko zależy od perspektywy, a banalna rzecz może prowadzić do głębszych rozmyślań.
- "Inside the glamorous wardrobe of Tyrell  Wellick wife", yeah, wyobrażam sobie takie nagłówki w tabloidach gdyby to wcale nie była fikcja serialowa.
- ostatnia scena z Gideonem została świetnie wyreżyserowana. Kamera skupiała się na nim, a tajemniczy mężczyzna przez większość czasu zostawał niewidoczny. Mr. Robot to trochę reżyserskie porno gdzie można się rozkoszować kolejnymi ujęciami. 

OCENA 5.5/6

niedziela, 26 czerwca 2016

Serialowe podsumowanie tygodnia #190 [13.06.2016 - 26.06.2016]

SPOILERY

Alias S02E16 Firebomb
Doskonałe proporcję między akcją, osobistymi momentami, chwilami dla drugoplanowych postaci i większą intrygę. Takie Alias chcę oglądać. Nie przytłoczone przez związek Syd/Michael, ale dające równe szansę całej obsadzie, nawet jeśli ma to być jedna acz znacząca scena dla kogoś z drugiego planu. Tutaj zabłysnął Marshall dzięki któremu kilkukrotnie można się było pośmiać. Will również się rozwija, konsekwentnie stawia kroki swojej kariery w CIA, a ja mocno przyklaskuje temu wątkowi. Mam słabość do oglądania analityków, co jest zasługą m.in. Rubicon. Cieszy mnie jak jest prowadzony Dixon, czuć, że jest istotą ludzką z własną historią, targany wątpliwościami. Pełnoprawny bohater, a nie narzędzia napędzające postać Syd. Przyparty do muru wrócił do pracy, zrozumiał czemu Sidney go "zdradziła" i prawdopodobnie zaryzykował swoje małżeństwo. Dużo, a nie dostał wiele czasu na ekranie.

Akcja w odcinku była porywająca. Nie jest to poziom współczesnych seriali, nawet tych The CW, ale pościg w Szwajcarii czy zakradanie się w Afgańskiej bazie terrorystów oglądało się wyśmienici, głównie za sprawą pobudzającej muzyki. Dla równowagi ważną rolę odegrały momenty wyciszenia jak oglądanie zwęglonych zwłok w kościele przytłaczającym swoim majestatem co stworzyło niemalże mistyczny nastrój sceny i odniesienie Sydney do Apokalipsy było jak najbardziej adekwatne.

Jeśli chodzi o główny wątek to powoli posuwa się sprawa artefaktów Rambaldiego. Sloan zdobył kolejny element układanki i zapewnia, że chodzi o coś wielkiego. Wielka tajemnica działa na wyobraźnie. Jednak jeszcze ciekawiej u Syd. Każda kolejna scena z Fake Francine ma w sobie sporo napięcia i widać ewidentne różnicę w grze aktorki.

Inne:
- pierw Sloan nosi maskę, a potem Sydney przybiera twarz staruszki. Fajny zabieg, zbliżający te postacie.
- ej, czemu nie było Christiana Slatera skoro jego wątek się jeszcze nie skończył?
- jakie ładne ujęcia i montaż podczas sceny tortur Sydney. Oświetlona bohaterka przywiązana do krzesła, otaczająca ciemność i cięcia gdy gasło światło.

OCENA 5/6

Alias S02E17 A Dark Turn
Odcinek skonstruowany w okół trzech związków miłosnych? Może i brzmi zniechęcająco, ale było wręcz przeciwnie. Trzy powiązane ze sobą pary, każda z jakąś tajemnicą, która mocno wpływa na całą fabułę jak i partnera.

Na początku o Sydney i Voughnie. Irytowało mnie, że tak wcześnie rzucono tajemnicę, która miała ich poróżnić. Ponadto kwestionowanie lojalności Michaela było trochę bez sensu dla fabuły i zbyt naciągane. Na szczęście emocjonalnie odpowiednie wpłynęło to na Sydney. Prawda okazała się prozaiczna - szukał informacji o Irynie, dowodów, że kłamie. I nic nie znalazł.

Ładnie to korespondowało z wątkiem Irina/Jack. Stare małżeństwo, które ponownie odkrywa miłość, wraca do uczucia za którym tęskni. Tylko czy do końca można jej ufać? Czy Jack dałby się jeszcze raz oszukać? Świetnie prowadzona niepewność, aż do ostatnich minut. Bristow popełnił ten sam błąd za który przyjdzie mu zapłacić. Irina zdradziła i wydaje się, że od początku pracowała z Sloanem. Tylko czy ma to sens? Ile osiągnęła w uwięzieniu i czy nie był to przerost formy nad treścią?

Równie ważną rolę odegrał Will. Wpadł w matnię, wydaje mu się, że dręczą go koszmary, a tak na prawdę Fake Francine poprzez hipnozę wyciąga z niego tajne informację i to on staje się nieświadomym zdrajcą  odcinka. Trochę naiwne. Pokazuje jednak jak praca w CIA niszczy kolejne życia, jak ciężko się z niej wyrwać.

OCENA 4.5/6

Alias S02E18 Truth Takes Time
Odcinek zaczął się efektownym flashforwardem - strzelanina między Sydney i Iriną gdzie wydawałoby się ta druga dostała kulkę. Szkoda, że reszta odcinka nie dorównała wstępowi. Było tutaj zaskakująco wiele dłużyzn, humor nie działał, a baza genetyczna, którą źli chcieli zdobyć wydawała się zbytecznym McGuffinem. Najważniejsze rzeczy dotykały Emily i miłości do Sloana przez co odcinek wyszedł niezwykle melodramatycznie. Wielka miłość dla której warto porzucić swoje życie i ostateczna śmierć obok ukochanego. Nie takie Alias chcę oglądać. Bardziej podobały mi się sceny Emily/Sydney, pełne stonowanych emocji i poczucia zdrady odczuwalnego u tych dwóch kobiet.

Końcówka odrobinkę zaskoczyła. Sydney dostaję wiadomość od matki, tytuł odcinka. Czyżby to oznaczało, że ona jednak nie zdradziła? Już mam powoli dość tej zabawy w kotka i myszkę. Oby jej story arc zakończył się w finale sezonu.

OCENA 4/6

Alias S02E19 Endgame
Kolejny odcinek poświęcony szpiegowskim związkom i znowu wyszło znakomicie. Tym razem jednak nie o Sydney chodziło. Pierw poruszono zdradę Jacka i na zasadzie podobieństw i kontrastów zbudowano wątek Caplanów. Ona okazała się rosyjskim szpiegiem i niczym Derevko wyszła za Slatera. Jack widzi w niej odbicie swojej żony i nie wierzy w jej dobre intensję co prowokuje samotną misję Sydney. Niesłusznie, nie każdy tego typu związek opiera się wyłącznie na kłamstwie. Jakby tego było mało pan Caplan pracuje dla NSA i wie o tajnej roli swojej żony. Wszystko się kończy dobrze i mi to pasuje.

Jednak nie wszystkie wątki mogą mieć happy end. Dixon podłamał się po zabiciu Emily i postanawia zrezygnować z pracy w terenie. Dzięki wsparciu własnej żony do tego nie dochodzi, ona w końcu zrozumiała czymś jest jego praca i ją akceptuje. Po czym ginie w wyniku zemsty Sloana na oczach męża. Wybuchowa końcówka wpływająca na główne postacie.

W międzyczasie trafiła się świetne sceny w country barze w Moskwie oraz Sydney udającą dziewczynę z bractwa studenckiego. Drgnął też wątek Fake Francine. To ona zabiła żonę Dixona i wykorzystała Willa by włamać się do danych CIA, co zostało wyśledzono. Czuć, że zbliża się finał.

OCENA 4.5/6

Alias S02E20 Countdown
Nie zawsze cieszy mnie oglądanie odcinka zaczynającego się od flashforwarda. Zwłaszcza gdy scenarzyści są zachowawczy i chcą tylko w taki sposób szokować. Tutaj tak nie było, był on w pełni uzasadniony. Pokazano Dixona grożącego zdetonowanie C4 co doprowadziło by do jego i Sydney śmierci. Potem cofnięto się do pogrzebu żony i pokazano jego długą drogę radzenia sobie z żałobą i własnymi słabościami. Jego powolne załamywanie się i na końcu triumfalne odrodzenia. Przy okazji pokazano zaufanie jakie odrodziło się między nim, a Sydney. Podobał mi się ten wątek.

Podoba mi się pomysł na dziewczynę dla Marshalla. Czemu by nie? Wszyscy romansują może i on. Tym bardziej, że przyda mu się jakiś osobisty wątek, choćby najprostszy. Nie podobała mi się za to wyprawa Sloana do Tybetu. Wyglądało to jak człowiek szukający odkupienia udający się na duchową wędrówkę. Na szczęście szybko to naprawiono. Pojawił się tajemniczy mnich, który namówi go na poszukiwanie artefaktów Rambaldiego, a teraz daje mu kolejne wskazówki.

Gdy nie to jak ważne są tutaj postacie na początku pewnie napisałbym o tytułowym odliczaniu. Odkryto kolejną przepowiednię Rambladiego, która ma się spełnić za 42h i trzeba ją powstrzymać. Tajemniczy artefakt do zdobycia i uciekający czas. Mogłoby być więcej napięcia, ale sam pomysł ciekawił. I ładnie skonstruowano końcówkę gdzie w tym samym momencie rząd USA zdobywa sztuczne serce, a Sloan dostaje dodatkowe zapiski dotyczące Rambaldiego. Które z tych wydarzeń ma doprowadzić do krwawych wydarzeń?

Jeszcze o castingach. Danny Trejo płatnym zabójcą, Jonathan Banks dyrektorem NSA i David Carradine tybetańskim mnichem. Wszystko to w jednym odcinku. Oglądanie tak znanych nazwisk to sama przyjemność.

OCENA 4.5/6

Alias S02E21 Second Double
Pierwsza część finału odrobinę rozczarowała. Była ewidentnym wstępem do czegoś większego. Czegoś co nastąpi w przyszłym odcinku. Nie znaczy to, że odcinek był pozbawiony istotnych scen. O nie, tego było dużo. Cały wątek Willa jako zdrajcy strasznie mi się podoba i to jak był budowany przez cały sezon. To jak jest zaszczuty i ufa nieodpowiednim osobą, a osoba która może go uratować jest szantażowana. Sceny gdzie aktorzy mogli się wykazać to momenty gdzie Will próbuje sobie coś przypomnieć z przyszłości, ale nie potrafi. Rozczarowanie, ale ciągle wiara w przyjaciela Sydney i złość Dixona. Jest jeszcze końcówka gdzie Fake Francine go ratuje.

Niestety u innych bohaterów nie działo się zbyt wiele. Spięcia Kandella z Jackem to coś do czego przywykłem. Trochę zaskoczyła mnie rozmowa Sloana z Jackem, ale z tego nic jeszcze nie wynikło. I tyle. Z fajnych rzeczy była jeszcze wizyta w niemieckim klubie BDSM i Michael udający pijanego. Tyle.

OCENA 4/6

Alias S02E22 The Telling
Co za odcinek! Zresztą, tego właśnie się spodziewałem po serialu Abramsa. Emocji pełną gębą, akcji i cliffhangera zrywającego kapcie z nóg. Jak to dobrze, że już zaraz mogę włączyć następny odcinek i chłonąć historię, a nie czekać w niepewności 3 miesiące i czytać strzępy informacji. Albo szkoda. Oglądanie Alias na bieżąco musiało być świetnym przeżyciem.

Odcinek był perfekcyjnie skonstruowany, dobre kino sensacyjne napakowane akcją i jej zwrotami. Nie było nawet chwili na nudę, a spokojniejsze sceny miały zazwyczaj mocne zakończenie. Nie można było też być pewnym tego co się widzi. Serial przez całą swoją emisję bawi się pozorami i podwójną grą. Czy Syd może w końcu zaufać matce? Czy Irina mówi prawdę? Do końca tego nie wiadomo. Wiadomo, że czuję ból z powodu krzywd jakie wyrządziła córce. Świetnie zagrane! Gra aktorska zawsze była mocnym elementem serialu.

Najwięcej frajdy sprawiły mi sceny akcji. Pierw porwanie Jacka. Niezbyt efektowne, ale napędzające dalszą część odcinka. Potem najazd na wieżowiec, w którym znajduje się Sloan. Dużo strzelania i imponująca (chociaż czuć 13 lat na karku) scena skoku z dachu. I wreszcie starcie Sydney z Fake Francine. Co to było za starcie! Pierw odkrycie jej tożsamości przez Willa i nóż w brzuch w nagrodę. I potem Sydney dostaje wiadomość i się zaczyna. Efektowna choreografia, męczące się kobiety, poczucie siły każdego ciosu i stopniowo niszczona scenografia. Plus muzyka, raz zwiększająca dynamizm sceny swoim szaleńczym tempem, by zaraz całkowicie zamilknąć w celu zbudowania jeszcze większego napięcia. Perfekcja.

Rambaldi w końcówce sezonu odegrał dużą rolę. Pogoń za artefaktami i napędzanie akcji kolejnych odcinków. Po co? Wciąż nie wiadomo. Sloan złożył tajemniczą machinę (Doomsday Machine?) i tyle wiadomo. Wrócił też motyw Syd jako wybrańca z przepowiedni. Nie wiem o co chodzi i mi się to podoba. Widzę też jak bardzo Alias jest podobne do Fringe pod wieloma względami. Boje się jednak, że ten wątek pójdzie teraz na drugi plan.

Z powodu cliffhangera. Tak się kończy sezony, proszę państwa! W sposób szokujący, redefiniujący serial i nadający widoczny kierunek następnej serii. Ostatnie 5 minut było zaskakujące. Po walce z Fake Francine Sydney budzi się w Hong Kongu, kontaktuje z CIA i dowiaduje, że od tamtych wydarzeń minęły 2 lat. Przeskok w czasie i wymazanie pamięci głównej bohaterki. Nieźle! Jakie to zmiany przyniesie? Obstawiam flashbacki Sydney, nieufność wobec niej i przetasowania w CIA. Może Sark będzie teraz dla nich pracował? W końcu mówił, że jego lojalność jest chwiejna. Tylko związku Voughna i Sydney szkoda i boję się tej dramy związanej z jego małżeństwem.

OCENA 5.5/6

Alias S03E01 The Two
Co za wspaniała gra Jennifer Garner! Pełna gama emocji na twarzy, szok, ból, niedowierzanie, zawziętość, złość i radość. I to nie w jednej czy dwóch scenach, ale przez cały odcinek miała sceny gdzie mogła się wykazać, co robiła znakomicie. Od pierwszej rozmowy z Voughnem, przez spotkanie z Dixonem i ojcem, aż po konfrontację z Sloanem i tyradę którą wygłosiła Michaelowi na końcu. Patrzyłem na nią w niemym podziwie. Pani Gerner, niech pani jak najszybciej wróci do telewizji!

Ten odcinek był w całości z perspektywy Syd. Dynamiczny, skakał od jednej do drugiej sceny, zarzucał widza informacjami o statusie quo i serwował przyzwoitą akcję. Widzę tutaj nawet lekką poprawę, ale to może być efekt premiery sezonu. Mi się najbardziej podobała odkrywanie nowego świata. Sloan jako konsultant CIA, Marshall spodziewający się dziecka (!) i Dixon nowym przełożonym. Sporo się zmieniło.

Większa intryga mi się podoba. Trochę szkoda, że porzucono wątek Rambladiego i to w dziwaczny sposób. Sloan usłyszał słowo "Peace" i walczy o pokój na świecie. Mam nadzieje, że są plany w planach. Intrygująco zapowiada się odkrywanie życia Syd i tego co robiła przez ostatnie dwa lata. Tylko żeby serial nie trzymał zbyt długo w tajemnicy.

Bradley Cooper wyleciał z głównej obsady. Tak jak matka Syd i Francine. Zamiast nich Melissa George i Greg Grunberg. Szkoda Willa, ale wstępnie jestem na tak.

OCENA 5/6

Alias S03E02 Succession
Jestem już trochę przytłoczony ilością Syd w tych dwóch odcinkach. Rozumiem, główna bohaterka i trzeba się na niej skupić wprowadzając w nowy świat. Tylko, że serial słynął z bogatej obsady drugoplanowej i z chęcią pooglądałbym oddzielne wątki. Sam Jack to mało.

Odcinek miał efektowny początek, potem tempo trochę siadło. Ciężko było wymyślić coś lepszego niż porwanie windy z dwoma agentami CIA śmigłowcem. Potem trafiła się jeszcze strzelanina i ciekawy twist z Starkem. On jest dziedzicem Romanowów, a jego ojciec został zamordowany przez Sydney z wypranym mózgiem. Powoli się wszystko zagęszcza.

Pojawiła się Melissa George i niestety, tak jak przypuszczałem, okazała się żoną Michaela. Wygląda pięknie, ale już mnie irytuje ten wątek. Tym bardziej, że serial robi wszystko by ją znienawidzić. Voughn wraca do pracy, a ona będzie szukać zabójcy ojca Sarka.

OCENA 4/6

Alias S03E03 Reunion
Ostatnio męczyła mnie Sydney, teraz trójkąt miłosny. Lubię Melissę George, jest śliczna i ten akcent. Nawet podoba mi się jej postać. Jednak denerwuje mnie w scenach z Sydney. Nie jest to wina postaci, a scenariusza. Tak wiem, Michael + Sydney = wielka miłość, ale nie chciałbym żeby do siebie wracali. Krzyżyk na drogę i niech każdy z osobna buduje lepszą przyszłość. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że wciąż czuć chemię miedzy Syd i Michael, świetnie się rozumieją i razem współpracują. Tylko gdyby nie ta zazdrość. O wiele lepiej ogląda mi się przyjacielskie sceny Syd z Weissem.

Odcinek zaczął się spektakularnie, od spadającej satelity w centrum Moskwy. Fabułka była wciągająca, dużo lokacji i pojawił się Sark. Udanie też prowadzono dwa wątki, które miały swoje momentum w finale przez co końcówka była pełna napięcia. Ogólnie całość oglądało się świetnie, a byłoby lepiej gdyby nie wspomniany wyżej wątek.

OCENA 4.5/6

Game of Thrones S06E09 Battle of the Bastards
Co tu dużo pisać, wielka bitwa bękartów nie zawiodła. Gra o Tron przesuwa granicę tego co można pokazać w telewizji. Rozmach na niespotykaną skalę i epickie starcie z udziałem setek statystów, dziesiątek koni i sztucznych ciał. To właśnie starcie między armią Starków i Boltona było w centrum odcinka. Wielkie widowisko, które pozwoliło poczuć skalę wydarzeń. Wielkie, długie i zróżnicowane. To nie było prostę tłuczenie się rycerzy. To był Szeregowiec Ryan kina fantastycznego. Trud walki był namacalny, można było się poczuć jak na polu bitwy. Zwłaszcza podczas szarży konnicy. Lub gdy kamera tpp na jednym ujęciu śledziła Jona Snowa. Lub gdy wykopywał się spod starty ciał. To był piękny spektakl, który nawet na chwilę się nie nudził. Gdzie można się było przejąć losami bitwy i postaciami. Warto było przemęczyć ostatni odcinek by zobaczyć coś takiego.

Zaskakujące, ale to nie była jedyna batalistyczna scena odcinka. Na samym początku pokazano oblężenie Meereen i to jak się skończyło. Danka użyła swoich atomówek i z grzbietu smoka zniszczyła oblegającą flotę. Co za panorama miasta, co za poczucie satysfakcji z kolejnego wielkiego zwycięstwa. Świetne momenty.

Sceny walki scenami walki, ale to jest serial o postaciach. I długo się zastanawiałem jak ocenić ich zachowanie w tym odcinku. Z początku byłem rozczarowany i narzekałem jednak po dłuższym zastanowieniu wszystko ma jak najbardziej sens. Pokazano to kim staje się Jon i Sansa i kogo coraz bardziej przypominają, jak ich wady wysuwają się na pierwszy plan. On jest bardzo podobny do ojca. Unosi się honorem by uratować brata. Bezsensowna szarża, która mogła się zakończyć klęską. Nie używa taktyki i planu, jak jego ojciec robi co trzeba zamiast myśleć o dalekosiężnych konsekwencjach. Podczas bitwy przeżywa też drugie, tym razem symboliczne odrodzenie, podczas wykopywania się spod stosu ciał. Piękna wizualnie scena. Tylko czy będzie miała wpływ na Jona? czy przejmie rolę lidera i będzie kroczył własną ścieżka? Pobicie Ramseya niemalże na śmierć może być jego pierwszym krokiem ku kreowaniu własnej tożsamości.

O wiele ciekawiej wypada Sansa. Ma za złe bratu, że nie pyta jej o zdanie. Nie zna się na taktyce i strategii, ale rozumie jak Ramsey myśli, mogłaby pomóc planować bitwę. W międzyczasie toczy własną grę, a serial pokazuje jak bardzo się zmieniła. I upodobniła do swoich oprawców. Jak Littelfinger prowadzi długą grę. Rozumie, że Rickon już jest martwy, pogodziła się z jego śmiercią i próbują ją w jakiś sposób wykorzystać. Nie mówi też Jonowi o posiłkach o jakie poprosiła Dolinę. To mogłoby uratować tysiące ludzi i cała bitwa miałaby inny przebieg. Ona to jednak zostawia dla siebie, korzysta z tego w inny sposób, może nawet planuje użyć konnicy w krytycznym momencie. Setki giną w koniecznym poświęceniu, ale ostatecznie Starkowie triumfują. Przy czym rysuje się między nimi masywna wyrwa. Sansa ma też coś z Ramseya, który przecież mówi, że na zawsze pozostanie częścią niej. Ona go skazuje na śmierć, pożarcie przez własne psy. Coś czego nauczyła się od niego. Mrok, który ją zaczął otaczać podkreślają dwa momenty. To gdy psy rzucają się na Ramseya ona zaczyna odwracać głowę, po czym zafascynowana znowu na niego patrzy. Oraz ten delikatny uśmiech, który pojawia się na jej twarzy gdy scena dobiega końca, a ona odchodzi z satysfakcją. Może i nie na taki rozwój postaci liczyłem, ale podoba mi się on.

Nie spodziewałem się tak szybkiego przybycia Theona i Yary do Meereen. Widzimy ich na audiencji u Daenerys gdy proszą o niepodległość Wysp w zamian za pomoc. I to jest ciekawa sprawa z kilku powodów. Yara i Dany od razu przypadają sobie do gustu, dwie silne kobiety dyskutujące o przyszłości swoich ludzi. Theon zaś może znowu spotkać się z Tyrionem i przyznaje zwierzchnictwo swojej siostry. Szkoda, że go tak mało w tym sezonie! Jednak najciekawiej wypada sprawa polityki. Yara się zgadza, że Żelaźni Ludzie przestaną łupić inne kraje. Tylko czy jest na to szansa? Zgodnie z ich dywizom rodową "oni nie sieją". Wg. mnie ona dobrze zdaje sobie z tego sprawę i wykorzystuje Dankę. Toczy bardzo niebezpieczną grę.

Inne:
- polecam 10 minutowy materiał zza kulis kręcenia bitwy. Niesamowite.
- niestety budżet odcinka jest nieznany, ale z ciekawostek wiadomo, że sama bitwa była kręcona 20 parę dni natomiast sama scena gdy Jon okładał Ramseya cały dzień.
- RIP Wun-Wun. Ostatni gigant zmarł w heroicznym szturmie na Winterfell. Śmierć Rickona nie ruszyła wcale. Trochę szkoda, że całe rodzeństwo nie zjednoczy się w Winterfell, ale nie oszukajmy się, najmłodszy Stark nie był pełnoprawną postacią.
- orły przesądziły o losie bitwy, prawie jak u Tolkiena.

OCENA 6/6

Orphan Black S04E09 The Mitigation of Competition
Serial dalej zaskakuje, może w nie tak spektakularny sposób jak do tego przyzwyczaił, ale przyjemność z oglądania wciąż jest wysoka. Najlepiej wypadła podwójna gra Rachel. Jej pełne napięcia spotkanie z Sarah, a potem pytanie o jej prawdziwy cel. Zdradzi klony czy nie? Jak daleko jest się w stanie posunąć? Ten wątek był budowany cały odcinek by na końcu można było odetchnąć z ulgą. Jest po stronie klonów, Evie Cho i Brightborn zostało pogrążone medialnie. Niespodziewanie szybko.

Jak zwykle przyjemnie wypadła Allison z Donnym. Napalony mąż po wyjściu z więzienia oraz modlitwa po seksie, uśmiałem się. Dramatyczniej wyszedł kryzys wiary Allison. I na końcu zjawienie się Heleny w najbardziej odpowiednim momencie. Ten serial często jest niepoważny, ale co z tego skoro wszytko zachowuje spójną, lekko odrealnioną konwencję.

Coraz więcej miejsca jest poświęcone wizją Rachel, a mnie intryguje jak to zostanie wyjaśnione. Na pewno nie profetycznymi zdolnościami po uszkodzeniu mózgu. Czyżby ktoś jej wszczepił pliki wideo w oko? Czy może połączenie sztucznego oka z mózgiem odtwarza jakieś dawno zapomniane wspomnienia?  I kim jest tajemniczy facet przypominający syberyjskiego mistyka?

OCENA 4.5/6

Orphan Black S04E10 From Dancing Mice to Psychopaths
Rzadko mi się to zdarzało w tym sezonie, ale niestety miało to miejsce właśnie tutaj. W pewnym momencie straciłem zainteresowanie wydarzeniami na ekranie. Finał sezonu, ja siedzę i patrzę bez większych emocji. Głównie to zasługa pierwszej połowy odcinka. Trochę biegania i brak konkretnych działań, jak z przeciętnego odcinka. Dobrze, że przynajmniej Krystal pojawiła się na chwilę. Potem jednak zaczęły się ujawniać kolejne piętra tej gigantycznej intrygi i jeszcze mniej było to interesujące. Rachel zdradziła, Susan zdradziła, rada Neolucji okazała się groteskowa jak z kreskówki, a finał to krwawa rzeźnia, który okazała się tanim cliffhangerem. Nie do takiego Orphan Black się przyzwyczaiłem. Najbardziej zabrakło mi jednak rodziny. Zamiast skupić się na postaciach, na sestrach, to walczono z złą korporacją. Ziew. Fajnie, że Delphine znowu spotkała się z Cosmią, a Sarah wcielała w Krystal. Zabawnie było też oglądać Helenę z Donnym w dziczy. Jednak za mało było takich scen.

Inne:
- piąty sezon będzie ostatnim i mnie to cieszy. Serial skończy opowiadać historię na własnych warunkach i nie wyciągnie kolejnego przeciwnika gdy dostanie nieoczekiwane zamówienie na więcej odcinków. 

OCENA 4/6

Person of Interest S05E11 Synecdoche
Nie często mi się to zdarza, ale zacznę od końcówki odcinka. Co za piękna scena gdy okazało się, że Maszyna ma więcej agentów, a Harper i Price pracują dla niej w Waszyngtonie i pomagają naszym bohaterom. To niesamowicie poszerza świat i daje potencjał na spin-offy, które nie powstaną. Czy Los Angeles i Seattle mają swoich herosów? Czy w Europie również jest team-machine? Niesamowicie mi się to podobało, tym bardziej, że wyciągnięto starych bohaterów.

Może i fabułka odcinka była trochę naiwna, ratowanie życia prezydenta, ale realizacyjnie było przyzwoicie i oglądanie kolejnych zwrotów akcji ciekawiło. Unikanie Secret Service, Shaw strzelająca do prezydenta czy walka z agentami. I te tajemnicze zbiegi okoliczności w tle. Wątku inwigilacji nie ruszono zbyt poważnie, to już nie raz miało miejsce. Przewinął się on kilka razy w tle, ale najważniejsze było pytanie o intencję Samarytanina. Czemu chciał śmierci prezydenta i jaki jest jego końcowy cel.

Ten odcinek to też radzenie sobie ze stratą. Rozmowy Fincha z Maszyną były przepełnione smutkiem, ale też determinacją która go napędza. Jak daleko jest w stanie się posunąć by zniszczyć Samarytanina? Fajnie wypadły też sceny z Fusco/John na cmentarzu oraz Shaw, która wciąż wierzy, że jest w symulacji, ale i tak widać po niej stratę którą odczuwa.

OCENA 5/6

Person of Interest S05E12 .EXE
Kolejny odcinek pokazujący jaką stratą jest anulowanie Person of Interest. Scenarzyści mają jeszcze mnóstwo pomysłów do opowiedzenia i teraz muszą je upychać. Choćby na podstawie projekcji alternatywnego świata można by stworzyć cały odcinek, zamiast tego były krótkie scenki rodzajowe tego jak Maszyna zmieniła życie ludzi i jak mało zmieniła życie świata. Słodko gorzki łabędzi śpiew i piękny sposób na żegnanie się z widzem i przy okazji zadanie pytania, w jaki sposób serial zmienił moje życie.

Odcinek był napakowany akcją, działo się dużo, nie tylko efektownych rzeczy, ale tych angażujących emocjonalnie. Harold wszedł na wojenną ścieżkę i nie zawahał się zabić swojego dziecka by pokonać Samarytanina. W przeciwieństwie do Greera, który zabił się by zapewnić przetrwanie swojemu bogowi. Tylko co tak na prawdę stało się w finale? Jak Harold pokonał Samarytanina? Czyżby wymazał cały internet? Działa na wyobraźnie.

Podobał mi się wątek Fusco zwłaszcza w kontraście z jego alternatywną wersją. Nawet myślałem, że serial go zabił żeby jeszcze podkręcić stawkę przed finałem serialu. Na szczęście przeżył tylko co zrobi? Zabiję agenta FBI by ratować rodzinę czy będzie podążał za swoim nowym kompasem moralnym robiąc coś głupiego? Na prawdę jestem ciekaw jak skończy on i cała reszta. Serial tak kreuję swoją opowieść, że wiarygodna jest śmierć wszystkich bohaterów.

OCENA 5/6

Person of Interest S05E13 return 0
Piękny, cudowny, idealny. Chociaż rzadko się zdarza, że finały seriali są satysfakcjonujące tutaj nie mogło być inaczej. Mówimy przecież o Person of Interest, o ludziach którzy od wielu lat doskonale orientują się co dziej się w świecie technologii, doskonale antycypują przyszłość i znają swoich widzów. Oni nie mogli zawieść i tak jak przez kilka lat dostarczali pełne emocji odcinki tak w finale jest podobnie. Tylko szkoda, że to już koniec. Widać, że mieli pomysły na więcej, pomysły których już nigdy nie zobaczę.

Finał fabularnie można bardzo łatwo podsumować - Team Machine w swojej ostatniej bitwie pokonuje Samarytanina i niszczy jego kopię. Wielka wojna dobiegła końca, niektórzy zginęli, inni żyją dalej. Słodko-gorzki koniec dla uwielbianych bohaterów. Dopełnienie historii to jedno, realizacja, dialogi i małe acz piękne momenty to coś zupełnie innego. Już początek oszałamia - postrzelony Finch na dachu nowojorskiego wieżowca prowadzi ostatni dialog z Maszyną. Wrażenie końca jest przytłaczające. Doniosłości chwili dopełniają również słowa Maszyny, która nie może sobie przypomnieć czego ważnego nauczyła się o ludziach. To wszystko to doskonała rozbiegówka uzupełniona wydawałoby się scenami z środka odcinka co podbudowuje jeszcze oczekiwania.

Całość ma konstrukcję achronologiczną gdzie małe i pozornie niezwiązane ze sobą momenty składają się na większą całość. Oglądanie flashbacka z małym chłopcem, zakrwawionego Fusco czy policjantów na miejscu wypadku zmusza do myślenia by na końcu zaskoczyć.

Serial jak zwykle miał do powiedzenia coś o ludziach. Może i bardzo banalną myśl, ale prawdziwą. Coś co nie jest oczywiste póki o tym się nie myśli. Coś o czym mogła pomyśleć Sztuczna Inteligencja oglądająca miliony śmierci rocznie. Coś co nadaje sens temu wszystkiemu, spełnia że życie jest wartościowe i nie można go ograniczyć. Śmierć nie jest końcem. Zawsze coś po nas pozostanie, ludzie których spotkaliśmy, rzeczy których dokonaliśmy, emocję które wywołaliśmy. Nigdy do końca nie umieramy. Bardzo pocieszająca myśl, która była jednym z motorów napędowych cywilizacji. Banał, którego nauczyliśmy sztuczny twór nie jest wcale banałem, a aksjomatem, myślą przewodnią i siłą napędową ludzkości.

Finały seriali mają to do siebie, że lubię sztucznie szokować, zabijać postacie dla samego efekciarstwa i bezsensownie iść na całość. Tutaj tak nie było. Jasne, obstawiałem że wszyscy mogą zginąć, ale w konwencji serialu miałoby to sens. Tutaj zginął tylko John i jak najbardziej mi to pasuje. Heroiczną śmiercią bohatera, poświęcając swoje życie zamiast Fincha. Zniszczył Samarytanina i uratował Maszynę. I to pasowało. Jego całe życie było wypełnione walką, od dziecka chciał zostać bohaterem i nim został. I ocalił to jedno życie, na którym mu najbardziej zależało - Fincha. Piękne, tym bardziej, że Finch chciał poświecić siebie by John nie musiał ginąć. Jak na przekór on dostał happy end, trafił do Włoch i Grace. Należy mu się spokojna emerytura.

Życie Fusco zmieniło się najmniej. Przeżył, chociaż serial droczył się zemną sugerując, że jednak zginie. Przeżyła też Shaw. I jakie to było piękne! Już ostatnio się zachwycałem innymi Team Machine. Teraz znowu mam powód. Dokonała zemsty za zabójstwo Root. Nawet się nie zawahała, zrobiła to co musiała, zabiła bez wyrzutów sumienia. Potem wzięła Miśka, pożegnała się z Fusco i ruszyła w drogę. Zatrzymał ją dzwonek budki telefonicznej w tym samym miejscu w którym John pierwszy raz rozmawiał z Maszyną. Serial zatoczył spektakularne koło, Nowy Jork może spać spokojnie, wciąż ktoś nad nim czuwa. Misiek, Shaw i jej ukochana pod postacią cyfrowego boga.

To był wspaniały serial, miałem z nim kilka problemów na początku, ale dzięki swojemu przewidywaniu przyszłości i umiejętnemu poruszaniu się po świecie technologii w pewnym momencie zaczął mnie zachwycać. Na przestrzeni lat stworzył bogatą mitologię, dał niezapomniane momenty (pierwszy odcinek Shaw, If-Then-Else, śmierć Carter) i zadawał trudne pytania próbując na nie odpowiedzieć bez zbytecznego moralizatorstwa. To był też ostatni wielki procedural telewizji ogólnodostępnej. Żegnaj Person of Interest, może i skończyłeś, ale na zawsze pozostaniesz w mojej pamięci.

Inne:
- może i Person of Interest się skończyło, ale Jonathan Nolan dalej siedzi w technologiczno-moralno-społecznych klimatach w produkowanym dla HBO Westworld.
- piękna muzyka w odcinki, Ramin Djawadi jak zwykle doskonałe i wcale nie żałuję, że Nolan nie zdecydował się na Hero Davida Bowie w scenie śmierci Johna.
- Jonathan Nolan zaliczył małe cameo w scenie na Time Square, jego ostatnie pożegnanie z widzami. I co to była za cena, aż mi się przypomniał zeszłoroczny Mr. Robot.
- ten odcinek to głównie ostatnia podróż Johna i Fincha, Fusco i Shaw nie mieli wielkiej roli w pokonaniu Samarytanina. I mi taki powrót do korzeni pasuje.

OCENA 6/6

wtorek, 14 czerwca 2016

Serialowe podsumowanie tygodnia #189 [06.06.2016 - 12.06.2016]

SPOILERY

 Alias S02E11 A Higher Echelon
Trochę się stęskniłem za podobnymi odcinkami, gdy Dixon i Sydney muszą razem pracować w terenie. Tym razem mieli dwie akcje, może i niezbyt spektakularne, ale z zwrotami akcji. W pierwszej Dixon krzyżuje jej plany odnośnie SD-6, a w drugiej wyjątkowo on się przebiera za DJa i Marshall ratuje Syd. Właśnie Marshall! Został porwany, grozili mu śmiercią i zamiast napisać od nowa Echelon ten dał im ponga i poinformował SD-6 gdzie się znajduje. Mój bohater! W odcinku przeszkadzał mi brak istotnych wydarzeń. Porwanie Marshalla czy superbroń dla Sloana mogły wiele zmienić, ale nic z tego już się nie liczy. Trochę szkoda. Zmieniło się tylko jedno, Jack jest uciekinierem i teraz sam będzie próbował odnaleźć zabójców Emily. Nie przepadam za tym wątkiem ,ale jest w nim coś nowego więc na plus.

OCENA 4.5/6

Alias S02E12 The Getaway
Jej, co za bizantyjska intryga związana z Emily. Sloan to geniusz zbrodni. Wykorzystał powiązania swojej ofiary z Sojuszu z Kane, prawdopodobnie wrobił ją w porwanie Emily i na koniec odcinka mógł się spotkać z swoją wydawałoby się zmarłą żoną. Przez pół sezonu serial wodził mylnymi tropami, robił z Sloana ofiarę, a tak na prawdę to on jest za wszystko odpowiedzialny. Może i niezbyt się to klei, trzeba brać tutaj dużo rzeczy na wiarę, ale podoba mi się taki zwrot akcji. Tego oczekiwałem po tym serialu i właśnie to dostaje.

W ogóle ten odcinek był bardzo dobry. Intensywny, z efektowną akcją. Zwłaszcza ta bijatyka na początku na sali kinowej podczas seansu starego kryminału narobiła dużo klimatu. Potem współpraca Jacka z żoną i ucieczka przed SD-6. Wprawdzie wszystko wraca do punkty wyjścia, ale ta droga na około była bardzo przyjemna.

Zmieniły się za to relację Sydney i Michaela. Romantyczna kolacja omal nie zakończyła się wpadką. Wreszcie ich związek gdzieś zmierza. Cieszy mnie to ponieważ czuć między nimi niesamowitą chemię. Pewnie jeszcze nie jedna tragedia trafi się po drodze, ale prędzej czy później skończą razem.

Inne:
- Marshall przynoszący podarunki za uratowanie życia, świetny. Niech najlepiej wyruszy na kolejną misję.
- Weiss wrócił! Fajnie, lubię Grega Grunberga i nie mam nic przeciwko żeby pojawiał się częściej. W ogóle przydałoby się więcej postaci na drugim planie.

OCENA 4.5/6

Alias S02E13 Phase One
Czy ja ostatnio narzekałem, że w serialu mało się zmienia? W takim razie kajam się. Ten odcinek to gamechanger, coś co powinno być puszczane jako finał sezonu, ba nie licząc ostatniej sceny tak mógł się skończyć serial. Świetne tempo, napięcie związane z demaskacją Bristowów i wybuchowa końcówka. Zniszczenie SD-6 i pocałunek Sidney z Michaelem. Nie tego się spodziewałem, ale to zalety oglądania serialu lata po premierze. Inaczej byłby on głośno reklamowany, tym bardziej, że leciał po Superbowl. Nie mam pojęcia jak teraz zmieni się Alias. Nikita sobie bardzo dobrze poradziło bo pokonaniu Sekcji tutaj też widać ogromny potencjał.

Że to będzie świetny odcinek wiedziałem już od pierwszej sceny. Sidney w seksownej czarnej bieliźnie i Back in Black AC/DC. Kapitalny początek, a potem efektowna akcja w samolocie. Jednak nie akcja była najważniejsza, a emocje u bohaterki, ten szok na twarzy Sid gdy dowiaduje się, że zostali zdekonspirowani albo gdy wyjawia Dixonowi prawdę. Chciałbym żeby Garner wróciła wreszcie do telewizji.

Ten odcinek miał też cliffhanger. Już podczas najazdu na SD-6 zacząłem szukać drugiego dna, w końcu coś im za łatwo poszło zniszczenie Sojuszu. I oczywiście było, to plan Sloana i Sarka, którzy teraz stworzą jeszcze potężniejszą organizację. Jest też morderstwo Francine i jej sobowtór mający śledzić Sid. Zagęściła się intryga.

OCENA 5/6

Alias S02E14 Double Agent
Gdy zmienia się status quo serialu można oczekiwać, że następny odcinek rozprawi się z trzęsieniem ziemi, uporządkuje zmianę i nada nowy cel. Tutaj nic takiego nie miało miejsca. Historyjka o genetycznej terapii zmieniania twarzy (co za bullshit!) i zagadka o tym kto jest prawdziwym agentem. Był jeden mocny moment, na samym początku gdy kobieta z C4 została wyrzucona z samochodu, a potem eksplodowało, ale to tyle mojego zainteresowania. Serial niby chciał stworzyć historię korespondująca z główną fabułą, romansem Syd i Michaela oraz Fake Francine, ale było to zbyt dosłowne i mało angażujące.

Inne:
- Sid odwiedziła Polskę, wreszcie. Wprawdzie tylko stacja kolejowa, kilka pociągów na krzyż i pseudo rosyjskie uniformy, ale cieszy i bawi. Szkoda, że nikt nie kaleczył naszego języka.
- jeszcze większą niespodzianką był występ Ethana Hawke'a. Oglądanie młodych gwiazd to wartość dodatnia w nadrabianiu starych seriali.

OCENA 4/6

Alias S02E15 A Free Agent
Nareszcie doczekałem się odcinku z większą ilością Dixona. Nie była to oszałamiająca ilość czasu, ale dobre i to. Pierw rozmowa z Sid gdzie wyrzuca jej, że go okłamywała tyle czasu. Świetnie zagrane poczucie zdrady. Potem była scena z żoną i odwrócenie sytuacji gdzie to on przyznaje się do kłamstwa, że nie jest pracownikiem banku, a CIA. To postawiło zdradę Sid w nowym świetle i koniec końców doprowadzi do poprawy ich relacji.

Ten odcinek to przede wszystkim powrót Sloana. Szybko ponownie stał się głównym antagonistą serialu. Wykonał telefon do Sydney gdzie grozi jej jeśli będzie go szukać, a potem bierze udział w akcji i zostaje przez nią złapany. No prawie, bo to on kontroluje sytuację. Serial jeszcze mocniej łączy te dwie postacie tylko wprowadza dla nich nową dynamikę i to mi się podoba.

OCENA 4/6

Game of Thrones S06E08 No One
Bałem się tego odcinka. Poranne przejrzenie twittera sugerowało, że jest czego. Nudny, dłużył się, bezcelowy. I coś w tym jest, ale nazywanie go najgorszym odcinkiem w historii to przesada. Mi oglądało się go zaskakująco dobrze i szybko zleciał jak na całą godzinkę. To była przysłowiowa cisza przed burzą, zarzucanie dialogami i sprawienie, że jeszcze bardziej wyczekuje się nadchodzącej bitwy. Szkoda, że brakowało w nim niezapomnianych momentów, ale scenki z moimi ulubieńcami mnie zadowoliły, a serial coraz skrupulatniej wiąże poszczególne wątki.

Zacznę od klamry odcinka. Tym razem była to Aryia. Pierw oglądanie dobrze znanej sztuki (znowu!) i momentu ze śmiercią Joffreya. Żeby jeszcze lepiej zagłębić się w sytuację Cersei i pokazać wpływ scenariusza na odbiór dzieła przez widownie. Taka postmodernistyczna zabawa z widzem. Potem było gorzej. Niepotrzebne backstory dla Lady Crane zwieńczone jej śmiercią. Za długo i bez sensu. Trochę lepiej wyszła scena akcji. Pogoń ulicami Braavos była efektowna, czuć było klimat miasta. Rozczarował mnie brak starcia Aryi i jej walki o życie. Czemu?! Sceny akcji są przynajmniej przyjemne w oglądaniu, a walka Aryi o życie to coś co chciałem obejrzeć. Na szczęście na koniec dostała fajną scenę z Waifem gdy powiedziała, że jest Starkem i wraca do domu. Na nareszcie! Czy Waif był ją na końcu rozczarowany czy dumny? Czy przygotowywał ją do tego by dała sobie radę w Westeros? Jeśli nie to cały ten wątek był bez sensu. Jeśli tak to równie ciężko go dostrzec.

Ogar jak powiedział tak zrobił, wyruszył w poszukiwanie zemsty. Dzięki temu była brutalna wyrzynka i kika fajnych momentów. Jak domaganie się brutalnej egzekucji czy stwierdzenie, że kurczaki są lepsze przy podczas ponownego spotkania z Dondarionem. I tyle. Wspomniano jeszcze o przeznaczeniu i dano nadzieje, na podróż Braterstwa bez Chorągwi na Północ. Ja po cichu liczę na Lady Stoneheart, w końcu Brianne również jest w drodze. Tylko czy to spotkanie miałoby teraz sens? Nie zdziwiłbym się gdyby w ogóle zrezygnowano z tej postaci.

 W Meereen bieganie w kółko tylko na większą skalę. Po tym jak Varys po ckliwym pożegnaniu z Tyrionem opuszcza miasta, a karzeł następnie pije i opowiada kawały z Missendi i Szarym Robakiem dochodzi do ataku Dobrych Panów. Pokój się nie udał, czas na wojnę. I zamiast dramatyzmu i poczucia desperackiej sytuacji na koniec przybywa Daenerys na smoku i tak kończy się dzisiejsza wizyta w Zatoce Niewolniczej. Nie zdziwiłbym się gdyby w następnym odcinku inwazja została odparta, albo Żelaźni Ludzie przybyli na pomoc.

Trochę napięcia było w Królewskiej Przystani. Wiara chcę dopaść Cersei, a ta się nie poddaje. Przy okazji synek ogłosił, że nie będzie Próby Walki. I trochę szkoda, że pokazanie rodzącego się fundamentalizmu w państwie jest pokazanie głównie przez pryzmat kobiety żądnej władzy i respekty. Kolejny jej plan jednak się nie udaje i teraz szuka alternatywy. I coraz większa szansa na sprawdzenie się teorii o Dzikim Ogniu. Queberyn jej czegoś szukał, a zabicie swoich wrogów może być jej jedynym ratunkiem. Wizja Daenerys w zniszczonej Czerwonej Twierdzy z drugiego sezonu jest coraz bardziej prawdopodobna.

W tym odcinku najwięcej przyjemności z oglądania dała mi scena Bronna z Podem. Na prawdę. Nie żadne polityczne machinację czy rąbanka, a Bronn robiący sobie z niego jaja i żartujący z Brianne i Jamiego. Lubię go, lubię Poda i nic na to nie poradzę.

Najbardziej rozczarowały mnie dwie rzeczy. Koniec oblężenie Riverrum i śmierć Blackfisha poza kadrem. Na prawdę? Przez to podróż Brianne okazała się bezcelowa. Nic nie osiągnęła i nie wpłynęła na wydarzenia, a teraz wraca do Sansy. O Innych oczywiście nikomu nie wspomniała bo po co. Coraz bardziej irytuje mnie też rozwój Jamiego. Czy raczej jego brak. W książkach zgłębianie jego tożsamości i droga prowadząca do odkupienia były najlepszymi rozdziałami. Tu wciąż jest wiernie zakochany w swojej siostrze i zrobi dla niej wszystko. Nie takiego Jamiego pokochałem.

Aryia wraca do Winterfell, Jon i Sansa próbują je odbić, Rickon już tam jest, a Bran gdzieś ucieka. Na koniec sezonu chciałbym zobaczyć wszystkich Starków w jednym miejscu. To już najwyższy czas.

OCENA 4/6

Orphan Black S04E08 The Redesign of Natural Objects
Orphan Black niezmiennie zachwyca w tym sezonie. Znowu się dużo dzieje u większości postaci, ale jest to pokładane, chaos jest tylko pozorny, wątki zgrabnie się zazębiają, a trudne decyzje które postaci miały podjąć nie szokują ponieważ wynikają z ich charakteru. Do tego jest dużo scen między klonami przez co można się tradycyjnie zachwycać Tatianą Maslany. Która notabene znowu śpiewa!

Allison i jej musical mogły być miłym fillerem fabularnym, a okazały się najważniejszym motywem odcinka. Zdradzi czy nie zdradzi? Przełoży życie sióstr nad dobro Donny'ego? Mogło się tutaj wszystko wydarzyć, tym bardziej, że sceny nakręcono w taki sposób by jeszcze lepiej zbudować nastrój tajemnicy. I to zadziałało. Było napięcie i wisząca w powietrzu tragedia. Wszystko skończyło się dobrze. Prawie. Siobanh zastrzeliła mordercę swojej matki w na prawdę mocnej scenie. Nie ma odpuść.

Odcinek dał również mocnego fabularnego kopa na końcu. Cosima znalazła sposób na uzdrowienie sióstr - jajeczka Sarah i plemnik Iry. Teraz leci pomagać w badaniach Susan. A mnie najbardziej ciekawią wizję Rachel i jak ma się to do ogólnej konspiracji.

Strasznie podobała mi się lekkość dialogów. Rozmowy o zrobieniu herbaty to już standard, tak by podkreślić rodzinny charakter serialu. Cosima mówiąca "joł" do Rachel, która odpowiada jej tym samym to coś co mnie najbardziej rozbawiło. 

OCENA 5/6

poniedziałek, 23 maja 2016

Serialowe podsumowanie tygodnia #186 [16.05.2016 - 22.05.2016]

SPOILERY

Alias S02E10 The Abduction
Współpraca Sidney z Sarkem wypadła przeciętnie. Oczekiwałem więcej napięcia, kłótni i ciętego języka. Poza drobnym wspomnieniem matki Sid nie dostałem tego co chciałem. Dużo lepiej wypadł Marshall w terenie. Tak! W końcu wylazł z bunkra na świeże powietrze. Dużo humoru, pocałunek z Sid i zapowiedź jego współpracy z CIA. Skończyło się na porwaniu przez nowego antagonistę. Nowy wątek może się przysłużyć serialowi.

Z innych rzeczy fajnie wypada zbliżanie się Willa do CIA, bez pośpiechu, naturalne rozwijanie wątków. Nieźle prezentuje się też Jack w relacjach z kobietami. Z żoną, której ciągle nie ufa, ale widać jakim uczuciem ją darzy. Oraz śledczą Sloana z Sojuszu, która dla odmiany twierdzi, że Jack coś ukrywa. Powoli zaciska się pętla na jego szyi i to mi się podoba.

Z okazji 10 lecia zakończenia Alias pojawiło się w sieci sporo artykułów na temat serialu. Między innymi o wątku Rambaldiego. Jak się okazuje był wymyślany ad hoc, tak by serial miał głębszą mitologię i praktycznie nikt nie wie o co w nim chodziło. W sumie spodziewałem się tego co nie zmniejsza mojego rozczarowania.

OCENA 4/6

Banshee S04E07 Truths Other Than the Ones You Tell Yourself
Przedostatni odcinek i wcale tego nie czuć. Za mało jest wątków, które miałyby zejść się w wspólną całość. Za mało sytuacji zmieniających bohaterów. Za mało budowania napięcia pod wielki finał. A za dużo niepotrzebnych rzeczy oddalających od tego co jest najlepsze w serialu.

Jednak nie będę narzekał. Już dość często to robiłem przy tym sezonie. Skupię się na pozytywach, a tych było całkiem sporo. Najlepiej wypadła scena z Lucasem i Brockem. Uwięzieni, czekający na śmierć wyznają sobie prawdę. I Lucas przyznał się do tego kim jest. Ale świetnie zagrana scena. Zwłaszcza moment gdy krzyczy, że mu się podobało co robił. Takie katharsis było mu potrzebne. Jeszcze tylko pojednanie z Aną i można kończyć.

Ten odcinek był o satanistach,  czymś czego nie powinno być w tym sezonie. Całkiem udanie budowano napięcie, rozmowy Bodiego z Veronicą były intrygujące, a filtr podczas rytuału nadawał odpowiedni klimat. I koniec gdy Veronica zabija swojego oprawcę był satysfakcjonujący. Szkoda, że użyto wcześniej irytującego środka stylistycznego gdy serial próbował wmówić, że Lucas jest już blisko Bodiego. Za stary jestem, potrafię takie rzeczy wyczuć. Rozczarowała też finałowa walka z kultem. Prosta bijatyka. Kolejne zagrożenie pokonane, tyle.

Podobało mi się co robił Hiob. Znowu mógł wykazać się swoją magią i pomóc Lucasowi. Jednak jeszcze lepsza była jego zemsta. Okrutna. Nie dość, że zgarnął trochę pieniędzy to jeszcze przestał być poszukiwany. Umie się ustawić. Tylko co w takim razie ma robić w finale?

Inne:
- psycholog polecił Anie by się zemściła. Dajesz kobieto! O tym właśnie powinien być sezon, a nie sekcie satanistów.
- scena walki z Burtonem, której nie pokazali! Obracająca się kamera o 360 stopni i efekt starcia z neonazistami. To było ładne. Bardzo w stylu Banshee.
- bracie Bunkrowie nudzą. Calvin zrealizował swoją fantazję zabijając szefa, a drugi dalej zamartwia się o żonę brata. Czy kogoś to obchodzi?

OCENA 4.5/6

Banshee S04E08 Requiem
To był satysfakcjonujący finał. Nie do końca tego oczekiwałem, spodziewałem się więcej akcji i połączenia ze sobą kilku wątków. Dostałem za to czasem zaskakujące, ale pasujące do ogólnego wydźwięku historii zakończenie. Trochę szkoda, że to już koniec, i to po przeciętnym sezonie. Jednak cztery serię to dobra liczba. Życzyć sobie więcej takich historii.

W odcinku podobał mi się przede wszystkim nastrój. Odrobinę melancholijny, trochę westernowy i na pewno sentymentalny. Nie ma jednej konkretnej sceny, którą bym wyróżnił, to tyczy się całości. Gdzie sprawiedliwi zdają sobie sprawę, że czasem trzeba pobrudzić sobie ręce. Że trzeba zaakceptować przeszłość, przekroczyć symboliczny próg i ruszyć w drogę w poszukiwaniu przyszłości. Nie można pozwalać sobie na grzęźnięcie w piaskach przeszłości, to zabija. Nie tylko siebie, ale również najbliższych. Nie ma czegoś takiego jak "szczęśliwe zakończenie", jest tylko nowa historia, a domknięcie jednej nie zawsze jest potrzebne.

Nie powiem żeby specjalnie zaskoczył mnie morderca Rebeki. Burton był fanatykiem, robił wszystko dla Proctora i uważał, że zabójstwo będzie najlepszym wyjściem. Jego walka z Lucasem nie była specjalnie ciekawa (serial w tym sezonie wyraźnie odpuścił sobie sceny akcji kosztem bohaterów), ale ten moment gdy Proctor skręca kark półprzytomnemu Burtonowi był mocny. Odpowiednio wzruszający, co dziwne, skoro mówimy o villianach opowieści.

Podobało mi się zakończenie wątku Carrie i Lucasa. Przyjacielskie pożegnanie, dwoje ludzi zdających sobie sprawę, że życie tak się pokomplikowało, że nie są w stanie być razem. Idą swoją drogą, a może kiedyś znowu na siebie trafią i zaufają.

Jestem też zadowolony z odejścia Proctora. Śmierć w stylu Tony'ego Montany. Z karabinem w ręku, przed własną rezydencją postanowił stawić czoło egzekutorom kartelu. I cięcie tuż przed strzelaninom. Koniec, sami sobie dopowiedzmy co się z nim stało.

Podobało mi się też jak całość została nakręcona. Piękne ujęcia szerokich planów, muzyka podbijająca nastrój i nieśpieszne acz pełne napięcia zbliżanie się do samego końca. Bardzo w stylu Banhee.

OCENA 5/6

DC's Legends of Tomorrow S01E16 Legendary
Finał sezonu okazał się lekko rozczarowujący. I to nie tylko z powodu śladowych ilości Snarta. Zwyczajnie był zbyt chaotyczny. Akcja gnała na złamanie karku, serial chciał za dużo wepchnąć w 40 minut przez co poszczególnie sceny nie miały odpowiedniego wydźwięku. Nie udało się zbudować odpowiedniego napięcia podczas finałowego starcia z Vandalem. Szkoda. Mimo to i tak bardzo dobrze się bawiłem bo to wciąż ten sam lekki i komiksowy serial.

Pokonanie Vandala było mocno w stylu Doctor Who. Wielki plan złego, który chcę wysadzić czas i zrebootować historię. Zabawnie niedorzeczne. Ucieszył mnie recykling znanych miejscówek z poprzednich odcinków co dało sezonowi większą spójność. Rozczarowało pokonanie Vandala. Trochę akcji i to wszystko. Jaki przeciwnik, taki jego koniec. To nie był najmocniejszy element serialu. W jego sercu były postacie.

I odcinek "Legendary" bardzo umiejętnie się nimi zajął. Sarah dowiedziała się o śmierci siostry i jej nieuniknionym charakterze. Rory mógł jeszcze raz spotkać się z Leonardem. Rip nie odzyskał rodziny i niemalże zginął śmiercią bohatera. Hawkowie odeszli by móc prowadzić normalne życie. Martin zaakceptował swoją rolę jako bohatera. Brakowało trochę interakcji między nimi (Palmer na akcji Heatwave!), ale mnie cieszy jak zostały prowadzone.

Nie mogło zabraknąć cliffhangera. Drużyna udaje się na kolejną misję z Ripem i nagle zjawia się drugi Waverider z niespodziewanym pilotem i zapowiedzią Justice League of America. Jestem zaintrygowany.

OCENA 4/6

Game of Thrones S06E04 Book of the Stranger
To był epizod godny tego serialu. Zaoferował znaczące przetasowania na szachownicy. Główne figury wykonały swoje ruchy, jeden pionek wypadł, a gra stała się odrobinę bardziej przejrzysta. Co nie znaczy, że przewidywalna. Były też mistrzowskie posunięcie za które uwielbiam Grę o Tron.

I właśnie od tego zacznę. Daenerys. Co za piekielna końcówka! Nie jest to moja faworytka, zazwyczaj jej decyzję mnie denerwują, ale tutaj ciężko było nie mieć do niej sympatii. Pozbawiona wszystkiego niemalże jako niewolnica ląduje przed sądem khalów. I co robi? Przy pomocy dwóch ludzi zdobywa pod swoje władanie 100 tysięcy ludzi. Świetnie oglądało się Emilię Clarke wysłuchującą z kamienną twarzą i chytrym uśmiechem obelg po dothracku, a potem gdy zaczęła podpalać swoich wrogów. I jej triumf na końcu gdy stoi naga przed kłaniającym się jej morzem ludzi. Znowu dokonała niemożliwego, zjednoczyła khalassary, a teraz wybiera się za Morze. Aż chcę mi się oglądać ten wątek.

Ciekawie w kontraście do niej wypadają sprawy w Meereen i działanie Tyriona. Gdy ona bezkompromisowo dąży do swoich celów, on stosuję politykę. Wie, że trzeba czasem iść na ugodę, trzeba patrzeć na wszystko z szerszej perspektywy. Udało mu się dojść do pokoju z Dobrymi Panami, ale przy tym zezwolił na 7 lat niewolnictwa, jako okres przejściowy. Wykazał się racjonalizmem w przeciwieństwie do idealistki Daenerys. Jestem bardzo ciekaw jak wypadnie ich kolejne spotkanie. Jak ona zareaguje na ten pokój i jak on na wieść o 100 tysiącach nowych poddanych.

Z mojego punktu widzenia ten odcinek miał jednak ciekawszy wątek - spotkanie Sansy z Jonem. Dwoje Starków znowu razem! Jakże mnie to wzruszyło. Obawiałem się dobrze znanego tricku - Jon wyjeżdża chwilę przed przybyciem siostry. Nic z tego, mamy rodzinny reunion. Świetne było ich milczące wpadnięcie sobie w ramiona, a potem odrobinę krępujące rozmowy przy kominku. Jednak najbardziej mi się podoba dynamika w ich relacjach. On jest zrezygnowany i chcę spokoju ponieważ zawsze walczył. Natomiast ona chcę zemsty, tego co prawnie się im należy. Chcę odbić Winterfell i uratować brata. To nie jest zahukane dziewczę sprzed roku czy dwóch. To kobieta, która ma wyraźnie postawiony cel. Coraz bardziej przypomina też matkę w swojej stanowczości.

Wizyta Sansy w Czarnym Zamku to też spotkanie Brianne z Mellisandrę. Brianne, która poprzysięgła zemścić się za śmierć Renly'ego teraz ma doskonałą okazję. Zdaje sobie jedna sprawę, że to już przeszłość, teraz szykuje się inne wojna, a sojusze się mocno pokomplikowały. Przy czym ciekawie ogląda się wypaloną Mellisandrę, pozbawioną nadziei co do przyszłości. Chyba powinna spotkać się z Daenerys.

Zbliżająca się wojna na Północy nie dzieje się w próżni. Littelfinger wykorzystuje moment sprawnie manewrując młodym Arrynem i sposobi Dolinę do wojny, by pomścić Sansę. Ha! Niezamierzenie została znowu przez niego wykorzystana. To pieśń przyszłości, ale chciałbym żeby po pokonaniu Boltonów ładnie mu się odpłaciła co jej zrobił.

Wojna na Północy i inwazja Daenerys to nie jedyne konflikty jakie czekają Westeros. W Królewskiej Przystani coś ruszyło. O ile przemowa Wróbla do Margery była trochę nudna i nadała mu niezbyt wyraziste backstory, tak już przygotowanie się do intronizacji Wróbla mogło się podobać. Zwłaszcza, że zaangażowana jest w to Cersei, Jamie (oj, czemu nie ma on tak ciekawej drogi odkupienia jak w książkach?) i Olena z Kavenem. Czuję, że będą ofiary.

A zgon był w tym odcinku, a jakże. Może śmierć Oshy nie jest ważna dla ogólnie pojętej fabuły Game of Thrones, tak jej scena z Ramseyem miała odrobinę napięcia. W głowie mi się kołatało "a może serial zaskoczy i ubiję Boltona, albo chociaż zrobi mu krzywdę". Niestety skończyło się w najbardziej prawdopodobny sposób. Szkoda, że nie pokazano chociaż na chwilę Riccona. Więcej Starków dawać!

Na koniec o Theonie. Ależ dobrze zagrana scena z siostrą. Może i trzeba go nienawidzić i obwiniać za sporą ilość zbrodni jakich dokonał, ale nie można mu współczuć. Rozbity przybywa do domu, chcąc odrobiny spokoju od razu dowiaduje się o śmierci ojca i jest obwiniany przez siostrę o tchórzostwo. I on o tym dobrze wie, zdaje sobie sprawę, że jest wrakiem człowieka. I by odpokutować postanawia wesprzeć siostrę w dążeniach do tronu z soli. I ja im jak najbardziej kibicuje.

Inne:
- serial nie kończąc flashbacków z Nedem z poprzedniego odcinka znęca się nade mną. Mogliby już wyjaśnić tajemnicę pochodzenia Jona.
- Gra o Tron zrobiła się niezwykle feministycznym serialem w tym roku. Daenerys zdobywa nową armię, Cersei odzyskuje kontrolę, Sansa dąży do odzyskanie Winterfell, Yary chcę władać Żelaznymi Wyspami.
- Davos przypomniał sobie by spytać Mellisandrę o Shireen i Stannisa. W czwartym odcinku. Prawdziwie wierny rycerz swojego króla.
- Brainne i Tormund - dawać mi więcej scen z nimi!

OCENA 5/6

Game of Thrones S06E05 The Door
Półmetek sezonu za nami i trzeba przyznać, że serial mimo swoich problemów w tym sezonie prezentuje równym, wysoki poziom co raz serwując niesamowite sceny. Tutaj było ich kilka. Zarówno drobne, ważne dla postaci jak i całego świata. Ale po kolei.

Odcinek już tradycyjnie zaczyna się na Północy. Tylko dla odmiany to nie Jon dostaje scenę, a Sansa. Wiadomość od Littlefingera z prośbą o spotkanie. Szybko odbył podróż z Doliny. Serial widocznie nie chcę zbytnio rozciągać wątków przez co robi częstsze, acz miejsce przeskoki w czasie. Jednak to tylko szczegół. Rozmowa Sansy z Peterem była niesamowicie zagrana przez Sophie Turner. Littelfinger oferuje jej pomoc, którą ona odrzuca. Nie chcę być już marionetką, postanawia sama decydować o swoim losie i pierwszy raz w jego obecności kontroluje sytuację. Rzuca mu w twarz, że mogłaby go zabić, demaskuje jego poczynania i karzę w brutalny sposób. Domaga się by jej opowiedział jak wyobraża sobie jej noc poślubną. To była brutalna scena.

To nie jedyna mocna scena z Sansą. Świetnie oglądało się ją na naradzie wojennej w towarzystwie Jona i Stannisa gdy kreślili plan odbicia Winterfell. Pokazało to jej rozeznanie w polityce. I odrobinę zarozumiałości gdy ukrywała przed bratem spotkanie z Littelfingerem. To było nierozważne i małostkowo. Za to miłym gestem było podarowanie Jonowi ubrania z rodowym herbem, jaky to miała być ostateczna akceptacja więzów krwi. Ciekawi mnie też co się stanie o zdobyciu Winterfell, kto zasiądzie jako Namiestnik Północy. Sansa ma na to widoczną ochotę. Jon niby jest bękartem, ale z tego co pamiętam Robb w ostatnim liście pozwolił mu się tytułować Starkem.

Aryia dalej na treningu. Sceny walki z jej udziałem są efektowne, ale niewiele wnoszą. Tak jak mitologia związana z Faceless Man - byli niewolnicy z błogosławieństwem swojego boga zakładający Braavos. W tej historii nie ma nic interesującego dlatego z coraz mniejszą przychylnością patrzę na wątek młodej Starkówny. Niech w końcu zrozumie kim jest i zaakceptuje swoje przeznaczenie i wróci do Westeros.

O wiele ciekawszy był moment gdy wykonując rozpoznanie przed morderstwem musiała oglądać teatrzyk opowiadający o wydarzeniach z Królewskiej Przystani z finałowych momentów S01. Śmierć Roberta i Neda widziana oczami zwykłych ludzi. Wulgarna opowiastka nie mająca nic wspólnego z rzeczywistością. Co tylko pokazuje jak mało maluczcy interesują się sprawami wielkich lordów. Najciekawiej patrzyło się na reakcję Aryi - odrobinę oszołomiona, widać było, że wciąż przejmuje się swoją przeszłością. Jednak prawdziwym chichotem opowieści jest to, że wykonuje zlecenie Cersei. Jest narzędziem osoby, którą obiecała zabić. Oj, jeśli się tego dowie to na pewno zrezygnuje z obranej drogi.

Prawdziwą bombą w odcinku było pokazanie originu White Walkers. Jak się okazuje zostali stworzeni przez Dzieci Lasu za pomocą obsydianu i ludzkich jeńców. Mieli im pomóc w walce z najeźdźcami, Pierwszymi Ludźmi. Co za spektakularna klapa! Armia, która miała ich uratować okazała się jeszcze większym zagrożeniem. Zmusiła ich do sojuszu z ludźmi i teraz wracają po tysiącach lat. Co doprowadziło do sojuszu Dzikich z Czarną Strażą. Nie ma tutaj pozytywnych postaci i frakcji, każdy ma coś za uszami, a mityczne Dzieci Lasu okazały się odpowiedzialne za całe zamieszanie.

Potem następuje przeskok na Żelazna Wyspy i Królewski Wiec. Niezbyt spektakularne, ale sprawiający, że jeszcze bardziej polubiłem Yarę i ten mógł chociaż odrobinę odpokutować za swoje grzechy. Połączono też historię wyspiarzy z głównym wątkiem. Euron obiecał sojusz z Daenerys i zemstę za wszystkie porażki jakie na nich ostatnio spadły. Został wybrany królem (scena koronowania!), a Theon z siostrą uciekli na statkach. I teraz pytanie - co z nimi zrobią? Czyżby teraz oni mieli się udać do Danny? Jak na nich zareaguje? A może wesprą Północ? To byłby nieoczekiwany sojusznik, ale przydałby się do nadchodzącej wojny. Na pewno jestem ciekaw jak tern wątek się rozwinie. 

A propos panny Niespalonej itd. Dostała chyba najsłabszą scenę w odcinku. Pożegnała się z Jorahem i udała się w drogę powrotną. Nic ważnego. Teraz tylko niech Jorah dostanie odpowiednią śmierć.

Niezwykle ciekawe było spotkanie Tyriona z Czerwoną Kapłanką. Powodem była chęć utrwalenia władzy Daenerys. W końcu nic nie jednoczy (i dzieli) ludzi tak jak religia. Jednak to nie był główny i najciekawszy temat ich rozmowy. Poruszono tutaj przeszłość Varysa. Miał zastrzeżenia co do współpracy z Kapłanami Rholla, głównie przez to co spotkało go w przeszłości. Wciąż dawny uraz się nie zabliźnił. Odcięcie przyrodzenia i krzyki z ognia. Ta historia była już opowiadana Tyrionowi w drugim lub trzecim sezonie. Wciąż nie wiadomo co słyszał, ale słowa kapłanki i zakończenie odcinka sugerują, że mogły to być słowa, które doprowadziła go do miejsca w którym znajduje się teraz, lub zapowiedź przyszłym wydarzeń. Czuję się zaintrygowany.

Najwyższa Kapłanka mówi też o Azorze Ahai i wierzy, że jest nim Daenerys. Bohater mający zbawić świat przed nadchodzącą Nocą. Mellisandre wierzyła, że był to Stannis, a teraz Jon. Jak słyszeliśmy bogowie się nie mylą, ludzie owszem. A ja sobie myślę, że Azor wcale nie musi być jeden. Czemu nie ma być ich troje, jak jeźdźców smoków? Jon, Daeny i ktoś jeszcze. Może Bran? Obydwoje dokonali niemożliwego, są traktowani niczym boskie istoty i na co dzień mają styczność z magią. Prawdopodobnie w obojgu płynie krew Targerynów, a w Jonie na pewno Pierwszych Ludzi. Jak się patrzy jeźdźcy i obrońcy świata.

Czas na najważniejszą część odcinka dotyczącą Brana. I zacznę tutaj przewrotnie od samego końca i śmierci Hodora. Oj, cóż to była za śmierć! Niesamowicie emocjonalna, nakręcona w taki sposób by wyciskać łzy, a przy okazji opowiedziano też jego origin story, historię przeistoczenia się Willisa w Hodora. To wszystko przy wykorzystaniu podróży w czasie. Karkołomne zadanie okazało się majstersztykiem. Bran jako naturalna antena przekazująca w przeszłość słowa Meery do Hodora "Hold the door", które potem przerodziły się w jego imię, były niczym jego życiowy imperatyw przygotowujący go do tej jednej chwili. To moment gdy teraźniejszość nałożyła się na przeszłość tworząc w spójny sposób przyszłość. Dawno nie widziałem tak dobrze skonstruowanej podróży w czasie. Nie ma się jednak co dziwić, reżyserem był Jack Bander odpowiedzialny za genialne The Constant z Lost.

Ważnych rzeczy związanych z Branem w odcinku jest dużo więcej. Jak choćby jego aroganckie dziecinne zachowanie, które sprowadziło na nich Night's King i jego armię. Czyli to porabiał. Zamiast uderzyć na Mur po zdobyciu Hardhome szukał Brana, czekał na jego błąd by móc wedrzeć się do serca drzewa. Jak wiadomo wcześniej nie mgół tego zrobić ponieważ było magicznie chronione. Teraz ten czar został zerwany przez dotknięcie Brana przez Króla. I teraz kolejne pytanie - czy to znaczy, że za Mur również będą mogli przejść? On też jest chroniony magią i tylko ona mogła powstrzymywać ich najazd. Bran przez swoją ignorancję naraził cały znany świat.

Ciekawi mnie też co z Trójoką wroną. Został zabity przez Króla, zniknął ze snu Brana, ale czy to na pewno jego koniec? Jak Bran jest wargem, wargi podczas śmierci mogą przenieść swój umysł w ciało zwierzęcia. Wiemy też, że dzięki tym umiejętnością Bran podróżuje po Czardrzewach. Czy więc Deathraven mógł zakotwiczyć swoją świadomość i w jakiś sposób być jeszcze przewodnikiem Brana? Nie zdziwiłbym się.

 Inne:
- Brianne i Tormund dostali, jedną króciutką scenę, ale jakże cudowną! Widać, że Rudy ma na nią ochotę.
- męskie przyrodzenie w serialu. Gra o Tron zareagowała krytykę i wyrównuje parytety.
- kolejny wilkor do odstrzału, żegnaj Lato. Został tylko Duch i Nemyria. Szkoda, że śmierci wilkorów nie mają realnego wpływu na opowieść.
- scena ucieczki pod drzewem - ależ świetnie nakręcone, pełne napięcia i emocji.
- uśmiechający się Jon Snow, nowość!
- Brainne wysłana w poselstwie do Riverrum. Wolałbym ja w duecie z Tormundem....
- Mera zabijająca White Walkera, niczym Jon Snow w poprzednim sezonie. Benioff i Weiss chyba bawią się fanowską teorią jakoby byli rodzeństwem.

OCENA 5.5/6

Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D. S03E21 Absolution
Do pewnego stopnia ten odcinek oglądało się z zaciekawieniem. Szczególnie na początku. Dalej był głupkowato naiwny i traktował się zbyt serio, ale wciągnęła mnie akcja i kilka razy się zaskoczyłem. Byłem nawet pod wrażenie jak Brett Dalton poradził sobie grając Hive z usmażonym mózgiem. Lub jak potraktowano wątek z Daisy, bez zbędnego obwiniania. A potem nastał finałowy akt odcinka z żenującą sceną akcji, kolejną niekompetencją SHIELD i Daisy chcącą wrócić do Hive'a. Ostatnio gdy tylko zaczynam ufać serialowi ten szybko sprowadza mnie na ziemię.

OCENA 3.5/6

Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D. S03E22 Ascension
Wiecie jaka jest najlepsza rzecz związana z tymi finałem? Prawie czteromiesięczny spokój z Agentami. To nie był dobry odcinek. Był przeciętny, jak cały sezon. Bez duszy, głupiutki, do bólu patetyczny, przewidywalny i fabularnie niedorozwinięty. I z tym ostatnim mam największy problem. Dobre seriale z dużą obsadą umieją nią żonglować, dać każdemu bohaterowi chwilę, napisać ekscytujące wątki i sprawić, że będę się interesował każdą z postaci. Tutaj tego nie mam. Położona nacisk na Daisy i tylko na nią. Cały finał toczy się wokół niej. Walka z Hivem, poświęcenie Lincolna, cliffhanger. Wszystko dotyczy jej. I złego próbującego swojego szatańskiego planu, co słabo działa. Kilka zdań dla innych to za mało. May, Mack, Fitzsimmons, robili tylko za statystów w teatrzyku. Scenarzyści muszą mocno wziąć się do roboty żeby ten serial stał się odrobinę bardziej interesujący, a niestety nie zapowiada się na to.

Koronnym przykładem nieudolności serialu jest pożegnanie Lincolna z Daisy. Kopia sceny z Captain America; The First Avenger gdy Steve przed poświęceniem rozmawia z Peggy. Tam czuć było dramatyzm i tragedię bohaterów. Tutaj szeptałem by jak najszybciej się skończyło. Zostało to zbytnio przeciągnięte przez co rozmowa stawała się coraz bardziej męcząca i pierwiastek dramatyzmu kompletnie uleciał.

W odcinku w sumie podobały mi się szczegóły. Jak Fitz zabijający człowieka albo absurdalny axeshotgun. I widowiskowa walka Hive z Daisy. Przynajmniej można było popatrzeć na coś dobrze zrobionego.

Cliffhanger mnie kompletnie nie ruszył. Nowy tajemniczy dyrektor (obstawiam May), Culson w terenie polujący na Daisy i pracę nad LMD. Nie powiem żeby te wątki jakoś specjalnie mnie interesowały, a to dobrze nie wróży na przyszłość.

OCENA 3/6

Orphan Black S04E05 Human Raw Material
Mimo, że kolejne odcinki ogląda się bardzo dobrze to muszę się przyczepić. Minęła połowa sezonu i tak na prawdę niewiele się wyjaśniło. Trochę biegania za implantami, nacisk na neolucją i nowy klon. Jak na ten sezon niewiele. Jeszcze jest dużo czasu na poprawę, ale jakoś w to wątpię.

Sam odcinek miał ciekawą konstrukcję. Zwłaszcza w wątku Sarah. Wzięła sobie wolne, postanowiła jeden dzień stwierdzić z córką. Przyjemnie oglądało się jej rodzinne sceny. Tak jak kłótnie z Felixem, daje to serialowi dużo naturalności i ciepła. Poza tym duża ilość Felixa zawsze jest czymś dobrym.

Najwięcej działo się w instytucję Brightborn. Komediowego i dramatycznego. Zawsze jak zjawi się Donny jest okazja do śmiechu. Udawanie klienta z wysokich sfer, niekomfortowe rozmowy z Cosimą i scena masaży z Krystal. Kapitalne! A dla przeciwwagi tęskne spojrzenie na noworodka i odkrycie Cosimy wraz z spotkaniem z Duncan. Nielegalne eksperymenty na płodach i problemy z moralnością. Serial odważnie sobie poczyna pod tym względem.

OCENA 4.5/6

Person of Interest S05E02 SNAFU
Na powrót do normalności i zajmowania się kolejnymi numerami jeszcze przyjdzie czas. Tym razem bohaterowie radzili sobie z Maszyną. Delikatny przeskok w czasie i dalsze przywracanie systemu. I zabawa formą na początku. Niezwykle komediowy segment z Maszyną mylącą twarze swoich agentów gdzie bohaterowie mogli się popisać wcielając w rolę innych aktorów. Co się uśmiałem to moja. Tak samo jak podczas sprawdzanie kolejnych numerów gdy John i Fusco trafiali na martwych lub przedstawienie teatralne. Zabugowana Maszyny na początku sezonu to dobry pomysł na odrobinę świeżości.

Jednak prawdziwym mięskiem w odcinku było podejście do moralności. To byłą historia jak Finch wypowiedział bardzo ważne słowa - biel i czerń nie jest oczywista i czasem trzeba operować w odcieniach szarości by pokonać kogoś jeszcze gorszego. Na początku zabawnie było oglądać Maszynę traktującą swoich agentów jako zagrożenie, które trzeba wyeliminować. A potem było podliczanie tego co zrobili i trudno się nie zgodzić z jej maszynową logiką.

Akcji może było niewiele, ale tępo odcinka w jego segmentach z Maszyną to usprawiedliwiało. Trafiła się jednak długa strzelanina z kobietom mającą zabić Johna. I wyszło na prawdę dobrze. Dużo biegania, trochę żartów i ciekawy punkt zapalny - zabójczyni została wysłana przez Maszynę.

Ten odcinek był też odrobinę sentymentalny, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Powrotu do przeszłości gdy Maszyna pokazywała dobrze znane sceny to jedno. Była też tęsknota za kobietami, które zostały utracone. Finch tęskni za Grace i wydaję mu się, że ją widzi. Root natomiast wyszukuje danych o Shaw. Było też o samotności Johna, który na koniec odcinka wstąpił do policyjnej drużyny gry w kręgle. Każdy z bohaterów coś stracił i tylko Fusco wydaje się być szczęśliwy.

OCENA 5/6

Person of Interest S05E03 Truth Be Told
Odcinek zapowiadał się na powrót do klasycznych spraw. Numer, fałszywa tożsamość i śledztwo. Sprawdzona i satysfakcjonująca formuła z obowiązkowym twistem i chwilą wytchnienia od Samarytanina. Skończyło się na bardzo osobistym odcinku dla Johna, który musiał się skonfrontować ze swoją przeszłością. Było tutaj kilka świetnych scen. Mi się najbardziej spodobała ta gdy wybiela zdrajcę by brat poczuł się lepiej po czym jego przełożony z CIA przyzwala na taką wersję. Potem była jeszcze rozmowa między tą dwójką gdzie John usłyszał, że świat potrzebuje jeszcze takich ludzi jak ona. I zerwał z Iris. Trochę słabo bo bohaterowie potrzebna jest kotwica w życiu. Jednak można zrozumieć jego wybór.

U Fincha i Root spokojnie. Tajemnicza wiadomość od Maszyny i kilka zabawnych scen związanych z kurierską pracą Mrs. Groves. Był też program szpiegowski Samarytanina, ale nic z tego nie wynikło. Na razie powolne rozwijanie dotychczasowych wątków.

OCENA 4.5/6

Person of Interest S05E04 6,741
Co za niesamowity odcinek, który na długo zostanie w mojej pamięci. Zdecydowanie jeden z najlepszych jakie serial zaprezentował. Można powiedzieć, że duchowy spadkobierca If-Then-Else. Znowu fałszywy odcinek tym razem dziejący się w wirtualnej rzeczywistości. Tylko tym razem SI została zaprzęgnięte do tego by człowieka złamać, a nie uratować mu życie. Znowu były też sceny Root/Shaw. Co najważniejsze oglądało się go z niepewnością - czy to co dzieje się na prawdę to rzeczywistość. Serial to sugerował, ale utrzymywał też złudzenie realności. Foreshadowing w przebłyskach Shaw, pośpieszne prowadzenie historii, realizacja fantazji seksualnej, śmierci bohaterów. Powolutku, rzeczywistość stawała się coraz mniej realna, a oglądanie odcinka było coraz bardziej fascynujące. Jakby nie patrzeć to też manifest, swojego rodzaju ostrzeżenie przed VR i możliwością zagubienia się w innym świecie.

Ten odcinek to jednak przede wszystkim pokaz umiejętności aktorski Sarah Shahi. To jak zagrała torturowaną Shaw, jej rozbicie, załamanie, determinację i zdenerwowanie. Oglądanie jej na ekranie było hipnotyczne, nie można było oderwać wzorku. A ostatnia scena gdy na huśtawce, na osobności z Root popełnia samobójstwo by ratować przyjaciół - majstersztyk.

Ja wiem, że to co działo się na ekranie to tylko symulacja, ale wreszcie! Scena seksu Shaw i Root została świetnie nakręcona. Dwie kobiety, które darzą się uczuciem wreszcie to robią. I serial nie byłby sobie gdyby nie wykorzystał tej sceny do czegoś więcej niż spełnienia marzeń fanów. Pokazano, że te dwie kobiety mają silne kobiety, jak obie chciały zdominować partnerkę, gdy pocałunki zamieniały się w zapasy. Świetne.

OCENA 5.5/6

The 100 S03E15 Perverse Instantiation, Part One
To jest ten moment gdy zbiegły się wszystkie wątki. Można było narzekać na wojnę domową w Arkadii, problemy z prowadzeniem Bellamy'ego i Pike'a, śmierć Lexy, irytującego Jaspera, Jahę i Ontari. Można było psioczyć na szybkie prowadzenie wątków i chodzenie na skróty. Denerwował też problem z upływem czasu i geografią serialu. Jednak to wszystko odchodzi chwilowo w niepamięć. Pierwsza część finału sezonu była dla mnie rewelacyjna. Za sprawą skali wydarzeń, ale też dzięki małym scenom i interakcją między postaciami, które były budowane przez cały sezon i serial. A przecież jeszcze druga część, która powinna znowu przedefiniować serial.

Odcinek zaczyna się w momencie gdy bohaterowie zdają sobie sprawę z porażki jaką odnieśli i godzą się z przegraną. Tylko nie Clarke. Chcę coś robić, nie może się poddać, jak sama mówi jest nawet gotowa chodzić od wioski do wioski i szukać Nightblood. na szczęście nic takiego się nie dzieje. Przypadkowo (denerwujące pójście na łatwiznę) wpada na Roana i dość szybko namawia go do współpracy. Zawsze dobrze jest widzieć charyzmatycznego aktora. Wcześniej jednak chwila sam na sam z Lexą. Jej śmierć wciąż rzuca cień na Clarke. Nie podobała mi się tylko jedna rzecz w tej scenie - Clarke jest ratowana przez Roana, który potem ją łapie. Rozumiem rozkojarzenie, ale za łatwo to przyszło.

Obowiązkowa wizyta w Arkadii przed wyruszeniem w ostatnią misję miała bardzo ciepłą scenę. Ten moment gdy bohaterowie się żegnają, moment pokazujący czym jest prawdziwa rodzina, jak bardzo im na sobie zależy. Było też ostrożne planowanie i umiarkowany optymizm. I jeden z wielu szokujących momentów - widok A.L.I.E. rodzący pytanie - kto jest zaczipowany, czy ktoś kto został czy wyruszył na misję. Dobrze rzucony element podbudowujący napięcie. Każący kwestionować działanie bohaterów.

Na szczęście dość szybko został to rozwiązane. Padło na Jaspera, który dźgnął Monthy'ego by przeszkodzić w budowaniu Machiny na A.L.I.E. I można to łatwo zrozumieć. Jasper był świadkiem śmierci kolejnych bliskich osób, nie radził sobie z tym. Pierw szukał ucieczki w alkoholu, a teraz znalazł coś mocniejszego. Śmierć kobiety od Luny go załamała. Miał już dość i się poddał. Może i zdradził przyjaciół, ale można go zrozumieć. Nie tortury, które przeszedł, a to co go wcześniej spotkało. I nieustanną śmierć, która ich otacza.

Zaczipowanie Jaspera to też kolejny sposób na podbicie stawki i wprowadzenie napięcia w wątku równoległym do głównych wydarzeń. Czy uda mu się przeszkodzić bohaterom? Czy stanie mu się krzywda? Czy zrobi krzywdę Harper? Czy Monthy został poważnie ranny? To zadziałało. Trochę gorzej wypadł jako salony prześladowca czający się za zamkniętymi drzwiami. Było to lekko zbyt przerysowane, ale miało też swój specyficzny urok.

Wracając do głównych wydarzeń. Plan nie idzie po myśli bohaterów, suprise, suprsise. Roan prawdopodobnie ginie z ręki Kane'a (NIE!), a Clarke zostaje schwytana przez Jahę. I tutaj początkowo sprawy obierają spodziewany obrót Clarke jest torturowany by podać hasło do Ducha, nie przynosi to rezultatów więc A.L.I.E. postanawia skrzywdzić jej matkę. Spodziewany schemat, który wykorzystany trzeci raz. Na Abby i Kane'a podziałało idealnie. Natomiast Clarke nie dała się złamać. Była gotowa poświęcić własną matkę wiedząc, że na szali znajdują się losy świata. Znowu była zdolna do czegoś niewyobrażalnego dla większego dobra. Tym razem nie chodziło o ludobójstwo, a pozwolenia na śmierć kogoś bliskiego, co było jeszcze bardziej personalne. I niby męczyły ją wyrzuty sumienia to wciąż jest w stanie walczyć, nie złamała się jak Jasper tylko desperacko dąży do wykonania swojej misji. Prawdziwa heroina.

A skoro o herosach mowa. John Murphy! To jest mój bohater i nic tego nie zmieni. Nawet jego własne słowa "After this, doing the right thing can kiss my ass.". Udało mu się namówić Indrę i Pike'a do wspólnej walki (ta reakcję Olivii!), teraz uratować Bellamy'ego i resztę i można powiedzieć, że udał się na samobójczą misję do komnaty tronowej. Jasne robi to dla Emori, ale nie umniejsza to jego heroizmu.

Ten odcinek to też akcja. Gdy Clarke jest torturowany ochraniająca grupka próbuje ją odbić. I te sceny były bardzo dobrze wyreżyserowane. Walka, reakcja Bellamy'ego by nie zabijać innych, desperacka próba wciągania windy i kolejna walka. I takie drobne scenki jak Miller ze swoim chłopakiem mówiący o przyszłości z kamerą skierowaną na Olivię cierpiącą jeszcze po Lincolnie. Czy Bellamy strzelający komus prosto w głowę by uratować Murpy'ego. Albo spojrzenia nienawiści na Pike'a.

Odcinek nie mógł się skończyć optymistycznie i musiał zostawić jakiś wielki cliffhanger. Padło na poświęcenie Ontari i Jaha rozwalającego jej głowę. Kolejna ostatnia nadzieja w walce z A.L.I.E., jeszcze moment złudzeń gdy żyję i śmierć mózgu. Pogrzebanie wszystkich starań, wszystko na nic. Nie chciałbym żeby teraz cudownie zjawiła się Luna i uratowała dzień. Może transfuzja czarnej krwi dla Clarke i wsadzenie jej ducha? Poświęcenia dla dobra ogółu i happy end z Lexą? Na pewno nie będzie to oczywiste rozwiązanie z konsekwencjami dla bohaterów.

Odcinek oglądało się świetnie, ale zdaję sobie sprawę z jego wad. Czy może raczej niespełnionych oczekiwań. W zeszłym roku udało się stworzyć dwuznacznie moralny konflikt. W tym przeciwnik jest jedno wymiarowy. Moralność polega głównie na trudnych sojuszach, walka nie jest do końca kwestionowana. Brakuje mi tutaj więcej motywacji dla A.L.I.E., jej rozmów z kimś poza kultystami. Moralnego punktu widzenia maszyny mającej ocalić świat. Z początku wierzyłem w jej misję i szczere intencję, ale teraz jest złą AI pragnącą wygrać. Brakuje jej przeciwwagi.

Inne:
- litania nazwisk bohaterów i sposób w jaki zginęli w wykonaniu Jaspera. Cóż za świetny moment!
-odcinek bez taniej i szokującej śmierci, dobrze. Bo Roan MUSI żyć, a Indra i Kane nie mogli zginąć w ten sposób. A Abby się upiekło, szczęściara. 
- Indra ratującego przed eksplozją Kane! Ależ to był naturalny i świetny moment. Lubię takie sceny, które wynikają z konsekwentnego prowadzenia postaci.

OCENA 5/6

The 100 S03E16 Perverse Instantiation, Part Two
Bałem się tego finału. Pierw żyłem w strachu przed spoilerami, choćby najdrobniejsza informacja mogłaby mi zepsuć seans. Plan udało się wykonać w 100%, nie natknąłem się nawet na drobną sugestię co się stało. Gdy już odpaliłem odcinek byłem pełen wątpliwości czy uda się zakończyć z hukiem odrobinę problematyczny sezon.

Głupi ja, już dawno powinienem zaufać serialowi. To było bardzo satysfakcjonujące 40 minut, dające to co najlepsze w The 100. Postacie mogły zabłyszczeć, echa dawnych wydarzeń dały o sobie znać, intensywne sceny były przeplatane spokojniejszymi i emocjonalnie ważnymi dla bohaterów. Udało się nawet wcisnąć w to obowiązkowy dylemat moralny, który spowodował kwestionowanie wyborów Clarke. Za to pokochałem serial i z tych samych powodów z utęsknieniem czekam na jego powrót. Trzymam też kciuki żeby Jason Rothenberg wyciągał wnioski z krytyki.

Nie było wielką niespodzianką, że to Clarke uratowała dzień. Może i jej droga w tym sezonie była wyboista i pełna scenopisarskich problemów to w końcu ona jest główną heroiną serialu. Akceptuje ten wybór. Poza tym, kozacko wyglądało siedząc na tronie Grounders. To, że wczepiła sobie Flame też nie było wielkim zaskoczeniem, ale sposób w jaki to wykonała już tak. Przetłaczając sobie krew Ontari. Mount Weather style. Bardzo ładne odwołanie do poprzedniego sezonu, pokazujące jak cienka jest granica między bohaterami i złoczyńcami, jak daleko można się posunąć by wygrać.

Wszczepienie Ducha przez Clarke pozwoliło udać się jej do matrixa. Co za piękne widoki w City of Light i niezwykle intensywne sceny. Pierw widok miasta z dramatyczną muzyką podkreślającą zagrożenie. Dynamiczna kamera, chłód bijący od budynków, drzewa pozbawione roślinności, przytłaczająca architektura i zagubiona Clarke. Czuć było grozę tego miejsca. A potem szczęśliwi ludzie i Jasper jedzący lody dla kontrastu. Byłem zachwycony oglądając podróż Clarke. Zwłaszcza jak pojawiały się umiejętnie wplecione symbole nieskończoności, które miały ją pokierować do wyłącznika.

Wizyta w Mieście Światła to też powrót Lexy. Hurra! Ale chemia między aktorkami i wielka szkoda, że to prawdopodobnie jej ostatnia wizyta w serialu. Tęsknię za nią, ale ten krótki powrót był dzięki temu jeszcze lepszy. Wcześniej zginęła przypadkową śmiercią, teraz można byłą ją pokazać jako wojownika. Szkoda tylko, że tak mało dostała rozmów z Clarke.

Zastanawiałem się jaki będzie twist w finale. Musiał być. Od zawsze było wiadomo, że A.L.I.E. chroni ludzkość. Nie jest stereotypowym AI chcącym wybić populację. I niestety popełniono ten sam błąd co z Pike'em. Za późno nadano jej głębię, za długo trzymano ją w tajemnicy, powinno być więcej sugestii, że ona ma rację. Ale może wtedy finałowa konfrontacja nie miałaby takiej siły? Clarke dotarła do wyłącznika (wirtualna stacja kosmiczna!) gdzie dowiedziała się strasznej prawdy i stanęła przed kolejnym trudnym wyborem. Na całym świecie topią się rdzenie w elektrowniach atomowych i za pół roku 96% powierzchni Ziemi będzie niezdatna do zamieszkania. A.L.I.E. dokonuje transferu ludzkiej świadomości do Miasta by zachować w najlepszy według niej sposób ludzkość. Clarke musi zdecydować czy zamknąć Miasto i ocalić ludzi czy zginąć za pół roku. Jasne, wybór był oczywisty, ale kolejny raz trudny. Eliza Taylor świetnie zagrała niezdecydowanie i negocjację z A.L.I.E. Szukała innego wyjścia i się nie udało. Zrobiła co trzeba i prawdopodobnie skazała ludzkość na zagładę. Ale jak to powiedziała - "We figure something out. We always do". Zawsze jest jakieś wyjście, trzeba je tylko znaleźć.

Ten odcinek to nie tylko trudna decyzja Clarke, ale też świetne momenty u innych bohaterów. Murphy dosłownie pompujący serce Ontari był przysłowiową wisienką na torcie. Dla mnie najciekawsza była historia Octavii. Przysięgła zemstę i była nawet skłonna poświęcić walkę z A.L.I.E. by jej dokonać. Atakuje Pike'a i pozwala mu zginąć, ale w ostatniej chwili ratuje go Bellamy. Potem jest miejsce by Pike mógł odpokutować część grzechów w walce. Nawet ratuje życie Octavii. I co się dzieje? Ona i tak go zabija. Bezlitośnie, gdy jest miejsce na świętowanie wiktorii wbija mu miecz w brzuch. Blood must have blood. A ja głupi oczekiwałem szczęśliwego zakończenia.

Inne:
- rozmowa Clarke z matką po jej uratowaniu. Ale świetna chemia między aktorkami i te emocję!
- wspinająca się armia na szczyt wieży! Piękne widoki.
- poza Pike'em nikt ważny nie zginął. Nawet Harper nic się nie stało. Dobrze.
- poczwórne zabójstwa Lexy! Tak się wprowadza bohaterów na scenę!
- "The goal isn't everything, A.L.I.E.. How you reach the goal matters, too. I'm sorry that I didn't teach you that." Clarke by się nie zgodziła.
- "You don't ease pain. You overcome it and we will." i potem to zdziwienie na twarzy A.L.I.E.!
- "Human beings are the only species that act against their own self-interest. We torture each other. We fight, hurt each other, break each other's hearts. None of that exists here. A.L.I.E. is protecting us from ourselves."Dokładnie tak jak mówi.

OCENA 5.5/6

The Flash S02E22 Invincible
Tydzień temu chwaliłem, dzisiaj będę w większości narzekał. Ogólnie sezon przyzwyczaił mnie do słabszych odcinków, ale biorąc pod uwagę kontrast z poprzednim taki spadek formy boli tym bardziej. Już sam zarys fabularny mi się nie podoba - armia metaludzi atakująca miasto i heroizm w obywatelach. Przecież to dosłowna zrzynka z Uprasing z Arrow. Sprawę trochę ratuję Black Siren (nie sądziłem, że będę się tak cieszył z wizyty Katie Cassidy), tajemniczy plan Zooma, wizję Cisco i trauma Catlin. Niestety to tylko momenty.

Najbardziej męczy Barry. Pomyślałby, że wizyta w Speed Force będzie miała na niego pozytywny wpływ. Zamiast tego chodził nabuzowany endorfinami i wierzył w pomyślności misji. Bo moc mu tak powiedziała. Na szczęście reszta bohaterów patrzyła na niego z odrobinę politowania, ale to ona napędza serial i oglądanie go w takiej formie mnie wymęczyło. Scenarzyści mają problem z znalezieniem złotego środka. Albo zbyt mrocznie albo to.

Jednak najbardziej przeszkadzał Wally. Bez mocy wyszedł na miasto walczyć z metami. Oj, jak oglądanie jego działań męczyło. I ta płytka motywacja - chcę być bohaterom ponieważ zostałem uratowany przez Flasha. Fajnie, że postać ewoluuję, ale niech to nie będzie w tak drętwy sposób. Więcej wiarygodności by nie zaszkodziło. I niech przestaną go parować z Jesse. Między nimi nie ma WCALE chemii. A ona niech korzysta więcej ze swojego intelektu, a nie będzie ozdobą tła.

Ogromnie przeszkadza mi też końcówka. Śmierć Henryego jest zupełnie niepotrzebna i będzie prowadziła do jeszcze większego angstu u bohatera. I jak można było przywracać postać tylko po to by ją zabić? Przecież wiemy, że Zoom jest niebezpieczny, nie potrzebne są kolejne ofiary, a zniszczenie Earth-2 odpowiednio podbiło stawkę na finał. Nie kupuje też psychopatycznych motywacji Zooma, który chcę by Barry był taki jak on.

OCENA 3.5/6