Pokazywanie postów oznaczonych etykietą True Detective. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą True Detective. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #234 [05.06.2017 - 11.06.2017]

SPOILERY

American Gods S01E06 A Murder of Gods
Broń, imigracja, szukanie swojego miejsca w świecie, adaptacja do nowego środowiska, ewolucja wartości cenionych przez ludzi i pytania o to skąd się bierze religia. American Gods miksuje ze sobą bardzo dużo motywów i co zaskakujące wychodzi z tego obronną rękę bo zaczyna coraz umiejętniej spinać porozpoczynane wątki. Odcinek standardowo miał ponad 50 minut, ale nie czuło się tego. Dwie historie bardzo płynnie płynęły do przodu, miały dużo wspólnych punktów i były na swój sposób samodzielne. Sporo miejsca dostała też ekspozycja, powiedziano więcej o świecie bogów który coraz bardziej mnie fascynuję. I nie przeszkadza mi dość anemiczne prowadzenie historii gdyż bohaterowie wszystko mi wynagradzają. Laura rzucająca fuckami jest przeurocza, a duet Cień i Wotan nieustannie czymś zadziwia i każe kwestionowań sensowność działań boga. Zaczynam się smucić, że do końca sezonu już tylko 2 odcinki.

OCENA 5/6

Leverage S05E01 The (Very) Big Bird Job
Niesamowicie poszczęściło mi się z losowaniem. W 2012 roku musiałem odpuścić całkiem sporą ilość seriali, a Leverage był jednym z tych do których bardzo chciałem wrócić. To nigdy nie była wybitna produkcja. To był bardzo dobrze zrealizowany serial rozrywkowy z kapitalnie dobraną obsadą. Fabułek z czterech poprzednich sezonów nie pamiętałem, tak charaktery głównych postaci jak najbardziej.

Oglądanie Leverage po tylu latach to jak powrót do dawno widzianych znajomych. Odkrywasz ich na nowo, przypominasz sobie szczegóły i dawne wydarzenia by na końcu chcieć jeszcze. Tak było i tutaj. Absurdalny humor, przerysowane sceny akcji i szalony przekręt który działa tylko dlatego, że chcę się to wierzyć. Całkiem sprawna realizacja pomaga. Pośmiałem się i jestem z tego zadowolony. Na końcu za to cliffhanger i zapowiedź intrygi mogącej prowadzić do rozłamu w grupie. Będę oglądał dalej i całkiem możliwe, że z powodu urlopów większości seriali nadrobię serię.

OCENA 4.5/6

Leverage S05E02 The Blue Line Job
Jak napisałem tak robię i oglądam dalej. Znowu bardzo przyjemny odcinek do którego nie można się zbytnio przyczepić jeśli zawiesi się niewiarę i zaakceptuję sporo uproszczeń i mało efektowny przekręt. To w dużej mierze była osobista historia Marco próbującego zapewnić przyszłość synowi nawet jeśli miałoby go to kosztować życie. To też była ciekawa stylistyka wykorzystująca hokejową oprawę. Żartów też nie zabrakło. O jak się śmiałem z fascynacji Nate'a tym gdzie znajduje się prawdziwy puchar Stanleya czy z zabaw Hendersona z magnesem. I tylko większej fabuły zabrakło.

OCENA 4.5/6

Leverage S05E03 The First Contact Job
"Let's steal the first contact!" - szalone pomysły w Leverage to nie pierwszyzna. Tym razem upozorowali kontakt z obcymi, okradli ofiarę na gruby milion by na końcu zrobić z niego szaleńca w oczach świata. Kilka pomysłów mogło się podobać. Elliot jako grifter, Parker i Harison ponownie agentami FBI i finałowy kontakt. Do tego masa humoru przemycona w dialogach i powracające żarty i motywy które dobrze się sprawdziły. Było też coś o Nate'cie który na chwilę zapomniał czemu robi się te przekręty. Ostatecznie jednak jestem trochę rozczarowany. Wszystko wyszło perfekcyjnie, a ofiara nie stanowiła żadnego wyzwania dla ekipy. Kolejne elementy planu była odhaczane i całość wyszła tak jak miała wyjść. Dobrze się bawiłem i tyle.

OCENA 4/6

Leverage S05E04 The French Connection Job
Przekręt w odcinku związanym z kuchnią i gotowaniem nie był zbytnio wymyślny i znowu został odegrany po sznurku. Dobrze, że rzeczy które działy się obok tego były dużo ciekawsze. Jak choćby historyjka Elliota, który spłaca dług człowiekowi który nauczył go do czego prócz zabijania służy nóż. Do tego był wspaniały jako szef kuchni. Miło wyszła też opowieść o Parker chcącej coś w życiu poczuć. Prócz tego dużo udanych gagów i niewymuszonego humoru. Czyli standardowo.

OCENA 4.5/6

Leverage S05E05 The Gimme a K Street Job
Trzy odcinki temu była przygoda w klimacie hokeja, teraz dano drużynę cheerleaderek. Nie powiem żeby była to szczególnie interesująca tematyka dlatego trochę z początku kręciłem nosem. Póki ekipa nie wylądowała w Washingtonie i na Kapitolu by zdobyć głosy polityków. Wreszcie jakieś wyzwanie dla bohaterów gdzie musieli sporo pogłówkować nad rozwiązaniem. Przy okazji ośmieszono przepisy prawa i je wyolbrzymiono. Takie rzeczy zawsze dobrze wychodzą. Był też wątek z Parker w niecodziennej sytuacji - trenerki nastolatek. Trochę szkoda, że nie dostał więcej czasu. Mimo to udało się przemycić do niego wątek o zaufaniu i swojej roli w drużynie. Cieszy mnie, że Leverage zazwyczaj nie zapomina o takich motywach w swoich rozrywkowych historiach.

OCENA 4.5/6

Leverage S05E06 The D.B. Cooper Job
To nie był zły odcinek. Użyto tutaj aktorów z głównej obsady do opowiadania historii z flashbacków dotyczącej rzeczywistej sprawy D. B. Coopera. Fajny pomysł z odrobinkę przewidywalnym zaskoczeniem. Było też o szukaniu dobra w ludziach i możliwości odkupienia za własne grzechy, a także dzieciach cierpiących za grzechy ojców. Tylko czuję się odrobinę rozczarowany bo moich bohaterów, dla których oglądam Leverage było niewiele. To był inny klimat niż dobrze znany od początków serialu, raczej zagadka kryminalna z twistem niż heist. Humoru też jak na lekarstwo. Więc ostatecznie rozczarowanie.

OCENA 3.5/6

Leverage S05E07 The Real Fake Car Job
Przekręt z zabytkowym samochodem w tle, to pozornie znowu nie moje klimaty. Na szczęście było bardzo dużo ruchomych części, ofiara miała tajemnicę, a finał był na tyle niespodziewany, że ostatecznie okazał się jednym z lepszych odcinków sezonu mimo nie do końca udanego heistu. W serialu coraz mocniej pobrzmiewa wątek emerytury od tych wszystkich przekrętów. Co będą robić gdy to wszystko się skończy? Czy Henderson i Parek dalej będą ze sobą? Czy Sophie z Natem? Co z Elliotem. Jestem bardzo ciekaw czy Dan Devin rozpisując ten sezon brał pod uwagę, że będzie on ostatnim.

OCENA 4.5/6

Leverage S05E08 The Broken Wing Job
Kolejny z serii niecodziennych odcinków. Zaczyna się w Japonii by po chwili przenieść się do Portland i Parker z złamaną nogą w lofcie i tam z nią pozostać. To ona jest główną bohaterką i Beth Reisgraf z gracją dźwiga ciężar roli na swoich plecach. Pierw trochę komedii z znudzoną Parker, potem odkrycie złodziei w barze i na końcu konfrontacja. Nie zabrakło dramatów i to też z niespodziewanej strony np. zgłębianie prywatnego życia klientów. Była też urocza Amy która pomaga Parker w złapani domniemanych złodziei by na końcu niemalże stać się ofiarą porwania. Nie powiem by był to zaskakujący zwrot akcji, ale sprawdził się. To był też kolejny odcinek w którym była sugestia jakby Nate przyuczał Parker do swojej roli gdy go już zabraknie jak wcześniej robił to z Elliotem.

OCENA 5/6

True Detective S02E06 Church in Ruins
Ależ rollercoaster serwuje mi ten sezon. Nudne odcinki przeplatają się z wciągającymi, a zbyteczne sceny poprzedzają kapitalne dialogi i rozwój postaci. Doceniam jak całość jest napisana, mam trochę zastrzeżeń, ale też podejrzewam, że w pełni nie ogarniam wizji Nicka Pizzolatto. Skupiam się nie na wszystkich elementach opowiadanej historii, a całość traktuje jak kryminał przez co nie potrafię ocenić całości. Jak choćby bardzo ważne wątki rodzinne. Każdy bohater w jakiś sposób zmaga się z nimi. Najbardziej widoczne to było u Reya nie radzącego sobie z nawałem informacji jaki na niego spłynął. Przeszłość dopada też Bezziredes w najmniej spodziewanym momencie. Nieoczekiwanie od tej czulszej strony pokazany jest też gangster. To wszystko tworzy skomplikowaną mozaikę którą trzeba oglądać pod odpowiednim kątem by dostrzec jej prawdziwe oblicze. I powoli się go doszukuje.

Inne:
- orgia odhaczona, True Detective S02 może z dumą nosić plakietkę serialu HBO.
- "That's one off the bucket list. A Mexican standoff with actual Mexicans." Mądrości Franka jak zwykle celne.

OCENA 4.5/6

True Detective S02E07 Black Maps and Motel Rooms
Odcinek z ograniczoną ilością wątków osobowych i niemalże w całości skupiony na śledztwie i problemach z niego wynikających. Oglądając go myślałem o kontraście względem pierwszego sezonu. Tamten opowiadał prostą historię gdzie nie do końca rozwiązano sprawę, wielka intryga została jedynie zarysowana. Tutaj jest wręcz przeciwnie. Morderstwo będące punktem wyjścia gdzieś zanika, a opowieść jest o skorumpowanym mieście i jego elitach. Jest to ciekawy kontrast, który działa na poziomie meta narracyjnym pozostawiając sedno opowieści snutych przez Pizzolatto.

Mimo godziny z haczykiem oglądało się to bardzo dobrze. Zaszczuci bohaterowie próbujący się połapać w tym wszystkim i coraz mocniej zaciskająca się pułapka. Sytuacja jest niemalże bez wyjścia. Woodrugh zginął, a Valcoro i Bezzerides nie wiedząc jeszcze jak się z tego wyplątać. Całkiem zabawnie gdyby tylko Frank osiągnął sukces w finale. Gdyby detektywi przegrali w starciu z lewiatanem trawiącym społeczność, a jedynie gangster postawił na swoim dzięki umiejętności dostosowania do sytuacji. Na razie całkiem dobrze mu idzie, kto wie jak skończy.

OCENA 4.5/6

True Detective S02E08 Omega Station
Jak kilkukrotnie pisałem przy kolejnych odcinkach True Detective - czułem, że coś mi umyka. Przy finale nie miałem tego wrażenie. Mimo niemalże 1,5h siedziałem jak zaczarowany. Klimatem, domykającymi się historiami postaci i zakończeniem. Mało jest tytułów, które na tak długo z takim efektem przykułyby mnie do ekranu wodząc za nos i bawiąc się oczekiwaniami. Finał zmusza mnie też do rewizji moich poprzednich wrażeń i sprawia, że całość prezentuję się dużo lepiej. Ostatecznie całości nie uważam dużo gorszej od S01 i nie czuje rozczarowania, a mój apetyt przed S03 jeszcze się wzmógł.

Jak napisałem, serial perfekcyjnie igra z oczekiwaniami. Detektywi odkrywają mordercę Caspera, Frank wychodzi na prostą i wszystko wydaje się domykać. To tylko gra z widzem. Pokazanie jak blisko można dojść do sukcesu by upaść. Nie koniecznie przez swoje grzechy, czasem też przez przypadek. Gdy Valcoro i Frank zdobywają krwawą forsę ich życie zaczyna coraz intensywniej ciążyć ku upadkowi. Widz ma nadzieje, że jakoś z tego wyjdą, jakoś im się, ale wie, że to pobożne życzenia. Moment gdy Ray postanawia jeszcze raz odwiedzić syna jest jego końcem. Co jest dość ironiczne. Frank ginie przez nieuwagę. Pierw igra z Meksykanami by potem jeszcze raz im się postawić.

Frank i Ray umierają bo tego wymaga historia. Od początku byli na to skazani. Od pierwszego odcinka, a moment chęci zemsty, zrobienia tego co słuszne czy zarobienia trochę kasy tylko to przypieczętował. W mieście rządzonym korupcją i spiskami nie ma miejsca na takie akty. Tutaj nawet burmistrz ginie na rozkaz swojego syna, który okazał się głową hydry. Był pokazany tylko przez parę minut i zgrywał rolę kompletnego idioty? Pozory. Pozornie ważne było też morderstwo, dysk z dowodami na polityków, diamenty warto miliony i wielki spisek. Morderca zostaje odnaleziony, ale wymiar sprawiedliwości nie dowiaduje się kim on jest, a tym bardziej jego historii. Dysk jest pusty, nie mógł zagrozić układowi. Diamenty się nie odnajdują. Spisek wygrywa. To jest gorzkie zakończenie, którego można się było spodziewać. Zło i pieniądz zawładnęły społeczeństwem, a ruchy na szczycie drabiny są jedynie symboliczne.

Finał S01 niósł ze sobą nutkę optymizmu. Rust mówi o gwiazdach rozsiewających mrok i nadziei dla świata. Konspiracji nie udało się rozwikłać, ale bohaterowie mieli poczucie zwycięstwo, przynajmniej na tym podstawowym poziomie gdzie pokonali głównego złego. Tutaj tego nie ma. Zero nadziei na lepsze jutro. Bezzerides i Jordan przeżyły, ta pierwsze urodziła nawet dziecko Rayowi i spotkała się z dziennikarzem Times'a. Tylko co z tego? Powiedziała mu swoją historię, ale to nie ma znaczenia. Ray i Frank nie żyją, policja która zabiła Woodrugha wykorzystuje jego imię w celach propagandowych, kobiety muszą dalej uciekać, a spiskowcy świętują. Świat jest złym miejscem i go nie zmienimy.

Pizzolatto nie zajmuje się złem tylko złem w szerszym rozumieniu, skupia się też na przyziemnych sprawach jak rodzicielstwo będące ważnym motywem tego sezonu. To przecież ojciec skurwysyn jeszcze w latach '90 zapoczątkowuje cały ten ciąg by zginąć potem z rąk własnego syna uprawiając wcześniej seks z własną córką nieświadom z kim ma do czynienia. To miłość do syna była głównym utrapieniem Valcoro i to ona go zgubiła. Tragedią jest też to, że nie może wysłać ostatniej deklaracji miłości do Chada, który przecież może go przez całe życie uważać za mordercę. Nawet tego małego promyczka nadziei zabrakło. Frank mimo swoich chęci nie miał dziecka, tutaj wpływ na całego jego życie miał ojciec uważający go za nieudacznika. To przez niego nigdy się nie zatrzymuje, prze do przodu i walczy o swoje, nawet o marynarkę (gdzie trzyma diamenty) co doprowadziło do jego śmierci po długim marszy przez pustynię. Szedł, walczył do końca i przegrał. Pierwszy i ostatni raz w swoim życiu. Ojcowie, pamiętajcie o swoim wpływie na dzieci, może gdybyście byli lepsi świat też taki by był.

Jest jeszcze dużo rzeczy związanych z finałem które można poruszyć. Ja napiszę o czymś mniej ważnym. Pustynia, sekwojowy las i woda. Ostatnie lokacje w których dzieje się finał dla trzech bohaterów. Widoczny kontrast podkreślający różnicę między nimi, ale też uwypuklający niesamowitą stylistykę serialu. Szczególnie ostatnie chwilę Raya w lesie i Franka na pustyni. Piękne ujęcia gdzie przyroda jest wręcz przytłaczająca. To tez chwila oddechu (ostatniego!) po zurbanizowanych sceneriach. Wykrzyknik wizualny nad losami bohaterów.

Tak więc jestem zachwycony. Mogło być ciut krócej, ale te długie sceny tworzyły klimat. Udało się dzięki temu wcisnąć trochę love story, ale też przemycić historię kelnerki z blizną czy ochroniarza Franka. To było potrzebne by pokazać kompleksową i wnikliwą wizję. I dlatego czekam z niecierpliwością na S03.

Inne:
- piosenkarka z klubu która zwija instrumenty i odchodzi jakby sygnalizowała koniec opowieści. Jak nic celowy zabieg.
- mam wrażenie, że opowieść równie dobrze wypadłaby w formie literackiej. Muszę dorwać Galvestone od Pizzolatto i zobaczyć jak się sprawdza jako pisarz.

OCENA 5.5/6

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #233 [29.05.2017 - 04.06.2017]

SPOILERY

American Gods S01E05 Lemon Scented You
Warto było tyle czekać na pierwszą konfrontacje Wotana z nowymi bogami. Jest to walka dwóch światów i wielka pochwała dla indywidualności i woli przetrwania. Ich spotkanie nie jest jednak stricte konfrontacją i ścieraniem się idei, a raczej długą ekspozycją sedna konfliktu. I ja nie mam nic przeciwko dzięki kapitalnej grze aktorskiej i wizualnej realizacji. Gillian Anderson jako Marilyn Monroe i David Bowie była niesamowita. Końcówka odcinka i cliffhanger z bohaterami jeszcze bardziej zachęca do oglądania. Cieszy też poprawa konstrukcji fabularnej względem odcinków 2-3, Fuller i ekipa rzeczywiście wyciągnęli wnioski po początkowych kłopotach i całość jest bardziej spójna. Świetnie wypada też Lura, jej spotkanie z Shadowem i problemy w związku. Oraz spotkanie z Leprechaunem. Ona wreszcie chwyta życie takim jest i o coś walczy. Przy okazji ma przy tym trochę radochy.

OCENA 5/6  

Once Upon a Time S01E10 7:15 A.M.
Kolejny wylosowany serial, któremu bardzo chciałem dać jeszcze jedną szansę, zwłaszcza po ostatniej medialnej burzy. Once Upon a Time porzuciłem krótko po premierze. Raził mnie infantylnością, durnymi fabułkami i miejscami okropną stylistyką. Jednak siedem sezonów i oddana baza fanów o czymś świadczą. Więc od dłuższego czasu chciałem go bez skutku wcisnąć w swój napięty grafik. I chyba niepotrzebnie.

Po tych kilku latach od premiery siłą rzeczy nie mogłem wiele pamiętać z głównej intrygi jak i szczegółów dotyczących postaci. Pewnie to samo bym miał gdybym włączył losowo wybrany odcinek jednego z moich ulubionych seriali. Nie mniej wiedza dotycząca zawiłości fabularnych OUaT nie była wymagana. Wystarczyło pamiętać, że Śnieżka kocha księcia Jamesa i nie mogą być ze sobą. W dwóch równolegle rozgrywających się liniach czasowych. I z jednej strony tragiczne love story wypadło bardzo fajnie. Zwłaszcza usunięcie z pamięci swojego księcia w bajowym świecie jak i spotkanie z krasnoludami. Z drugiej ciężko mi się to ogląda mimo bijącej sympatii od aktorów. Jest to naiwne, bohaterowie zachowują się mało przekonująco, a cała historia wydaje się mieć poboczny charakter mimo, że przytłacza swoim czasem antenowym.

Dla mnie dużo ciekawiej wypadł tajemniczy przybysz do miasteczka z jeszcze bardziej tajemniczą skrzyneczką. I niestety było go bardzo mało. Okazało się, że jest pisarzem i zamiast czyjejś głowy w pudełko ma maszynę do pisania. I to mnie jeszcze bardziej zaciekawiło. Pisarz w krainie baśni może prowadzić do zabawy konwencją. Przez to mam ochotę dać jeszcze jedną szansę Once Upon a Time.

OCENA 3.5/6

Prison Break S05E09 Behind The Eyes
Miałem nadzieję na lekką poprawę w finale. Ostatecznie jest on dowodem na zbyteczność wskrzeszania marki. Może nie komercyjnym, oglądalność była większa niż w przypadku ostatniego odcinka 24: Legacy, ale na pewno artystycznym, ba czysto rozrywkowym. Mógłbym napisać długą litanię co mi się tutaj nie podobało, tylko powtarzałbym się, a i nie mam ochoty znęcać się nad leżącymi. Będą jedynie najciemniejsze punkty.

Ogólnie odcinek był nudny. Raził brakiem logiki i naiwnością konstruowania intrygi. Nie spiął wszystkich wątków, głównie dlatego, że ciężko mówić o fabule i konspiracji. Ten sezon to kilka rzuconych pomysłów gdzie żaden nie był należycie rozwinięty. Największym marnotrawstwem jest porzucenie ogólnoświatowej konspiracji i historii zbuntowanego agenta CIA wpływającego na losy świata kosztem dramatu rodzinnego. Jasne, bohaterowie są wciąż sympatyczni, dobrze się ogląda Michaela z Sarą czy Linca, ale nie za telenowelowe podejście do historii tak lubiłem ten serial. Wolałem zwariowane konspirację czy osobiste i dobrze pisane wątki, a nie romantyczną papkę. Całość kończy się happy endem, Michael wygrywa i wraca do Sary. Wszystko dzięki szczęściu, a nie swojej inteligencji, co boli najbardziej. Planował latami, część planu nie wyszła, a ostateczna konfrontacja była pełna chaosu i nieprzewidzianych elementów.

W tym wszystkim równie fatalnie co cała intryga wypadają poboczne wątki. Szczególnie bezsensowne bieganie Linca i starcie z synem Abruzziego. I idiotyczne poprowadzenie nowych postaci tylko by móc wszystkich zabić. Z Wipem na czele. Jakie to było zbyteczne! Wprowadzać syna dla T-Baga by zaraz go zabić. Kompletnie tego nie rozumiem. Scenarzyści mocno przekombinowali, chcieli mocniej zaangażować w oglądanie nowymi postaciami. Ostatecznie jest słabo. Już nie mówię o sentymentalnym wprowadzaniu starych postaci bez pomysłu na nie.

Jestem bardzo rozczarowany, odcinkiem jak i sezonem. Ciesze się, że to już koniec. Było źle, szczególnie pod koniec i patrząc z perspektywy całego sezon. Kilka odcinków dało mi frajdę, a happy end dla Michaela i Sary to naprawienie zakończenia sprzed 10 lat. Już mniejsza z miękkim rebootem niektórych wątków (daty, niewspominana choroba Michaela). Mimo mojego narzekania jeśli 6 sezon Prison Break stanie się rzeczywistością będę oglądał. Jestem sentymentalny, nic na to nie poradzę.

OCENA 2/6
OCENA SEZONU 2.5/6 

The Handmaid's Tale S01E06 A Woman's Place
Odcinek dał szansę spojrzenia na świat z innej perspektywy niż Offred i podręcznej. To była w sporej mierze historia Sereny. Wykształconej i inteligentnej kobiety, która dobrowolnie ukształtowała nowy, jakże okrutny porządek. A rewolucja, jak to ma w zwyczaju, pochłonęła swoje dziecko. Może jeszcze nie całkowicie, ale widać jak czuje się tłamszona, jak po ciężkiej walce z sobą godzi się na ten świat wierząc w jego sensowność. To chyba jest w tym najbardziej przerażające. Wiara, że indywidualność jest czymś co można oddać kreując nowy porządek. Flashbacki, rozmowy z Offred, spięcie z ciocią Lidią, te sceny Sereny doskonale przedstawiały postać, ale też reguły rządzące światem i to jak w gonieniu za niesprecyzowanym ideałem można nieumyślnie wykreować koszmar.

W to wszystko zaplątała się też wielka polityka. Gilead nie jest tajemniczą enklawą, to państwo które musi zajmować się polityką i dbać o swój wizerunek. Czemu więc jest tolerowane?  Bo być może znaleźli rozwiązanie na kryzys bezpłodności. Podręczne są drastycznym rozwiązaniem, ale się sprawdzają. Trochę kolorowego PR i można przekonać Meksyk, że to dobre rozwiązanie.

Historia zaplątanej w wielkie wydarzenia dla państwa Offred jest bardzo osobista. Próbuje manipulować Waterfordem i się do niego zbliża co napawa ją obrzydzeniem (scena z myciem zębów!). Okłamując delegację Meksyku załamuje się i spuszcza trochę pary przed Nickem musząc powiedzieć co jej leży na sercu. Jednak prawdziwie zatykającą sceną jest wyznanie prawdy przed zagranicznymi gośćmi. Rozdzierające, kapitalnie zagrane i bezpośrednie. W zamian słyszy współczucie, ale też dyplomatka nie chcę jej pomóc opowiadając jak w jej mieście nikt nie urodził się od 6 lat. The Handmaid's Tale nie jest tylko ostrzeżeniem przed skrajnie seksistowskimi ideologiami, ale też polemiką o przyszłości planety i roli jednostki w społeczeństwie.

To wszystko jest oczywiście perfekcyjnie nakręcone. Nasycone kolory, symetryczne i bogate w detale kadry, muzyka i przepięknie podkreślające doniosłe momenty światło.

Inne:
- wiecie co jest straszne? Już pojawiły się w internecie głosy, że taka wizja przyszłości nie jest wcale taka zła. 

OCENA 6/6 

The Handmaid's Tale S01E07 The Other Side
Patrząc na tytuł odcinka myślałem, że zostanie poświęcony bliższemu przyjrzeniu się Gilead, Oczom i komendantom. Zamiast tego dostałem historię Luke'a, która początkowo wydawała mi się niepotrzebna. I oczywiście się myliłem. Opuszczając na chwilę obecne kłopoty Offred dane mi było oglądać dwie równolegle prowadzone historię - chwila przed i po tragicznych wydarzeniach z pilota i rozdzielenia June z Lukem. Z jednej strony pokazanie rodziny próbującej uciec z nowo powstającego państwa, z drugiej walka o przeżycie Luka i jego spotkanie z grupką nowych postaci. To były mocne historię doskonale kreślące beznadzieję, tym razem oglądaną z innej perspektywy. Ciekawie też prezentuje się koncepcja rządu Stanów na uchodźstwie, na razie delikatnie zarysowana, ale pewnie pełniąca większą rolę w planach na drugi sezon.

OCENA 5/6

True Detective S02E05 Other Lives
Po niesamowitym finale poprzedniego odcinka akcja przeskoczyła dwa miesiące do przodu, a ja przez to niesamowicie się nudziłem. Na początku znowu tony ekspozycji i przedstawianie nowej sytuacji bohaterów, jakby trzeba się było z nimi na powrót zapoznać. To nie działało, pierwsze 30 minut miało zaledwie kilka fajnych scen. Trochę lepiej było w drugiej połowie gdy śledztwo ruszyło do przodu, a obyczajowe wątki tak już nie przytłaczały. To właśnie one są kulą u nogi serialu. Jest ich za dużo przez co przytłaczają, a ciągłe żonglowanie nimi jest mało efektowne. Wystarczy się skupić na jednym, jak o historii pobicia przez Valcaro i całość ogląda się z napięciem i beznamiętność szybko odchodzi. Końcówka ładnie zachęca do dalszego oglądania. Nie chodzi tylko o cliffhanger, a raczej rozwój śledztwa które mimo swojej złożoności robi się coraz bardziej czytelne i zrozumiałe.

OCENA 3/6

wtorek, 16 maja 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #230 [08.05.2017 - 14.05.2017]

SPOILERY

American Gods S01E02 The Secret of Spoons
Przy całym moim uwielbieniu do Bryana Fuller wciąż potrafię irytować się na jego serialach. Momentami przerost formy nad treścią razi, sceny niemiłosiernie się wleką i nic się nie dzieje. Ładnie to się ogląda, ale nudzi. Potem jednak serial dostaje kopa i nagle się kończy z zdziwieniem "ale to już?!". I to podczas pojedynku na śmierć i życie w warcaby. Ile tam było emocji! I głównie tam. Ogólnie podróż Shadowa i Wotana (ha, w końcu wiem co to za bóg) trochę nużyła. Było jednak kilka znakomitych scen min. rozmowa z telewizorem i dalsze zagęszczanie konfliktu między Bogami.

Nie mam nic przeciwko jeśli każdy kolejny odcinek będzie zaczynał się od flashbacku z historii Ameryki. Po wikingach przyszedł czas na XVII wieczny statek z niewolnikami i fenomenalny aktorski popis Orlando Jonesa opowiadającego o rasizmie i jak czarni mają, mieli i będą mieć przejebane. Było coś magnetycznego w słuchaniu tej przemowy, gdy bóg mówi prawdę, podburza swoich wiernych i domaga się największej ofiary. Swoją drogą ciekawi mnie moc Anansiego i innych mu podobnych istot.

OCENA 4.5/6

Into the Badlands S02E07 Black Heart, White Mountain
Przeraźliwie nudny odcinek, chyba jeszcze nigdy nie męczyłem się w ten sposób na Into the Badlands. Niezrozumiałe jest dla mnie budowanie napięcia w oparciu o zagrożenie życia głównego bohatera. Takie rzeczy trudno zrobić i tutaj serial poległ. Tak jak podczas majaków Sunny'ego. Dostały ok. 1/2 czasu antenowego i niewiele wnosiły do historii. Pokazano to o czym od dawna mówiono - nie ucieknie od śmierci oraz jego obawy związane z rodziną. Błe.

Niezbyt efektownie, a momentami naiwnie wypadła wizyta Benjie i MK w klasztorze. Walka była nudna, mistrzyni została zrobiona jak dziecko i wszystko skończyło się dobrze. Nawet schrzaniono nawiązywanie relacji między tą dwójką. Z powodu przeszłości Benjie spodziewałem się większej dynamiki między nimi.

Rozczarowało mnie też to co działo się na Pustkowiach. Sojusz Barona i Wdowy pozbywa Jade władzy, a większość wydarzeń dzieje się poza kadrem. Momentami miało to swój urok tajemnicy. Fajnie też było widzieć Jade stawiającą się Wdowie i mówiąca Quinnowi prawdę, która go rani.  Teraz gdy zostaje wygnana jej wątek powinien się ładnie rozwinąć. Tylko ja wolałbym oglądać szturm na rezydencję i trochę więcej dramatu z tym związanego. 

Niewątpliwym plusem odcinka jest za to foreshadowing. Benjie mówi o swojej dawnej wychowance, której szukał wszędzie tylko nie na Badlands. Młoda nie mogła patrzeć na niewolnictwo i miała kompleks zbawicielki przez co niemalże oszalała. Stawiam garść miedziaków, że mowa o Wdowie. Już wcześniej wykazała się wiedzą o MK i wspominała, ze powinna właśnie taka być. Dobrze będzie ją też widzieć w nowej roli. Tylko żeby doszło do tego prędzej niż później.

OCENA 3/6

Into the Badlands S02E08 Sting of the Scorpion's Tail
Po zeszłotygodniowej wpadce Into the Badlands wraca do swojego poziomu. Co więcej, zaczyna łączyć kropki. Intensywny odcinek z dwoma przeplatającymi się wątkami. Pierw zakończyła się długa tułaczka Sunny'ego i powrócił do Badlands by zostać niewolnikiem i po chwili znowu siepaczem. Tym razem to on grał w podwójną grę. Wykorzystał baron Chau i ostatecznie połączył się z Wdową. W wybuchowym stylu. Piękna sekwencja walki i współpraca z Minevrą. Brakowało mi tylko spotkania Benjie z swoją dawną wychowanką. Pewnie zostawiono to na przyszły odcinek.

Gdzieś dalej Quinn coraz bardziej szaleje. Zapragnął ożenić się z Veil i uczynić Henry'ego swoim spadkobiercą. Ona nie mogąc już psychicznie wytrzymać postanawia go zabić i tym samym wydać wyrok na siebie. Głupie, ale co poradzić. Serial udanie budował napięcie i trzymał mnie w niepewności do ostatnich minut.

Im więcej odcinków mija tym bardziej jestem zadowolony z tego jak są prowadzeni poszczególni bohaterowie i zależności między nimi. Trudne sojusze, które można zrozumieć, zaszłości i powiązania. Wszystko się tutaj zgrabnie zazębia. Zwłaszcza relacja Sunny-Wdowa-Quinn.

Inne:
- serial często przekłada logikę nad obraz i zupełnie mi to nie przeszkadza. Cieszyłem się jak dziecko oglądając ostrzelanie autobusu z kusz i efekt końcowy w postaci jeża na czterech kółkach.
- posiadłość baronowej Chau z klasyką literatury na półkach i obrazem Leonidas pod Termopilami na środku salonu - co za wyczucie stylu!

OCENA 4.5/6  

Prison Break S05E06 Phaecia
Minęło 2/3 sezonu, a Michael z ekipą dalej uciekają z Jemenu, a ja dalej się nudzę tak jak tydzień temu. Za bardzo to rozwleczone przez co siada napięcie podczas gdy walka z ISIS jest wręcz karykaturalna. Nawet interakcję między bohaterami wypadają słabo. Wciąż jest kilka udanych scen dzięki którym udaje się zapomnieć o naiwności scenariusza. Jednak nie sprawiają, że odcinek robi się przez to autentycznie lepszy. Kulawy jest głównie scenariusz. Siermiężny, dziurawy i naiwny. Jakby pan z długopisem zapomniał o zabawie konwencją.

Zawodzi tez intryga. Michael komunikuje się z tajemniczym gościem, a jego zabójcy wykorzystują CIA, a w Departamencie Stanu mają wtyczkę. Tyle. Żadnych nowych informacji. Słabiutko. Jeszcze jakby inteligencja Michaela mogła całość wynagrodzić. Nic z tego, przyjmuję zbyt bierną rolę w mikro jak i makro skali i nie potrafi błysnąć swoją inteligencją.

Paradoksalnie mimo moje rozczarowania 40 minut zleciało bardzo szybko, a momentów w których autentycznie bym się nudził było niewiele.

OCENA 2.5/6 

Rick and Morty S01E01 Pilot
Jubileuszowy, 230 odcinek podsumowania tygodnia, więc Maszyna Losująca wybiera między pilotami które chcę obejrzeć. Na razie trafiała średnio - Pitch i American Odyssey bardzo szybko zniknęły z mojej ramówki. Przy odpalaniu Rick and Morty byłem pewien, że z marszu włączę kolejny odcinek. Jednym z twórców jest Dan Harmon, a ja nasłuchałem się bardzo dużo dobrego o produkcji. Może dlatego moje rozczarowanie było tak dużo.

Rick and Morty rzuca mnie do razu na głęboką wodę. Nie bawi się w wstępy, powolne kreowanie postaci i świat. Relację miedzy bohaterami zostały już ustanowione, a pilot jest kolejną przygodą. Początkowo nie byłem pewien czy jest to pierwszy odcinek. I muszę przyznać, że ten zabieg mi się podobał. W komediowo przygodowym serialu pasuję, a charaktery postaci zostały bardzo dobrze zarysowane mimo braku introdukcji i nadmiernej ekspozycji. Rick, narcystyczny dziadek wykorzystujący swojego wnuczka Mortiego podczas szalonych podróży przez między wymiarowy portal. Mam słabość do teorii multiwersum od czasów oglądania Stargate SG-1 i Firnge więc jestem kupiony tym motywem.

Nic mnie jednak nie przygotowało na wulgarność serialu. Alkoholizm Ricka jest pokazany w ordynarny sposób, jest śmieszkowanie z seksu z dziewczyną z klasy Morty'ego czy erotyczne sny dzieci. Momentami ogląda się to krępująco. Spodziewałem się trochę więcej wyrafinowanych żartów, które wbrew pozorom są. To jest bardzo dziwna mieszanka. Raz serial wali żartem o szmuglowaniu cudownych owoców w odbyciu lub pokazuje ciepiące dziecko przez krępująco długą chwilę by potem rzucać absurdalnymi żartami z konwencji przez które śmieje się w głos.

Nie oglądam seriali animowanych czego trochę żałuję. W związku z czym nie mogę fachowo ocenić kreski czy animacji, ale nigdy brak profesjonalnej wiedzy nie przeszkadza mi w zabieraniu głosu. Znowu jest tutaj dziwna mieszanka - z jednej strony prosta animacja, ubogie postacie i statyczne tła, z drugiej strony charakterystyczny styl z dbałością o detale, pełen graficznych ester eggów.

Jestem po seansie tak skonfundowany, że mam ochotę na jeszcze. Rozczarowanie minimalnie przewyższa satysfakcję z seansu, ale widzę tutaj potencjał. Pół internetu przecież nie może się mylić co do jakości serialu i z chęcią jej jeszcze poszukam.

OCENA 3.5/6

Rick and Morty S01E02 Lawnmower Dog
Pierwszy odcinek R&M mnie rozczarował przez co do drugiego podchodziłem jak pies do jeża. Zupełnie niepotrzebnie. Poziom żartów i nawiązań popkulturowych mnie zaskoczył. Śmiałem się niemalże przez cały czas, a wypatrywanie smaczków graficznych ukrytych w tle było równie zabawne co rozpisywane gagi. Dalej jest wulgarnie, ale udało się znaleźć odpowiednie proporcję i zbytnio z tym nie przesadzono. Oszałamia otoczka. Skakanie po snach jak w Incepcji i naśmiewanie się z filmu, który musi być mądry bo go nikt nie rozumie. Serduszko za ten pomysł. Jak i drugi wątek z psami przejmującymi świat niczym w Planecie małp. Kapitalna mieszanka. I to wszystko by załatwić Morty'emu piątkę z matematyki.

OCENA 5.5/6

Rick and Morty S01E03 Anatomy Park
Było naśmiewanie się z Incepcji teraz jest parodia Parku Jurajskiego z Kochanie zmniejszyłem dzieciaki. Rick wysyła Morty'ego do ciała zażulonego świętego Mikołaja gdzie znajduje się park rozgrywki dzięki czemu dostajemy intensywną przygodę po całym dziele z absurdalnym zakończeniem. Znowu bawiłem się wyśmienicie, a momenty gdy Morty zdobywa dziewczynę po wykazaniu się swoim heroizmem były równie zabawne co uciekanie przed najróżniejszymi wirusami.

Wątek rodzinny Smithów był również śmieszny mimo, że nie był związany z żadną technologią Ricka. Inteligentne wyśmianie idei Bożego Narodzenia, demaskowanie fałszywej życzliwości i kochanek matki Jerry'ego. Plus krytyka technologii wkradającej się do każdego aspektu naszego życia. Robi się z tego całkiem inteligentna satyra.

OCENA 5/6

Riverdale S01E11 Chapter Eleven: To Riverdale and Back Again
Zwykle ukrywanie tajemnic które później będą prowadzić do komplikacji mnie denerwuje. Tutaj na szczęście zostało to poprowadzone wzorowe. Motywację były wiarygodne, a szkoda istotna dla fabuły i relacji między bohaterami. Strasznie podobała mi się też sieć zależności jaka się wytworzyła. Jughead w kompletnej niewiedzy, Betty częściowej, a Archie i Veronica zdradzający przyjaciół dla ich dobra. Na to nałożyła się warstwa narracyjna dla poprzedniego pokolenia, gdzie tajemnice z liceum i kłótnie wpływają na życie dorosłych (i ich dzieci).

Sprawa morderstwa niemal została rozwiązana, tajemnica wyjaśni się w przyszłym odcinku dlatego teraz rzucane są fałszywe tropy. FP zostaje wrobiony, a serial rzuca podejrzenia na Cheryll. Kamera nie bez przyczyny ją pokazuje. Tylko czy ona nie gra własnej gry by znaleźć prawdziwego mordercę? Ja obstawiam innego rudzielca - matkę Archiego.

Inne:
- piosenka w wykonaniu Archiego i Ronnie - jest moc i chcę więcej! Wyszło naprawdę fajnie.
- kolejna krępująca kolacja w serialu, tym razem u Cooperów. Wbijanie szpil niezwykle intensywne. Nie tylko Alice zagrała tutaj profesjonalnie, ale również Betty wykorzystała słabość własnej matki.

OCENA 5/6

Riverdale S01E12 Chapter Twelve: Anatomy of a Murder
Pokłony. Długie i pełne szacunku zakończone burzą oklasków. Rozwiązywanie zagadek kryminalnych w serialach niesie ze sobą dużo niebezpieczeństw. Czy poszlaki zostały dobrze rozrzucone? Czy sprawca jest wystarczająca wiarygodny? Czy sprawa nie zacznie nudzić i stanie się obojętna? Co potem? Riverdale radzi sobie z tym znakomicie, a pytanie kto zabił nie jest tutaj najważniejsze jak w każdym dobrym kryminale. Liczy się droga, otoczka, a w serialach również reperkusję po wyjawieniu tajemniczego mordercy. Ja jestem w pełni usatysfakcjonowany, a przecież jeszcze jeden odcinek do końca sezonu gdzie może spaść kolejna bomba.

Scenariusz odcinka był wyśmienity. Akcja pędząca na złamanie karku, dramaty, humor i kolejne odkrycie. Wszystko było też perfekcyjnie ze sobą splecione. Akcja powodująca reakcję. Sceny wynikały z siebie, każda służyła narracji, nie było zbytecznych momentów. Rzucano poszlaki, miotane bohaterami i kazano im zmieniać własne przekonania, a całość dotyczyła zarówno dzieci jak i dorosłych. Niesamowita plątanina powichrowanych dramatów i nietrafionych decyzji.

Niby w serialu na podstawie komiksów o Archiem najważniejsza powinna być trójka z tytułowym bohaterem, Betty i Veronicą, ale to Jughead kolejny raz zostaje MVP. Zdradzony przez ojca i przyjaciół, nie mający gdzie się znaleźć dzwoni do matki, która też się go wypiera. Co to była za scena gdy rozmawia z nią przez telefon i załamuje się bo ta nie chcę go widzieć. Przez cały odcinek był miotany sprzecznymi emocjami odnośnie ojca i gdy ostatecznie udało się udowodnić jego niewinność szczęśliwego zakończenia zabrakło. Tak się powinno prowadzić wiarygodnych bohaterów.

Inne:
- scena gdy główni bohaterowie oglądają nagrania śmierci Jasona, a kamera skupia się na ich twarzach, tak się buduje napięcie.
- początek odcinka to mieszanka komizmu i dramatu. Młodzi bohaterowie idą do rodziców po poradę, dostają ochrzan, a potem wystawiają Alice na ostrzał ze strony Hermione i Freda.
- Blossomowie zajmują się przemytem narkotyków, całość robi się coraz poważniejsza. Czy Hiram bawi się w to samo?
- chłodne opanowanie Cheryll przed konfrontacją z ojcem lub wściekłość na Jugheada. Madelaine Petsch to jedna z wielu świetnych decyzji castingowych.

OCENA 5.5/6

Riverdale S01E13 Chapter Thirteen: The Sweet Hereafter
Aprobuje takie finały i daje znaczek jakości Czesława. To był kolejny rozdział z życia bohaterów, radzenia sobie z ostatnimi rewelacjami i jego reperkusjami. Nie było to jednak zakończenie historii. Morderca Jasona został ujawniony i popełni samobójstwo. Wciąż jednak tajemnicze zostają jego motywację i kto jeszcze jest powiązany w handel narkotykami. Historia toczy się dalej i dzięki temu jak zbudowano podwaliny pod kolejną serię może być jeszcze bardziej interesująca.

Ten odcinek to w większości próba oczyszczenia imienia FP, kolejne śledztwo scooby-gang, ale też małomiasteczkowy dramat. Sezon w większości skupiał się na zadrach rodzinnych, z biegiem czasu okazało się, że mrok siedzi w każdym z dorosłych, mniejszy lub większy, ale jest tam. Finał jest jego eskalacją na całe miasteczko, która znajduje sobie kozła ofiarnego w postaci Węży, szuka łatwych rozwiązań i stygmatyzuje część swoich mieszkańców podczas gdy władcy marionetek dalej kryją się w mroku. Przemowa Betty o ciemności kryjącej się w Riverdale mogła wypaść banalnie, a wyszła przekonująco.

Dużo bardzo dobrych rzeczy działo się przez cały odcinek i bezpośrednio prowadziło to do wydarzeń z cliffhangerów, którymi teraz się zajmę. Pierw Archie. Na koniec sezonu konsumuje swój związek z Veronnicą i świetlana przyszłość przed nimi. Wraca do ojca i ten na jego oczach zostaje postrzelony u Popsa. Bał się o syna i sam może teraz stracić życie. Do września będzie siedział w pudełku Schrodingera. I ja liczę, że pozostanie żywy. Zabijanie postaci jest łatwe, ale trudniejsze jest np. pokazanie ich kalectwa i to byłaby dobra opowieść dla Riverdale. Opowieść o dojrzewaniu Archiego i tragedia kształtująca go jako mężczyznę gdzie dawna fascynacja sportem i muzyką jest czymś dziecinnym. To by się sprawdziło. Wielką tajemnicą jest też sprawca. Hiriam wydaje się najbardziej prawdopodobny.

Właśnie, Lodgowie. W jednym z wywiadów Roberto Aguirre-Sacasa powiedział, że chcę ich przedstawić jak Underwoodów z House of Cards. Wcześniej Hiriam był kreowany na antagonistę, ale w Hermione również czai się mrok. Może skutecznie go ukrywała przez ten czas, ale powrót męża znowu go przyciąga? W to wszystko jest wplątana Veronica, którą coraz bardziej przerażają rodzice.

Z głównej trójki pozornie najmniej ekscytujący jest wątek Betty. Mając dość tajemnic konfrontuje się z matką i dowiaduje o zaginionym bracie. Telenowelowa historia, ale mająca potencjał w Riverdale. Ciekawie można by go powiązać z powrotem Hiriama, może jego współpracownik? Mi się jednak najbardziej podobała jej przemowa demaskująca miasteczko, ale też własną rodzinę z obłudy jakiej tam pełno.

Największą drogę w ostatnich odcinkach serialu przechodzi Judhead. Outsider szukający własnego miejsca, któremu ciężko zaakceptować dobro które go otacza, godzący się z stratą rodzica. Jego świat się zawalił - nowa szkoła i rodzina zastępcza. Wpasował się, tylko na jak długo. Jest też Betty. Wyznali sobie miłość, już miało dojść do zbliżenia i nagle pukanie do drzwi. Węża przyjmują go do rodziny, a on przyjmuje i zakłada ich kamizelkę. Znalazł substytut rodziny i teraz będzie się go trzymał. To może go popchać w mroczną stronę, a Betty powinna stać się jego kotwicą do światła. Lub razem z nim podąży w tą samą stronę, w końcu ona też ma w sobie mrocznego pasażera.

Tak jak Jughead również Cheryll przeszła przez sezon długą drogę. Pozornie archetypowa mean girl z liceum ma więcej warstw niż ogr. Posłuszna córka despotycznych rodziców łatwo rozklejająca się emocjonalnie i dążąca co celu za wszelką cenę. Pierw straciła brata, teraz ojca, jego mordercę. To ją załamało i postanawia ze sobą skończyć. Dramatyczna scena jej ratunku wypadła fantastycznie pod względem reżyserskim, pełna napięcia i dramaturgii. Ważniejsze niż decyzja o samobójstwie było spalenie Thornhill jako symboliczne odcięcie się od przeszłości. Pierw oczyszczenie w wodzie i lodzie, a potem w ogniu i wykucie nowej Cheryll decydującej o swojej przyszłości. Szykuje się konflikt na linii matka-córka i nie mogę się go doczekać.

Gracze są znani, wątki rozstawiane i serial stał się dużo bardziej interesujący. Pozostaje tylko czekać na nowy sezon, który według plotek ma mieć 22 odcinki. A czekanie będzie męczące.

OCENA 5/6
OCENA SEZONU 5/6

The 100 S04E11 The Other Side
W zeszłym tygodniu pisałem o braku wyraźnego podziału między dobrymi, a złymi. Słowa tracą na znaczeniu gdy chodzi o przetrwanie ludzkiej rasy, a definicje wydaje się zbyteczne. Czy zachowanie Jahy i Clarke jest niemoralna? Czy można ją w 100% potępić oglądając to jak cierpi podejmując decyzję? Cztery lata tworzenia historii sprawiły, że scena gdy Clarke celowała do Bellamy'ego, który chcę uratować klany (i siostrę) miała w sobie gigantyczny bagaż emocjonalny. Może też było zobaczyć Clarke jako antagonistkę, którą trzeba pokonać.

Walczyć o przeżycie postanowiła Raven. Dwa odcinki temu na swoich warunkach postanowiła w swoich ostatnich chwilach pospacerować sobie po kosmosie. Tym razem jej podświadomość przyjmując postać Sinclaira namówiła ją do życia. Raven nigdy się nie poddaję i kolejny raz do udowodniła. Lindsey Morgan znowu była wspaniała w tej roli.

Wielkim zaskoczeniem okazał się wątek w Arkadii. Może nie z względu na wydarzenia, ale emocję jakie budził. Monthy desperacko i bezskutecznie próbuje ocalić swoich przyjaciół którzy postanowili zostać. Jasper jest niczym przywódca sekty namawiający na zbiorowe samobójstwo. Wątek ten troszkę męczył, był zbyt bardzo rozciągnięty w czasie, ale ostatecznie się opłaciło dla ostatnich scen. Jasper rzeczywiście się zabija. Umiera w ramionach swojego najlepszego przyjaciela, który nie może tego zaakceptować. Czerwony księżyc, zbliżenia na twarze, nieunikniona śmierć i wyznanie miłości. Wzruszyłem się. Tak jak gdy potem Harper krzyczy "kocham cię" do Monthy'ego. Miłość nie jedno ma imię.

Do końca dwa odcinki i z pewnością w The 100 jeszcze nie jeden dramat się szykuję. Trzeba w końcu skazać 75% populacji na śmierć i na pewno trafi się tam jakaś znana twarz. Na pewno ktoś z trójki Raven, Monty i Harper. Ci którzy ostatnio najmocniej walczyli o przetrwanie. Może Clarke by Czarna Krew mogła ją uratować? Przed tym na pewno będą zamieszki i walka o bunkier. Jaha tak łatwo nie zrezygnuje.

OCENA 5/6

The Flash S03E21 Cause and Effect
Zaskakująco dobry odcinek Flasha, jeden z przyjemniejszych w tym sezonie. Bardzo się obawiałem jak potraktują rozwiązanie zagadki tożsamości Savitara, a scenarzyści całkiem nieźle sobie z tym poradzili. Po pierwsze, udało się im jeszcze zaskoczyć. To nie jest Future Barry, a Widomo Czasu z przyszłości powstała podczas ostatecznej walki z Savitarem, porzucone przez przyjaciół i czujące złość do całego świata. Zgrabnie to wyjaśniono. Po drugie, cieszy brak ukrywania tajemnicy. Barry wraca i mówi drużynie o wszystkim by razem walczyć z swoją przyszłą wersją. Były emocję, tłumione wyrzuty sumienia i desperackie działania. Całkiem zaskakujące.

Odcinek nie kręcił się w okół walki z Savitarem jak można było przypuszczać. Genialny plan nie wypalił. Miano zablokować tworzenie nowych wspomnień by zyskać przewagę nad przeciwnikiem. Zamiast tego zrobiono forma c Barry'emu. To prowadzi do mnóstwa komicznych sytuacji. Dawno nie było tak luźnego odcinka w serialu. Pośmiałem się i stwierdziłem, że właśnie tego tam brakuje. Mrokh  za bardzo przytłacza, potrzebny jest Barry uśmiechający się, cieszący z swoich mocy i żartujący z innymi. Fajnie było to znowu zobaczyć i trzymam kciuki za powrót do korzeni w S04.

Poruszono też temat osobowości. Co definiuję człowieka i czy wymazanie przeszłości zmienia jego charakter. Łatwo można było popaść w banał, ale znowu, całkiem znośnie to wyszło. Odnosiło się to też do Catlin. Nie da się zupełnie kogoś zmienić, zawsze często ciebie zostaje. Zmiana oczek na normalne była bardzo sugestywna. I ja coraz bardziej się obawiam, że Catlin poświęci swoje życie by pokonać Savitara.

Serial dalej śpieszy się z romansem Tracy i H.R. I mi to przeszkadza. Nie widzę lub nie chcę widzieć chemii między tą dwójką. I czemu gdy trafiają na niesamowicie skomplikowaną zagadkę naukową nie sprowadzą Wellsa z Earth-2? Kto jak kto, ale on na pewno by służył pomocą. Chciałbym tez zobaczyć jego flirtowanie z Tracy, to byłoby na pewno ciekawe doświadczenie.

Cliffhangera kompletnie nie zrozumiałem. King Shark strzeże źródła energii o sile słońca? Ale jak? <SPOILER> i co w związku z tym mam Capitan Cold pojawiający się w trailerze?! </SPOILER>. Zapowiada się mocny odcinek, tym bardziej, że jednym z scenarzystów jest Geoff Johns i gość od Legends of Tomorrow.

OCENA 5/6

The Handmaid's Tale S01E01 Offred
Długo się zbierałem do pierwszego prawdziwego hitu platformy Hulu. Wiedziałem, że będzie to serial świetny i wycieńczający emocjonalnie. To przytłaczająca opowieść o świecie wymarzonym przez radykałów i fundamentalistów gdzie kobiety zostają zredukowane do roli podległej mężczyzną. Ubezwłasnowolnione gdzie część z nich służy jako bydło rozpłodowe. Jest to wizja przerysowane i sugestywna zarazem. Będąca też ostrzeżeniem przed tym w co możemy się zmienić jako społeczeństwo. Fascynujący i straszny obraz.

Historia jest prowadzona wielotorowo z punktu widzenia Offred. Flashbacki opowiadają o jej starym życiu i jak musiała się dostosować do nowej rzeczywistości. Dzięki Elisabeth Moss można bardzo szybko nawiązać więź z bohaterką i ją zrozumieć. Zwykła kobieta w ekstremalnej sytuacji robi wszystko by przetrwać. Udaje się jej mimo brutalnego środowiska w którym musi żyć. Tortury fizyczne i psychiczne to codzienność. Totalitarny system gdzie każdy może się okazać twoim wrogiem, nieodłączony strach przed nawet najbliższymi towarzyszami i społeczne wyobcowania. Mimo to Offred walczy. Akceptuje sytuacją, ale też nie zgadza się z nią. Wie co trzeba zrobić by żyć. Przez co oglądanie jej ma w sobie coś magnetycznego. Wstrząsająca scena seksu, czy raczej krzyżówka rozpłodu z uświęconym rytuałem ruszała równie mocno co publiczny lincz na domniemanym gwałcicielu.

Serial jest piękny. I przerażający zarazem. Krwisto czerwone kostiumy podręcznych podkreślają odrealnienie całej sytuacji i w niezwykły sposób komponują się z współczesnym Amerykańskim miastem i nieodłącznymi mężczyznami z karabinami. Kadrowanie jest często artystyczne, wykorzystuje oświetlenie lub figury geometryczne do podkreślenia chwili. Często zdarza się również widok z lotu ptaka. Nieodłączna jest też narracja z offu i gra aktorska delikatnymi grymasami twarzy.

OCENA 5.5/6   

 
True Detective S02E04 Down Will Come
W połowie odcinka naszła mnie myśl - to dobry serial, ale brakuje mu mocy, jakieś charakterystyczne sceny wywołującej prawdziwe emocję. Jak na zawołanie dostałem masakrę na ulicach Vinci. Efektowna strzelanina, niczym działania wojenne w amerykańskim miasteczku. Wszechogarniający chaos, długie wymiany ognia i postronne ofiary. To było niezwykle efektowne i trzymające na skraju fotela. Oczekiwałem kopa od serialu i go dostałem.

Trochę gorzej wypada samo śledztwo. To dalsza część opowieści o znanych już bohaterach. Pocztówki z ich życia składające się głównie na problemy rodzinne co momentami ciężko się ogląda. Momentami wygląda to jak nędzna telenowela. Problemy z zajściem w ciążę macho gangstera, oświadczyny homoseksualisty który usłyszał o nadchodzącym dziecku, wspomnienia zmarłej matki i czy próby nawiązania lepszych stosunków z synem. Szkoda bo o tych bohaterach można opowiadać ciekawie co pokazuje ostatnia scena gdy Ani i Valcoro są zszokowani ostatnimi wydarzeniami, a Woodrugh najspokojniej z ich wszystkich chowa broń. Problemy z orientacją seksualną są dla niego dezorientujące, ale gdy znalazł się na polu walki dobrze wiedział co ma robić.

OCENA 4/6

niedziela, 23 kwietnia 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #227 [17.04.2017 - 23.04.2017]

SPOILERY

24: Legacy S01E12 11:00 P.M. - 12:00 A.M.
Przykro się robi człowiekowi gdy musi oglądać swoją ulubioną markę tak bezczelnie gwałconą przez scenarzystów. Nie potrafię znaleźć pozytywów w finale sezonu, chciałbym coś pochwalić, napisać o tym co mi się podobało, ale jedyną rzeczą która mnie uszczęśliwiła były napisy końcowe. Wreszcie, po dwunastu zupełnie niepotrzebnych odcinkach można odpocząć. Przynajmniej do przyszłego sezonu który oczywiście będę oglądał.

Nie licząc pierwszych paru minut i przeciętnego starcia Tony vs. Eric finał był przegadany i nudny. Z pewnym szokiem myśląc, że zbliża się koniec zegar pokazał połowę odcinka. Aż jęknąłem z rozczarowania. Potem było jeszcze gorzej. Długie rozmowy o niczym, zero napięcia i plot twisty będące przykładem jak nie pisać scenariusza. W pewnym momencie zacząłem kibicować terrorysta żeby ich wszystkich zabili. Chyba najbardziej rozśmieszyła mnie broń obok związanego Bin-Khalida i to w jaki sposób zginął Nasiri i Rebecca. Absurd.

Najbardziej bolały mnie zwroty akcji. W odcinku jak i w całym Legacy. Dało się je przewidzieć na długo przed tym nim się wydarzyły. Na zasadzie to jest zbyt przewidywalne, kiedyś by w tym miejscu zaskoczyli, teraz zrobią w najbardziej oczywisty sposób. Scenarzyści podejmowali najgorsze możliwe decyzję i na koniec zabili jeszcze bohaterkę która miała w sobie jakąś ciekawą historię.

W serialu przeszkadzała mi też niekonsekwencja. Urywane wątki i porzucanie postaci, które się rozwiało. Issac i Nicole przez pierwszą połowę serii dostali własne wątki, a potem ich usunięto i zapomniano. Tak jak o chłopaku Andy'ego. Był i w pewnym momencie znikł. Zapomniano też o Masucę który pewnie wciąż leży nieprzytomny w jednym z gabinetów siedziby CTU. Nie rozumiem też decyzji podejmowanych przez bohaterów. Czemu Donovan postanowił walczyć o prezydenturę gdy usłyszał o śmierci Simmsa chyba nigdy nie zrozumiem. Mógłbym jeszcze długo, ale nie mam siły kopać leżącego i nieprzytomnego. 


Inne:
- terrorysta od dwóch posługuje się tym samym numerem telefonu. Ja rozumiem uproszczenia scenariuszowe, ale bez przesady.
- Carter jest beznadziejny, nie dość, że znowu schrzanił misję to jeszcze Rebecca przyjęła za niego kulkę i uratowała mu życie.
- 12 godzinny flashforward, a w nim m.in. spotkanie Cartera z żoną i zdanie raportu po akcji. Co w takim razie Eric robił przez ten czas?
- bohaterowie wypadli delikatnie mówiąc blado. Może więc następny sezon z nową obsadą i zmiana formatu na antologię? Przypominam, że bohaterka Yvonne Strachovski mogłaby udźwignąć własny serial.

OCENA 2/6

Chicago Fire S01E08 Leaving the Station
Czasem trzeba powziąć męską decyzję i porzucić jakiś serial mimo sympatii do niego. I tak dziwie się sobie, że wytrzymałem z Chicago Fire aż osiem odcinków. Początkowo chciałem tylko sprawdzić jak to wygląda, złapałem zajawkę i niestety szybko spowszedniało. To już któryś odcinek z rzędu który ogląda się dobrze bez chęci natychmiastowego włączenia następnego. Lubię serialowe uniwersa i przeplatające się historię dlatego smuci mnie, że nie doczekałem do debiutu innych seriali z Chicagoverse. Niektórych bohaterów mocno polubiłem i cicho liczę na powrót do nich.

Sam odcinek miał jeden bardzo ciekawy wątek - traumę Millsa po zobaczeniu poćwiartowanej przez pociąg dziewczynki. Dobrze rozegrano to zwłaszcza na początku gdy widocznie to go przybiło, a koledzy nie potrafili mu pomóc. Końcówka niestety zrobiła się bardzo ckliwa gdy Casey zabrał go w odwiedziny do dziewczyny którą przed laty uratował z pożaru. Oczekiwałem jakiegoś mnie oczywistego rozstrzygnięcia.

Dla przeciwwagi wprowadzono mocno komediowy wątek nienawiści Mocuha do dwóch kanadyjskich rekrutów. Zabawnie, zwłaszcza dzięki żartom Otisa. Prócz tego standard - kłopoty Casey'a z Hallie, nadpobudliwa Dawson, Severide i jego kłopoty z ręką i kłopoty Shay z dziewczyną. Te same wątki rozgrywane od dłuższego czasu. To m.in. przez to tymczasowe kończę przygodę z komendą z Chicago.

OCENA 4.5/6

Nashville S01E06 You're Gonna Change (Or I'm Gonna Leave)
Zabawę w "wskaż jeden serial nie pasujący do reszty" wygrałoby Nashville. Obyczajówka o piosenkarzach country zupełnie nie pasuje do mojej obecnej ramówki. Kiedyś jednak starałem się oglądać wszystkie hitowe nowości, a takie właśnie Nashvill było. Głośna premiera ABC, przychylność widzów i krytyków. Sprawdziłem, podobało mi się, ale nie na tyle by pozostać. Nawet dla Connie Britton którą uwielbiam choćby za Firday Night Lights. I gdyby nie Maszyna Losująca na pewno bym nie wrócił do tego serialu.

Czy po tylu latach mam tutaj czego szukać? Tak i nie. To wciąż nie jest mój serial, tego typu dramy nie interesują mnie nie ważne jak dobrze byłyby rozpisane. A ta taka właśnie jest co potrafię docenić. Momentami nawet wkręciłem się w oglądanie. Bałem się spaceru po gwoździach, a dostałem nagrzany piasek na plaży. Zacząłem nawet sympatyzować z bohaterami i im kibicować, muzyka wpadała w ucho, a fabuła mnie wciągnęła. Może poza historię Juliette i jej romansów z przyszłą gwiazdą futbolu.

To jest bardzo dobrze rozpisana fabułka poruszająca kilka ciekawych kwestii. I gdybym nadrobił wszystko co mam w kolumnie "Do nadrobienia" pewnie bym wziął się na Nashville. Przyśpieszeniu tej decyzji nie pomaga brak serialu na Netflixsie i wciąż pojawiające się nowe odcinki. 

Inne:
- kolejny odcinek z 2012 roku. Spodziewam się w niedługim czasie Last Restort i Boardwalk Empire, które są na mojej liście.

OCENA 4.5/6

Prison Break S05E03 The Liar
Bardzo dobrze zdaje sobie sprawę z nielogiczności i uproszczeń scenariuszowych. Momentami razi tak, że aż oczy bolą. Martwię się wtedy o wzrok i ignoruje to co mi przeszkadza bo dalej się bawię czyli dostaje to czego oczekiwałem. Jest akcja, sympatyczni bohaterowie i wielki spisek który z biegiem czasu jest coraz bardziej pokręcony. To wystarczy. I tylko żałuję, że 24: Legacy nie ma odrobinę tej ikry. Pomyśleć, że przed premierom obu seriali to właśnie PB skazywałem na porażkę.

W więzieniu miało dojść do wielkiej ucieczki. Michael stawia wszystko na jedną kartę i ryzykuję. Patrząc na numer odcinka byłem pewien, że zawiedzie, ciekawiło mnie tylko jak bardzo. I spieprzył. Regionalny lider ISIS chcę go zabić, stracił przyjaciela i wylądował w izolatce. Jest jeszcze wściekły Irlandczyk, który prawdopodobnie będzie go obwiniał za śmierć brata. Szkoda tylko, że nikt z nich nie ma wyraźnie nakreślonego charakteru przez co brakuje napięcia. Przez skupienie się na starych postaciach tylko nimi się mogę przejmować.

W międzyczasie wyjaśniło się co porabiał Michael od swojej śmierci. Pracował dla CIA wyciągając różnych ludzi z więzień na całym świecie. Głupiutkie i utrzymane w duchu serialu. Mogę z tym żyć. Tylko kim jest Posejdon, co z tym wszystkim ma wspólnego Kellerman, tajemnicza blondyna i czemu Michael użył T-Baga?

By podkręcić jeszcze wątek ucieczki dorzucono questy dla Lincolna i C-Note. Kompletnie zbyteczne, szczególnie wizyta w elektrowni. Jakby scenarzyści stwierdzili, że to właśnie Franklina chcemy oglądać. O wiele ciekawsza była historyjka Scheeba którą darzę coraz większą sympatię. Nieustannie szantażowana przez Lincolna pomaga znanemu terroryście bo tylko to potrafi robić, pomagać ludziom. Jak trzeba postawi się też oprawcy. Tylko szkoda, że potrzebuje rycerza w lśniącej zbroi jakby koniecznie trzeba było jej relację Lincem sprowadzić na bardziej intymny grunt.

Na koniec o Sarah. Kiedyś mnie denerwowała, potem jeszcze bardziej gdy oglądałem Sarah Wayne Callies w The Walking Dead. Teraz jej sceny mnie cieszą. Pokazują jak dużo się nauczyła. Wykorzystując swoją inteligencję ucieka dwom zabójcą, łączy Kellermana z hackerskim atakiem i wykorzystuje T-Baga. Stwierdza też, że lepiej walczyć niż się chować. Go Sarah!

OCENA 4/6 
  
Riverdale S01E10 Chapter Ten: The Lost Weekend
Widząc zapowiedź wielkiej imprezy urodzinowej w amerykańskim stylu nastawiłem się bardzo negatywnie do odcinka. Nie lubię tego typu wątków, zazwyczaj wypadają bardzo przeciętnie. Jakże się pomyliłem. Jestem nawet w stanie zaryzykować i stwierdzić, że to był jeden z najlepszych odcinków Riverdale. Impreza była tylko pretekstem do lepszego przedstawienie charakterów postaci jak i zagęszczenia wątku morderstwa. Sekrety wyszły na światło dzienne i pojawiły się nowe pytania. Przyjaciele dowiedzieli się też czegoś nowego o sobie. Jak to wszyscy są tutaj popaprani i dobrze zdają sobie z tego sprawę. Betty, Jughead, Archie i Veronica. Początkowo wydawali się bardzo prostymi postaciami, a z upływem czasu niesamowicie się rozwinęli i oglądanie ich to sama przyjemność. Czwórka w jakiś sposób złamanych osób bardzo się do siebie zbliżyła i to pomaga im przetrwać. I choćby dla tych postaci bym oglądał dalej.

Inne:
- Jonesowie, Cooperowie, Blossomowie i Lodgowie w jakiś sposób wiążą się z śmiercią Jasona. Tylko Andrewsowie pozostają czyści. Podejrzewam, że powrót matki Archiego to zmieni.

OCENA 5/6

The Expanse S02E13 Caliban's War
Jestem pełen podziwu jak jakościowo podskoczył ten sezon. Już pierwszy był bardzo dobry, teraz jest jeszcze lepiej. Zdarzały się momenty z zbyt rozciągniętą fabułą, ale to zaledwie 2-3 odcinki, reszta zachwycała. To jak rozgrywano konflikt miedzy Ziemią i Marsem, jak wypisano Millera, historia Bobbie, społeczny wydźwięk serialu (który zbyt rzadko dostawał głos) i wszystko związane z Avasaralą. Jak dobrze, że następna seria jest już zapowiedziana, a na polskim rynku ma jeszcze zawitać książkowy pierwowzór.

Zadziwiła mnie struktura odcinka. Zamiast zgodnie z zasadami finałów ich w rozmach i bombastyczność postanowiono rozegrać całość bardzo kameralnie. Dwie główne historie działające na zasadzie bottle-episode. Holden uwięziony w ładowni Rocinante z Calibanem oraz walcząca o życie Avasarala z Bobbie na statku Mao. Widowiskowy początek i trzymanie widza w garści do samego końca. Wyszło wszystko. Dialogi odsłaniały coś nowego o bohaterach, mówiły o ich przekonaniach i tym jakimi są ludźmi. Mi się szczególnie podobały rozmowy Amosa z Holdenem i Amosa z Naomi podkreślające zmianę w Amosie i wskazujące jaką drogę może jeszcze obrać. Zadziwił mnie też bardzo naturalny humor, szczególnie z udziałem Bobbie. I urzekła reżyseria - w ostatnim ujęcia oraz podczas długiej podróży po kadłubie Rocinante na jednym ujęcie.

 Trochę zabrakło mi opowiadania szerszej historii. Jedna, dwie sceny o wojnie Ziemi z Marsem zwiększyłyby poczucie skali historii jaką opowiada serial. Zamiast tego jako bonus poza głównymi postaciami dorzucono dalszy ciąg wyprawy badawczej na Wenus. Pięknie wizualnie zwieńczono ten wątek i wprowadzono na arenę nowe zagrożenie. Protomolekuła niczym Doktor Manhattan rozkłada na części pierwsze statek łamiąc przy tym prawa fizyki. Jak tu nie czekać na ciąg dalszy? Ta scena też pięknie komponowała się z wzruszającą muzyką i słowami Naomi przyznającej się do pozostawienia protomolekuły. To było też podsumowanie historii człowieczeństwa i ciągłych wojen co wcale nie wypadło pretensjonalnie. 

To będzie długie oczekiwanie na nowy sezon, z pewnością zdążę się stęsknić za bohaterami których tak bardzo polubiłem. Prawdopodobnie z tęsknoty odpalę jakiś inny sezon w kosmosie mimo, że nie będzie miał tak pięknych widoczków i historii jak ten.

OCENA 5.5/6

True Detective S02E03 Maybe Tomorrow
Oglądanie serialu kilka lat po premierze ma zasadniczą wadę - ludzie doszli do konsensu czy jest to dobra czy zła produkcja i choćbym nie wiem jak chciałbym sobie wyrobić zdanie zawsze czyjeś opinie będą wpływały na moją. I tak oglądając True Detective nie tworzy własnych refleksji na temat tego co zobaczył, a myślowo polemizuje z krytyką serialu. Przeszkadza mi to, odbiera część z przyjemności oglądania przez co źle się z tym czuję. Nie wiem też czy to co widzę jest rzeczywiście złe i mi się nie podoba czy chcę je uznać za złe bo ktoś powiedział, że takie jest. I weź tu człowieku bądź teraz mądry i oceń co zobaczyłeś.

Najprościej będzie ograniczyć wrażenia do minimum. Napiszę, że mi się podobało, ale miałem pewne problemy. Razi mnie sztuczność całości, niepotrzebne i zbyt długie dialogi i ślamazarność śledztwa, która ani trochę nie jest ekscytujące. Za to podobają mi się wątki poszczególnych postaci, to z jaką pewnością są rozgrywane i jak scenariusz kurczowo trzyma się zasady show dont tell. Każdy ma swoje problemy, gliniarze są stawiani przeciwko sobie, przełożeni wymagają niemożliwego, a demony przeszłości co chwila nawiedzają. Większość z nich chcę też udowodnić, że są innymi ludźmi za których ich uważają. Po tych trzech odcinkach wiem jedno - jestem ciekaw jak skończą, a to przecież najważniejsze. Kto zabił i co wyniknie z całej intrygi? To jest mi akurat obojętne.

OCENA 4.5/6

wtorek, 18 kwietnia 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #226 [10.04.2017 - 16.04.2017]

SPOILERY

24: Legacy S01E11 10:00 P.M. - 11:00 P.M.
Nawet nie chcę mi się komentować. Okropne dialogi kontratakują, jakby bohaterowie mieli wygłaszać już gdzieś zasłyszane formułki które nie wnoszą nic nowego do opowieści. Carter krzyczący "Mieliśmy plan" i nie rozumiejąc co się stało wyglądał bardzo żałośnie, kto by się spodziewał, że terroryści będą przygotowani na zasadzkę. Rozmowy z Donovanem równie ciężkie, szczególnie ta o mrocznym pasażerze i przyciąganiu do pracy w CTU. Momentami było bardzo ciężko.

Serial próbuje stawiać trudne pytania, ale średnio mu to wychodzi. Jak daleko można się posunąć by zapewnić bezpieczeństwo państwu? Czy porwanie dziewczynki jest dozwolone by złapać terrorystę? Trudne odpowiedzi? Niekonieczne bo wszystko jest wykrzyczane prosto w twarz z subtelnością rottweilera. Jednoznaczna granica między dobrymi i złymi i robienie kurtyzany z logiki przez co zamiast zastanowić się nad problemem jest agresywne rozmasowywanie much na czole. Dodatkowo serial do galerii przeciwników w sezonie dopisał Azjatów. Obok Afroamerykanów, muzułmanów, Czeczeńców i Latynosów. Jest też zły policjant, ale równoważony przez występującego w zestawie bardzo dobrego i ufnego policjanta więc się nie liczy.

Musze jednak przyznać, że po tym jak wynudziłem się 3/4 odcinka udanie rozegrano cliffhanger przed finałem. Szczególnie dla weterana marki. Na przeciwko siebie postawiono Tony'ego i Cartera, a w tle Andy próbuje pomóc i nawiązać kontakt z Almaidą. Jedyne moment gdy poczułem coś więcej niż przeciętne zainteresowanie.

OCENA 2/6

Alphas S02E01 Wake Up Call
Dziwnym trafem wyjątkowo często maszyna losująca wyrzuca mi seriale porzucone w 2012 roku. Falling Skies, The Killings, Suits i teraz Alphas. Nie powiem żebym był specjalnie podekscytowany powrotem do tego serialu. Pierwszy sezon zapamiętałem jako przeciętnego klona Heroes/X-Men z sympatyczną zgrają bohaterów mimo całkiem pochlebnych notatek z tamtego okresu. Zapamiętałem go też z powodu gościnnego występu Summer Glau. Takie rzeczy zawsze zapadają w pamięci. Jak wyglądał powrót do serialu po pięciu latach przerwy? Całkiem znośnie.

Rosen zamknięty w zakładzie psychiatryczny, świat nie został przekonany do istnienia Alf, Harken i Hicks wciąż pracują dla rządu, a Nina i Rachel wróciły do starego życia gdzie jedna jest grifterką, a druga nie wychodzi z pokoju. Jak to bywa w serialach tego typu trzęsienie ziemi tego rodzaju trwa zaledwie jeden odcinek, na końcu wszystko wraca do dobrze znanego zespołu polującego na serialową odmianę x-menów. Nie mam wiele przeciwko bo całość oglądało się znośnie. Dobrze rozpisane dialogi, wątki osobiste przemycane w krótkich scenkach i fachowo zrealizowane sceny akcji na których parę razy się uśmiechnąłem. I tylko bardzo asekuranckie podejście do całości mi przeszkadza jakby scenarzyści bali się wyjść poza dobrze znane ramy. Taki urok procedurali. Jedyna nadzieja w terrorystycznym zagrożeniu Parisha, ale to i tak zapowiada polowanie na Alfy.

Czy będę oglądał dalej? Nie sądzę. Jeśli serial zostanie wylosowany nie będę się martwił tak jak przed seansem tego odcinka. Jeśli do tego nie dojdzie też się nie obrażę. Zaoferował mi przyjemnie spędzone 40 minut, ale to samo mogę powiedzieć o zeszłotygodniowym Suits. Brakowało mi czegoś co mogłoby mnie skłonić do głębszej refleksji. Rosen opowiadający o tym, że Alfy wcale nie są gorsze od ludzi i inność jest czymś zupełnie normalnym wypowiada dobrze znane słowa Xaviera wałkowane od dziesięcioleci.

OCENA 4/6

Chicago Fire S01E07 Two Families
Solidny odcinek, zachował standard serialu, ale mam wrażenie, że było więcej niepotrzebnych scen niż zazwyczaj. Prócz świątecznego indyka i testu narkotykowego brakowało wyróżniającego motywu. Najwięcej mogło się zmienić u Severide, niestety scenarzyści z klasą pismaków telenowel przeciągają ten wątek. Na szczęście osobiste historię poszczególnych strażaków dały radę, szczególnie ostatnie minuty, które skupiły się na pracujących na remizie osobach. Jak bardzo ich życie jest pokomplikowane przez pracę i jak dużo dają inny. Podobał mi się też motyw młodego kręcącego się w okół pożarów gdy komendant zaczął go podejrzewać o skłonności pirotechniczne.

OCENA 4/6

Into The Badlands S02E02 Force of Eagle's Claws
Może się pośpieszę, ale napiszę to już teraz - nie spodziewałem się, że serial tak bardzo będzie mi się podobał w tym sezonie. Wciąż zdarzające się dłużyzny i niepotrzebne dialogi bardzo nie przeszkadzają. Gdy jednak lepiej rozpisane postacie dostają więcej czasu lub jestem raczony scenami akcji to serial ma całą moją uwagę. Przeszkadza mi tylko poszatkowanie fabuły gdzie poszczególne wątki zbyt słabo na siebie oddziaływają.

Drugi odcinek może potraktować jako drugą część premiery sezonu skupiający się na innych bohaterach. Pokazano Quinna przygotowującego się do wojny i posługującego się religijną retoryką. Charyzmy odmówić mu nie można. Sympatyzować też nie. Zwłaszcza podczas momentów gdzie molestuje Veil i uznaje Henry'ego za swoje dziecko. Duże problemy z główką zapewne nie przeszkodzą mu realizować swoich planów i będzie realnym zagrożeniem. Oby jak najszybciej wieść o jego cudownym przeżyciu dotarła do syna i Wdowy.

Zupełnie pominięta w 2x1 Lydia również dostała sporo czasu. Tutaj też występuje "boski" wątek. O ile Quinn traktuje się za ich pomazańca tak jego żona żyję w komunie będącej ich sługami. Hipisowska sekta wygląda dziwnie, zwłaszcza gdy nie chcą się bronić przed bandytami bo "tylko bogowie mogą odbierać życie". Czyli nomadzi którzy ich napadli byli wysłannikami boga? Absurdalna filozofia życiowa, ale tak jest z każdą religią. Niemniej prowadzi to do konfliktu pokoleniowego w którego centrum jest Lydia szukająca własnego miejsca między ojcem i synem. Poza tym Lydia pokonująca dwóch bandytów wyglądała kozacko.

Poza udaną (jakby w tym serialu były nieudane) sceną akcji Sunny i Bajie dostarczyli kilku komediowych perełek. Może nie pasuje to zbytnio to ponurego i brutalnego settingu serialu tak nie mogłem się przestać uśmiechać gdy tylko Nick Frost zaczął się odzywać. Albo podczas łapania szczura. Lub otwierania zamka wytrychem podczas gdy Sunny walił w niego od kilku minut kamieniem. Dobrze się bawię licząc przy tym na większy plan dla tej postaci poza uosobieniem deus ex machiny mającej zapewnić Sunnym powrót na Pustkowia.

Najbardziej poszkodowaną w odcinku była Wdowa. Dostała małą scenkę gdzie dowiaduje się o zbliżającym konklawe czyli szczycie baronów. Kolejny motyw nasuwający mi skojarzenia Into The Badlands z komiksem Lazarus. Wyjaśniła się też jedna rzecz - Wdowa na prawdę wieży w swoją wizję równego społeczeństwa które kreuje, nie jest to środek pozwalający zyskać jej coraz większą władzę. Tylko czekać na brutalną konfrontację z rzeczywistością.

Na koniec akapit o MK. Na koniec bo dalej jest to najmniej lubiana przeze mnie postać zupełnie nie pasującą do snutej opowieści. Konfrontuje się z własnym sobą w narkotycznej wizji i przegrywa ten pojedynek. Teraz będzie próbował do skutku by pokazać jaki jest z niego bohater na którego jest kreowany. Serial mówi o tym zamiast pokazywać. Mistrzyni bierze go na ucznia, ale czemu, tego nie wiadomo.

OCENA 4/6

Prison Break S05E02 Kaniel Outis
Historia jest absurdalna, realia walki z ISIS jak z popowego teledysku, a zwroty akcji są równie absurdalne co mało zaskakujące. Mimo wszystko ogląda się to dużo lepiej niż 24: Legacy. Serial nieustannie przykuwa do ekranu, umie wykorzystywać budowanie napięcie i nawet akcja mimo swojej umowności daje frajdę.

Michael jako terrorysta w Jemeńskim więzieniu to niezwykle absurdalny pomysł. Tak jak cała afera z tym związana. Czemu to się dzieje? Nie wiadomo. Czy Michael jest wrabiana czy pomaga agencji rządowej, a może sam prowadzi jakąś grę? Nie wiem, ale im głupsze będą odpowiedzi tym dla mnie lepiej. Komiksowa opowieść pasuje do stylistyki serialu.

Bieganie po terytorium opanowanym przez ISIS troszkę mnie wymęczyło. Za dużo bezsensownych rozmów jacy to oni straszni, wszyscy to przecież wiedzą. Lepiej jakby pokazano scenę lub dwie z T-Bagem lub Sucre. Jak już ich zatrudniono i występują w czołówce to niech będą bohaterami tej historii.

Inne:
- doceniam scenerię zniszczonego wojną Jemenu, miła odmiana po nudnej, zurbanizowanej Ameryce.
- Michael opisywany jako bezwzględny manipulator? A czy on nie był empatą troszczącym się o innych?

OCENA 3.5/6

Pitch S01E03 Beanball
Kolejny odcinek który dobrze się oglądało. Mimo to rezygnuję z nadrabiania, dobry serial to za mało by przy nim zostać wiedząc ile jeszcze jest dobra do odkrycia. Zwłaszcza, że po napisach końcowych nie mam przemożnej ochoty odpalenia dalszej części.

Beanball z dotychczas obejrzanych odcinków najmniej mi się podobał mimo dużej uwagi poświęconej meczowi i wpasowywaniu się Ginny do drużyny. Przeszkadzały mi pozornie niezwiązane z teraźniejszą historią flashbacki których sens został wyjawiony na końcu. Co okazało się rozczarowaniem i zapowiedzią nudnego wątku. Dużo ciekawsze rzeczy działy się w pobocznych wątkach. Zwłaszcza u Ala próbującego zachować posadę. Było też trochę niewymuszonego humoru co zawsze warto docenić.

OCENA 4/6

The Expanse S01E12 The Monster and the Rocket
Przyznaje końcówka odcinka mnie odrobinę wzruszyła. Lunatyk mógł zabrać tylko połowę z oczekujących na ratunek ludzi. Przed statkiem zaogniła się sytuacja, doszło do zamieszek i pani kapitan postanowiła odlecieć bez ryzykowania. Naomi nie mogła się na to zgodzić, wyszła, powiedziała prawdę, a ludzie w ramach współpracy przepuścili dzieci i najbardziej potrzebujących. Piękny wyraz ludzkiej solidarności. Nawet ogarnięty manią Holden odpuścił polowanie by pomóc ludziom. Takie optymistyczne akcenty bardzo są potrzebne i równoważą okrutność ludzkiej natury. Właśnie to było głównym motywem odcinek. Meng mówi, że ludzie widząc coś nowego chcą to niszczyć, a spotkanie polityków Ziemi i Marsa dotyczy technologii, która jak sami zaznaczają służy przede wszystkim wojnie. Chciałbym żeby serial częściej wychodził poza swoją formułę i zadawał pytania dotyczące dualności ludzkiej natury.

Udanie poprowadzono wątek Errinwrighta. Wygląda na zrezygnowanego, jakby pogodził się z swoim losem. Ostatecznie postanawia dalej walczyć, wszystko w imię Ziemi. Nie sądzę żeby realizacja odcinka oszukiwała dając przesłanki o jego przyszłym samobójstwie. Tutaj doszło do zmiany decyzji, do ostatniej chwili nie był zdecydowany co należy zrobić. Ostatecznie zabija ministra Marsa, niszczy ich okręt wojskowy lecący po protmolekułę i ryzykuję wojną. Stawia też warunek Mao by zabił Avarasalę. Nieźle się namieszało na koniec sezonu.

Inne:
- XXII wiek, a ludzie wciąż używają takich samych maszynek do golenia, smutna ta wizja przyszłości
- strach Avarasali przed wylotem w kosmos był zabawny ale słowa o różnicy między starymi, a młodymi opuszczającymi Ziemię takie prawdziwe. Zwłaszcza porównując je do tęsknoty Piotra za dobrami wytworzonymi na Ziemi.
- Bobbi zapychająca się kanapkami z ogórkami była słodka i ta jej mina w tle gdy słyszy przeklinającą Avarasalę.
- cliffhanger ładny - protomolekuła na pokładzie Rocinante. W sam raz na finał.

OCENA 5/6

True Detective S02E02 Night Finds You
Jestem niemal na bieżąco z obecnie oglądanymi serialami więc czas ponadrabiać zaległości. Na True Detective padło z kilku powodów. Dwa najważniejsze to ilość odcinków i zapowiedź prac nad kolejną serią. Siedem odcinków powinno szybko zlecieć jeśli poziom będzie odpowiedni. Czytaj lepszy niż teraz. To nie był specjalnie męczący powrót, ale oczekiwałem czegoś więcej. Chyba najbardziej przeszkadza mi sposób rozpisania śledztwo, to że dzięki obserwowaniu drugiej strony jako widz wiem więcej od detektywów przez co tajemnica nie chwyta tak jak powinna. Jeszcze jakby postacie to w pełni rekompensowały to bym zrozumiał. Wszyscy są w jakiś sposób zniszczeni przez życia, a dwóm na trzech śledczych nie układa się w związkach. Brakuje mi też trochę większej ilości rozmów między nimi i mam nadmiar innych dialogów. Czuć literacki styl opowieści Pizzolatto. Czasem chwyta, czasem odrzuca. Zdjęcia i muzyka wciąż daje radę, a zakręcenie zagadki jest odpowiednie.

OCENA 4/6