Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Banshee. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Banshee. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 maja 2016

Serialowe podsumowanie tygodnia #186 [16.05.2016 - 22.05.2016]

SPOILERY

Alias S02E10 The Abduction
Współpraca Sidney z Sarkem wypadła przeciętnie. Oczekiwałem więcej napięcia, kłótni i ciętego języka. Poza drobnym wspomnieniem matki Sid nie dostałem tego co chciałem. Dużo lepiej wypadł Marshall w terenie. Tak! W końcu wylazł z bunkra na świeże powietrze. Dużo humoru, pocałunek z Sid i zapowiedź jego współpracy z CIA. Skończyło się na porwaniu przez nowego antagonistę. Nowy wątek może się przysłużyć serialowi.

Z innych rzeczy fajnie wypada zbliżanie się Willa do CIA, bez pośpiechu, naturalne rozwijanie wątków. Nieźle prezentuje się też Jack w relacjach z kobietami. Z żoną, której ciągle nie ufa, ale widać jakim uczuciem ją darzy. Oraz śledczą Sloana z Sojuszu, która dla odmiany twierdzi, że Jack coś ukrywa. Powoli zaciska się pętla na jego szyi i to mi się podoba.

Z okazji 10 lecia zakończenia Alias pojawiło się w sieci sporo artykułów na temat serialu. Między innymi o wątku Rambaldiego. Jak się okazuje był wymyślany ad hoc, tak by serial miał głębszą mitologię i praktycznie nikt nie wie o co w nim chodziło. W sumie spodziewałem się tego co nie zmniejsza mojego rozczarowania.

OCENA 4/6

Banshee S04E07 Truths Other Than the Ones You Tell Yourself
Przedostatni odcinek i wcale tego nie czuć. Za mało jest wątków, które miałyby zejść się w wspólną całość. Za mało sytuacji zmieniających bohaterów. Za mało budowania napięcia pod wielki finał. A za dużo niepotrzebnych rzeczy oddalających od tego co jest najlepsze w serialu.

Jednak nie będę narzekał. Już dość często to robiłem przy tym sezonie. Skupię się na pozytywach, a tych było całkiem sporo. Najlepiej wypadła scena z Lucasem i Brockem. Uwięzieni, czekający na śmierć wyznają sobie prawdę. I Lucas przyznał się do tego kim jest. Ale świetnie zagrana scena. Zwłaszcza moment gdy krzyczy, że mu się podobało co robił. Takie katharsis było mu potrzebne. Jeszcze tylko pojednanie z Aną i można kończyć.

Ten odcinek był o satanistach,  czymś czego nie powinno być w tym sezonie. Całkiem udanie budowano napięcie, rozmowy Bodiego z Veronicą były intrygujące, a filtr podczas rytuału nadawał odpowiedni klimat. I koniec gdy Veronica zabija swojego oprawcę był satysfakcjonujący. Szkoda, że użyto wcześniej irytującego środka stylistycznego gdy serial próbował wmówić, że Lucas jest już blisko Bodiego. Za stary jestem, potrafię takie rzeczy wyczuć. Rozczarowała też finałowa walka z kultem. Prosta bijatyka. Kolejne zagrożenie pokonane, tyle.

Podobało mi się co robił Hiob. Znowu mógł wykazać się swoją magią i pomóc Lucasowi. Jednak jeszcze lepsza była jego zemsta. Okrutna. Nie dość, że zgarnął trochę pieniędzy to jeszcze przestał być poszukiwany. Umie się ustawić. Tylko co w takim razie ma robić w finale?

Inne:
- psycholog polecił Anie by się zemściła. Dajesz kobieto! O tym właśnie powinien być sezon, a nie sekcie satanistów.
- scena walki z Burtonem, której nie pokazali! Obracająca się kamera o 360 stopni i efekt starcia z neonazistami. To było ładne. Bardzo w stylu Banshee.
- bracie Bunkrowie nudzą. Calvin zrealizował swoją fantazję zabijając szefa, a drugi dalej zamartwia się o żonę brata. Czy kogoś to obchodzi?

OCENA 4.5/6

Banshee S04E08 Requiem
To był satysfakcjonujący finał. Nie do końca tego oczekiwałem, spodziewałem się więcej akcji i połączenia ze sobą kilku wątków. Dostałem za to czasem zaskakujące, ale pasujące do ogólnego wydźwięku historii zakończenie. Trochę szkoda, że to już koniec, i to po przeciętnym sezonie. Jednak cztery serię to dobra liczba. Życzyć sobie więcej takich historii.

W odcinku podobał mi się przede wszystkim nastrój. Odrobinę melancholijny, trochę westernowy i na pewno sentymentalny. Nie ma jednej konkretnej sceny, którą bym wyróżnił, to tyczy się całości. Gdzie sprawiedliwi zdają sobie sprawę, że czasem trzeba pobrudzić sobie ręce. Że trzeba zaakceptować przeszłość, przekroczyć symboliczny próg i ruszyć w drogę w poszukiwaniu przyszłości. Nie można pozwalać sobie na grzęźnięcie w piaskach przeszłości, to zabija. Nie tylko siebie, ale również najbliższych. Nie ma czegoś takiego jak "szczęśliwe zakończenie", jest tylko nowa historia, a domknięcie jednej nie zawsze jest potrzebne.

Nie powiem żeby specjalnie zaskoczył mnie morderca Rebeki. Burton był fanatykiem, robił wszystko dla Proctora i uważał, że zabójstwo będzie najlepszym wyjściem. Jego walka z Lucasem nie była specjalnie ciekawa (serial w tym sezonie wyraźnie odpuścił sobie sceny akcji kosztem bohaterów), ale ten moment gdy Proctor skręca kark półprzytomnemu Burtonowi był mocny. Odpowiednio wzruszający, co dziwne, skoro mówimy o villianach opowieści.

Podobało mi się zakończenie wątku Carrie i Lucasa. Przyjacielskie pożegnanie, dwoje ludzi zdających sobie sprawę, że życie tak się pokomplikowało, że nie są w stanie być razem. Idą swoją drogą, a może kiedyś znowu na siebie trafią i zaufają.

Jestem też zadowolony z odejścia Proctora. Śmierć w stylu Tony'ego Montany. Z karabinem w ręku, przed własną rezydencją postanowił stawić czoło egzekutorom kartelu. I cięcie tuż przed strzelaninom. Koniec, sami sobie dopowiedzmy co się z nim stało.

Podobało mi się też jak całość została nakręcona. Piękne ujęcia szerokich planów, muzyka podbijająca nastrój i nieśpieszne acz pełne napięcia zbliżanie się do samego końca. Bardzo w stylu Banhee.

OCENA 5/6

DC's Legends of Tomorrow S01E16 Legendary
Finał sezonu okazał się lekko rozczarowujący. I to nie tylko z powodu śladowych ilości Snarta. Zwyczajnie był zbyt chaotyczny. Akcja gnała na złamanie karku, serial chciał za dużo wepchnąć w 40 minut przez co poszczególnie sceny nie miały odpowiedniego wydźwięku. Nie udało się zbudować odpowiedniego napięcia podczas finałowego starcia z Vandalem. Szkoda. Mimo to i tak bardzo dobrze się bawiłem bo to wciąż ten sam lekki i komiksowy serial.

Pokonanie Vandala było mocno w stylu Doctor Who. Wielki plan złego, który chcę wysadzić czas i zrebootować historię. Zabawnie niedorzeczne. Ucieszył mnie recykling znanych miejscówek z poprzednich odcinków co dało sezonowi większą spójność. Rozczarowało pokonanie Vandala. Trochę akcji i to wszystko. Jaki przeciwnik, taki jego koniec. To nie był najmocniejszy element serialu. W jego sercu były postacie.

I odcinek "Legendary" bardzo umiejętnie się nimi zajął. Sarah dowiedziała się o śmierci siostry i jej nieuniknionym charakterze. Rory mógł jeszcze raz spotkać się z Leonardem. Rip nie odzyskał rodziny i niemalże zginął śmiercią bohatera. Hawkowie odeszli by móc prowadzić normalne życie. Martin zaakceptował swoją rolę jako bohatera. Brakowało trochę interakcji między nimi (Palmer na akcji Heatwave!), ale mnie cieszy jak zostały prowadzone.

Nie mogło zabraknąć cliffhangera. Drużyna udaje się na kolejną misję z Ripem i nagle zjawia się drugi Waverider z niespodziewanym pilotem i zapowiedzią Justice League of America. Jestem zaintrygowany.

OCENA 4/6

Game of Thrones S06E04 Book of the Stranger
To był epizod godny tego serialu. Zaoferował znaczące przetasowania na szachownicy. Główne figury wykonały swoje ruchy, jeden pionek wypadł, a gra stała się odrobinę bardziej przejrzysta. Co nie znaczy, że przewidywalna. Były też mistrzowskie posunięcie za które uwielbiam Grę o Tron.

I właśnie od tego zacznę. Daenerys. Co za piekielna końcówka! Nie jest to moja faworytka, zazwyczaj jej decyzję mnie denerwują, ale tutaj ciężko było nie mieć do niej sympatii. Pozbawiona wszystkiego niemalże jako niewolnica ląduje przed sądem khalów. I co robi? Przy pomocy dwóch ludzi zdobywa pod swoje władanie 100 tysięcy ludzi. Świetnie oglądało się Emilię Clarke wysłuchującą z kamienną twarzą i chytrym uśmiechem obelg po dothracku, a potem gdy zaczęła podpalać swoich wrogów. I jej triumf na końcu gdy stoi naga przed kłaniającym się jej morzem ludzi. Znowu dokonała niemożliwego, zjednoczyła khalassary, a teraz wybiera się za Morze. Aż chcę mi się oglądać ten wątek.

Ciekawie w kontraście do niej wypadają sprawy w Meereen i działanie Tyriona. Gdy ona bezkompromisowo dąży do swoich celów, on stosuję politykę. Wie, że trzeba czasem iść na ugodę, trzeba patrzeć na wszystko z szerszej perspektywy. Udało mu się dojść do pokoju z Dobrymi Panami, ale przy tym zezwolił na 7 lat niewolnictwa, jako okres przejściowy. Wykazał się racjonalizmem w przeciwieństwie do idealistki Daenerys. Jestem bardzo ciekaw jak wypadnie ich kolejne spotkanie. Jak ona zareaguje na ten pokój i jak on na wieść o 100 tysiącach nowych poddanych.

Z mojego punktu widzenia ten odcinek miał jednak ciekawszy wątek - spotkanie Sansy z Jonem. Dwoje Starków znowu razem! Jakże mnie to wzruszyło. Obawiałem się dobrze znanego tricku - Jon wyjeżdża chwilę przed przybyciem siostry. Nic z tego, mamy rodzinny reunion. Świetne było ich milczące wpadnięcie sobie w ramiona, a potem odrobinę krępujące rozmowy przy kominku. Jednak najbardziej mi się podoba dynamika w ich relacjach. On jest zrezygnowany i chcę spokoju ponieważ zawsze walczył. Natomiast ona chcę zemsty, tego co prawnie się im należy. Chcę odbić Winterfell i uratować brata. To nie jest zahukane dziewczę sprzed roku czy dwóch. To kobieta, która ma wyraźnie postawiony cel. Coraz bardziej przypomina też matkę w swojej stanowczości.

Wizyta Sansy w Czarnym Zamku to też spotkanie Brianne z Mellisandrę. Brianne, która poprzysięgła zemścić się za śmierć Renly'ego teraz ma doskonałą okazję. Zdaje sobie jedna sprawę, że to już przeszłość, teraz szykuje się inne wojna, a sojusze się mocno pokomplikowały. Przy czym ciekawie ogląda się wypaloną Mellisandrę, pozbawioną nadziei co do przyszłości. Chyba powinna spotkać się z Daenerys.

Zbliżająca się wojna na Północy nie dzieje się w próżni. Littelfinger wykorzystuje moment sprawnie manewrując młodym Arrynem i sposobi Dolinę do wojny, by pomścić Sansę. Ha! Niezamierzenie została znowu przez niego wykorzystana. To pieśń przyszłości, ale chciałbym żeby po pokonaniu Boltonów ładnie mu się odpłaciła co jej zrobił.

Wojna na Północy i inwazja Daenerys to nie jedyne konflikty jakie czekają Westeros. W Królewskiej Przystani coś ruszyło. O ile przemowa Wróbla do Margery była trochę nudna i nadała mu niezbyt wyraziste backstory, tak już przygotowanie się do intronizacji Wróbla mogło się podobać. Zwłaszcza, że zaangażowana jest w to Cersei, Jamie (oj, czemu nie ma on tak ciekawej drogi odkupienia jak w książkach?) i Olena z Kavenem. Czuję, że będą ofiary.

A zgon był w tym odcinku, a jakże. Może śmierć Oshy nie jest ważna dla ogólnie pojętej fabuły Game of Thrones, tak jej scena z Ramseyem miała odrobinę napięcia. W głowie mi się kołatało "a może serial zaskoczy i ubiję Boltona, albo chociaż zrobi mu krzywdę". Niestety skończyło się w najbardziej prawdopodobny sposób. Szkoda, że nie pokazano chociaż na chwilę Riccona. Więcej Starków dawać!

Na koniec o Theonie. Ależ dobrze zagrana scena z siostrą. Może i trzeba go nienawidzić i obwiniać za sporą ilość zbrodni jakich dokonał, ale nie można mu współczuć. Rozbity przybywa do domu, chcąc odrobiny spokoju od razu dowiaduje się o śmierci ojca i jest obwiniany przez siostrę o tchórzostwo. I on o tym dobrze wie, zdaje sobie sprawę, że jest wrakiem człowieka. I by odpokutować postanawia wesprzeć siostrę w dążeniach do tronu z soli. I ja im jak najbardziej kibicuje.

Inne:
- serial nie kończąc flashbacków z Nedem z poprzedniego odcinka znęca się nade mną. Mogliby już wyjaśnić tajemnicę pochodzenia Jona.
- Gra o Tron zrobiła się niezwykle feministycznym serialem w tym roku. Daenerys zdobywa nową armię, Cersei odzyskuje kontrolę, Sansa dąży do odzyskanie Winterfell, Yary chcę władać Żelaznymi Wyspami.
- Davos przypomniał sobie by spytać Mellisandrę o Shireen i Stannisa. W czwartym odcinku. Prawdziwie wierny rycerz swojego króla.
- Brainne i Tormund - dawać mi więcej scen z nimi!

OCENA 5/6

Game of Thrones S06E05 The Door
Półmetek sezonu za nami i trzeba przyznać, że serial mimo swoich problemów w tym sezonie prezentuje równym, wysoki poziom co raz serwując niesamowite sceny. Tutaj było ich kilka. Zarówno drobne, ważne dla postaci jak i całego świata. Ale po kolei.

Odcinek już tradycyjnie zaczyna się na Północy. Tylko dla odmiany to nie Jon dostaje scenę, a Sansa. Wiadomość od Littlefingera z prośbą o spotkanie. Szybko odbył podróż z Doliny. Serial widocznie nie chcę zbytnio rozciągać wątków przez co robi częstsze, acz miejsce przeskoki w czasie. Jednak to tylko szczegół. Rozmowa Sansy z Peterem była niesamowicie zagrana przez Sophie Turner. Littelfinger oferuje jej pomoc, którą ona odrzuca. Nie chcę być już marionetką, postanawia sama decydować o swoim losie i pierwszy raz w jego obecności kontroluje sytuację. Rzuca mu w twarz, że mogłaby go zabić, demaskuje jego poczynania i karzę w brutalny sposób. Domaga się by jej opowiedział jak wyobraża sobie jej noc poślubną. To była brutalna scena.

To nie jedyna mocna scena z Sansą. Świetnie oglądało się ją na naradzie wojennej w towarzystwie Jona i Stannisa gdy kreślili plan odbicia Winterfell. Pokazało to jej rozeznanie w polityce. I odrobinę zarozumiałości gdy ukrywała przed bratem spotkanie z Littelfingerem. To było nierozważne i małostkowo. Za to miłym gestem było podarowanie Jonowi ubrania z rodowym herbem, jaky to miała być ostateczna akceptacja więzów krwi. Ciekawi mnie też co się stanie o zdobyciu Winterfell, kto zasiądzie jako Namiestnik Północy. Sansa ma na to widoczną ochotę. Jon niby jest bękartem, ale z tego co pamiętam Robb w ostatnim liście pozwolił mu się tytułować Starkem.

Aryia dalej na treningu. Sceny walki z jej udziałem są efektowne, ale niewiele wnoszą. Tak jak mitologia związana z Faceless Man - byli niewolnicy z błogosławieństwem swojego boga zakładający Braavos. W tej historii nie ma nic interesującego dlatego z coraz mniejszą przychylnością patrzę na wątek młodej Starkówny. Niech w końcu zrozumie kim jest i zaakceptuje swoje przeznaczenie i wróci do Westeros.

O wiele ciekawszy był moment gdy wykonując rozpoznanie przed morderstwem musiała oglądać teatrzyk opowiadający o wydarzeniach z Królewskiej Przystani z finałowych momentów S01. Śmierć Roberta i Neda widziana oczami zwykłych ludzi. Wulgarna opowiastka nie mająca nic wspólnego z rzeczywistością. Co tylko pokazuje jak mało maluczcy interesują się sprawami wielkich lordów. Najciekawiej patrzyło się na reakcję Aryi - odrobinę oszołomiona, widać było, że wciąż przejmuje się swoją przeszłością. Jednak prawdziwym chichotem opowieści jest to, że wykonuje zlecenie Cersei. Jest narzędziem osoby, którą obiecała zabić. Oj, jeśli się tego dowie to na pewno zrezygnuje z obranej drogi.

Prawdziwą bombą w odcinku było pokazanie originu White Walkers. Jak się okazuje zostali stworzeni przez Dzieci Lasu za pomocą obsydianu i ludzkich jeńców. Mieli im pomóc w walce z najeźdźcami, Pierwszymi Ludźmi. Co za spektakularna klapa! Armia, która miała ich uratować okazała się jeszcze większym zagrożeniem. Zmusiła ich do sojuszu z ludźmi i teraz wracają po tysiącach lat. Co doprowadziło do sojuszu Dzikich z Czarną Strażą. Nie ma tutaj pozytywnych postaci i frakcji, każdy ma coś za uszami, a mityczne Dzieci Lasu okazały się odpowiedzialne za całe zamieszanie.

Potem następuje przeskok na Żelazna Wyspy i Królewski Wiec. Niezbyt spektakularne, ale sprawiający, że jeszcze bardziej polubiłem Yarę i ten mógł chociaż odrobinę odpokutować za swoje grzechy. Połączono też historię wyspiarzy z głównym wątkiem. Euron obiecał sojusz z Daenerys i zemstę za wszystkie porażki jakie na nich ostatnio spadły. Został wybrany królem (scena koronowania!), a Theon z siostrą uciekli na statkach. I teraz pytanie - co z nimi zrobią? Czyżby teraz oni mieli się udać do Danny? Jak na nich zareaguje? A może wesprą Północ? To byłby nieoczekiwany sojusznik, ale przydałby się do nadchodzącej wojny. Na pewno jestem ciekaw jak tern wątek się rozwinie. 

A propos panny Niespalonej itd. Dostała chyba najsłabszą scenę w odcinku. Pożegnała się z Jorahem i udała się w drogę powrotną. Nic ważnego. Teraz tylko niech Jorah dostanie odpowiednią śmierć.

Niezwykle ciekawe było spotkanie Tyriona z Czerwoną Kapłanką. Powodem była chęć utrwalenia władzy Daenerys. W końcu nic nie jednoczy (i dzieli) ludzi tak jak religia. Jednak to nie był główny i najciekawszy temat ich rozmowy. Poruszono tutaj przeszłość Varysa. Miał zastrzeżenia co do współpracy z Kapłanami Rholla, głównie przez to co spotkało go w przeszłości. Wciąż dawny uraz się nie zabliźnił. Odcięcie przyrodzenia i krzyki z ognia. Ta historia była już opowiadana Tyrionowi w drugim lub trzecim sezonie. Wciąż nie wiadomo co słyszał, ale słowa kapłanki i zakończenie odcinka sugerują, że mogły to być słowa, które doprowadziła go do miejsca w którym znajduje się teraz, lub zapowiedź przyszłym wydarzeń. Czuję się zaintrygowany.

Najwyższa Kapłanka mówi też o Azorze Ahai i wierzy, że jest nim Daenerys. Bohater mający zbawić świat przed nadchodzącą Nocą. Mellisandre wierzyła, że był to Stannis, a teraz Jon. Jak słyszeliśmy bogowie się nie mylą, ludzie owszem. A ja sobie myślę, że Azor wcale nie musi być jeden. Czemu nie ma być ich troje, jak jeźdźców smoków? Jon, Daeny i ktoś jeszcze. Może Bran? Obydwoje dokonali niemożliwego, są traktowani niczym boskie istoty i na co dzień mają styczność z magią. Prawdopodobnie w obojgu płynie krew Targerynów, a w Jonie na pewno Pierwszych Ludzi. Jak się patrzy jeźdźcy i obrońcy świata.

Czas na najważniejszą część odcinka dotyczącą Brana. I zacznę tutaj przewrotnie od samego końca i śmierci Hodora. Oj, cóż to była za śmierć! Niesamowicie emocjonalna, nakręcona w taki sposób by wyciskać łzy, a przy okazji opowiedziano też jego origin story, historię przeistoczenia się Willisa w Hodora. To wszystko przy wykorzystaniu podróży w czasie. Karkołomne zadanie okazało się majstersztykiem. Bran jako naturalna antena przekazująca w przeszłość słowa Meery do Hodora "Hold the door", które potem przerodziły się w jego imię, były niczym jego życiowy imperatyw przygotowujący go do tej jednej chwili. To moment gdy teraźniejszość nałożyła się na przeszłość tworząc w spójny sposób przyszłość. Dawno nie widziałem tak dobrze skonstruowanej podróży w czasie. Nie ma się jednak co dziwić, reżyserem był Jack Bander odpowiedzialny za genialne The Constant z Lost.

Ważnych rzeczy związanych z Branem w odcinku jest dużo więcej. Jak choćby jego aroganckie dziecinne zachowanie, które sprowadziło na nich Night's King i jego armię. Czyli to porabiał. Zamiast uderzyć na Mur po zdobyciu Hardhome szukał Brana, czekał na jego błąd by móc wedrzeć się do serca drzewa. Jak wiadomo wcześniej nie mgół tego zrobić ponieważ było magicznie chronione. Teraz ten czar został zerwany przez dotknięcie Brana przez Króla. I teraz kolejne pytanie - czy to znaczy, że za Mur również będą mogli przejść? On też jest chroniony magią i tylko ona mogła powstrzymywać ich najazd. Bran przez swoją ignorancję naraził cały znany świat.

Ciekawi mnie też co z Trójoką wroną. Został zabity przez Króla, zniknął ze snu Brana, ale czy to na pewno jego koniec? Jak Bran jest wargem, wargi podczas śmierci mogą przenieść swój umysł w ciało zwierzęcia. Wiemy też, że dzięki tym umiejętnością Bran podróżuje po Czardrzewach. Czy więc Deathraven mógł zakotwiczyć swoją świadomość i w jakiś sposób być jeszcze przewodnikiem Brana? Nie zdziwiłbym się.

 Inne:
- Brianne i Tormund dostali, jedną króciutką scenę, ale jakże cudowną! Widać, że Rudy ma na nią ochotę.
- męskie przyrodzenie w serialu. Gra o Tron zareagowała krytykę i wyrównuje parytety.
- kolejny wilkor do odstrzału, żegnaj Lato. Został tylko Duch i Nemyria. Szkoda, że śmierci wilkorów nie mają realnego wpływu na opowieść.
- scena ucieczki pod drzewem - ależ świetnie nakręcone, pełne napięcia i emocji.
- uśmiechający się Jon Snow, nowość!
- Brainne wysłana w poselstwie do Riverrum. Wolałbym ja w duecie z Tormundem....
- Mera zabijająca White Walkera, niczym Jon Snow w poprzednim sezonie. Benioff i Weiss chyba bawią się fanowską teorią jakoby byli rodzeństwem.

OCENA 5.5/6

Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D. S03E21 Absolution
Do pewnego stopnia ten odcinek oglądało się z zaciekawieniem. Szczególnie na początku. Dalej był głupkowato naiwny i traktował się zbyt serio, ale wciągnęła mnie akcja i kilka razy się zaskoczyłem. Byłem nawet pod wrażenie jak Brett Dalton poradził sobie grając Hive z usmażonym mózgiem. Lub jak potraktowano wątek z Daisy, bez zbędnego obwiniania. A potem nastał finałowy akt odcinka z żenującą sceną akcji, kolejną niekompetencją SHIELD i Daisy chcącą wrócić do Hive'a. Ostatnio gdy tylko zaczynam ufać serialowi ten szybko sprowadza mnie na ziemię.

OCENA 3.5/6

Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D. S03E22 Ascension
Wiecie jaka jest najlepsza rzecz związana z tymi finałem? Prawie czteromiesięczny spokój z Agentami. To nie był dobry odcinek. Był przeciętny, jak cały sezon. Bez duszy, głupiutki, do bólu patetyczny, przewidywalny i fabularnie niedorozwinięty. I z tym ostatnim mam największy problem. Dobre seriale z dużą obsadą umieją nią żonglować, dać każdemu bohaterowi chwilę, napisać ekscytujące wątki i sprawić, że będę się interesował każdą z postaci. Tutaj tego nie mam. Położona nacisk na Daisy i tylko na nią. Cały finał toczy się wokół niej. Walka z Hivem, poświęcenie Lincolna, cliffhanger. Wszystko dotyczy jej. I złego próbującego swojego szatańskiego planu, co słabo działa. Kilka zdań dla innych to za mało. May, Mack, Fitzsimmons, robili tylko za statystów w teatrzyku. Scenarzyści muszą mocno wziąć się do roboty żeby ten serial stał się odrobinę bardziej interesujący, a niestety nie zapowiada się na to.

Koronnym przykładem nieudolności serialu jest pożegnanie Lincolna z Daisy. Kopia sceny z Captain America; The First Avenger gdy Steve przed poświęceniem rozmawia z Peggy. Tam czuć było dramatyzm i tragedię bohaterów. Tutaj szeptałem by jak najszybciej się skończyło. Zostało to zbytnio przeciągnięte przez co rozmowa stawała się coraz bardziej męcząca i pierwiastek dramatyzmu kompletnie uleciał.

W odcinku w sumie podobały mi się szczegóły. Jak Fitz zabijający człowieka albo absurdalny axeshotgun. I widowiskowa walka Hive z Daisy. Przynajmniej można było popatrzeć na coś dobrze zrobionego.

Cliffhanger mnie kompletnie nie ruszył. Nowy tajemniczy dyrektor (obstawiam May), Culson w terenie polujący na Daisy i pracę nad LMD. Nie powiem żeby te wątki jakoś specjalnie mnie interesowały, a to dobrze nie wróży na przyszłość.

OCENA 3/6

Orphan Black S04E05 Human Raw Material
Mimo, że kolejne odcinki ogląda się bardzo dobrze to muszę się przyczepić. Minęła połowa sezonu i tak na prawdę niewiele się wyjaśniło. Trochę biegania za implantami, nacisk na neolucją i nowy klon. Jak na ten sezon niewiele. Jeszcze jest dużo czasu na poprawę, ale jakoś w to wątpię.

Sam odcinek miał ciekawą konstrukcję. Zwłaszcza w wątku Sarah. Wzięła sobie wolne, postanowiła jeden dzień stwierdzić z córką. Przyjemnie oglądało się jej rodzinne sceny. Tak jak kłótnie z Felixem, daje to serialowi dużo naturalności i ciepła. Poza tym duża ilość Felixa zawsze jest czymś dobrym.

Najwięcej działo się w instytucję Brightborn. Komediowego i dramatycznego. Zawsze jak zjawi się Donny jest okazja do śmiechu. Udawanie klienta z wysokich sfer, niekomfortowe rozmowy z Cosimą i scena masaży z Krystal. Kapitalne! A dla przeciwwagi tęskne spojrzenie na noworodka i odkrycie Cosimy wraz z spotkaniem z Duncan. Nielegalne eksperymenty na płodach i problemy z moralnością. Serial odważnie sobie poczyna pod tym względem.

OCENA 4.5/6

Person of Interest S05E02 SNAFU
Na powrót do normalności i zajmowania się kolejnymi numerami jeszcze przyjdzie czas. Tym razem bohaterowie radzili sobie z Maszyną. Delikatny przeskok w czasie i dalsze przywracanie systemu. I zabawa formą na początku. Niezwykle komediowy segment z Maszyną mylącą twarze swoich agentów gdzie bohaterowie mogli się popisać wcielając w rolę innych aktorów. Co się uśmiałem to moja. Tak samo jak podczas sprawdzanie kolejnych numerów gdy John i Fusco trafiali na martwych lub przedstawienie teatralne. Zabugowana Maszyny na początku sezonu to dobry pomysł na odrobinę świeżości.

Jednak prawdziwym mięskiem w odcinku było podejście do moralności. To byłą historia jak Finch wypowiedział bardzo ważne słowa - biel i czerń nie jest oczywista i czasem trzeba operować w odcieniach szarości by pokonać kogoś jeszcze gorszego. Na początku zabawnie było oglądać Maszynę traktującą swoich agentów jako zagrożenie, które trzeba wyeliminować. A potem było podliczanie tego co zrobili i trudno się nie zgodzić z jej maszynową logiką.

Akcji może było niewiele, ale tępo odcinka w jego segmentach z Maszyną to usprawiedliwiało. Trafiła się jednak długa strzelanina z kobietom mającą zabić Johna. I wyszło na prawdę dobrze. Dużo biegania, trochę żartów i ciekawy punkt zapalny - zabójczyni została wysłana przez Maszynę.

Ten odcinek był też odrobinę sentymentalny, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Powrotu do przeszłości gdy Maszyna pokazywała dobrze znane sceny to jedno. Była też tęsknota za kobietami, które zostały utracone. Finch tęskni za Grace i wydaję mu się, że ją widzi. Root natomiast wyszukuje danych o Shaw. Było też o samotności Johna, który na koniec odcinka wstąpił do policyjnej drużyny gry w kręgle. Każdy z bohaterów coś stracił i tylko Fusco wydaje się być szczęśliwy.

OCENA 5/6

Person of Interest S05E03 Truth Be Told
Odcinek zapowiadał się na powrót do klasycznych spraw. Numer, fałszywa tożsamość i śledztwo. Sprawdzona i satysfakcjonująca formuła z obowiązkowym twistem i chwilą wytchnienia od Samarytanina. Skończyło się na bardzo osobistym odcinku dla Johna, który musiał się skonfrontować ze swoją przeszłością. Było tutaj kilka świetnych scen. Mi się najbardziej spodobała ta gdy wybiela zdrajcę by brat poczuł się lepiej po czym jego przełożony z CIA przyzwala na taką wersję. Potem była jeszcze rozmowa między tą dwójką gdzie John usłyszał, że świat potrzebuje jeszcze takich ludzi jak ona. I zerwał z Iris. Trochę słabo bo bohaterowie potrzebna jest kotwica w życiu. Jednak można zrozumieć jego wybór.

U Fincha i Root spokojnie. Tajemnicza wiadomość od Maszyny i kilka zabawnych scen związanych z kurierską pracą Mrs. Groves. Był też program szpiegowski Samarytanina, ale nic z tego nie wynikło. Na razie powolne rozwijanie dotychczasowych wątków.

OCENA 4.5/6

Person of Interest S05E04 6,741
Co za niesamowity odcinek, który na długo zostanie w mojej pamięci. Zdecydowanie jeden z najlepszych jakie serial zaprezentował. Można powiedzieć, że duchowy spadkobierca If-Then-Else. Znowu fałszywy odcinek tym razem dziejący się w wirtualnej rzeczywistości. Tylko tym razem SI została zaprzęgnięte do tego by człowieka złamać, a nie uratować mu życie. Znowu były też sceny Root/Shaw. Co najważniejsze oglądało się go z niepewnością - czy to co dzieje się na prawdę to rzeczywistość. Serial to sugerował, ale utrzymywał też złudzenie realności. Foreshadowing w przebłyskach Shaw, pośpieszne prowadzenie historii, realizacja fantazji seksualnej, śmierci bohaterów. Powolutku, rzeczywistość stawała się coraz mniej realna, a oglądanie odcinka było coraz bardziej fascynujące. Jakby nie patrzeć to też manifest, swojego rodzaju ostrzeżenie przed VR i możliwością zagubienia się w innym świecie.

Ten odcinek to jednak przede wszystkim pokaz umiejętności aktorski Sarah Shahi. To jak zagrała torturowaną Shaw, jej rozbicie, załamanie, determinację i zdenerwowanie. Oglądanie jej na ekranie było hipnotyczne, nie można było oderwać wzorku. A ostatnia scena gdy na huśtawce, na osobności z Root popełnia samobójstwo by ratować przyjaciół - majstersztyk.

Ja wiem, że to co działo się na ekranie to tylko symulacja, ale wreszcie! Scena seksu Shaw i Root została świetnie nakręcona. Dwie kobiety, które darzą się uczuciem wreszcie to robią. I serial nie byłby sobie gdyby nie wykorzystał tej sceny do czegoś więcej niż spełnienia marzeń fanów. Pokazano, że te dwie kobiety mają silne kobiety, jak obie chciały zdominować partnerkę, gdy pocałunki zamieniały się w zapasy. Świetne.

OCENA 5.5/6

The 100 S03E15 Perverse Instantiation, Part One
To jest ten moment gdy zbiegły się wszystkie wątki. Można było narzekać na wojnę domową w Arkadii, problemy z prowadzeniem Bellamy'ego i Pike'a, śmierć Lexy, irytującego Jaspera, Jahę i Ontari. Można było psioczyć na szybkie prowadzenie wątków i chodzenie na skróty. Denerwował też problem z upływem czasu i geografią serialu. Jednak to wszystko odchodzi chwilowo w niepamięć. Pierwsza część finału sezonu była dla mnie rewelacyjna. Za sprawą skali wydarzeń, ale też dzięki małym scenom i interakcją między postaciami, które były budowane przez cały sezon i serial. A przecież jeszcze druga część, która powinna znowu przedefiniować serial.

Odcinek zaczyna się w momencie gdy bohaterowie zdają sobie sprawę z porażki jaką odnieśli i godzą się z przegraną. Tylko nie Clarke. Chcę coś robić, nie może się poddać, jak sama mówi jest nawet gotowa chodzić od wioski do wioski i szukać Nightblood. na szczęście nic takiego się nie dzieje. Przypadkowo (denerwujące pójście na łatwiznę) wpada na Roana i dość szybko namawia go do współpracy. Zawsze dobrze jest widzieć charyzmatycznego aktora. Wcześniej jednak chwila sam na sam z Lexą. Jej śmierć wciąż rzuca cień na Clarke. Nie podobała mi się tylko jedna rzecz w tej scenie - Clarke jest ratowana przez Roana, który potem ją łapie. Rozumiem rozkojarzenie, ale za łatwo to przyszło.

Obowiązkowa wizyta w Arkadii przed wyruszeniem w ostatnią misję miała bardzo ciepłą scenę. Ten moment gdy bohaterowie się żegnają, moment pokazujący czym jest prawdziwa rodzina, jak bardzo im na sobie zależy. Było też ostrożne planowanie i umiarkowany optymizm. I jeden z wielu szokujących momentów - widok A.L.I.E. rodzący pytanie - kto jest zaczipowany, czy ktoś kto został czy wyruszył na misję. Dobrze rzucony element podbudowujący napięcie. Każący kwestionować działanie bohaterów.

Na szczęście dość szybko został to rozwiązane. Padło na Jaspera, który dźgnął Monthy'ego by przeszkodzić w budowaniu Machiny na A.L.I.E. I można to łatwo zrozumieć. Jasper był świadkiem śmierci kolejnych bliskich osób, nie radził sobie z tym. Pierw szukał ucieczki w alkoholu, a teraz znalazł coś mocniejszego. Śmierć kobiety od Luny go załamała. Miał już dość i się poddał. Może i zdradził przyjaciół, ale można go zrozumieć. Nie tortury, które przeszedł, a to co go wcześniej spotkało. I nieustanną śmierć, która ich otacza.

Zaczipowanie Jaspera to też kolejny sposób na podbicie stawki i wprowadzenie napięcia w wątku równoległym do głównych wydarzeń. Czy uda mu się przeszkodzić bohaterom? Czy stanie mu się krzywda? Czy zrobi krzywdę Harper? Czy Monthy został poważnie ranny? To zadziałało. Trochę gorzej wypadł jako salony prześladowca czający się za zamkniętymi drzwiami. Było to lekko zbyt przerysowane, ale miało też swój specyficzny urok.

Wracając do głównych wydarzeń. Plan nie idzie po myśli bohaterów, suprise, suprsise. Roan prawdopodobnie ginie z ręki Kane'a (NIE!), a Clarke zostaje schwytana przez Jahę. I tutaj początkowo sprawy obierają spodziewany obrót Clarke jest torturowany by podać hasło do Ducha, nie przynosi to rezultatów więc A.L.I.E. postanawia skrzywdzić jej matkę. Spodziewany schemat, który wykorzystany trzeci raz. Na Abby i Kane'a podziałało idealnie. Natomiast Clarke nie dała się złamać. Była gotowa poświęcić własną matkę wiedząc, że na szali znajdują się losy świata. Znowu była zdolna do czegoś niewyobrażalnego dla większego dobra. Tym razem nie chodziło o ludobójstwo, a pozwolenia na śmierć kogoś bliskiego, co było jeszcze bardziej personalne. I niby męczyły ją wyrzuty sumienia to wciąż jest w stanie walczyć, nie złamała się jak Jasper tylko desperacko dąży do wykonania swojej misji. Prawdziwa heroina.

A skoro o herosach mowa. John Murphy! To jest mój bohater i nic tego nie zmieni. Nawet jego własne słowa "After this, doing the right thing can kiss my ass.". Udało mu się namówić Indrę i Pike'a do wspólnej walki (ta reakcję Olivii!), teraz uratować Bellamy'ego i resztę i można powiedzieć, że udał się na samobójczą misję do komnaty tronowej. Jasne robi to dla Emori, ale nie umniejsza to jego heroizmu.

Ten odcinek to też akcja. Gdy Clarke jest torturowany ochraniająca grupka próbuje ją odbić. I te sceny były bardzo dobrze wyreżyserowane. Walka, reakcja Bellamy'ego by nie zabijać innych, desperacka próba wciągania windy i kolejna walka. I takie drobne scenki jak Miller ze swoim chłopakiem mówiący o przyszłości z kamerą skierowaną na Olivię cierpiącą jeszcze po Lincolnie. Czy Bellamy strzelający komus prosto w głowę by uratować Murpy'ego. Albo spojrzenia nienawiści na Pike'a.

Odcinek nie mógł się skończyć optymistycznie i musiał zostawić jakiś wielki cliffhanger. Padło na poświęcenie Ontari i Jaha rozwalającego jej głowę. Kolejna ostatnia nadzieja w walce z A.L.I.E., jeszcze moment złudzeń gdy żyję i śmierć mózgu. Pogrzebanie wszystkich starań, wszystko na nic. Nie chciałbym żeby teraz cudownie zjawiła się Luna i uratowała dzień. Może transfuzja czarnej krwi dla Clarke i wsadzenie jej ducha? Poświęcenia dla dobra ogółu i happy end z Lexą? Na pewno nie będzie to oczywiste rozwiązanie z konsekwencjami dla bohaterów.

Odcinek oglądało się świetnie, ale zdaję sobie sprawę z jego wad. Czy może raczej niespełnionych oczekiwań. W zeszłym roku udało się stworzyć dwuznacznie moralny konflikt. W tym przeciwnik jest jedno wymiarowy. Moralność polega głównie na trudnych sojuszach, walka nie jest do końca kwestionowana. Brakuje mi tutaj więcej motywacji dla A.L.I.E., jej rozmów z kimś poza kultystami. Moralnego punktu widzenia maszyny mającej ocalić świat. Z początku wierzyłem w jej misję i szczere intencję, ale teraz jest złą AI pragnącą wygrać. Brakuje jej przeciwwagi.

Inne:
- litania nazwisk bohaterów i sposób w jaki zginęli w wykonaniu Jaspera. Cóż za świetny moment!
-odcinek bez taniej i szokującej śmierci, dobrze. Bo Roan MUSI żyć, a Indra i Kane nie mogli zginąć w ten sposób. A Abby się upiekło, szczęściara. 
- Indra ratującego przed eksplozją Kane! Ależ to był naturalny i świetny moment. Lubię takie sceny, które wynikają z konsekwentnego prowadzenia postaci.

OCENA 5/6

The 100 S03E16 Perverse Instantiation, Part Two
Bałem się tego finału. Pierw żyłem w strachu przed spoilerami, choćby najdrobniejsza informacja mogłaby mi zepsuć seans. Plan udało się wykonać w 100%, nie natknąłem się nawet na drobną sugestię co się stało. Gdy już odpaliłem odcinek byłem pełen wątpliwości czy uda się zakończyć z hukiem odrobinę problematyczny sezon.

Głupi ja, już dawno powinienem zaufać serialowi. To było bardzo satysfakcjonujące 40 minut, dające to co najlepsze w The 100. Postacie mogły zabłyszczeć, echa dawnych wydarzeń dały o sobie znać, intensywne sceny były przeplatane spokojniejszymi i emocjonalnie ważnymi dla bohaterów. Udało się nawet wcisnąć w to obowiązkowy dylemat moralny, który spowodował kwestionowanie wyborów Clarke. Za to pokochałem serial i z tych samych powodów z utęsknieniem czekam na jego powrót. Trzymam też kciuki żeby Jason Rothenberg wyciągał wnioski z krytyki.

Nie było wielką niespodzianką, że to Clarke uratowała dzień. Może i jej droga w tym sezonie była wyboista i pełna scenopisarskich problemów to w końcu ona jest główną heroiną serialu. Akceptuje ten wybór. Poza tym, kozacko wyglądało siedząc na tronie Grounders. To, że wczepiła sobie Flame też nie było wielkim zaskoczeniem, ale sposób w jaki to wykonała już tak. Przetłaczając sobie krew Ontari. Mount Weather style. Bardzo ładne odwołanie do poprzedniego sezonu, pokazujące jak cienka jest granica między bohaterami i złoczyńcami, jak daleko można się posunąć by wygrać.

Wszczepienie Ducha przez Clarke pozwoliło udać się jej do matrixa. Co za piękne widoki w City of Light i niezwykle intensywne sceny. Pierw widok miasta z dramatyczną muzyką podkreślającą zagrożenie. Dynamiczna kamera, chłód bijący od budynków, drzewa pozbawione roślinności, przytłaczająca architektura i zagubiona Clarke. Czuć było grozę tego miejsca. A potem szczęśliwi ludzie i Jasper jedzący lody dla kontrastu. Byłem zachwycony oglądając podróż Clarke. Zwłaszcza jak pojawiały się umiejętnie wplecione symbole nieskończoności, które miały ją pokierować do wyłącznika.

Wizyta w Mieście Światła to też powrót Lexy. Hurra! Ale chemia między aktorkami i wielka szkoda, że to prawdopodobnie jej ostatnia wizyta w serialu. Tęsknię za nią, ale ten krótki powrót był dzięki temu jeszcze lepszy. Wcześniej zginęła przypadkową śmiercią, teraz można byłą ją pokazać jako wojownika. Szkoda tylko, że tak mało dostała rozmów z Clarke.

Zastanawiałem się jaki będzie twist w finale. Musiał być. Od zawsze było wiadomo, że A.L.I.E. chroni ludzkość. Nie jest stereotypowym AI chcącym wybić populację. I niestety popełniono ten sam błąd co z Pike'em. Za późno nadano jej głębię, za długo trzymano ją w tajemnicy, powinno być więcej sugestii, że ona ma rację. Ale może wtedy finałowa konfrontacja nie miałaby takiej siły? Clarke dotarła do wyłącznika (wirtualna stacja kosmiczna!) gdzie dowiedziała się strasznej prawdy i stanęła przed kolejnym trudnym wyborem. Na całym świecie topią się rdzenie w elektrowniach atomowych i za pół roku 96% powierzchni Ziemi będzie niezdatna do zamieszkania. A.L.I.E. dokonuje transferu ludzkiej świadomości do Miasta by zachować w najlepszy według niej sposób ludzkość. Clarke musi zdecydować czy zamknąć Miasto i ocalić ludzi czy zginąć za pół roku. Jasne, wybór był oczywisty, ale kolejny raz trudny. Eliza Taylor świetnie zagrała niezdecydowanie i negocjację z A.L.I.E. Szukała innego wyjścia i się nie udało. Zrobiła co trzeba i prawdopodobnie skazała ludzkość na zagładę. Ale jak to powiedziała - "We figure something out. We always do". Zawsze jest jakieś wyjście, trzeba je tylko znaleźć.

Ten odcinek to nie tylko trudna decyzja Clarke, ale też świetne momenty u innych bohaterów. Murphy dosłownie pompujący serce Ontari był przysłowiową wisienką na torcie. Dla mnie najciekawsza była historia Octavii. Przysięgła zemstę i była nawet skłonna poświęcić walkę z A.L.I.E. by jej dokonać. Atakuje Pike'a i pozwala mu zginąć, ale w ostatniej chwili ratuje go Bellamy. Potem jest miejsce by Pike mógł odpokutować część grzechów w walce. Nawet ratuje życie Octavii. I co się dzieje? Ona i tak go zabija. Bezlitośnie, gdy jest miejsce na świętowanie wiktorii wbija mu miecz w brzuch. Blood must have blood. A ja głupi oczekiwałem szczęśliwego zakończenia.

Inne:
- rozmowa Clarke z matką po jej uratowaniu. Ale świetna chemia między aktorkami i te emocję!
- wspinająca się armia na szczyt wieży! Piękne widoki.
- poza Pike'em nikt ważny nie zginął. Nawet Harper nic się nie stało. Dobrze.
- poczwórne zabójstwa Lexy! Tak się wprowadza bohaterów na scenę!
- "The goal isn't everything, A.L.I.E.. How you reach the goal matters, too. I'm sorry that I didn't teach you that." Clarke by się nie zgodziła.
- "You don't ease pain. You overcome it and we will." i potem to zdziwienie na twarzy A.L.I.E.!
- "Human beings are the only species that act against their own self-interest. We torture each other. We fight, hurt each other, break each other's hearts. None of that exists here. A.L.I.E. is protecting us from ourselves."Dokładnie tak jak mówi.

OCENA 5.5/6

The Flash S02E22 Invincible
Tydzień temu chwaliłem, dzisiaj będę w większości narzekał. Ogólnie sezon przyzwyczaił mnie do słabszych odcinków, ale biorąc pod uwagę kontrast z poprzednim taki spadek formy boli tym bardziej. Już sam zarys fabularny mi się nie podoba - armia metaludzi atakująca miasto i heroizm w obywatelach. Przecież to dosłowna zrzynka z Uprasing z Arrow. Sprawę trochę ratuję Black Siren (nie sądziłem, że będę się tak cieszył z wizyty Katie Cassidy), tajemniczy plan Zooma, wizję Cisco i trauma Catlin. Niestety to tylko momenty.

Najbardziej męczy Barry. Pomyślałby, że wizyta w Speed Force będzie miała na niego pozytywny wpływ. Zamiast tego chodził nabuzowany endorfinami i wierzył w pomyślności misji. Bo moc mu tak powiedziała. Na szczęście reszta bohaterów patrzyła na niego z odrobinę politowania, ale to ona napędza serial i oglądanie go w takiej formie mnie wymęczyło. Scenarzyści mają problem z znalezieniem złotego środka. Albo zbyt mrocznie albo to.

Jednak najbardziej przeszkadzał Wally. Bez mocy wyszedł na miasto walczyć z metami. Oj, jak oglądanie jego działań męczyło. I ta płytka motywacja - chcę być bohaterom ponieważ zostałem uratowany przez Flasha. Fajnie, że postać ewoluuję, ale niech to nie będzie w tak drętwy sposób. Więcej wiarygodności by nie zaszkodziło. I niech przestaną go parować z Jesse. Między nimi nie ma WCALE chemii. A ona niech korzysta więcej ze swojego intelektu, a nie będzie ozdobą tła.

Ogromnie przeszkadza mi też końcówka. Śmierć Henryego jest zupełnie niepotrzebna i będzie prowadziła do jeszcze większego angstu u bohatera. I jak można było przywracać postać tylko po to by ją zabić? Przecież wiemy, że Zoom jest niebezpieczny, nie potrzebne są kolejne ofiary, a zniszczenie Earth-2 odpowiednio podbiło stawkę na finał. Nie kupuje też psychopatycznych motywacji Zooma, który chcę by Barry był taki jak on.

OCENA 3.5/6

niedziela, 15 maja 2016

Serialowe podsumowanie tygodnia #185 [09.05.2016 - 15.05.2016]

SPOILERY

Banshee S04E06 Only One Way a Dogfight Ends
Pierwsza połowa odcinka strasznie mnie wynudziła. Serial ma bogatą obsadę, którą konsekwentnie rozwiał przez trzy sezony, a i tak skupia się głównie na nowych twarzach. Lubię wątek Bunkera, podoba mi się co dzieje z neonazistami, ale to dostaje zbyt dużo czasu. Tak jak śledztwo w sprawie satanistów. Ma mroczny klimacik, ale powinien to być dodatek, a nie główna oś serialu. Teraz gdy Veronica została porwana Lucas będzie jeszcze bardziej obwiniał się za to, że śmierć podąża za nim i skupi się na wątku kryminalny. Szkoda, że finałowy sezon nie był o starciu z Protcotrem tylko to zbiór mniej lub bardziej interesujących historyjek.

Najlepiej wypadały sceny z Carrie (i załamanie Lucasa). Pierw podczas rozmowy z Deavą, a potem spotkanie z Protcotrem w sędzie. I scena akcja w domu. Co jak co, ale pod tym względem Banshee jest mistrzowskie. Fantastyczne starcie dwóch kobiet z masą dźwigni i walką w parterze oraz niezwykle dynamiczna strzelanina. Nawet dorzucono tutaj dramatyzm w wątku Deavy i jej zabójstwo w samoobronie.

OCENA 4/6

Game of Thrones S06E03 Oathbreaker
Po dwóch bardzo dobrych odcinkach, napakowanych istotnymi informacjami zdarzył się spodziewany przestój. Bolesny, pełen bezwartościowych scen i dłużących się momentów. Wciąż klimatyczny, wciąż chwilami zachwycający, ale ogólnie rozczarowujący.

Najważniejszy był powrót Jona. Znowu dostała mu się klamra dla odcinka. Pierw powstaje z martwych i chwila orientacji w swojej sytuacji, zdradza też, że po śmierci nic nie ma. Dobrze zagrane, a przemowa Davosa, który namawia go do naprawy sytuacji powinna na niego zadziałać. Tylko tak się nie stało. Po egzekucji swoich morderców (godząca w niego cisza Olliego!) postanawia odejść z Czarnego Zamku. Ludzie w niego wierzą, wskrzeszają go, a on to olewa. Lekki zawód bo do niczego nie prowadzi, ale z drugiej strony ciekawe. Zmęczony życiem i klęskami rezygnuję ze swojej roli. Pewnie nie na długo zwłaszcza w kontekście flashbacków.

Bardzo rozczarowujących flashbacków. Nie z powodu treści, a sposobu ich przedstawienia. Jak można było je przerwać w takim momencie i nic nie powiedzieć? Dostałem tylko fajną walkę i delikatne odmitologizowanie Eddarda w oczach syna. Tyle. Delikatna wzmianka o Trydencie i zero Lyanny. Słabo.

Serial niestety przypomniał sobie o Samie. Prawie cztery stracone minuty na rozmowę z Goździk i przypomnienie o jego trudnej sytuacji z ojcem i gdzie płyną. Szkoda, że mnie to nie obchodzi. Tak samo jak sceny z Daenerys. Przybyła do miasta dothraków i zagrożono jej sądem. Wszyscy i tak wiemy, że nic się jej nie stanie.

Powtórzę się, ale w Meereen też nudno. Pierw długa rozmowa Varysa z niewolnicą pracującą dla Harpii. Świetnie zagrane, ale nic nowego nie powiedziała. Dopiero później Pająk wyjaśnił kto finansuje ich wrogów. Wszystko to zostało poprzedzone długim monologiem Tyriona przed Missendi i Szarym Robakiem. Świetnie zagrane, śmieszne i... kompletnie nic nie wnoszące.

To samo w Królewskiej Przystani. Joffrey nie potrafi się odnaleźć w roli króla i jest wykorzystywany przez Wróbla. Qyburn pokazuje czym są małe ptaszki Varysa. Carsei i Jamie chcą brać udział w zebraniach Małej Rady co nie podoba się rządzącym. Nic co miałoby wielki wpływ na fabułę serialu. Może to zaowocować później, ale na litość Siedmiu, mamy szósty sezon, w tym momencie każdy wątek powinien być istotny dla całej opowieści.

Bardzo efektownie wyszły sceny z Aryią. Trening, walki, rozmowy. Wiarygodnie zagrane z ciekawym, równoległym montażem pokazującym postęp jej nauk i zmiany jakie w niej zaszły. Czyżby do końca zaakceptowała kim jest? Znowu to było zbyt długie, ale dobrze się oglądało. I coś delikatnie ruszyło ponieważ odzyskała wzrok.

Ważne rzeczy działy się na Północy w Winterfell. Sojusz z Umberami to potężne wzmocnienie dla Ramseya i zapowiedź najazdu na Czarny Zamek. To też wielki powrót. Rickon wrócił! Kolejny Stark na szachownicy. Nie tak ważny jak inni, ale jestem ciekaw jak zostanie wykorzystany. Tylko czemu zabili Kudłacza?!

OCENA 4/6

DC's Legends of Tomorrow S01E14 River of Time
To był odcinek w stylu jaki lubię. Nacisk na bohaterów, bez durnej akcji, a cała załoga statku na jego pokładzie przez niemalże 40 minut + okazyjne flashbacki. To w tym serialu jest najlepsze - interakcja między bohaterami, praktycznie samograj. I może nie było tutaj jakiś fajnych pairingów, a dramat Jackosna trochę niepotrzebny, tak samo jak love story Hawków, to i tak świetnie się to oglądało. Mieliśmy delikatne załamanie Ripa, Martina wyciągającego informację od Vandala, duet Snart & Rory i piękny widoczek Vanishing Point. Ja się bawiłem doskonale mimo widocznych problemów. A końcowy cliffhanger, cóż spodziewany, ale wyniknie z niego jedna dobra rzecz - Leonard współpracujący z Sarah.

O za ten dialog należą się odcinkowi wszystkie pochwały:
- Who are you to stand up against me, Vandal Savage, destroyer of empires?
- Leonard Snart, robber of ATMs.

 OCENA 4/6

DC's Legends of Tomorrow S01E15 Destiny
Na początek rzecz najważniejsza. JAK ONI MOGLI ZABIĆ LEONARDA?! No jak, ja się pytam? Najlepsza postać w serialu, błyszcząca w duecie z kimkolwiek by nie był na ekranie, dostarczyciel najlepszych onlinerów, zdobywca niewieścich serc i prawdziwy bohater z kryminalną przeszłością ewentualnie bohaterski kryminalista. Kapitalna rola Millera. Mojej złości nie zmniejsza nawet to jak zginął. Poświęcając się dla dobra drużyny i dokonując zemsty na Time Masters, sam decydując o swojej przyszłości. Prawdziwie heroiczna śmierć. Na szczęście to nie koniec Millera w arrowverse. Aktor podpisał kontrakt na występy we wszystkich trzech serialach uniwersum + Supergirl. Ja jednak cicho liczę, że wróci dobrze znany Snart, a nie jego alternatywne wersję z różnych etapów historii. W końcu został zabity na krawędzi Strumienia Czasu, łatwo można wytłumaczyć jego powrót. Prison Break dług nie pociągnie więc na S03 może wrócić. Albo pojawiać się gdziekolwiek będzie Sarah.

Jaki był sam odcinek? Wyśmienity. Dużo fajnie poprowadzonej akcji to jedno. Drugie to błyszczący bohaterowie. Trzecie, idealnie wpasowany humor. Najbardziej zaskoczył mnie jednak fabularnie. Time Masters od początku kierowali krokami naszej drużyny, dokładnie zaplanowali przejęcie władzy Savage'a i śmierć rodziny Ripa. Na przestrzeni serialu dużo mówiło się o predestynacji i wolnej woli, a ten odcinek był tego zwieńczeniem. Bohaterowie zdali sobie sprawę, że są kukiełkami i przecięli więzy ich ograniczające. Ciekawie było oglądać ich załamanie gdy zdali sobie sprawę, że wykonują czyjąś wolę, ale też nie pozbawiło to ich wyrzutów sumienia z tego co dokonali w swoim życiu.

Serial w drugim sezonie ma przejść lekki reboot i prawdopodobnie już zaczęto budować nowe wątki. Vandal okazał się mniejszym złem mającym powstrzymać inwazję kosmitów na Ziemię. Czyli jeśli jego zabraknie ktoś inny będzie musiał wypełnić jego miejsca. Niestety to też zapowiedź większej roli Hawków z powodu planety kosmitów, która w komiksach jest ich rodzinnym domem. Trochę szkoda.

OCENA 5/6

Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D. S03E19 Failed Experiments
Nie wiem czemu to sobie robię. Zdaje sobie sprawę, że to słaby serial i dawno przestałem się przejmować postaciami. Mimo to odpalam kolejne odcinki, denerwuje się podczas oglądania, piszę zazwyczaj krótki rant i za tydzień robię to samo. Chyba tak brzmi definicja szaleństwa. Lub koncertowego marnowania czasu. Już lepiej byłoby iść nakarmić kaczki.

Tym razem SHIELD odnajduje Hive'a i co robią? Koncertowo niszczą szansę pokonania przeciwnika. Brak planu nie przeszkodził im zaatakować jego bazę. Zamiast wyczekać odpowiedniej chwili i pozwolić duetowi Fitzsimons główkować lub zbombardować dziada to wysyłają tam kilku piechurów, którzy do niego strzelają. Proszę. Przy okazji Mack wykazuje się niesubordynacją i próbuje dotrzeć do rozumu Daisy. Bo wiadomo, on w nią wierzy i może do niej dotrzeć, a ona jest silniejsza od jakiegoś pasożyta. Trochę wiary w naukę! Z całej tej wyprawy to tylko May miała fajną scenę gdy uwodziła wybuchającego Australijczyka.

Z punktu widzenia mitologii serialu najważniejsze były odwiedziny Ziemi przez dwójkę Kree. Którzy od tysięcy lat orbitowali nad naszymi głowami. Dwaj potężni żniwiarze mający posprzątać po nieudanym eksperymencie (skoro wiedzieli, że nie jest udany to czego nie zrobili tego wcześniej?). I okazali się groteskowymi przeciwnikami nie stanowiącymi realnego zagrożenia. Nudne walki i śmierć. Zostało ciało więc będzie można się pobawić w małego doktora i przeprowadzić kilka eksperymentów, ale niezbyt mnie interesuje czy coś z tego będzie.

Nie interesuje mnie też czy Lincoln przeżyję. Nie posłuchał się Culsona i wziął niesprawdzony lęk na pasożyta. Jak w przedszkolu - dyrektor mówi jedno, a podwładny się nie słucha. I tak przez cały sezon. Niech to się już skończy. Nawet Fitzsimmons nie bawili w odcinku bo już im próbowano wrzucić kilka problemów w związku. Za szybko, niech się trochę sobą nacieszą!

OCENA 2.5/6

Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D. S03E20 Emancipation
Dwa lata temu premiera Winter Soldiera dała nowe życie Agentom. Rok temu wątki z Avengers 2 zostały lekko zasygnalizowane. W tym było podobnie. Sokovskie porozumienia niby odgrywają jakąś rolę w fabule, sprowokowały wizytę Talbota u Culsona i rozmowy o rejestracji superludzi. Tylko równie dobrze te wątki można by poprowadzić bez filmu. Jak na razie jest to mocne nawiązanie do uniwersum i nic poza tym. Może to i dobrze, przynajmniej serial niczego nie zaspoilował.

Mimo zaprzepaszczonej możliwości i przewidywalności historii odcinek oglądało się dobrze. I nie wiem z czego to wynika. Postacie zachowują się głupio i nie dziej się wiele, ale coś w tym było. Coś co sprawiło, że przyciągało wzrok. Znośnie oglądało się Lincolna, Macka z Eleną czy nawet Culsona przeczuwając jego plan. Nawet Hive zbytnio nie denerwował. Wiec ostatecznie jestem zadowolony. Nawet delikatnie poruszono motyw wizji Daisy tak żeby jeszcze bardziej utrudnić typowanie Wielkiej Nadchodzącej Śmierci.

Jednak jedna rzecz wyszła bardzo głupio - sposób pokonania Hive'a. Agenci dalej nie mają pomysłu jak to zrobić więc używając podstępu wysyłają Lasha by go pokonał. Serio?! Ani przez chwilę nie martwili się, że zostanie zainfekowany przez pasożyta?

Dobra była jeszcze jedna głupa rzecz. Talbot mówi o Avengers, że teraz działają dla ONZ. Martwi się apokaliptycznym zagrożeniem, zastanawia się nawet czy nie wysłać tam armii. Ale o Avengersach nie pomyśli. Przecież do takich sytuacji zostali stworzeni.

OCENA 4/6   

The Flash S03E21 The Runaway Dinosaur
Wystarczył świetny reżyser i serial zafundował najlepszy odcinek od bardzo długiego czasu. Kevin Smith zna się na rzeczy i to widać. Większość scen ma jakieś znaczenie, humor działa doskonale, a momenty dramatyczne wychodzą jak nigdy. Aż szkoda, że czeka mnie powrót do walki z Zoomem. Oby zmiana w Barrym pozostała i wprowadziła więcej optymizmu do serialu.

Ten odcinek do wyprawa w Speed Force i wgłąb Barry'ego. Jest ona wszechpotężną siłą istniejącą jeszcze przed powstaniem wszechświata. Jest niczym bóg uniwersum, wieczny obserwator szukający swoich czempionów do walki ze złem i pomagający im w chwilach kryzysu. Niby serial wiecznie obraca się wokół umownej nauki, to nie mam nic przeciwko dodaniu tutaj mistycyzmu. Chciałbym nawet żeby to było rozbudowane, dlatego żałuje, że Barry nie zadawał pytań o naturę swoich mocy, skąd się wzięły, czego Speed Force od niego oczekuje. To chyba pytania na przyszłość. I idę o zakład, że zagrożenie o którym SF mówiło to nie Zoom, a coś o wiele potężniejszego.

Jednak to nie Speed Force było najważniejsze, a Barry. Rozliczenie się ze swoją przeszłością, pogodzenie z wyborami których dokonał i zaakceptowanie siebie jako bohatera. Wszystko to w serii spotkań z awatarami bliskich. Najważniejsza była rozmowa z matką. Kapitalnie nakręcona gdzie pianino wygrywające pojedyncze nuty nadawało przygnębiający nastrój całej scenie. Gdzie Barry zrozumiał kim jest, jaka jest rola bohatera. A potem przyszła jeszcze lepsza scena gdzie Barry czyta z matką książkę o tytułowym dinozaurze, podkreślając więzi rodzinne oraz przeznaczenie do bycia bohaterem. Przejąłem się, świetnie zagrane i opowiedziane.

W StarLab ekipa próbowała desperacko sprowadzić Barry'ego i walczyła z Griderem. Ja jednak zapamiętam te sceny za humor bijące z każdej sceny. Czy to Cisco i Iris w kostnicy czy Harry robiący miny gdy przemawiał Cisco. Albo Joe rozmawiający o zmianach w ciele Wally'ego. Dawno się tak nie śmiałem na serialu. Było też bieganie za meta w stylu Benny'ego Hilla, ale dzięki komediowym scenkom wybaczam.

Wciąż nie wiadomo czy Wally i Jesse dostali moce. Ja jestem tego pewien, sporo na to wskazuje jak choćby Barry wybudzający Jesse z śpiączki. Jednak równie dobrze serial może się z nami bawić.

Zoom sprowadził armię meta na naszą Ziemię i promo zapowiada walki w mieście. To mi trochę przypomina finał S02 Arrow z powstaniem i armią Deathstroke'a. Oby wyszło równie przednio.

OCENA 5/6

poniedziałek, 9 maja 2016

Serialowe podsumowanie tygodnia #184 [25.04.2016 - 08.05.2016]

SPOILERY

Alias S02E05 The Indicator
Wróciłem po długiej przerwie do Alias i zostałem cieplutko przywitany przez świetny odcinek. Może akcji było niewiele, a to co zaprezentowano nie przedstawiało się oszałamiająco, ale to jak poprowadzono Sidney, co zagrała Jennifer Garner i jak udźwiękowił to Michael Giacchino to małe mistrzostwo. Podczas swojej misji trafiła na dzieci przygotowywane do bycia szpiegami co odblokowało u niej zapomniane wspomnienia. Krótka sesja hipnozy (ładna wizja swojej młodszej wersji) i odkrycie prawdy - ojciec przygotowywał ją do tego samego. Od dziecka była kształtowana by zostać agentem CIA i jak widać udało się. To załamanie na twarzy Garner, strach i zdanie sobie sprawy, że ktoś manipuluje jej życiem, a ona jest tylko pionkiem. Wykorzystywana przez SD-6, CIA, matkę i teraz ojca. Kiedy wreszcie sama będzie mogła zdecydować o swoim życiu? 

Ten odcinek to też dalsze znęcanie się nad Sloanem. Ktoś uświadomił mu jak łatwo można było sfingować śmierć żony i bawi się z nim tym konceptem. Ciekawe kto taki. Udanie wyszła też jego rozmowa z Jackem gdy przyznał się do zabicia żony. Zaraz po tym gdy Jack usłyszał, że on mógł skazać własną na karę śmierci. 

OCENA 4.5/6 

Alias S02E06 Salvation
Nigdy się nie przestanę dziwić ile rzeczy udaje się upchnąć w 40 minutach Alias. Akcja, prywatne życie bohaterów, twisty fabularne, rozwijanie mitologii, chwilę spokoju, parę minut dla każdego. To wszystko tutaj jest. I pasuje do siebie mimo, że odcinki nie zawsze mają sztywne ramy. Tutaj niby głównym motywem była próba zdobycia wirusa i konflikt Sidney z ojcem. Wyciśnięto z tego bardzo dużo. Przyjemna w oglądaniu była scena akcji z Sidney i dwoma pistoletami, chociaż wciąż daleko jej do Root pod tym względem. Jednak ciekawsze były jej relację z ojcem. Gdy on się tłumaczy, ona przyjmuję to z zrozumieniem i potem stwierdza, że i tak mu nie wierzy. Była też matka, której wyrok miał zostać już za chwilę wykonany. Dodało to dużo dynamiki tej dwójce, a całość skończyła się przyjemnym cliffhangerem gdzie Sydney będzie musiała jeszcze umiejętniej lawirować między SD-6, a CIA.

Nie wiem jeszcze co myśleć o zbliżeniu Willa do CIA. Chyba wolałem go poza obiegiem, jako niezależnego przyjaciela Syd. Chociaż z drugiej strony wątek rosyjskiej rekrutacji na amerykańskiej ziemi ma w sobie ciekawy konspiracyjny potencjał, który może przerodzić się w coś dużego. Jak sprawa z artefaktami Rembaldiego, która niestety jest rozwiązywana zbyt wolno i boję się, że serial nie ma do końca na to pomysłu. Jednak nie będę uprzedzał faktów i martwił na zapas. 

Dobra, wątek Sloana dalej interesuje. Zaczyna widzieć swoją żonę i odkrywa pustą trumnę. Tylko serial nam sugeruje, że to Jack się nad nim znęca. Duży znak zapytania dotyczący tego wątku. Troszkę mniej interesująca jest choroba Vaughna. Rozumiem budowanie napięcia i dodanie zagrożenia, ale trochę już tego za dużo. 

OCENA 4.5/6  

Alias S02E07 The Counteragent
Zupełnie niepotrzebnie obawiałem się wątku z zarażeniem Vaughna. Został poprowadzony z rozwagą, bez zbytecznego dramatyzmu i doprowadził do interesujących sytuacji. Podczas misji Sydney zlekceważyła bezpośrednie polecenie co pokazało jak bardzo przypomina ojca. I doprowadziło to do jej współpracy z Sarkem. David Anders jest zawsze mile widziany. Wydanie Sloana, oczekiwanie na jego śmierć i w końcu współpraca z Sarkem. Intryga się zagęszcza, sieć powiązań jest coraz bardziej skomplikowana i znowu powraca Rambaldi.

Poboczne wątki były trochę bardziej okrojone niż zwykle. Najciekawszy ten związany z Willem gdy odkrywa, że jednak ZSRR rekrutowało dzieci na terenie USA i ktoś usilnie stara się to ukryć. Czuje tutaj grubszą intrygę z udziałem CIA.

OCENA 4/6

Alias S02E08 Passage (1)
Odcinek nie zagrał do końca. Fajnie, że Dixon znowu pojawił się podczas akcji, szkoda, że nie odegrał istotnej roli. Tak jak Sark. Oczekiwałem więcej scen z Sidney i trudnej współpracy, zamiast tego był jedynie powodem kolejnych misji. Pierwsza była nudna, standardowe zdobycie McGuffina. Druga, zakończona cliffhangerem o wiele lepsza z jednego, prostego powodu - brała w niej udział cała rodzinka Bristow. Świetna chemia między aktorami gdy działali pod przykrywką, wiecznie zły Jack i manipulująca wszystkimi Irina. Kapitalnie się to oglądało. 

Dobrze ogląda mi się też Willa. Obawiałem się wątku współpracy z CIA, a całkiem nieźle się sprawdza. Nawet mu kibicuję, a to dobrze wróży na przyszłość. Co najważniejsze, jest to ciekawe, tylko mogłoby się szybciej rozwijać. 

OCENA 4/6 

Alias S02E09 Passage (2)
Bezpośrednia kontynuacja poprzedniego odcinka wypadła dużo lepiej. Wątki poboczne wciąż ograniczone do minimum, ale jakże świetnie ogląda się relację w rodzince Bristow. Wieczne kłótnie między Jackem i Iriną, ale też moment zrozumienia, nostalgiczny powrót do przeszłości gdzie cała trójka poczuła się jak rodzina. Oczywiście to było tylko chwilowe. Odcinek trzymał w napięciu, bawił się z widzem podsuwając mu fałszywe tropy. Jak choćby "zdradzająca" Irina, która potem ratuje Jacka i Sid. Fajnie też było oglądać Sidney jaką tą najdojrzalszą, skupioną na misji, muszącą uciszać rodziców. 

Mitologia jak zwykle rozwija się w tępię spacerującego ślimaka. Całe zamieszanie z atomówkami było po to by otworzyć artefakt Rambaldiego. W którym znalazł się kwitnący, 400 letni kwiat. Więcej sci-fi i fantasy poproszę. 

OCENA 4.5/6

Banshee S04E05 A Little Late to Grow a Pair
Nie będę jeszcze raz narzekał na Banshee. Wystarczy kliknąć na taga pod wpisem i poczytać co pisałem o poprzednich odcinkach. Wciąż są te same wady, ale teraz oglądało się o wiele lepiej. Tempo było lepsze, ciekawiej rozpisano głównych bohaterów, a eksplozje brutalności zachwycają i odpychają w tym samym momencie. Niby prowincjonalne miasteczko jakich wiele w USA, a tak na prawdę piekło na ziemi. Sataniści, mafiozo burmistrzem, neonaziści, korupcja, mormoni. To wszystko składa się na fascynująco mieszankę, którą chcę się oglądać i za którą będę tęsknił. Tak jak za postaciami - świetna scena rozmowy Lucasa z Hioba, potrzebne pojednanie dla postaci. Zaskakująca wyprawa do klubu sado-maso zakończona prostą bójką. Nawet coś kliknęło w wątku nazistów, zwłaszcza gdy pokazano Kurta celującego z snajperki do Wattsa. I ta końcówka. Nad Banshee nadciąga kataklizm, który obejrzę z prawdziwą przyjemnością. 

OCENA 4.5/6

DC's Legends of Tomorrow S01E13 Leviathan
Drużyna zawitała do 2166 roku, szczytu władzy Vandala i nie było jakoś specjalnie strasznie i groźnie. Owszem, był quasi faszystowski reżim, rebelianci i uchodźcy ale spodziewałem się czegoś na większą skalę. Zamiast walki z Vandalem był to bardziej odcinek o jego córce. I nie mam nic przeciwko bo danoe dzięki temu dużo czasu Snartowi. Leonad szybko poznał ojca wykorzystującego dziecko i pomógł dziewczynie. I szybciutko między nimi zaiskrzyło. Może nie romantycznie, ale czuć chemie między nimi. No i Snart na ekranie to zawsze plus. Fajnie wypadło też starcie Atoma z tytułowym Lewiatanem. Powiększony Ray i śmiesznie walka niczym z Power Rangers. Dobrze się bawiłem to oglądając. Nawet nie przeszkadzała mi walka z przeznaczeniem i wiara w wolną wolę. Zgrabnie to wszystko poprowadzono.

Aż do samego końca. Na samym końcu się posypało. Już Vandal ma zostać pokonany, już rodzina Ripa ma zostać ocalona i wtedy pojawia się Carter jako żołnierz Savage'a. Wyprano mu mózg, tylko wielki zły może go ocalić więc Kendra nie może go zabić, bo miłość i przeznaczenia. Nie podoba mi się to. Ten miłosny wątek nie jest w ogóle interesujący, a teraz przysłonił całą główną historię. Jakby nie mogła poprosić Ripa by zawiózł ją w inny okres historyczny po inną wersję Cartera. 

OCENA 4/6  

Game of Thrones S06E01 The Red Woman
Muszę się do czegoś przyznać. Nie czekałem na powrót Gry o Tron, daleko było mi do powszechnej ekscytacji. Już z poprzednim sezonem miałem problem. Zwykłe znudzenie materiałem. Odcinek włączyłem dopiero w środę wieczorem i to z poczuciem pewnego obowiązku. Przy okazji natknąłem się na kilka spoilerów, co akurat było do przewidzenia. A i tak się zaskoczyłem. I wkręciłem. To był solidny powrót, który sprawił, że jednak czekam na więcej i prawdopodobnie już w poniedziałek będę po seansie następnego. Z prostego powodu, chcę wiedzieć co się stanie z Starkami. Ale po kolei.

Jon Snow magicznie nie ożył. Wciąż jest zimnym trupem i spoczywa w komnacie Czarnego Zamku. Czyli jednak go nie wskrzeszą? Tylko czemu w takim razie tak długo ciągną jego wątek. Bunt w zamku i przejęcie władzy przez Allistera to nie jest zbyt nośny temat i szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie historii na Murze bez jednego z głównych bohaterów. Tak więc trzeba dalej czekać. Nie rozumiem też jednego - jak tak łatwo udało się wymigać zdrajcą od zabójstwa Jona. Akceptowanie morderstwa swojego przywódcy w imię wyższego celu odbyło się zbyt szybko.

W Winterfelll znowu pokazano bezwzględność Ramseya, który po wyznaniu swojego przywiązania do Mirandy rozkazuje użyć jej ciała jako karmy dla psów. Piękny dowód miłości! Ważniejsza była jego rozmowa z ojcem. Może trochę bezcelowo bo przypomniała status quo - Sansa jest ważna i tylko dzięki niej będzie można utrzymać Północ. Rose postraszył też syna i przypomniał, że jego żonka spodziewa się dziecka. Kolejne zaostrzenie stosunków. Czyżby Boltonowie mieli stracić Winterfell z powodu kłótni rodzinnej?

Najciekawsze sceny w zimowej scenografii dotyczyły Sansy. Piękne widoczki, dramatyczna ucieczka, jeszcze więcej dramaturgii podczas walki i zjawienie się Braine z Podrickem. Dynamiczna i brutalna scena akcji była przy tym miłym dodatkiem. Lepiej jednak oglądało się Sansę, która odbierała przysięgę wierności od swoje strażniczki. Sophie Turner zagrała to świetnie. Pytanie co teraz? Czarny Zamek? Oby nie. Littelfigner i Dolina też odpadają. Fosa Calin zdobyta więc Reedzi też odpadają. Nie sądzę by serial wprowadził jakiś nowych sojuszników Starków. Więc Blackfish i reszta Tullych? Albo Greyjoy'owie. Serial wykastrował ich z jednego wątku więc mogę dostać inny.

Wyjątkowo nudno w Królewskiej Przystani. Lena Headey świetnie sportretowała smutek Cersei po stracie córki oraz strach przed przeznaczeniem. I tyle w tym wątku. Mało u Margery. Siedzi w lochu, słucha nawoływań septy do wyznania grzechów i spotyka się z Wróblem. Tutaj kolejne rozstawianie pionków i zarysowywanie konfliktu na linii bogowie - ziemscy władcy.

Największy szok to sceny w Dorne. W książce ten wątek wlekł się niemiłosiernie i nie doprowadził do niczego konkretnego. Tutaj było konkretne jebnięcie i aż wyszeptałem WTF. Krótko - Martyl i jego syn giną w zamachu stanu zorganizowanym przez Ellarie, a ochrona nie ma nic przeciwko. Może ta linia fabularna nie była najciekawsza, a bohaterowie nudzili, ale konsekwencję tego czynu są gigantyczne dla całej historii. Przede wszystkim Ellaria chcę zemsty na Lannisterach co oznacza kolejną wojnę. W Dorne rządzi uzurpator, a Królewska Przystań nie posiada silnego władcy. To sprowadza jeszcze większy chaos na Westeros i aż prosi się o Daenerys, która będzie mogła zaprowadzić porządek. Która swoją drogą jest naturalnym sojusznikiem Dorne. Pogmatwali, ale to dobrze.

Za Wąskim Morzem też chaos. Meeren bez Królowej jakoś sobie radzi, a Tyrion i Varys zwiedzają miasto. Zapowiedź kłopotów. W tym wątku najbardziej podoba mi się odstępstwo od książki. Tyrion nie jest wiecznie pijanym karłem, który nieustannie się nad sobą użala. Aż chcę się go oglądać!

Ciekawe było oglądanie Dany w niewoli. Miły powrót do znanych klimatów Dothraków. Scena gdy wypowiada swoje imię przed innym khalem robiła wrażenie. Świetnie zagrana determinacja i władza mimo tego że nic nie posiada. Jest siła tylko smoczka brakuje. Ale przyda się jej własny walk of shame z którego będzie mogła wrócić jeszcze silniejsza. Znając ją to pewnie zdobędzie przy okazji całą armię.

Scena z Aryią była krótka. Przypomniano tylko w jakim znajduje się stanie - ślepa żebraczka na ulicach Braavos, co jest jej kolejnym etapem nauki. Zostaje pobita w nierównej walce i zapowiedź, że będzie się to codziennie powtarzać. Chyba najwyższy czas żeby serial zrobił z nią coś konkretnego. Miała długą drogą, wiele przeszła, ale wiele się nie zmieniła. To wciąż Aryia Star z Winterfell. I niech lepiej o tym nie zapomina. Chciałbym by i jej historia wreszcie zaczęła się krzyżować z "większym planem".

I na koniec Mellisandre. Najgłośniejsze wydarzenie odcinka. Zdjęła swój klejnot po czym okazało się, że jest tak na prawdę staruszką korzystającą z magii. Czyli jednak posiada w sobie moc. Może jednak jest w stanie wskrzesić Jona? Tylko to jej zrezygnowanie niepokojące, jakby przestała wierzyć w swojego Pana.

Inne:
- Mellisandre wraca do Czarnego Zamku, a Davos nawet nie spyta się co tam słychać u Stannisa.
- Duch się pojawił, fajnie. Ciekawe kiedy i czy serial przypomni sobie o wilkorze Aryi.

OCENA 4.5/6

Game of Thrones S06E02 Home
On żyję! Jestem pełen podziwu jak HBO przeprowadziło powrót Jona Snowa. Pierw szokujący cliffhanger, potem bezustanne potwierdzanie śmieci, narastające plotki i spekulację, wyciekające materiały z planu, brak przedpremierowych recenzji i trolling w pierwszym odcinku po powrocie. I niby to było oczywiste, to wciąż ludzie mieli wątpliwości, a gdy się to stało można było odetchnąć z ulgą. Samo zmartwychwstanie nie byłoby tak dobre gdyby nie to jak je pokazano. Davos proszący znienawidzoną kobietę o pomoc to jedno. Pomoc Dzikich to drugie. Jednak najmocniejszy był sam rytuał. Klimatyczny, podniosły i długi. Przeciągnięty do granicy wytrzymałości... i zakończony pozornym fiaskiem. Kolejne ujęcia trupa Jona, kolejne oczekiwanie, nieprawdopodobne napięcie i jest, budzi się! Wow, to była świetna scena. Teraz czas na reperkusję. Nie tylko dla Straży, Królestwa, ale i głównego bohatera. Jestem ciekaw jak to odbierze. Zmiany są pewne, ale nie sądzę żeby był jeszcze bardziej emo niż jest.

Ten odcinek to nie tylko wskrzeszenie Jona. Działo się w nim dużo innych dobrych rzeczy, powiedziałbym nawet, że okazał się lepszy od premiery. Wrócił również inny Stark - Bran. Tutaj rozłąka trwała rok i od razu wylądowaliśmy w jego śnie, który okazał się kreatywnie poprowadzonym flashbackem. Młody Ned z siostrą i Hodor. Bran zauroczony wizją swojej rodziny, chwali się z tego odkrycia Merze. Co tylko pokazuje, że to wciąż dzieciak. Dla niego było to wizyta w domu, dla niej nic nie znacząca wizja, dla mnie zapowiedź odkrycia tożsamości Jona. Pytanie też kiedy zacznie w Branie zachodzić zmiana. Przestanie być dzieckiem, a zrozumie, że bierze udział w wojnie. Mera wie, czas na niego.

Sceny w Królewskiej Przystani na razie wypadają najsłabiej w tym sezonie. Cersei wyhodowała sobie zombie zwierzaczka broniącego jej honoru, Tommen zdaje sobie sprawę, że jest słabym królem, a Jamie konfrontuje z Wróblem. I niestety nic nie wynika z tej rozmowy poza fajnym przyznaniem się do grzechu Królobójcy.

Na szczęście Tyrion pozostaje Tyrionem i składa wizytę smokom. Świetna, klimatyczna scena gdy opowiada im historię jak bardzo chciał mieć małego smoczka, one go akceptuję, a on je uwalnia. A potem zdaje sobie sprawę z szaleństwa jakie popełnił. Tutaj też chciałoby się, żeby historia była szybciej opowiadana. Co jest niestety zbyt często wadę Gry. Za dużo wątków w pozornej stagnacji. U Aryi to samo - kolejny raz zostaje pobita, ale tym razem odcinek kończy się spotkaniem z Faceless Man. Ogląda się świetnie, ale szybciej!

Powrót Brana i Jona to nie jedyne bomby tego odcinka. Jeszcze większym zaskoczeniem była śmierć Boltona z ręki własnego syna. Kolejne przetasowanie na Północy. Zaplanowana zdrada z poparciem Karstarów. Pytanie co dalej. Jak zareaguje na współpracę z Ramseyem stolica, czy Ramsey będzie chciał zaatakować Czarny Zamek, czy inne rody go poprą.

Jeszcze większym zaskoczeniem był powrót na Pyke, śmierć Balona z ręki brata. Jednak serial nie porzucił wątku Ciszy, wyprawy do Asshai, królewskiego wieca. Teraz jeszcze szykuje się tam powrót Theona. Oj będzie się działo i to w miejscu którym nie za bardzo byłem zainteresowany.

OCENA 5/6

Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D. S03E18 The Singularity
Ostatnio nie zdarza się to często więc zacznę od chwalenia. Pierw zostałem zaskoczony jednym długim ujęciem pokazującym zniszczenia w bazie po zabawach Daisy. I niby gadające głowy na korytarzu, trochę bez sensownych rozmów, jak w The West Wing, ale podobało mi się. Ucieszyła mnie duża rola Fitzsimmons i ich finałowa scena. Nareszcie! Zawsze ich lubiłem oglądać i ciesze się, że ktoś w końcu jest szczęśliwy w serialu. Zaskoczył mnie też humor. Wymyślanie ksywki dla dla inhuman, który sprawia, że wszystko czego się dotknie eksploduje było fajne, zwłaszcza dzięki odwołaniom do komiksów. Była też tarcza Culsona, którą wygrał odcinek. Jak widać całkiem tego sporo.

Szkoda, że przez większość czasu miałem w poważaniu to co się dzieje. Konflikt z przedwiecznym złem jest nudny, Ward jako wróg już dawno się przejadł, wyprawa do klubu ludzi ześwirowanych transhumanizmem wyszła słabo (patrzcie na Orphan Black i się uczcie), a przejmowanie kontroli nad inhumans i planowana nowa rewolucja wcale mnie nie obchodzą. Kolejne sceny, które w nowym sezonie nie będą miały znaczenia. Najbardziej jednak przeszkadzał mu Culson. Z surogata ojca zdolnego oddać życie za drużynę zmienił się w kogoś dającego podwładnym samobójcze kamizelki. Ciężko mi wykrzesać do niego sympatię w ostatnich odcinkach. Może lepiej niech ktoś inny zacznie zarządzać SHIELD i serial wprowadzi trochę luźniejszego klimatu. Brakuje mi poczucia wspólnoty, bohaterowie są od siebie za bardzo odsunięcie. Serial ma przebłyski, ale wciąż to tylko momenty w ciągu 40 minut.

OCENA 3.5/6

Orphan Black S04E02 Transgressive Border Crossing
Wróciła normalna forma prowadzenia historii, ale zaskoczenia wciąż są. Zwłaszcza duży udział Beth jakby serial chciał jeszcze mocniej podkreślić nawiązania do pierwszego sezonu. Tym razem widzimy jej życie oczami Sarah, która próbuje zrozumieć co się stało i szuka przy tym M.K. Wkręciłem się w historię neolucjonistów, modyfikacji ciała i wszczepionych w policzek robaków bardziej niż klonową konspirację, a to jest spore osiągniecie. Strasznie dobrze ten sezon się zapowiada.

Fajnie było znowu zobaczyć dobrze znane klony. Cosima jest w depresji po stracie Delphin. Allison zmaga się z problemami w radzie szkolnej i zazdrości Helenie. Helena za to jest w ciąży z bliźniaczkami i dostaje świetne sceny z Donnym. Dobrze was widzieć dziewczyny! Świetna robota Tatiana. Doszło jeszcze M.K. do której już pałam sympatiom. Aspołeczny klon żyjący w ukryciu. Nie mogę się doczekać kiedy zostanie kolejną sestrom.

OCENA 4.5/6

Orphan Black S04E03 The Stigmata of Progress
Ależ ten sezon jest dobry!Przede wszystkim jest spójny i w całości dotyczy neolucji, również fabuła jest bardziej zrozumiała. Ogólnie bardziej działa na wyobraźnie i podświadomość przez co Orphan Black ogląda się z większym zainteresowaniem niż ostatnio. Ten odcinek to głównie szalona pogoń Sarah i próba pozbycia się i dowiedzenia czym jest tajemniczy robak zaszyty w jej policzku. Nawet można zrozumieć jej impulsywną decyzję żeby poddać się zabiegowi u zupełnie nieznanej kobiety.

Ten odcinek to też komediowe sceny w domu Hendrixów. Czarna komedia podczas odkopywania trupa i tłumaczenie się z zabicia Leekiego Cosimie i rozmowy Heleny z policjantami. Tatiana była tutaj wspaniała, pierw grając Allison, a później postrzeloną Helenę przyjmującą policjantów. A przecież jest również Rachel. Sceny ze swoim młodszym klonem i rozmowy z matką - mistrzostwo. Chciałoby się dać jej wszystkie nagrody świata.

OCENA 5/6

Orphan Black S04E04 From Instinct to Rational Control
Żonglerka sporą ilością postaci nie wypadła tak efektownie jak ostatnio. Cieszy jednak wytłumaczenie jednej z największych zagadek serialu. Wiem już co stało się w Helsinkach, a odbiór tej historii wzmocniło zaangażowanie w nią M.K. Pierw jednak było sporo biegania w wykonaniu Sarah (standard) i podchody. Pojawił się nawet moralny wątek - czy można nawet w najgorszych ludziach szukać sojuszników. Wtedy motywację M.K. i końcowe sceny idealnie ze sobą zagrały. Mimo, że Ferdinand wzbudza sympatię (te sceny w kuchni na początku!) jest bezlitosnym mordercą Topside, a sojusz z nim to konieczne zło. I dlatego liczyłem na wielkie boom na końcu. Mimo, że pokomplikowałoby to sytuację Sarah.

W tym odcinku dalej błyszczeli Hendrixowie. Donny z Felixem udający parę gejów w klinice in vitro byli świetni. Tak jak sekstelefon do żony podczas masturbacji i włoski akcent Allison. Jednak najmocniejszą sceną było gdy Allison wydobywa informację od przyjaciółki o eksperymentalnych zabiegach i niby wtedy gra, ale tak na prawdę jest załamana z powodu swojej bezpłodności. Tatiana, to było świetne.

I jeszcze o jednej scenie trzeba napisać - pożegnanie Heleny ze swoimi zniszczonymi komórkami jajowymi w ogródku Hendrixów przy dźwiękach Ave Maria. Pięknie wyreżyserowana scena.

OCENA 4.5/6

Outlander S02E02 Not in Scotland Anymore
Zdecydowanie to nie jest Szkocja. I nie mam nic przeciwko, przynajmniej przez większość część odcinka. Zwiedzanie Paryża i rozmowy z kolejnym ludźmi były ciekawym doświadczeniem. Zwłaszcza końcowy bal w Luwrze. W większości to tylko pałacowe wnętrza, ale kurcze, ależ to wygląda! Przepych na ścinach, w strojach i perukach. Cóż za piękny serial! A od czasu mignęła jeszcze panorama Paryża. Ten odcinek to trochę taka ekspozycja - naświetlanie sytuacji Fraserów i zapoznawanie ich z ważnymi graczami. Bardzo szybko trafili do elit, a całkiem możliwe, że Jamie wkupił się w łaski króla. Nie mam nic przeciwko, niech się dzieje szybko i dużo. Zwłaszcza na froncie Jakobickim. Poznawanie kultury i zepsucia/liberalizmu Paryża jest fajne, ale chciałbym żeby serial miał wyraźniejszy główny wątek.

W całym odcinku trochę przeszkadzała mi karykaturalność napotkanych Francuzów. Co rusz jakiś ekscentryk. Na razie tylko hrabiego z poprzedniego odcinka można brać na poważnie. Mam nadzieje, że to zasłona dymna. Pierw pokazanie ich w krzywym zwierciadle, a potem nadanie im wyrazistszych cech.

Tak sobie liczę i wychodzi mi, że Claire wróci do swoich czasów na długo przed finałem sezonu. Wraz z końcem odcinka w Paryżu siedzi 3,5 miesiąca. Dodając do tego drogę od Anglii i całą akcję z poszukiwaniem Jamiego to lekko licząc powinna być w prawie 5 miesiącu ciąży, a przecież wracając do naszych czasów nie było tego po niej widać. Jeszcze maksymalnie 2 miesiące i czas na podróż w czasie.

OCENA 4.5/6

Person of Interest S05E01 B.S.O.D.
Prawie rok trzeba było czekać na finałowy sezon Person of Interest. Długo, zdecydowanie zbyt długo. Zwłaszcza po takim cliffhangerze - Maszyna w walizce i pozorna wygrana Samarytanina w wojnie. Mimo, że minęło tyle czasu bardzo dobrze pamiętałem co się działo i serial nie wziął mnie z zaskoczenia na początku. No może odrobinę, ponieważ pierwsza scena to flashforward. Root parafrazująca intro serialu zwracając się bezpośrednio do mnie i mówiąc, że jestem sam. Potem opowieść o wojnie, jej nie znanym rezultacie, pytaniu czym jest zwycięstwo. Wszystko to w diabelnie przygnębiającej atmosferze zniszczonej stacji metra. Zrobiło to niesamowity klimat i nakreśliło nastrój na cały sezon. I dało mi do myślenia. Czy to rzeczywiście mówi Root? Nie widzimy jej, słychać tylko jej głos gdzie zastanawia się nad wojną. Czy może jest to głos nowej wersji Maszyny? Pasowało by to, gdy akolitka bogini sama doznaje wyświęcenia.

Potem jest równie dobrze. Pokazanie bohaterów, jak uciekają przed agentami Samarytanina i ich desperacka walka o życie. Ten odcinek był niemalże w całości napakowany akcji i z całą pewnością nieustannie trzymał w napięciu. Oglądało się to jak dobry film sensacyjny. Efektowne strzelanie, dobrze zrealizowane walki i pogoń o życie. Serial kolejny raz udowodnił, że Amy Akcer najpiękniej wygląda z bronią w ręku.

Akcja jest jedną z składowych tego serialu, bohaterowie są równie istotni. Najwięcej czasu dostał Harold. Świetny występ Michaela Emersona podczas scen z Maszyną. Dziecko, które umiera, desperacja, poddanie i kwestionowanie własnych decyzji. Dla kontrastu w flashbackach narodziny Maszyny i moralnie trudna decyzja o codziennej eutanazji Maszyny. Była też scena gdzie Finch bał się wejść na prom, który kojarzył mu się ze śmiercią Ingrana.

Serial nie raz udowodnił, że doskonale orientuje się w świecie współczesnej technologii dlatego pomysł na wskrzeszeniu maszyny przy użyciu Playstation 3 był dla mnie miłym zaskoczeniem, które odebrałem z zrozumieniem, a nie szokiem. Skoro amerykańska armia mogła z nich zbudować superkomputer to czemu miałoby to być nie możliwe w serialu. Przy czym, czy to nie zajebiste, że Playstation ratuje świat?

Inne:
- to dopiero premiera, rozumiem, że musi minąć trochę czasu, ale... dawać mi Shaw!
- niebieski ekran śmierci tytułem odcinka, tak bardzo adekwatne. 
- dobór muzyki jak zwykle świetny w serialu No Wow w wykonaniu The Kills komponuje się z otwierającą sceną lepiej niż powinno.
- 13 odcinków w niecałe dwa miesiące to bardzo dobry pomysł skoro to i tak ostatni sezon. Będę tęsknił, ale 5 serii to dobra liczba.

OCENA 5.5/6

The 100 S03E13 Join or Die
Świetny, różnorodny odcinek. Krótki powrót do przeszłości, tragiczna sytuacja w obecnym Polis i spojrzenie w przyszłość. Najważniejsze były emocję jakie biły z każdej sceny. The 100 jest serialem w którego oglądanie angażuje się najmocniej, a Join or Die jeszcze bardziej mnie w tym umacnia. 

Flashbacki Pike'a powinny pojawić się dużo wcześniej. Temu bohaterowi brakowało głębi, którą teraz zyskał. Zawsze robił wszystko by przetrwać, a teraz wiemy czemu. On przygotowywał nastolatki do lądowania, on obwinia się częściowo za tragedię jaka ich spotkała. Gdy przekazywał im widzę oni byli na to obojętni. Fajnie oglądało się bohaterów bez siniaków i trosk, niepewną Octavię i jak zwykle aroganckiego Murphy'ego ("I will survive"). Jednak mistrzowskie było ukończenie kursu. Agresywny Pike uczy młodych, że wspólnie mogą pokonać silniejszego. Zmusza ich do tego bijąc Johna. Kapitalna scena.

Jednak jeszcze mocniejsze były sceny w Polis. Ta z Pike'em to nie tylko zemsta Indry, ale też błysk geniuszu Johna. On wie jak przetrwać i kolejny raz to udowadnia. Widzi, że tylko razem współpracując mogą zachować swoje życie i to wykorzystuje. Coś mi się wydaje, że to on odegra kluczową rolę w finale sezonu i przy pokonaniu A.L.I.E. Co zapewne będzie wynikać z jego arogancji i chęci zemsty.

To co na mnie zrobiło największe wrażenie to nastrój panujący w Polis. Religijny obłęd na ulicach po których spływa krew i tępienie heretyków nie chcących przyjąć jedynej prawdziwej SI. Znowu, serial przeskoczył kilka ważnych scen, nie pokazał początków rewolucji, ale wybaczam ponieważ oglądanie obecnej sytuacji miało jeszcze mocniejszy wydźwięk. Natomiast scena z krzyżowaniem Kane'a. Ależ to była za scena! Serialu rób tak częściej, nie trzeba zabijać bohaterów by wywołać silne emocję, wystarczy postawić ich w niemożliwej sytuacji. Przy czym podoba mi się konsekwencja A.L.I.E. Znowu postawiła na szali czyjeś życie i pozwoliła działać empatii pokonując człowieka jego emocjami. Co jest ironią - twoje emocję i instynkty doprowadzają ci do decyzji by z nich zrezygnować.

Niby najważniejszym questem odcinka było poszukiwanie Luny. Dużo rozmów między bohaterami, dalszy ciąg konfliktu wewnętrznego Bellamy'ego i jego kłótni z Octavią, zabawny Jasper i rozmowy o przeszłości Clarke z Bellamym. A potem trafiamy na platformę wiertniczą dobrze znaną z czołówki serialu. Co za piękny widok! I ta satysfakcja gdy The 100 realizuje wątek, który był zapowiadany od pierwszego sezonu. Oczywiście Luna nie zgadza się na przyjęcie czipu ponieważ wyrzekła się przemocy. Hipisi grounders na platformie wiertniczej - już mam słabość do tego wątku. I fajnie wpisuje się w nową politykę Lexy i zdolność do współczucia Clarke.

OCENA 5/6

The 100 S03E14 Red Sky at Morning
Wygraną od totalnej klęski dzieli bardzo cienka granica. Zwłaszcza gdy mierzy się z Sztuczną Inteligencją chcącą ocalić rodzaj ludzki. Ten odcinek po drobnych zmianach mógł być finałem sezonu. Miał bardzo dobre tempo, świetnie rozpisane wątki i nieustannie trzymał w napięciu, zwłaszcza wtedy gdy toczyły się losy A.L.I.E. Miał też humor i luźniejsze momenty, który tak bardzo są potrzebne w tym ponurym świecie. Były też zaskakujące zwroty akcji i trudne decyzję co akurat nie jest niczym nowym w The 100.

Najważniejszym wątkiem było poznawanie Luny. Odrzuciła przemoc by żyć w pokoju. Przemoc znalazła ją, podążając za Clarke. Standard. Podoba mi się, że ta mikrospołeczność wytworzyła własne obyczaje, sztukę i sposób kształcenia przyszłych pokoleń. Każda scena była napakowana informacjami. I trudnymi decyzjami. Clarke odrzucając przemoc musi się nią posłużyć by wsadzić Ducha Lunie. Jak Octavia mówi, nawet A.L.I.E. daje wybór. Czy w takim razie warto ocalić ludzkość? Wydawało się, że momentem zwrotnym był atak na platformę, tortury Luny i śmierć jej ludzi. Po tym wkroczy na wojenne ścieżkę. I znowu zaskoczenie - Luna nie zmienia decyzji, trwa przy swoich ideałach. Skoro odrzuciła walkę będzie się tego trzymać. I pozbywa się naszych dzielnych bohaterów. Ot tak, ten wątek się skończył. Przynajmniej tymczasowo. Przy okazji Jasper poznał dziewczynę, która bardzo szybko zginęła. Ten to ma szczęście.

Trochę głupio ogląda się sceny w Arkadii. Nie z powodu tego co się dzieje, ale zachowania A.L.I.E. Niby taka mądra, a nie pomyślała by zabezpieczyć fizyczną część swojego systemu. Powinna tam zostawić kilku swoich akolitów i próba jej zniszczenia nie byłaby możliwa. Jednak co się tam działo było ciekawe. Raven po zainfekowaniu czyta kod niczym bohaterowie Matrixa zielone literki. Widzi w nim Miasto Światła, a nie nieskończone linijki skryptów. I za wszelką cenę pragnie ją zniszczyć. Zna sposób, próbuje i przegrywa. Tak blisko i wszystko na nic. Niemalże bo bohaterowie uczą się na porażkach.

Dzisiaj święto więc specjalnie dla Harper oddzielny akapit. Ktoś się może czepiać, że posłużyła jako dziewczyna dla bohatera, żeby Monty mógł się z kimś przespać. To nie prawda. To był ten moment szczęścia w odcinku. Żyją w ciągły napięciu, widzą, że mogą zginąć więc czemu mieliby nie zaszaleć? Krótka chwila zapomnienia. I fajnie jakby w S04 ten związek był ciągnięty. Fajnie jakby się z tego narodził jakiś związek. Przyda się dwójka szczęśliwych ludzi.

Szczególnie trochę szczęścia przyda się Monhty'emu. Zabicie matki było strasznym przeżyciem, zwłaszcza po tym gdy dowiedział się, że można ją uratować. Dzisiaj zabił jej świadomość. I to na marne. A.L.I.E. w swoim podstępie pozwoliła mu jeszcze raz porozmawiać z swoją rodzicielką, żeby tylko zyskać na czasie i dokończyć transfer danych. Świetna scena z wyznaniem miłości i ostatnim pożegnaniem. Monthy zrobił co trzeba, pozwolił Raven skasować kod matki co praktycznie było jej drugim zabójstwem.

W Polis brylował John, jak to ma w zwyczaju. Z Indrą i Jahą (och, czemu ta trójka dostała tak mało scen!) postanowili na własną rękę zniszczyć A.L.I.E. Niecodzienny sojusz okazał się bardzo skuteczny. Zdobyli plecak (który również, był słabo pilnowany) i już prawie John go zniszczył. Tylko wtedy napromieniowałby całe miasto. Nie mógł poświęcić siebie i całej społeczności Polis tak jak Clarke mieszkańców Góry. Nie mógł też zniszczyć plecaka wiedząc, że zginą wtedy  wszyscy zarażenie. Więc nie chodziło tu o arogancję, a wyrzuty sumienia. Mój bohater!

OCENA 4.5/6

The Flash S02E19 Back to Normal
Co za ładny, ironiczny tytuł odcinka. Powrót do normalności, która dawno temu stała się czymś obcym. Barry bez mocy jest przygaszony, pozbawiony dawnej ikry, momentami wygląda jakby brakowało mu wiary w pokonanie Zooma. Jednak wciąż jest bohaterem. Walczy, choćby poprzez przykładanie się do pracy w laboratorium. Ryzykuje też swoje życie i walczy z kolejnym meta. Tak trzeba więc to robi. I niby to bardzo typowa historia z gatunku superhero - bohater musi udowodnić, że to nie moce czynią go kimś wybitnym, a hart ducha czy wyższość moralna. Barry wysłuchał też historii Wally'ego, jak to zmienił jego życia. To też ważny trop i znowu fajnie poprowadzony, zwłaszcza w takim momencie.

Ten odcinek to też powrót Jesse i duży nacisk na Wellsa. Zaryzykowałbym, że nawet większy niż na Barry'ego. I znowu typowa historyjka o pogodzeniu się rodziny, ale przeprowadzona w bardzo przyjemny sposób. Gdzie uwydatniono wady Wellsa, przypomniano co zrobił, ale też pokazano jego wyrzuty sumienia i chęć odkupienia grzechów. Powrót Jesse cieszy też z innego powodu - większa ilość kobiet to zawsze plus. Zawsze można dać jej moce i eksportować do Legends of Tomorrow. W końcu zbliża się kolejny wybuch akceleratora, a to na pewno nie pójdzie zgodnie z planem.

W serialu najgorzej wypadł Zoom. Przez cały sezon był świetnym, charyzmatyczno złowieszczym przeciwnikiem to teraz dopisano mu zaślepienie miłością względem Catlin. Ciężko się na to patrzy, a trauma z dzieciństwa słabo to usprawiedliwia.

Moja teoria jakoby to Ronnie siedział w żelaznej masce właśnie się posypała. Gdyby to był rzeczywiście on inaczej by zareagował na pojawienie się swojej żony.

OCENA 4/6

The Flash S02E20 Rupture
Miałem problem z tym odcinkiem. Trochę mnie wymęczył - miał słabsze momenty gdy pojawiał się Barry, a hologram Flasha szybko stał się nudny. Nie pomagał Zoom, który niby stanowi coraz większe zagrożenie, ale przez relację z Catilin staję się coraz bardziej groteskowy. Jednak było dużo innych, dobrych rzeczy, które sprawiły, że odcinek nie nudził. Cisco dostał osobisty wątek gdzie mógł się pojednać z bratem. Może i nie wykorzystano do końca potencjału Rupture to przynajmniej śmieszył designem przypominającym nieudany cosplay Star Lorda z kosą. Podobały mi się też krótki scenki z Jesse i Wallym w zamknięciu, chociaż jego chęć niesienia pomocy jest już denerwująca. Udanie wyszedł też humor. Cisco wzywający Petronusa to mistrzostwo. I aluzję do Fringe zawsze w cenie.

Najmocniejszy był jednak finał. Cały odcinek Barry zastanawiał się czy pozwolić odtworzyć eksperyment i zaryzykować, że uda się odzyskać moc. Końcówka spodziewana, ale udało się wytworzyć przy tym fajną atmosferę z mieszanką nadziei na pomyślność i z pytaniem o końcowy rezultat. I serial zaskoczył. Piorun walnął, Barry zniknął, a Zoom cieszy się ze śmierci przeciwnika. To był mocny cliffhanger. Jestem ciekaw jak to zostanie wytłumaczone. Najbardziej realne wyjaśnienie to zagubienie się Barry'ego w speedforce.

Zastanawia mnie czy ten odcinek właśnie nie zapoczątkował wątków stanowiących podwaliny pod trzeci sezon. Mini akcelerator wybuchł i (nie)spodziewanymi ofiarami stali się Wally i Jesse. Fajnie byłoby oglądać drużynę speedsterów w przyszłym roku z trochę luźniejszym podejściem do klimatu.

OCENA 4.5/6

Vikings S04E10 The Last Ship
Mid-season finale odkupił trochę grzechów tej 10 odcinkowej historii. Przede wszystkim odcinek robił wrażenie. Kolejna epicka bitwa, tym razem starcie wodne sił Rollo i Ragnara. Pełne dramatycznych momentów, bitewnego chaosu i emocji związanych z sytuacją znanych bohaterów. W centrum starcie dwóch braci, wydawałoby się ostateczny pojedynek. Jeden walczył w imię zemsty, drugi za coś więcej. I paradoksalnie to Rollo bronił swoich ludzi, żony i honoru. Ragnar chciał jedynie zabić brata za to co mu uczynił, ograbienie Paryża nie było jego celem. I to mi uświadomiło, że nie chciałem by ktoś tutaj ginął. I na szczęście tak się stało. Pokonany Ragnar i Rollo zbawca Paryża. Podoba mi się taki obrót sprawy.

Przeskok w czasie okazał się miłym zaskoczeniem. Ragnar odszedł, a jego synowie dorośli, są gotowi na własne podboje i walkę o chwałę. Bjorn pragnie zwiedzić Morze Śródziemne, a pozostała czwórka chcę zabić ojca za zdradę. Do czasu aż Ragnar wraca do Kattegat. Co za charyzmatyczne przemówienie Travisa Fimmela gdy konfrontuje się z synami! On jest królem, zrobił co musiał i nie będzie się tłumaczył, a jak komuś nie pasuje niech go zabiję. Ładnie wyznacza to kierunek na dalszą część sezonu. Zwłaszcza, że znowu szykuje się wizyta w Anglii. Mam też ochotę na flashbacki z podróży Ragnara.

OCENA 5/6