Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marvel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marvel. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 maja 2014

Winter is coming[Captain America: The Winter Soldier]

 Długo się zbierałem by napisać parę słów o najnowszym filmie sygnowanym logiem Marvela. Nie chciałem spisywać emocjonalnej relacji zaraz po seansie bo wyszłaby z tego pozbawiona sensu, pełna zachwytów, laurka dla Kapitana. Odczekałem parę dni, przemyślałem kilka spraw, a laurka i tak powstanie. Jeszcze bardziej kolorowa niż miała być na początku. Bo Winter Soldier to film, który nie powinie mi się tak podobać. Pierwszego Capa darzę ogromnym sentymentem bo podszedł w oryginalne sposób do pokazania superbohatera, a usytuowanie akcji podczas alternatywnej drugiej wojny światowej była dodatkowym smaczkiem i miłą odmianą od typowych filmów komiksowych. Mimo tego bałem się jak ten archaiczny bohater poradzi sobie w naszych czasach w erze post Avengers. I ku mojemu zdziwieniu okazał się najlepszym filmem drugiej fazy, z łatwością wyprzedzając w moim rankingu zaledwie poprawnego Iron Man 3 i rozczarowującego w wielu miejscach Thor: Dark World. Ba, postawiłbym go na równi z dziełem Jossa Whedona i  przed pierwszym Człowiekiem w Żelazie. Czemu? Bo zwyczajnie w świecie bawiłem się doskonale i zaangażowałem w seans bardziej niż powinienem. Pewnie gdybym był jakieś 10 lat młodszy piszczałbym z ekscytacji podczas seansu jak fanki Zmierzchu na nocnej prapremierze kolejnej części. Nie żebym wiedział co na takich premierach się dzieje...

Jeśli przy odrobinie wyobraźni Captain America: First Avenger  może zostać nazwany filmem wojennym tak Winter Soldier zasługuje na metkę kina sensacyjno-szpiegowskiego z komentarzem społeczno-politycznym kryjącym się pod przykrywką superhero. Intryga nie jest zbyt skomplikowana, ale w paru miejscach potrafi zaskoczyć. Wymusza też ciągłe kwestionowanie tego co dzieje się na ekranie. Obowiązuje zasada ograniczonego zaufania bo nie wiadomo kto okaże się zdrajcą, a kto sojusznikiem lub znienacka wyskoczy z pudełka. W tym aspekcie niestety marvelowy rodowód działa na niekorzyść. Większość głównych postaci jest dobrze znana i wiadomo czego można się po nich spodziewać. Tutaj zaskoczenie widza jest niemożliwe. W przeciwieństwie do bohaterów z drugiego planu. Tutaj cały czas oczekuje się zmiany frontu i niespodziewanego zagrania. Oczywiście jest też wielkie zagrożenie, które trzeba powstrzymać bo inaczej miliony niewinnych duszyczek odejdą z tego padołu łez więc stawka jest wysoka. Cieszy, że spójna fabuła łączy się z poprzednią częścią mimo, że jest to taki quasi sequel. Cała historia jest mocno współczesna, porusza orwellowski problem dużego brata roztaczającego parasol ochronny nad obywatelami, bierze trochę z PRISM, dorzuca tajemnicze organizacji, walkę o wolność Amerykanów (znaczy się świata) i podstawowych praw obywatelskich. Jest poważnie i dlatego nie pasuje mi jeden trochę zbyt komiksowy wątek, ale skoro w tym świecie istnieją latające lotniskowce to czemu nie SI. Na pochwałę zasługuje też sposób wprowadzenia retrospekcji, które przypominają co się działo w poprzednim filmie. Nie ma tutaj na początku intra pełnego ekspozycji, ale stanowią one integralną część narracji.

Mimo zaskakująco wysokiego poziomu fabularnego historia to jedynie otoczka w ramach, której działają bohaterowie będące motorem napędowym tego filmu. To co tak dobrze sprawdzało się w Mścicielach działa i u Steva Rogersa z przyjaciółmi. Powoli budująca się drużyna, dynamika i chemia między bohaterami, rzucane od niechcenia uwagi, które bawią czy wspólne działanie w terenie. Takie mini Avengers, ze ludźmi zdającymi sobie sprawę z swoich umiejętność, śmiertelności i ograniczeń. Może nie licząc Rogersa, on boryka się z innymi problemami. Jest to człowiek nie z naszych czasów, archaizm pełen dawnych ideałów, któremu ciężko się przystosować. Nie chcę się zmienić i dostosować do XXI wieku, chcę pozostać sobą. Musi się też zmierzyć ze swoją przeszłością. Tutaj pojawiła się jedna, niezwykle gorzka scena, której za nic nie spodziewałbym się w letnim blockbusterze. Cieszy, że scenarzystą największą wadę bohatera czyli obrońcę ideałów Ameryki udało się przekuć w największą zaletę bez moralizatorskiego zacięcia czy pompatycznych scen z Rogersem stojącym na tle powiewającej flagi. Trochę szkoda, że Chris Evans nie jest bardziej utalentowanym aktorem. Póki biega i walczy jest dobrze. Gorzej gdy coś mówi i kamera skupia się na nim bo za często ogląda się ten sam garnitur min i emocji. Na przeciwnym biegunie jest Czarna Wdowa, która również musi się mierzyć z przeszłością, ale robi to z wdziękiem i odpowiednio luźnym podejściem. Skład drużyny dopełnia Falcone, kolejny heroes. Krótki reserch powiedział, ze ta postać komiksowa jest często wyśmiewana dlatego, że potrafi rozmawiać z ptakami. Tutaj nic takiego nie miało miejsca i jak pozostali posiada pewną rysę. Jest to były żołnierz cierpiący na PTSD korzystający z jetpacka przez co sceny z jego udziałem są niezwykle efektowne. Galerie głównych postaci dopełnia Alexander Priece (genialny Robert Redford) zarządzający S.H.I.E.L.D. oraz tytułowy Winter Soldier. Wyrazisty antagonista, postać tragiczna i istotna dla całego uniwersum. Co ważne film potrafił pokazać zajebistość Zimowego Sołdata i sprawić, że był prawdziwym zagrożeniem mimo, że równie dobrze całość broniłaby się bez niego. 

Podczas czytania recenzji po seansie zaskoczyła mnie jedna rzecz - niezwykle mało miejsca poświęca się stronie technicznej filmu podkreślając głównie imponujące efekty specjalne. I z tym nie mam najmniejszego zamiaru polemizować bo graficy komputerowi odwalili kawał dobrej roboty, a mieli jej całkiem sporo, zwłaszcza podczas finałowej sekwencji, która epickością przebija połączone siły IM3 i Dark World. Jednak powodów do chwalenia jest więcej. Choćby choreografia walk gdzie żadna z postaci nie posługuje się tym samym stylem walki. Już pomijam takie szczegóły jak używanie tarczy, cybernetycznej ręki czy gadżetów Natashy. Chodzi o sposób poruszania się i zadawane ciosy. Zimowy preferuje brutalny styl stawiający na szybką eliminację wrogą, Wdowa za to ma bonus do zręczności i tak samo jak rąk często używa swoich boskich nóżek. Pojedynki wręcz są długie, zróżnicowane i świetnie pokazane. To wszystko zasługa cichych bohaterów tego filmu - braci Russo. Anthony i Joe w swojej filmografii nie mają znaczących filmów, pracowali głównie nad serialami (choćby moje ukochane Community, gdzie razem lub osobno nakręcili kilkadziesiąt odcinków) dlatego tym większe było moje zdziwienie, że zostali oddelegowani przez decydentów Marvela do tak istotnego zadania. I wywiązali się z niego lepiej niż ktokolwiek by przypuszczał przebijając się do pierwszej ligi kina rozrywkowego. Dynamizm akcji, tworzenie odpowiedniego nastroju czy fenomenalne strzelanina czy bijatyki. Nie tylko umiejętnie operowali obrazem (pokłony za scenę od boku, jak z rasowego mordobicia podczas jednego z pierwszych starć Capa), ale też dźwiękiem. Klimatyczny atak na statek w ciszy to małe mistrzostwo świata. Już nie mogę się doczekać następnego seansu z możliwością przewiania by w pełni rozkoszować się wybranymi scenami.

Więc ideał? Jasne, że nie. To w końcu kino rozrywkowe obarczone pewnymi uproszczeniami i komiksowymi zagraniami, które będą niektórym przeszkadzać. Brakuje też trochę wyjaśnienia czemu wydawałoby się szeregowi przeciwnicy stanowią godnych przeciwników dla superżołnierza. Irytowały też niektóre strzelaniny z uwagi na niską celność broni maszynowej, krótkiej i długiej co niestety jest typowe dla filmów akcji, a mnie strasznie irytuje. Niestety nie zwróciłem też większej wagi na muzykę czyli musiała być nijaka, a przydałby się jakiś charakterystyczny motyw.

SPOILEROWY AKAPIT
Dla tych co już widzieli moja wrażenia odnoszące się od uniwersum. Przede wszystkim niepotrzebnie wprowadzono wątek Zoli, chociaż tłumaczenie planu w serwerowni miało zaskakujący rezultat i nie było zwykłym przechwaleniem się villiana. Wydaje mi się, że przypomniano o nim by płynnie wprowadzić go do serialu z agentką Carter, który został już zapowiedziany przez ABC. Ciesze się z tego jak Disney umiejętnie rozwija swoje Mavel Cinematic Universe i łączy różne media do opowiadania historii w jednym świecie. Wpływ wydarzeń z Winter Soldier będzie dalekosiężny, nie wpłynie jedynie na The Avengers 2, kontynuację, ale głównie serial Agents of S.H.I.E.L.D. Reperkusje wydarzeń dały zespołowi Culsone nowe życie i przywróciły wiarę w serial, szkoda tylko, że żadna postać nie zaliczyła krótkiego cameo. Widać, że jego trudny początek i linia fabularna były podporządkowane filmowi, który można nazwać odcinkiem specjalnym serialu. Zanosi się też, że powrót Buckyego nie ograniczy się tylko do roli Winter Soldiera i ewentualnego powrotu na ścieżkę dobra. Aktor ma podpisany kontrakt na jeszcze 6 filmów więc wszystko wskazuje na to, że to on przejmie tarczę Kapitana, a po tym co pokazał w tym filmie jestem w stanie uwierzyć, że udźwignąłby własny. Sam Captain America 3 jest ciekawym doświadczeniem bo w boxoffice będzie bezpośrednio konkurował z Batman/Superman od DC. Ciekawe czy DC ze strachu przed swoim największym konkurentem przesunie premierę filmu. Na koniec, scena po napisach, zgrabne przedstawienie bliźniaków, pokazanie supermocy w uniwersum i krótka zajawka na Age of Ultron. Już tylko rok do premiery, będzie na co czekać!
KONIEC SPOILEROWEGO AKAPITU

Korzystając z okazji nie odmówię sobie okazji wylania pełnego wiaderka pomyj, fekaliów i uryny na polskiego dystrybutora. Fajnie, że film był w kinach wcześniej niż w USA, ale nie usprawiedliwia to fatalnego tłumaczenia, które wygląda na efekt pośpiechu bo jeśli to norma to tłumacz jest prawdziwym partaczem i powinien zająć się czym innym. Masa literówek (już w pierwszym zdaniu!), problem z polskimi znakami, niektóre zwroty przetłumaczone jak przez translator, chaos przy złożonych zdaniach wywołany przez dziwny szyk wyrazów. Tragedia, zwłaszcza jak myślę, że ktoś wziął za to pieniądze. Skoro o warunkach seansu mowa to jeszcze o Trzy De - zbędny bajer, w ogóle niezauważalny podczas scen akcji, czasem rzucający się w oczy podczas statycznych dialogów, zbędny dodatek wyłudzający dodatkowe pieniążki i sztucznie przyciemniający obraz co tradycyjnie irytowało. 

Obowiązkowy akapit podsumowujący mówi wam byście poszli do kina. Jeśli już widzieliście Captain America: The Winter Soldier to zróbcie to ponownie po premierze na Bluray i rozkoszujcie się kawałkiem świetnego kina. Ja na pewno tak zrobię. Następnym razem ominie mnie powolne odkrywanie prawdy i ratowanie świata wraz z bohaterami, ale będę się bawił znakomicie.  

Kolejna wizyta w kinie to prawdopodobnie Godzilla. Tam na pewno będę piszczał.

OCENA 5/6

sobota, 3 maja 2014

3 filmowe grosze #12

SPOILERY 
 47 Ronin
- gdybym miał jakieś oczekiwania względem tego filmu pewnie bym się rozczarował. Tak obejrzałem kolejną średnią produkcję, o której za parę miesięcy nie będę pamiętał bo nie ma zbytnio o czym. Zarys historii jest dobrze znany - 47 roninów mści się za śmierć swojego pana, a potem popełnia seppuku. Jednak dużym problemem okazało się wypełnienie tego mięskiem. Dodano sporo wątków pobocznych, gdzie żaden się w pełni nie rozwija, motywację postaci często pozostają zagadką i brakuje racjonalnego ciągu przyczynowo skutkowego.
-  całość została ubrana w baśń fantastyczno przygodową z motywem konfliktu dobra ze złem (nasi mają piękne kolorowe stroje, źli ubierają się na ciemno...), zakazanej miłości, odnajdywania swojego miejsca w świecie i stąpania ścieżką honoru. I wszystkie to po łebkach mimo, że historia raczej się wlecze i ma niewytłumaczone zakręty. Bo kompletnie nie rozumiem czemu ronini szukając uzbrojenia mogli się udać tylko do wioski mieczników, a jak została zniszczona to jedynym wyjściem było tajemnicze miejsce z legend powiązane z przeszłością głównego bohatera. Oczywiście, że nikt nie pomyślał o innych sposobach na zdobycie broni.
- ogromny problem mam też ze złymi w tej opowieści. Nie rozumiem ich motywacji oraz celów. Do tego wiedźma jest totalnie przerysowana, wygłasza monologi, stroi dziwne miny i próbuje sprawiać wrażenie kogoś złowieszczego. Tylko jej to nie wychodzi. Z tym większym zaskoczeniem odkryłem, że wciela się w nią Rinko Kikuchi, która całkiem nieźle poradziła sobie w Pacific Rim. 
-filmowi wybaczyłbym fatalne dialogi (na szczęście postacie rzadko kiedy się odzywają) i potworną nijakość gdyby chociaż walki były porządnie zrealizowane. Bo wiecie, film o samurajach czyli będą się pojedynkować na miecze. Szkoda tylko, że to co się dzieje zakrawa o kpinę. Starcia kompletnie bez polotu i finezji, do tego mało ich.
- podobała mi się strona wizualna. Może momentami raziła sztucznością i komputery miały tutaj dużo do powiedzenia, ale bogactwo scenografii i kostiumów było zauważalne. Ładnie nasycone kadry i muzyka podkreślająca wydarzenia. Chyba najlepszy element filmu. Szkoda, że niektóre efekty były na zasadzie "patrzcie co potrafimy zrobić, szkoda, że nie mamy pomysłu co dalej". 
- jeśli jednak ktoś nie wymaga od filmów wiele, chcę zobaczyć jak amerykanie widzą XVII wieczną Japonię może sprawdzić. Mojemu tacie się podobało :) 

OCENA 3/6

Escape Plan
-Escape Plan jest przykładem tego, że film nie musi być ambitny lub rozrywkowy by był satysfakcjonujący. Nie jest to wielkie dzieło, obiektywnie ma więcej wad niż zalet, ale czasem takie kino sensacyjne jest potrzebne. Nie obraża specjalnie inteligencji widza, próbuje być czymś lepszym niż jest, ale niestety nie potrafi, ale przy tym można wyłączyć myślenia i nawet dobrze się bawić. Nie koniecznie w zamierzonym przez twórców miejscu. Nie będę nikogo przekonywał, że warto ten film obejrzeć, ale jestem zdania, że takie twory są potrzebne. 
- sam pomysł już jest chwytliwy, trochę absurdalny, ale dobrze znajomy fanom seriali zaczynającym swoją przygodę z tym medium w połowie zeszłej dekady. Ucieczka z więzienia. Jednak tutaj zamiast Wenwortha Millera w którego ponadprzeciętną inteligencję można by uwierzyć jest Sylwester Stallone o podobnych zdolnościach. Ucieczka z pensjonatów o zaostrzonym rygorze to jego specjalność, a robi to dla pieniędzy. Niby twierdzi, że ma w tym jakiś wyższy cel, dręczą go jakieś wyrzuty sumienia, jego postać jest w pewien sposób pogłębiono, ale to nie istotne. Liczą się ucieczki. I tak mamy pierwszą na rozgrzewkę pełniącą rolę prologu i przesadnego wyjaśnienia o co w tym wszystkim chodzi i drugą właściwą. I to jest fajne. Akcja dzieje się za zamkniętymi murami, postacie  muszą polegać na ograniczonych zasobach i własnej inteligencji. Mamy kolejne błyskotliwe sceny, odkrywanie słabości pułapki w której się znajduje, ale też walka z samym sobą. Bo bohater musi upaść by powstać jeszcze lepszym. Jest też większa intryga która stanowi mało interesujące tło do całości, średnio obchodzi i nie zaskakuje bo nie ciekawi. Fajnie jednak, że jest. Jednak mam pewne zastrzeżenia do tych ucieczek. By one ciekawiły nie mogą być zbyt proste, ale też zbyt wymyślne, ale przy tym przemyślane i spójne. Tutaj niestety tego nie ma. Dużo rzeczy jest ukrytych przed widzem i sporo w całości przypadku. Szkoda, że ten najważniejszy element filmu zawodzi. Tak jak szkoda, że zamiast kameralnej i dusznej historii pod koniec przeistacza się w niezbyt finezyjne kino akcji ubiegłego wieku z tryskającą krwią i nudnym strzelaniem w którym wiadomo która postać może, a która nie zginąć. 
- do obejrzenia skłoniła mnie głównie jedna rzecz - team up przebrzmiałych gwiazd kina akcji, które usilnie próbują wmówić, że tak nie jest. Bo prócz Sylwka jest też Arnie, który gra równie tajemniczego co inteligentne więźnia szybko (za szybko) zaprzyjaźniającego się z naszym uciekinierem. Bohaterowie oczywiście pierw wymieniają argumenty w postaci nisko latających pięści by następnie zjednoczyć siły w wspólnej uciecze. Sam film jest świadom tego, że sporo ludzi obejrzy go dla tych dwóch aktorów. I umiejętnie z tego korzysta choćby tak kadrując czy korzystając z zwolnień by jak najlepiej przedstawić tych panów. 
- jest też Zły Człowiek Którego Trzeba Pokonać, który okazuje się być naczelnikiem więzienia. Nie bez przyczyny używam dużych liter. Jest to postać karykaturalna, jak przeciwnik Bonda lub antagonista z kreskówki, udająca, że jest inteligentniejsza niż w rzeczywistości i posiadająca swoje manie. Słuchanie muzyki klasycznej czy kolekcjonowanie motyli. To wiele mówi o przerysowaniu tej postaci. I zbytnio to nie przeszkadza bo pasuje do stylistyki całości. Jest zły do szpiku kości i wiadomo, że ma zginąć na końcu. I tak się dzieje. W niezwykle zabawny sposób. Jednak trochę żałuję, że postanowiono wprowadzać Złego Człowieka przez co więcej było walki z nim niż z więzieniem. 
- więc tak - mamy groteskowe postacie, słabe dialogi, twisty fabularne które nie zaskakują oraz naciągany scenariusz. Do tego jeszcze trochę chaotyczny montaż z irytującą wręcz ilością cięć. I mi to zbytnio nie przeszkadzało bo oglądając chciałem wiedzieć co dalej. I dlatego zaliczam ten film do udanych mimo jego niekwestionowanych wad. 

OCENA 3.5/6

Thor: Dark World
- w ramach przygotowania się do nadchodzącego nowego filmu z Capem i przygotowanie do finału S.H.I.E.L.D. nadrobiłem sequel Thora. I jestem rozczarowany. Daleko mu do metki złego filmu, ale to zaledwie produkcja do piwa i czipsów. Tak żeby się pozachwycać efektami i od czasu do czasu pouśmiechać. Bo dajmy na to fabułę. Jest ona naiwna. Ja wiem, że to film Marvela, ale szanujmy się. Zły elf z przeszłości chcę zniszczyć wszechświat, posłuży mu do tego tajemniczy artefakt, który zbiegiem okoliczności wpada w ręce dziewczyny Thora, a już zupełnie przypadkiem to właśnie wszystkie światy ułożą się w jednej linii co będzie sprzyjało przeprowadzeniu zagłady. Mimo, że Malekhita wciela się Christopher Eccleston to brakuje mu charyzmy i nie jest godzien zapamiętania. Aż dziwne, że nie zdradził swojego planu bohaterem przed śmiercią. Chyba dlatego, że był od tak oczywisty... Brakuje zaskoczeń i nagłych zwrotów akcji, fabuła idzie po sznurku i nie czuć napięcia. Sceny akcji są efektowne i można się przy nich dobrze bawić, ale to tylko to.
- największy problem mam z ziemskimi bohaterami. Przeraźliwie nudne. Naukowcy pełnią rolę comic relief, ale też dość nieudolnie. Zachowują się jakby mieli przeciętny iloraz inteligencji, a potem ratują świat dzięki na naprędce skleconej technologii. Po co SHIELD i Avengers skoro na tym świecie mamy tyle błyskotliwych umysłów! I dlatego agencja jest zaledwie wspomniana przez co średnio czuć, że film należy do drugiej fazy. Z pozostałych postaci średnio spisuje się też Jane Foster. Ukochana Thora, która lata do niego wzdycha. Bo wiecie kobiety tak mają. Chwila zauroczenia i miłość na zabój. Naukowiec czy nie, nie myśli racjonalnie tylko wzdycha do swojego księcia i czeka na jego powrót. Po czym poznaje jego rodziców i mamy kolejne pseudo komediowo niezręczne sceny. Trochę lepiej z postaciami z Asgardu, delikatnie rozwinięto przyjaciół i rodzinę Thora, ale bez szaleństw, wiadomo, że nie opłaca się skupiać na postaciach skoro można pokazać więcej efektów specjalnych. Chyba o wiele lepiej film by wyglądał gdyby pominął jedną z płaszczyzn - Ziemię i skupił się na rozwijaniu mitologiczno - technologicznej strony uniwersum.
- mam też pewien problem z choreografią walk czy może raczej z szkoleniem wojowników Asgardu. Wojownicy, którzy mogą szkolić się tysiące lat walczą bez ładu i składu? W armii zero dyscypliny, pojedynki jeden na jeden to codzienność, każdy robi co chcę, a najlepszym rozwiązaniem jest brutal force. U Thora to jeszcze przełknę, ale u szeregowych wojowników? Szkoda bo w wyobraźni widziałem jak asgardczycy walczą jak rzymskie legiony czy średniowieczni wikingowie w pełni zdyscyplinowani i wiedzący co robią.
- trochę sączą jadu, ale przecież dobrze mi się to oglądało. Bo co jak co ale Asgard prezentuje się fenomenalnie. Techno - fantastyczna otoczka z skandynawsko - środkowo europejsą architekturą robi wrażenie. Szczególnie główny pałac przypominający gigantyczne organy. Cudownie to wygląda. Tak jak prowadzone bitwy. Szkoda, że zrobiono to jednak po łepkach. Gdyby cały film był w świecie Thora można by zrobić odpowiednio napięcie i dramatyzm. Nawet film wojenny z tego. Oblężona stolica, walka z czasem i wrogiem, wypady za miasto - to by było coś. A zamiast tego finałowe starcie na Ziemi. Przez co między podniesieniem tarczy energetycznej, a jej opuszczeniem mija może minuta. A szkoda bo napaliłem się na oblężenie. Tylko do tego armia i uzbrojenie Asgardu musiałoby być lepiej zaprojektowane... Sam Londyński finał jest fajny z jednego powodu - Jane szalejąca z portal gunem przez co Thor chaotycznie skacze po innych światach. I to się nawet sprawdza.
- trochę narzekałem na powrót Lokiego. Bo Loki tu, Loki tam, Loki w lodówce. Fajna postać, ale ile można. Smażona kiełbaska też jest smaczna, ale nie można jej jeść codziennie na obiad. Jakże się myliłem! Tom Hiddleston dalej kradnie każdą scenę, za nic nie można mu ufać, ale też ciekawie poprowadzono jego przemianę, a końcówka szeroko otwiera furtkę do następnej części. I rdzo chciałbym by czas na Ziemi został w niej zredukowany do minimum.
- ocena dla filmu? Czwóreczka w szkolnej skali lub 7/10. Bo niby narzekam, dużo mi nie pasuje, nie zgadzam się z niektórymi decyzjami to jednak fajnie się to przez większość czasu oglądało i było na co popatrzeć. Na więcej nie zasługuje bo to nic szczególnego i gorsze od jedynki, ale na mniej też nie. Chociaż całkiem możliwe, że po powtórnym seansie zmienię ocenę na niższą.

OCENA 4/6

piątek, 23 sierpnia 2013

3 filmowe grosze #7

MOŻLIWE SPOILERY

Iron Man 3
- nie zawiodłem się. Komiksowi ortodoksji narzekają przede wszystkim na Mandaryna, a ja jestem pod ogromnym wrażeniem tego twistu fabularnego. Tyle zwodzenia, budowanie napięcia, cała marketingowa machina i w końcu w filmie niesamowita atmosfera mu towarzysząca, która wydawała się też sztuczna i typowa terrorystyczna (symbolika, szokowanie, tajemnica) i wielkie ujawnienie prawdy i pokazanie głównego złego. To mnie zaskoczyli. Drugi zwrot akcji, już nie tak wielki to ten dotyczący Mayi, też lekka zdziwka, ale nie tak wielka jak tamta
- a jak sam film? Dużo lepiej od drugiej części. Lepiej fabuła poprowadzona, bardziej spójna i ciekawsza. Trafiały się jednak od czasu do czasu głupoty czy nie pasujące do narracji elementy (kto wpadł na pomysł tego dzieciaka?!), ale były dobrze zamaskowane pod płaszczykiem lekkiej opowieści przyprawionej wyśmienitym humorem. Robert Downey Jr. sprawił, że nie ma co zbytnio narzekać na film bo to pierwszorzędne kino przygodowej akcji
- trochę jednak zmarnowano potencjał dojrzałej opowieści. Początkowo zapowiadało się na coś bardziej poważnego, potem poruszano problem człowieczeństwa Starka i jego uzależnienie od kostiumów, ale za słabo to zaakcentowane. Poza tym jego stany lękowe zbytnio nie pasowały mi do postaci. Bardziej bym obstawiał, że po bitwie o Nowy Jork jego ego jeszcze bardziej wzrośnie, a zamiast tego poszli w inną stronę
- na plus - było więcej Starka niż Iron Man. Akcja w jego wykonania nie męczyła i pokazano jakim jest bohaterem bez zbroi. Owszem, powinien zadzwonić po przyjaciół lub do władz, dać namiary na złych, a nie sam atakować ich placówkę, ale wtedy nie pokazano by tylu niezłych scen.
- źli wypadli dobrze. Aldrich Killian i jego extremis dali radę. Szkoda tylko, że zamiast sznytu sci-fi bardziej dało się tutaj odczuć fantastyczną otoczkę, która bardziej by pasowała do Thora niż Iron Mana. Nie zmienia to faktu, że walki były efektowne i dobrze pomyślane. Ostatnia sekwencja robiła wrażenie mimo, że pomagierzy Killiana zostali zepchnięci na drugi plan.
- trzecia część Iron Mana odkupiła grzechy drugiego aktu co akurat ciężko się zdarza w filmowych seriach. Czy lepsza od jedynki? Nie wiem, nie pamiętam, do tego trzeba by było zrobić maraton by stwierdzić. Ja na pewno miałem frajdę z oglądania

OCENA 4.5/6

Man of Tai Chi
- całkiem dobry film z drażniącymi elementami, które na szczęście nie zdeterminowały mojego odbioru. Najlepsza była oprawa dźwiękowa połączona z choreografią walk. Niektóre sceny na prawdę robiły wrażenie - raz dźwięki wyciszony, a raz idealnie współgrające z oświetleniem. Brawa za pomysł. Walki efektowne, momentami się uśmiechałem z pokazywanych akcji, ale niektóre zbyt długie i nudnawe. Brakowało trochę wyczucia w proporcjach
- a jak fabuła? Jak z adaptacji jakieś konsolowej bijatyki. Biznesmen organizujący nielegalne walki z spodziewanym twistem. Nic rewelacyjnego, ale dobrze wypełniało to czas między kolejnymi starciami. Dużo też było innych, pobocznych wątków, które zgrabnie zostały poprowadzone i w finale ładnie się zazębiały
- a jak sam bohater? Również dobrze wypadł. Ćwiczący Tai Chi niepokorny adept podążający własną drogą przeciągany na ciemną stronę mocy (ach ta naiwna symbolika bieli i czerni!). Sfrustrowany nudnym i monotonnym życiem przekracza granicę by potem walczyć o odkupienia. Nieźle. Szkoda, że główny zły był strasznie przerysowany. Keanu Reeves był niezwykle sztuczny, takie drewienko nie pasujące do całości. Widać, że cała jego uwaga była skupiona na reżyserii, a granie sobie odpuścił. Mam nadzieje, że nie jest to zły prognostyk przed 47 Ronin 
- i w sumie nie ma co zbytnio pisać o filmie. Dobrze zrealizowany, lekko irytujący naiwnością i grą aktorską, ale wart obejrzenia. Tylko tyle i aż tyle. 

OCENA 4/6



Star Trek Into Darkness
-  uwielbiam pierwszego Star Treka od Abramsa. Zdaje sobie sprawy z jego błędów i niedociągnięć, ale to i tak jest świetnie skrojona przygoda pełna emocji, humoru i akcji. Dlatego tak bardzo oczekiwałem Into Darkness i tak bardzo się go obawiałem. Niestety rozczarowałem się. Dalej jest to pierwszorzędny film przygodowy dający wiele radości, ale te rażące błędy i kulawa konstrukcja świata są jeszcze bardziej widoczne i w końcu zaczynają irytować
- jednak pierw o pozytywach. Po pierwsze kosmos i statki kosmiczne! Wiele mi do szczęścia nie trzeba wystarczy dać majestatyczne niszczyciele i dynamiczne walki i jestem w pełni zadowolony. Jeszcze lepiej jak na mostku znajduje się załoga na której mi zależy. Tutaj tak jest - Spock, Kirk, Uhura, Checkov, Sulu, Scotty, Bones - jak można ich nie lubić to ja nie wiem. Jednak jest jeden minus - wiadomo że nie zginą i z każdego bagna się wygrzebią więc śmierć wisząca nad nimi to broń nabita ślepakami. Im większy kaliber to z tym większych niebezpieczeństw wyjdą obronną ręką. Jednak o tym się zapomina gdy ogląda się ich w akcji, jak przerzucają się ciętymi uwagami, zadziwiają siebie i żartują co chwilę. Starzy dobrzy przyjaciele. Dlatego taka szkoda, że tak rzadko zdarza im się w pełni współpracować 
- niewątpliwą zaletą jest Benedict Cumberbatch (udało się bez błędu napisać!). Aktor o niezwykle charyzmatycznym głosie i aparycji. Ciarki przechodzą jak rozmawia z Kirkiem i uważa się za lepszego mimo niezbyt korzystnej sytuacji a la Hannibal Lecter z Milczenia Owiec. Inteligentniejszy, silniejszy, sprytniejszy i z planem, który konsekwentnie realizuje. Do tego nie od początku wiadomo kim jest i jego sylwetka się zmienia. Nawet zacząłem z nim sympatyzować bo jego walka była o słuszną sprawę. Szkoda tylko, że tak słabo umotywowano czemu Old Spock był taki przerażony i ostatecznie nie czuło się, że to na prawdę zły facet i największy wróg załogi. 
- reżyseria i efekty jak zwykle na najwyższym poziomie. Pięknie niszczą się okręty i czuć dynamikę scen. Co rusz ktoś biega i strzela do siebie. Jest fajnie. Efektu dopełniają wszechobecne racę, które lubię. Dobrze, że Abrams wprawia się na Star Treku przed realizacją nowych Gwiezdnych Wojen. Szkoda tylko, że wnętrza rażą swoją sterylnością, bohaterowie są za ładni, a statki początkowo bez żadnych zabrudzeń. Nie podoba mi się też recykling pomysłów z pierwszej części - za dużo chamskich nawiązań, które nadawały by się do późniejszych części. Dwójka musi zaskakiwać, na nawiązania jest jeszcze za wcześnie 
- teraz o tym co mi się najbardziej nie podobała - olewanie zasad fizyki i mikrokosmos w którym dzieje się akcja. Serio, ja rozumiem konwencję sci-fi, fazery i teleporty, ale rozmowa w czasie rzeczywistym przez komunikator z osobą znajdującą się na innej planecie to gruba przesada. Tak jak promienie teleportujące. Na inną planetę?! Co to w ogóle ma być? Za łatwe rozwiązanie problemów. Jednak to nic wobec największej wady filmu - wszystko kręci się w okół bohaterów. Nie czuć, że są oni częścią większej całości, futurystyczna Ziemia została delikatnie zarysowana, wspomniano coś o wojnie, ale wszystko to wydaje się nie realne, jest tylko pretekstem do akcji filmu, a potem zostaje porzucone. Kirk jak zwykle w centrum wydarzeń, dowództwo ziemskiej floty to jakiś żart, a to że umierają ludzie to szczegół jeśli to nie przyjaciele bohaterów. W ostatnich scenach giną dziesiątki tysięcy ludzi może nawet setki, ale nikt się tym zbytnio nie przejmuje, anonimowa załoga ginie na Enterprise i to też nikogo nie obchodzi. Zginęła by jedna z głównych postaci zaraz byłby płacz i zgrzytanie zębów. Przez to świat jest sztuczny, sterylny jak wnętrza statków. Szkoda bo właśnie to kocham w opowieściach sci-fi czyli możliwość wykreowania nowego świata. Tutaj nie dość, że jest słabo pokazany to strasznie nie spójny. 
- niezwykle irytujące były też twisty fabularne. Nie że raziły głupotą czy zostały wzięte z sufitu. Wręcz przeciwnie - dobre 45 minut przed nim można się było domyśleć co się stanie i to w najbardziej kluczowych momentach. Było kilka zaskoczeń, ale niezbyt szokujących, a te co miały tak wyglądać rozczarowały przewidywalnością
- tak się dziwnie złożyło, że tak jak w Iron Man 3 i tutaj poruszono problem terroryzmu i dążenia do wojny. I niestety dużo gorzej co jest zasługą ww. wad. Szkoda bo potencjał był. Szczególnie świetna była scena zamachu - niezwykle emocjonujące umotywowanie zamachowca okraszone wzruszającą muzykę. Dlatego tym bardziej żałuje, że zmarnowano tak wielki potencjał
-Star Trek Into Darkness to film ze zmarnowanym potencjałem na wielkość. To tylko letnia i wakacyjna przygoda, która momentami irytuję. Jednak wszyscy fani popcornowych filmów powinni obejrzeć. Szkoda, że nie było sceny po napisach spoilerującej kolejny film, ale już można się domyśleć co się będzie działo - wojna. No nic byle tylko powstał. A jeszcze lepiej serial osadzony w zrebootowanej rzeczywistości gdzie można by opowiedzieć dojrzalsze historię i lepiej zarysować świat. 

OCENA 4/6

wtorek, 17 lipca 2012

San Diego Comic-Con #6

Na Comic-Conie nie mogło zabraknąć True Blood. Kristin Bauer udzieliła specjalnego wywiadu w którym mówi o pracy na planie, większej roli w nowym sezonie, pracy z Alexem, przyszłych odcinkach i relacji Tara/Pam. Również Deborah Ann Woll udzieliła wywiadu gdzie opowiada o Comic-Conie, kostiumach, tradycyjnie nowym sezonie i relacjach z Hoytem i związku z Jasonem oraz o przyszłych relacjach z Tarą i finale ("a lot of death") oraz odejściu Alana Balla. To nie koniec wywiadów - mamy jeszcze Joe Manganiello z Kristen Bauer (o Magic Make, scenie wymiotowania Sookie na Alcida i ich związku, ojcu Alcide) i samego Alana Balla (o zakończenie zdjęć i odejściu z roli prowadzącego, finale sezonu(znowu o trupach!), związku Alcide/Sookie i trójkąciku Sookie z wampirami, ulubionej postaci, Nevlinnie, o planach po True Blood)   Pojawił się też zwiastun z scenami z drugiej połowy sezonu. Mnóstwo spoilerów więc oglądacie na własną odpowiedzialność. A co na samym panelu? Nowe romanse, więcej seksu, ostatniej scenie finału, Meloni o graniu wampira, rodzicach Sookie i odejściu Balla. Szykuje się nam jeden z najlepszych sezonów. Oby tylko nie zabrakło tych wszechobecnych absurdów i nie zwolniono za bardzo w środku sezonu.


Mimo, że zrezygnowałem z oglądania The Vampire Diaries po ostatnim sezonie z zaciekawieniem czytałem i oglądałem ostatnie wiadomości dotyczące tego serialu. Niestety obecni na panelu uważali, że było nudno mimo że pojawiło się kilka interesujących informacji - pokazano zwiastun z nowymi scenami, Elena będzie na nowa poznawała świat a my poznamy nauczycielkę Esther, Damon znowu będzie próbował się zmienić, powrócą Alaric(!) i Meredith. Inne streszczenie panelu z wywiadem z Damonem tutaj. Natomiast na serialowej spoilery po polsku. A tutaj wywiady z Niną i Ianem. Cały panel można obejrzeć m.in na showtv gdzie znajdziemy też kolejny opis po polsku.


Tak jak w zeszłym roku Ausiello przeprowadził wywiad z obsadą Spartacusa. Wprawdzie nie ten sam skład, ale obecność twórcy serialu to wynagrodziła. Oczywiście o zakończeniu serialu, Lukrecji, Andym Witheldzie, Neavia mówi o swojej postaci, trochę też o epickości finału. Jestem pewien, że ten serial nie zawiedzie nas w przyszłym roku. Szkoda tylko, że jeszcze tyle czasu do premiery.


Może Spartacus się kończy ale Starz będzie emitował nowy historyczny serial. Da Vinci's Demons. Jest już plakat i teaser. Niestety nic nowego się nie dowiedzieliśmy poza tym że historia to kłamstwo.


Nowy trailer The Last of Us! Tego się nie spodziewałem po tej imprezie dlatego jestem jeszcze bardziej zadowolony niż być mogłem. Zwiastun jest rewelacyjny, ogląda się go jakby to był jakiś film, a nie gra. Aktorzy, animatorzy i scenarzyści fenomenalnie się spisali, a grafika dalej olśniewa. Zapowiada się gra roku.


Zapowiedziano nową grę z Deadpoolem. Klimat jest jajcarski, ale jakoś nie wróże jej sukcesu.


Co w komiksach Marvela? Dalej zmiany, które mnie irytują i odstraszają. Co tydzień nowy numer jeden przez 20 tygodni, ale to wcale nie reboot uniwersum. A potem pewnie po 2 latach powrót do starej numeracji... Kolejne spin-offy do Avengers vs. X-Men i mini seria o konsekwencjach... Promocja Nicka Fury Jr. i upodobniania uniwersum do tego filmowego... Mandarin złoczyńcą w Ultimate Comics Iron-Man czyli zupełnie jak w filmie, przy okazji po raz kolejny zostaną zapewne zignorowane wcześniejsze miniserię z IM. Więcej info tutaj, tutaj, tutaj, tutaj  i tutaj.


Pojawiły się też nowe informacje o filmach i serialach Marvela. Pokazano nową zbroję Iron Mana, ale to nie była najważniejsza wiadomość. Najważniejsza była oficjalna zapowiedź Guardians of the Galaxy (premiera w 2014). I tak w 2013 i 2014 zobaczymy po dwa filmy z superbohaterami, a w zapewne w 2015 Avengers 2. Są też coraz większe szansę na Ant-Man. Trailer Iron-Man 3 został bardzo ciepło przyjęty przez widownie, ale tego należało się spodziewać. Daty premiery, podtytuły, inforomacje i loga nowych filmów na Hataku oraz Avalonie. Niestety w świecie seriali nie jest już tak różowo. Mówiono tylko o animacjach, zero o aktorskim serialu Hulk. Szkoda.


Zachary Levi urządził zbiórkę na celę charytatywne. Co w tym takiego nadzwyczajnego? Bo kto sypnął groszem dostawał od niego buziaka. Mało? To co powiecie że jednymi z darczyńców byli Adam Baldwin i Nathan Fillion? I to wszystko została uwiecznione na filmie!


Skoro mowa o Fillionie to i on udzielił wywiad tvline. Głównie o Castle (wydarzenia premiery S05 dzień po finale S04, więcej problemów na linii Kate/Rick, nowy początek, o morderstwie matki Kate i ojcu Ricka), ale znajdzie się też coś dla fanów Firefly. I jeszcze jedno - sequel Dr. Horrible jest niemal pewny!


Kolejnym serialem, którego nie mogło zabraknąć w San Diego jest Fringe. Finałowy sezon przed nami więc hype jest ogromny. Na początek wywiad przeprowadzony przez EW - o panelu, finałowym sezonie i zakończeniu serialu. Ausiello nie byłby sobą gdyby nie i on nie przeprowadził  wywiadu - dużo śmiechu, żartów, o nowych odcinkach, Olivii, starym Broylsie, Astrid, o przeklinaniu, możliwości dokończenia historii dzięki Firefly. Momentami miało się wrażenie, że Ausiello jest w ogóle nie potrzebny i aktorzy mogą tam siedzieć i tylko rozmawiać między sobą. Cudowni. Co na panelu? Potwierdzono, że S05 zaczyna się tam gdzie skończył się 4x19 (tak!), wyemitowano kolejny genialny filmowy zwiastun (nowe sceny!), który tylko potwierdził że ta ekipa montuje najlepsze zajawki w telewizji, jest już pomysł na finał serialu, ale podobno nie wyklucza on ewentualnego filmu, jest szansa że wróci Henry Ian Cusack, mówiono też o ulubionych scenach i żeńskiej wersji Obserwatora. Wspomniano też o fanfickach. Dzień przed panelem Anna udzieliła jeszcze jednego wywiadu. A tutaj kolejny wywiad, krótki nic nowego, ale warto obejrzeć by zobaczyć obsadę w fedorach. A tutaj wywiad z J.H. Wymanem po panelu ciężko coś zrozumieć z powodu hałasu w tle, ale jakieś nowe wiadomości można wyłuskać.  Cały panel można obejrzeć tutaj, a skończył się on białymi tulipanami na widowni. Może też przeczytać podsumowanie od tvguide - 8 rzeczy które wiemy o finałowym sezonie. Pozostaje nam cieszyć się ostatnimi odcinkami i trzymać kciuki żebyśmy dostali zakończenie godne tego wspaniałego serialu.


Tak jak się należało spodziewać - wyemitowano zwiastun nowego Supermana. Niestety wciąż nie można go zobaczyć. Jednak można przeczytać dość bogaty opis (lub tutaj). No dobra można obejrzeć, ale jakość jest fatalna i lepiej poczekać na oficjalną wersję lub udać się do kina na Dark Knight Rises. Tutaj trochę wrażeń po polsku. Mnie najbardziej cieszy wpływ Nolana.


Nieoczekiwanie zaprezentowano clip z Godzilli. Nie z filmu, ale testowe ujęcie, które spotkało się z bardzo pozytywnym odzewem. Czyżby wkrótce nowy rewelacyjny film katastroficzny z olbrzymim gadem? Wrażenia portalu IGN.


Mamy też klip z nowego Silent Hilla. Pielęgniarki wyglądają upiornie, Heather nosi dobrze znane ubranie, ale niestety nie wygląda to wszystko wystarczająco przekonująco.