Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brooklyn Nine-Nine. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brooklyn Nine-Nine. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 lipca 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #241 [24.07.2017 - 30.07.2017]

SPOILERY

Brooklyn Nine-Nine S03E02 The Funeral
Stało się coś niespodziewanego. W ramach Losowania trafiła się po kilku tygodniach powtórka. Szanse były nikłe, jak 1:120, ale się udało. Powinienem chyba zagrać w Lotto. Albo nie, w końcu nie jestem zadowolony z rezultatu mimo początkowego entuzjazmu. Ostatnio dałem Brooklyn Nine-Nine drugą szansę i niestety serial z niej nie skorzystał.

Odcinek mnie wymęczył. Jak pisałem, lubię tych bohaterów, ale potrzebne są dobre historię i humor który nie wprawia mnie w zażenowanie. Historia byłą nijak, a bohaterowie zachowywali dziwnie nawet jak na nich. Głównym problemem był pogrzeb, który stylistycznie średnio pasuje do komedii. Można to dobrze rozegrać, ale wymaga to wysiłku. Tego zabrakło. Raptem kilka udanych żartów i to na uboczu. Terry i Holt na drinku czy żałobne przemówienia. To mnie bawiło. Reszta taka sobie.

Trochę mnie to boli bo słyszałem, że w czwartej serii serial się poprawił i bawi jak dawniej. Tylko przebić się przez 20 odcinków nieśmiesznej komedii to dopiero wyzwania. Nawet jak dla mnie. Nic, trzeba czekać na kolejny wyrok Maszyny Losującej, tym razem przy jeszcze mniejszych szansach bo serial wylądował w kategorii "Porzucone".

OCENA 2.5/6 

Game of Thrones S07E02 Stormborn
Na poprzedni odcinek można było narzekać z powodu zbyt wolnego tempa i bardzo zachowawczej historii. Takie przypomnienie klimatu świata Martina. Drugi tydzień przyniósł więcej atrakcji. Wiązanie wątków, wydarzenia epickiej skali, ale też drobne acz istotne dla postaci. Był nawet motyw przewodni przez co kolejne sceny były bardziej powiązane niż zwykle mimo podróży po całym Westeros. Jeśli Gra o Tron nie zwolni tempa szykuje się opowieść wybitnej skali w tym roku, która zbierze owoce sadzone przez sześć długich lat.

Odcinek zaczyna się w miejscu w którym skończył poprzednie Daenerys i jej najbliżsi planują dalszy krok i myślą o przyszłość. Jest też sąd nad Varysem. Ta długa wymiana zdań między nimi pokazuje jak bardzo Dany zmieniła się przez te lata. Nie patrzy ślepo w przeszłość, wie czym jest miłość i nienawiść tłumów. Przede wszystkim nie jest naiwna i rozumie w jaki sposób może wygrać wojnę. W dalszej scenie jej sojusznicy nie są do tego bardzo przekonani. Szczególnie Olenna. Plan Dany jest ambitny i niespodziewanie szybko idzie w łeb. Jak tak sobie myślę to strasznie dużo zdarzyło się dla tej bohaterki w odcinku. Gra pędzi, a jakość pozostaje ta sama.

W międzyczasie na Smoczą Skałę wpada Melissandre chcąca służyć Matce Smoków. Mało znaczący moment, ale podkreślenie istotności Jona i Dany w walce z siłami Nocnego Króla. To też zabawą przepowiednią o Azorze Ashai. Gdy byliśmy nie mal pewni, że to Jon, teraz kolejne wskazówki mówią o Targerynówinie.

W otoczeniu Królowej, prócz wielkiej polityki trafiła się scenka obyczajowa dla Szarego Robaka i Missendi. Chyba Benioff i Weiss stwierdzili, że dawno nie było cycków w serialu. Porzucając sarkazm. Może i była niepotrzebne z uwagi na większa opowieść, tak ciekawie jest oglądać zwykłych ludzi odnajdujących miłość w tej wojennej epopei. I tylko żeby mi się to tragicznie nie skończyło.

Z świty Dany został tylko Jorah do omówienia. W miedzysezonowej przerwie zupełnie o nim zapomniałem i myślałem, że zginie w zapomnieniu. Występ tydzień temu wyglądał jak mało znaczące cameo. Jednak nie, jest plan co do niego. Sam pomaga mu w walce z śmiertelną chorobą wbrew zaleceniom maestrów przez co może wylecieć z Cytadeli. Mnie jednak interesuje jak to się ma do fanowskiej teorii o powiązaniu łuszczycy z smokami i Innymi. Martin, ty cwany skubańcu, wszystko sobie przemyślałeś.

Na północy Jon nawiązuje kontakty dyplomatyczne z Deanerys. Wreszcie kontakt między dwójką najważniejszych bohaterów. Podszyty nieufnością, Jona, Sansy jak i całej Północy. Jon jednak wie, że musi do niej jechać i prosić o pomoc. Przemówienia o honorze i dumie są już męczące, ale przynajmniej zaufał swojej siostrze. Musiał, teraz żeby ona niczego nie zepsuła, w końcu ma inną wizję od brata. Jest też Littlefinger i jego zdradzieckie podszepty. Na pewno nie podoba mu się też jak potraktował go Jon. 

W Królewskiej Przystani krótko i treściwie. Cersei szuka sojuszników, a Jamie jej w tym pomaga. Najbardziej prawdopodobny jest ojciec Sama. Niby mało znaczące powiązanie, a zapowiada trochę dramatów dla adepta w Cytadeli. Trochę słabiej wypadła scenka w podziemiach gdzie zaprezentowano kuszę mogącą zabić smoka. Odkrycie godne westerowskiego nobla. Dzieci w Dorzeczu pewnie szybciej wpadłyby na pomysł balisty.

Arya spotkała się z Gorącą Bułką. Gorąca Bułka! Kogo obchodzi zagubiony bękart Roberta skoro doszło do takiego momentu! Żarty na bok, to była kolejna fajna obyczajowa scenka pokazująca, że Arya nie jest bezduszną morderczynią i są ludzie na którym jej zależy. Zmieniła też swoje zadanie. Nie idzie już zabić królowej tylko na wieść o nowym władcy Winterfell wraca do domu. Może spotka Jona po drodze? Może siostrę na zamku? Obojętnie, niech tylko do tego dojdzie. Miłym zaskoczeniem był gościnny występ Nymerii. Pierwszy raz od pierwszej serii. I to była smutna scena gdy dawna podopieczna Aryi wypiera się jej, a ona wmawia sobie, że to nie był wcale jej wilkor.

I na końcu o ostatniej scenie. Tego to ja się nie spodziewałem. Bitwa morska bez większych zapowiedzi? Dobra, nocna potyczka której nie można odmówić widowiskowości. Pierw spokojne sceny z bękarcicami i Yarą flirtującą z Elarią. Nic nie zwiastuje katastrofy, kolejna moment z życia bohaterów. Gdy nagle zjawia się Euron na swoim upiornym statku. Iście majestatyczne wejście. Rzeź, chaos na pokładzie, kolejne umierające bękarcice, setki trupów i porwanie dowódczyń. Imponujący prezent dla Cersei. W to wszystko zaplątał się biedny Theon. Znów okazał się tchórz, uciekł z pola bitwy i nie pomógł własnej siostrze. Charakterologicznie jest prowadzony popisowo. Ewoluuje, ale w zaskakującym kierunku, a często ta zmiana jest tylko pozorna. Miałem tak w zeszłym roku, mam i teraz - nie mogę się doczekać scen z jego udziałem.

I teraz kolejny tydzień czekania, tym razem na najważniejsze spotkanie w dziejach telewizji. No, przynajmniej serialu. 

Inne:
- Tyrion bez wzruszenia mówiący o zniszczeniu rodowej siedziby i lekki szok słuchaczy. To był bardzo fajny moment. 
- przejście między rozdzieranie łuszczycy z skóry Joraha, a jedzeniem w WInterfell było okrutne dla widza, niczym montaż z codziennego życia Sama.
- spotkanie Starków znowu odwlekło się w czasie. Oby doszło do tego jeszcze w tym sezonie.
- ej, gdzie jest Duch, czemu Jon nie zabrał go na tak daleką wyprawę?
- co za ironia, sojusz Starków, Lannisterów i Targerynów mogący ocalić świat.
- końcowa walka była widowiskowa. Widać, że wsadzono w to kupę kasy. Tylko jeszcze jakby reżyseria była lepsza. Chaos był namacalny, ale dla mnie za dużo cieć. Daleko do Hardhorone czy Bitwy Bękartów. Z drugiej strony cięcia podkreślały sytuację na polu bitwy i oddawały zdezorientowanie floty.

OCENA 5.5/6

wtorek, 7 lutego 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #217 [30.01.2017 - 05.02.2017]

SPOILERY

Brooklyn Nine-Nine S03E01 New Captain
Nie często się zdarza, że ciesze się z losowania. Po ostatnich crapach jakie się przydarzyły możliwość powrotu do B99 była bardzo przyjemną odmianą. Nie był to może jakiś zdumiewający powrót, nie śmiałem się dużo, ale wystarczające. Najbardziej cieszyło spotkanie dobrze znanych bohaterów. Fajnie było zobaczyć Jake'a, Amy i Boylsa po prawie 1,5 roku. Już nawet zapomniałem co mi przeszkadzało w serialu i czemu go porzuciłem. Jasne, było kilka irytujących momentów i humor który do mnie nie trafił, ale to rzeczy do przełknięcia. Całkiem możliwe, że następny odcinek zobaczę trochę szybciej. Chcę się przekonać jak wyjdzie randkowanie Jake'a i Amy, czy Holt po raz kolejny założy kostium gołębia i jak będzie się sprawował posterunek pod rządami Vulture'a.

OCENA 4/6

DC's Legends of Tomorrow S02E10 The Legion of Doom
Odcinek oglądany z perspektywy łotrów wypadł wspaniale. Cięte dialogi, humor, naśmiewanie się z klisz i bonding złych charakterów skutecznie umilały seans. Merlyn i Darkh wypadli bosko, kłócąc się, walcząc, współpracując i wreszcie ratując tyłek Reversowi. Nawet zamarzył mi się krótki miniserial z tą trójką. Chociaż nie, pewnie szybko by mi się znudził, ale jako dodatek często wysuwający się na pierwszy plan Legion of Doom daje radę. Sceny z nimi lepiej oglądało mi się niż te z Hunterem. Nie licząc końcówki, ta zaskakuje.

U Legend nie działo się dużo ważnego. Niemalże całą akcja na statku i rozgryzanie Medalionu Longinusa i tożsamości speedstera. Co się pośmiałem to moje. Były też dramatyczniejsze sceny. Sprowadzenie na pokład Lily musiało skończyć się tragedią. A potem happy endem. Mick się wygadał o aberracji przez co było kilka niezłych scen z Martinem i jego córką.

Inne:
- nowa okolicznościowa czołówka z symbolami członków Legion of Doom - piękne. 
- gnijący speedster ścigający Reverse wygląda świetnie. Udało się go zrobić odpowiednio przerażającego i zaciekawić jego rolą i motywacją.

OCENA 4.5/6

The 100 S04E01 Echoes
W ramach przypomnienia małe wyjaśnienie. Jestem fanem The 100, irracjonalnie zachwycam się niem każdym rozwiązaniem, potrafie uargumentować decyzję scenarzystów, zachwycam się settingem olewając ciąg przyczynowo skutkowy prowadzący do tego świata. Wiem, że nauka jest traktowana wybiórczo i często tutaj brak sensu. Nie przeszkadza mi to. To jest mój serial i póki nie zrobi czegoś bardzo głupiego nie przestane go zachwalać.  

Mocno zaskoczył mnie początek. Dawno nie spotkałem się z otwarciem sezonu będącym bezpośrednią kontynuacją cliffhangera. Żadnego przeskoku w czasie i zamiatania pod dywan bieżących problemów. Polis zeszłą serie delikatnie mówiąc skończyło w bardzo złym stanie. Teraz można oglądać skutki rewolucji ALIE. Miasto niczym po wojnie domowej, ludzie lamentujący nad martwymi przyjaciółmi, rodziną i dziećmi. Przygnębienie i śmierć potęgowane jeszcze przez wiedze Clarke o zbliżającym się końcu świata. I dla odmiany cieszące się dzieciaki w Arcadii. Serialowi udało się uchwycić dysonans wygranej wojny oglądanej z bliska i dalekiej perspektywy.

Oczywiście upadek Polis był tylko początkiem kolejnego konfliktu. Ludzie stoją na progu śmiertelnego zagrożenie, a Ice Nation walczy o władze. Błahe i nic nieznaczące, ale takie są ludzkie zachcianki i słabości. Mocno ucieszył mnie Zach Mcgowan w obsadzie i widać, że jest na Roana pomysł. Przez większość odcinka był nieprzytomny, powód wykreowanego napięcia między Azgedą i Skikru. I o ile rozwiązanie konfliktu było jak najbardziej spodziewane tak realizatorsko ekipa wywiązała się wzorowo. Stopniowanie napięcie, równoległy montaż i kilka niezłych scen akcji z Octavią.

Wątek konfliktu Ice Nation i Skye People kończy się rozejmem, ale przez jakiś czas powinien napędzać fabułę. Jest to małostkowe w obliczu topiących się reaktorów, ale to dobrze opisuje ludzi. Liczy się to co teraz. Pierw nasza władza, a potem bezpieczeństwo. Czy to za sześć miesięcy i walka z nuklearną katastrofą czy konieczność zmierzenia się z skutkami globalnego ocieplenia za kilkadziesiąt lat. Może na siłę doszukuje się tutaj ekologicznego wydźwięki, ale to jest ciekawy trop którym mógłby przez jakiś czas podążać serial.

W skali globalnej działo się dużo, ale też historię bohaterów nie zawiodły. Te duże jak i małe. Uciekający Murphy był tak bardzo typowy. Niespodziewany bohater walk z ALIE postanawia wieść własne życie i odchodzi. Urzekł mnie moment gdy Kane i Indra łączą się w przyjacielskim uścisku. Albo Raven walcząca z bólem czy ta chwila szczęścia Harper i Monthy'ego. Najciekawsze historie i te najlepiej opowiedziane były z udziałem Clarke i Jaspera.

Ona kolejny raz mierzy się z demonami i ratuje świat. Znowu bierze na swoje barki większą odpowiedzialność niż niejeden dorosły i to ona rozumie, że tylko współpracując można wygrać. Takie optymistyczne mrugnięcie w stronę naszego pokolenia. Jednak nie to zaprząta jej myśli. Ciągle rozpamiętuje Lexa. Co za świetnie zagrane sceny Elizy Taylor i Paige Turco. Jednak kulminacja emocji przyszła wtedy gdy Clarke oddaje chip Lexy Roanowi. Symbolicznie poświęca swoją ukochaną by móc walczyć o przetrwanie świata. Rozdziera ją ta, ale wie, że trzeba to zrobić by zachować szansę w walce.

Na drugim końcu spectrum jest Jasper. Clarke nigdy się nie poddaje, on wręcz przeciwnie. Opuszczenie Miasta Światła jest dla niego szokiem. Gra i się uśmiecha, cieszy z zwycięstwa, ale wie że ból wrócił. Tak jak Raven udaje, że wszystko jest w porządku, ale ostatecznie się poddaje. Bierze broń, spisuje list, rozkłada folia by nie zapaskudzić mieszkania (kulturka!) i ratuje go przypadek, pojawienie się Monthy'ego. Tylko po to żeby dowiedzieć się, że za sześć miesięcy i tak zginie. Co za piękna ironia, która tak dobrze rozumie Jasper wybuchając śmiechem. Teraz może żyć pełnią życia i cieszyć się każdą chwilą. Perspektywa całego życia z bólem była dla niego straszna. Sześciomiesięczny wyrok to dar losu. Warunkowe na którym może cieszyć życiem. Zmiana perspektywy jest diametralna. A zastanawialiście się jakby nas świat zareagował na taką wieść? Jak reagowaliby bogaci, a jak biedni? Młodzi i starzy? Czy byłby w tym jakiś wzór? Kolejny temat w który serial może się zanurzyć.

Jako wprowadzenie do nowego sezonu Echoes (i seee what you did here!) nie jest tak mocne jak zeszłoroczna Wanheda. Jest solidnie. Otwarcie nowych wątków, rozgrywanie charakterów postaci i dalszy ciąg snucia wizji tego intrygującego świata. Widmo katastrofy jest jeszcze odległe, ale się zbliża. Ja się czuje zaintrygowany.

Inne:
- oczekiwałem większych zmian w czołówce i tropów co do przyszłości sezonu. Jedynie ten bunkier na końcu wygląda intrygująca. A może to silos rakietowy? Ucieczka w kosmos byłaby ładnym domknięciem serialu.
- Raven i jej nowe komputerowe umiejętności. Przydadzą się i to wygodna furtka na powrót Ericy Cerry do roli ALIE.
- zawsze zachwycałem się pomysłowością kostiumów w The 100, ale kubraczek i korona Roana wyglądają śmiesznie. Dla kontrastu zbliżenie pod dziwnym kątem z trzęsącą się kamerą dało ciekawy efekt. Tak jak ten szybki najazd kamery od twarzy Clark do Roana.
- ostatnia scena bardzo optymistyczna. Radioaktywna chmura w Egipcie spopiela ocalałych i piramidy. Wykrzyknik na końcu odcinka - ludzie, możecie się kłócić, ale są siły których nie pokonacie.
- jak można się dowiedzieć z jednego z nagłówków gazet które przeglądała Raven świat przed katastrofą budował obozy karne na asteroidach i eksploatował je górniczo. Nic nie stoi na przeszkodzie by gdzieś na Ziemi znajdowała się gotowa do wystrzelenia kolejna stacja kosmiczna. 

OCENA 4.5/6

The Expanse S01E01E02 Safe | Doors & Corners
Długo przyszło czekać na powrót The Expanse. Ponad rok przy tak skomplikowanym serialu to szmat czasu, który nie mógł pomóc produkcji. Początek oglądało się bardzo ciężko. Musiałem sobie poprzypominać ostatnie wydarzenia, co oznaczają nazwy własne i skomplikowaną sieć zależności. Nie jestem wielkim fanem wypuszczania całych sezonów na raz ale tutaj miałoby to rację byty. Na szczęście oglądalność jest porównywalna do zeszłego roku i można już cicho trzymać kciuki za kolejny sezon.

Tak, mimo początkowych kłopotów i zagubienia udało mi się odnaleźć na tyle by znowu cieszyć się tą opowieścią. Czy to na poziomie osobistym oglądając kolejne sceny z dobrze znanymi bohaterami. Czy przyglądając się makroskali i zastanawiając czy wybuchnie wojna Ziemi z Marsem czy nie. Serial umiejętnie balansuje te dwie narracje tworząc wciągającą fabułę chwilowo z niewielką ilością punktów stycznych. Oglądanie kolejnych problemów z Amosem było równie zabawne co trochę smutne. Albo to jak Avarasala musi manewrować, działać przeciw swoim przekonaniem by wygrać dłuższą grę. Czego przeciwieństwem jest Miller które widzi świat zero-jedynkowo. Wkręciłem się na tyle by nie móc się doczekać kolejnych odcinków. I na tyle by przemknąć oko na momentami zbyt długie sceny i nudnawe czasem dialogi.

Wprowadzono też nowe postacie. Szczególnie ciekawie wypada Marsiańska patriotka marząca o zielonym domu. Twarda kobieta widząca w Ziemi swojego największego wroga. No jestem bardzo ciekawy czy jej losy splotą się z załoga Rocinante.

OCENA 4.5/6

The Flash S03E11 Dead or Alive
Ciężko jest mi jednoznacznie ocenić ten odcinek. Z jednej strony bardzo dobrze mi się go oglądało. Wprowadził kobiecą postać z mocami, która może wrócić w przyszłości, dał jakiś wątek Cisco, miał dużo humorystycznych scen i mocno stawiał na relację między postaciami. Nawet walka Cisco z Gypsy była widowiskowa z tym skakaniem po multiwersum, taka uboga ale dająca równie dużo radochy walka z Thor 2. Było też dużo o drużynie, jacy to są dla siebie ważni i jak mogą na sobie polegać co zostało umiejętnie podkreślone w finale gdy Barry mówi Wallemu, że to on musi uratować Iris.

Z drugiej strony to wszystko było tak bardzo żenująco głupie i naciągane! Cisco wyrywający się do walki na śmierć i życie, Gypsy wycierająca Barrym podłogę i jej pokonanie przez Cisco. Cała ta historia była głupiotka. Tak jak latanie Iris za historią i stawianie się śmierci. Gdy o tym wszystkim myślałem to aż mi się niedobrze robiło od naiwności fabularnej niektórych historii. I mimo to doskonale się bawiłem oglądając odcinek. Czego wcale się nie wstydzę.

Inne:
- makieta przyszłości zrobiona za pomocą klocków lego - jakiś geniusz na to wpadł.
- Earth 38, Earth 2 i gdzie jeszcze toczyła się walka? Co to było za skąpane w ogniu miejsce? Aż się prosiło o żart Cisco o Mustafar.
- Golden Glider i Gypsy, Cisco lubi niebezpieczne kobiety. Właśnie siostra Colda, chyba najwyższy czas żeby wróciła skoro najprawdopodobniej aktorce anulują serial

OCENA 4.5/6

Timeless S01E13 Karma Chameleon
Pod koniec sezonu serial zmierza w niespodziewanym kierunku. Mocny nacisk na fabułę zamiast pojedynczych misji mnie zdziwił. I to jaką opowieścią. Wyatt porywa szalupę by zmienić przeszłość i uratować własną żonę. Jak to ładnie ujął Rufus odwrócony Powrót do przyszłości. Co bardzo spodziewane wszystko idzie nie tak, a oglądanie bohaterów jest trochę krepujące. Z jednej strony kibicuje się im z drugiej, ciężko to robić bo występują przeciw naturalnemu  biegowi wydarzeń. Wyatt desperacko próbuje uratować Jessicę, podejmuje dramatyczne decyzję przez co ginie niewinny człowiek, a teraźniejszość do której wraca pozostaje niezmieniona. Chichot losu i dramatyczne zakończenie odcinka. Twórcą udało się wytworzyć prawdziwe uczucia podczas oglądania i smutku nie rozwiewa nawet humor nasiąknięty nostalgią za starymi dobrymi czasami. Szalone i kolorowe lata '80.

Wątek Lucy również fabularnie istotny. Kontaktuje się z nią Anthony który dowiedział się, że Rittenhouse chcę zmienić przeszłość i muszą zniszczyć wehikuły czasu. I to jest bardzo głupie. Przecież od początku wiadomo, że taki jest ich plan. Po co innego mieli wspierać jego budowę? I czemu jego zniszczenie ma uratować świat? Niby serial mówi, że Rittenhouse je odbuduje, ale dla bohaterów nie jest to ważny argument. Wydaje się, że tylko Flynn zachowuje się tutaj racjonalnie i chcę z nimi dalej toczyć walkę.

Annie Wershing pojawia się tylko na moment i nie ma wiele do powiedzenia. Szkoda. Mimo to widzę ją w stałej obsadzie w przyszłym sezonie. Zwłaszcza teraz gdy nie ma Anthony'ego. O ile druga seria powstanie.

OCENA 4.5/6

poniedziałek, 25 maja 2015

Serialowe podsumowanie tygodnia #138 [18.05.2015 - 24.05.2015]

Sezon serialowy można uznać oficjalnie za zakończony. Finały wyemitowane, nowości zapowiedziane więc można udać się na zasłużony odcinek. Taaa, chciałoby się. Jeszcze kilka lat temu byłaby to prawda. Teraz seriale są emitowane cały rok i nie ma już czegoś takiego jak sezon ogórkowy. Już zaraz wraca Hannibal i Halt and Catch Fire, True Detective i Teen Wolf, a są jeszcze nowości. Wypadałoby też nadrobić zaległości jakie nagromadziły się przez cały rok, a klasyki same się nie obejrzą. Można by kolejny raz narzekać na śmiesznie małą liczbę godzin w dobie, ale lepiej cieszyć się z wyboru.

Zeszły tydzień zleciał mi głównie na zachwytach nad Daredevilem. To już 1,5 miesiąca po premierze, a ja dalej ogląda. Ciesze się z tej decyzji bo mogę się zachwycać każdym odcinkiem i poświęcać mu tyle uwagi na ile zasługuje. Smakować się w pięknych kadrach, interpretować dialogi i zastanawiać co będzie dalej. Zachwyca nie tylko mrok i ciężki klimat, ale inteligencja z jaką został rozplanowany opierając się na podobieństwach i różnicach między Daredevilem i jago nemezis. Warto, na prawdę warto dać mu szansę.

Nadgoniłem również B99 i niestety komedia straciła swoją dawną świeżość. Dalej uwielbiam oglądać te postrzelone postacie, absurdalne żarciki i bromance Holta z Jakem. Tylko ja na tego typu serialach chcę się śmiać. Na razie tytuł ląduje w moim limbo. Zdanie mogę zmienić w okolicach S03, wszystko zależy od napływających zza oceanu nowinek.

Wrócę na pewno do The Flash. Finał zagrał na mojej geekowskiej naturze i ruszył mnie emocjonalnie. Nie spodziewałem się tak dobrej zabawy. Wszystko zagrało, a cliffhangery miodzio. Żeby Supergirl i Legend of Tomorrow były na podobnym poziomie będę przeszczęśliwy. Od komiksowych seriali oczekuje głównie zabawy, radości z oglądania, a nie nadętych dramatów i nieumiejętnie prowadzonych problemów moralnych jak w Arrow. Do Starling City planuje jeszcze wrócić by cieszyć się cliffhangerami, ale boję się tych 8 odcinków, które mi zostały. Prędzej nadrobię Supernatural i Grimm. Jakoś naszła mnie ochota na procedurale w sosie urban fantasy.

Czym ciekawym podzieliły się amerykańskie stację? The Expanse całkiem nieoczekiwanie zostało zamówione na drugi sezon. Czyli czeka nas przynajmniej 20 odcinków z sci-fi w kosmosie. Yeah. Jednak to nie wszystko czym Syfy się pochwaliło. Pierwszy trailer Childhoods End wygląda imponująco.  Chciałbym wierzyć w renesans telewizyjnego sci-fi. Tym bardziej, że AMC w kooperacji z Brytyjczykami szykuje Humans, serial zadający pytanie o człowieczeństwie.

Mnie jednak najbardziej ruszyły dwie inne zapowiedzi. Hannibal to klasa sama w sobie. Patrzę na kolejne sceny z trailera i nie mogę przestać się zachwycać przepychem bijącym z kadrów i skomplikowaniem relacji między postaciami. Teen Wolf to niby zupełnie inna liga, ale na serialu bawię się równie dobrze. Trailer pokazuje, że piąta seria (wydłużona!) będzie straszna.

W oddali, na samej linii horyzontu majaczy The Bastard Executioner. Nowy serial Kurta Suttera dostał właśnie zamówienie na pełny sezon. XIV wiek, rycerze, Katey Seagal i Stephen Moyer. Jestem przekonany. Premiera jesienią. 

SPOILERY


 Brooklyn Nine-Nine S02E22  The Chopper
Najzabawniejsze momenty B99 są wtedy gdy Holt wychodzi ze swojej roli. Przestaje być posągowym kapitanem, a staje integralną częścią szalonej ekipy tego posterunku. Tutaj była taka scena gdy udzieliła mu się ekscytacja Jake'a by dorwać złodziei. Nawet nicka sobie wymyślił. Aksamitny grzmot. Jakie dostojne! Scena przed oborą była świetna. Zresztą, cały wątek Holta, Jake'a i Boylsa niczego sobie. Dobre teksty, zabawne onlinery i wysoka stawka. Niestety nie mogę powiedzieć tego o całym odcinku. Na posterunku było nudno. Wycieczka szkolna mogła być zabawna, ale zabrakło pomysłów. Gina najlepsza, jak zawsze. Nie podobał mi się pomysł z pokazywaniem przemocy dzieciom. Serial tego nie potępiał. Ba, pokazał nawet, że nie ma w tym nic złego. Niech sobie 12 latki oglądają zdjęcia z miejsca zbrodni, może się nawet czegoś nauczą. Tutaj powinna być gorzka satyra, a wyszedł niesmaczny dowcip.

Inne:
- Jake marzący o wyskoczeniu z śmigłowca z nożem w ustach. Chciałbym to zobaczyć. Musiałem się zadowolić jedynie scenką z wychodzenia z helikoptera w zwolnionym tempie.
- scenka z początku odcinka znowu jedną z najlepszych. Terry rozumie Ginę. A potem telefon od żonki.
- portret Wunch w sali odpraw - nieśmieszne, żart nie działał, o wiele lepiej jakby wisiał tam dłuższy czas, a potem dostalibyśmy komentarz. Zresztą z Wunch mam większy problem, lepiej byłoby gdyby już zniknęła z serialu, a zamiast tego pojawił się bardziej przemyślany antagonista.
- żart z Adolfem Hitlerem w publicznej tv. Tego się nie spodziewałem. I nie śmiałem.
- Holt odchodzi z 9-9 czyli jak zrobić niepotrzebny cliffhanger przed finałem.

OCENA 4/6

Brooklyn Nine-Nine S02E23 Johnny and Dora 
Jak na finał sezonu było dość spokojnie. Zabawnie, ale równie dobrze mógł to być odcinek z środka serii. Rozczarowało mnie przedstawienie nie łączących się ze sobą wątków. Mamy świetną ekipę postaci, ale rzadko kiedy wszyscy przebywają razem. Chociaż na ten finał powinni dać im wspólną historię. Dobrze, że parowanie w odcinku zadziałało. Terry z Giną tworzą świetny duet, tak jak Amy z Jakem - czuć chemię między nimi. Nawet zabawnie wyszło przekomarzanie się Diaz z Boylsem (Ro-ro!). Twist fabularny z odejściem Holta to najpewniej tani cliffhanger, który szybko zostanie naprawiony. Dłużej potrwa związek Amy/Jake bo to najwyższa pora na nich. Tylko ja raczej nie wrócę na drugi sezon. Serial stracił swoją świeżość i o ile dalej uwielbiam bohaterów tak żarty przestały mnie już bawić. Jak się zatęsknię to znowu wpadnę na posterunek 9-9 jednak później niż prędzej.

Inne:
- pierwsza scena znowu jedną z najlepszych - honorowe pożegnanie automatu z słodyczami przy irlandzkiej muzyce. Więcej takiego absurdu by się chciało. 
- sekundowa reakcja Terrego i Gina na wieść o odchodzącym Holcie, potem ich współpraca przy kradzieży listu i wreszcie zajadanie popcornu podczas oglądania starcia Wunch i Holta.. Częściej chciałbym ich oglądać razem.
- reakcja Boylsa na pocałunek Jake'a i Amy! I zdawkowy komentarz Rosy.
- emocjonalne pożegnanie Holta i nieudolna próba udawanie robota. Jakże się zmienił przez te dwa lata. Oby wrócił jak najszybciej do swoich dzieciaków.
- serio, taki chamski cliffhanger? Przybywający nowy kapitan, otwierające się drzwi windy i ciemność. Teraz trzeba uważnie śledzić castingi. Kto to będzie? Moje typy - Edward James Olmos lub Andre Royo. Bo czemu by nie.

OCENA 4/6

Daredevil S01E10 Nelson v. Murdock
W odcinku doszło do wielce oczekiwanej konfrontacji. Foggy dowiedział się prawdy o Mattcie i nie mógł tego znieść. Nie zaakceptował, tego że był okłamywany przez tyle lat, nie mógł zrozumieć motywacji przyjaciela, zaakceptować jego działań i samotnej krucjaty. Poznał fakty, ale one tylko oddalił go od przyjaciela. Kapitalnie oglądało się sceny gdzie ta dwójka rozmawiała, a Matt z skruchą opowiadał historię wściekłemu przyjacielowi. I najważniejsze - Murdockowi podoba się to co robi, nie tylko ratowanie niewinnych, ale również możliwość sprania gęb. O ile sceny w teraźniejszość dotyczą końca przyjaźni tak flashbacki cofają do jej początku, pokazano jaka więź łączy bohaterów i ich idealizm, który rozbija się o ścianę rzeczywistości.

U innych bohaterów było spokojniej. Kapitalnie ogląda się odrobinę melancholijne i melodramatyczne sceny z Benem, który jest rozdarty między dziennikarstwem, a możliwością spędzenie ostatnich chwil z umierającą żoną. Ideały czy miłość - jedno z odwiecznych pytań wszechświata. I niby już podejmuje decyzję, już wie co chcę zrobić, ale los ma własne zdanie. Karen odnajduje matkę Fiska. Ta która niby nie żyję. Tylko trochę głupio postąpili, nie chcę mi się wierzyć, że Kingpin nie monitoruje miejsce gdzie ukrywa mateczkę.

Skoro o Kingpinie wspomniałem. Tym razem miał niewiele scen i odpuszczono sobie porównywanie go do Matta. Było jednak o miłości, która może go osłabić, a już go zmieniła. Bo nic nie jest stałe. Chociaż nie, to też odnosi się do Matta. Ujawnienie się przed Foggym też go może zmienić, tak jak ich przyjaźń może okazać się ciężarem. Chyba po zakończenie sezonu będę musiał poszukać jakiegoś analitycznego artykuły opisującego podobieństwa między Daredevile,a  Kingpinem.

Inne:
- Foggy nazywający adwokatów po hiszpańsku awokado. Mistrzostwo! I te ich fryzury. Cudowne!
- Charlie Cox świetnie zagrał wymęczonego fizycznie, ale również psychicznie bohatera. I ta łezka, gdy opowiada Foggiemu o sobie.
- słuchanie bicia czyjegoś serca by sprawdzić czy kłamie to naruszenie intymności? Dziwne rozumowanie i nie wiem czy mam się zgodzić czy nie.
- czytałem ostatnio artykuł o niepełnosprawności Matta w serialu jakoby nie przedstawiono reakcji ludzi na jego ślepotę. I jednak nie, chyba ktoś nie widział pierwszego spotkanie Matta i Foggiego, a to tylko jeden z przykładów.
- końcówka z lądująca tabliczką kancelarii w koszu. Piękne, symboliczne zakończenie pewnego etapu życia i znajomości. Scena nadawałaby się na cliffhanger sezonu. Liczę, że nie dojdzie zbyt szybko do poprawy relacji Matt/Foggy.
- brawo, że serial nie próbował sprzedawać bajeczki typu "zaatakowali nas kosmici więc i ja zacząłem ratować ludzi bo chciałem być jak Ironman". Zamiast tego sugestywna opowieść o ojcu gwałcącym córkę. Bo to ludzie są największymi potworami, a nie kosmiczne tałatajstwo.
- piękny kadr gdy po swojej pierwszej walce na ekranie widać jedynie zakrwawione dłonie Matta co symbolizuje koniec niewinności.

OCENA 5/6 

Daredevil S01E11 The Path of the Righteous
Co za suspens po porwaniu Karen, co za świetne dialogi w większości scen. Co za nuda w innych. Serio, chyba pierwszy raz odrobinkę męczyłem się oglądając odcinek, a to nie dobrze bo zbliża się finał. I tutaj mam jeden problem z tym serialem. Nie czuć nadchodzącego końca i kulminacji wszystkich wątków. Na razie za wcześnie by narzekać, ale trochę się boję, że finał nie sprosta oczekiwaniom.

Najlepszą sceną było zdecydowanie przesłuchiwanie Karen. Doigrała się, jej ambicie w walce ze złem ją przerosły, mrok z którym walczyła ją dopadł i odmienił. Plan Wesleya iście szatański. Zaczniesz głosić nową ewangelię lub zacznę zabijać twoich bliskich. Jednak jak to źli mają w zwyczaju popełnił błąd, jego zagrywka się nie udała. Może i trochę naiwne, ale całość pozytywnie wpłynie na rozwój postaci Karen i pasuje do jego aroganckiego zachowanie. Bo śmierć i morderstwo w tym serialu nie jest niczym błahym. Jednak najciekawszy są jej słowa. Do kogo wcześniej strzelała? Ta scena niesie też pewne pozytywne przesłanie. Karen, która jest nazywana przez Wesleya małym trybikiem, nic nie znaczącym pyłkiem zaburza działanie perfekcyjnie pracującego mechanizmu.

Śmierć Wesleya jest o tyle ważna, że wpłynie na samego Kingpina. Miał dwie podpory - jego i Vanesse, a jego życie było uporządkowane, pełne reguł i przyzwyczajeń. Teraz tego zabrakło. Pierwszy raz został sam, a ludzie w takich momentach działają pod wpływem emocji. I popełniają błędy.

Strasznie podobają mi się wizyty Matta w kościele gdy jego katolickie sumienie dochodzi do słowa. Rozmowa o diable znowu znakomita, że musi podążać za człowiekiem by ten stawał się lepszy. Tylko całość trochę kłóci się z ideą diabła na ziemi, w ludziach, która była poruszana kilka odcinków wcześniej.

Walka z krawcem Fiska jak zwykle dobrze zrealizowana. Jednak najfajniejsze w tym wątku jest jak pokazuje, że zło nie jest uniwersalne. Matt sprał pysk krawcowi po czym okazało się, że jest on osobą chorą wykorzystywaną przez Kingpina. Nie ma czerni i bieli jest tyko szarość. 

Inne:
- jak miło, że Claiare wpadła na moment. Dobrze jest widzieć Rosario Dawson i ciesze się z jej przyszłych występów w serialach Netflixa.
- ten wybuch złości Wilsona na pielęgniarkę i pytanie "Czy ty wiesz kim ja jestem" - doskonale pokazuje jakim jest on człowiekiem i podobieństwo do ojca. 
- Matt dostał balonik od Karen! Jakże ważne są te drobne humorystyczne elementy w mrocznym serialu.
- dźwięki bijącego serca i dzwoniącego telefonu  niesamowicie budowały napięcie w finałowych scenach.

OCENA 4.5/6

Daredevil S01E12 The Ones We Leave Behin
Oglądając ten odcinek miałem wrażenie, że historia Matta jest tą drugoplanową, ważniejsze jest opowiadanie o innych bohaterach. I nie miałbym nic przeciwko gdyby nie był to przedostatni odcinek. Nie czuć zbliżającego się końca i finalnej konfrontacji. Trzeba chyba zaakceptować o czym jest pierwsza seria. Nie walce Fiska z Mattem, a narodzinach tej dwójki. Wciąż ich poznajemy, a oni się zmieniają na naszych oczach by zostać dobrze znanymi postaciami.

Deborah Ann Woll odnalazła się w roli Karen Page, potrafi sprzedać bohaterkę i sprawić, że widz wierzy w jej załamanie i strach. Z ogromną przyjemnością oglądało się pierwsze 10 minut gdzie nie znikała z ekranu. Pierw pozbycie się narzędzia zbrodni, powrót do domu i sen. Wizja Fiska, który mówi jej, że po morderstwie można się poczuć lepiej popełniając kolejne. Czy to personifikacja jej sumienia? Boi się staczania coraz bardziej w otchłań? Jej przeszłość dalej pozostaje tajemnicą (czemu nie było flashbacków jej poświęconych pozostaje dla mnie zagadką), ale Ben znając ją i tak jej zaufał. Chyba odpowiedź na to pytanie poznamy dopiero w przyszłym sezonie.

Matt był, głównie po to by pokazać mroczną stronę miasto. Przypomnieć o mroku, pokazać jego siłę, kolejny atak na jego duszę. Załamał się widząc okrucieństwo go otaczające, załamał się później po powrocie do Karen. Chyba coraz bardziej zdaje sobie sprawę z beznadziei prowadzenie tej walki.

I najważniejsze postać odcinka - Ben. Niestety inernet (ty niedobry!) zaspoilerował mi jego śmierć więc scena nie zrobiła takiego wrażenia jakie powinna. Serial przy okazji ponownie pokazał swój cynizm. Gdy bohaterom wydaje się, że mogą coś zmienić, wkraczają na prawą ścieżkę, chcą dobrze, przytrafia im się coś złego. Ben postanowił ujawnić prawdę, ale mu się nie udało. Po części przez Karen, która chciała dobrze, a doprowadziła do tragedii. Przy Benie podobała mi się też jego wiara w prawdziwe dziennikarstwo i pogarda dla współczesnych gazet. Nawet do internetu, ale na końcu zmienia zdanie. Bo chodzi o prawdę, ludzie będą ją chcieli czytać nie ważne gdzie. I to jest ten jeden, drobny promyk nadziei. Na ironię zasługuje też fakt, że zmarł przed umierająca żoną o którą martwił się cały sezon. Zło nie wybiera, zło atakuje znienacka.

Ten serial jest fenomenalnie nakręcony. Już mniejsza z dynamiczną sceną pogoni po dachach za samochodem i parkurem Matta przy dźwiękach muzyki klasycznej. Większe wrażenie zrobiła na mnie dwie inne. Ta w magazynie heroiny gdy przechadza się wśród ślepców i wcześniej długie ujęcie przedstawiające wnętrze z płynącą kamerą. Jednak moim faworytem, gdzie patrzyłem jak zaczarowany była rozmowa Bena z Fiskem. Kamera przeskakiwała z jednego na drugiego w zależności kto mówił i co ujęcie była coraz bliżej. Zaczęto od całej sylwetki by ostatecznie skupić się na twarzy. Zdynamizowało to całą rozmową i dało wrażenie rosnącego napięcia z zbliżaniem się do punktu kulminacyjnego. Doskonała robota.

Inne:
- napięcie między Mattem i Foggym wciąż trwa. Dobrze, że szybko tego nie rozwiązali, ale szkoda ich kumpelskich relacji.
- ewolucja Vanessy postępuje. Jasne, nie opuści Fiska, ale jej prośba o zemstę była niespodziewana. Idę o zakład, że w przyszłym sezonie zarzuci ubieranie się na biało.
- kolejny wybuch Fiska, kolejne popis Vincenta D'Onofrio. Przeważnie opanowany i spokojny katuje ochroniarza by odreagować śmierć Wesleya. Przy okazji krzyczy "to był mój przyjaciel", a potem siada przy nim. Serial wie jak stworzyć więź empatyczną z złoczyńcą.
- kumpelska rozmowa między Benem, a Daredevilem po wymianie informacji! Będzie mi tego brakowało.
- żarty Marci są rozbrajające, podobają mi się też jej relację z Foggym. Oby było jej więcej w S02.
- kłótnia Bena z szefem to kolejny, świetnie nakręcony materiał. Bo było też tło, kamera pokazywała zdziwione spojrzenie współpracowników. Nie działa się w pustce, jak często się dzieje w serialach.
- Madam Gao znokautowała Matta. Niespodzianka! I gdzie się udaje? Kolejne nawiązania do wschodniego mistycyzmu. Szykuje się mała zmiana stylistyki serialu.
- Layland i Gao współpracują po to by wzmocnić Fiska. Och, on już wam za to podziękuje. Krwią i bólem.

OCENA 5/6

Power Rangers S17E07 Ranger Red
Jestem trochę rozczarowany. Poprzedni odcinek pokazał jak wypchać 20 minutowy odcinek wartościową treścią i masą wątków. W tym wszystko było zbyt rozlazłe. Zamiast skupić się w pełni na Scottcie pokazano dużo nic nie wnoszących walk i przedstawiono nowe zordy. Szkoda bo Czerwonemu Wojownikowi należy się solidny background. To co jest interesuje. Konflikt z ojcem, trauma po stracie brata i chęć zdobycia akceptacji, udowodnienia czegoś tatusiowi. Cieszy też wyprawa za miasto, szkoda tylko, że taka krótka. Liczę na dłuższy quest poza Corinthem bo prosi się by eksponować postapokaliptyczne krajobrazy.

Pierwsza scena odcinka była cudownie pomyślana. Pierw Ziggy próbujący rzucać onlinerami (nie bez powodu tak się nazywają), potem zdjęcia jak z westernu pokazujące okolicę i wreszcie szalony pojedynek. Scott walczący przy użyciu wózka z dzieckiem w środku, a Ziggy biegający po placu zabaw. Piękne.

Inne:
- błąd Doktor K i ta satysfakcja Ziggiego. A potem ta jej nieoczekiwana drzemka.
- Summer jako sanitariuszka ratująca Scotta. Nieźle pomyślane te flashbacki, wygląda jakby ich akcja toczyła się mniej więcej w tym samym momencie czyli podczas inwazji z pilota.
- zord wyglądający jak krokodyl kłapiący paszczą. Kocham absurd tego serialu. Tylko design potworów powinien być bardziej zakręcony, tak bym nie mógł uwierzyć w to co widzę.
- fuj, jakie okropne CGI. Dobrze, że zamiast nieudolnie stawiać na efekciarstwo serial skupia się na bohaterach i wie jak to robić.

OCENA 4/6

The Flash S01E23 Fast Enough
Kolejny świetny komiksowy finał. Początek odcinka był bardzo spokojny, opierał się głównie na rozmowach i emocjach. Zadziwiająco dobrze to wyszło bo serial miał z tym często kłopoty. Nie męczyły wątki miłosne, Barry był postawiony przed trudną sytuacją, a postacie drugoplanowe mogły zabłyszczeć. Na początku martwiłem się jak zostaną przedstawione dylematy Barry'ego. Na szczęście nie spłycono tego, jego sytuacja była trudna i ostatecznie musiał zdecydować czy chcę uratować matkę i żyć w zupełnie innym świecie lub pozwolić umrzeć Norze i pozostać bohaterem którym się stał. Pożegnanie z rodzicielką wyszło przejmującą i kolejny raz się zaskoczyłem jak bardzo poruszył mnie ten odcinek. I jeszcze stary Barry powstrzymujący swoją młodszą wersję. Sam wybór nie był łatwy, musiał pierw odbyć podróż, rozliczyć się z tym kim jest teraz i pogodzić z przeszłością. Brawo, że tego nie spłycono.

O ile w poprzednim odcinku odwieczny konflikt predestynacji i wolnej woli został jedynie zaakcentowany tak teraz wysunął się na pierwszy plan. Eddie, losowa zmienna, nieznaczący pyłek na kole historii. Pierw poddał się losowi, potem uwierzył, że sam kreuje własną przyszłość by ostatecznie heroicznie się poświęcić. I niby prosty sposób na pozbycie się tego złego, ale znowu - emocje. Dużo emocji i tragiczny koniec.

Historia Cisco płynnie się rozwija i powoli (co mnie cieszy) przeistacza się w Vibe'a. Czyli jego możliwość odczuwania innych rzeczywistości jest efektem wybuchu akceleratora. I  ciekawe jak to się odnosi do pierwotnego originu postaci z świata który zmienił Revers. Skoro nie było wybuchu to jak inni zyskali swoje moce? Oby twórcy mieli to zaplanowane bo trochę mnie zastanawia originu tylu klasycznych postaci.

Finał starcia z Reversem to kolejne wielkie zaskoczenie. Udało się go pokonać, ale jakim kosztem. Czarna dziura w Central City. Takich pokazów nie często funduje się w telewizji. Walące się budynki, wciągane  do horyzontu zdarzeń odłamki, efekty cząsteczkowe i biegnący Flash. Mają rozmach. Cliffhanger nie zaskoczył (obstawiałem ,że Barry bawiąc się czasem gdzieś utknie), ale aż prosi się by od razu otworzyć następny odcinek. Tylko trzeba czekać do września. Czyż to nie wspaniałe?

Inne:
- Cisco pytający się Rversa o pierścień. Cisco budujący wehikuł czasu. Cisco mówiący "May the Speed force be with you". Cisco, przepraszam, że kiedyś tak narzekałem na twoją osobę.
- teasery Legends of Tomorrow! Wspomnienie Rip Huntera, sceny znane z teasera oraz cameo Snarta i Hawkgirl. Po cichu liczę na ich gościnne występy w przyszłym sezonie.
- niby Eddie zginął, ale jego ciało zostało pochłonięte przez czarną dziurę. Przypadek? Nie sądzę. Zawsze też zostają jego alternatywne wersję.
- niby Wells zginął, ale Thomas Cavangah ma wrócić w przyszłym sezonie w stałej obsadzie. Alternatywny Revers? Alternatywny, prawdziwy Wells? Tyle możliwości interpretacji.
- w przyszłym sezonie ma się pojawić Earth 2 czyli dojdzie do narodzenie serialowego multiwersum. Wciąż marzy mi się goscinny występ Toma Wellinga jako Supermana. A może ostatnia inkarnacja Constantina lub nadchodząca Supergirl. Możliwości są nieograniczone.
- Catlyn jako Killer Frost! Kolejnie świetnie wkomponowany teaser zachęcający do drugiego sezonu. I znowu pytanie - alternatywna wersja bohaterki czy jej przyszłość? To samo z starym Barrym w więzieniu. Lubię jak seriale tak się z nami dręczą.
- ślub Ronniego i Catlin z Steinem jako rabinem. Słodkie, chwila radości przed dramatami. I ciekawe czy skoro Graber trafi do stałej obsady Legend of Tomorrow to młody Amell zostanie w The Flash. Niby po śmierci Eddiego zwolnił się jeden slot.
- pierwszy raz pokazano prawdziwe, przyjacielskie relacje między Iris i Barrym, a nie romantyczny crap. Teraz poproszę o wprowadzenie Patty Spivot do serialu.
- hełm Jaya Garricka - kolejny niezbyt subtelny teaser powiększający świat serialu. Chyba zupełnie niepotrzebnie martwiłem się, że druga serial będzie dalej polegać na polowaniu na metahuman. Za dużo robi się wątków i możliwości na sprawy tygodniowe. Jest jeszcze wątek zaginionego pilota testowego z Ferris Air. Na film Green Lanter nie ma co liczyć więc może występ w DC/CWverse? A potem kolejny spin-off dziejący się w kosmosie bo kosmos jest ostatnio na topie.
- końcówka odcinka prawie jak finał batalii w Avengers z Starkem wlatującym w portal. Nie żebym narzekał.

OCENA 5/6

wtorek, 19 maja 2015

Serialowe podsumowanie tygodnia #137 [11.05.2015 - 17.05.2015]



Brooklyn Nine-Nine S02E21 Det. Dave Majors 
Ziew. Na odcinku uśmiechnąłem się zaledwie kilka razy.Najszerzej na początku gdy Rosa przyszła w różowej bluzce, a wszyscy śmiali się z Boylsa. Szkoda, że ten gag nie został pociągnięty w dalszej części bo dwa główne wątki były słabiutkie. Jake i Amy rozwiązują sprawę z supergliniarzem, który jest wyjątkowo zwyczajny. Przy okazji uświadamiają sobie, że coś do siebie czują, ale nie mogą być razem. Kliniczny przypadek serialowych związków. Scenek z odchodzącym Terrym z policji nie można było brać zbytnio na serio przez co tutaj też było nudno. Nawet Gina z Boylsem nie pomogli. A morał wymuszony. Dobrze, że chociaż Holt rzucał żartami, których nikt nie mógł zrozumieć. 

OCENA 3/6


Daredevil S01E09 Speak of the Devil
Unikając spoilerów po premierze serialu jednym okiem złapałem jakoby Christos Gage napisał jeden z najsłabszych odcinków serialu przez co do Speak of the Devil podchodziłem bez żadnych oczekiwań. I wiecie co? To było świetne. Kompozycja odcinka jest spięta brutalną i widowiskową walką (akcja z ogniem!) z ninja gdzie Matt coraz bardziej obrywa, a ja się zastanawiam jak on jest w stanie dalej waczyć. Buduje to odpowiednio napięcie, sprawia że odcinek od razu chwyta i nie puszcza do samego końca. Tylko ta walka nie była tutaj najlepsza, a dialogi. Jakie tu są rozmowy! Inteligentne, pełne aluzji i zmuszające widza do wyciągania samodzielnych wniosków, które mogą się różnic z zależności komu kibicuje się bardziej Daredevilow czy Kingpinowi. Serial cały czas podkreśla podobieństwa i zależności jakie między nimi występują jakby chciał powiedzieć, że jeden bez drugiego nie może istnieć. Ich cele są zbieżne, a ścieżki inne. Kwestie interpretacji tych dwóch bohaterów podkreśla jeszcze Vanessa opisująca obraz Mattowi. Wszystko jest kwestią interpretacji, a dobro i zło są odgrodzone cieniutką linią, a czasem nawet się przenikają. Jestem zachwycony ile udało się wycisnąć z tych dialogów i kolejny raz ciesze się, że odpuściłem maraton przez co mogę delektować się poszczególnymi scenami, które na to zasługują. 

OCENA 5.5/6

iZombie S01E08 Dead Air
Mówiłem już, że iZombie to obecnie jeden z moich ulubionych rozrywkowych seriali? Pewnie tak, ale warto to powtórzyć bo poziom cały czas rośnie. Tygodniowa sprawa była tylko dodatkiem, wypełniaczem między kolejnymi scenami z bohaterami, ale też wpływała na wydarzenia. Lubię tak rozpisane scenariusze. Tym razem Liv zjadła mózg kobiety od związków i próbowała zanalizować swoje stosunki z Lowellem. I to było świetne. Jednak najlepsza końcówka. Chciałem żeby to był normalny związek dwóch zombie, ale wiedziałem że będą komplikację. Lowell stołuje się u Blaina, a to się Liv nie spodoba. Ładnie zostały tutaj połączone wszystkie wątki - obsesyjne poszukiwanie Candymana przez Majora, związek Liv oraz wątek morderstwa. Coś czuje, że w następnym epizodzie szykuje się małe trzęsienie ziemi.

Jednym z głównych powodów czemu oglądam ten serial to dialogi. Kosmicznie szybkie wymiany zdań z masą metafor, aluzji i odniesień do popkultury, gdzie wszystkich smaczków nie da się wyłapać za pierwszym razem. Tutaj szczególnie fajnie wypadło odniesienie do Sons of Anarchy i Game of Thrones. Lannisters send his regards w odniesienie do martwych szczurków, ha! I czy Liv może częściej gadać z zombieszczurem? Proszę.

Wątek Raviego zaskakujący. Jego próby umówienia się z Payton fajne i przyjemne, nic nie zwiastowało katastrofy i ugryzienia przez gryzonia. Jednak myślę, że to zmyłka i zabawa z widzami, scenarzyści już pokazali że to lubią. Obstawiam, że wirus ze zwierząt nie przenosi się na ludzi. Lub Ravi jest odporny. Lub odetnie sobie palec.

OCENA 5/6

iZombie S01E09 Patriot Brains
Pamiętam pierwsze odcinki tego serialu. Były zabawne, luźne i niezobowiązujące. Lekkie w odbiorze mimo tematyki śmierci. Zupełnie niepostrzeżenie serial zaczął się robić coraz mroczniejszy. Był handel mózgami, znęcanie się nad bohaterami, a teraz przyszła pora na true deth. Zupełnie się nie spodziewałem zgonu Lowella. Miał niesamowitą chemię z Liv i żałuję, że odszedł. Jednak bardzo fajnie zostało to pokazane. Pierw Liv uświadomienie go skąd się biorą jego obiadki by potem mogła się w nim dokonać przekonująca przemiana. Jej finał widać na końcu gdzie pokonuje słabość do której się przyznał i próbuje zabić Blaine'a co kończy się dla niego tragicznie Wygrał w kwestii moralnej, ale ostatecznie przegrał. Tutaj też bardzo podobało mi się rozważanie Liv gdzie porównywała ludzi do wirusów i ostatecznie doszła do wniosku, że nie może zabić drugiego zombie. Ta sama sytuacja  co z Lowellem - wygrała moralnie, ale straciła zombie, które kocha.

Uwielbiam oglądać jak Rose McIver wciela się w kolejne mózgi. Nie chodzi tylko o wizję i to co mówi, ale też zachowanie, drobne zmiany w grze aktorskiej. Teraz była zawodowym żołnierzem i scenę paintballa bardzo fajnie się oglądało (trofeum się nie liczy!), ale przez cały czas po posiłku widać było u niej pewną sztywność i musztrę co najbardziej rzuca się w oczy na przesłuchaniu gdzie przez chwilę stała na baczność co było niesamowicie komiczne.

Ravi jednak nie będzie zombie. Dobrze, pewna normalność jest potrzebna w serialu. Szkoda tylko, że nie dostał więcej czasu przecież takie wydarzenia prosiło się o większy dramatyzm. I gdzie Peyton? Z innych postaci drugoplanowych - scenarzyści dalej znęcają się nad Majorem. Już nie tylko fizycznie, ale zafundowali mu psychiczną traumę. Całość odrobinkę naciągana, ale czekam jak coraz bardziej będzie w siebie wątpił. Z drugiej strony wolałbym jakby Clive pomógł mu pozbyć się ciała lub razem odkryli istnienie zombie i ukrywali to przed innymi. Bo Clive jest na razie najsłabiej prowadzonym bohaterem i przydałby się jakiś wątek specjalnie dla niego.

OCENA 5/6

Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D. S02E21E22 S.O.S.
Na początku chciałbym przeprosić, że zjechałem tak poprzedni odcinek. Może nie do końca przeprosić, ale wytłumaczyć się. Wciąż uważam, że tydzień temu motywację matki Skye i cały twist z zabicie Gonzalesa został słabo przedstawiony.  Na szczęście ten epizod naprawia ten błąd. Można uwierzyć czemu Jiaying dopuściła się takiego radykalnego rozwiązania, a jej mroczna strona jest teraz bardziej wiarygodna. Szkoda, że nie dano wcześniej przesłanek o tym świadczących.

Sam odcinek był świetnie skonstruowany i godny miana finału. Pierw odbijanie Bobbi i krwawe tortury oraz napięcie związane z atakiem inhuman. Cały czas się coś działo, akcja była wyśmienicie prowadzona i dawno ten serial nie trzymał tak w napięciu. Doskonała robota! Widowiskowe były wszystkie walki co mnie bardzo cieszy. Widać jak bardzo serial poprawił się pod tym względem. Oczywiście wszystko jest przesadzone, ale tak pozytywnie. Tęskniłem za tym od czasu zakończenie Nikity. Jednak odcinek skradł Cal. Uwielbiam przeszarżowanego Kyle MacLachlana, jak bawi się aktorstwem i dosłownie szaleje na ekranie. 

Finałowe śmierci zaskakujące. Zwłaszcza ich ilość. Zejście Reiny może dziwić najmniej - posiadanie jasnowidza w serialu było ryzykowne, a jej zgon odegrał istotną rolę fabularną. Tak jak Agent 33. Jej śmierć z ręki Warda (wow, nieźle!) spowoduje u niego chęć zemsty. Jednak sam nie wiem czy chcę go oglądać jako jedną z głów Hydry. Odejście matki Skye naturalne, ale znowu dramatyczne - z ręki ukochanej osoby, jak Kara. Tylko czy na pewno już nie wróci? I tylko dziwne, że organizacje feministyczne nie przyczepiły się że serial zabija same kobiety, hehe. 

Oczywiście nie mogło zabraknąć cliffhangerów. Tran z kawałkami Terrigan Cristal. Czyli szykuje się wysyp inhuman i lekka sugestia czego będzie dotyczyła kolejna seria. Jednak największym WTF była akcja z Simmons. Artefakt ją pożarł. Że co?! Nawet nie podejmę się zgadywanie co się stało. Jednak nie dziwi mnie, że coś jej się stało. Ona lub Fitz. Bo pachniało tutaj typowo whedonowym zagraniem. Wyznanie miłości, zbliżenie się do siebie bohaterów i wielka tragedia. Serial bardzo dobrze sobie z tego zdawał sprawę i tak komponował sceny z Fitzem by martwić się właśnie o niego. I potem zaskoczył w ten sposób. No ładnie. 

OCENA 5/6

The Flash S01E22 Rogue Air
Dawno tak się nie bawiłem oglądając The Flash. I ja wiem, było dużo głupotek, Iris dalej irytowała, a poszczególne wątki zazwyczaj nie trzymały się kupy, ale całość została tak pokazana, że nie będę się ich czepiał. The Flash to serial rozrywkowy, tego mi dostarczył i chciałbym częściej tak cieszyć się podczas oglądania. Główna zasługa? Snart. Strasznie podoba mi się jak Wentworth Miller podszedł do tej postaci. Jest przesadzona, ale w taki pozytywny sposób. Za każdym razem gdy cedzi poszczególne słowa ze swoim stoickim spokojem ja się uśmiecham. Tak jak z drętwych żarcików o zimnie. Wyszły też sceny z jego siostrzyczką i Cisco. Aż chciałoby się częściej oglądać ten duet. Cieszy ponowne pojawienie się więźniów z rurociągu, zwłaszcza Weather Wizarda. Rogues powolutku się formują i mam nadzieje, że Legend of Tomorrow zbytnio nie wpłyną na częstotliwość pojawiania się Colda w The Flash.

Jednak wisienką odcinka był team-up z Arrowem i Firestormem w walce z Reversem. Nie oglądałem materiałów promocyjnych i nie spodziewałem się walki w tym odcinku, tym bardziej, że pierwsza połowa na czym innym się skupiała. Starcie wyszło niesamowicie efektownie, stacja nie poskąpiła funduszy i jestem bardzo zadowolony z tego co widziałem. Tylko małe "ale" - więcej dialogów między postaciami. Brakowało mi tego. Zaskoczył mnie też rezultat pojedynku - Reverse został pokonany. I teraz pytanie czy to nie jest przypadkiem plan Wellsa.

Podobały mi się też dylematy jakie wprowadzono do tego odcinka. Nareszcie ktoś zaczął się zastanawiać nad moralnością nielegalnych więzień dla metahuman. Trochę późno Joe, ale dobrze że cie sumienie ruszyło. Przy okazji zadano też pytanie typu jak daleko może posunąć się bohater by uratować innych. I znowu szkoda, że więcej miejsca temu nie poświęcono, a zamiast tego drama z Iris i Eddim i konflikt predestynacja vs. wolna wola.

OCENA 4.5/6

Supernatural S07E21 Reading is Fundamental
Zaskakująco udany odcinek skupiony na wątku głównym i walce z przeraźliwie nudnymi Lewiatanami. Tajemnicza tabliczka, którą zdobyli bracia okazała się Słowem Bożym, które sprowadziła proroka i przebudziło Castiela. Trochę deus ex machina na zakończenie sezonu, ale jeśli ma to zakończyć ten przeraźliwie nudny wątek Lewiatanów to nie mam nic przeciwko. Odcinek był całkiem fajny dzięki humorowi i umiejętnemu spleceniu wątków. Anioły, Castel, Meg, demony Crowleya, bracia, Kevin, policja, Lewiatany. Każdy z nich chcę czegoś innego i wszyscy na siebie wpływają. Sam Kevin wyszedł bardzo przyjemnie, ale szczerze mówiąc nie widzę go jako postaci powracającej. Dobrze go przedstawiono, można było go szybko polubić, ale nie zależy mi jak długo pożyję. Najlepsza scena odcinka? Sam mylący Megatrona z Metatronem. Naciągane (bo zajmując się religią judeochrześcijańską nie sposób nie znać Metatrona ), ale kapitalnie wyszło.

OCENA 4.5/6

wtorek, 7 kwietnia 2015

Serialowe podsumowanie tygodnia #131 [30.03.2015 - 05.04.2015]

Święta więc opóźnienie. I bez przeglądu wiadomości. Za tydzień poprawa. Obiecuje.

SPOILERY

Brooklyn Nine-Nine S02E19 Sabotage
Co za niespodzianka - Hitchcock i Scully okazali się genialnymi detektywami. Na swój sposób. Rozwiązali sprawę z którą od tygodni męczył się Boylsa i wrócili do swojego normalnego zachowania. I pytania czy oni tylko udają idiotów czy są świetni w policyjnej robocie i przy tym lekko kopnięci.

Najśmieszniej wypadł w odcinku Peralta. Co jest sporym osiągnięciem bo zwykle jego cwaniactwo i nieschodzący z gęby uśmiech mnie denerwują. Jednak pozbawienie go odznaki, chęć odgrywania archetypicznych scen z filmów policyjnych, prześladowanie Amy i Diaz oraz porwanie sprawiły, że było się z czego pośmiać. W tle małe przesłanie o zaufanie do przyjaciół co również poczytuje za plus.

Odrobinkę męczący był trójkąt Holt/Gina/Terry. Białe kłamstwo, prawdomówność kapitana i tego konsekwencje. Jakoś nie pasowało mi to zachowanie Giny. Było dziwne, jak to u niej, ale nie zgadzało się z postacią przez co miałem problem z tymi scenami. Lub były zwyczajnie nieśmieszne.

OCENA 4/6

Community S06E01  Ladders 
Długo trzeba było czekać na powrót Community. I aż mi głupio, że nie mogłem się zabrać za serial zaraz po premierze. Trochę się bałem nowej stacji, nowych bohaterów i większej swobody twórczej dlatego nie włączyłem rerepilota od razu. Obawy okazały się zupełnie niepotrzebne ponieważ dalej to ten sam wspaniały serial gdzie przez cały odcinek rechocze jak głupi i zachwycam się kolejnymi scenami. Zmiany były, ale nie drastyczne, przejście do nowej serialowej rzeczywistości okazało się płynne, a serial udanie prowadził dzięki temu wątki meta. W czym nie ma sobie równych. Abed opowiadający o spin-offie Shielrey (i senak peak na końcu!), przedstawienie nowej postaci w idealny sposób (dylemat dobra/zła) oraz sceny z szybkim montażem. Cudo!

Fabularnie serial ciągnie dalej wątek naprawy Greendayle, nawet pojawia się stara ściana z rzeczami do zrobienia. Trawa kolejny rok, bohaterowie zdają sobie pytanie co tam robią, otwierają podziemny lokaj stylizowany na lata '20 i prohibicję, a ja śmieje się jak szalony z kolejnych postmodernistycznych zagrywek i łamania czwartej ściany. Kocham ten serial.

Pomysł na spin-off z Shirley był świetnym sposobem na odejście aktorki z serialu. Jednak Harmon poszedł jeszcze dalej i dopisał kilka żartów rasowych o odchodzeniu czarnych aktorów i zastępowania ich białymi. Prosto, dosadnie i śmiesznie. Zwłaszcza dla kogoś śledzącego na bieżąco doniesienia medialne zza oceanu.

OCENA 5/6

Community S06E02 Lawnmower Maintenance and Postnatal Care
Odcinek z Brittą na pierwszym planie i spotkanie z jej rodzicami - słabe. Bohaterka sprawdza się w tle, ale jak dostaje większą historię jest męcząca, a jej miny strasznie mnie tutaj irytowały. Jak dobrze, że postacie z którymi wchodziła w interakcję sprawiały że było z czego się śmiać. Szczególnie Frankie, która nieźle się sprawdza jako dodatek do obsady.

Dużo lepsza była historia Deana uzależnionego od wirtualnej rzeczywistości. Community lubi bawić się znanymi motywami i przerabiać je na własny sposób. Jim Rash odgrywający Morfeusza w Matrixie był fenomenalny. Ekscytacja jaką przeżywał biła z ekranu szczególnie jak kontrastowała z chłodnym nastawieniem Franki i Jeffa.

OCENA 4.5/6

Community S06E03 Basic Crisis Room Decorum
Początkowe esemesowanie było kapitalnie nakręcone! Niby podzielony ekran i dymki z wiadomościami tekstowymi wyświetlane na ekranie to nic odkrywczego, ale jakie dialogi, ile pysznego chaosu i co za szalony pomysł by Dean pomylił Jeffa z młodym Japończykiem. Wątek ten powracał cały odcinek i niezmiennie śmieszył (oliwki!). I jaka zaskakująca konkluzja - Takesi zostaje bossem Yakuzy. A wiecie co było najlepsze? Jak wymawiał imię Jeffa - Dżeffery.

Spotkanie kryzysowe w środku nocy musiało dotyczyć jakieś błahej sprawy. I dotyczyło. Dyplom dla psa. Tak, dyplom dla psa! Całość została potraktowana zaskakująco poważnie dlatego było tak śmiesznie. Absurdy tego typu tylko w Greendayle. I nie wiem co mnie najbardziej urzekło - reklamówka Abeda czy rozważanie na temat prawdy i nadziei.

"I never hope. Hope is pouting in advance. Hope is fate's richer, bitchier sister. Hope is the deformed, addict-bound, incest-offspring of entitlement and fear. My life results triple the year I gave up hope and every game on my phone that had to do with farming." Frankie

Chang kręcący jednoosobowe porno. O jak dobrze, że mimo przejścia serialu do internetu zachowano pewne granicę. Nie chciałbym tego oglądać, już i tak mam wystarczająco zniszczoną psychikę. Jednak Abed był zafascynowany. BTW - odcinek Community w stylistyce porno bez momentów. Niedualne aktorstwo, dwuznaczne dialogi, uboga scenografia, nędzna fabuła i wszechobecna amatorszczyzna. Oglądałbym!

OCENA 5/6

iZombie S01E02 Brother, Can You Spare A Brain?
Już za sam tytuł odcinkowi należą się oklaski. Bo jak tu się nie uśmiechnąć? Potem jest jeszcze lepiej niż w pilocie. Gdy główne postacie zostały przedstawione można zacząć budować mitologię. I tak pojawia się kolejny zombie (First rule of brain club? Dont talk about brain club!) i zawiązuje się większa historia. Zbieranie armii zombie i gangsterskie porachunki? Kupuje to w całości. Zwłaszcza, że tym złym jest David Anders.

Proceduralna sprawa z zabójstwem malarza znowu było wciągająca, z zwrotami akcji i nieoczekiwanych rozwiązaniem. Bo mordercą okazała się żona - pierwszy podejrzany, a potem śledztwo i eliminacja kolejnych potencjalnych sprawców. Odwrócenie typowego schematu z tego typu seriali gdzie zazwyczaj najmniej podejrzana osoba jest winowajcą.

W tym odcinku jeszcze bardziej uwidocznił się komediowy potencjał serialu. Zjadanie mózgów i dziedziczenie cech kolacji niesie ze sobą mnóstwo możliwości. Tutaj mieliśmy Liv klejącą się do podejrzanych i odkrywanie jej wrażliwości do sztuki. Nie zabrakło też odrobinki dramatu i przesłania. Tak, należy podążać za instynktem, chwytać życie, ale kolejny kroki muszą być przemyślane i trzeba mieć na uwadze uczucia innych.

Rose McIver dalej cudowna!

OCENA 4.5/6

iZombie S01E03 The Exterminator
Socjopatyczne zombie! Rose świetnie zagrała pozbawioną emocji bohaterkę, zdystansowaną od otaczającego ją świata. Zwłaszcza w scenach z innym zombie. Najciekawiej jednak wypadła pointa tej przemiany. Czy raczej dwie. Pierwsza - ludzie potrafią być większymi potworami niż bezmyślne zombie. Druga - ludzie muszą czuć, odczuwać emocję by zasługiwać na miano człowieka. Nie można się od nich odcinać. Coraz bardziej podoba mi się uniwersalny wymiar serialu przedstawiający kolejne banalne prawdy w przystępny sposób.

Śledztwa wciąż dają radę. Liv i rzucanie ciekawostkami z zaskoczoną miną było przednie. Tak jak radość podczas wygrania quizu oraz pewność siebie podczas przesłuchań. Na końcu trafił się nawet mały przekręt. Jako serial rozrywkowy iZombie sprawdza się idealnie.

OCENA 4.5/6

Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D. S02E14 Love in the Time of Hydra
Trochę wynudziłem się na tym odcinku. Dużo nudnego biegania, niedopracowanego scenariusza i zbytecznych scen. To dalej dobry seria, ale odcinek powinien być lepszy. Zwłaszcza jeśli zaczyna się od nawiązania do Pulp Fiction. I to była jedyna świetna scena z Agent 33/Ward. Może i ten wątek (jak i cały odcinek) skupiał się na poszukiwaniu własnej tożsamości, ale co z tego skoro dotyczył mało interesujących postaci. Natomiast odbicie Beksiego i kolejne sceny z Talbotem to festiwal facepalmów. Sorry, ale na komediowe wątki to on się nie nadaje.

Dużo lepiej wypadło prawdziwe SHIELD. Chyba mają jakąś manie wielkości skoro tak się nazywają... I czemu odnoszą się do tajemnic Fury'ego a o Piercie nawet nie wspomną? Fajnie zobaczyć aktorów z Battlestar Galactica, Fringe i Terra Novy szkoda, że całe to przedsięwzięcie wydaje się zbytnio naciągane. Tak ciężko zachować się jak ludzie i porozmawiać z Culsonem?

Historia Skye znowu najlepsza. Niby jej sytuacja jest tragiczna, May jej nie ufa, a Gemma się boi to ona akceptuje swoją sytuację. Relatywnie szybko zgadza się na wygnanie i życie na odludziu. I liczę, że tutaj rozpocznie swój trening. Tylko nie rozumiem czemu Culson ukrywa przed Fitzem co się z nią stało skoro powiedział Skye, że może komunikować się z bazą. Kolejne tworzenie konfliktów na siłę.

OCENA 4/6

Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D. S02E15 One Door Closes 
Świetny odcinek! Zmieniono status quo, było dużo akcji i dramatu. Ten serial cudownie ogląda się w tym sezonie, a bohaterom nie sposób nie kibicować. Chyba najbardziej podobał mi się motyw zdrady, który co rusz powracał w tym odcinku. Skye zdradzona przez SHIELD, Bobbi i Mack zdradzający swoją swoich przyjaciół, flashbacki z przewrotu Hydry. I personalne dramaty bohaterów. Jednak najlepszy jest brak czarnych charakterów. Gonzales i Culson uważają się bohaterów w tej opowieści i po części tacy są. Pewnie będzie musiało dojść do jakiś tragicznych wydarzeń by mogli wypracować wspólną przyszłość SHIELD, ale prędzej czy później do tego dojdzie. Obstawiam okolice Age of Ultron. Chyba, że wszyscy fani Marvela na to czekają, a firma zlekceważy wpływ jaki film może mieć na serial.

Skye dalej cierpli z powodu swoich umiejętności i niespodziewanie spotyka się z kolejnym inhuman. Powoli akceptuje swoje zdolności by w krytycznym momencie móc ich użyć. To była efektowna scena gdy fala uderzeniowa powalała w zwolnionym tempie drzewa. Nieźle. A potem załamanie się bohaterki. Teraz natomiast dojdzie do treningu i dalszego zgłębiania świata superludzi. Będzie Raina, będzie Cal i kto jeszcze?

Sceny akcji były wyśmienite w tym odcinku. Trochę przesadzone, w końcu to serial komiksowy, ale w takim pozytywnym stylu. Odbijanie lotniskowca mogło mieć większą skalę, ale  ponowne oglądanie Lucy Lawles jako Hartley dało mi mnóstwo satysfakcji. Tak jak pojedynek Bobbi/May. Piękna, pomysłowa choreografia, z takim tańcem jaki lubię.

Ostatnia scena mimo przygnębiającego odcinka miała pozytywny wydźwięk. Culson i Hunter w barze, luźna rozmowa, umowa o pracę na serwetce (a może zlecenie? chociaż Culson na takiego nie wygląda) i perspektywa walki o przyszłość SHIELD. Nie mogę się doczekać następnego odcinka. Czyli standard.

OCENA 5/6

Person of Interest S04E18 Skip
Jaki dobry odcinek. Niby chaotyczny z poszarpanymi wątkami i dużą ilością scen, ale z wciągającymi historiami balansującymi między dramatem i humorem. Brawo! A teraz panowie scenarzyści proszę zakasać rękawy i zacząć opowiadać historię, która zostanie zwieńczona w finale.

Część "policyjna" odcinka zyskała dzięki zjawiskowej Katheryn Winnick wcielającej się w łowczynię nagród. Twarda i zadziorna niczym Lagherta z Vikings z dramatyczną (i niestety w pewnym momencie przewidywalną) historią. Stanowiła udaną parę z Johnem, a powracające żarty choćby ten z kajdankami dawały radę. Poproszę o powrót w przyszłości. W tym wątku zaskoczyła mnie Harper. Chciałem by jeszcze raz zagościła i tak się stało. Znowu psuje krwi Johnowi, a na końcu okazuje się, że jej zleceniodawcą jest Maszyna. Czyli jednak armia się powiększa. Mogliby tylko zintensyfikować rekrutację.

Ciekawsze były sceny Root/Finch bo pokazywały kolejne reperkusję po "śmierci" Shaw i w jakim stanie emocjonalnym są bohaterowie. Mrs. Grooves by nie odczuć kolejnej straty była w stanie zabić niewinną osobę natomiast Harold z tych samych pobudek był gotowy się zabić. Mocna scena między tą dwójką i wymiana światopoglądów, które sprowadzają się do jednego - zrobią wszystko by nie zaznać kolejnej straty.

Powróżę z fusów i kości ptaków, ale wydaje mi się, że śmierć nawiedzi jeszcze ten sezon. Dokładnie zapuka do Johna i odbierze mu Iris. Tak by poznęcać się troszkę nad już umęczonym bohaterem. Drugi powrót to angaż aktorki do serialu Outcast. Raczej dwóch seriali nie udźwignie.

OCENA 4.5/6

Supernatural S07E16 Out With the Old
Dobry odcinek, który niespodziewanie zahaczył o główny wątek sezonie. I mam wrażenie, że zupełnie niepotrzebnie. Lekkie polowanie na magiczne artefakty przez pierwsze 20 minut było udane. Tak jak oglądanie kolejnych kreatywnych zgonów. Przeklęte baletki i czajniczek - kapitalnie nakręcone sceny gore. Oglądałbym więcej tego typu pomysłów. Lewiatany wypadły komicznie, zbytnio przerysowani jak na potężne byty. Nie potrafiłem się z nich śmiać, a chyba taki był zamysł scenariusza tego odcinka. Ich plan też mnie nie obchodzi. O wiele ciekawsze jest dla mnie zmaganie Sama z Lucyferem i liczę, że na to zostanie niedługo położony większy nacisk.

OCENA 4/6

The Flash S01E16 Rogue Time
Oglądając ten odcinek miałem wrażenie jakby scenarzyści nie mieli pojęcia czym jest ripple effect. Wells straszy nas jaki czas jest kruchy, jakie olbrzymie konsekwencje będzie miało naruszenie biegu wydarzeń i olaboga wszechświat eksploduje. Tylko, że nie. Już pomijam absurdalną tezę o kruchości czasu. Przeszkadza mi, że naruszenie kontinuum musi mieć katastrofalne skutki. Niby czemu? Przecież wszechświat nie zakłada, że musisz zapłacić za utworzenie nowego timeline'a. Powstaje nowa rzeczywistości i tyle. Lepsza lub gorsza, ale wynik jest konsekwencją podjętych działań, a nie zemstą bożka czasu. Dlatego Cold i Heat Wave nie mieli prawa pojawić się w tym odcinku. Szybsze złapanie Wizarda nie mogło do tego doprowadzić. Jest to jeden wielki bullshit. Jedyne negatywne skutki podróży w czasie są efektem wiedzy Barry'ego o alternatywnych wydarzeniach. I złośliwości scenarzystów. Bo jego idiotyczne zachowanie było... idiotyczne. Niby geniusz, ale nie widać tego po nim. Jednak jeszcze mniej podobało mi się wytłumaczenie Catlin i udawanie choroby psychicznej Barry'ego. To już lekka przesada, prawdziwy bohater powinien ponieść konsekwencje swoich czynów. I tak wróciliśmy do statusu sprzed poprzedniego odcinka.

Jednak mimo wszystko bardzo dobrze mi się to oglądało. Bo Cisco dostał dużo czasu. Bo Snart i Rory posiadają komiksową charyzmę. Bo Reverse wrócił. Bo nawiązano do sceny Cisco/Wells z poprzedniego odcinka tylko odwrócono jej wymowę. Bo Cold zna tożsamość Flasha. Bo było dużo humoru. Wyśmienita robota chciałoby się zakrzyknąć gdyby nie te nieszczęsne wormhole do alternatywnych światów.

OCENA 4.5/6 

The Flash S01E17 Tricksters
Komiksowe seriale CW po podróbce Batmana i Iron Mana doczekały się Jokera. I wcale mi to nie przeszkadza. Mark Hamill w roli Trickstera jest fenomenalny. Przerażająca mimika, opętańczy śmiech, maniakalny wygląd i fascynujące dialogi (odwołania do Breaking Bad i Star Wars FTW!). Szalenie dobra robota! Widać, że mroczna strona jest w nim silna. Czekam na jego powrót, ta nieprzewidywalność jest w serialu potrzebna. Swoją drogą jak tak dalej pójdzie to do końca sezonu serial przedstawi wszystkich najważniejszych przeciwników Flasha. Mam w takim razie nadzieje, że ogólny zarys kolejnej serii już jest i nie będzie łatanie odcinków jakimiś stworzonymi na chybcika villianami tygodnia.

Proceduralna sprawa odcinka była świetna, a najlepsze, że odnosiła się do metaplotu sezonu. Wyjawiono co działo się 15 lat temu i zostałem niesamowicie zaskoczony. Wells i Thawne to dwie zupełnie różne osoby. Ten drugi ukradł życie pierwszemu by wrócić do swoich czasów. Gamechanger. To tworzy wiele możliwości na przyszłość. Bo co jeśli Wells w jakimś stopniu dochodzi do głosu bo Thawne przejął część jego osobowości? To by trochę skomplikowała przyszłość i można by liczyć na "dobrego" Wellsa.

Jak mnie drażnią scenarzyści niepotrafiący dowartościować kobiecych postaci! The Flash wygląda lepiej niż Arrow, ale traktowanie Iris jak porcelanowego słonika działa mi nerwy. Nie mówmy jej prawdy bo może jej nie znieść, wymyślmy naiwne kłamstwo by ją chronić - myślą bohaterowie. A ja nie mogę tego znieść. Jeszcze Eddie został w to wszystko wciągnięty, aż mi go szkoda.

OCENA 4.5/6

The Last Man of Earth S01E03 Raisin Balls and Wedding Bells
Serial dalej śmieszy, ma swoje momenty gdy pozwala zaszaleć bohaterom w opuszczonym świecie, ale relacje między nimi mnie powoli zaczynają irytować. Ba, Phil i Carol robią się denerwujący, a nie śmieszni. Jednak najgorsze było oglądanie ich nocy poślubnej. Nie wiem czy celem było zażenowanie widza. Jeśli tak to udało się. Jeśli chodziło o pokazanie ślepego dążenia mężczyzny do zaspokojenie swojego popędu seksualnego to nie za bardzo. Dobrze jednak, że są sceny z piłkami i montaże z zabawami Phila. A na końcu pojawiła się zjawiskowa January Jones. Pewnie wątek trójkącika będzie męczący, ale liczę że wciąż od czasu do czasu uda mi się zaśmiać.

OCENA 4/6