Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 stycznia 2022

Friday the 13th Part 3 [Piątek trzynastego III]

To jest niesamowite jak można trzeci raz nakręcić tą samą historię i całkiem nieźle na tym zarobić. Gdyby ktoś mi powiedział o mordercy polującym przy domku nad jeziorem mocno bym się zastanawiał o który film z serii Piątek Trzynastego chodzi. Już przy poprzedniej blognotce narzekałem, że to niemalże ten sam film różniący się głównie sposobami śmierci i mordercą. Część Trzecia ma jeszcze mniej unikalnych elementów. Rosnąca liczba ofiar nie sprawi, że film będzie atrakcyjniejszy, wręcz przeciwnie.

Friday the 13th Part III rozpoczyna się zaraz po zakończeniu poprzednika. Ranny Jason ucieka z miejsca zbrodni i bez powodu morduje dwie kolejne osoby. Tak jakby recap z początku miał nie wystarczyć i trzeba było przypomnieć kto tutaj jest głównym bohaterem i jakie ma hobby. Po otwierającej scenie jest klasyczna już sielanka i zapoznanie się z przyszłymi ofiarami. I tutaj muszę pochwalić osobę odpowiedzialną za casting. Niby klasyczna grupka, ale aktorzy sprawiają, że nie irytują i w jakiś sposób można im kibicować. Final girl bez problemu można rozpoznać od samego początku. Jest jeszcze dwójka wiecznie ujaranych hipisów, parka która myśli głównie o seksie, prankster prawiczek i jego potencjalna parterka. Imiona są tutaj nie ważne. Chociaż mam wrażenie, że są to jak dotąd najbardziej wiarygodne i najlepiej zagrane postacie. Chriss przeżywa traumę z przeszłości, mierzy z własnymi słabościami i próbuje odnowić kontakt z dawnym parterem. Hippisi tworzą nietypowy związek gdzie to on jest tym tchórzliwym i mniej charyzmatycznym chociaż pochłaniają zioło z jednakową częstotliwością. Shelly robi sobie głupie żarty udając trupa (tak, wiadomo do czego to na końcu doprowadzi), ma fatalne umiejętności społeczne i kompleks niższości, ale w sytuacjach zagrożenia potrafi zachować się, powiedzmy że heroicznie. Na prawdę ich żałowałem gdy już zaczęli umierać. Pewną nowością zwiększającą dynamikę historii jest dodanie trzeciej frakcji. Grupki motocyklistów którzy przez przypadek stają się kolejnymi ofiarami Jasona. Jestem rozczarowany tym wątkiem bo posłużył głównie do zwiększenia ilości trupów nie mając realnego wpływu na pozostałych bohaterów po tym gdy już spełnił swoją rolę w jednej scenie.

Gdy pierwsza dwa filmy otaczały mordercę nimbem tajemnicy tak Piątek trzynastego III z lubością eksponuje Jasona. Jego zwalista sylwetka dominuję nad swoimi ofiarami, a obrzydliwa twarz została wreszcie schowana za kultową maską. I to nawet działa. Kadry ukrywające sylwetkę i budzące tajemnicę dalej są obecne, ale rozumiem czemu ograniczono ich rolę. W kolejnym filmie z serii nie sprawdzałyby się już tak dobrze. Jason Voorhees przeraża nie tylko tym co robi, ale też kim jest. Maska spełnia swoją rolę. Zakrywa by móc odkryć to co obrzydliwe i zwiększyć efekt przerażenia w finale. A właśnie, finał. Ekipa produkcyjna robi postępy bo jest coraz lepiej. Dynamiczny, wciągający, bez zbędnego przedłużania, a do tego final girl nawiązuję wyrównaną walkę. Ciekawie spina się to z jej rysem charakterologicznym. Gdy po przebytej traumie musi się skonfrontować z swoim oprawcą. Jej początkowy szok szybo zamienia się w wolę walki i triumf życia i ludzkiej determinacji nad śmiercią uosabianą przez Jasona. Czy w takim razie tylko jednostki skrzywdzone w przeszłości w pełni mogą zrozumieć sens życia i dzięki temu walczą z większą determinacją? W końcu co Cię nie zabije to Cię wzmocni. Tylko szkoda, że nieudana zbrodnia z przeszłością kłoci się z Jasonem którego poznałem.

Morderstwa w tej części to typowe hit & miss. Trafia się kilka nudnych dźgnięć, ale jest też parę bardziej kreatywnych. Jak rozpołowienie maczetą chłopaka chodzącego na rękach czy miażdżenie czaszki gołymi rękami zakończone wyskakującym okiem. Może dzisiaj nie robi to większego wrażenie, ale sposób reżyserii, budowanie napięcia i przywiązanie do jak najciekawszego kadrowanie dalej są godne pochwały. Zapewne musiało to robić niezłe wrażenie w 3D, tak jak film był oryginalnie pokazywany. Mam cichą nadzieję, że w dalszych częściach seria pójdzie bardziej w krwawy slapstick niż realistyczne pokazywanie śmierci. pasuje mi taka konwencja do Jasona, który również jest przerysowanym antagonistą.

Mimo wszystkich wad jest troszkę lepiej niż w pierwszej części, a w kilku miejscach robi się interesująco, bohaterowie są fajni, a Jason odgrywa coraz większą rolę kosztem swoich ofiar. To dalej nie jest dobry film, ale przy odrobinie chęci można się na nim dobrze bawić. Na pewno robiła to ekipa filmowa. A końcówka to znowu małe zaskoczenie, które można interpretować na dwa sposoby. Jako budowanie mitologii serii lub szokujące obrazy dręczące wymęczony umysł. Następna część zapowiada się interesująco.

Luźne przemyślenia:

  • strasznie wolno mi idzie ten cykle, w takim tempie do konfrontacji Jasona z Freddym dojdę za ponad dwa lata. Moje zainteresowanie slasherami z filmu na film robi się coraz większe więc postaram się trochę przyśpieszyć.
  • film rozbił boxoffice. Przy budżecie 2,2 mln zarobił prawie 37 mln. Całkiem niezły wynik, po przeliczeniu inflacji nawet dzisiaj można byłoby mówić o sukcesie.
  • krytycy co oczywiste nie byli zachwyceni. Na dzień dzisiejszy na Rotten Tomatoes widnieje oszałamiające 7% od krytyków i 42% od widzów.
  • początkowo film miał wyglądać zupełnie inaczej i opowiadać dalszą historię Amy z dwójki. Nic z tego nie wyszło, a zręby tej historii można dostrzec w Chris, która układa sobie życie po tym gdy pierwsze spotkanie z Jasonem niemal nie doprowadziło do jej śmierci.
  • jestem rozczarowany pochodzeniem maski hokejowej. Miałem nadzieje na jakąś ambitniejszą historię niż trofeum po jednej z swoich ofiar.
  • to trochę zabawne, ale film nie dzieje się w piątek 13 tylko już w sobotę 14.

niedziela, 28 listopada 2021

Friday the 13th Part 2 [Piątek trzynastego II]

Do seansu drugiej części Piątku 13 podchodziłem bez większych oczekiwań. Byłem zawiedziony pierwszą odsłoną, przez część ludzi uważaną za najlepszą więc nie obiecywałem sobie wiele. Najbardziej ciekawiło mnie jak sprawdzi się Jason w roli antagonisty. Jakie było moje zaskoczenie gdy film okazał się lepszy od swojego poprzednika i oglądało mi się go z zainteresowaniem. Wciąż nie uważam by był to dobry film, ale jest zdecydowanie lepszy. I zupełnie niepotrzebny.

Początkowo marka Piątek 13 była planowana jako antologia filmów związanych z teoretycznie pechową datą. Pierwszy film nie licząc dopisanego zakończenia stanowił spójną i zamkniętą historię, która nie potrzebowała żadnego uzupełnienia. Scenarzyści postanowili jednak skapitalizować popularność finału i powstał film gdzie mordercą jest uznawany za zmarłego Jason. Jest to bardzo kłopotliwe bo wypacza motywację morderczyni z oryginalnego Piątku i sprawia, że pierwszy film w świetle drugiego nie ma najmniejszego sensu. Ponadto można nazwać go naciąganym remakem i opisać w ten sam sposób - grupka osób nad jeziorem mordowana przez nieznanego sprawcę. Ten sam schemat, podobne zakończenie. Tym bardziej szokujące, że ogląda się to lepiej niż pierwowzór.

Już samo otwarcie zapowiada bardziej bezkompromisowe podejście, bardziej brutalnego i bezlitosnego mordercę. Jeszcze nie nazwany Jason tropi dręczoną traumą final girl z poprzedniego filmu i dokonuję zemstę. Wchodzą napisy początkowe które dają trochę miejsca na oddech by zmienić klimat na bardziej sielski i radosny. Grupka przyjaciół udaje się na szkolenie opiekunów nad Crystal Lake. Od czasu morderstw Pameli Voorhees minęło już 5 lat, dalej ta sprawa fascynuję, ale jest też obiektem żartów. Nikt nie spodziewa się, że tragedia może się powtórzyć, co oczywiście się dzieje. Mało ambitny scenariusz, ale się sprawdza. Jedną z składowych dobrego slashera są ofiary z którymi można sympatyzować. Tutaj grupka potencjalnych trupów jest większa i bardziej zróżnicowana. To dalej kilkoro młodych ludzi, którym w głowie, seks i zabawy, ale mają w sobie coś takiego, że można im kibicować. Żartują w czasem głupkowaty sposób, jeden z nich jest sparaliżowany i porusza się na wózku, inny to lekceważony lowelas, który jest dupkiem, ale ostatecznie go trochę szkoda. Pod tym względem jest całkiem nieźle.

Podobało mi się tempo filmu. Odejmując cold open w który zawiera również recap poprzedniego filmu trwa on około 70 min. Szybko czuć atmosferę zagrożenia, pojawiają się pierwsze niepokojące sygnały i morderstwa. Kilkoma scenami jest budowana więź z bohaterami i można zacząć obstawiać kto zginie, kto przeżyję i dobrze się przy tym bawić. Jasne, nie są to rozbudowane portrety psychologiczne tylko proste archetypy, ale dzięki charyzmie aktorów jest nieźle. Na całe szczęście film próbuje czegoś więcej niż mordowania. Dzięki Ginny która jest psycholożką pozwala nam lepiej zrozumieć Jasona, wzbudzić sympatię do masowego mordercy, który tak na prawdę jest upośledzonym dzieckiem pozbawionym miłości. Finał to znowu w większości pojedynek final girl z mordercą, ale nie tak cringowy jak poprzednie, a momentami przerażający i pomysłowy. Jestem pod wrażeniem progresu jakiego dokonano. Plusik za piłę łańcuchową Czechova.

Od strony technicznej jest solidnie. Miejscówki są klimatyczne. Sielskie domki letniskowe skontrastowano z ruderą w jakiej żyję Jason i fajnie między nimi się przemieszczano w końcówce. Dobrze czuć geografię lokacji przez co bieganie nie wydaje się bezsensowne. Kostium Jasona mimo swojej prostoty też się sprawdza. Zwalisty typ z kilofem, w ogrodniczkach i koszuli w kratę. I ten worek spod którego wyziera jedno oko. Sugestywny obraz zagrożenia. Mam wrażenie, że morderstwa są trochę bardziej pomysłowe. Dalej nie ma tutaj nic zapadającego w pamięć, ale raz czy dwa się zaskoczyłem. Dużo lepsze jest budowanie napięcia, chwila oczekiwanie gdy ma do nich dojść. Muzyka to klasa sama w sobie, tak jak w pierwszym filmie udanie buduje klimat zagrożenia. Swoje robi też kamerą. Gdy ma dojść do aktu przemocy uwalnia się, płynie po scenie jakby było to sygnałem zbliżającego i nieuniknionego zagrożenia. Nie pokazując wszystkiego, umiejętnie tworząc kompozycję kadru wzmaga napięcie.

Kończąc podkreślę jedną rzecz - nie traktuje Piątek trzynastego II jako dobrego filmu. Jego sercem, jeśli można w ogóle tak powiedzieć, są krwawe sceny śmierci, a główny bohater to morderca. Film nie ubogaci czyjegoś życia. Nie jest też produkcją rozrywkową na której można się dobrze bawić. I trochę nie rozumiem czemu mi się właściwie podobał. I przyznaję, jestem teraz ciekaw następnej części która bardzo odkrywczo zatytułowana jest jako Friday the 13th Part III.

Luźne przemyślenia:

  • delikatnie zmieniły mi się plany. Początkowo miałem obejrzeć cały Piątek 13, a potem Koszmar z Ulicy Wiązów. Zdecydowałem by jak najlepiej odebrać Jason vs. Freddy zastosuję chronologiczny płodozmian. Przy okazji odkryłem, że istnieje coś takiego jak Slasher Universe co pozwoli rozwinąć cykl poza te dwa planowane początkowo slashery.
  • kultowa maska Jasona wciąż się nie pojawiła, by zakryć swoją twarz morderca lata z workiem na głowie, któremu również nie można odmówić klimatu
  • film został nakręcony w niecałe 2 miesiące, premierę miał niemal równo rok po oryginale, a w box office zarobił 21,7 mln $ przy budżecie 1,25 mln $. Słabiej niż część pierwsza, ale dalej przyzwoicie. Pamiętajcie o inflacji.
  • alternatywne finałowe ujęcie miało pokazać uśmiechającą się trupią głowę Pameli. Trochę szkoda, że z tego zrezygnowano bo mogło być równie szokujące co finał jedynki i fajnie wprowadziłoby nadnaturalne motywy do serii.
  • na Metacritic Piątek 13 Część 2 może pochwalić się imponującym 26/100, przy czym Rottentomatoes daje oczko wyżej i 27%. Oceny widzów wyglądają lepiej, odpowiednio 6.8 i 48%.

poniedziałek, 15 listopada 2021

Diuna: Część pierwsza

Gdybym był poważnym blogerem mógłbym poświęcić Diunie kilka wpisów. O książkach można pisać wiele. Podchodzić do historii na wielu poziomach, analizować bohaterów, treści społeczno-polityczno-ekologiczne, zagłębić się w filozofię i worldbuilding. Wiele miejsca można poświęcić również samej historii powstanie Kronik jak i ich kontynuacji autorstwa syna Franka Herberta. Wpływ na masową kulturę to kolejny fascynujący temat. Samo opisanie wszystkich odniesień do Diuny w Gwiezdnych wojnach zajęłoby pewnie kilka stron. A jest jeszcze adaptacja Davida Lyncha która w pewnych kręgach ma status kultowy. Nie wszyscy wiedzą też o kilkunastoletnim mini-serialu Syfy, który odważnie wychodzi poza pierwszą książkę i skupia się na Dzieciach Diuny. Fascynująca jest również historia nieudanej adaptacji Alejandro Jodorowsky'ego, która doczekała się dokumentu. Jeden z najlepszych filmów który nigdy nie powstał. Jest również gra która zdefiniowała gatunek RTS. Mógłbym również napisać osobistą notkę o wpływie jaki Diuna wywarła na moje życie bo jest to jedna z książek które mnie ukształtowały. Na szczęście nie jestem blogerem z ambicjami. Nie nazwałbym się nawet blogerem. Chciałbym się jedynie podzielić kilkoma przemyśleniami po filmie. Po filmie na który czekałem jak na żaden inny w ostatnim czasie. I będę pisał konkretnie o filmie starając się traktować go jako autonomiczne dzieło. Dawno nauczyłem się zdroworozsądkowego podejścia by rozdzielać ekranizację od materiału źródłowego. Wiem, że nie jest to zawsze możliwe, tym bardziej, że Diuna towarzyszy mi przez niemal połowę życia, ale się postaram.

Powiem krótko - podobało mi się. Z kina wychodziłem zadowolony i dawno żaden film nie dał mi tyle radości. Znając książkę i dotychczasowe dokonania Denisa Villeneuve otrzymałem to czego się spodziewałem. Pozornie klasyczną opowieść o wybrańcu w zachwycającej formie. Główna historia opowiedziana w Diunie jest prosta. Dwa rywalizujące ze sobą rody, jeden honorowy, a drugi zepsuty, walka o władzę i intryga oraz jednostka z perspektywy której poznajemy opowieść. Tylko, że o znakomitości dzieła decydują detale i fascynujący świat. Świat przyszłości, odległy od naszego o 20 tysięcy lat. Wielkie rody, mentaci, mistrzowie miecza, Głos, tajemnicze Bene Gesserit, imperator, tarcze osobiste, potężne istoty. I przyprawa, przede wszystkim przyprawa, a w raz z nią Arrakis czy raczej tytułowa Diuna, jedyna planeta we wszechświecie na której można ją znaleźć. Najcenniejszy towar znany ludzkości, wydłużający życie i w ograniczonym stopniu pozwalający widzieć przyszłość. Świat przedstawiony jest fascynujący aczkolwiek momentami niezrozumiały. Mam wrażenie, że mimo solidnej ekspozycji niewystarczająco miejsca poświęcono niektórym elementom np. czemu właściwie przyprawa jest tak ważna, przez co sens głównego konfliktu nie jest wystarczająco umotywowany. Z drugiej strony film traktuje widza poważnie. Nie tłumaczy wszystkiego, nie wyjaśnia złożoności sytuacji geopolitycznej czy jakie są motywy poszczególnych frakcji. Raczej pozwala widzowi samemu wyciągnąć wnioski. Rzuca go w świat, pozwala się zanurzyć w jego dziwność, a przez niezrozumienia rządzących nim mechanizmów sprawić, że jest on jeszcze bardziej fascynujący. Czasem działa to na jego korzyść, czasem wręcz przeciwnie.

Przełożenie Diuny na język wizualny jest niesamowicie trudne. Ilu artystów tyle wizji. Można to przedstawić jako sci-fi na LSD, można pójść w barokowy czy wręcz dekadencki przepych pełen detali jak Wojciech Siudmak. Villeneuve wraz z ekipą postawili na monumentalny minimalizm. Ograniczona ilość detali, ale przytłaczająca skala. Zwłaszcza w zestawieniu z człowiekiem. Jest on malutki w porównaniu do wytworów techniki czy natury. Malutki człowieczek i bezkresny kosmos. Co jest najlepiej widoczne podczas lądowania na Diunie. Lub podczas starcia jednostki z przyrodą. Bezlitosny klimat gdzie nawet technologia przyszłości jest bezradna. Sama pustynia jest majestatyczna i potrafi zachwycić swoim bezkresem. Swoje robią też detale - sprzęt codziennego użytku, stroję i wnętrza. Widzę tutaj Oscara. Tak jak strona wizualna ważna jest również muzyka. Hans Zimmer mocno eksperymentował czerpiąc między innymi z etnicznych dźwięków. Doskonale współgra z tym co widać na ekranie, jest czymś odrealniony, pozwalającym wejść w świat i tworzy z nim sugestywną kompozycję. Tylko nie wyobrażam sobie by słuchać ścieżki dźwiękowej samodzielnie. Próbowałem i czułem przy tym pewien dyskomfort.

“I Must Not Fear. Fear Is The Mind-Killer. Fear Is The Little Death That Brings Obliteration.”

Diuna to nie kolejny kinowy blockbuster. Nie próbuje dać prostej rozrywki rzucając kolejne żarciki i zakryć swoje niedostatki scenami akcji. Oczywiście one również się znajdą, ale żarty rzucane między bohaterami służą budowaniu między nimi relacji czy podkreśleniu charakteru postaci czego doskonałym przykładem jest Duncan Idaho portretowany przez jak zwykle charyzmatycznego Jasona Momoę. Wybuchy też są, w końcu jest to opowieść o konflikcie. Sceny akcji są oszczędne, dobrze wyreżyserowane, czasem zachwycające i podane w rozsądnej ilości. Tylko czasem gubią się w nich bohaterowie. Jakby spektakl był ważniejszy od postaci. Odniosłem też wrażenie, że momentami filmowa Diuna jest pompatycznym pomnikiem bez emocji. Możne to być zasługa długości filmu, niemal 2,5h to ciut za dużo. Chciałbym też by czasem można było lepiej poczuć klimat miejsc w które zabiera nas film. Poczuć uliczki Arrakin niczym Juarez w Sicario.

Najprostszym poziomem na jakim można odebrać Diunę to konflikt między rodami Atrydów i Harkonennów. Ewentualnie jako drogę bohatera który dojrzewa do swojego przeznaczenia. Paul w trakcie filmu godzi się z dręczącymi go wizjami i postanawia je zaakceptować. Przyjąć swoją rolę. Zdaje sobie sprawę, że jest zabawką w rękach potężnych sił, ale też powinności. Jest przyszłą głową rodu, efektem wielopokoleniowego eksperymentu, ofiarą politycznych gierek, mesjaszem mającym przynieść zbawienie milionom i śmierć miliardom. Widzi przyszłość i nie wie czy ma się jej poddać czy z nią walczyć. Słuchać innych czy samemu kreować swój los. Jest też chłopcem który musi stać się mężczyzną. Diunę można też rozpatrywać na bardziej złożonym poziomie. Przyprawa to ropa, Arrakis to Bliski Wschód i na tym budować interpretację filmu który opowiada historię wykorzystywaniu ludzi których jedyną przewiną jest bogactwo ich ziemi. Wydaje mi się, że próbowano również przemycić odwołania do kryzysu klimatycznego, ale zrobiono to zbyt pośpiesznie.

To, że osoba odpowiedzialna za castingi się spisała było już wiadome po ogłoszeniu obsady. Timothée Chalamet jako Paul to strzał w dziesiątkę. Niczym się nie wyróżniający, zagubiony, a przy tym odpowiednio charyzmatyczny. Jednak aktorsko popisuję się Rebecca Ferguson która ma najwięcej do zagrania. Rola matki która musi się dzielić zobowiązaniami wobec swojego zakonu z miłością do swojego syna to bardzo wdzięczny temat. O każdym aktorze można sporo pisać więc by nie pominąć nikogo na tym skończę i pochwalę co innego. Gender swapping i różnorodność rasową. Nieunikniona zmiana dla książki która ma na ponad 50 lat.

Jestem zadowolony z filmowej Diuny. Wiem, że to nie jest film idealny, ma swoje wady, ale bardzo się ciesze że powstał. To kino ryzykowne i bardzo bym chciał by częściej podejmowano takie próby. Ja się bardzo ciesze, że już powstaje druga część, która ma potencjał by być filmem jeszcze lepszym. Fundamenty zostały zbudowane, można teraz więcej czasu poświęcić na historię, a nie ekspozycję. Tylko szkoda, że trzeba na nią czekać do października 2023 roku. A ja się ciesze, że seans Diuny mam już za sobą i mogę zabrać się za wideorecenzję i przeróżne analizy by przekonać się jak wielu rzeczy nie zauważyłem. A może by przed kolejną częścią zrobić powtórkę z lektury?

piątek, 30 lipca 2021

Szybcy i wściekli 9

 

Muszę dokonać blogowego coming outu. Może kilka lat temu zrobiłoby to większy szum, ale dzisiaj wydaje się to czymś zupełnie normalnym. I takie właśnie jest. Mianowicie uwielbiam sagę Szybkich i wściekłych i uważam, że jest to lepsze uniwersum superhero niż filmy prezentowane przez DC. To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Byłem nawet jednym z tych którzy śmieją się z marki. W końcu ja i samochody? Nic z tego. Aż kilka lat temu nadrobiłem i potem z wytęsknieniem czekałem na kolejne części gdy moi znajomi nie wiedzieli co mi się w tym tak podoba. Dla mnie jest tutaj wszystko. Wyraziste postacie, humor, widowiskowe sceny akcji, odrobina poważniejszych wątków i dystans do samych siebie. Jak również ewolucja. Od kradzieży odtwarzaczy DVD w pierwszym filmie po loty w kosmos. Wywołuję u mnie smutek, że do końca Sagi pozostały dwa filmy. Przynajmniej tej głównej. W przyrodzie nic nie ginie, a marka zarabiająca miliardy dolarów nie zostanie odsunięta tak szybko w odstawkę.

Przewrotnie podsumowanie zamieszczę w drugim akapicie. Fast 9 nie spełniło wszystkich moich oczekiwań. I trochę się zawiodłem. Jednym z powodów mogła być wydłużona o rok kampania marketingowa przez co zapowiedzi zdradzały zbyt wiele. Wyjątkowo ciężko było mnie zaskoczyć wymyślną akcją czy zwrotem akcji. Na szczęście to nie to najważniejsze. Jako popcornowy blockbuster film spisuje się znakomicie. Pozwoliłem uwolnić swoje wewnętrzne dziecko i przez dwie godziny, nie licząc kilku dłużyzn, bawiłem się świetnie. I przyznaje - stęskniłem się za kinem i jego atmosferą. Kolektywne przeżywanie dalszej historii Rodziny to uczucie wyjątkowe.

Film jest zaskakująco samoświadomy. Jak żaden inny rozumie fanów i wchodzi z nimi w dialog przez opowiadaną historię. Powracające rozmyślania Ramona nad nieśmiertelnością to jedno. Drugie to fanserwis. Przez ostatnie lata w mediach społecznościowych przewiały się dwa wątki - tylko lot w kosmos może podkręcić akcję i #JusticeforHan. I zarówno jedno i drugie dostajemy. W przewrotny, ale satysfakcjonujący sposób. Film otwiera też nowe wątki. Poszerza szpiegowski świat, kładzie większy nacisk na kreowanie potężnego złoczyńcy w postaci Cipher, która nie była tylko jednorazowym złolem i buduje fundamenty pod zakończenie Sagi. Co interesujące, przeprowadza dekonstrukcję swoich bohaterów. To nie są już adrenaline junky. Letti i Dom mają rodzinę i jej chcą się poświęcić. Niebezpieczne życie zostawili za sobą. Domowi nie w głowie przygody, on chcę się wychowaniem młodego Bryana. Co interesujące to Letti go opuszcza i rusza na kolejną misję. Zawsze lubiłem w Szybkich ten dysonans. Z jednej strony kino z mięśniakami, a z drugiej wyemancypowane kobiety które żyją obok, a nie w cieniu swoich partnerów.

Jednym z ważniejszych motywów serii jest Rodzina. Nie więzy krwi, a rodzina którą sobie sami wybieramy. Bliscy z którymi chcemy wspólnie spędzić życie, przyjaźnie napędzane wysokooktanową benzyną. Tutaj dodatkowo zanurzono się w przeszłość Doma, jego problematyczne relację z bratem i tajemnicę rodzinne. Konflikt z Jackobem jest główną osią filmu. Jak to w Szybkich, krew nie czyni z nas rodziny, a każdy zasługuje na przebaczenie. Natomiast ostatnia scena to piękny ukłon dla fanów sprawiający, że można się wzruszyć.

Do finału Szybkich i wściekłych zostały niecałe trzy lata i dwa filmy. Ja już wiem, że będę tęsknił i to niezależnie od poziomu kolejnych filmów. Saga dojrzewała z widzem, ale jak wszystko musi się kiedyś skończyć. Do zobaczenia za rok i dziękuje za kolejną dawkę rozrywki.

wtorek, 22 czerwca 2021

Friday 13th [Piątek 13]

Nie byłbym sobą gdybym zaczął od jednego filmu z zamkniętą historią. Nie mam nic przeciwko pojedynczym historią, ale do szpiku kości jestem serialowcem, lubię długie opowieści i światy do których mogę wracać. Pod tym względem gatunek horroru wydaje się dla mnie idealny. Długie cykle o wątpliwej jakości przedstawiające kawał historii kina. Zastanawiałem się nad kilkoma seriami od których mogę zacząć. Wracająca do kin Piła i jej torture porn, klasyczny Koszmar z Ulicy Wiązów od Wesa Cravena czy Halloween od innego mistrza, Johna Carpentera, a może straszące The Conjuring Universe? Trudny wybór już na samym początku. Ostatecznie padło na Piątek 13. Bez specjalnego powodu. Bo gdy się zastanawiałem był 13 dzień miesiąca? Bo Eric Goldman na twitterze w każdy piątek 13 robi sobie rewatch i pisze pełne entuzjazmu tweety o serii? Jak na to teraz patrzę to powinienem lepiej przemyśleć tą decyzję. Może bym jej tak nie żałował.

Piątek 13 rozpoczyna serie 12 filmów, która jest martwa od ponad dekady. To znaczy, że będę mógł dotrwać do końca i zakończyć swoją przygodę. Zanim jednak uda mi się skończyć przygodą z przygodami Jasona to m.in. dojdzie do rebootu, alternatywnych linii czasowych, estetyki sci-fi i crossooveru (zupełnie jak w tv!) z Freddym Krugerem. I pomyśleć, że zaczyna się tak banalnie. Pierwszy film to już klasyczna historia w stylu "grupka w głuszy umiera po kolei". Historia jest tutaj banalnie prosta. Dowiadujemy się o prawdopodobnie nawiedzonym miejscu, serii powracających morderstw, poznajemy pracowników właśnie otwierającego się obozu by oglądać jak giną. Tak prosto, że aż banalnie. Przez 2/3 filmu miałem wrażenie, że oglądam Big Brothera z mordercą. Podglądamy ludzi, oglądamy kolejne obyczajowe scenki z życie na obozie co od czasu jest przerywane kolejnymi zgonami o których pozostali przy życiu nic nie wiedzą. Zmiana następuje pod koniec filmu gdzie final girl (bez zaskoczenia)walczy o przetrwanie, a film w końcu sprawia, że zaczyna mi zależeć i komuś kibicuję. Wcześniej było o to trudno. Przy czym finałowe starcie jest rozczarowujące. Machnięcie maczetą, unik, machnięcie patelnią, nokaut i znowu trochę biegania z budzącą napięcie muzyką. Rozczarowujące i koniec końców nużące.

Oglądanie starych filmów ma w sobie coś fascynującego, zwłaszcza porównując je do aktualnych produkcji. Aktorzy, którym daleko do kanonów piękna. Młodziutki Kevin Bacon w roli amanta! Brak umięśnionych ciał i krągłych sylwetek u kobiet, nierównie rozłożona opalenizna czy ubrania niczym nie odbiegające od tego co na ulicy. To nie jest idealizowana fantazja tylko oddanie rzeczywistości. Zabawnie patrzy się też na młodzież (lub młodych dorosłych) która wygłupia się nad wodą lub gra w rozpierane Monopoly czy kieruje się głównie hormonami. Jeśli nie jest to prawdziwe życie to przynajmniej tak wyobrażano je sobie te 40 lat temu.

Muszę się pochwalić, że do seansu solidnie się przygotowałem. Poczekałem do okolic północy, przyciemniłem światło, zaserwowałem orzeszki i piwo. Wszystko by sprawdzić jak Piątek 13 radzi sobie z straszeniem. Kolejne rozczarowanie. Odpowiednie warunki nic nie dały bo przestraszyłem się na screamerze jeden raz. Trochę mało. Po backwoods slasherze oczekiwałem też obrzydliwego gore które będzie mnie zmuszała do odwracania wzroku od ekranu. Tutaj też kicha. Nie jest zbyt brutalnie. Rozerwane gardło, siekiera w głowie czy jedna dekapitacja przy użyciu meczety. Wszystko z raczej oszczędny wykorzystaniem sztucznej krwi. Bardziej niepokojące widoki można zobaczyć w kryminałach w ogólnodostępnej amerykańskiej telewizji. Podobała mi się za to zabawa z widzem i raczej zaskakująca kolejność zgonów bo ta którą typowałem jako przyszłą ocaloną ginie jako pierwsza, a dalej też jest kilka niespodzianek.

Najpopularniejsze horrorowe marki opierają się na swoich antagonistach. Wyraziście wykreowanych charakterach, kultowych złolach, których uwielbiamy się bać. Kto nie kojarzy maski Jason Voorgeesa ten nie może nazwać się fanem horrorów. Ta ikoniczna postać jako główne złol filmu... STOP, wróć! Tutaj Jason nie ma jeszcze maski, ba jeszcze nie zabija. Zaskoczyłem się. Tym bardziej, że Piątek 13 przy użyciu kilku prostych sztuczek skuteczne buduje napięcie. Morderca jest niewidoczny, a kamera symuluje prześladowcę. Sprawia to, że kolejne zgony są bardziej intymne, a dzięki temu film wchodzi w dialog z widzem, pyta się kto morduję, sprawia, że mózg pracuję i pozwala bawić się w zgadywankę. Tylko końcówka rozczarowuję. Jest niczym odwrócona Psychoza i niestety trudno było mi to traktować poważnie. Tym bardziej, że prześladowca na sam koniec dostaje głupawki i zaczyna pełnić rolę podległą narracji wyjawiając swoje motywację. Bo tak. Jest też finałowy twist otwierający furtkę kontynuacji. Jakby twórcy stwierdzili, że ich film jest nudny i trzeba coś zrobił by o nim mówiono po zakończenie seansu. I trochę w tym prawdy bo pierwotnie zakończenie miało być inne.

Wiecie jaka jest najbardziej przerażająca rzecz którą odkryłem po Piątku 13? To według części fanów marki najlepszy film w serii. Sukces komercyjny mnie nie dziwi, al długa lista kontynuacji już tak. Pozostaje trzymać kciuki, że gdy wynik na Rotten Tomatoes zacznie spadać będzie się oglądało coraz lepiej. Lubię camp, a Troll 2 był w końcu wyśmienitym filmem.

wtorek, 22 lipca 2014

3 filmowe grosze #13

300: Rise of An Empire
-  pierwszych 300 uważam za świetny film. Będzie już ponad pięć lat kiedy go ostatnio oglądałem, ale wciąż pamiętam niektóre mistrzowsko wyreżyserowane sceny, euforię podczas ich oglądania i potem długi zachwyt. Może jakbym dzisiaj obejrzał film odbiór byłby inny, ale wątpię bym stwierdził, że jest podobny do swojej kontynuacji. Jest pod każdym względem lepsze i lepiej gdyby na tym jednym filmie się skończyło. Obawiam się, że producenci mogą się jednak pokusić o jeszcze jedną część. Zakończenie było otwarte, a film swoje zarobił.
- jeszcze zanim przejdę do filmu - tytuł jest okropny. Nie chodzi tylko o pierwszy człon, który ma tylko nawiązywać do znanej marki i sprzedać całość. Czepiam się też jego drugiej części. Obejrzałem film i nie mam pojęcie o jakie imperium chodzi. Persowie mieli swoje już dawno, a przez film niczego nie zbudowali. Grecy za to jednoczą się by pokonać wroga. To nie żadne imperium tylko koalicja. Chyba, że chodzi o imperium jako metaforę nowych idei opartych o wolności, równości i braterstwie. Może jakby to był inny film mógłbym się pokusić o taką interpretację, ale nie podejrzewam twórców o takie intencje.
- czym jest Rise of An Empire? Ni to wydra ni kapibara. Trochę prequel, trochę sequel, jeszcze częściej wydarzenia są prowadzone równolegle z historią znaną z 300 tylko z innymi bohaterami w innych miejscach na tej samej wojnie z persami. Scenarzyści mieli kilka pomysłów, ale nie wiedzieli jak je ze sobą zszyć przez co wyszedł im brzydki potworek, na którego nie chcę się patrzeć. Nie czuć by historia miała jakąkolwiek spójność i brak wyraźnego ciągu przyczynowo skutkowego. Film opowiada kolejne epizody z wojny przeplatane, osobistą sytuacją bohaterów, która nie potrafi zainteresować i nawiązaniami do oryginalnych 300.
- marną historię bym bez problemu zniósł gdyby mięsko było smakowite. W sumie na to głównie liczyłem. Miała być wojna totalna, finezyjne starcia i zachwycające slow motion uczące anatomii umierających wrogów. Ale nie ma. To tak jakby wypuścić komedie bez żartów lub Gwiezdne Wojny bez mieczy świetlnych. Można, ale nie ma to najmniejszego sensu. Strona realizacyjna została pokpiona niesamowicie co jeszcze uwidacznia to, że Zack Snyder nie jest tylko zwykłym rzemieślnikiem. Potrafił wykreować wojnę, która budzi emocję, jest brutalna i zginąć może każdy. Czuć było też, że to wielka bitwa. Niby banalna rzecz, ale tutaj tego nie ma. Niby wojna, niby są pokazane palące się miasta czy starcia takie jak Maraton i Salamina, ale zamiast kilkudziesięciu żołnierzy jest skupienie się na garstce. Nie ma żadnych plenerów, ruchów wojska, zaskakujących akcji tylko wyrzynka garstki bohaterów, a potem ja się śmieje, że mówią o tysiącach na polu bitwy. Tylko fajnie wyszły niektóre starcia na morzu bo to było coś nowego i nawet wyszło pomysłowo. Tylko znowu - krótkie pokazanie dużej floty i jakaś akcja skupiająca się na kilku jednostkach. Z samą wojną ma to też niewiele wspólnego. Z historią nawet nie zamierzam tego porównywać. Wystarczy podstawowa wiedza by krzywić się z tego co tu pokazano, ale to przecież nie miał być film historyczny tylko finezyjna sieczka!
- kolejne składowa to choreografia walk. Łączy się z tym tez ruch oddziałów, którego jak wspomniałem nie ma poza kilkoma wyjątkami na wodzie i jedną absurdalną sceną na koniu w finale. Oglądałem ten film - by popatrzeć na świetnie wyreżyserowane i dramatyczne starcia i strasznie się na tym aspekcie zawiodłem. Temistokles to one man army idzie i zabije wszystko jak się rusza, zero w tym finezji czy tym bardziej dramatu. Slow mo jest za to za dużo i jakbym był złośliwy to napisałbym, że wydłuża film o jakieś 30%. Krew za każdym razem leje się w zwolnionym tempie, postacie zdejmują hełmy w zwolnionym tempie, deszcz pada w zwolnionym tempie, wymiana spojrzeń następuje w zwolnionym tempie. No bez przesady. Ten efekt ma podkreślać fragmenty sceny, a nie być wrzucany za każdym razem gdzie się tylko da. Reżyserowi brak wyczucia. Obejrzał jakiś poprzedni film Snydera, stwierdził, że efekt wygląda fajnie i wsadził go do każdej sceny co zupełnie nie pasuje. Przeciętny odcinek Spartacusa jest lepszy od tego filmu.
- obrazu rozpaczy dopełniają dialogi i myśl przewodnia filmu. Jest amerykański do bólu, brakowało mi tylko powiewającej flagi i eskadry F-16. Bohaterowie rzygają zwrotami  zawierającymi wolność i honor, aż nie dobrze się od tego robi. Do tego gdy królowa Gorgo opowiada o przeszłości używa do tego pretensjonalnej poetyckiej narracji. Jest też prosta analogia - Grecy to świat Zachodu, a Persowie grają rolę złego Bliskiego Wschodu, który chcę zniewolić świat. Trzeba się im przeciwstawić, poświęcić własne życie dla kraju, własnego syna i towarzyszy, walka ze złem jest najważniejsza. A teraz idźcie proszę się zaciągnąć i zmieniać świat na lepsze. Zgodnie z dawną tradycją kina Grecy są wysportowani i piękni, a Persowie mają odpychające twarze. Śmiesznie też wygląda pokazanie niewolników. Ateńczycy też ich mają, ale tylko migają w tle, ale już u Persów są eksponowani za każdym razem jak statki gdzieś płyną. Zabawnie wygląda stosunek ciał na ekranie - na jednego trupa Greckiego przypada z 20 wrogich przez to nie czuć dramatyzmu bitwy skoro nasi nie przegrywają tylko jest mówione jak to się im źle dzieje.
- niby przeciwwagą dla prostej konstrukcji dobrzy/źli miała być postać Artemizji granej przez Eve Green, ale jej historia jest dziwna. Niewolnica grecka, wychowana przez Persów gdzie zrobiła karierę wojskową, a teraz chcę się mścić na swoich oprawcach. Przerysowana, ale przyjemna dla oka i chyba z zupełnie niepotrzebnym backstory bo nie wiele z niego wynika poza jej kompleksem niższości i chęcią dominacji.
-film powstał na bazie jeszcze nie wydanego komiksu Kserkses można więc wnioskować, że odegra on dużą rolę w filmie. Wnioskujcie dalej. Jest na początku, pokazano jego mistyczny origin i potem przewija się w tle. A jego origin to kolejna z wielu dziwnych scen, które nie pasują do reszty. W skrócie to Artemizja zrobiła z niego boga, ale sensu w tym nie było żadnego. Niby miała plan, ale był on tak skomplikowany, że go nie zrozumiałem. Bo jeśli jej jedynym celem był najazd na Grecję to fatalnie to rozegrała.
- podobała mi się za to muzyka. Blisko Wschodnie klimaty idealnie pasowały do opowieści i jej dynamika komponowała się z akcją. Fajne też było animowane outro, najładniejsze efekty komputerowe wygenerowane przez cały film. Reszta była wystarczająca, ja lubię tą przerysowaną konwencję więc kupuje niebieski ekran. Szkoda tylko, że tak źle go wykorzystano.

OCENA 2/6

Gravity
- o Grawitacji dużo się nasłuchałem po premierze dlatego podchodziłem do niej pełen obaw, ale  też wiary. I się nie zawiodłem bo to film idealnie trafiający w moje gusta. Nie pusty blockbuster, ale film z przekazem i symbolizmem. Pewnie sporo osób będzie narzekało, że z zbyt nachalnym i pretensjonalnym, ale lepsze to niż ledwie widoczna subtelność. Jest to film nie tylko o babie w kosmosie, która próbuje przeżyć. To film o ponownych narodzinach, hartowaniu się siły w jednostce, woli przeżycia i tym co po nas zostanie. Nieustannie jest też przypominane o odwieczny krąg życia i śmierci. Ja to kupuje. 
- jednak jak mądry nie byłby to przekaz to najistotniejsze jest to co się dzieje na ekranie. Jest to prosta historia gdzie prawo Murphyego osiągnęło największą wartość. Wszystko się pieprzy, bohaterka walczy z kolejnymi przeciwieństwami i na nowo uczy się żyć. Od jednego niebezpieczeństwa w drugie z niewielkimi chwilami wytchnienia, które budzą emocję. Prostota, ale efektowność przekazu. 
- wszystko to ogląda się z zapartym tchem bo strona techniczna filmu jest fenomenalna. FENOMENALNA. ogromnie żałuje, że nie widziałem go na dużym ekranie z dobrym nagłośnieniem. Bajeczne zdjęcia pokazujące piękno i majestat kosmosu podkreślane przez długie ujęcia. O pierwszych kilkunastu minutach filmu mówiło się jeszcze przed premierą bo nie mają żadnych cięć, ale dalej jest równie ciekawie. Ordynarnych cięć jest niewiele, większość jest maskowana przez pracę kamery przez co wydaje się, że jest więcej ujęć tego typu. Do tego kamera swobodnie dryfuje i zatrzymuje się w dziwnych miejscach jak hełm bohaterki. Dużą wagę przyłożono też do poszczególnych ujęć gdzie obraz przejmuję rolę narracyjną.
- Grawitację obejrzę jeszcze raz. Znając przesłanie lektura będzie jeszcze ciekawsza. Do tego będę mógł jeszcze bardziej popodziwiać efekty bo naprawdę jest czym się zachwycać. 

OCENA 5.5/6


The Raid 
- dawno 90 minut nie minęło mi tak szybko. The Raid to zastrzyk adrenaliny zakrzywiający czasoprzestrzeń. Włączasz film, chłoniesz go, a za moment już jest koniec i leci lista aktorów. Jest tak dobrze. Nie sposób oderwać wzroku od ekranu by nie uronić choćby sekundy. Tego właśnie się spodziewałem słuchając głosów zachwytu, ale obawiałem się, że będę wybrzydzał. Nic z tego. Dołączam do chórku i będę piał peany o dziele Garetha Evansa.   
- ciężko mi się do czegoś przyczepić, jestem niemal bezkrytyczny dla historii, którą mi zaserwowano. Fabularnie jest prosto - oddział policjantów, jeden budynek i walka o przeżycie. Trafia się kilka zwrotów fabularnych, dorabiana jest głębia dla tej opowieści, ale to tylko pretekst dla pokazania baletu śmierci. Jednak udało się stworzyć wyrazistych bohaterów, nadać im osobowość i sprawdzić, że są odróżniali od siebie. Chciałoby się jednak więcej charakterystycznych postaci i wyraźnych osobowości po stronie "dobra". Również sprawa dialogów została sprowadzona do minimum. Bohaterowie niewiele ze sobą rozmawiają, a jak już to robią nie są to puste wymiany słów i powtarzanie znanych zwrotów mimo, że historia i zwroty akcji oparte są na dobrze znanych tropach.
- jednak tego filmu nie ogląda się dla fabuły czy postaci. Jego ogląda się dla niesamowicie pokazanej akcji. Przy odrobinie wyobraźni film można podzielić na dwa segmenty "strzelany" i "kopany". Pierwsza część to niesamowicie klimatyczna akcja policjantów. Pierw motywująca odprawa, potem taktyczne przeprowadzenie akcji i powolne przedzieranie się przez budynek. Cały czas czuć rosnące napięcie i oczekiwanie na ten jeden błąd. Do czego szybko dochodzi i następuje niesamowita wymiana ognia. Szybka, intensywna i brutalna. Niesamowicie żałuje, że nie oglądałem filmu na kinie domowym. Świszczące kule i dźwięk rozrywanego mięsa w 5.1 byłby smakowitym doświadczeniem. Zwłaszcza wybuchowy finał z śmiercionośną lodówką. Indiana mógł jej użyć jako mobilnego bunkra atomowego, ale wolę jej pomysłowe zastosowanie z The Raid. Niesamowicie mnie ucieszył realizm wymian ognia. Celność z obu stron jest na odpowiednim poziomie, amunicja szybko się kończy bez zbytecznego dramatyzmu i charakterystycznego "i am out", a trafienie wyglądają niesamowicie sugestywnie.
- jednak prawdziwa uczta zaczyna się gdy pięści idą w ruch. Można się odrobinkę przyczepić, że niemal cały oddział policji to specjaliści od sztuk walki, ale nie ma to sensu skoro sprawia tyle radości. Niezwykłe sceny pojedynków jeden 1 vs 1, 2 vs 1 czy starcia z tłumem. Efektowna choreografia walk, ale nie przesadzona, przy użyciu noży, pałek policyjnych, elementów umeblowania, ścian i własnych kończyn nie raz zaskakuje. Zwłaszcza momenty fatality. Brutalne zgony gdy mimowolnie z ust wydobywa się "o fuck" lub inna dowolna onomatopeja będącą mieszanką niedowierzania, odrobiny współczucia i zachwytu nad kreatywnością ludzi za to odpowiedzialnych. Walki są długie, ale się nie dłużą. Kamera często zmienia położenie, jednak nie czuje się nadmiaru cięć, które często psują efekt. Mi się najbardziej podobały starcia przy użyciu noża. Krótkie i precyzyjne cięcia oraz pchnięcia czego skutkiem są rosnące plamy krwi i jęki poturbowanych w tle.
- nie znam aktorów z filmu, nie próbowałem zapamiętać ich naziwsk, ale gdy będzie mowa o filmie mi przypomni się Gareth Evans. To on stał za scenariuszem, montażem i reżyserią. The Raid to jego dziecko, które powinno przynieść mu większy rozgłos. Na prawdę dziwie się, że jeszcze nikt w Hollywood nie zaproponował mu kręcenia jakieś wysokobudżetowej produkcji. Nadawałby się idealnie. Potrafi wykorzystać perspektywę by podkreślić obecną sytuację, idealnie prowadzi destrukcję otoczenia, umie wykreować sugestywny klimat oraz budować i podtrzymywać napięcie przez cały film (nawet w wydawałoby się spokojnych scenach!). Wie też jak korzystać z muzyki. Dynamiczna i rytmiczna podczas starć z mocnymi basami urywa się gdy padnie ostatni cios. Buduje to niesamowite wrażenie. Często eksperymentuje też z położeniem kamery np. przed lufą pistoletu lub niemalże na głowni siekiery podczas rąbania podłogi co sprawia niesamowity efekt i przypomina mi niektóre momenty z Breaking Bad gdzie też lubiono siębawić w ten sposób.
- film ma jeszcze jedną zaletę. Ogólnie pojęty klimat. Niezwykła brutalność to tylko wierzchołek. Całości dzieje się w jednym wielkim bloku i czuć klaustrofobię, ograniczoną powierzchnię akcji i zaszczucie bohaterów. Są w klatce z wściekłymi zwierzętami i próbują przeżyć na każdy możliwy sposób. Czuć też syf meliny, w której tą walkę prowadzą. Ludzie są zdegenerowani, odpychający i prosto pisząc brzydcy. W tle obskurne rysunki, zniszczone mury, zaniedbane mieszkania pełne lokatorów myślących tylko o kolejnej działce lub chcących zabić policjantów by uzyskać obiecaną nagrodę od głównego bossa. Antagonisty jest odrobinę przerysowany, ale pozytywnie. Evans nie poszedł z nim w absurd czy przesadną groteskowość, ale stworzył bezwzględnego paranoika pławiącego się w śmierci i zapewne kąpiącego w krwi noworodków i dziewic.
- jeśli ktoś spyta się mnie o jakiś film akcji to pierwsze co to polecę The Raid. Spytam się pierw czy nie jest nadwrażliwy na krew, jeśli stwierdzi, że nie, będzie musiał obejrzeć. Bo to jest pierwszorzędny film akcji (choreografia, reżyseria, ciągłe napięcie) z solidną otoczką (fabuła, postacie). Ja jak najszybciej muszę zabrać się za drugą część. Tym bardziej, że dwie najczęściej pojawiające się opinie to "lepszy od jedynki"
 i "słabszy od jedynki".

OCENA 5/6

poniedziałek, 12 maja 2014

Winter is coming[Captain America: The Winter Soldier]

 Długo się zbierałem by napisać parę słów o najnowszym filmie sygnowanym logiem Marvela. Nie chciałem spisywać emocjonalnej relacji zaraz po seansie bo wyszłaby z tego pozbawiona sensu, pełna zachwytów, laurka dla Kapitana. Odczekałem parę dni, przemyślałem kilka spraw, a laurka i tak powstanie. Jeszcze bardziej kolorowa niż miała być na początku. Bo Winter Soldier to film, który nie powinie mi się tak podobać. Pierwszego Capa darzę ogromnym sentymentem bo podszedł w oryginalne sposób do pokazania superbohatera, a usytuowanie akcji podczas alternatywnej drugiej wojny światowej była dodatkowym smaczkiem i miłą odmianą od typowych filmów komiksowych. Mimo tego bałem się jak ten archaiczny bohater poradzi sobie w naszych czasach w erze post Avengers. I ku mojemu zdziwieniu okazał się najlepszym filmem drugiej fazy, z łatwością wyprzedzając w moim rankingu zaledwie poprawnego Iron Man 3 i rozczarowującego w wielu miejscach Thor: Dark World. Ba, postawiłbym go na równi z dziełem Jossa Whedona i  przed pierwszym Człowiekiem w Żelazie. Czemu? Bo zwyczajnie w świecie bawiłem się doskonale i zaangażowałem w seans bardziej niż powinienem. Pewnie gdybym był jakieś 10 lat młodszy piszczałbym z ekscytacji podczas seansu jak fanki Zmierzchu na nocnej prapremierze kolejnej części. Nie żebym wiedział co na takich premierach się dzieje...

Jeśli przy odrobinie wyobraźni Captain America: First Avenger  może zostać nazwany filmem wojennym tak Winter Soldier zasługuje na metkę kina sensacyjno-szpiegowskiego z komentarzem społeczno-politycznym kryjącym się pod przykrywką superhero. Intryga nie jest zbyt skomplikowana, ale w paru miejscach potrafi zaskoczyć. Wymusza też ciągłe kwestionowanie tego co dzieje się na ekranie. Obowiązuje zasada ograniczonego zaufania bo nie wiadomo kto okaże się zdrajcą, a kto sojusznikiem lub znienacka wyskoczy z pudełka. W tym aspekcie niestety marvelowy rodowód działa na niekorzyść. Większość głównych postaci jest dobrze znana i wiadomo czego można się po nich spodziewać. Tutaj zaskoczenie widza jest niemożliwe. W przeciwieństwie do bohaterów z drugiego planu. Tutaj cały czas oczekuje się zmiany frontu i niespodziewanego zagrania. Oczywiście jest też wielkie zagrożenie, które trzeba powstrzymać bo inaczej miliony niewinnych duszyczek odejdą z tego padołu łez więc stawka jest wysoka. Cieszy, że spójna fabuła łączy się z poprzednią częścią mimo, że jest to taki quasi sequel. Cała historia jest mocno współczesna, porusza orwellowski problem dużego brata roztaczającego parasol ochronny nad obywatelami, bierze trochę z PRISM, dorzuca tajemnicze organizacji, walkę o wolność Amerykanów (znaczy się świata) i podstawowych praw obywatelskich. Jest poważnie i dlatego nie pasuje mi jeden trochę zbyt komiksowy wątek, ale skoro w tym świecie istnieją latające lotniskowce to czemu nie SI. Na pochwałę zasługuje też sposób wprowadzenia retrospekcji, które przypominają co się działo w poprzednim filmie. Nie ma tutaj na początku intra pełnego ekspozycji, ale stanowią one integralną część narracji.

Mimo zaskakująco wysokiego poziomu fabularnego historia to jedynie otoczka w ramach, której działają bohaterowie będące motorem napędowym tego filmu. To co tak dobrze sprawdzało się w Mścicielach działa i u Steva Rogersa z przyjaciółmi. Powoli budująca się drużyna, dynamika i chemia między bohaterami, rzucane od niechcenia uwagi, które bawią czy wspólne działanie w terenie. Takie mini Avengers, ze ludźmi zdającymi sobie sprawę z swoich umiejętność, śmiertelności i ograniczeń. Może nie licząc Rogersa, on boryka się z innymi problemami. Jest to człowiek nie z naszych czasów, archaizm pełen dawnych ideałów, któremu ciężko się przystosować. Nie chcę się zmienić i dostosować do XXI wieku, chcę pozostać sobą. Musi się też zmierzyć ze swoją przeszłością. Tutaj pojawiła się jedna, niezwykle gorzka scena, której za nic nie spodziewałbym się w letnim blockbusterze. Cieszy, że scenarzystą największą wadę bohatera czyli obrońcę ideałów Ameryki udało się przekuć w największą zaletę bez moralizatorskiego zacięcia czy pompatycznych scen z Rogersem stojącym na tle powiewającej flagi. Trochę szkoda, że Chris Evans nie jest bardziej utalentowanym aktorem. Póki biega i walczy jest dobrze. Gorzej gdy coś mówi i kamera skupia się na nim bo za często ogląda się ten sam garnitur min i emocji. Na przeciwnym biegunie jest Czarna Wdowa, która również musi się mierzyć z przeszłością, ale robi to z wdziękiem i odpowiednio luźnym podejściem. Skład drużyny dopełnia Falcone, kolejny heroes. Krótki reserch powiedział, ze ta postać komiksowa jest często wyśmiewana dlatego, że potrafi rozmawiać z ptakami. Tutaj nic takiego nie miało miejsca i jak pozostali posiada pewną rysę. Jest to były żołnierz cierpiący na PTSD korzystający z jetpacka przez co sceny z jego udziałem są niezwykle efektowne. Galerie głównych postaci dopełnia Alexander Priece (genialny Robert Redford) zarządzający S.H.I.E.L.D. oraz tytułowy Winter Soldier. Wyrazisty antagonista, postać tragiczna i istotna dla całego uniwersum. Co ważne film potrafił pokazać zajebistość Zimowego Sołdata i sprawić, że był prawdziwym zagrożeniem mimo, że równie dobrze całość broniłaby się bez niego. 

Podczas czytania recenzji po seansie zaskoczyła mnie jedna rzecz - niezwykle mało miejsca poświęca się stronie technicznej filmu podkreślając głównie imponujące efekty specjalne. I z tym nie mam najmniejszego zamiaru polemizować bo graficy komputerowi odwalili kawał dobrej roboty, a mieli jej całkiem sporo, zwłaszcza podczas finałowej sekwencji, która epickością przebija połączone siły IM3 i Dark World. Jednak powodów do chwalenia jest więcej. Choćby choreografia walk gdzie żadna z postaci nie posługuje się tym samym stylem walki. Już pomijam takie szczegóły jak używanie tarczy, cybernetycznej ręki czy gadżetów Natashy. Chodzi o sposób poruszania się i zadawane ciosy. Zimowy preferuje brutalny styl stawiający na szybką eliminację wrogą, Wdowa za to ma bonus do zręczności i tak samo jak rąk często używa swoich boskich nóżek. Pojedynki wręcz są długie, zróżnicowane i świetnie pokazane. To wszystko zasługa cichych bohaterów tego filmu - braci Russo. Anthony i Joe w swojej filmografii nie mają znaczących filmów, pracowali głównie nad serialami (choćby moje ukochane Community, gdzie razem lub osobno nakręcili kilkadziesiąt odcinków) dlatego tym większe było moje zdziwienie, że zostali oddelegowani przez decydentów Marvela do tak istotnego zadania. I wywiązali się z niego lepiej niż ktokolwiek by przypuszczał przebijając się do pierwszej ligi kina rozrywkowego. Dynamizm akcji, tworzenie odpowiedniego nastroju czy fenomenalne strzelanina czy bijatyki. Nie tylko umiejętnie operowali obrazem (pokłony za scenę od boku, jak z rasowego mordobicia podczas jednego z pierwszych starć Capa), ale też dźwiękiem. Klimatyczny atak na statek w ciszy to małe mistrzostwo świata. Już nie mogę się doczekać następnego seansu z możliwością przewiania by w pełni rozkoszować się wybranymi scenami.

Więc ideał? Jasne, że nie. To w końcu kino rozrywkowe obarczone pewnymi uproszczeniami i komiksowymi zagraniami, które będą niektórym przeszkadzać. Brakuje też trochę wyjaśnienia czemu wydawałoby się szeregowi przeciwnicy stanowią godnych przeciwników dla superżołnierza. Irytowały też niektóre strzelaniny z uwagi na niską celność broni maszynowej, krótkiej i długiej co niestety jest typowe dla filmów akcji, a mnie strasznie irytuje. Niestety nie zwróciłem też większej wagi na muzykę czyli musiała być nijaka, a przydałby się jakiś charakterystyczny motyw.

SPOILEROWY AKAPIT
Dla tych co już widzieli moja wrażenia odnoszące się od uniwersum. Przede wszystkim niepotrzebnie wprowadzono wątek Zoli, chociaż tłumaczenie planu w serwerowni miało zaskakujący rezultat i nie było zwykłym przechwaleniem się villiana. Wydaje mi się, że przypomniano o nim by płynnie wprowadzić go do serialu z agentką Carter, który został już zapowiedziany przez ABC. Ciesze się z tego jak Disney umiejętnie rozwija swoje Mavel Cinematic Universe i łączy różne media do opowiadania historii w jednym świecie. Wpływ wydarzeń z Winter Soldier będzie dalekosiężny, nie wpłynie jedynie na The Avengers 2, kontynuację, ale głównie serial Agents of S.H.I.E.L.D. Reperkusje wydarzeń dały zespołowi Culsone nowe życie i przywróciły wiarę w serial, szkoda tylko, że żadna postać nie zaliczyła krótkiego cameo. Widać, że jego trudny początek i linia fabularna były podporządkowane filmowi, który można nazwać odcinkiem specjalnym serialu. Zanosi się też, że powrót Buckyego nie ograniczy się tylko do roli Winter Soldiera i ewentualnego powrotu na ścieżkę dobra. Aktor ma podpisany kontrakt na jeszcze 6 filmów więc wszystko wskazuje na to, że to on przejmie tarczę Kapitana, a po tym co pokazał w tym filmie jestem w stanie uwierzyć, że udźwignąłby własny. Sam Captain America 3 jest ciekawym doświadczeniem bo w boxoffice będzie bezpośrednio konkurował z Batman/Superman od DC. Ciekawe czy DC ze strachu przed swoim największym konkurentem przesunie premierę filmu. Na koniec, scena po napisach, zgrabne przedstawienie bliźniaków, pokazanie supermocy w uniwersum i krótka zajawka na Age of Ultron. Już tylko rok do premiery, będzie na co czekać!
KONIEC SPOILEROWEGO AKAPITU

Korzystając z okazji nie odmówię sobie okazji wylania pełnego wiaderka pomyj, fekaliów i uryny na polskiego dystrybutora. Fajnie, że film był w kinach wcześniej niż w USA, ale nie usprawiedliwia to fatalnego tłumaczenia, które wygląda na efekt pośpiechu bo jeśli to norma to tłumacz jest prawdziwym partaczem i powinien zająć się czym innym. Masa literówek (już w pierwszym zdaniu!), problem z polskimi znakami, niektóre zwroty przetłumaczone jak przez translator, chaos przy złożonych zdaniach wywołany przez dziwny szyk wyrazów. Tragedia, zwłaszcza jak myślę, że ktoś wziął za to pieniądze. Skoro o warunkach seansu mowa to jeszcze o Trzy De - zbędny bajer, w ogóle niezauważalny podczas scen akcji, czasem rzucający się w oczy podczas statycznych dialogów, zbędny dodatek wyłudzający dodatkowe pieniążki i sztucznie przyciemniający obraz co tradycyjnie irytowało. 

Obowiązkowy akapit podsumowujący mówi wam byście poszli do kina. Jeśli już widzieliście Captain America: The Winter Soldier to zróbcie to ponownie po premierze na Bluray i rozkoszujcie się kawałkiem świetnego kina. Ja na pewno tak zrobię. Następnym razem ominie mnie powolne odkrywanie prawdy i ratowanie świata wraz z bohaterami, ale będę się bawił znakomicie.  

Kolejna wizyta w kinie to prawdopodobnie Godzilla. Tam na pewno będę piszczał.

OCENA 5/6

sobota, 3 maja 2014

3 filmowe grosze #12

SPOILERY 
 47 Ronin
- gdybym miał jakieś oczekiwania względem tego filmu pewnie bym się rozczarował. Tak obejrzałem kolejną średnią produkcję, o której za parę miesięcy nie będę pamiętał bo nie ma zbytnio o czym. Zarys historii jest dobrze znany - 47 roninów mści się za śmierć swojego pana, a potem popełnia seppuku. Jednak dużym problemem okazało się wypełnienie tego mięskiem. Dodano sporo wątków pobocznych, gdzie żaden się w pełni nie rozwija, motywację postaci często pozostają zagadką i brakuje racjonalnego ciągu przyczynowo skutkowego.
-  całość została ubrana w baśń fantastyczno przygodową z motywem konfliktu dobra ze złem (nasi mają piękne kolorowe stroje, źli ubierają się na ciemno...), zakazanej miłości, odnajdywania swojego miejsca w świecie i stąpania ścieżką honoru. I wszystkie to po łebkach mimo, że historia raczej się wlecze i ma niewytłumaczone zakręty. Bo kompletnie nie rozumiem czemu ronini szukając uzbrojenia mogli się udać tylko do wioski mieczników, a jak została zniszczona to jedynym wyjściem było tajemnicze miejsce z legend powiązane z przeszłością głównego bohatera. Oczywiście, że nikt nie pomyślał o innych sposobach na zdobycie broni.
- ogromny problem mam też ze złymi w tej opowieści. Nie rozumiem ich motywacji oraz celów. Do tego wiedźma jest totalnie przerysowana, wygłasza monologi, stroi dziwne miny i próbuje sprawiać wrażenie kogoś złowieszczego. Tylko jej to nie wychodzi. Z tym większym zaskoczeniem odkryłem, że wciela się w nią Rinko Kikuchi, która całkiem nieźle poradziła sobie w Pacific Rim. 
-filmowi wybaczyłbym fatalne dialogi (na szczęście postacie rzadko kiedy się odzywają) i potworną nijakość gdyby chociaż walki były porządnie zrealizowane. Bo wiecie, film o samurajach czyli będą się pojedynkować na miecze. Szkoda tylko, że to co się dzieje zakrawa o kpinę. Starcia kompletnie bez polotu i finezji, do tego mało ich.
- podobała mi się strona wizualna. Może momentami raziła sztucznością i komputery miały tutaj dużo do powiedzenia, ale bogactwo scenografii i kostiumów było zauważalne. Ładnie nasycone kadry i muzyka podkreślająca wydarzenia. Chyba najlepszy element filmu. Szkoda, że niektóre efekty były na zasadzie "patrzcie co potrafimy zrobić, szkoda, że nie mamy pomysłu co dalej". 
- jeśli jednak ktoś nie wymaga od filmów wiele, chcę zobaczyć jak amerykanie widzą XVII wieczną Japonię może sprawdzić. Mojemu tacie się podobało :) 

OCENA 3/6

Escape Plan
-Escape Plan jest przykładem tego, że film nie musi być ambitny lub rozrywkowy by był satysfakcjonujący. Nie jest to wielkie dzieło, obiektywnie ma więcej wad niż zalet, ale czasem takie kino sensacyjne jest potrzebne. Nie obraża specjalnie inteligencji widza, próbuje być czymś lepszym niż jest, ale niestety nie potrafi, ale przy tym można wyłączyć myślenia i nawet dobrze się bawić. Nie koniecznie w zamierzonym przez twórców miejscu. Nie będę nikogo przekonywał, że warto ten film obejrzeć, ale jestem zdania, że takie twory są potrzebne. 
- sam pomysł już jest chwytliwy, trochę absurdalny, ale dobrze znajomy fanom seriali zaczynającym swoją przygodę z tym medium w połowie zeszłej dekady. Ucieczka z więzienia. Jednak tutaj zamiast Wenwortha Millera w którego ponadprzeciętną inteligencję można by uwierzyć jest Sylwester Stallone o podobnych zdolnościach. Ucieczka z pensjonatów o zaostrzonym rygorze to jego specjalność, a robi to dla pieniędzy. Niby twierdzi, że ma w tym jakiś wyższy cel, dręczą go jakieś wyrzuty sumienia, jego postać jest w pewien sposób pogłębiono, ale to nie istotne. Liczą się ucieczki. I tak mamy pierwszą na rozgrzewkę pełniącą rolę prologu i przesadnego wyjaśnienia o co w tym wszystkim chodzi i drugą właściwą. I to jest fajne. Akcja dzieje się za zamkniętymi murami, postacie  muszą polegać na ograniczonych zasobach i własnej inteligencji. Mamy kolejne błyskotliwe sceny, odkrywanie słabości pułapki w której się znajduje, ale też walka z samym sobą. Bo bohater musi upaść by powstać jeszcze lepszym. Jest też większa intryga która stanowi mało interesujące tło do całości, średnio obchodzi i nie zaskakuje bo nie ciekawi. Fajnie jednak, że jest. Jednak mam pewne zastrzeżenia do tych ucieczek. By one ciekawiły nie mogą być zbyt proste, ale też zbyt wymyślne, ale przy tym przemyślane i spójne. Tutaj niestety tego nie ma. Dużo rzeczy jest ukrytych przed widzem i sporo w całości przypadku. Szkoda, że ten najważniejszy element filmu zawodzi. Tak jak szkoda, że zamiast kameralnej i dusznej historii pod koniec przeistacza się w niezbyt finezyjne kino akcji ubiegłego wieku z tryskającą krwią i nudnym strzelaniem w którym wiadomo która postać może, a która nie zginąć. 
- do obejrzenia skłoniła mnie głównie jedna rzecz - team up przebrzmiałych gwiazd kina akcji, które usilnie próbują wmówić, że tak nie jest. Bo prócz Sylwka jest też Arnie, który gra równie tajemniczego co inteligentne więźnia szybko (za szybko) zaprzyjaźniającego się z naszym uciekinierem. Bohaterowie oczywiście pierw wymieniają argumenty w postaci nisko latających pięści by następnie zjednoczyć siły w wspólnej uciecze. Sam film jest świadom tego, że sporo ludzi obejrzy go dla tych dwóch aktorów. I umiejętnie z tego korzysta choćby tak kadrując czy korzystając z zwolnień by jak najlepiej przedstawić tych panów. 
- jest też Zły Człowiek Którego Trzeba Pokonać, który okazuje się być naczelnikiem więzienia. Nie bez przyczyny używam dużych liter. Jest to postać karykaturalna, jak przeciwnik Bonda lub antagonista z kreskówki, udająca, że jest inteligentniejsza niż w rzeczywistości i posiadająca swoje manie. Słuchanie muzyki klasycznej czy kolekcjonowanie motyli. To wiele mówi o przerysowaniu tej postaci. I zbytnio to nie przeszkadza bo pasuje do stylistyki całości. Jest zły do szpiku kości i wiadomo, że ma zginąć na końcu. I tak się dzieje. W niezwykle zabawny sposób. Jednak trochę żałuję, że postanowiono wprowadzać Złego Człowieka przez co więcej było walki z nim niż z więzieniem. 
- więc tak - mamy groteskowe postacie, słabe dialogi, twisty fabularne które nie zaskakują oraz naciągany scenariusz. Do tego jeszcze trochę chaotyczny montaż z irytującą wręcz ilością cięć. I mi to zbytnio nie przeszkadzało bo oglądając chciałem wiedzieć co dalej. I dlatego zaliczam ten film do udanych mimo jego niekwestionowanych wad. 

OCENA 3.5/6

Thor: Dark World
- w ramach przygotowania się do nadchodzącego nowego filmu z Capem i przygotowanie do finału S.H.I.E.L.D. nadrobiłem sequel Thora. I jestem rozczarowany. Daleko mu do metki złego filmu, ale to zaledwie produkcja do piwa i czipsów. Tak żeby się pozachwycać efektami i od czasu do czasu pouśmiechać. Bo dajmy na to fabułę. Jest ona naiwna. Ja wiem, że to film Marvela, ale szanujmy się. Zły elf z przeszłości chcę zniszczyć wszechświat, posłuży mu do tego tajemniczy artefakt, który zbiegiem okoliczności wpada w ręce dziewczyny Thora, a już zupełnie przypadkiem to właśnie wszystkie światy ułożą się w jednej linii co będzie sprzyjało przeprowadzeniu zagłady. Mimo, że Malekhita wciela się Christopher Eccleston to brakuje mu charyzmy i nie jest godzien zapamiętania. Aż dziwne, że nie zdradził swojego planu bohaterem przed śmiercią. Chyba dlatego, że był od tak oczywisty... Brakuje zaskoczeń i nagłych zwrotów akcji, fabuła idzie po sznurku i nie czuć napięcia. Sceny akcji są efektowne i można się przy nich dobrze bawić, ale to tylko to.
- największy problem mam z ziemskimi bohaterami. Przeraźliwie nudne. Naukowcy pełnią rolę comic relief, ale też dość nieudolnie. Zachowują się jakby mieli przeciętny iloraz inteligencji, a potem ratują świat dzięki na naprędce skleconej technologii. Po co SHIELD i Avengers skoro na tym świecie mamy tyle błyskotliwych umysłów! I dlatego agencja jest zaledwie wspomniana przez co średnio czuć, że film należy do drugiej fazy. Z pozostałych postaci średnio spisuje się też Jane Foster. Ukochana Thora, która lata do niego wzdycha. Bo wiecie kobiety tak mają. Chwila zauroczenia i miłość na zabój. Naukowiec czy nie, nie myśli racjonalnie tylko wzdycha do swojego księcia i czeka na jego powrót. Po czym poznaje jego rodziców i mamy kolejne pseudo komediowo niezręczne sceny. Trochę lepiej z postaciami z Asgardu, delikatnie rozwinięto przyjaciół i rodzinę Thora, ale bez szaleństw, wiadomo, że nie opłaca się skupiać na postaciach skoro można pokazać więcej efektów specjalnych. Chyba o wiele lepiej film by wyglądał gdyby pominął jedną z płaszczyzn - Ziemię i skupił się na rozwijaniu mitologiczno - technologicznej strony uniwersum.
- mam też pewien problem z choreografią walk czy może raczej z szkoleniem wojowników Asgardu. Wojownicy, którzy mogą szkolić się tysiące lat walczą bez ładu i składu? W armii zero dyscypliny, pojedynki jeden na jeden to codzienność, każdy robi co chcę, a najlepszym rozwiązaniem jest brutal force. U Thora to jeszcze przełknę, ale u szeregowych wojowników? Szkoda bo w wyobraźni widziałem jak asgardczycy walczą jak rzymskie legiony czy średniowieczni wikingowie w pełni zdyscyplinowani i wiedzący co robią.
- trochę sączą jadu, ale przecież dobrze mi się to oglądało. Bo co jak co ale Asgard prezentuje się fenomenalnie. Techno - fantastyczna otoczka z skandynawsko - środkowo europejsą architekturą robi wrażenie. Szczególnie główny pałac przypominający gigantyczne organy. Cudownie to wygląda. Tak jak prowadzone bitwy. Szkoda, że zrobiono to jednak po łepkach. Gdyby cały film był w świecie Thora można by zrobić odpowiednio napięcie i dramatyzm. Nawet film wojenny z tego. Oblężona stolica, walka z czasem i wrogiem, wypady za miasto - to by było coś. A zamiast tego finałowe starcie na Ziemi. Przez co między podniesieniem tarczy energetycznej, a jej opuszczeniem mija może minuta. A szkoda bo napaliłem się na oblężenie. Tylko do tego armia i uzbrojenie Asgardu musiałoby być lepiej zaprojektowane... Sam Londyński finał jest fajny z jednego powodu - Jane szalejąca z portal gunem przez co Thor chaotycznie skacze po innych światach. I to się nawet sprawdza.
- trochę narzekałem na powrót Lokiego. Bo Loki tu, Loki tam, Loki w lodówce. Fajna postać, ale ile można. Smażona kiełbaska też jest smaczna, ale nie można jej jeść codziennie na obiad. Jakże się myliłem! Tom Hiddleston dalej kradnie każdą scenę, za nic nie można mu ufać, ale też ciekawie poprowadzono jego przemianę, a końcówka szeroko otwiera furtkę do następnej części. I rdzo chciałbym by czas na Ziemi został w niej zredukowany do minimum.
- ocena dla filmu? Czwóreczka w szkolnej skali lub 7/10. Bo niby narzekam, dużo mi nie pasuje, nie zgadzam się z niektórymi decyzjami to jednak fajnie się to przez większość czasu oglądało i było na co popatrzeć. Na więcej nie zasługuje bo to nic szczególnego i gorsze od jedynki, ale na mniej też nie. Chociaż całkiem możliwe, że po powtórnym seansie zmienię ocenę na niższą.

OCENA 4/6

sobota, 29 marca 2014

3 filmowe grosze #11

Trochę czasu minęło odkąd widziałem te filmu więc krótko.  

Pineaple Express
Film obejrzałem ponownie tylko tym razem z kumplami i znowu doskonale się bawiłem. Masa humoru sytuacyjnego jak i cięte dialogi, parodystyczne sceny akcji i pokręceni bohaterowie. Sam film to kumpelska komedia romantyczna o narodzinach przyjaźni. W tle jest dziewczyna i wątek miłosny (piękna Amber Heard) i doskonale tutaj pasuje bo uwypukla relację dwóch głównych palaczy trawki. James Franco jak zwykle jak kameleon gra wiecznie narajanego i zblazowanego dilera, a Seth Rogen gra jak Seth Rogen. Chemia między nimi jest ogromna, a postacie z tła dopełniają całości. Idealny film do piwa w dobrym towarzystwie. Aktorzy tak dobrze się bawili na planie filmu, że w This is The End dla fanów PE czeka mały prezent.

OCENA 4.5/6

Grown Ups 2
Nie lubię Adama Sandlera, gdyby to ode mnie zależało pewnie wciąż żyłbym w błogiej nieświadomości, że żyję na tej samej planecie co ten film. Jest to jedna z tych komedii która nie śmieszy, a wprawia w uczucie zażenowania. No chyba, że bawią kogoś sikające jelenia, skakanie na golasa z klifu i cały asortyment mniej lub bardziej wulgarnych żartów. Fabuły nie ma tu za grosza, kolejne sceny to kolejne scenki, które mają niby śmieszyć, do niczego to nie prowadzi, niby jest jakieś przesłanie, ale gubi się w morzu żenady. Aktorzy nie mają nic do pokazania, dialogi są bo są. Film chyba powstał na podobnej zasadzie co Pineaple Express - przyjaciele robią to co lubią tylko, że tylko oni się przy tym bawią. Chciałbym zapomnieć, że widziałem to coś, ale nie potrafię. Jedyny plus to Penelope Cruz, ale chyba lepszym wyjściem jest wrzucić jej nazwisko w google grafika.

OCENA 1.5/6

Rush 
Dla odmiany dramat, a nie komedia i przy okazji najlepszy film w tym zestawieniu. Celuloidowa kronika pojedynku dwóch legendarnych kierowców F1 - Jamesa Hutna i Niki Laudy. Piękny film. Nie tylko z powodu jak zostało to podane - cudownie nasycone kolory, zaglądanie pod maskę historycznych bolidów, wysmakowane zdjęcia i muzyka, która zwiększa emocję podczas pompujących adrenalinę wyścigów. Piękny bo pokazujący niezłomność ludzkiego charakteru, ludzi poświęcających swoje życie w imię swojej pasji, ale też pokazujący różnice priorytetów. Jedni czerpią przyjemność z wiecznej zabawy i wygrywania, a drudzy z stabilności i rodziny. Co ważne film nie jest biografią jednego czy drugiego kierowcy. To zapis ich pojedynku gdzie kibicuje się raz jednemu raz drugiemu mimo, że dobrze zna się koniec tej tytanicznej rywalizacji. Film nie zapomina też o ich wadach przez co ma się lepszy wgląd w ich charaktery. Popisowo spisali się aktorzy. Chris Hemsworth w swojej najlepszej formie został i tak przyćmiony przez Daniela Bruhla, którego pominięcie w Oscarowych nominacjach to mały skandal. Film jest dla każdego, nie tylko fana motoryzacji. To historia wielkich charakterów w specyficznej otoczce. Niczym Friday Night Lights. Sport nie jest najważniejszy, tylko ludzie się im zajmujący i emocję jakie wywołuje. 

OCENA 5.5/6

wtorek, 21 stycznia 2014

3 filmowe grosze #10


 Pacific Rim 
- wielkie roboty! Gigantyczne potwory! Werdykt? 10/10! Tak, jaram się jak dziecko i dobrze mi z tym. Wychowałem się w latach '90, a Power Rangers było obowiązkową lekturą na podwórku, zaraz obok Dragon Balla i Pokemonów. Podczas oglądania serialu odgrywaliśmy scenki (Zack i Mastodont rulez!), a drzewo u sąsiada robiło za Megazorda. Jak w takim wypadku mógłbym się nie cieszyć na myśl o wysokobudżetowych pojedynkach robotów z obślizgłymi potworami od samego Guillermo del Toro? Film z miejsca stał się najbardziej wyczekiwaną produkcją, a scena z trailera z robotem ciągnącym za sobą tankowiec i ostatecznie używającym go jako maczugi jest już dla mnie kultowa. Co najważniejsze film ani trochę nie zawiódł, a podczas oglądania czułem się jak 15 lat temu przed telewizorem.
- mimo, że sam koncept jest prosty - widowiskowa nawalanka, to fabuła nie zawodzi. Powiedziałbym, że jest rozbudowana ponad miarę. Szczegółowa wizja świata po monster apocalypse, dokładnie przedstawiona wojna, naukowe wyjaśnienie pochodzenie potworów oraz specyficzna terminologia. Również świat nie wygląda tak jak nasz, zmienił się na gorsze, a klimat podbijają truchła Kaiju rozsiane po planecie. Ogromnie się ciesze z tak rozbudowanej mitologii bo przez to świat jest jeszcze ciekawszy, bardziej fascynuje, jest miejsce na opowiedzenie dodatkowych historii w uniwersum typu początek wojny bądź losy poszczególnych pilotów i ich Jaegerów. Dzięki masie dostarczonych informacji można też spekulować nad wyglądem sequela nad którym trwają już pracę. Mimo, że film stosunkowo dużo nie zarobił to i tak trzymam kciuki za powstanie kontynuacji.  
- teraz zamiast o bohaterach i aktorach parę słów o robotach i monstrach. Bo to właśnie oni są głównymi bohaterami tego filmu. Jaegery to kolosalne i dwuosobowe mechy zaprojektowane i zwizualizowane z ogromną dbałością o szczegóły. Podczas poruszania czuć ich ciężar i widać bezwładność, a korzystanie z kolejnych rodzajów broni sprawia nieskrywaną radochę. Zwłaszcza z miecza! Tak mają też miecz! Szkoda tylko, że skupiono się na dwóch ekipach, a reszta robotów odgrywa marginalną rolę. Potwory swoim wykonaniem wcale im nie ustępują. Mimo, że pojawia się ich kilkanaście i na pierwszy rzut oka są zbliżone do siebie to szczegóły je wyróżniają. Są ogromne i obrzydliwe, a do tego niektóre mają macki. Słodkie potworki. Nerdgazm się zaczyna gdy para złożona z Kaiju i Jaegera pojawia się na ekranie i splatają się w śmiercionośnym uścisku. Coś pięknego. Dlatego tak bardzo szkoda, że nie ma wiele pojedynków w metropoliach, ale to co jest prezentuje się cudownie. 
-teoretycznie na drugi plan powinni zejść aktorzy i ich bohaterowie, ale wcale tak nie jest. Spory nacisk położono na relację interpersonalne. I niby to standard - charyzmatyczny dowódca, typowy konflikt i brak zaufania, ostateczne poświęcenie czy chłopiec zdobywa dziewczynę, to pokazano to w sposób bardzo strawny. Czasem z lekkim dystansem i wyważeniem. Niby popadano momentami w zbyteczny patos, ale tak współgrał z innymi elementami, że można było uwierzyć w słynne przemówienie o anulowaniu apokalipsy znane z trailera i wygłoszone przez Idrisa Elbe.
- ostatni element, który dopełnia niemal perfekcyjny wizerunek filmu jest muzyka skomponowana przez Ramina Djawadiego. I bardzo dobrze, że to nie Zimmer czy Hornet z kolejną masówką bo Djawadi stworzył główny motyw, który wpada w ucho i tam zostaje, a każde jego pojawienie  podczas filmu wzbudza uśmiech. Muzyka zagrzewa do boju, idealnie komponuje się z wydarzeniami na ekranie i podkreśla ich skalę. Jest epicka na swój unikalny sposób. Cały soundtrack przesłuchałem już kilkanaście razy i dalej nie mam go dosyć.

OCENA 5.5/6

Shutter Island 
- trzecie podejście do filmu okazało się skuteczne. Poprzednie dwa pamiętam jak przez mgłę, próbowałem go oglądać późno w nocy i nigdy nie udało się przetrwać pierwszej godziny. I teraz żałuję, że za film zabrałem się tak późno. Bo wszyscy mówili, że zakończenie jest zaskakujące i redefiniuje film. I tak też było. Tylko wiedząc, że będzie twist dało się go przewidzieć. Dobrze jednak, że nie wszystko.
- sam film to z początku ciężki kryminał, który przeradza się w thriller i dramat psychologiczny, próbujący zgłębić naturę człowieka i jego świadomości. Wątków jest dużo, a sceny w większości opierają się na fenomenalnych dialogach i aktorstwie. DiCaprio znowu udowadnia, że wielkim aktorem jest i idealnie portretuje i przedstawia ewolucję zaszczutego człowieka na tropie wielkiego spisku. Reszta mu wiele nie ustępuje.
- fabuła Wyspy strachu polega na dekonstrukcji przyczyn szaleństwa oraz jego definicji, a nie rozwiązywaniu zagadki kryminalnej, która swoją droga również jest ciekawa. Flashbacki odgrywają ogromną rolę, podkreślają jak przeszłość interferuje na teraźniejszość i jak nasze mózgi interpretują rzeczywistość.
- na klimat wpływa również niepokojąca muzyka podkreślająca stan zagrożenia, padający deszcz i sztorm, brudna stylistyka więzienia oraz zdjęcia i scenografię, którym poświęcono sporo miejsca. I to klimat mnie najbardziej trzymał przy filmie bo dzięki niemu wszystko idealnie ze sobą współgra i nie czuć znużenia podczas oglądania mimo natłoku rozmów i kolejnych pytań bez odpowiedzi.

OCENA 5/6

The Wolverine 
- Wolverine to najfajniejszy mutant z filmowego uniwersum. Jest luzacki, ma super moce, szpony, przesiaduje w barze i wie jak sobie radzić z kłopotami. Więc zrobienie filmu gdzie gra główną rolę nie powinno być trudne. A jednak, drugi raz nie wyszło. Bo film, który zabiera najfajniejszą moc Rosomakowi (regeneracja), robi z niego nieporadnego i zakochanego bohatera ratującego kobietę w opresji i walczącego z tabunami ninja zamiast innymi mutantami nie może być ciekawy. Niestety scenarzyści znowu nie odrobili pracy domowej, a wystarczyło poczytać kilka komiksów lub wejść na fora internetowe fanów.
- o klasie filmu wiele mówi fakt, że najlepszą sceną była ta po napisach czyli zapowiedź nowego filmu. Wtedy poczułem jakieś emocję i zaciekawienie, a uśmiech fanboya zakwitł na mojej twarzy. Brakowało mi tego przez cały film. Sceny które miały wywoływać efekt "wow" były niedorzeczne i zaledwie kilka razy akcja mnie zaciekawiła (pociąg). Większość była przekombinowana, postawiono na ilość, a nie jakość, a ostatni boss był karykaturalny i głupi.
- najgorsze jest to, że na początku całkiem mi się podobało. Wyprawa do Japonii intrygowała i myślałem, że będzie ciekawie i ambitnie. Jednak wraz z rozwojem fabularnym robiło się coraz głupiej i pojawiło się więcej pytań czemu tak, a nie inaczej. I myśli, że coś tutaj nie pasuje. Scenariusz jest strasznie dziurawy i mało logiczny. Pomyślano o początku i końcu filmu, a potem go czymś wypełniono wsadzając kilka nudnych i niezapadających w pamięci postaci. 
 - ostatecznie filmowi nie wystawię jakieś drastycznie niskiej oceny bo Hugh Jackman dalej jest świetnym Wolverinem, a jak ktoś wymaga od filmu rozrywki to właśnie to dostanie. Jednak fani mutantów czy troszkę ambitniejszego kina pewnie będą zawiedzeni bo film ma strasznie mało do zaoferowania i błyskawicznie ulatuje z pamięci.

OCENA 3/6

sobota, 18 stycznia 2014

Na Samotnej Górze mieszkał pewien smok [Hobbit: Pustkowie Smauga]


Z Hobbitem wiążę się sporo moich wspomnień. Jest to jedna z pierwszych książek, które wypożyczyłem z biblioteki przez co odcisnęła na mnie spore piętno. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że ma kontynuację pod tytułem Władca Pierścieni i jest zaledwie wstępem do prawdziwej opowieści. Pomimo tak istotnych braków w książkologii bawiła mnie niezmiernie i pozwoliła zafascynować się literaturą fantastyczną. Dlatego co jakiś czas do niej wracam. Umożliwia to wysłużony egzemplarz na półce, jedna z pierwszych książek w mojej kolekcji. Również przyszłość wiąże się z Hobbitem bo w planach jest zakup wydania od Amberu w tłumaczeniu Skibniewskiej, który będzie się godnie reprezentowało obok Silmarillionu i Dzieci Hurina. Nie znaczy to, że jestem fanatykiem, a mistrza Tolkiena uznaje za literackie bóstwo do którego porównuje każdy utwór, a jego słowa są święte, a ich swobodna interpretacja to bluźnierstwo. Daleko mi od tego więc nie zapalałem pochodni na wieść o trzyczęściowej ekranizacji niemalże trzystu stronicowej książeczki. Zaufałem Peterowi Jacksonowi, który dostarczył znakomitą trylogię jubilerską z pierścionkiem w tle. Przez co rok temu się zawiodłem. Niezwykła podróż okazała się nudną przygodą z mnóstwem nietrafionych pomysłów (śpiewające gobliny, jeż Sebastian, skalne giganty, wszechobecny efekt sztuczności). Obawy przed kontynuacją były spore, ale tym bardziej chciałem obejrzeć film. Tak bardzo, że poszedłem na niego do kina, a teraz muszę się podzielić wrażeniami z seansu. To nie będzie recenzja, jako fan nie jestem w stanie jej napisać. Za dużo rzeczy chcę opisać, skupić się na szczegółach filmu i skonfrontować je z odczuciami. Prawdopodobnie też sobie pogdybam o Back Again. Dlatego dalej będą spoilery. Ostrzegam szczególnie osoby, które czytały książkę, a nie widziały filmu. Trafiłem na opinię, że nie da się zaspoilerować 80 letniego utworu, ale to nie prawda. Film różni się na tyle od materiału źródłowego, że obcowanie z nim może być dla niektórych szokiem. Mimo, że moja ostatnia lektura Hobbita była aż pięć lat temu to i tak skonfrontuje oczekiwania z rzeczywistością. Mogę się w pewnych szczegółach mylić więc w tym wypadku proszę o waszą ingerencję.

Zacznie jednak od pewnych formalności. W kinie ostatni raz byłem dobrych parę lat temu na Indianie Jones i Królestwie Kryształowej Czaszki. Filmie, którego nie było jak twierdzi spora część fanów starego Indiego. Całkiem możliwe, że trauma spowodowana latającą lodówą wpłynęła na brak kolejnych odwiedzin na sali kinowej. Z tego powodu ominęła mnie cała ta wojenka 3D vs. 2D i nie mogłem dołączyć do żadnego z obozów by z czystym sumienie pohejtować konkurencyjny format. Dlatego też Pustkowie Smauga obejrzałem w wersji, która miała odmienić kina, a przynajmniej z jeszcze lepszym skutkiem napełnić portfele wielkich wytwórni. I podobało mi się. Tak bardzo, że przez pierwsze 30 minut głównie na tym się skupiałem. Wyskakujące bajery to tylko mało istotny dodatek. Największa zaleta to odczuwalna głębia obrazu. Czuć było przestrzeń w karczmie, las stawał się większy, a wystająca głowa smoka była fascynującym widokiem. Również takie smaczki jak postać stojąca bliżej mnie czy drzewo na pierwszym planie zasłaniające akcję umilało oglądanie i zwiększało immersję. Szkoda tylko, że obraz w tej technologi posiada jedną istotną wadę - jest ciemniejszy od swojego płaskiego odpowiednika przez co niektóre sceny wyglądały na nienaturalnie ciemne. Kłopot mogą też stanowić niewygodne okulary i zabrudzenia na soczewkach. Jednak jeśli będzie taka możliwość to na kolejny film również wybiorę się w 3D.

A jak się prezentuje Dezolacja Smauga? Jako film jest to pierwszorzędna rozrywka. Kameralna przygoda w Śródziemiu nie licząc ostatniego aktu filmu. Blockbuster średniego kalibru, nie przeładowany efektami, ale spełniający wszystkie wymogi letniego kina. Jednak jako adaptacja nie jest już tak dobrze. To raczej twórcza (i zarazem fanowska) interpretacja Hobbita przez epicki pryzmat Władcy Pierścieni. To już nie jest baśniowa opowieść kierowana do młodego czytelnika. To sprawnie zrealizowane kino dla całej rodziny, które potrafi porazić jak i zrazić swoim rozmachem. To też prosta historia cierpiące na syndrom środkowej części trylogii. Jako rozwinięcie trzyczęściowej opowieści sprawdza się świetnie bo rozbudowuje świat, odrobinę pogłębia bohaterów i pozwala im przeżyć kolejne przygody, a zarazem jest wstępem i przystawką przed głównym daniem. Jako samodzielny film się nie sprawdza. Brakuje tu początku i końca. To wycinek większej opowieści, którego nie można traktować jako samodzielnego tworu. Jednak paradoksalnie film jest lepiej skonstruowany niż poprzednia część. Poszczególne akcenty zostały lepiej rozłożone, nie posiada niepotrzebnych dłużyzn i czuć zwiększające się napięcie i zbliżający się kres wędrówki. Niecierpliwie myśli się też o upływającym czasie bo każda kolejna minuta oznacza koniec wędrówki i moment, w którym będzie trzeba opuścić fascynujący świat wykreowany przez mistrza Tolkiena. Świat, który jednak ma swoje wady. Nie na warstwie koncepcyjna tylko realizacyjnej. Design orków i niektórych lokacji jest pszeszarżowany, a CGI bije po oczach. Niektóre krajobrazy wydają się zbyt plastikowe, piękne oraz świecące i boję się jak zestarzeją się za kilka lat. Ciesze się jednak, że tam gdzie są makiety, scenografia i żywa materia, a nie bezduszny green screen wygląda to bardzo klimatycznie. Niestety trochę zawodzi muzyka bo ma się wrażenie, że słucha się tego samego. Jasne, najlepsze jest to co się zna, ale nowe aranżacja znanych od lat dźwięków i dodanie kilku nowych motywów to trochę za mało. Dlatego trochę żałuję, że za muzykę znowu odpowiada Howard Shore. Ogólnie film oglądało mi się wyśmienicie i większych wad podczas seansu nie dostrzegłem, dopiero później naszły mnie pewne niepokojące refleksję i zastrzeżenia związane z wiernością do materiału źródłowego dlatego od tego momentu większe spoilery dotyczące fabuły i odnoszące się do mojego odbioru książki.

Jeśli chodzi o omówienie poszczególnych scen to zaczną może od początku czyli retrospekcji. Kolejna wizyta w Bree i pierwsze spotkanie Gandalfa z Thorinem (poprzedzone zaskakującym cameo). Scena zupełnie niepotrzebna i nic nie wnosząca do fabuły. Przypomina tylko o co to całe zamieszanie. Jest góra, jest smok, są skarby, krasnoludy i pewien hobbit mieszkający w przytulnej norce, a nie zwykłej norze w ziemi. Tym bardziej jest niepotrzebna bo po jej zakończeniu jest bezpośrednia kontynuacja poprzedniego filmu czyli nasza wesoła gromadka w potrzasku. Muszę przyznać, że trochę wybiło mnie to z rytmu i czułem się odrobinę zagubiony. Musiała upłynąć chwila bym mógł ponownie poczuć magię Śródziemia. Potem odrobina akcji i trafiamy do Beorna. I średnio mi się podobało jego przedstawienie. Gandalf swoimi słowami buduje odpowiednie napięcie by potem spotkanie z gospodarzem okazało się rozczarowaniem. Jego postać można by usunąć z filmu i wiele by on nie stracił. Ot kompania trafiła by od razu na skraj Mrocznej Puszczy. Zamiast tego jest opowiedziana pretensjonalna historyjka jak to Beorn jest ostatnim przedstawicielem swojej rasy i nienawidzi orków. Przejmujące spojrzenie kamery na pozostałości po niewolniczych łańcuchach obowiązkowe. Niestety nie pokazano jego walki z orkami, nie pamiętam nawet żeby wspomniano jak to nocami wyrusza na nie polować. Gdy czytałem książkę jego postać budziła grozę, tutaj raczej była karykaturalne zarówno pod względem zachowania jak i wyglądu. Tym bardziej po swoim monologu gdzie podkreślił, że krasnali nie lubi, ale orków nienawidzi dlatego im pomoże. Litości. Tym bardziej boli mnie to, że nie podkreślono tego jak budzi grozę z uwagi na nieusunięcie wątku kucyków. Gandalf wspomina o odesłaniu koni, a kompania to robi. Ja ten nieznaczny wątek pamiętam bo to była wielka sprawa w książce. Jest to trochę konsekwencją braku odczuwania w filmie upływającego czasu. I to nie tyczy się tylko tego jednego momentu, ale też całości. Cała wyprawa tam i z powrotem trwała przecież okrągły rok, a podczas oglądania filmu ma się uczucie raptem kilku dni.

Opuszczę teraz krasnali (i hobbita) tak jak zrobił to Gandalf. W książce wrócił dopiero na sam koniec więc Jackson postanowił zajrzeć do Silmarillionu i dodatków Władcy by Ian McKellen mógł trochę dłużej uszczęśliwiać widzów. W jego scenach uderzyło mnie jedno - wyglądał dużo starzej niż w poprzedniej trylogii. Jednak dalej ma krzepę, biega sobie i walczy z orkami i rozwiązuje zagadkę Dol Guldur. Jest efektownie i na siłę wepchnięto łopatologiczne wytłumaczenie kto jest odpowiedzialny za zło Śródziemia. Dobrze, że świetnie zostało to nakręcono i czuć było napięcie podczas tych scen. Szkoda tylko, że Jackson nie zrezygnował z Radagasta. Zupełnie niepotrzebnie wprowadza odrobinę slapstickowego humoru. Dobrze, że obyło się bez królików rozgobel i jeża Sebastiana. 

W międzyczasie krasnale odbyły wędrówkę przez Mroczną Puszczę. I tutaj znowu mam problem z upływem czasu. Nie czuć go. Thorin mówi, że musi się śpieszyć, a nie widać by dni mijały. Kiepsko również zrealizowano zagubienie i dezorientację. Brakowało paniki, problemów z kończącymi się racjami żywności i nie czuć było klaustrofobii lokacji. Mirkwood jak inne miejscówki był pieczołowicie zaprojektowany. Nie czuć było rąk chaotycznej natury. Starcie z pająkami widowiskowe, a stwory obrzydliwe. To akurat normalka. Tylko trochę smutno się robi, że przecież duży pająk pojawia się w Władcy. Nie odmawiam Tolkienowi geniuszu, ale irytuje często korzystanie z tych samych pomysłów. Jak dobrze, że nie kończy się na WP, a jest jeszcze genialny Silmarillion.

Wędrówka przez Puszczę skończyła się zanim na dobre mogła się zacząć. Pojawiły się elfy i pojmały krasnale. I tutaj chciałem o tych elfach trochę napisać. Ja rozumiem decyzje jakie kierowały Jacksonem podczas realizacji jego twórczej wizji, ale popisać sobie trochę popiszę bo suma summarum nie mam pojęcia co myślę o trójce elfów. Nie jest to przegląd społeczeństwa, a kilku mocno zróżnicowanych jednostek od, których bije indywidualizmem. Thranduil to dobrze znany elf na łosiu z poprzedniej części. I co do niego mam najwięcej uwag. Nie do debiutującej Tauriel tylko do kreacji Lee Pace'a. Jego przesadzona mimika, dziwne zachowanie, dystans do świata mają podkreślić jego wyobcowanie. Czuć, że król leśnych elfów nie należy do tego świata, a tysiące lat życia odcisnęły na nim piętno. Nie pasuje do żadnego wzorca zachowania. Liczy się dla niego tylko własne królestwo to co po za nim jest mu obce i nic nie warte. Zdaje sobie sprawę ze śmiertelności otoczenia i stałości swojej domeny. Jego wizerunek jest strasznie odmienny od drewnianego Legolasa i Tauriel. Oni bawią się walką. Blondyn ponownie wykonuje swój popisowy numer z snowboardem tylko tym razem używa do tego orka. Tauriel jest równie zwinna i przyjemnie się ją ogląda w walce. Dlatego trochę średnio widzą mi się wątki romantyczne. Między rasowe i zakazana miłość wynikająca z pozycji na drabinie społecznej. Ciężko mi zdefiniować moje zastrzeżenia. Bo znowu ogląda się to dobrze i przyjemnie, ale coś tu nie gra. Może to moja podświadomość szuka problemów i z całej siły chcę niezgodność z pierwowzorem zaliczyć jako grzech śmiertelny filmu? 

Teraz dla odmiany napiszę o czymś co mi się bardzo podobało - rozdzielenie naszej wesołej gromadki i wczesne wprowadzanie Barda Łucznika. Jest to genialne posunięcie ze strony Jacksona. Bo gdyby akcja rozwijała się jak w literackim pierwowzorze to na Samotną Górę udałaby się cała 12 krasnali, a tak 1/3 zostaje w Mieście na Jeziorze. Już pal licho pseudo romantyczne spotkanie Kiliego z Tauriel, kalkę z Drużyny Pierścienia gdzie elfka ratowała Froda przy użyciu athelasu czy kilka starć z orkami. To podzielenie kompanii zaowocuje dopiero w finale niziołkowej trylogii zwiększając dramatyzm. Dezolacja Esgaroth nie będzie rzezią gromadki nonameów, ale podczas seansu będzie zależeć na bohaterach bo w tym tłumie będą znajome postacie. I obstawiam, że dojdzie do kilku dramatycznych wydarzeń i aktów pełnych heroizmu wraz z poświęceniem życia. Shiperzy elfio - krasnoludzkiego związku też powinni uronić łzę w przyszłym roku. Szkoda tylko, że kruk szepczący do ucha Bardowi nie będzie potrzebny, a do zabicia smoka posłuży coś więcej niż zwykły łuk. Szykuje się przesyt formy nad treścią, epickość nad kameralność, ale takie czasy... 

Co do samego Miasta - jest to fantastyczna Wenecja, której pokazano tylko wycinek i zilustrowano ją nowym motywem muzycznym przypominającym trochę szanty. Jednak wprowadzanie różnorodności kulturowej jest trochę przesadzone. Bilbo i strażnicy paradujący w orientalnych (tatarsko - mongolskich okiem laika) zbrojach to lekka przesada i wygląda to delikatnie mówiąc śmieszne. Czym się kierował Jackson i jego armia? Tym że Samotna Góra i Dale leżą na wschodzie więc klimaty orientalne będą jak najbardziej na miejscu? Czy smokiem, który przecież musi być związany z chińską mitologią (co w sumie jest odzwierciadlone w muzyce)? Dodatkowo zły władca został przedstawiony w odpychający sposób, a jego podwładny jest obślizgły i przebiegły. Straszna klisza i nawet Stephen Fry nie ratuje tego pomysłu. Nie muszę chyba wspominać o zbytnim przekolorowaniu i (ponownie) wrażeniu sztuczności. Fabularnie trochę też pozmieniano. Mocno powiązano krasnale z Bardem i dodano kilka wątków. Ciekawie wypada zwłaszcza ten Łucznika. Nie wiem co Jackson chciał tutaj zrobić, ale ja odbieram to jako aluzję do naszego smutnego świata i opór przeciw ciemiężącej obywateli władzy z szlachetnym rewolucjonistą na czele. 

Teraz słówko o smoku. Czy raczej SMOKU. Nie będzie przesadą jeśli napiszę, że Smaug kradnie ten film. Pojawia się w ostatnim akcie, ale to głównie o nim się będzie mówić po seansie. Przerośnięta jaszczurka wyglądała majestatycznie, wciąż słychać niski tembr głosu charakterystyczny dla Benedicta Cumberbatcha (mimo komputerowej obróbki) i intrygujące dialogi z Ujeżdżającym Beczki. Czuć było niesamowite napięcie między hobbitem, a smokiem gdzie siła tego drugiego była wprost namacalna. Swoje zrobił też wystrój skarbca, polowanie na Arcyklejot (którego design rozczarowuje) i jad sączący się ze słów smoka. Idealny kameralny finał opowieści pełen klimatu bez niepotrzebnej akcji i dający wyobrażenie o sile smoka, która ujawni się dopiero w przyszłym filmie. STOP! Nic z tego. Tzn. to co napisał to prawda, ale nie poprzestano na tym. Kameralne to słowo, o którym Hollywood już dawno zapomniało. Trzeba było dodać trochę zabawy w Benny Hilla ze smokiem i pokazać heroizm krasnali. Bo lepiej to wygląda jak nasi bohaterowie walczą ze złem, będą mogli mieć w przyszłości czyste sumienie. W końcu próbowali go powstrzymać. Przy okazji podczas tej finałowej walki osłabiono trochę grozę jaką siał Smaug. Zrobiono z niego nieporadnego gada, który nie może złapać kilku natrętnych szkodników. Zarówno on zachowywał się idiotycznie jak i plan krasnali był po prostu głupi. Jak to dobrze, że ostatnie parę sekund wynagrodziło tą durnotę ("I am fire! I am death!"). Szkoda, że nie dodano trochę dramatyzmu i nie zabito jednego z krasnali. Kolejne odchylenie od kanonu w tym wypadku zrobiłoby wiele dobrego. Pokazałoby to, że nikt nie jest bezpieczny w przyszłej części, a gra toczy się o ogromną stawkę. Przygotowałoby to też widzów nie znających książki na to kto zginie w przyszłej części. 

Reasumując moje narzekania - gdybym nie czytał książki nie miałbym większych zastrzeżeń. Całe to psioczenie i pisanie do samego siebie wynika z chęci skonfrontowania się z moimi odczuciami po lekturze i nie ma nic wspólnego z wadami filmu, który jest zupełnie innym medium niż książka. Obowiązują w nim inne reguły, a gatunek kina rozrywkowego ma przede wszystkim bawić co nadzwyczaj udanie The Hobbit: The Desolation of Smaug realizuje. Jest to film pod wieloma względami lepszy od części poprzedniej, ale też cierpiący na syndrom środkowej części trylogii. Ze swojej strony mam nadzieję, że tendencja zwyżkowa zostanie utrzymana i finałowa część będzie porównywalna jakościowo do Powrotu Króla lub Dwóch Wież. Tylko szkoda, że będzie to ostatnia wizyta w Śródziemiu chyba, że Peter Jackson wpadnie na szalony pomysł autorskiego dzieła w dobrze znanych realiach.

OCENA 5/6