Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 lipca 2014

3 filmowe grosze #13

300: Rise of An Empire
pierwszych 300 uważam za świetny film. Będzie już ponad pięć lat kiedy go ostatnio oglądałem, ale wciąż pamiętam niektóre mistrzowsko wyreżyserowane sceny, euforię podczas ich oglądania i potem długi zachwyt. Może jakbym dzisiaj obejrzał film odbiór byłby inny, ale wątpię bym stwierdził, że jest podobny do swojej kontynuacji. Jest pod każdym względem lepsze i lepiej gdyby na tym jednym filmie się skończyło. Obawiam się, że producenci mogą się jednak pokusić o jeszcze jedną część. Zakończenie było otwarte, a film swoje zarobił.
- jeszcze zanim przejdę do filmu - tytuł jest okropny. Nie chodzi tylko o pierwszy człon, który ma tylko nawiązywać do znanej marki i sprzedać całość. Czepiam się też jego drugiej części. Obejrzałem film i nie mam pojęcie o jakie imperium chodzi. Persowie mieli swoje już dawno, a przez film niczego nie zbudowali. Grecy za to jednoczą się by pokonać wroga. To nie żadne imperium tylko koalicja. Chyba, że chodzi o imperium jako metaforę nowych idei opartych o wolności, równości i braterstwie. Może jakby to był inny film mógłbym się pokusić o taką interpretację, ale nie podejrzewam twórców o takie intencje.
- czym jest Rise of An Empire? Ni to wydra ni kapibara. Trochę prequel, trochę sequel, jeszcze częściej wydarzenia są prowadzone równolegle z historią znaną z 300 tylko z innymi bohaterami w innych miejscach na tej samej wojnie z persami. Scenarzyści mieli kilka pomysłów, ale nie wiedzieli jak je ze sobą zszyć przez co wyszedł im brzydki potworek, na którego nie chcę się patrzeć. Nie czuć by historia miała jakąkolwiek spójność i brak wyraźnego ciągu przyczynowo skutkowego. Film opowiada kolejne epizody z wojny przeplatane, osobistą sytuacją bohaterów, która nie potrafi zainteresować i nawiązaniami do oryginalnych 300.
- marną historię bym bez problemu zniósł gdyby mięsko było smakowite. W sumie na to głównie liczyłem. Miała być wojna totalna, finezyjne starcia i zachwycające slow motion uczące anatomii umierających wrogów. Ale nie ma. To tak jakby wypuścić komedie bez żartów lub Gwiezdne Wojny bez mieczy świetlnych. Można, ale nie ma to najmniejszego sensu. Strona realizacyjna została pokpiona niesamowicie co jeszcze uwidacznia to, że Zack Snyder nie jest tylko zwykłym rzemieślnikiem. Potrafił wykreować wojnę, która budzi emocję, jest brutalna i zginąć może każdy. Czuć było też, że to wielka bitwa. Niby banalna rzecz, ale tutaj tego nie ma. Niby wojna, niby są pokazane palące się miasta czy starcia takie jak Maraton i Salamina, ale zamiast kilkudziesięciu żołnierzy jest skupienie się na garstce. Nie ma żadnych plenerów, ruchów wojska, zaskakujących akcji tylko wyrzynka garstki bohaterów, a potem ja się śmieje, że mówią o tysiącach na polu bitwy. Tylko fajnie wyszły niektóre starcia na morzu bo to było coś nowego i nawet wyszło pomysłowo. Tylko znowu - krótkie pokazanie dużej floty i jakaś akcja skupiająca się na kilku jednostkach. Z samą wojną ma to też niewiele wspólnego. Z historią nawet nie zamierzam tego porównywać. Wystarczy podstawowa wiedza by krzywić się z tego co tu pokazano, ale to przecież nie miał być film historyczny tylko finezyjna sieczka!
- kolejne składowa to choreografia walk. Łączy się z tym tez ruch oddziałów, którego jak wspomniałem nie ma poza kilkoma wyjątkami na wodzie i jedną absurdalną sceną na koniu w finale. Oglądałem ten film - by popatrzeć na świetnie wyreżyserowane i dramatyczne starcia i strasznie się na tym aspekcie zawiodłem. Temistokles to one man army idzie i zabije wszystko jak się rusza, zero w tym finezji czy tym bardziej dramatu. Slow mo jest za to za dużo i jakbym był złośliwy to napisałbym, że wydłuża film o jakieś 30%. Krew za każdym razem leje się w zwolnionym tempie, postacie zdejmują hełmy w zwolnionym tempie, deszcz pada w zwolnionym tempie, wymiana spojrzeń następuje w zwolnionym tempie. No bez przesady. Ten efekt ma podkreślać fragmenty sceny, a nie być wrzucany za każdym razem gdzie się tylko da. Reżyserowi brak wyczucia. Obejrzał jakiś poprzedni film Snydera, stwierdził, że efekt wygląda fajnie i wsadził go do każdej sceny co zupełnie nie pasuje. Przeciętny odcinek Spartacusa jest lepszy od tego filmu.
- obrazu rozpaczy dopełniają dialogi i myśl przewodnia filmu. Jest amerykański do bólu, brakowało mi tylko powiewającej flagi i eskadry F-16. Bohaterowie rzygają zwrotami  zawierającymi wolność i honor, aż nie dobrze się od tego robi. Do tego gdy królowa Gorgo opowiada o przeszłości używa do tego pretensjonalnej poetyckiej narracji. Jest też prosta analogia - Grecy to świat Zachodu, a Persowie grają rolę złego Bliskiego Wschodu, który chcę zniewolić świat. Trzeba się im przeciwstawić, poświęcić własne życie dla kraju, własnego syna i towarzyszy, walka ze złem jest najważniejsza. A teraz idźcie proszę się zaciągnąć i zmieniać świat na lepsze. Zgodnie z dawną tradycją kina Grecy są wysportowani i piękni, a Persowie mają odpychające twarze. Śmiesznie też wygląda pokazanie niewolników. Ateńczycy też ich mają, ale tylko migają w tle, ale już u Persów są eksponowani za każdym razem jak statki gdzieś płyną. Zabawnie wygląda stosunek ciał na ekranie - na jednego trupa Greckiego przypada z 20 wrogich przez to nie czuć dramatyzmu bitwy skoro nasi nie przegrywają tylko jest mówione jak to się im źle dzieje.
- niby przeciwwagą dla prostej konstrukcji dobrzy/źli miała być postać Artemizji granej przez Eve Green, ale jej historia jest dziwna. Niewolnica grecka, wychowana przez Persów gdzie zrobiła karierę wojskową, a teraz chcę się mścić na swoich oprawcach. Przerysowana, ale przyjemna dla oka i chyba z zupełnie niepotrzebnym backstory bo nie wiele z niego wynika poza jej kompleksem niższości i chęcią dominacji.
-film powstał na bazie jeszcze nie wydanego komiksu Kserkses można więc wnioskować, że odegra on dużą rolę w filmie. Wnioskujcie dalej. Jest na początku, pokazano jego mistyczny origin i potem przewija się w tle. A jego origin to kolejna z wielu dziwnych scen, które nie pasują do reszty. W skrócie to Artemizja zrobiła z niego boga, ale sensu w tym nie było żadnego. Niby miała plan, ale był on tak skomplikowany, że go nie zrozumiałem. Bo jeśli jej jedynym celem był najazd na Grecję to fatalnie to rozegrała.
- podobała mi się za to muzyka. Blisko Wschodnie klimaty idealnie pasowały do opowieści i jej dynamika komponowała się z akcją. Fajne też było animowane outro, najładniejsze efekty komputerowe wygenerowane przez cały film. Reszta była wystarczająca, ja lubię tą przerysowaną konwencję więc kupuje niebieski ekran. Szkoda tylko, że tak źle go wykorzystano.

OCENA 2/6

Gravity
- o Grawitacji dużo się nasłuchałem po premierze dlatego podchodziłem do niej pełen obaw, ale  też wiary. I się nie zawiodłem bo to film idealnie trafiający w moje gusta. Nie pusty blockbuster, ale film z przekazem i symbolizmem. Pewnie sporo osób będzie narzekało, że z zbyt nachalnym i pretensjonalnym, ale lepsze to niż ledwie widoczna subtelność. Jest to film nie tylko o babie w kosmosie, która próbuje przeżyć. To film o ponownych narodzinach, hartowaniu się siły w jednostce, woli przeżycia i tym co po nas zostanie. Nieustannie jest też przypominane o odwieczny krąg życia i śmierci. Ja to kupuje. 
- jednak jak mądry nie byłby to przekaz to najistotniejsze jest to co się dzieje na ekranie. Jest to prosta historia gdzie prawo Murphyego osiągnęło największą wartość. Wszystko się pieprzy, bohaterka walczy z kolejnymi przeciwieństwami i na nowo uczy się żyć. Od jednego niebezpieczeństwa w drugie z niewielkimi chwilami wytchnienia, które budzą emocję. Prostota, ale efektowność przekazu. 
- wszystko to ogląda się z zapartym tchem bo strona techniczna filmu jest fenomenalna. FENOMENALNA. ogromnie żałuje, że nie widziałem go na dużym ekranie z dobrym nagłośnieniem. Bajeczne zdjęcia pokazujące piękno i majestat kosmosu podkreślane przez długie ujęcia. O pierwszych kilkunastu minutach filmu mówiło się jeszcze przed premierą bo nie mają żadnych cięć, ale dalej jest równie ciekawie. Ordynarnych cięć jest niewiele, większość jest maskowana przez pracę kamery przez co wydaje się, że jest więcej ujęć tego typu. Do tego kamera swobodnie dryfuje i zatrzymuje się w dziwnych miejscach jak hełm bohaterki. Dużą wagę przyłożono też do poszczególnych ujęć gdzie obraz przejmuję rolę narracyjną.
- Grawitację obejrzę jeszcze raz. Znając przesłanie lektura będzie jeszcze ciekawsza. Do tego będę mógł jeszcze bardziej popodziwiać efekty bo naprawdę jest czym się zachwycać. 

OCENA 5.5/6


The Raid 
- dawno 90 minut nie minęło mi tak szybko. The Raid to zastrzyk adrenaliny zakrzywiający czasoprzestrzeń. Włączasz film, chłoniesz go, a za moment już jest koniec i leci lista aktorów. Jest tak dobrze. Nie sposób oderwać wzroku od ekranu by nie uronić choćby sekundy. Tego właśnie się spodziewałem słuchając głosów zachwytu, ale obawiałem się, że będę wybrzydzał. Nic z tego. Dołączam do chórku i będę piał peany o dziele Garetha Evansa.   
- ciężko mi się do czegoś przyczepić, jestem niemal bezkrytyczny dla historii, którą mi zaserwowano. Fabularnie jest prosto - oddział policjantów, jeden budynek i walka o przeżycie. Trafia się kilka zwrotów fabularnych, dorabiana jest głębia dla tej opowieści, ale to tylko pretekst dla pokazania baletu śmierci. Jednak udało się stworzyć wyrazistych bohaterów, nadać im osobowość i sprawdzić, że są odróżniali od siebie. Chciałoby się jednak więcej charakterystycznych postaci i wyraźnych osobowości po stronie "dobra". Również sprawa dialogów została sprowadzona do minimum. Bohaterowie niewiele ze sobą rozmawiają, a jak już to robią nie są to puste wymiany słów i powtarzanie znanych zwrotów mimo, że historia i zwroty akcji oparte są na dobrze znanych tropach.
- jednak tego filmu nie ogląda się dla fabuły czy postaci. Jego ogląda się dla niesamowicie pokazanej akcji. Przy odrobinie wyobraźni film można podzielić na dwa segmenty "strzelany" i "kopany". Pierwsza część to niesamowicie klimatyczna akcja policjantów. Pierw motywująca odprawa, potem taktyczne przeprowadzenie akcji i powolne przedzieranie się przez budynek. Cały czas czuć rosnące napięcie i oczekiwanie na ten jeden błąd. Do czego szybko dochodzi i następuje niesamowita wymiana ognia. Szybka, intensywna i brutalna. Niesamowicie żałuje, że nie oglądałem filmu na kinie domowym. Świszczące kule i dźwięk rozrywanego mięsa w 5.1 byłby smakowitym doświadczeniem. Zwłaszcza wybuchowy finał z śmiercionośną lodówką. Indiana mógł jej użyć jako mobilnego bunkra atomowego, ale wolę jej pomysłowe zastosowanie z The Raid. Niesamowicie mnie ucieszył realizm wymian ognia. Celność z obu stron jest na odpowiednim poziomie, amunicja szybko się kończy bez zbytecznego dramatyzmu i charakterystycznego "i am out", a trafienie wyglądają niesamowicie sugestywnie.
- jednak prawdziwa uczta zaczyna się gdy pięści idą w ruch. Można się odrobinkę przyczepić, że niemal cały oddział policji to specjaliści od sztuk walki, ale nie ma to sensu skoro sprawia tyle radości. Niezwykłe sceny pojedynków jeden 1 vs 1, 2 vs 1 czy starcia z tłumem. Efektowna choreografia walk, ale nie przesadzona, przy użyciu noży, pałek policyjnych, elementów umeblowania, ścian i własnych kończyn nie raz zaskakuje. Zwłaszcza momenty fatality. Brutalne zgony gdy mimowolnie z ust wydobywa się "o fuck" lub inna dowolna onomatopeja będącą mieszanką niedowierzania, odrobiny współczucia i zachwytu nad kreatywnością ludzi za to odpowiedzialnych. Walki są długie, ale się nie dłużą. Kamera często zmienia położenie, jednak nie czuje się nadmiaru cięć, które często psują efekt. Mi się najbardziej podobały starcia przy użyciu noża. Krótkie i precyzyjne cięcia oraz pchnięcia czego skutkiem są rosnące plamy krwi i jęki poturbowanych w tle.
- nie znam aktorów z filmu, nie próbowałem zapamiętać ich naziwsk, ale gdy będzie mowa o filmie mi przypomni się Gareth Evans. To on stał za scenariuszem, montażem i reżyserią. The Raid to jego dziecko, które powinno przynieść mu większy rozgłos. Na prawdę dziwie się, że jeszcze nikt w Hollywood nie zaproponował mu kręcenia jakieś wysokobudżetowej produkcji. Nadawałby się idealnie. Potrafi wykorzystać perspektywę by podkreślić obecną sytuację, idealnie prowadzi destrukcję otoczenia, umie wykreować sugestywny klimat oraz budować i podtrzymywać napięcie przez cały film (nawet w wydawałoby się spokojnych scenach!). Wie też jak korzystać z muzyki. Dynamiczna i rytmiczna podczas starć z mocnymi basami urywa się gdy padnie ostatni cios. Buduje to niesamowite wrażenie. Często eksperymentuje też z położeniem kamery np. przed lufą pistoletu lub niemalże na głowni siekiery podczas rąbania podłogi co sprawia niesamowity efekt i przypomina mi niektóre momenty z Breaking Bad gdzie też lubiono siębawić w ten sposób.
- film ma jeszcze jedną zaletę. Ogólnie pojęty klimat. Niezwykła brutalność to tylko wierzchołek. Całości dzieje się w jednym wielkim bloku i czuć klaustrofobię, ograniczoną powierzchnię akcji i zaszczucie bohaterów. Są w klatce z wściekłymi zwierzętami i próbują przeżyć na każdy możliwy sposób. Czuć też syf meliny, w której tą walkę prowadzą. Ludzie są zdegenerowani, odpychający i prosto pisząc brzydcy. W tle obskurne rysunki, zniszczone mury, zaniedbane mieszkania pełne lokatorów myślących tylko o kolejnej działce lub chcących zabić policjantów by uzyskać obiecaną nagrodę od głównego bossa. Antagonisty jest odrobinę przerysowany, ale pozytywnie. Evans nie poszedł z nim w absurd czy przesadną groteskowość, ale stworzył bezwzględnego paranoika pławiącego się w śmierci i zapewne kąpiącego w krwi noworodków i dziewic.
- jeśli ktoś spyta się mnie o jakiś film akcji to pierwsze co to polecę The Raid. Spytam się pierw czy nie jest nadwrażliwy na krew, jeśli stwierdzi, że nie, będzie musiał obejrzeć. Bo to jest pierwszorzędny film akcji (choreografia, reżyseria, ciągłe napięcie) z solidną otoczką (fabuła, postacie). Ja jak najszybciej muszę zabrać się za drugą część. Tym bardziej, że dwie najczęściej pojawiające się opinie to "lepszy od jedynki"
 i "słabszy od jedynki".

OCENA 5/6

poniedziałek, 12 maja 2014

Winter is coming[Captain America: The Winter Soldier]

 Długo się zbierałem by napisać parę słów o najnowszym filmie sygnowanym logiem Marvela. Nie chciałem spisywać emocjonalnej relacji zaraz po seansie bo wyszłaby z tego pozbawiona sensu, pełna zachwytów, laurka dla Kapitana. Odczekałem parę dni, przemyślałem kilka spraw, a laurka i tak powstanie. Jeszcze bardziej kolorowa niż miała być na początku. Bo Winter Soldier to film, który nie powinie mi się tak podobać. Pierwszego Capa darzę ogromnym sentymentem bo podszedł w oryginalne sposób do pokazania superbohatera, a usytuowanie akcji podczas alternatywnej drugiej wojny światowej była dodatkowym smaczkiem i miłą odmianą od typowych filmów komiksowych. Mimo tego bałem się jak ten archaiczny bohater poradzi sobie w naszych czasach w erze post Avengers. I ku mojemu zdziwieniu okazał się najlepszym filmem drugiej fazy, z łatwością wyprzedzając w moim rankingu zaledwie poprawnego Iron Man 3 i rozczarowującego w wielu miejscach Thor: Dark World. Ba, postawiłbym go na równi z dziełem Jossa Whedona i  przed pierwszym Człowiekiem w Żelazie. Czemu? Bo zwyczajnie w świecie bawiłem się doskonale i zaangażowałem w seans bardziej niż powinienem. Pewnie gdybym był jakieś 10 lat młodszy piszczałbym z ekscytacji podczas seansu jak fanki Zmierzchu na nocnej prapremierze kolejnej części. Nie żebym wiedział co na takich premierach się dzieje...

Jeśli przy odrobinie wyobraźni Captain America: First Avenger  może zostać nazwany filmem wojennym tak Winter Soldier zasługuje na metkę kina sensacyjno-szpiegowskiego z komentarzem społeczno-politycznym kryjącym się pod przykrywką superhero. Intryga nie jest zbyt skomplikowana, ale w paru miejscach potrafi zaskoczyć. Wymusza też ciągłe kwestionowanie tego co dzieje się na ekranie. Obowiązuje zasada ograniczonego zaufania bo nie wiadomo kto okaże się zdrajcą, a kto sojusznikiem lub znienacka wyskoczy z pudełka. W tym aspekcie niestety marvelowy rodowód działa na niekorzyść. Większość głównych postaci jest dobrze znana i wiadomo czego można się po nich spodziewać. Tutaj zaskoczenie widza jest niemożliwe. W przeciwieństwie do bohaterów z drugiego planu. Tutaj cały czas oczekuje się zmiany frontu i niespodziewanego zagrania. Oczywiście jest też wielkie zagrożenie, które trzeba powstrzymać bo inaczej miliony niewinnych duszyczek odejdą z tego padołu łez więc stawka jest wysoka. Cieszy, że spójna fabuła łączy się z poprzednią częścią mimo, że jest to taki quasi sequel. Cała historia jest mocno współczesna, porusza orwellowski problem dużego brata roztaczającego parasol ochronny nad obywatelami, bierze trochę z PRISM, dorzuca tajemnicze organizacji, walkę o wolność Amerykanów (znaczy się świata) i podstawowych praw obywatelskich. Jest poważnie i dlatego nie pasuje mi jeden trochę zbyt komiksowy wątek, ale skoro w tym świecie istnieją latające lotniskowce to czemu nie SI. Na pochwałę zasługuje też sposób wprowadzenia retrospekcji, które przypominają co się działo w poprzednim filmie. Nie ma tutaj na początku intra pełnego ekspozycji, ale stanowią one integralną część narracji.

Mimo zaskakująco wysokiego poziomu fabularnego historia to jedynie otoczka w ramach, której działają bohaterowie będące motorem napędowym tego filmu. To co tak dobrze sprawdzało się w Mścicielach działa i u Steva Rogersa z przyjaciółmi. Powoli budująca się drużyna, dynamika i chemia między bohaterami, rzucane od niechcenia uwagi, które bawią czy wspólne działanie w terenie. Takie mini Avengers, ze ludźmi zdającymi sobie sprawę z swoich umiejętność, śmiertelności i ograniczeń. Może nie licząc Rogersa, on boryka się z innymi problemami. Jest to człowiek nie z naszych czasów, archaizm pełen dawnych ideałów, któremu ciężko się przystosować. Nie chcę się zmienić i dostosować do XXI wieku, chcę pozostać sobą. Musi się też zmierzyć ze swoją przeszłością. Tutaj pojawiła się jedna, niezwykle gorzka scena, której za nic nie spodziewałbym się w letnim blockbusterze. Cieszy, że scenarzystą największą wadę bohatera czyli obrońcę ideałów Ameryki udało się przekuć w największą zaletę bez moralizatorskiego zacięcia czy pompatycznych scen z Rogersem stojącym na tle powiewającej flagi. Trochę szkoda, że Chris Evans nie jest bardziej utalentowanym aktorem. Póki biega i walczy jest dobrze. Gorzej gdy coś mówi i kamera skupia się na nim bo za często ogląda się ten sam garnitur min i emocji. Na przeciwnym biegunie jest Czarna Wdowa, która również musi się mierzyć z przeszłością, ale robi to z wdziękiem i odpowiednio luźnym podejściem. Skład drużyny dopełnia Falcone, kolejny heroes. Krótki reserch powiedział, ze ta postać komiksowa jest często wyśmiewana dlatego, że potrafi rozmawiać z ptakami. Tutaj nic takiego nie miało miejsca i jak pozostali posiada pewną rysę. Jest to były żołnierz cierpiący na PTSD korzystający z jetpacka przez co sceny z jego udziałem są niezwykle efektowne. Galerie głównych postaci dopełnia Alexander Priece (genialny Robert Redford) zarządzający S.H.I.E.L.D. oraz tytułowy Winter Soldier. Wyrazisty antagonista, postać tragiczna i istotna dla całego uniwersum. Co ważne film potrafił pokazać zajebistość Zimowego Sołdata i sprawić, że był prawdziwym zagrożeniem mimo, że równie dobrze całość broniłaby się bez niego. 

Podczas czytania recenzji po seansie zaskoczyła mnie jedna rzecz - niezwykle mało miejsca poświęca się stronie technicznej filmu podkreślając głównie imponujące efekty specjalne. I z tym nie mam najmniejszego zamiaru polemizować bo graficy komputerowi odwalili kawał dobrej roboty, a mieli jej całkiem sporo, zwłaszcza podczas finałowej sekwencji, która epickością przebija połączone siły IM3 i Dark World. Jednak powodów do chwalenia jest więcej. Choćby choreografia walk gdzie żadna z postaci nie posługuje się tym samym stylem walki. Już pomijam takie szczegóły jak używanie tarczy, cybernetycznej ręki czy gadżetów Natashy. Chodzi o sposób poruszania się i zadawane ciosy. Zimowy preferuje brutalny styl stawiający na szybką eliminację wrogą, Wdowa za to ma bonus do zręczności i tak samo jak rąk często używa swoich boskich nóżek. Pojedynki wręcz są długie, zróżnicowane i świetnie pokazane. To wszystko zasługa cichych bohaterów tego filmu - braci Russo. Anthony i Joe w swojej filmografii nie mają znaczących filmów, pracowali głównie nad serialami (choćby moje ukochane Community, gdzie razem lub osobno nakręcili kilkadziesiąt odcinków) dlatego tym większe było moje zdziwienie, że zostali oddelegowani przez decydentów Marvela do tak istotnego zadania. I wywiązali się z niego lepiej niż ktokolwiek by przypuszczał przebijając się do pierwszej ligi kina rozrywkowego. Dynamizm akcji, tworzenie odpowiedniego nastroju czy fenomenalne strzelanina czy bijatyki. Nie tylko umiejętnie operowali obrazem (pokłony za scenę od boku, jak z rasowego mordobicia podczas jednego z pierwszych starć Capa), ale też dźwiękiem. Klimatyczny atak na statek w ciszy to małe mistrzostwo świata. Już nie mogę się doczekać następnego seansu z możliwością przewiania by w pełni rozkoszować się wybranymi scenami.

Więc ideał? Jasne, że nie. To w końcu kino rozrywkowe obarczone pewnymi uproszczeniami i komiksowymi zagraniami, które będą niektórym przeszkadzać. Brakuje też trochę wyjaśnienia czemu wydawałoby się szeregowi przeciwnicy stanowią godnych przeciwników dla superżołnierza. Irytowały też niektóre strzelaniny z uwagi na niską celność broni maszynowej, krótkiej i długiej co niestety jest typowe dla filmów akcji, a mnie strasznie irytuje. Niestety nie zwróciłem też większej wagi na muzykę czyli musiała być nijaka, a przydałby się jakiś charakterystyczny motyw.

SPOILEROWY AKAPIT
Dla tych co już widzieli moja wrażenia odnoszące się od uniwersum. Przede wszystkim niepotrzebnie wprowadzono wątek Zoli, chociaż tłumaczenie planu w serwerowni miało zaskakujący rezultat i nie było zwykłym przechwaleniem się villiana. Wydaje mi się, że przypomniano o nim by płynnie wprowadzić go do serialu z agentką Carter, który został już zapowiedziany przez ABC. Ciesze się z tego jak Disney umiejętnie rozwija swoje Mavel Cinematic Universe i łączy różne media do opowiadania historii w jednym świecie. Wpływ wydarzeń z Winter Soldier będzie dalekosiężny, nie wpłynie jedynie na The Avengers 2, kontynuację, ale głównie serial Agents of S.H.I.E.L.D. Reperkusje wydarzeń dały zespołowi Culsone nowe życie i przywróciły wiarę w serial, szkoda tylko, że żadna postać nie zaliczyła krótkiego cameo. Widać, że jego trudny początek i linia fabularna były podporządkowane filmowi, który można nazwać odcinkiem specjalnym serialu. Zanosi się też, że powrót Buckyego nie ograniczy się tylko do roli Winter Soldiera i ewentualnego powrotu na ścieżkę dobra. Aktor ma podpisany kontrakt na jeszcze 6 filmów więc wszystko wskazuje na to, że to on przejmie tarczę Kapitana, a po tym co pokazał w tym filmie jestem w stanie uwierzyć, że udźwignąłby własny. Sam Captain America 3 jest ciekawym doświadczeniem bo w boxoffice będzie bezpośrednio konkurował z Batman/Superman od DC. Ciekawe czy DC ze strachu przed swoim największym konkurentem przesunie premierę filmu. Na koniec, scena po napisach, zgrabne przedstawienie bliźniaków, pokazanie supermocy w uniwersum i krótka zajawka na Age of Ultron. Już tylko rok do premiery, będzie na co czekać!
KONIEC SPOILEROWEGO AKAPITU

Korzystając z okazji nie odmówię sobie okazji wylania pełnego wiaderka pomyj, fekaliów i uryny na polskiego dystrybutora. Fajnie, że film był w kinach wcześniej niż w USA, ale nie usprawiedliwia to fatalnego tłumaczenia, które wygląda na efekt pośpiechu bo jeśli to norma to tłumacz jest prawdziwym partaczem i powinien zająć się czym innym. Masa literówek (już w pierwszym zdaniu!), problem z polskimi znakami, niektóre zwroty przetłumaczone jak przez translator, chaos przy złożonych zdaniach wywołany przez dziwny szyk wyrazów. Tragedia, zwłaszcza jak myślę, że ktoś wziął za to pieniądze. Skoro o warunkach seansu mowa to jeszcze o Trzy De - zbędny bajer, w ogóle niezauważalny podczas scen akcji, czasem rzucający się w oczy podczas statycznych dialogów, zbędny dodatek wyłudzający dodatkowe pieniążki i sztucznie przyciemniający obraz co tradycyjnie irytowało. 

Obowiązkowy akapit podsumowujący mówi wam byście poszli do kina. Jeśli już widzieliście Captain America: The Winter Soldier to zróbcie to ponownie po premierze na Bluray i rozkoszujcie się kawałkiem świetnego kina. Ja na pewno tak zrobię. Następnym razem ominie mnie powolne odkrywanie prawdy i ratowanie świata wraz z bohaterami, ale będę się bawił znakomicie.  

Kolejna wizyta w kinie to prawdopodobnie Godzilla. Tam na pewno będę piszczał.

OCENA 5/6

sobota, 3 maja 2014

3 filmowe grosze #12

SPOILERY 
 47 Ronin
- gdybym miał jakieś oczekiwania względem tego filmu pewnie bym się rozczarował. Tak obejrzałem kolejną średnią produkcję, o której za parę miesięcy nie będę pamiętał bo nie ma zbytnio o czym. Zarys historii jest dobrze znany - 47 roninów mści się za śmierć swojego pana, a potem popełnia seppuku. Jednak dużym problemem okazało się wypełnienie tego mięskiem. Dodano sporo wątków pobocznych, gdzie żaden się w pełni nie rozwija, motywację postaci często pozostają zagadką i brakuje racjonalnego ciągu przyczynowo skutkowego.
-  całość została ubrana w baśń fantastyczno przygodową z motywem konfliktu dobra ze złem (nasi mają piękne kolorowe stroje, źli ubierają się na ciemno...), zakazanej miłości, odnajdywania swojego miejsca w świecie i stąpania ścieżką honoru. I wszystkie to po łebkach mimo, że historia raczej się wlecze i ma niewytłumaczone zakręty. Bo kompletnie nie rozumiem czemu ronini szukając uzbrojenia mogli się udać tylko do wioski mieczników, a jak została zniszczona to jedynym wyjściem było tajemnicze miejsce z legend powiązane z przeszłością głównego bohatera. Oczywiście, że nikt nie pomyślał o innych sposobach na zdobycie broni.
- ogromny problem mam też ze złymi w tej opowieści. Nie rozumiem ich motywacji oraz celów. Do tego wiedźma jest totalnie przerysowana, wygłasza monologi, stroi dziwne miny i próbuje sprawiać wrażenie kogoś złowieszczego. Tylko jej to nie wychodzi. Z tym większym zaskoczeniem odkryłem, że wciela się w nią Rinko Kikuchi, która całkiem nieźle poradziła sobie w Pacific Rim. 
-filmowi wybaczyłbym fatalne dialogi (na szczęście postacie rzadko kiedy się odzywają) i potworną nijakość gdyby chociaż walki były porządnie zrealizowane. Bo wiecie, film o samurajach czyli będą się pojedynkować na miecze. Szkoda tylko, że to co się dzieje zakrawa o kpinę. Starcia kompletnie bez polotu i finezji, do tego mało ich.
- podobała mi się strona wizualna. Może momentami raziła sztucznością i komputery miały tutaj dużo do powiedzenia, ale bogactwo scenografii i kostiumów było zauważalne. Ładnie nasycone kadry i muzyka podkreślająca wydarzenia. Chyba najlepszy element filmu. Szkoda, że niektóre efekty były na zasadzie "patrzcie co potrafimy zrobić, szkoda, że nie mamy pomysłu co dalej". 
- jeśli jednak ktoś nie wymaga od filmów wiele, chcę zobaczyć jak amerykanie widzą XVII wieczną Japonię może sprawdzić. Mojemu tacie się podobało :) 

OCENA 3/6

Escape Plan
-Escape Plan jest przykładem tego, że film nie musi być ambitny lub rozrywkowy by był satysfakcjonujący. Nie jest to wielkie dzieło, obiektywnie ma więcej wad niż zalet, ale czasem takie kino sensacyjne jest potrzebne. Nie obraża specjalnie inteligencji widza, próbuje być czymś lepszym niż jest, ale niestety nie potrafi, ale przy tym można wyłączyć myślenia i nawet dobrze się bawić. Nie koniecznie w zamierzonym przez twórców miejscu. Nie będę nikogo przekonywał, że warto ten film obejrzeć, ale jestem zdania, że takie twory są potrzebne. 
- sam pomysł już jest chwytliwy, trochę absurdalny, ale dobrze znajomy fanom seriali zaczynającym swoją przygodę z tym medium w połowie zeszłej dekady. Ucieczka z więzienia. Jednak tutaj zamiast Wenwortha Millera w którego ponadprzeciętną inteligencję można by uwierzyć jest Sylwester Stallone o podobnych zdolnościach. Ucieczka z pensjonatów o zaostrzonym rygorze to jego specjalność, a robi to dla pieniędzy. Niby twierdzi, że ma w tym jakiś wyższy cel, dręczą go jakieś wyrzuty sumienia, jego postać jest w pewien sposób pogłębiono, ale to nie istotne. Liczą się ucieczki. I tak mamy pierwszą na rozgrzewkę pełniącą rolę prologu i przesadnego wyjaśnienia o co w tym wszystkim chodzi i drugą właściwą. I to jest fajne. Akcja dzieje się za zamkniętymi murami, postacie  muszą polegać na ograniczonych zasobach i własnej inteligencji. Mamy kolejne błyskotliwe sceny, odkrywanie słabości pułapki w której się znajduje, ale też walka z samym sobą. Bo bohater musi upaść by powstać jeszcze lepszym. Jest też większa intryga która stanowi mało interesujące tło do całości, średnio obchodzi i nie zaskakuje bo nie ciekawi. Fajnie jednak, że jest. Jednak mam pewne zastrzeżenia do tych ucieczek. By one ciekawiły nie mogą być zbyt proste, ale też zbyt wymyślne, ale przy tym przemyślane i spójne. Tutaj niestety tego nie ma. Dużo rzeczy jest ukrytych przed widzem i sporo w całości przypadku. Szkoda, że ten najważniejszy element filmu zawodzi. Tak jak szkoda, że zamiast kameralnej i dusznej historii pod koniec przeistacza się w niezbyt finezyjne kino akcji ubiegłego wieku z tryskającą krwią i nudnym strzelaniem w którym wiadomo która postać może, a która nie zginąć. 
- do obejrzenia skłoniła mnie głównie jedna rzecz - team up przebrzmiałych gwiazd kina akcji, które usilnie próbują wmówić, że tak nie jest. Bo prócz Sylwka jest też Arnie, który gra równie tajemniczego co inteligentne więźnia szybko (za szybko) zaprzyjaźniającego się z naszym uciekinierem. Bohaterowie oczywiście pierw wymieniają argumenty w postaci nisko latających pięści by następnie zjednoczyć siły w wspólnej uciecze. Sam film jest świadom tego, że sporo ludzi obejrzy go dla tych dwóch aktorów. I umiejętnie z tego korzysta choćby tak kadrując czy korzystając z zwolnień by jak najlepiej przedstawić tych panów. 
- jest też Zły Człowiek Którego Trzeba Pokonać, który okazuje się być naczelnikiem więzienia. Nie bez przyczyny używam dużych liter. Jest to postać karykaturalna, jak przeciwnik Bonda lub antagonista z kreskówki, udająca, że jest inteligentniejsza niż w rzeczywistości i posiadająca swoje manie. Słuchanie muzyki klasycznej czy kolekcjonowanie motyli. To wiele mówi o przerysowaniu tej postaci. I zbytnio to nie przeszkadza bo pasuje do stylistyki całości. Jest zły do szpiku kości i wiadomo, że ma zginąć na końcu. I tak się dzieje. W niezwykle zabawny sposób. Jednak trochę żałuję, że postanowiono wprowadzać Złego Człowieka przez co więcej było walki z nim niż z więzieniem. 
- więc tak - mamy groteskowe postacie, słabe dialogi, twisty fabularne które nie zaskakują oraz naciągany scenariusz. Do tego jeszcze trochę chaotyczny montaż z irytującą wręcz ilością cięć. I mi to zbytnio nie przeszkadzało bo oglądając chciałem wiedzieć co dalej. I dlatego zaliczam ten film do udanych mimo jego niekwestionowanych wad. 

OCENA 3.5/6

Thor: Dark World
- w ramach przygotowania się do nadchodzącego nowego filmu z Capem i przygotowanie do finału S.H.I.E.L.D. nadrobiłem sequel Thora. I jestem rozczarowany. Daleko mu do metki złego filmu, ale to zaledwie produkcja do piwa i czipsów. Tak żeby się pozachwycać efektami i od czasu do czasu pouśmiechać. Bo dajmy na to fabułę. Jest ona naiwna. Ja wiem, że to film Marvela, ale szanujmy się. Zły elf z przeszłości chcę zniszczyć wszechświat, posłuży mu do tego tajemniczy artefakt, który zbiegiem okoliczności wpada w ręce dziewczyny Thora, a już zupełnie przypadkiem to właśnie wszystkie światy ułożą się w jednej linii co będzie sprzyjało przeprowadzeniu zagłady. Mimo, że Malekhita wciela się Christopher Eccleston to brakuje mu charyzmy i nie jest godzien zapamiętania. Aż dziwne, że nie zdradził swojego planu bohaterem przed śmiercią. Chyba dlatego, że był od tak oczywisty... Brakuje zaskoczeń i nagłych zwrotów akcji, fabuła idzie po sznurku i nie czuć napięcia. Sceny akcji są efektowne i można się przy nich dobrze bawić, ale to tylko to.
- największy problem mam z ziemskimi bohaterami. Przeraźliwie nudne. Naukowcy pełnią rolę comic relief, ale też dość nieudolnie. Zachowują się jakby mieli przeciętny iloraz inteligencji, a potem ratują świat dzięki na naprędce skleconej technologii. Po co SHIELD i Avengers skoro na tym świecie mamy tyle błyskotliwych umysłów! I dlatego agencja jest zaledwie wspomniana przez co średnio czuć, że film należy do drugiej fazy. Z pozostałych postaci średnio spisuje się też Jane Foster. Ukochana Thora, która lata do niego wzdycha. Bo wiecie kobiety tak mają. Chwila zauroczenia i miłość na zabój. Naukowiec czy nie, nie myśli racjonalnie tylko wzdycha do swojego księcia i czeka na jego powrót. Po czym poznaje jego rodziców i mamy kolejne pseudo komediowo niezręczne sceny. Trochę lepiej z postaciami z Asgardu, delikatnie rozwinięto przyjaciół i rodzinę Thora, ale bez szaleństw, wiadomo, że nie opłaca się skupiać na postaciach skoro można pokazać więcej efektów specjalnych. Chyba o wiele lepiej film by wyglądał gdyby pominął jedną z płaszczyzn - Ziemię i skupił się na rozwijaniu mitologiczno - technologicznej strony uniwersum.
- mam też pewien problem z choreografią walk czy może raczej z szkoleniem wojowników Asgardu. Wojownicy, którzy mogą szkolić się tysiące lat walczą bez ładu i składu? W armii zero dyscypliny, pojedynki jeden na jeden to codzienność, każdy robi co chcę, a najlepszym rozwiązaniem jest brutal force. U Thora to jeszcze przełknę, ale u szeregowych wojowników? Szkoda bo w wyobraźni widziałem jak asgardczycy walczą jak rzymskie legiony czy średniowieczni wikingowie w pełni zdyscyplinowani i wiedzący co robią.
- trochę sączą jadu, ale przecież dobrze mi się to oglądało. Bo co jak co ale Asgard prezentuje się fenomenalnie. Techno - fantastyczna otoczka z skandynawsko - środkowo europejsą architekturą robi wrażenie. Szczególnie główny pałac przypominający gigantyczne organy. Cudownie to wygląda. Tak jak prowadzone bitwy. Szkoda, że zrobiono to jednak po łepkach. Gdyby cały film był w świecie Thora można by zrobić odpowiednio napięcie i dramatyzm. Nawet film wojenny z tego. Oblężona stolica, walka z czasem i wrogiem, wypady za miasto - to by było coś. A zamiast tego finałowe starcie na Ziemi. Przez co między podniesieniem tarczy energetycznej, a jej opuszczeniem mija może minuta. A szkoda bo napaliłem się na oblężenie. Tylko do tego armia i uzbrojenie Asgardu musiałoby być lepiej zaprojektowane... Sam Londyński finał jest fajny z jednego powodu - Jane szalejąca z portal gunem przez co Thor chaotycznie skacze po innych światach. I to się nawet sprawdza.
- trochę narzekałem na powrót Lokiego. Bo Loki tu, Loki tam, Loki w lodówce. Fajna postać, ale ile można. Smażona kiełbaska też jest smaczna, ale nie można jej jeść codziennie na obiad. Jakże się myliłem! Tom Hiddleston dalej kradnie każdą scenę, za nic nie można mu ufać, ale też ciekawie poprowadzono jego przemianę, a końcówka szeroko otwiera furtkę do następnej części. I rdzo chciałbym by czas na Ziemi został w niej zredukowany do minimum.
- ocena dla filmu? Czwóreczka w szkolnej skali lub 7/10. Bo niby narzekam, dużo mi nie pasuje, nie zgadzam się z niektórymi decyzjami to jednak fajnie się to przez większość czasu oglądało i było na co popatrzeć. Na więcej nie zasługuje bo to nic szczególnego i gorsze od jedynki, ale na mniej też nie. Chociaż całkiem możliwe, że po powtórnym seansie zmienię ocenę na niższą.

OCENA 4/6

sobota, 29 marca 2014

3 filmowe grosze #11

Trochę czasu minęło odkąd widziałem te filmu więc krótko.  

Pineaple Express
Film obejrzałem ponownie tylko tym razem z kumplami i znowu doskonale się bawiłem. Masa humoru sytuacyjnego jak i cięte dialogi, parodystyczne sceny akcji i pokręceni bohaterowie. Sam film to kumpelska komedia romantyczna o narodzinach przyjaźni. W tle jest dziewczyna i wątek miłosny (piękna Amber Heard) i doskonale tutaj pasuje bo uwypukla relację dwóch głównych palaczy trawki. James Franco jak zwykle jak kameleon gra wiecznie narajanego i zblazowanego dilera, a Seth Rogen gra jak Seth Rogen. Chemia między nimi jest ogromna, a postacie z tła dopełniają całości. Idealny film do piwa w dobrym towarzystwie. Aktorzy tak dobrze się bawili na planie filmu, że w This is The End dla fanów PE czeka mały prezent.

OCENA 4.5/6

Grown Ups 2
Nie lubię Adama Sandlera, gdyby to ode mnie zależało pewnie wciąż żyłbym w błogiej nieświadomości, że żyję na tej samej planecie co ten film. Jest to jedna z tych komedii która nie śmieszy, a wprawia w uczucie zażenowania. No chyba, że bawią kogoś sikające jelenia, skakanie na golasa z klifu i cały asortyment mniej lub bardziej wulgarnych żartów. Fabuły nie ma tu za grosza, kolejne sceny to kolejne scenki, które mają niby śmieszyć, do niczego to nie prowadzi, niby jest jakieś przesłanie, ale gubi się w morzu żenady. Aktorzy nie mają nic do pokazania, dialogi są bo są. Film chyba powstał na podobnej zasadzie co Pineaple Express - przyjaciele robią to co lubią tylko, że tylko oni się przy tym bawią. Chciałbym zapomnieć, że widziałem to coś, ale nie potrafię. Jedyny plus to Penelope Cruz, ale chyba lepszym wyjściem jest wrzucić jej nazwisko w google grafika.

OCENA 1.5/6

Rush 
Dla odmiany dramat, a nie komedia i przy okazji najlepszy film w tym zestawieniu. Celuloidowa kronika pojedynku dwóch legendarnych kierowców F1 - Jamesa Hutna i Niki Laudy. Piękny film. Nie tylko z powodu jak zostało to podane - cudownie nasycone kolory, zaglądanie pod maskę historycznych bolidów, wysmakowane zdjęcia i muzyka, która zwiększa emocję podczas pompujących adrenalinę wyścigów. Piękny bo pokazujący niezłomność ludzkiego charakteru, ludzi poświęcających swoje życie w imię swojej pasji, ale też pokazujący różnice priorytetów. Jedni czerpią przyjemność z wiecznej zabawy i wygrywania, a drudzy z stabilności i rodziny. Co ważne film nie jest biografią jednego czy drugiego kierowcy. To zapis ich pojedynku gdzie kibicuje się raz jednemu raz drugiemu mimo, że dobrze zna się koniec tej tytanicznej rywalizacji. Film nie zapomina też o ich wadach przez co ma się lepszy wgląd w ich charaktery. Popisowo spisali się aktorzy. Chris Hemsworth w swojej najlepszej formie został i tak przyćmiony przez Daniela Bruhla, którego pominięcie w Oscarowych nominacjach to mały skandal. Film jest dla każdego, nie tylko fana motoryzacji. To historia wielkich charakterów w specyficznej otoczce. Niczym Friday Night Lights. Sport nie jest najważniejszy, tylko ludzie się im zajmujący i emocję jakie wywołuje. 

OCENA 5.5/6

wtorek, 21 stycznia 2014

3 filmowe grosze #10


 Pacific Rim 
- wielkie roboty! Gigantyczne potwory! Werdykt? 10/10! Tak, jaram się jak dziecko i dobrze mi z tym. Wychowałem się w latach '90, a Power Rangers było obowiązkową lekturą na podwórku, zaraz obok Dragon Balla i Pokemonów. Podczas oglądania serialu odgrywaliśmy scenki (Zack i Mastodont rulez!), a drzewo u sąsiada robiło za Megazorda. Jak w takim wypadku mógłbym się nie cieszyć na myśl o wysokobudżetowych pojedynkach robotów z obślizgłymi potworami od samego Guillermo del Toro? Film z miejsca stał się najbardziej wyczekiwaną produkcją, a scena z trailera z robotem ciągnącym za sobą tankowiec i ostatecznie używającym go jako maczugi jest już dla mnie kultowa. Co najważniejsze film ani trochę nie zawiódł, a podczas oglądania czułem się jak 15 lat temu przed telewizorem.
- mimo, że sam koncept jest prosty - widowiskowa nawalanka, to fabuła nie zawodzi. Powiedziałbym, że jest rozbudowana ponad miarę. Szczegółowa wizja świata po monster apocalypse, dokładnie przedstawiona wojna, naukowe wyjaśnienie pochodzenie potworów oraz specyficzna terminologia. Również świat nie wygląda tak jak nasz, zmienił się na gorsze, a klimat podbijają truchła Kaiju rozsiane po planecie. Ogromnie się ciesze z tak rozbudowanej mitologii bo przez to świat jest jeszcze ciekawszy, bardziej fascynuje, jest miejsce na opowiedzenie dodatkowych historii w uniwersum typu początek wojny bądź losy poszczególnych pilotów i ich Jaegerów. Dzięki masie dostarczonych informacji można też spekulować nad wyglądem sequela nad którym trwają już pracę. Mimo, że film stosunkowo dużo nie zarobił to i tak trzymam kciuki za powstanie kontynuacji.  
- teraz zamiast o bohaterach i aktorach parę słów o robotach i monstrach. Bo to właśnie oni są głównymi bohaterami tego filmu. Jaegery to kolosalne i dwuosobowe mechy zaprojektowane i zwizualizowane z ogromną dbałością o szczegóły. Podczas poruszania czuć ich ciężar i widać bezwładność, a korzystanie z kolejnych rodzajów broni sprawia nieskrywaną radochę. Zwłaszcza z miecza! Tak mają też miecz! Szkoda tylko, że skupiono się na dwóch ekipach, a reszta robotów odgrywa marginalną rolę. Potwory swoim wykonaniem wcale im nie ustępują. Mimo, że pojawia się ich kilkanaście i na pierwszy rzut oka są zbliżone do siebie to szczegóły je wyróżniają. Są ogromne i obrzydliwe, a do tego niektóre mają macki. Słodkie potworki. Nerdgazm się zaczyna gdy para złożona z Kaiju i Jaegera pojawia się na ekranie i splatają się w śmiercionośnym uścisku. Coś pięknego. Dlatego tak bardzo szkoda, że nie ma wiele pojedynków w metropoliach, ale to co jest prezentuje się cudownie. 
-teoretycznie na drugi plan powinni zejść aktorzy i ich bohaterowie, ale wcale tak nie jest. Spory nacisk położono na relację interpersonalne. I niby to standard - charyzmatyczny dowódca, typowy konflikt i brak zaufania, ostateczne poświęcenie czy chłopiec zdobywa dziewczynę, to pokazano to w sposób bardzo strawny. Czasem z lekkim dystansem i wyważeniem. Niby popadano momentami w zbyteczny patos, ale tak współgrał z innymi elementami, że można było uwierzyć w słynne przemówienie o anulowaniu apokalipsy znane z trailera i wygłoszone przez Idrisa Elbe.
- ostatni element, który dopełnia niemal perfekcyjny wizerunek filmu jest muzyka skomponowana przez Ramina Djawadiego. I bardzo dobrze, że to nie Zimmer czy Hornet z kolejną masówką bo Djawadi stworzył główny motyw, który wpada w ucho i tam zostaje, a każde jego pojawienie  podczas filmu wzbudza uśmiech. Muzyka zagrzewa do boju, idealnie komponuje się z wydarzeniami na ekranie i podkreśla ich skalę. Jest epicka na swój unikalny sposób. Cały soundtrack przesłuchałem już kilkanaście razy i dalej nie mam go dosyć.

OCENA 5.5/6

Shutter Island 
- trzecie podejście do filmu okazało się skuteczne. Poprzednie dwa pamiętam jak przez mgłę, próbowałem go oglądać późno w nocy i nigdy nie udało się przetrwać pierwszej godziny. I teraz żałuję, że za film zabrałem się tak późno. Bo wszyscy mówili, że zakończenie jest zaskakujące i redefiniuje film. I tak też było. Tylko wiedząc, że będzie twist dało się go przewidzieć. Dobrze jednak, że nie wszystko.
- sam film to z początku ciężki kryminał, który przeradza się w thriller i dramat psychologiczny, próbujący zgłębić naturę człowieka i jego świadomości. Wątków jest dużo, a sceny w większości opierają się na fenomenalnych dialogach i aktorstwie. DiCaprio znowu udowadnia, że wielkim aktorem jest i idealnie portretuje i przedstawia ewolucję zaszczutego człowieka na tropie wielkiego spisku. Reszta mu wiele nie ustępuje.
- fabuła Wyspy strachu polega na dekonstrukcji przyczyn szaleństwa oraz jego definicji, a nie rozwiązywaniu zagadki kryminalnej, która swoją droga również jest ciekawa. Flashbacki odgrywają ogromną rolę, podkreślają jak przeszłość interferuje na teraźniejszość i jak nasze mózgi interpretują rzeczywistość.
- na klimat wpływa również niepokojąca muzyka podkreślająca stan zagrożenia, padający deszcz i sztorm, brudna stylistyka więzienia oraz zdjęcia i scenografię, którym poświęcono sporo miejsca. I to klimat mnie najbardziej trzymał przy filmie bo dzięki niemu wszystko idealnie ze sobą współgra i nie czuć znużenia podczas oglądania mimo natłoku rozmów i kolejnych pytań bez odpowiedzi.

OCENA 5/6

The Wolverine 
- Wolverine to najfajniejszy mutant z filmowego uniwersum. Jest luzacki, ma super moce, szpony, przesiaduje w barze i wie jak sobie radzić z kłopotami. Więc zrobienie filmu gdzie gra główną rolę nie powinno być trudne. A jednak, drugi raz nie wyszło. Bo film, który zabiera najfajniejszą moc Rosomakowi (regeneracja), robi z niego nieporadnego i zakochanego bohatera ratującego kobietę w opresji i walczącego z tabunami ninja zamiast innymi mutantami nie może być ciekawy. Niestety scenarzyści znowu nie odrobili pracy domowej, a wystarczyło poczytać kilka komiksów lub wejść na fora internetowe fanów.
- o klasie filmu wiele mówi fakt, że najlepszą sceną była ta po napisach czyli zapowiedź nowego filmu. Wtedy poczułem jakieś emocję i zaciekawienie, a uśmiech fanboya zakwitł na mojej twarzy. Brakowało mi tego przez cały film. Sceny które miały wywoływać efekt "wow" były niedorzeczne i zaledwie kilka razy akcja mnie zaciekawiła (pociąg). Większość była przekombinowana, postawiono na ilość, a nie jakość, a ostatni boss był karykaturalny i głupi.
- najgorsze jest to, że na początku całkiem mi się podobało. Wyprawa do Japonii intrygowała i myślałem, że będzie ciekawie i ambitnie. Jednak wraz z rozwojem fabularnym robiło się coraz głupiej i pojawiło się więcej pytań czemu tak, a nie inaczej. I myśli, że coś tutaj nie pasuje. Scenariusz jest strasznie dziurawy i mało logiczny. Pomyślano o początku i końcu filmu, a potem go czymś wypełniono wsadzając kilka nudnych i niezapadających w pamięci postaci. 
 - ostatecznie filmowi nie wystawię jakieś drastycznie niskiej oceny bo Hugh Jackman dalej jest świetnym Wolverinem, a jak ktoś wymaga od filmu rozrywki to właśnie to dostanie. Jednak fani mutantów czy troszkę ambitniejszego kina pewnie będą zawiedzeni bo film ma strasznie mało do zaoferowania i błyskawicznie ulatuje z pamięci.

OCENA 3/6

sobota, 18 stycznia 2014

Na Samotnej Górze mieszkał pewien smok [Hobbit: Pustkowie Smauga]


Z Hobbitem wiążę się sporo moich wspomnień. Jest to jedna z pierwszych książek, które wypożyczyłem z biblioteki przez co odcisnęła na mnie spore piętno. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że ma kontynuację pod tytułem Władca Pierścieni i jest zaledwie wstępem do prawdziwej opowieści. Pomimo tak istotnych braków w książkologii bawiła mnie niezmiernie i pozwoliła zafascynować się literaturą fantastyczną. Dlatego co jakiś czas do niej wracam. Umożliwia to wysłużony egzemplarz na półce, jedna z pierwszych książek w mojej kolekcji. Również przyszłość wiąże się z Hobbitem bo w planach jest zakup wydania od Amberu w tłumaczeniu Skibniewskiej, który będzie się godnie reprezentowało obok Silmarillionu i Dzieci Hurina. Nie znaczy to, że jestem fanatykiem, a mistrza Tolkiena uznaje za literackie bóstwo do którego porównuje każdy utwór, a jego słowa są święte, a ich swobodna interpretacja to bluźnierstwo. Daleko mi od tego więc nie zapalałem pochodni na wieść o trzyczęściowej ekranizacji niemalże trzystu stronicowej książeczki. Zaufałem Peterowi Jacksonowi, który dostarczył znakomitą trylogię jubilerską z pierścionkiem w tle. Przez co rok temu się zawiodłem. Niezwykła podróż okazała się nudną przygodą z mnóstwem nietrafionych pomysłów (śpiewające gobliny, jeż Sebastian, skalne giganty, wszechobecny efekt sztuczności). Obawy przed kontynuacją były spore, ale tym bardziej chciałem obejrzeć film. Tak bardzo, że poszedłem na niego do kina, a teraz muszę się podzielić wrażeniami z seansu. To nie będzie recenzja, jako fan nie jestem w stanie jej napisać. Za dużo rzeczy chcę opisać, skupić się na szczegółach filmu i skonfrontować je z odczuciami. Prawdopodobnie też sobie pogdybam o Back Again. Dlatego dalej będą spoilery. Ostrzegam szczególnie osoby, które czytały książkę, a nie widziały filmu. Trafiłem na opinię, że nie da się zaspoilerować 80 letniego utworu, ale to nie prawda. Film różni się na tyle od materiału źródłowego, że obcowanie z nim może być dla niektórych szokiem. Mimo, że moja ostatnia lektura Hobbita była aż pięć lat temu to i tak skonfrontuje oczekiwania z rzeczywistością. Mogę się w pewnych szczegółach mylić więc w tym wypadku proszę o waszą ingerencję.

Zacznie jednak od pewnych formalności. W kinie ostatni raz byłem dobrych parę lat temu na Indianie Jones i Królestwie Kryształowej Czaszki. Filmie, którego nie było jak twierdzi spora część fanów starego Indiego. Całkiem możliwe, że trauma spowodowana latającą lodówą wpłynęła na brak kolejnych odwiedzin na sali kinowej. Z tego powodu ominęła mnie cała ta wojenka 3D vs. 2D i nie mogłem dołączyć do żadnego z obozów by z czystym sumienie pohejtować konkurencyjny format. Dlatego też Pustkowie Smauga obejrzałem w wersji, która miała odmienić kina, a przynajmniej z jeszcze lepszym skutkiem napełnić portfele wielkich wytwórni. I podobało mi się. Tak bardzo, że przez pierwsze 30 minut głównie na tym się skupiałem. Wyskakujące bajery to tylko mało istotny dodatek. Największa zaleta to odczuwalna głębia obrazu. Czuć było przestrzeń w karczmie, las stawał się większy, a wystająca głowa smoka była fascynującym widokiem. Również takie smaczki jak postać stojąca bliżej mnie czy drzewo na pierwszym planie zasłaniające akcję umilało oglądanie i zwiększało immersję. Szkoda tylko, że obraz w tej technologi posiada jedną istotną wadę - jest ciemniejszy od swojego płaskiego odpowiednika przez co niektóre sceny wyglądały na nienaturalnie ciemne. Kłopot mogą też stanowić niewygodne okulary i zabrudzenia na soczewkach. Jednak jeśli będzie taka możliwość to na kolejny film również wybiorę się w 3D.

A jak się prezentuje Dezolacja Smauga? Jako film jest to pierwszorzędna rozrywka. Kameralna przygoda w Śródziemiu nie licząc ostatniego aktu filmu. Blockbuster średniego kalibru, nie przeładowany efektami, ale spełniający wszystkie wymogi letniego kina. Jednak jako adaptacja nie jest już tak dobrze. To raczej twórcza (i zarazem fanowska) interpretacja Hobbita przez epicki pryzmat Władcy Pierścieni. To już nie jest baśniowa opowieść kierowana do młodego czytelnika. To sprawnie zrealizowane kino dla całej rodziny, które potrafi porazić jak i zrazić swoim rozmachem. To też prosta historia cierpiące na syndrom środkowej części trylogii. Jako rozwinięcie trzyczęściowej opowieści sprawdza się świetnie bo rozbudowuje świat, odrobinę pogłębia bohaterów i pozwala im przeżyć kolejne przygody, a zarazem jest wstępem i przystawką przed głównym daniem. Jako samodzielny film się nie sprawdza. Brakuje tu początku i końca. To wycinek większej opowieści, którego nie można traktować jako samodzielnego tworu. Jednak paradoksalnie film jest lepiej skonstruowany niż poprzednia część. Poszczególne akcenty zostały lepiej rozłożone, nie posiada niepotrzebnych dłużyzn i czuć zwiększające się napięcie i zbliżający się kres wędrówki. Niecierpliwie myśli się też o upływającym czasie bo każda kolejna minuta oznacza koniec wędrówki i moment, w którym będzie trzeba opuścić fascynujący świat wykreowany przez mistrza Tolkiena. Świat, który jednak ma swoje wady. Nie na warstwie koncepcyjna tylko realizacyjnej. Design orków i niektórych lokacji jest pszeszarżowany, a CGI bije po oczach. Niektóre krajobrazy wydają się zbyt plastikowe, piękne oraz świecące i boję się jak zestarzeją się za kilka lat. Ciesze się jednak, że tam gdzie są makiety, scenografia i żywa materia, a nie bezduszny green screen wygląda to bardzo klimatycznie. Niestety trochę zawodzi muzyka bo ma się wrażenie, że słucha się tego samego. Jasne, najlepsze jest to co się zna, ale nowe aranżacja znanych od lat dźwięków i dodanie kilku nowych motywów to trochę za mało. Dlatego trochę żałuję, że za muzykę znowu odpowiada Howard Shore. Ogólnie film oglądało mi się wyśmienicie i większych wad podczas seansu nie dostrzegłem, dopiero później naszły mnie pewne niepokojące refleksję i zastrzeżenia związane z wiernością do materiału źródłowego dlatego od tego momentu większe spoilery dotyczące fabuły i odnoszące się do mojego odbioru książki.

Jeśli chodzi o omówienie poszczególnych scen to zaczną może od początku czyli retrospekcji. Kolejna wizyta w Bree i pierwsze spotkanie Gandalfa z Thorinem (poprzedzone zaskakującym cameo). Scena zupełnie niepotrzebna i nic nie wnosząca do fabuły. Przypomina tylko o co to całe zamieszanie. Jest góra, jest smok, są skarby, krasnoludy i pewien hobbit mieszkający w przytulnej norce, a nie zwykłej norze w ziemi. Tym bardziej jest niepotrzebna bo po jej zakończeniu jest bezpośrednia kontynuacja poprzedniego filmu czyli nasza wesoła gromadka w potrzasku. Muszę przyznać, że trochę wybiło mnie to z rytmu i czułem się odrobinę zagubiony. Musiała upłynąć chwila bym mógł ponownie poczuć magię Śródziemia. Potem odrobina akcji i trafiamy do Beorna. I średnio mi się podobało jego przedstawienie. Gandalf swoimi słowami buduje odpowiednie napięcie by potem spotkanie z gospodarzem okazało się rozczarowaniem. Jego postać można by usunąć z filmu i wiele by on nie stracił. Ot kompania trafiła by od razu na skraj Mrocznej Puszczy. Zamiast tego jest opowiedziana pretensjonalna historyjka jak to Beorn jest ostatnim przedstawicielem swojej rasy i nienawidzi orków. Przejmujące spojrzenie kamery na pozostałości po niewolniczych łańcuchach obowiązkowe. Niestety nie pokazano jego walki z orkami, nie pamiętam nawet żeby wspomniano jak to nocami wyrusza na nie polować. Gdy czytałem książkę jego postać budziła grozę, tutaj raczej była karykaturalne zarówno pod względem zachowania jak i wyglądu. Tym bardziej po swoim monologu gdzie podkreślił, że krasnali nie lubi, ale orków nienawidzi dlatego im pomoże. Litości. Tym bardziej boli mnie to, że nie podkreślono tego jak budzi grozę z uwagi na nieusunięcie wątku kucyków. Gandalf wspomina o odesłaniu koni, a kompania to robi. Ja ten nieznaczny wątek pamiętam bo to była wielka sprawa w książce. Jest to trochę konsekwencją braku odczuwania w filmie upływającego czasu. I to nie tyczy się tylko tego jednego momentu, ale też całości. Cała wyprawa tam i z powrotem trwała przecież okrągły rok, a podczas oglądania filmu ma się uczucie raptem kilku dni.

Opuszczę teraz krasnali (i hobbita) tak jak zrobił to Gandalf. W książce wrócił dopiero na sam koniec więc Jackson postanowił zajrzeć do Silmarillionu i dodatków Władcy by Ian McKellen mógł trochę dłużej uszczęśliwiać widzów. W jego scenach uderzyło mnie jedno - wyglądał dużo starzej niż w poprzedniej trylogii. Jednak dalej ma krzepę, biega sobie i walczy z orkami i rozwiązuje zagadkę Dol Guldur. Jest efektownie i na siłę wepchnięto łopatologiczne wytłumaczenie kto jest odpowiedzialny za zło Śródziemia. Dobrze, że świetnie zostało to nakręcono i czuć było napięcie podczas tych scen. Szkoda tylko, że Jackson nie zrezygnował z Radagasta. Zupełnie niepotrzebnie wprowadza odrobinę slapstickowego humoru. Dobrze, że obyło się bez królików rozgobel i jeża Sebastiana. 

W międzyczasie krasnale odbyły wędrówkę przez Mroczną Puszczę. I tutaj znowu mam problem z upływem czasu. Nie czuć go. Thorin mówi, że musi się śpieszyć, a nie widać by dni mijały. Kiepsko również zrealizowano zagubienie i dezorientację. Brakowało paniki, problemów z kończącymi się racjami żywności i nie czuć było klaustrofobii lokacji. Mirkwood jak inne miejscówki był pieczołowicie zaprojektowany. Nie czuć było rąk chaotycznej natury. Starcie z pająkami widowiskowe, a stwory obrzydliwe. To akurat normalka. Tylko trochę smutno się robi, że przecież duży pająk pojawia się w Władcy. Nie odmawiam Tolkienowi geniuszu, ale irytuje często korzystanie z tych samych pomysłów. Jak dobrze, że nie kończy się na WP, a jest jeszcze genialny Silmarillion.

Wędrówka przez Puszczę skończyła się zanim na dobre mogła się zacząć. Pojawiły się elfy i pojmały krasnale. I tutaj chciałem o tych elfach trochę napisać. Ja rozumiem decyzje jakie kierowały Jacksonem podczas realizacji jego twórczej wizji, ale popisać sobie trochę popiszę bo suma summarum nie mam pojęcia co myślę o trójce elfów. Nie jest to przegląd społeczeństwa, a kilku mocno zróżnicowanych jednostek od, których bije indywidualizmem. Thranduil to dobrze znany elf na łosiu z poprzedniej części. I co do niego mam najwięcej uwag. Nie do debiutującej Tauriel tylko do kreacji Lee Pace'a. Jego przesadzona mimika, dziwne zachowanie, dystans do świata mają podkreślić jego wyobcowanie. Czuć, że król leśnych elfów nie należy do tego świata, a tysiące lat życia odcisnęły na nim piętno. Nie pasuje do żadnego wzorca zachowania. Liczy się dla niego tylko własne królestwo to co po za nim jest mu obce i nic nie warte. Zdaje sobie sprawę ze śmiertelności otoczenia i stałości swojej domeny. Jego wizerunek jest strasznie odmienny od drewnianego Legolasa i Tauriel. Oni bawią się walką. Blondyn ponownie wykonuje swój popisowy numer z snowboardem tylko tym razem używa do tego orka. Tauriel jest równie zwinna i przyjemnie się ją ogląda w walce. Dlatego trochę średnio widzą mi się wątki romantyczne. Między rasowe i zakazana miłość wynikająca z pozycji na drabinie społecznej. Ciężko mi zdefiniować moje zastrzeżenia. Bo znowu ogląda się to dobrze i przyjemnie, ale coś tu nie gra. Może to moja podświadomość szuka problemów i z całej siły chcę niezgodność z pierwowzorem zaliczyć jako grzech śmiertelny filmu? 

Teraz dla odmiany napiszę o czymś co mi się bardzo podobało - rozdzielenie naszej wesołej gromadki i wczesne wprowadzanie Barda Łucznika. Jest to genialne posunięcie ze strony Jacksona. Bo gdyby akcja rozwijała się jak w literackim pierwowzorze to na Samotną Górę udałaby się cała 12 krasnali, a tak 1/3 zostaje w Mieście na Jeziorze. Już pal licho pseudo romantyczne spotkanie Kiliego z Tauriel, kalkę z Drużyny Pierścienia gdzie elfka ratowała Froda przy użyciu athelasu czy kilka starć z orkami. To podzielenie kompanii zaowocuje dopiero w finale niziołkowej trylogii zwiększając dramatyzm. Dezolacja Esgaroth nie będzie rzezią gromadki nonameów, ale podczas seansu będzie zależeć na bohaterach bo w tym tłumie będą znajome postacie. I obstawiam, że dojdzie do kilku dramatycznych wydarzeń i aktów pełnych heroizmu wraz z poświęceniem życia. Shiperzy elfio - krasnoludzkiego związku też powinni uronić łzę w przyszłym roku. Szkoda tylko, że kruk szepczący do ucha Bardowi nie będzie potrzebny, a do zabicia smoka posłuży coś więcej niż zwykły łuk. Szykuje się przesyt formy nad treścią, epickość nad kameralność, ale takie czasy... 

Co do samego Miasta - jest to fantastyczna Wenecja, której pokazano tylko wycinek i zilustrowano ją nowym motywem muzycznym przypominającym trochę szanty. Jednak wprowadzanie różnorodności kulturowej jest trochę przesadzone. Bilbo i strażnicy paradujący w orientalnych (tatarsko - mongolskich okiem laika) zbrojach to lekka przesada i wygląda to delikatnie mówiąc śmieszne. Czym się kierował Jackson i jego armia? Tym że Samotna Góra i Dale leżą na wschodzie więc klimaty orientalne będą jak najbardziej na miejscu? Czy smokiem, który przecież musi być związany z chińską mitologią (co w sumie jest odzwierciadlone w muzyce)? Dodatkowo zły władca został przedstawiony w odpychający sposób, a jego podwładny jest obślizgły i przebiegły. Straszna klisza i nawet Stephen Fry nie ratuje tego pomysłu. Nie muszę chyba wspominać o zbytnim przekolorowaniu i (ponownie) wrażeniu sztuczności. Fabularnie trochę też pozmieniano. Mocno powiązano krasnale z Bardem i dodano kilka wątków. Ciekawie wypada zwłaszcza ten Łucznika. Nie wiem co Jackson chciał tutaj zrobić, ale ja odbieram to jako aluzję do naszego smutnego świata i opór przeciw ciemiężącej obywateli władzy z szlachetnym rewolucjonistą na czele. 

Teraz słówko o smoku. Czy raczej SMOKU. Nie będzie przesadą jeśli napiszę, że Smaug kradnie ten film. Pojawia się w ostatnim akcie, ale to głównie o nim się będzie mówić po seansie. Przerośnięta jaszczurka wyglądała majestatycznie, wciąż słychać niski tembr głosu charakterystyczny dla Benedicta Cumberbatcha (mimo komputerowej obróbki) i intrygujące dialogi z Ujeżdżającym Beczki. Czuć było niesamowite napięcie między hobbitem, a smokiem gdzie siła tego drugiego była wprost namacalna. Swoje zrobił też wystrój skarbca, polowanie na Arcyklejot (którego design rozczarowuje) i jad sączący się ze słów smoka. Idealny kameralny finał opowieści pełen klimatu bez niepotrzebnej akcji i dający wyobrażenie o sile smoka, która ujawni się dopiero w przyszłym filmie. STOP! Nic z tego. Tzn. to co napisał to prawda, ale nie poprzestano na tym. Kameralne to słowo, o którym Hollywood już dawno zapomniało. Trzeba było dodać trochę zabawy w Benny Hilla ze smokiem i pokazać heroizm krasnali. Bo lepiej to wygląda jak nasi bohaterowie walczą ze złem, będą mogli mieć w przyszłości czyste sumienie. W końcu próbowali go powstrzymać. Przy okazji podczas tej finałowej walki osłabiono trochę grozę jaką siał Smaug. Zrobiono z niego nieporadnego gada, który nie może złapać kilku natrętnych szkodników. Zarówno on zachowywał się idiotycznie jak i plan krasnali był po prostu głupi. Jak to dobrze, że ostatnie parę sekund wynagrodziło tą durnotę ("I am fire! I am death!"). Szkoda, że nie dodano trochę dramatyzmu i nie zabito jednego z krasnali. Kolejne odchylenie od kanonu w tym wypadku zrobiłoby wiele dobrego. Pokazałoby to, że nikt nie jest bezpieczny w przyszłej części, a gra toczy się o ogromną stawkę. Przygotowałoby to też widzów nie znających książki na to kto zginie w przyszłej części. 

Reasumując moje narzekania - gdybym nie czytał książki nie miałbym większych zastrzeżeń. Całe to psioczenie i pisanie do samego siebie wynika z chęci skonfrontowania się z moimi odczuciami po lekturze i nie ma nic wspólnego z wadami filmu, który jest zupełnie innym medium niż książka. Obowiązują w nim inne reguły, a gatunek kina rozrywkowego ma przede wszystkim bawić co nadzwyczaj udanie The Hobbit: The Desolation of Smaug realizuje. Jest to film pod wieloma względami lepszy od części poprzedniej, ale też cierpiący na syndrom środkowej części trylogii. Ze swojej strony mam nadzieję, że tendencja zwyżkowa zostanie utrzymana i finałowa część będzie porównywalna jakościowo do Powrotu Króla lub Dwóch Wież. Tylko szkoda, że będzie to ostatnia wizyta w Śródziemiu chyba, że Peter Jackson wpadnie na szalony pomysł autorskiego dzieła w dobrze znanych realiach.

OCENA 5/6

czwartek, 21 listopada 2013

3 filmowe grosze #9

MOŻLIWE SPOILERY


After Earth
- ostrzegali mnie, że to fatalny film. Recenzje nie pozostawiły na nim suchej nitki, a ilość pozytywnych ocen na Rotten Tomatoes to zaledwie 11%. A i tak zobaczyłem czego żałuję. Wiedziałem, że będzie słabo. Tylko nie podejrzewałem, że aż tak.
- zacznę może od plusów bo jest ich niewiele. Podoba mi się design świata. Wszystko zbudowane z lekkich materiałów, widać pewną lekkość konstrukcji, a pojazdy inspirowaną są żywymi stworzeniami jak statek kosmiczny w kształcie ryby. Ładnie to wszystko wygląda. Gorzej z funkcjonalnością bo wszystko to jakieś sterylne i mało użyteczne.
- niestety, ale z tym designem wiąże się też wizja świata, która zupełnie mi nie pasuje. Science - fiction zostało potraktowane bardzo lekko. Spójności tutaj mało, a absurd goni absurd. Jakaś organizacja strażników ratująca świat przed zagładą. Serio? Najgorsze jest jednak to jaką bronią się posługują - konfigurowalnymi katanami. Po co pistolety skoro biała broń daje +10 do charyzmy. Fajnie to wygląda, ale za grosz tu logi. Główni przeciwnicy też zostali słabo zaprojektowani. Specjalnie wyhodowani obcy polujący na ludzi i tropiący ich za pomocą feromonów wydzielanych podczas strachu. Oczów nie mają bo i po co im. Tylko działa na nich ludzki strach. I z tym mam największy problem
- bo film próbuje nam wmówić, że tylko pozbywając się strachu staniemy się zwycięzcami. Strach nas ogranicza i nie pozwala osiągnąć maksimum. Tylko, że ja tego nie kupuje bo wg. mnie strach trzyma nas przy życiu. Pozwala racjonalnie myśleć, zdawać sobie sprawę z konsekwencji i martwić się o życie, które przecież jest najważniejszą rzeczą jaką posiada człowiek. Wyzbycie się strachu to jak wyzbycie się emocji. Czysty racjonalizm, który ma zapewnić przetrwania. I na tym opiera się ten film. Podróży Kitaia w przezwyciężaniu strachu, który go przecież ukształtował. Jego ojciec nie czuję lęku i przy tym zachowuje się jak robot. Nie licząc jednej sceny nie martwi się o syna. I nie wiem czy to wina scenariusza czy konsekwencja zapanowania nad lękiem.
- i tutaj płynie przechodzę do postaci, którym nie można sympatyzować. Ojciec zachowuje się jak robot, a synek dąży do tego. Przy czym we wszystkim jest najlepszy i zarozumiały. Topornie wyciosane postacie i fatalnie zagrane. Tak, Will Smith zagrał fatalnie i nie ratuje on filmu. Wiecznie zmęczone twarze, dziwna mimika i zero charyzmy.
- jednak najgorsze jest jak to wszystko zostało nakręcone. To w gruncie rzeczy prosta historia i to można wybaczyć, ale na pewno nie można przymknąć oka jak to zostało pokazane. Wszystko jest po chamsku tłumaczone, zero miejsca na domysłu i niedomówienia. I co chwila jest coś w stylu "teraz wypuszczam sondy", "to jest", "to nie działa bo". I co chwila to samo. Można by było pomyśleć, że chociaż operator się postara i będzie na co popatrzeć. Dziewicza planeta, opanowana przez zwierzęta i roślinność. Zapierające dech w piersiach krajobrazy i uczucie obcowania z czymś niezwykłym. Nic z tego. Po w filmie szerszy plan jest pokazany kilka razy. Większość ujęć to zbliżenia na twarze bohaterów i ich wymęczone oblicze.
- jak w Zdarzeniu tak i tutaj Shyamalan funduje wątek ekologiczny, który jest niezwykle naiwny. My niszczyliśmy Ziemię to teraz ona na nas będzie polowała. Zniszczyliśmy ją więc musimy za to odpokutować. Niesamowicie pretensjonalny jest też jeden z dialogów wyglądający mniej więcej tak: gdy jedna z postaci mówi, że kiedyś polowali na wieloryby to główny bohater odpowiada, że to my polowaliśmy. Mimowolnie otwarta dłoń ląduje na czole. Trochę subtelności nikomu by nie zaszkodziło
-nie chcę mi się pastwić nad filmem, a mógłbym tak jeszcze trochę. Ale o jednej rzeczy wspomnę, której po prostu nienawidzę. Gdy w finale zostaje wysłany sygnał SOS w komos ma on postać strumienia światła wystrzeliwującego w przestrzeń i rozchodzącej się niebieskiej energii. Zgrzytałem na to zębami w Battleship, które było fatalnym filmem zgrzytam i teraz. Niby detal, ale nie znoszę takiej łopatologii

OCENA 1.5/6

Man of Steel 
- DC odpowiada na Marvelowe filmy i robi to w dobrym stylu. Tylko dobrym, a i to kontrowersyjna opinia bo sporo ludzi mocno krytykuje najnowszego Supermana. Ja się cieszę, że ten film powstał. Może i poziomem bliżej mu do Captain America czy Hulków niż do Iron Mana, ale jest to dobre kino rozrywkowe, które potrafi porwać na niemal 2,5h bez uczucia zmęczenia. Czy jednak jest to godne otwarcie nowego filmowego uniwersum? Jakoś nie chcę mi się wierzyć, za dużo błędów DC i WarnerBros. widziałem
- klimatem Man of Steel przypomina bardziej nolanowskiego Batmana niż lekkie przygody od Marvel Studios. Humoru tutaj mało, a film często uderza w "mroczne" tony. Ludzie giną, zniszczenie ogarnia planetę, jest mocny konflikt wewnętrzny bohatera, problematyka ekologiczna (która coraz częściej jest poruszana w kinie) a i pokuszono się o wątki mesjanistyczne. Tylko, że film jest za bardzo w tym wszystkim nadęty i zbyt poważany. Brakuje puszczenia oka, chwili rozluźnienia, która równoważyłaby wszechobecny patos, którego stężenie jest często nie do zniesienia. 
- jednak jedno trzeba przyznać filmowi - prezentuje się fenomenalnie. Zack Snyder, tak jak David Fincher przykłada olbrzymią rolę do warstwy wizualnej swoich filmów. Jednak w przeciwieństwie do Finchera strona techniczna przeważnie gra u niego najważniejszą rolę. Tak jest i tutaj. Mocne filtry, prześwietlone zdjęcia, kadry na zasadzie kontrastu, przesycenie niektórych kolorów, kilka zabaw z kamerą, mocny biotechnologiczny design Kryptonu i pojazdów czy niesamowite sceny podczas, których Superman używa po raz pierwszy swoich mocy. Te elementy robią wrażenia. I może przez to film przypomina teledysk bo fabuła jest uboga, ale dwie ostatnie bitwy i destrukcja Metropolis to wizualny majstersztyk. Często mam problem z tego typu rzeczami bo na takich Transformersach przeraźliwie się nudzę, ale tutaj nic takiego nie miało miejsca mimo, że finałowa bitwa trwa niemal 40 minut. 
- jak już napisałem fabularnie jest słabo. Dużo jest też błędów logicznych i naciągnięć. Jednak w ostatecznym rozrachunku można na nie przymknąć oko. 3 tygodnie po obejrzeniu filmu w głowie zostają głównie plusy i wspomnienie płytkiej historii, którą próbowano urozmaicić częstymi flashbackami, ale ostatecznie jest ona zbyt grubymi nićmi szyta, zbyt melodramatyczna by chwytać. 
- Henry Cavill jako Superman spisał się bardzo dobrze. Zarówno podczas walki, w kostiumie jak i w dramatycznych scenach. Jestem ciekaw jak wypadnie w duecie z Batmanem, ale to pieśń odległej przyszłości. Reszta obsady też została dobrze dobrana. Costner i Crowe jako ojcowie Supka też dali radę mimo, że ciężko je uznać za postacie pozytywne. Dobrze wypadł tez Michael Shannon jako Zod oraz jego podwładni. Dobrze, ale znowu bez szału. Najgorzej z głównej obsady prezentuje się Amy Adams jako Lois Lane. Zupełnie nie pasuje mi do tej roli, brak jej zadziorności, zaradności i charakteru. Idealną dziewczyną Supermana pozostanie dla mnie Erica Durance ze Smallville.
- na minus zasługuje też brak sceny po napisach. Nie gdy Marvel przyzwyczaił do teasowanie nowych filmów i planów właśnie w ten sposób 

OCENA 4/6

This is the End 
-zachwyciłem się pierwszym zwiastunem This is the End i od razu zapisałem na listę "koniecznie obejrzeć". Trochę się bałem bo średnio przepadam za amerykańskimi komediami i stylem Apatowa, ale to, tak jak Pineapple Express, trafiło idealnie w moje gusta. Jasne trafiło się kilka niesmacznych żartów na które kręciłem głowę, ale i tak uśmiechałem się pod nosem.
- ten film miał w sobie pewną lekkość, zabierał widza w przygodę od pierwszych minut. Uczucie było potęgowane jeśli zna się nazwiska aktorów - choćby James Franco, Seth Rogen, Jay Baruchel i sporo zaskakujących cameo. Bo oni tutaj grają siebie i są kumplami. Czyli jak w prawdziwym życiu. Widać, że doskonale się bawili kręcąc film i to się udziela. Szalony buddy-apocalipse-movie. Umiejętnie wykorzystujący znane motywy i dodający coś od siebie.
- i mimo tej absurdalnej konwencji jest też na swój sposób całkiem "mądry". Bo to też opowieść o przyjaźni i dojrzewanie. Podane z ironią i trochę gorzko, ale cały czas zabawne.
- This is the End na pewno obejrzę jeszcze raz bo to kopalnia smaczków i doskonałych pomysłów. To film zrodzony z miłości do gatunku przez grupkę znajomych. To świetna rozrywka, którą trzeba sprawdzić

OCENA 5/6 

piątek, 18 października 2013

3 filmowe grosze #8

SPOILERY


Now You See Me
- jestem łatwy. Mówiłem to już nie jeden raz i powtórzę znowu. Nie trudno mnie kupić. Wystarczy jeden dobry pomysł, aktor, postać reżysera czy scenarzysty lub chociaż realia i jestem już na pokładzie. Tak było z pierwszym zwiastunem Now You See Mee. Pokazali trochę magii i się zakochałem. Bardzo chciałem by tego nie spieprzyli i na szczęście wyszło na moje. Przez cały film miałem radochę, banan mi nie schodził z ust i jeszcze zakończenie mnie totalnie zaszokowało. Takie filmy to ja lubię. O wiele lepsze od nowego Star Treka i Iron Mana, które ostatnio widziałem.
- błędy i rażące elementy oczywiście są, ale zaledwie kilka i po seansie się o nich nie pamięta. Może poza brzydkimi piraniami w CGI, ale to pewnie tylko ja tak mam
- trailer trailerem, ale jeszcze film mnie musiał do siebie przekonać. Kiedy do tego doszło? Na pierwszych scenach przedstawiających ekipę magików. Ich pierwsze występy i spotkanie. Nie minęło pewnie 10 minut, a ja już wiedziałem, że pokocham ten film. Może i bohaterowie nie wyróżniają się niczym szczególnym i mają ubogie backstory (poza zdolnościami magicznymi), ale aktorzy, którzy się w ich wcielili nadali im wyrazu. Jesse Eisenberg, Woody Harrelson, Isla Fisher czy nawet Dave Franco. Już od pierwszych scen się ich lubi, a potem ta miłość wzrasta i sięga zenitu podczas ich przedstawień. 
- dlatego trochę szkoda, że film w przerażającej części jest z perspektywy FBI i śledztwa w sprawie obrabowania banku. Bo to w gruncie rzeczy heist movie. Wielki plan i szersza perspektywa z mistycznymi, elementami. Gdzieś trafiłem na opinie, że film nie ma fabuły i scenariusza. I kompletnie się z tym nie zgadzam. Może i nie porusza on żadnych większych problemów i jest nastawiony na rozrywkę, ale nie znaczy to, że jest pusty i o niczym. Mnie zaskoczył swoją złożonością i kilkupiętrową intrygą, która zmuszała do negowania tego co się widzi i snucia teorii, które potem się rozsypywały jak domek z kart.
- zachwycają również bohaterowie drugoplanowi, którzy z biegiem czasu zyskują coraz większą rolę. Mark Ruffalo jako zmęczony życiem agent FBI daje radę, ale tutaj bryluje Morgan Freeman z Michaelem Caine. Niby stare pryki, ale kradną każdą scenę w której biorą udział. Niezwykle uroczo wypadła też Melanie Laurent czyli żydówka z Bękartów Wojny. Jej francuski akcent skradł me serce. Szkoda tylko, że jej wątek był trochę naiwny, ale i tak narobiła trochę zdezorientowania u mnie
- nie byłbym sobą gdybym nie napisał o realizacji. Wszystkie sztuczki pokazano fascynująco, a przedstawienie magików to wielkie show. Sceny akcji solidnie nakręcone, acz pościgów mogłoby być trochę mniej bo momentami ta cała bieganina męczyła. Zastosowano też kilka niezłych sztuczek reżyserskich, które umilają oglądanie. Była też idealnie ilustrująca akcje muzyka. Samodzielnie nic wartego większej uwagi, ale komponuje się z obrazem w taki sposób, że razem stanowią o sile przekazu
-ogromnie mnie cieszy, że zapowiedziano sequel. Nie będzie już taki świeży, zapewne gorsze niż oryginał, ale i tak czekam bo iluzjonistów nigdy za dużo. Boję się tylko w jaką stronę pójdzie film, ale pokładam wiarę, że będzie równie dobry co pierwsza część 

OCENA 5/6

The Lone Ranger 
- jestem jak Quentin Tarantino bo jak on uważam The Lone Ranger za jeden z lepszych filmów tego roku. Lepszy od Iron Mana 3 i nowego Star Treka. Idealne kino rozrywkowe. Świetnie nakręcone, dające mnóstwo zabawy, a przy tym poruszające jakieś głębsze tematy w taki sposób, że raz się człowiek śmieje, a raz nachodzi go refleksja. Przy tym wszystko to wyważone w taki sposób, że stanowi wybuchową mieszankę dla całej rodziny. No może jeśli dzieci będą miały te kilkanaście lat. 
- film w preprodukcji miał sporo kłopotów szczególnie z budżetem i ostatecznie kosztował ponad 200 mln dolarów. I to widać. Piękne krajobrazy, przepych na każdym kroku i widowiskowa akcja. Właśnie akcja - to ona stanowi o sile tego filmu. Czysta, niczym nie skrępowana rozrywka zaprzeczająca prawą logiki i fizyki. I tutaj to nie przeszkadza to jak w IM3 czy ST:ID gdzie świat powinien być spójny i trzymać się pewnych reguł. Tutaj bohaterowie co chwilę unikają śmierci w mniej lub bardziej widowiskowy sposób. Mnie konwencja przekonała od początku dlatego jak dziecko bawiłem się na finale gdzie był niemal 15 minutowy  pościg pociągów przy dźwiękach uwertury Wilhelm Tell Rossiniego. Perfekcyjna robota reżyserska gdzie postacie i humor wynikający z ich zachowanie łączą się z wybuchami i gnającymi ku zagładzie pociągami
- postacie to taki typowy zestaw przygodowy. Od zera do bohatera, dziwaczny mentor/sidekick/comic-relief o posturze Johnego Deppa ustylizowanego na Indianina, miłość życia (Alice Morgan!), główny zły i tajemniczy zły. Tylko, że zostali oni podani w taki sposób, że jest to ciekawe bo historia z przeszłości sprawia, że film uderza w smutną nutę. Pokazuje, że nie wszystko jest takie radosne i zabawne, że piękne czasy dzikiego zachodu o których krążą teraz legendy były brutalne, śmierć jest nieodłącznym towarzyszem przygody, a ludzie chcą się tylko bogacić i na każdego przyjdzie czas. Chwali się to, że mimo tej rozrywkowej otoczki jest to film z przesłaniem
- jest też koń. Koń i króliki. Dawno tak głośno się nie śmiałem z powodu tak prostych i absurdalnych wstawek komediowych

OCENA 5/6

World War Z
-  bałem się o jakość tego filmu. Słyszało się dużo o problemach z produkcją i reshotach, ale na szczęście specjalnie to nie zaszkodziło World War Z. Ogólnie jest to film dobry, ładniy wizualnie, dobrze zmontowany i pokazany, ale brakuje mu czegoś więcej poza zalewem efektów specjalnych. Letni blockbuster i nic więcej 
- film dzieli się na trzy główne części - pierwsza to kameralna opowieść o rodzince podczas wybuchu epidemii, druga to globalne wojaże w poszukiwaniu szczepionki, a trzecia to już heroiczny popis bohatera. I to jest kolejność od najlepszej do najgorszej części filmu. Niby z biegiem czasu stawka rosła, a wydarzenie były coraz bardziej istotniejsze to mi się najbardziej podobał początek. Gdzie rodzina jest najważniejsza, trzeba jej zapewnić bezpieczeństwo, jest pełen chaos, nie wiadomo co się dzieje i liczy się tylko by przetrwać. Pokazano degeneracje ludzi podczas zamieszek, jak się zmieniają i do czego są zdolni, uwydatniają się pozytywne i negatywne cechy. Zombie są przerażający i czuć, że każda scena jest w jakimś stopniu istotna. Dalej jest bardziej efekciarsko i wszystko robi się bez celowe. Jasne, wizualnie wciąż daje radę, jest kilka mocnych scen i dobrze się to ogląda, ale ostatecznie kończy się na przyjemnym seansie 
- rażą mnie przede wszystkim dziury logiczne i niektóre głupie zagrania, które im dalej tym bardziej się mnożą. Za dużo elementów do których można się przyczepić i za często jest pytanie "ale czemu on to robi?" i "czy nie lepiej byłoby?". Do tego niektóre wątki znikają lub tracą na znaczeniu, za dużo przypadku i szczęścia. 
- najbardziej mnie jednak irytuje, że ten film nie wiedział czym ma być. Wielkim widowiskiem i czystą rozrywką czy poważną dekonstrukcją epidemii zombie. Trochę tu tego i tamtego przez co obydwie warstwy narracyjne cierpią i są zrobione po łepkach. Bo przecież mamy Brada Pitta, który sam odmienia losy epidemii i zaraz obok jak sobie radzą inni. Wolałbym chyba pooglądać o tych innych, bo tak film jest za mało wiarygodny mimo jego starań
- na szczęście element horrorowy nie zwodzi. Kilka prostych straszaków, ciemne korytarze, skradanie się, pompujące adrenalinę walki i wszystko ładnie nakręcone. Na pewno plusik. Tylko często kłóci się to z epickimi starciami na ulicach miast, które są ładne, ale po paru minutach nużą 
- aktorsko na tak - lubię Pitta więc nie mam się do czego przyczepić. Szkoda, że nie wykreowano innych charakterystycznych postaci i film niemal w całości opiera się na nim. 
- trochę ponarzekałem, ale i tak polecam bo to widowiskowe kino prezentujące zombie z ADHD, które cieszą oczy i miejscami pompują adrenalinę. Szkoda tylko, że trzeba wyłączyć myślenie

OCENA 4/6

piątek, 23 sierpnia 2013

3 filmowe grosze #7

MOŻLIWE SPOILERY

Iron Man 3
- nie zawiodłem się. Komiksowi ortodoksji narzekają przede wszystkim na Mandaryna, a ja jestem pod ogromnym wrażeniem tego twistu fabularnego. Tyle zwodzenia, budowanie napięcia, cała marketingowa machina i w końcu w filmie niesamowita atmosfera mu towarzysząca, która wydawała się też sztuczna i typowa terrorystyczna (symbolika, szokowanie, tajemnica) i wielkie ujawnienie prawdy i pokazanie głównego złego. To mnie zaskoczyli. Drugi zwrot akcji, już nie tak wielki to ten dotyczący Mayi, też lekka zdziwka, ale nie tak wielka jak tamta
- a jak sam film? Dużo lepiej od drugiej części. Lepiej fabuła poprowadzona, bardziej spójna i ciekawsza. Trafiały się jednak od czasu do czasu głupoty czy nie pasujące do narracji elementy (kto wpadł na pomysł tego dzieciaka?!), ale były dobrze zamaskowane pod płaszczykiem lekkiej opowieści przyprawionej wyśmienitym humorem. Robert Downey Jr. sprawił, że nie ma co zbytnio narzekać na film bo to pierwszorzędne kino przygodowej akcji
- trochę jednak zmarnowano potencjał dojrzałej opowieści. Początkowo zapowiadało się na coś bardziej poważnego, potem poruszano problem człowieczeństwa Starka i jego uzależnienie od kostiumów, ale za słabo to zaakcentowane. Poza tym jego stany lękowe zbytnio nie pasowały mi do postaci. Bardziej bym obstawiał, że po bitwie o Nowy Jork jego ego jeszcze bardziej wzrośnie, a zamiast tego poszli w inną stronę
- na plus - było więcej Starka niż Iron Man. Akcja w jego wykonania nie męczyła i pokazano jakim jest bohaterem bez zbroi. Owszem, powinien zadzwonić po przyjaciół lub do władz, dać namiary na złych, a nie sam atakować ich placówkę, ale wtedy nie pokazano by tylu niezłych scen.
- źli wypadli dobrze. Aldrich Killian i jego extremis dali radę. Szkoda tylko, że zamiast sznytu sci-fi bardziej dało się tutaj odczuć fantastyczną otoczkę, która bardziej by pasowała do Thora niż Iron Mana. Nie zmienia to faktu, że walki były efektowne i dobrze pomyślane. Ostatnia sekwencja robiła wrażenie mimo, że pomagierzy Killiana zostali zepchnięci na drugi plan.
- trzecia część Iron Mana odkupiła grzechy drugiego aktu co akurat ciężko się zdarza w filmowych seriach. Czy lepsza od jedynki? Nie wiem, nie pamiętam, do tego trzeba by było zrobić maraton by stwierdzić. Ja na pewno miałem frajdę z oglądania

OCENA 4.5/6

Man of Tai Chi
- całkiem dobry film z drażniącymi elementami, które na szczęście nie zdeterminowały mojego odbioru. Najlepsza była oprawa dźwiękowa połączona z choreografią walk. Niektóre sceny na prawdę robiły wrażenie - raz dźwięki wyciszony, a raz idealnie współgrające z oświetleniem. Brawa za pomysł. Walki efektowne, momentami się uśmiechałem z pokazywanych akcji, ale niektóre zbyt długie i nudnawe. Brakowało trochę wyczucia w proporcjach
- a jak fabuła? Jak z adaptacji jakieś konsolowej bijatyki. Biznesmen organizujący nielegalne walki z spodziewanym twistem. Nic rewelacyjnego, ale dobrze wypełniało to czas między kolejnymi starciami. Dużo też było innych, pobocznych wątków, które zgrabnie zostały poprowadzone i w finale ładnie się zazębiały
- a jak sam bohater? Również dobrze wypadł. Ćwiczący Tai Chi niepokorny adept podążający własną drogą przeciągany na ciemną stronę mocy (ach ta naiwna symbolika bieli i czerni!). Sfrustrowany nudnym i monotonnym życiem przekracza granicę by potem walczyć o odkupienia. Nieźle. Szkoda, że główny zły był strasznie przerysowany. Keanu Reeves był niezwykle sztuczny, takie drewienko nie pasujące do całości. Widać, że cała jego uwaga była skupiona na reżyserii, a granie sobie odpuścił. Mam nadzieje, że nie jest to zły prognostyk przed 47 Ronin 
- i w sumie nie ma co zbytnio pisać o filmie. Dobrze zrealizowany, lekko irytujący naiwnością i grą aktorską, ale wart obejrzenia. Tylko tyle i aż tyle. 

OCENA 4/6



Star Trek Into Darkness
-  uwielbiam pierwszego Star Treka od Abramsa. Zdaje sobie sprawy z jego błędów i niedociągnięć, ale to i tak jest świetnie skrojona przygoda pełna emocji, humoru i akcji. Dlatego tak bardzo oczekiwałem Into Darkness i tak bardzo się go obawiałem. Niestety rozczarowałem się. Dalej jest to pierwszorzędny film przygodowy dający wiele radości, ale te rażące błędy i kulawa konstrukcja świata są jeszcze bardziej widoczne i w końcu zaczynają irytować
- jednak pierw o pozytywach. Po pierwsze kosmos i statki kosmiczne! Wiele mi do szczęścia nie trzeba wystarczy dać majestatyczne niszczyciele i dynamiczne walki i jestem w pełni zadowolony. Jeszcze lepiej jak na mostku znajduje się załoga na której mi zależy. Tutaj tak jest - Spock, Kirk, Uhura, Checkov, Sulu, Scotty, Bones - jak można ich nie lubić to ja nie wiem. Jednak jest jeden minus - wiadomo że nie zginą i z każdego bagna się wygrzebią więc śmierć wisząca nad nimi to broń nabita ślepakami. Im większy kaliber to z tym większych niebezpieczeństw wyjdą obronną ręką. Jednak o tym się zapomina gdy ogląda się ich w akcji, jak przerzucają się ciętymi uwagami, zadziwiają siebie i żartują co chwilę. Starzy dobrzy przyjaciele. Dlatego taka szkoda, że tak rzadko zdarza im się w pełni współpracować 
- niewątpliwą zaletą jest Benedict Cumberbatch (udało się bez błędu napisać!). Aktor o niezwykle charyzmatycznym głosie i aparycji. Ciarki przechodzą jak rozmawia z Kirkiem i uważa się za lepszego mimo niezbyt korzystnej sytuacji a la Hannibal Lecter z Milczenia Owiec. Inteligentniejszy, silniejszy, sprytniejszy i z planem, który konsekwentnie realizuje. Do tego nie od początku wiadomo kim jest i jego sylwetka się zmienia. Nawet zacząłem z nim sympatyzować bo jego walka była o słuszną sprawę. Szkoda tylko, że tak słabo umotywowano czemu Old Spock był taki przerażony i ostatecznie nie czuło się, że to na prawdę zły facet i największy wróg załogi. 
- reżyseria i efekty jak zwykle na najwyższym poziomie. Pięknie niszczą się okręty i czuć dynamikę scen. Co rusz ktoś biega i strzela do siebie. Jest fajnie. Efektu dopełniają wszechobecne racę, które lubię. Dobrze, że Abrams wprawia się na Star Treku przed realizacją nowych Gwiezdnych Wojen. Szkoda tylko, że wnętrza rażą swoją sterylnością, bohaterowie są za ładni, a statki początkowo bez żadnych zabrudzeń. Nie podoba mi się też recykling pomysłów z pierwszej części - za dużo chamskich nawiązań, które nadawały by się do późniejszych części. Dwójka musi zaskakiwać, na nawiązania jest jeszcze za wcześnie 
- teraz o tym co mi się najbardziej nie podobała - olewanie zasad fizyki i mikrokosmos w którym dzieje się akcja. Serio, ja rozumiem konwencję sci-fi, fazery i teleporty, ale rozmowa w czasie rzeczywistym przez komunikator z osobą znajdującą się na innej planecie to gruba przesada. Tak jak promienie teleportujące. Na inną planetę?! Co to w ogóle ma być? Za łatwe rozwiązanie problemów. Jednak to nic wobec największej wady filmu - wszystko kręci się w okół bohaterów. Nie czuć, że są oni częścią większej całości, futurystyczna Ziemia została delikatnie zarysowana, wspomniano coś o wojnie, ale wszystko to wydaje się nie realne, jest tylko pretekstem do akcji filmu, a potem zostaje porzucone. Kirk jak zwykle w centrum wydarzeń, dowództwo ziemskiej floty to jakiś żart, a to że umierają ludzie to szczegół jeśli to nie przyjaciele bohaterów. W ostatnich scenach giną dziesiątki tysięcy ludzi może nawet setki, ale nikt się tym zbytnio nie przejmuje, anonimowa załoga ginie na Enterprise i to też nikogo nie obchodzi. Zginęła by jedna z głównych postaci zaraz byłby płacz i zgrzytanie zębów. Przez to świat jest sztuczny, sterylny jak wnętrza statków. Szkoda bo właśnie to kocham w opowieściach sci-fi czyli możliwość wykreowania nowego świata. Tutaj nie dość, że jest słabo pokazany to strasznie nie spójny. 
- niezwykle irytujące były też twisty fabularne. Nie że raziły głupotą czy zostały wzięte z sufitu. Wręcz przeciwnie - dobre 45 minut przed nim można się było domyśleć co się stanie i to w najbardziej kluczowych momentach. Było kilka zaskoczeń, ale niezbyt szokujących, a te co miały tak wyglądać rozczarowały przewidywalnością
- tak się dziwnie złożyło, że tak jak w Iron Man 3 i tutaj poruszono problem terroryzmu i dążenia do wojny. I niestety dużo gorzej co jest zasługą ww. wad. Szkoda bo potencjał był. Szczególnie świetna była scena zamachu - niezwykle emocjonujące umotywowanie zamachowca okraszone wzruszającą muzykę. Dlatego tym bardziej żałuje, że zmarnowano tak wielki potencjał
-Star Trek Into Darkness to film ze zmarnowanym potencjałem na wielkość. To tylko letnia i wakacyjna przygoda, która momentami irytuję. Jednak wszyscy fani popcornowych filmów powinni obejrzeć. Szkoda, że nie było sceny po napisach spoilerującej kolejny film, ale już można się domyśleć co się będzie działo - wojna. No nic byle tylko powstał. A jeszcze lepiej serial osadzony w zrebootowanej rzeczywistości gdzie można by opowiedzieć dojrzalsze historię i lepiej zarysować świat. 

OCENA 4/6