Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Black Sails. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Black Sails. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 marca 2014

Serialowe podsumowanie tygodnia #77 [03.17.2014 - 23.03.2014]

SPOILRY
Alias S01E06 Reckoning
- miałem chwilowo dość przeciętnych seriali emitowanych z tygodnia na tydzień i odpaliłem klasyka którego zacząłem w wakacje. I jestem bardzo z tego powodu zadowolony. Może to nie był świetny odcinek, ale bardzo solidny i pokazujący jakie szmiry teraz oglądamy i czemu hype na Arrow jest zupełnie niezasłużony. Przecież tutaj nawet nudniejsze postacie nie męczą i mają ciekawe wątki. Taki Tippin prowadzi śledztwo dziennikarskie i wpada w niezłe szambo. Dostaje mało czasu, posuwa swoją historię do przodu i jest nawet interesujący. Nawet Francine się dobrze ogląda, która robi za obyczajowe tło dla Sydney.
- strasznie mi się podobał kontrast jak przedstawiono Rumunię i Londyn. W tym drugim sterylne i wnętrza  białymi ścianami, a przeciwieństwo tego obskurny szpital psychiatryczny gdzie zdekonspirowano Sydney. Do tego fajna i dynamiczna akcja okraszona niezłą muzyką.
- matka Sydney zginęła przez ojca, który uciekał od FBI? Raczej nie. Też mi się wydaje, że Sydney jest zaślepiona. To może jej mamusia była agentką KGB? To byłby ładny twist.

OCENA 4.5/6

Alias S01E07 Colo-Blind
- John Hannah świetnie zagrał pacjenta szpitalu psychiatrycznego, a jego rozmowa z Sydney w chatce gdzieś w lasach Rumunii była mocna. Wyjawił jej, że to on zabił Dannyego, a ona mu i tak pomogła bo został do tego zaprojektowany, jak i ona był narzędziem SD-6. Strasznie mi się też podobał motyw z pocztówką, którą dostała na końcu odcinka.
- artefakty Rembaldiego już w następnym odcinku? Ogromnie jestem ciekaw co to takiego. I jak wpłyną na fabułę serialu.
- czy Jack mówi prawdę, że został oczyszczony z zarzutów szpiegowstwa czy może okłamuje córkę dla jej własnego dobra? Niby chciał jej pokazać dowód, ale równie dobrze mógł blefować. Tak jak Sloan oszukujący Marshalla i Tippin dalej prowadzący swoje śledztwo przed Sidney. Chyba nie można tu przyjmować za pewniki tego co mówią bohaterowie.

OCENA 4.5/6

Alias S01E08 Time Will Tell
- na początek jedna mała głupota, która mi nie pasowała - podczas akcji przechwycenia zegara Sydney ucieka przez uchylone okno w laboratorium. W takim razie po co była cała ta szopka z kopiowaniem karty skoro można by było wejść tam w ten sam sposób. Strasznie to raziło. Dobrze, że natłok innych wydarzeń sprawił, że się o tym szybko zapomniało.
- wielka intryga z Rambaldim jest coraz ciekawsza. Przewidywanie przyszłości, wydłużanie życia o kilka wieków, renesansowy GPS, grobowiec w Chile i spaczony zagon dawnych strażników tajemny. I to dopiero ósmy odciek pierwszego sezonu! Coś mi się wydaje, że pokocham ten serial. Ciekawe tylko w jaką stronę pójdzie ostrego sci-fi czy raczej fantastycznych niedowiedzeń. 
- nie wierzę, że Sidney jest wykryto, że Sidney jest kretem, tak jak, że jej ojciec pracował dla KGB. Za dużo tu niedowiedzeń i suspensu. Jednak końcówka zrobiła na mnie mocne wrażenia - walka z Espinosą przeplatana rozmowami o krecie (Tobin Bell odpowiednio creepy), postrzelenie Sidney w kamizelkę i potem jej wielki upadek. To zafundowali cliffhanger.

OCENA 5/6

Alias S01E09 Mea Culpa
- szaleństwo. Sydney umiera, zdradza się przed Dixonem, Sloan zleca jej zabicie, ale nie zleca, znowu zaczyna jej ufać, a potem znowu nie. Tyle w tym odcinków zwrotów fabularnych, że można by obdzielić nimi kilka odcinków. A co jak się niedługo okaże, że Sloan zaczął wątpić w Sojusz i skrycie popiera działania Bristowów? I jakie jeszcze tajemnice wiążą go z Jackem?
- u Tippina też ciekawie. Zabawne sceny z pluskwą, a potem tajemniczy telefon. Kto go informuje, czyżby to był Jack, który działa na dwa fronty?
- Nokia 3310 znowu się pojawiła, tym razem jako drukarka 3D fałszywych odcisków palców. Wielofunkcyjny i ponadczasowy sprzęt.
- jedyny minus odcinka to brak wątku Rambaldiego. No cóż i na to przyjdzie czas.

OCENA 4.5/6

Alias S01E10 Spirit
- jak nie podejrzenie o zdradę przez SD-6 to porwanie przez terrorystów. Sid ma ostatnio ogromnego pecha. Jednak dobrze, że ma takiego tatusia jak Jack. Pierw poświęcił jednego z agentów by chronić córeczkę, a teraz uratuje jej życie. Podobało mi się, że w tym odcinku poświęcono mu sporo miejsca. Tak jak pognębiono trochę Sloana i dodano mu człowieczeństwa.
- Tippin dalej prowadzi swoje śledztwo i odkrył istnienie SD-6. Nie wie jeszcze co to jest, ale to się dobrze dla niego nie skończy. Wciąż jestem zdania, że to Jack przesłał mu kasetę.

OCENA 4.5/6

Alias S01E11 The Confession
- ha, wiedziałem! Jednak to nie Jack był agentem KGB tylko jego żona. I przez to sytuacja rodzinna Sydney zrobiła się jeszcze ciekawsza. Podobało mi się jak było budowane napięcie i zbliżała się chwila wydania własnego ojca i wahania Syd.
- misje w tym odcinku ok. Szybko udało si,e uciec z Kuby gdzie powstała kolejna nić porozumienia na linii Syd-Jack, potem krótki wypad do klubu w Atenach i wizyta w silosie pełnym broni. I znowu mały zwrot akcji z Hassanem i dynamiczna scena gdzie Sydney walczy o życie. Nie ma chwili nudny podczas oglądania serialu.

OCENA 4/6

Alias S01E12 The Box (1)
- serial zmienił formułę na dwuodcinkową historię i jest to miła odmiana. Mamy zamknięcie SD-6, tajemniczy agent z przeszłości chcę mścić się na Sloanie i wspomina o jeszcze bardziej tajemniczym pracodawcy, a Sidney wraz z ojcem muszą uratować sytuację. I świetnie się to ogląda bo długa misja to niecodzienny widok w tym serialu. Klimatyczne przedzieranie się szybem wentylacyjnym i dywersja uwięzionych. Świetne.
- niewątpliwa zaleta to Quentin Tarantino przed kamerą. Świetnie mu idzie grania opętanego rządzą zemsty dawnego pracownika SD-6. Kto jak kto, ale on psycholi grać umie. Mam też wrażenie, że brał udział w pisaniu swoich dialogów bo czuć od nich tarantinowskim stylem, szczególnie jak opowiadał o najostrzejszym sosie.
- fajny myk też z tytułem odcinka. Sydney opowiada o pudełku z rzeczami o swojej matce, łowi pudełeczko na wędkę, Cole grozi zawartością pudełka Sloanowi, a i akcję odcinka można określić jako dziejącą się w pudełku. Nie zdziwiłbym się jakby kolejne znalazło się w skarbcu.
- dobra wątek Tippina robi się już nudny. Raz porzuca sprawę by znowu do niej wrócić. W kółko to samo. U Voughna nie lepiej. Spotkanie z psycholog wypadło dość średnio. Śmiesznie też wygląda to, że w biurze już chyba wszyscy wiedzą o Sydney.

OCENA 4.5/6

Alias S01E13 The Box (2)
- oczywiście, że chodziło o artefakt Rambaldiego, innej opcji nie było. Co to jest nie wiadomo. Jakieś renesansowe perfumy, a pewnie jakiś super roztwór robiący coś niesamowitego. Obecnie jednak bardziej intrygujący jest tajemniczy The Man na którego poluje też wywiad brytyjski.
- Tarantino w swojej role był wspaniały i oczekuje jego powrotu. Nie wiem czy podczas swoich scen improwizował czy pomagał pisać dialogi, ale znowu czuć było, to ten Tarantino. Żałuje, że cały odcinek nie opierał się tylko na jego rozmowach z kolejnymi bohaterami.
- Voughn podczas akcji i to w SD-6. Niecodzienny widok. Jednak jego team-up z Syd wypadł całkiem nieźle.
- odcinanie palca Sloanowi - fuj. Takich rzeczy dzisiaj nie ma w ogólnodostępnej telewizji, a kiedyś to była norma. Przecież w tym samym czasie leciało 24 na FOX.

OCENA 4/6

Arrow S02E16 Suicide Squad
- muszę przyznać, że twórcy Arrow są całkiem nieźli w tym co robią. Nie że ich dzieło jest wybitne, ale udaje im się wmówić, że oglądał całkiem dobry serial. Od czasu do czasu zdarza mi się uśmiechnąć na kilka komiksowych pomysłów, akcja jest przyjemna i widać, że obsada się dobrze bawi odgrywając swoje postacie, a scenarzyści pisząc historię i ogląda się znośne. Tylko, że to nie jest dobra produkcja bo za często zdarza mi się zgrzytać zębami i rozkładać ręce ze zdumienia. No bo czemu do cholery super urządzenia do sprawdzania tożsamości gości nie wyświetlają ich zdjęć tylko same nazwiska? Czemu Amanda nadzorując misję nic nie robi tylko czeka na informację od Layli zamiast sama być na bieżąco? Skoro Deatshot ma kamerę w oku to na bieżąco powinna lecieć transmisja na jednym z monitorów. Czemu nikt nie śledził obrazu z Predatora i czemu Wallera chciała poświęcić Deadshota? Nie można było ustawić koordynatów miejsca gdzie stoi i kazać mu uciekać? Czemu Oliver zachowuje się jak idiota i pali za sobą mosty w Bratwie? Czemu nie dopuszcza Sary i innych do jego krucjaty przeciw Sladowi? Czemu Diggle jest bardziej oburzony na wiadomość o śmiercionośnych chipach w głowie swojego składu niż na wiadomość, że ma z nimi współpracować? Czemu wątek Suicide Squad jest tak idiotyczny? I można tak jeszcze długo. Tylko, że mimo tych pytań i narzekań dobrze mi się oglądało przez co mam małe wyrzuty sumienia.
- końcówka była najbardziej interesująca. Amanda zna się z Oliverem? Nie pamiętam dokładnie, ale wydaje mi się, że w odcinku z uwięzieniem Layli się jednak nie spotkali. I jeszcze łączy ich walka z Sladem. Dobra to jest fajne i nie mogę się doczekać ich kolejnej współpracy.

OCENA 4/6

Banshee S02E10 Bullets and Tears 
- drugi sezon Banshee miał swoje wzloty i upadki, cierpiał przede wszystkim z powodu rozmycia wątku głównego i nagromadzeniu mało ciekawych wątków i całkiem zgrabnie pomyślanych postaci. Dlatego tym bardziej się ciesze, że finał okazał się być najlepszym odcinkiem sezonu. Mnóstwo ostrej akcji z efektowną wymianą ognia i brutalnymi walkami, trochę seksu oraz ten charakterystyczny montaż z gubieniem kilkudziesięciu klatek i hipnotyzującą muzyką. Tego było mi potrzeba przed długą przerwą. Szkoda, że na przykładzie tego odcinka tym bardziej widać jak pozostałe odstają.
- najważniejsze, że niemal w całości został poświęcony Lucasowi i Carrie. Akcja szła równolegle dwoma liniami czasowymi - feralny skok na diamenty oraz teraźniejsze zlikwidowanie Rabbita. I wyszło to miodnie. Pięknie do siebie pasowało zestawienie tych dwóch historii. Zakończenie jednej jest początkiem drugiej, która również dobiegła końca. Czas na nowe rozdanie. Bez Rabbita i konsekwencji dawnego życia. Przynajmniej na jakiś czas. Bo nie wierze, że bohaterowie będą się długo trzymać od NY. Oby! Bo Fat Au jest intrygującą postacią i dzięki niemu będzie można poznać lepiej przeszłość Lucasa. I te jego warkoczyki na brodzie są śmiechowe.
- ogromnie się ciesze, że odstrzelano dwie osoby ze starej obsady. Pa pa dla Emmeta i Longshadowa. Ten pierwszy miał tylko istotny wątek zemsty, teraz już nie był potrzebny, a jego zgon może wyzwolić reakcję łańcuchową. Alex zginął w widowiskowy sposób z rąk Rebeckhi. Okres niewinności definitywnie się skończył, a teraz jej dziwne relację z wujem będą mogły rozkwitnąć. Szykuje się też jego zemsta na Lucasie. Nie ma mowy o spokoju w Banshee.
- ciekaw jestem jak w przyszłej serii zostanie poprowadzony wątek Lucasa. Jego związek z Siobhan będzie czymś nowym, a i relację z Devą powinny go odmienić. Może w końcu zrobi się interesującą postacią nie tylko z powodu swojej przeszłości.

OCENA 5/6

Black Sails S01E07 VII.
- powrót na wyspę i zrobiło się słabo. To zasługa Flinta i Silvera. Jak ja nienawidzę ich historii! Działają mi już na nerwy. Tak jak pani Barlow, która prowadzi na własną rękę intrygi, a Flint nie potrafi nic z tym zrobić. Jego plany dotyczące przejęcie władzy na wyspie też mnie średnio interesują. I wszystko wynika z tego, że biedaczek został skrzywdzony przez własny kraj. Same intrygi w załodze nie są intrygujące, nie są nawet zbytnio skomplikowane. Silver robi wszystko by przeżyć, wymiguje się z kolejnych kłopotów, a załoga szykuje się do buntu. Dla mnie się wszyscy wzajemnie się mogą wyrżnąć.
- ciekawiej jest o załogi Vane'a. Jego wątek był jednak słaby. Gdzieś płynie, z kimś walczy, zostaje pokonany, ale nie do końca i zdobywa załogę. Serio? Tak po prostu z straconej pozycji bez zbędnych wyjaśnień i bogatej historii odbudowuje swoją pozycję? Bardziej skrótowo i naiwnie się tego nie dało zrobić. Ciekawszy jest wątek Jacka prowadzącego burdel bo można się chociaż trochę pośmiać.
- Eleneor i Flint? Kolejny niedorzeczny pomysł, pokazujący, że serial ma poważne problemy z swoją tożsamością. Sprawdzę jeszcze finał i chyba na tym poprzestanę bo za mało jest bohaterów z ciekawą historią, a za dużo irytujących postaci, które nie potrafią zainteresować.

OCENA 3/6

Black Sails S01E08 VIII. 
- drugi finał tego tygodnia i nie wypada tak okazale jak produkcja Cinemax. Przyczyna jest jedna - Black Sails nie jest tak angażujące jak Banshee. Ba wcale nie jest angażujące. Nie obchodzą mnie te postacie (może poza kilkoma wyjątkami), nie chcę wiedzieć czy Flint utworzy swoje państwo, jak będzie wyglądać sytuacja Nassau ani czy uda się zdobyć Urkę de Limę. Jest mi to zupełnie obojętne, a to przekreśla w moich oczach cały serial. Wszystko prze z bohaterów. Mogą ze sobą walczyć, snuć intryg i ginąć, ale po co skoro nie są ciekawi i charyzmatyczni. Może niby mam się złościć na Flinta lub dziwić jaki on zły skoro zabił swojego przyjaciela? Albo przejąć śmiercią Gatesa? Może, ale nie potrafię bo te postacie za grosz nie miały mojej sympatii, nie potrafiły mnie zmusić do przejęcia się ich losami i kibicowania im. Były one zbyt proste, za słabo je zilustrowano, nie postawiono ich w ciekawych sytuacjach, nie mieli wiele do powiedzenia i wyglądali sztucznie wygłaszając swoje filozoficzne prawdy o życiu lub dawniej cytując Marka Aureliusza.
- a jak finał jako ostatni odcinek, wyróżnił się czymś? Niezbyt. Niby był bitwa, ale raptem posypało się parę drzazg, statek został zniszczony, a ocaleni wylądowali na wyspie. Ciekawe czy na końcu następnego sezonu będą chodzić z łukami, a po powrocie do Nassau próbować zaprowadzić w nim porządek. Czy zdobędą Urcę i jej złoto. Nie wiem, nie chcę wiedzieć. Niech zdobywają. Niech nawet zabiją Flinta. Najlepiej razem z Silverem. Niby próbowano w ogniu bitwy (hiperbolizuje, bo wielkiej bitwy nie było, raptem kilka wystrzałów, ale ładnie brzmi) zacieśnić ich stosunki, doprowadzić do zrozumienie, ale nie czuć tego bo obydwaj są ignorantami niewartymi funta kłaków. A z opresji się wymigają bo ten serial łatwo idzie na ustępstwa.
- w Nassau też się działo. Podłożone też mocne podwaliny pod wątki na przyszły sezon. Wątki, które już wiem, że by mnie nie interesowały gdybym go oglądał. Vaane wrócił ze swoją przypadkową armią piratów niczym Aragorn w Powrocie Króla. Nie miał nikogo teraz trzęsie wyspą co doprowadzi do jego tańca z Elenor, która pragnie jedynie samodzielności. A tak fajnie się zapowiadała ta postać. Drugi pirat, równie złowrogi co Flint tylko ciekawszy, a zrobili z niego szczura lądowego z złamanym sercem. Wzruszające, aż muszę sięgnąć po chusteczkę. Piękny by był z tego film romantyczny o miłości ponad podziałami. Bo on to przecież robi dla miłości, by Elenor zaczęła go szanować.
- i moje ulubione postacie - Jack i Anne. Fajne sceny w burdelu, odnajdowanie się w nowej rzeczywistości, ale gdyby nie to, ze ich nazwiska są w głównej obsadzie można by stwierdzić, że to gościnne występy. Ona się obraziła na swojego kochanka, a on cudem uniknął śmierci z rąk swojego dawnego kapitana. Bo teraz może okazać litość. Nie, że scenariusz tak karzę. Po prostu może. Zyskał respekt, fort i żołnierzy to może teraz spełniać swoje zachcianki i nie ukarać człowieka, który prawdopodobnie go zdradził, zabijając towarzyszy. I Jacka tyle. Szkoda, że to nie jest serial o nim, a pół piratach i handlarzach.
- co wyszło w odcinku fajnie to sztorm. Kołyszący się statek, zacinający deszcz, rzygający ludzie i załoga zajmująca się swoimi sprawami. Miłe też były przygotowania do walki, której nie było, wtedy dało się poczuć klimat pirackiej przygody. I mniej więcej tyle.
- niestety serial jest jak jego czołówka. Ładny, potrafi oczarować, ale po jednym obejrzeniu nie chcę się wracaj i z czasem przychodzi obojętność. Papa, Black Sails, fajnie było sobie pożeglować te parę odcinków. Szkoda, że to tyle czarnej bandery w światku seriali bo Crossbones nie wróżę sukcesu jako, że wychodzi na NBC.

OCENA 3.5/6

Brooklyn Nine-Nine S01E21Unsolvable
- kapitalne są sceny przed czołówką. W tym odcinku był to najlepszy moment odcinka. Przychodzi Holt z zwichniętą ręką, Peralta, za wszelką cenę chcę rozwiązać tą tajemnicę po czym Holt wyjawia mu, że na ćwiczeniach hula hop doszło do wypadku. Niedorzeczne i śmieszne. Zwłaszcza końcowy komentarz kapitana, że i tak nikt Jake'owi nie uwierzy.
- reszta odcinka miała lepsze i gorsze sceny. Na pewno Hitchock i Scullyjako super detektywi byli śmieszni, ale już tajemnicza łazienka taka sobie. Amy bawiła jak zwykle, ale ostatecznie jej wątek mógł być zabawniejszy. Nierozwiązana sprawa za to została rozwiązana. Tu też śmiesznie i nudnie, ale flashback sprzed 8 lat mógł wynagrodzić wszystkie niedociągnięcia.

OCENA 4.5/6

Community S05E07 Bondage and Beta Male Sexuality
- przeciętny odcinek Community, ale mimo wszystko mnóstwo okazji do śmiechu oraz sytuacji depresyjnych. Jak np. Britta, która nic w życiu nie osiągnęła, a przyjaciele okazali się zwykłymi frajerami, albo Chang, który dla innych był duchem. Szkoda trochę, że w odcinku było mało Annie i Shirley, plus za dużo Duncana. Chciałbym by się częściej pojawiał.
- sceny z Hickeyem i Abedem bardzo dziwne. Nie śmieszne, a raczej smutne, jak zgorzkniały były policjant wyrzuca Abedowie to, że jest rozpieszczony i inni obchodzą się z nim jak jakiem. I powoli rodzi się między innymi więź. Było też wspomnienie Troya. Brakuje go, ale serial nieźle radzi sobie bez niego.

OCENA 4/6


Hannibal S02E04 Takiawase 
- panie Fuller, nienawidzę pana! I przy okazji wielbię. Cliffhanger pierwsza klasa mimo, że wiadomo jak to się skończy. Swoją drogą dziwny trend w tym sezonie zabijanie postaci z głównej obsady w środkowych odcinkach sezonu. 
- jednak zaczynając od początku - kolejne sceny w umyśle Willa i kolejny połów rybek tylko tym razem z Abigail. Dobrze ją było znowu zobaczyć. Ładna też paralela o łowach i łowieniu odnosząca się do morderstw Abigail. Co takiego symbolizuje ta scena? Że Will zarzuca haczyk na Lectera w tym odcinku? To jak Hannibal również i on będzie prowadził długą i złożoną grę, ale jego narzędziami są Chilton i Beverly?
- powrót do formatu jeden odcinek = jedna sprawa i nie mam nic przeciwko tym bardziej, że znowu dostajemy coś pokręconego i obrzydliwego. Tym razem ludzie robiący za ule, przeprowadzanie lobotomii oraz wyjmowanie gałek ocznych w wykonaniu starszej terapeutki. Fuller do tego serwuje piękne odniesienie do Pushing Daisies. 
- może i niektórym osobą będzie przeszkadzać, że w odcinku nie było śledztwo tylko zagadka morderstwa sama się rozwiązała, ale była ona potrzebna by zafundować kolejną paralele w tym serialu. Pimms twierdzi, że daje swoim ofiarą wyzwolenie ucieczkę od bólu. Tego samego chcę Bella i postanawia popełnić samobójstwo. Kapitalne były jej rozmowy z Lecterem oraz ich finał. Ona przychodzi naszprycowana morfiną i oznajmia mu że zaraz umrze. Hannibal zbytnio się tym nie przejmują, zachowuje kamienną twarz po czym rzuca monetą. Jej los jest mu obojętny. Nie wie co bardziej wpłynie na Jacka i bardziej mu się przyda - jej śmierć czy próba samobójcza. Więc rzuca monetą. To był chyba jeden z najbardziej przerażających momentów odcinka. Lecter, którego śmierć nie ruszyła powierza przyszłość Belli przypadkowi. 
- Chilton i Beverly zachowują się trochę głupio. Will mówi im, że to Hannibal jest mordercą, nie wierzą mu, ale są gotowi pomagać. Przy tym oni zaczynają własną grę z Lecterem. Dla niej na pewno nie skończy się to dobrze. Dla Chiltona zapewne też. Może nie od razu, ale prędzej czy później i on trafi na stół w postaci jakieś pięknej potrawki.
- brawo Will w końcu wpadłeś na to co Hannibal robi z swoimi ofiarami i podzieliłeś się z tym z Beverly. Tylko biedaczku teraz będziesz miał jeszcze większe wyrzuty sumienia jak ona już więcej do ciebie nie wróci. 
- odcinek oczywiście został też pięknie nakręcony. Pierw lot pszczółek do ula, a potem scena wstrzykiwania amytalu sodu i chaotyczne sceny gdzie Will przypomina sobie co się tak na prawdę działo. Wykrzywiona postać Hannibala niczym z obrazów Picassa to jawne zaprzeczenie piękna, które jest jego kamuflażem w prawdziwym życiu.

OCENA 5.5/6

Person of Interest S03E17 /
- Root <3 Znowu będę chwalił Amy Acker, ale inaczej nie da się pisać o odcinku. Skradła show swoimi uśmieszkami, pewnością siebie oraz humorem. Do tego jeszcze dopisano jej wątek dramatyczny i wewnętrzną przemianę. Zaczęło jej w końcu zależeć na ludziach, a to dlatego, że coraz częściej z nimi przebywa. 
- fabularnie odcinek w najlepszym stylu Person of Interest. Nie wiadomo o co chodzi, czemu Vigilantes i Decima chcą woźnego, a potem okazuje się, że stawka jest nadzwyczaj wysoka. Samarytanin zostanie niedługo zbudowany, a Root mówi o ratowaniu świata. Strasznie mi się podoba jak bardzo ten serial się rozwinął z zwykłego procedurala. 
- Shaw również cudowna. Trochę szkoda, że nie pokazali jej całej walki, ale to też jedna z cech charakterystycznych serialu. Jej pojawienie się u Fincha na końcu odcinka zabawne. Tylko czy nie lepiej by było jakby próbowała zinfiltrować Czujnych?

OCENA 5/6

The Good Wife S05E14 A Few Words
- wspominkowy odcinek dodatkowo z akcją w teraźniejszości na konferencji w NY. Lubię to. Fajnie było znowu oglądać starą Alicję i kulisy jej powrotu do zawodu. Julianna Margulies spisało się koncertowo i pokazała jak jej postać zmieniła się na przestrzeni 5 sezonów. Ładnie też skwitowano relację Alicja/Will i jestem ciekaw w jaką stronę będą one ewoluowały - wyniszczająca wojna czy może zrozumienie i zakopanie topora.
- Carrie Preston jak zwykle wnosi sporo humoru do serialu. I ten uśmiech Willa gdy wpadł na pomysł by została jego adwokatem. Szatański plan się sprawdził, Dubek przegrał pierwszą rudne, ale udanie kontratakował. Szykuje się mocny finał tego wątku. Szkoda tylko, że na razie Alicja została z niego odsunięta.
- gdy nie ma rodziców w domu dzieci się bawią. Krótka scena w LG i ile śmiechu.

OCENA 4.5/6

The Walking Dead S04E14 The Grove
- bałem się tego odcinku bo miał w całości powiadać o Tyreesie, Carol i dziewczynkach, a nie są to moje ulubione postacie. Jednak zainteresowanie i nadzieje na dobrą telewizję podsyciły wywiady z Melisą McBride. Nie czytałem, nagłówki wiele nie zdradzały, ale można się było domyśleć, że ktoś zginie. Przecież po zwykłym epizodzie nie ma co przepytywać aktorów. Obstawiałem na nią po tym jak Ty dowie się prawdy co stało się z Karen. O jak się myliłem! Postanowiono uśmiercić dzieci. Dzieci! Nie zdarza się często w serialach, że one umierają na ekranie. Tutaj się tego nie badano i dzięki temu postanowiono po raz kolejny pokazać jak brutalny jest świat po apokalipsie, do czego są zdolni ludzie i że normalność już dawno zanikła. I zrobiono to w sposób bardzo dosadny i poruszający.
- Mika i Lizzie okazały się być ostatecznie całkiem ciekawymi postaciami. Już ostatnio było widać, że coś mrocznego siedzi w starszej z nich, ale ten odcinek jeszcze lepiej je sportretował. Młodsza to humanista wierząca w ludzi w ten banalny dziecięcy sposób, ale rozumiejąca konieczność zabijania szwendaczy, druga to przeciwieństwo. Była w stanie zabić człowieka, jak i zombiaka jeśli nastąpiła taka konieczność, ale wydaje się jej, że może się zaprzyjaźnić z szwendaczami. Jej dziecięcy mózg widzi w nich nie tylko zagrożenie, ale też towarzystwo. Czy też nawet jednostki lepsze od ludzi. I przez to postanawia wyzwolić siostrę z tego okrutnego świata. Dać jej nowe życie, gdzie będzie się można tylko szwendać bez celu, ale też bez cierpienia. I dlatego ją zabija. Mocny i zaskakujący widok po tym jak jeszcze niedawno zostały uratowane przed pewną śmiercią. Ciarki o plecach przeszły dodatkowo jak opowiadała, że chciała to zrobić z Juddith po czym się zreflektowała, że tak nie wolno jak Carol jej przypomniała, że przecież ona nie może chodzić. To było straszne.
- jednak prawdziwe uderzenie miało jeszcze przyjść. Najprostszym wyjściem byłaby śmierć Lizzi z rąk przemienionej siostry. Tylko, że to byłoby banalne. Carol postanawia wziąć sprawy w swoje ręce, proponuje Tyreesowi, że z nią odejdzie gdyż stanowi zagrożenie dla siebie jak i towarzyszy. Tylko, że to oznaczałoby pewną śmierć Ty'a i Carol. Więc trzeba zrobić to co konieczne. Carol, która straciła córkę, musi zabić przybraną. Strzela jej w tył głowy na łące z kwiatami. Szok, niedowierzanie. Dawno ten serial nie wzbudził u mnie tyle emocji. Scena została jeszcze spotęgowana, pytaniem Lizzi czy Carol się na nią gniewa i czy zrobiła coś złego oraz rozmową o kolorze dymu, analogiczną jaką Carol przeprowadziła z Miką. Na prawdę brawo dla scenarzysty  jak doprowadził do tych wydarzeń (wcześniej zabawa w dom i plany na przyszłość), nie czuć było taniego dramatyzmu, a autentyczne emocję.
- co zaskakujące to nie było wszystko. Na końcu Carol wyjawia prawdę kto zabił Karen, a Tyreese jej wybacza. Rozumie konieczność tej decyzji i wie, ile to kosztowało Carol, że zabrało jej cząstkę duszy, ale nie złamało.

OCENA 5.5/6

Vikings S02E04 Eye For an Eye
- spokojniejszy odcinek bez scen batalistycznych czy podróży morskiej (a mogła być!), ale ociekający klimatem i świetną muzyką. Uwielbiam ten serial nawet jak nie dzieje się wiele bo porywa mnie na te 40 minut w zupełnie inny świat.
- Ragnar nie odgrywam w tym odcinku dużej roli. Oczywiście to on musiał zostać zakładnikiem Ekberta. Kilka zabawnych scen, ale też wyznanie prawdy o tym co go napędza nie podboje i chęć sławy, ale ciekawość. Ogromnie mnie ciekawi czy będą ciągłe wojny w Weesex czy może jakiś chwiejny sojusz. Bo król ma ambitne plany, a wikingowie mogą mu się przydać w ich realizacji.
- o wiele większy nacisk w odcinku położono na Athelstana. Przechodzi kolejny kryzys wiary jak i tożsamości. Nie wie już do jakiego świata przynależy. Może i mówi Ragnarowi, że przysłuży mu się bardziej w Anglii też podczas odbijania wioski, ale wg. mnie on chcę zostać jeszcze trochę w Anglii, wśród swoich. Scena z krzyżowaniem wyszła fenomenalnie. Muzyka była cudowna, myślałem, że to już jego koniec, ale całkiem niespodziewanie nadeszło wybawienie i nadanie ciekawego kierunku postaci. Dziwnie tylko się to ogląda gdy krew raz tryska z ran, a raz jej brakuje. Cenzura zrobiła swoje i szkoda, że History nie wypuszcza tego samego dnia dwóch wersji odcinka, a na tą właściwą trzeba czekać do premiery na innych rynkach.
- również u Lagherty się działo. W końcu pokazano pokazała swoje prawdziwe oblicze. Miała dość męża więc go pobiła. Tą twardą kobietę chcę oglądać. Jej spotkanie z Ragnarem może i nie było pełne emocji, ale rezerwy, ale wciąż im na sobie zależy. Inaczej przecież by nie zbierała dla niego wojowników.

OCENA 4.5/6

niedziela, 16 marca 2014

Serialowe podsumowanie tygodnia #76 [03.10.2014 - 16.03.2014]

SPOILERY

Banshee S02E09 Homecoming
- co jak co, ale Banshee ma fenomenalnie nakręcone sekwencję akcji. W tym względzie serial nigdy nie zawodzi. Pierw Job uciekający z kościoła, a potem strzelanina w szpitalu z udziałem Carrie. Czuć było moc w tych scenach i adrenalina zaczęła buzować. Szkoda tylko, że pomiędzy nie działo się wiele istotnego. Jakbym miał wybierać największe rozczarowanie tego roku to ten sezon Banshee znalazłby się w gronie kandydatów. Za mało szalonych akcji, a za dużo tworzenia dramatyzmu u dalszoplanowych postaci.  Bo np. taka wizyta Sugara u Rabbita albo jego matki co miała oznaczać? Powoli boję się, że jak w przypadku True Blood główny wątek będzie się gubił w mało istotnych wydarzeniach, których nie chcę się oglądać. Wątek kasyna i Longshadowa dalej się ciągnie i nic z niego nie wynika, Rebeckha się słania i nic nie robi, a Gordon dalej chodzi obrażony na Hooda. Trochę narzekam, ale tylko dlatego, że miałem dużo oczekiwanie po pierwszym sezonie gdzie napięcie nieustannie rosło, a teraz mamy przed ostatni odcinek i nie czuć, że to już koniec.
- podoba mi się, że Hood próbuje stworzyć jakiś prawdziwy związek z Siobhan, nie jest jego kolejną przygodą, a coś się między nimi dzieje. Pewnie zaraz się skończy, ale plus za to.

OCENA 4/6

Black Sails S01E06 VI. 
- podobało mi się. Nie jest może to wielki serial, ale oglądam go z przyjemnością. Nawet Silver nie irytował jak zwykle, a sceny na statku mimo swojej przeciętności były dość klimatyczne. Rozmowy niewolników, próba dostania się do bunkra i niepewność u Billego. Ciekawe czy Flint go wywalił za burtę. Nie zdziwiłbym się. To, że żyje jest niemal pewne. Nie pokazali ciała = nic mu się nie stało. Tylko teraz trafi do niewoli.
- bardzo ciekawie na wyspie. Anne Bonny dostała w końcu jakiś własny wątek, zdjęła kapelusz i wyjawiono, że z Jackem są kochankami, a ich relacje są dość osobliwe. Podobało mi się jak poszła do Elenor prosić ją o pomoc, a potem własnoręcznie zabiła Hamunda. Szkoda tylko, że jej przesadzona mimika jest momentami nieznośna.
- gdzie się udał Vane i jaki jest jego plan? Czyżby to był serialowy Czarnobrody?
- Mirandy i jej wątku nie trawię. Średnio mnie obchodzi co takiego znaczy list i co się stało w przeszłości. Serial dużo lepiej by wyglądał gdyby jej nie było.

OCENA 4.5/6

Brooklyn Nine-Nine S01E19 Tactical Village
- doskonałe! Odcinek miał wszystko co trzeba - większość bohaterów w wspólnym wątku, świetny humor i rozwijanie relacji między postaciami. Wypad na obóz taktyczny wyszedł przednio, miła odmiana od komisariatu. Paintballowe akcje też fajne. Jednak najlepsze były relację Rosy z Boylem jak się nad nim znęcała. Kapitalna scena jak się zwiał na podłodze. Coś mi się jednak wydaje, że nici będą ze ślubu, a Charles z innego powodu jej nie zaprosił - mogłoby mu się odwidzieć.
- również relacje Amy/Jake były rozwijane. I o ile kiedyś tego się bałem, tak teraz twierdzę, że są bardzo przyjemne. Czuć chemie między nimi i zależy im na sobie. I jest śmiesznie. A Teddy niech się więcej nie pojawia bo wciąż mam traumę po Worst Week i ciężko mi się patrzy na Kyle'a Bornheimera.
- również Holt dostał kapitalny wątek - uzależnienie od głupiej gierki na telefon. Cudowne było jak Gina go prześladowała, a on wmawiał, że nie ma z tym problemu.

OCENA 5/6

Brooklyn Nine-Nine S01E20 Fancy Brugdom
- gdy jakiś serial odnosi się w jednym odcinku do Gry o Tron i Star Wars nie może być słaby. Rosa udająca Palpetina była cudowna, a Holt szokujący, że nie wie o co chodzi. Sam ich wątek przyjemny, lubię ją jak znęca się nad kolejnymi osobami, a jej przeprosiny były dość osobliwe, ale najlepsze było jak Holt uczyła ją wymawiać "i am sorry"
- Charles ma poważne kłopoty i rozstanie z Vivian jest coraz bliższe. Bo przecież ten związek nie ma przyszłości mimo jego starań, a może wręcz dzięki nim. Jake za to przeszedł tortury w tym odcinku (oliwkowy szampan?!).
- dieta Terrego to jakaś masakra. Najśmieszniejsze było jak dziewczyny z niej rezygnowały. Tylko te żarty z pierdzeniem żenujące i nie pasujące do humoru Brooklyn Nine-Nine.

OCENA 4.5/6

Hannibal S02E03 Hassun
- scena otwarcia fenomenalna jak Will smaży się na krześle elektroniczny gdzie sam sobie był katem. Jego sen podświadomie sugeruje mu, że to on jest największym zagrożeniem dla samego siebie i jego gierka może się tragicznie skończyć. Nie wiem jak Fuller to robi, ale z nawet taką ponurą scenę uczynił momentami piękną.
- uwielbiam te paralele między Hannibalem, a Willem. Wieczne porównywanie tych dwóch wielkich postaci. Pokazano to choćby w scenie ubierania się w garnitur jak Hannibal przykłada uwagę do każdego szczegółu, a Will robi to mechanicznie. Hannibal przywdziewa maskę, a Will jest sobą, nie gra nikogo. Zabawnym żartem było wskazanie Willa jako najmądrzejszej osoby na sali, a potem ten przebiegły uśmiech Hannibala. Było jeszcze kilka takich opisów Willa, które na myśl przywoływały Hannibala (np. to że ma się za boga).
- sam proces był tylko pretekstem dla rozwijania postaci. Szczególnie Hannibala, który dalej bawi się z Willem, który jest dla niego projektem, żywą materią na której przeprowadza doświadczenie. W odcinku daje mu złudną nadzieję, chcę sprawdzić jego reakcję, obiecuje kłamstwo, ale tak prowadzi przesłuchanie, że bańka pryska. Jednak mimo wszystko zabija sędziego. Nie z zawiści czy by pomóc Willowi, a raczej by rozpocząć ten cały cyrk od nowa. Jest to jego kolejny sposób by znęcać się nad Grahamem. Swoją drogą ta skrzywiona Temida była przepiękna chociaż mam delikatne wrażenie, że można było ją pokazać w lepszy sposób bo widok powinien działać na wyobraźnie niczym anioły z poprzedniej serii.
- Jack w końcu przyznał się do błędu i własnej ignorancji, to on odpowiada za złamanie Willa i chcę go bronić kosztem swojej reputacji. Tylko, że proces został unieważniony, a Lecter zasugerował mu, że nie warto poświęcać kariery dla ułudnej ulgi. Mistrz zła i manipulacji ponownie zarzuca swoje sieci. Bo czyż nie po to doprowadził do ponownej rozprawy by Jack zmienił swoje zeznania?
- Chopin zabrzmiał w Hannibalu w potwornie melancholijnych ujęciach. Czyż ten serial nie jest piękny?
- świetna była też jedna z ostatnich scen gdzie Will w swoim śnie wychodzi z celi po czym Leceter zaprasza go do niej z powrotem. Czyżby oznaczała ona, że Graham przejrzał, że wydarzenia z tego odcinka były przedstawieniem Lectera czy to ponownie jego podświadome lęki

OCENA 5/6

Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D. S01E15 Yes Men
- bardzo chciałbym pochwalić ten odcinek, ale nie mogę. Były już gorsze, ale serial ostatnio przyzwyczaił mnie do wyższego poziomu. Epizodyczny wątek nawiązujący do Asgardu wypadł słabo, Lorelei nie miała za grosz charyzmy, a Sif była wiecznie irytująca. Również sceny akcji źle wyreżyserowane, z Sif używającą bezmyślnie siły bo niby to ma być fajne, a końcowe pojedynki z masą cięć i zbliżeń przez co wpadły chaotycznie i nie satysfakcjonując. Same nawiązanie do MCU to za mało by móc zignorować większość wad. Również bohaterowie zachowywali się głupio, a wątek miłosny May/Ward/Skye jest idiotyczny. Jak to dobrze, że momentami Fitz i Simmons potrafili rozbawić.
- intrygujący za to jest główny wątek. Ukrywający się Fury działa na wyobraźnie. Tak jak ten obcy z THAITI. Chcę wiedzieć o co kaman i dlatego oglądam dalej, a momentami czuje satysfakcję z tego na co pacze. Culson trochę irytował jak przepraszał Skye, że uratował jej życie, dobrze że ona jest o wiele rozsądniejsza pod tym względem. Jest jeszcze May raportujący stan Culsona tajemniczemu zwierzchnictwu. Pod tym względem robi się ciekawie.
- serio? Technologa Asgardu rozwaliła się od kuli z pistoletu? Miałem większe mniemanie o ich umiejętnościach.

OCENA 3/6

The Good Wife S05E13 Parallel Construction, Bitches
- stęskniłem się za tym serialem. Może sprawa nie była jakaś wspaniała i stawka nie była wysoka, ale pojawienie się chłopaków z NSA niesamowicie mnie rozbawiło. Uwielbiam ten wątek i jak się emocjonują losami pani Florrick. O wiele bardziej niż ona serialem Grace. To też był fajny smaczek dla wszystkich serialomaniaków.
- ciekawie za to zapowiada się przyszłość. Śledztwo Dubeka przeciw Peterowi, Will w nieciekawej sytuacji i groźba więzienia dla Alicji. To by był szok gdyby w nim wylądowała, ale nie takie niespodziewane. Ładne by to dopełniło jej podobieństwo do męża.
- podobało mi się też jak Alicja mówiła do Dubeka, że nie łatwo jest jednoznacznie stwierdzić, że coś jest dobre, czasem jest szara strefa czego nauczyło ją doświadczenie. Czyżby i on miał przejść tą samą lekcję?
- Robyn z Lasterem była świetna, ale ja chcę więcej jej scen z Kalindą bo to jest jedna z najfajniejszych serialowych par.

OCENA 4.5/6

The Walking Dead S04E13 Alone
- lekkie rozczarowanie po poprzednim bardzo dobrym odcinku. Ten się dłużył, momentami był nudny i nie opowiadał o niczym szczególnym. Znowu też miał irytujący sposób przedstawienia sytuacji tylko garstki postaci. A na nieszczęście promo zapowiada, że kolejny będzie w całości poświęcony Tyreesowi i Carol.
- fajnie, że Daryl zaczął szkolić Beth. Gorzej, że długo to nie potrwało, a potem kolejne sceny wskazywały jakby twórcy chcieli wytworzyć między nimi jakieś napięcie erotyczne i zakazane uczucie. Nie podoba mi się to, wolałem ich relację typu brat-siostra z poprzedniego odcinka. Głupio też skończył się ten wątek. Nieostrożność Daryla (chwilowa kara do inteligencji od scenarzystów) doprowadziła do tragedii i porwania Beth. To było słabe. Dobrze, że końcówka interesująca jak grupa Joe dopada Daryla. To w końcu będzie jakiś ciekawy wątek bo to ludzie którzy wpadli na Ricka. Ciekawi mnie czy potem będą chcieli napaść na Terminus czy może Terminus należy do nich i to jedna wielka pułapka na naiwnych. Bo to na pewno nic dobrego.
- u grupki Bob, Sasha, Maggie nudno. Uwielbiam tą ostatnią, tu znowu pokazało, że to silna kobieta, ale pozostali od niej odstają. Bob i jego spoglądanie na Sashę jest słabe, a ich sceny nie mają wcale chemii. Te postacie są nieciekawe i nie mogą zbytnio przykuć mojej uwagi. Może i sposób rozumowanie Sashy jest logiczny bo boi się poznać prawdę, ale nie znaczy, że mam z nią sympatyzować.

OCENA 4/6

True Detective S01E08 Form and Void

OCENA 6/6

Vikings S02E03 Treachery 
- lubię Vikings za to, że nie sili się na złożoną historię. Jest to prosta opowieść, łatwo się można domyśleć kto jest dobry, a kto zły, skupia się na garstce głównych bohaterów, przez co tło jest ledwie zarysowane, brakuje też nagłych zwrotów akcji. Wszystko dzieje się dość spokojnie i normalnie. Dla jednych wada, dla drugich zaleta. Bardzo chciałbym żeby ten serial taki pozostał i nie zagubił gdzieś swojej tożsamości. Na szczęście nic na to nie wskazuje.
- co robią wikingowie podczas raidów? Grabią! I co z tego, że poprzednie dwa odcinki zafundowały bitwy skoro zgodnie z tą prostą logiką i w tym musiała ona być. Starcie jest krótkie, ale niezwykle efektowne pokazuje siłę ludzi północy i przemianę Athelstana, który walczy jak prawdziwy wojownik, czasem wygląda nawet na ogarniętego bitewnym szałem. Potem następuje grabież kościoła i podkreśla jacy ludzie są bohaterami serialu. Normalnie tego nie widać, ale jak dochodzi to zderzenie dwóch kultur uwidacznia się prawdziwa brutalność głównych bohaterów.
- cieszy mnie też, że zdrada Horika przyszła w tym odcinku. Żadnego przedłużania i knowań. Miała być więc jest. Starcie o Kattegat wyszło dramatycznie i efektownie. Ładne zdjęcia i muzyka co zawsze w tego typu scenach sobie cenię. Rollo oczywiście zachował się bohatersko, a teraz będzie ochraniał rodzinę Ragnra. U niego też jest prosta historia - upadek i odkupienia, ale często te proste są najlepsze.
- w końcu pokazano Lagherte i tutaj lekkie rozczarowanie bo jest nie podobna do siebie samej z przeszłości. Daje się bić mężowi? Serio? Nie pasuje to do jej charakteru. Może i robi to dla ochrony syna, ale nie spodziewałem się tego po niej. Mam nadzieje, że niedługo ponownie chwyci za miecz. U Bjorna zmiana aktora to logiczne wyjście. Było w Rome w przypadku Oktawiana jest i tutaj. Czy wyjdzie gorzej to się okażę, ale jestem dobrej myśli. Ciekawi mnie tylko jak jego historia zostanie przedstawiona i kiedy dojdzie do spotkania z ojcem.

OCENA 5/6

White Collar S04E13 Empire City
- długa przerwa dobrze mi zrobiła bo oglądało się ten odcinek całkiem przyjemnie. Kilka zabawnych scen z Nealem, trochę błyskotliwych dialogów z Mozzim i jak zwykle przeurocza Eliabeth. Jeśli tylko tyle się wymaga od tego serialu to nie ma zbytnio na co narzekać. Szkoda, że ja chcę więcej.
- nie pasowała mi zagadka odcinka, skakanie po dwóch zupełnie różnych środowiskach, sporo chaosu, zero zaskoczenie na końcu. Pod tym względem pojechali po najmniejszej linii oporu. Nie rozumiem też planu FBI. Czy on nie przekracza w paru momentach prawa? Włamywanie się do sejfu i podłożenie własnego medalionu łatwo byłoby przecież obalić w sądzie, a dowody zdobyto w nielegalny sposób. Dziwne, że Peter nie miał żadnych obiekcji co do tego planu.
- nie rozumiem tez zachowania El. Peter mówi jej, że Neal ją okłamuje, wyjawia że ma klucz i prowadzi własne śledztwo, a ona nic. Pewnie, że jak każdy z nich działa na własną rękę to mniejsza szansa, że komuś coś się stanie...
- wpadnięcie na miejsce dopasowania klucza też wydaje się głupie. Dopiero teraz Neal sobie przypomniał co łączyło go z Elen, a to powinna być pierwsza rzecz jaką analizuje. I jeszcze Empire State Building. To Mozz nie pomyślał żeby pierw sprawdzić wizytówki miasta?
- narzekam i narzekam, ale w końcu przyjemnie się to oglądało. Tylko trzeba zapomnieć, że kiedyś to był bardzo dobry serial.

OCENA 3.5/6

poniedziałek, 3 marca 2014

Serialowe podsumowanie tygodnia #74 [24.02.2014 - 02.03.2014]

SPOILERY
Arrow S02E14 Time of Death
- w sumie tylko jedna ważna rzecz wydarzyła się w tym odcinku - Slade spotkał Olivera w rzeczywistości. I to u Moiry! Fajnie, w końcu może zacznie się dziać coś ciekawego z jego pobytem. I Arrow z antagonistą może tylko zyskać, zwłaszcza że będą musieli prowadzić osobliwą grę. Czy Slade wesprze Moire w wyścigu po fotel burmistrza i co na to Blood?
- reszta odcinka była głupia, nudna i idiotyczna albo nijaka. Już włamanie kazało mi uczynić ikoniczny gest Picarda. Bo w jakim świecie można się zdalnie włamać do walizki przenoszącej super urządzenia? Takie coś nie powinno mieć miejsca nawet w tak naiwnym serialu. Robert Knepper jako złoczyńca już dawno mi się przejadł, nie pomógł też jego motyw. Chora siostra miała wywołać współczucie? Nic z tego. Kilka scen akcji to też za mało. 
- dramatów u Lanców ciąg dalszy. Oczywiście, że kolacja musiała pójść źle, ale zapraszanie na nią Olivera było głupie. Siostry się miały pojednać, a przecież on był powodem ich kłótni. Potem przemowa Olliego jakie to ma ciężkie życie i wytłumaczenie Lauriel że uważa się za centrum wszechświata. I podziałało zmieniła się. Co też uważam za głupie. Jeden wybuch, jeden wykład, a bohaterka diametralnie zmienia swoje podejście... 
- i na koniec Felicity. Niby powinna bawić, a mnie znowu irytowała. Wątpienie w własne zdolności, próba udowodnienia, że nie jest się gorszym od innych czy cicha rywalizacja z Sarą. Żadnego oryginalnego przedstawienia bohaterki tylko typowe narracyjne zabiegi, które nie wymagają grama inwencji... Dobrze, że chociaż Sara, ją normalnie traktuje, jak nową przyjaciółkę.
- podobała mi się za to scena z umierającym pilotem i Sin, którą zaopiekowała się Sarah. Trochę tu przypadku (spadająca z nieba tratwa - hahaha), ale podobało mi się. 
- uderzyła mnie też głupota treningu w arrowcave. Diggle i Ollie walczą z Sarą jak równy z równym, wygląda to całkiem efektownie po czym Digg ją trafia. I co się dzieje? Przeprasza ją! Przecież o to chodzi w walce, by zrobić komuś krzywdę! A w tym serialu mało brakowało, a Oliver by strzelił na niego focha za bicie swojej dziewczyny.

OCENA 3/6

Banshee S02E07 Ways to Bury a Man
- ładna rozpierducha na końcu. Zapewne Lucaowi udało się skutecznie uderzyć w Protctora, a to zapowiada otwartą wojnę. Szkoda tylko, że odcinek miał kilka słabszych scen. Śledztwo i uderzanie w biznesu Kaia trochę nudziło, a sceny u Hopewellów męczące. Rozumiem istotność tych scen, ale nie znaczy to że muszą mi się podobać. Ogólnie Carrie za bardzo nie ma co robić w tym sezonie i może w przyszłym odcinku wybierze się na robotę z Hiobem. To może być fajne.
- najlepszy był początek odcinka jak Rebeckha jest zmuszona do oglądania maszynki mielącej mięso i przypomina sobie spotkanie z Jasonem. Reszta zostawiona w domniemaniu. Potem dochodzi jej szał z zabawy z bronią i chłodne opanowanie podczas spotkania z Lucasem. Jakbym miał obstawiać to albo w końcu prześpi się ze swoim wujem albo go zabiję. 

OCENA 4.5/6

Bitten S01E03 Trespass
- jeszcze przed obejrzeniem tego odcinka wiedziałem, że na nim skończę przygodę z Bitten. Czemu więc do niego siadłem? W sumie sam nie wiem, chyba skłonności masochistyczne dały o sobie znać albo miałem nadzieje, że będzie tak złe, że aż dobre i będzie się można choć trochę pośmiać. Nic z tego. Jest drętwo, dialogi są fatalnie rozpisane, postacie jeszcze gorzej zagrane, zachowują się niezgodnie z logiką i nic nie potrafi zaciekawić. Kompletnie nic. Jeszcze jakby to była kablówka to by było chociaż trochę golizny, ale nic z tego. Fabuła nie angażuje, a śmierć jednego z bohaterów mało co mnie obchodzi. Najgorsza premiera sezonu i tyle. 
- rozśmieszyła mnie jedna rzecz - Estońska rodzina jest największym producentem wódki na Bałkanach. Chyba ktoś średnio ogarnia mapę Europy.

OCENA 2/6

Black Sails S01E04 IV. 
- pitu pitu o niczym. Nie przeszkadza mi, że piraci nie piracą, a zamiast wody jest ląd. Ważne by były intrygi, napięcie między postaciami i jakieś intrygujące sceny. Tutaj tego w dużym stopniu zabrakło. Było nudnawo i mało angażującą. Powoli godzę się z tym, że Black Sails to nie drugi Spartacus. Jednak oglądam dalej bo widzę potencjał zwłaszcza w drugoplanowych postaciach. U Silvera i Flinta nic ciekawego, już dawno ich spisałem na straty, a wątek pani Barlow jest taki sobie. I jakby jednego wątku miłosnego było za mało to jeszcze Vane i jego majaki w postaci Elenore. Serio? Nie chcę romantycznej wizji piratów wzdychających do ukochanych lub za nie cierpiących tylko chcę honorowych kamratów i skurwysynów wobec wroga.
- fajnie wypada też wątek Jacka, który w przeciwieństwie do Vane się nie poddaje i robi wszystko by odzyskać statek, dlatego szkoda że tak go mało. Dużo za to Billyego, który niesłusznie jest podejrzewany o zdradę i ma konflikt wewnętrzny. To jest akurat fajne. Trochę rozwoju dostała też Elenore, która nie bała się użyć siły i zdradzić partnera co odbije się jej czkawką. Szkoda, że mało Max i Anny Bonny. Postacie kobiece dostają zdecydowanie za mało czasu zwłaszcza ruda piratka o której wciąż mało wiadomo. Czekam aż ich losy się ze sobą bardziej splotą bo już kilkukrotnie to sugerowano. 
- do tego fajne widoczki w odcinku - statek na plaży wyglądał bardzo majestatycznie. Niech w końcu zrobią z niego jakiś użytek.

OCENA 3.5/6

Black Sails S01E05 V. 
- jest piracenie jest zabawa! Ogromnie się ciesze, że w końcu wypłynęli na morze. Nie tylko z powodu akcji i abordażu, ale z żeglarskiego klimatu i nadciągającej przygody. Nastawianie masztu, sceny przy sterze czy abordaż - dla tych scen oglądam ten serial. Do tego zabawne sceny z załogą i przedstawianie taktyki ataku czy snajper - fajne dopełnienie całości. Jasne, widać ograniczenia budżetowe, nie pokazano całej walki, ale to tylko drobny mankament. Ja się ciesze z tego co dostałem. Szkoda tylko, że nie było więcej samuraja czy tego czarnego z sztuczną szczęką. Czekam aż poświęca im więcej czasu. Najlepsze jest, że akcja dalej zostanie na statku i nadciągają kolejne kłopoty. Fajnie.
- Billy dalej jest jednym z ciekawszych bohaterów. Dąży do prawdy, zaczyna się stawiać Flintowi i nieźle radzi sobie podczas dowodzenia. Mam jednak przeczucie, że zginie bo jest coraz bardziej niewygodny.
- na lądzie też się działo. Ojciec Elenore zafundował jej prawdziwe kłopoty. Może i zamieszki przedstawiono w małej skali i nie czuć było specjalnie niebezpieczeństwa, ale spotkanie z kapitanami ciekawe. Tylko ten jej upór irytujący.
- Jacka coraz bardziej lubię. W pierwszym odcinku działał mi na nerwy, ale teraz ten cwaniaczek to jedna z moich ulubionych postaci. Nieźle przejął burdel. Chciałbym go jednak zobaczyć na morzu podczas walki. Tak jak Anne Bonny.

OCENA 4.5/6

Brooklyn Nine-Nine S01E18 The Apartment
- Gina i Jake znają się od małego? To mnie zaskoczyli, nie przypominam sobie by było o tym wcześniej. Jednak fajnie, że bohaterowie są jakoś bliżej powiązani ze sobą, tylko żeby z tego korzystali w przyszłości. Podobały mi się wspomnienia w mieszkaniu i przyjaźń między nimi. Nieporadny Peralta był śmieszny, a jego wanna to dość niecodzienny widok. Fajnie jak wątki z tego odcinka jeszcze powrócą np. Jack spłacający dług.
- było też dużo o przyjaźni Boylsa z Rosą. Świetna chemia między nimi jak robili psikusa Lohanowi. A potem sprzątali po nim. Nowy Boylsa jest ciekawy, ale podejrzewam, że niedługo się skończy.
- samoocena u Holta taka sobie, ale sceny z Amy chcącej zaimponować Holtowi były przednie. I zdanie sobie sprawy z własnej wady.

OCENA 4.5/6

Community S05E06 Analysis of Cork-Based Networking
- dłuższa przerwa przed obejrzeniem odcinka wynikała z braku napisów. I nie wiem czy przez wyposzczenie czy rzeczywiście bardzo wysoki poziom epizodu, ale świetnie się bawiłem. Wiedziałem to już od momentu gdy Annie pokazała "krótką listę" naprawy Greendale, a gang zaczął dyskutować o fantastycznym serialu HBO do złudzenia przypominającym Grę o Tron. Kocham ten serial za umiejętnie wykorzystywanie współczesnej popkultury, a Britta za wszelką cenę próbująca zaspoilerować Abedowi wydarzenia z książki była cudowna.
- niczego sobie wyszło też zgłębianie struktury szkoły. Greendale jest nienormalne, to wiadomo nie od dziś, ale zazwyczaj jest pokazywany tylko wierzchołek tej absurdalnej góry lodowej. Organizacje w organizacjach, tajemnicze kluby i ludzie trzymający władzę, nieznane departamenty i protokoły wojskowe. I ptaszki mieszkające w ścianie. Teraz nawet mniej mnie dziwi stajnia sprzed kilku odcinków, a podejrzewam, że szkoła ma jeszcze wiele do zaoferowania. Przy okazji znowu wyszło w Annie to co najgorsze - bezkompromisowe dążenie do celu i brudzenie sobie rąk. I robiła to jak zwykle w niezwykle uroczy sposób jak tylko Alison Brie potrafi.
- tym razem Jeffa, Shirley i Changa mało, ale przygotowywanie imprezy z niedźwiedzim motywem było dobre. Za wcześnie. I jeszcze zagrywanie kartą rasową - tylko Community umie to pokazać w tak zabawny sposób.
- cieszy mnóstwo występów gościnnych - Nathan Fillion, Paget Brewster, Robert Patrick i Brie Larson. Szkoda, że ta ostatnia pojawiła się tylko na chwilę, ale mam nadzieje, że jeszcze wróci bo kiedyś sprawowała idealną parę z Abedem. Teraz było jej za mało żeby stwierdzić czy chemia dalej obecna. Żałuję też, że tak mało Filliona. Nathan wróć! Nawet byś się nadawał na głównego antagonistę sezonu.
- Troy został porwany przez piratów! Pewnie nie jedna osoba to przegapi bo zostało podane w subtelny sposób. No jestem ciekaw jak wpłynie to na grupkę.

OCENA 5/6

Hannibal S02E01 Kaiseki
- nawet nie wiecie jak bardzo się ciesze z wcześniejszej premiery Hannibala. Bałem się kwietniowego powrotu, a tu niespodzianka i serial jest miesiąc wcześniej. Dobrze bo można się znowu delektować tą wysublimowaną opowieścią. Boję się tylko końca bo po finale zeszłej serii, strasznie ten serial nie pasuje do ogólnodostępnej telewizji. Nie chodzi tylko o brutalność, ale o sposób narracji, ciężko będzie przeciętnemu widzowi co tydzień zasiadać do telewizora zwłaszcza, że oglądanie wymaga uwagi. Jak nie NBC to może chodziarz Netflix? Nie ma jednak co martwić się na zapas, a radować tym co jest. 
- obawiałem się, że zapowiedzi za dużo zdradzają. Walka Jacka i Hannibala w pierwszym zwiastunie wzbudziła moje obawy. Bo jak to, wiedzieć tyle co wydarzy się za jakieś cztery odcinki, bo przecież więcej raczej nie mieli nakręcone. A tu w serialu zaskoczenie bo była to pierwsza scena, która okazała się flash forwardem zapowiadającym wydarzenie, które będą miały miejsce za 12 tygodnie czyli pod samem koniec sezonu. Dobrze. Wiadomo, że szykuje się wielka i brutalna konfrontacja, ale na razie nic na nią nie wskazuje. Żadnych wątpliwości u Jacka i tylko Will wierzy w winę Hannibala. To będzie długa gra w wykonaniu Willa. To też duże wyzwanie przed scenarzystami, by Will był ciekawy za kratkami. I na razie jest. Próbuje odkryć prawdę, odpływa myślami do spokojnego miejsca i łowi zagubione wspomnienia, przemierzając bezkres swojej imaginacji, która znęca się nad nim, ale też mu pomaga. Urzekła mnie scena z Alaną przeistaczającą się w demona, która daje Willowi ukojenie oraz gdy patrzy na więzienne jedzenie. Tak odmienne od tego co dostawał od Lectera. I to zderzenie przeciwności wywołało w nim wspomnienie. Więcej takich powrotów do pierwszego sezonu i wyjaśniania co się stało. 
- postać Hannibala i jego rozmowy z Bedalią dalej fascynują. Nie mam pojęcia jaką grę on prowadzi i jaki jest jego cel końcowy i mi to pasuje. Lubię wiedzieć za dużo oglądając serial i jednocześnie nic nie wiedzieć, samemu tworzyć teorię i rozgryzać bohatera z snutych niedopowiedzeń. Czemu Lecter wciąż nazywa Willa przyjacielem, czy manipuluję Bedalią i ile ona wie o jego prawdziwej naturze? Czy jego całe to zamieszanie bawi i specjalnie do niego doprowadził i nie przejmuje się tym, że Will może go zdemaskować?
- reżysersko to dalej najwyższa liga seriali. Już pisałem o pięknej scenie hipnozy Willa z demoniczną Alaną. Ale cały serial ocieka w tym chłodnym i stonowanym klimacie. I te wszechobecne zbliżenia na szczegóły. Może i są trochę pretensjonalne, ale nie można im odmówić uroku. Mi się szczególnie podobało pobieranie DNA od Hannibala z widokiem na jamę ustną i wacik oraz odbicie Jacka na nożu w pierwszej scenie.
- i jeszcze mój ulubiony cytat z odcinka "I never feel guilty eating anything". Oglądając wiadomo o co chodzi i przy okazji współczuje się gościom Hannibala. Strasznie mi się podoba jak twórcy bawią się z widzami tą dwuznacznością.
- gdzieś w odcinku był też nowy seryjny morderca. Trochę creepy, tworzy paletę kolorów z ludzi, a jego rękodzieło wygląda efektownie. Świetna też scena jak Beverly idzie do Willa po pomoc a ten od razu wie o co chodzi. 

OCENA 5/6

The Walking Dead S04E11 Claimed
- wynudziłem się. Rick jest jedną z najsłabszych i najmniej interesujących postaci w serialu, a do tego wiadomo, że nie zginie więc nie mogłem się przejąć jego losami, a sceny jak siedział pod łóżkiem i uciekał z domu były przeraźliwie nudne. Fajnie jakby potem okazało się, że to jednak nie byli żadni bandyci, a normalni ocaleni, ale raczej nie ma co liczyć na coś takiego. Fajnie za to wypadło, że nie pokazywano ich twarzy przez większość część odcinka.
- u Carla i Michonne też się dłużyło. Może i fajnie, że ona odsłania trochę ze swojej przeszłości, ale przypadkowe wpadnięcie do domu gdzie cała rodzinka popełniła samobójstwo/została zamordowana to już przesada. Kolejność powinna być raczej odwrotna - to wydarzenia prowokują zwierzenia. Głupio też wygląda brak zainteresowania czy ktoś inny też przeżył. Nawet nie wspominają by szukać innych. Słabo. I oczywiście też trafiają na wielki obóz dla uciekinierów. Bo jak byli w więzieniu nie mogli się natknąć na informację o nim, a przecież tak daleko nie mogli odejść skoro poruszali się cały czas na piechotę.
- najfajniejsze sceny z Glennem dlatego szkoda, że tak ich mało, to on powinien dostać większość odcinka, a nie rodzinka Grimesów. Ford i jego kompani to ewidentnie przerysowane postacie, ale tak wygląda większość w tym serialu. Najsłabiej wypada Eugene, ciężko go będzie znieść. Czy rzeczywiście wie coś więcej o epidemii, a ich misja może uratować ludzkość? Raczej nie. Bardziej mnie obchodzi poszukiwanie Maggie.

OCENA 3.5/6

True Detective S01E06 Haunted Houses
- ale, że nie podjęli wątku z końcówki poprzedniego odcinka? Dalej nie wiadomo co robił Cohle w tej szkole. Badał nowe ślady czy sam preparował dowody? Nie ładnie tak zagęszczać atmosferę na dwa ostatnie odcinki. Tym razem nie było też dużo okultyzmu tylko motywy polityczno religijne. Tutaj trochę serial traci bo trzeba być troszkę obytym z geografią USA i mieć znajomość na temat Luizjany, zwłaszcza przydaje się to podczas rozmowy Cohla z Tuttlem gdzie wychodzi jego obłuda i manipulacja, ale też potwierdza podejrzenia. Dobrze, że doczytałem bo serial nabiera przy tym jeszcze głębszego wymiaru krytyki społecznej.
- jednak najważniejsze było to co działo się między Rustem, a Martym. Przez cały serial było widać, że nie pasują do siebie, jak wielkie to przeciwieństwo, które tylko w sytuacjach ekstremalnych ze sobą współpracowały. Teraz doszło do ich konfrontacji, a Maggie była tylko pretekstem, który też podkreślił zaborczość Harta, który uważa się za pana wszechświata (ta scena przy telewizorze gdzie reprezentował to co najgorsze w złym ojcu). Starcie wyszło fajnie, a dodatkowym smaczkiem jest rozbicie tylnego światła w wozie Rusta, które dalej jest obecne w teraźniejszości i tak ładnie jest eksponowane na ostatnim ujęciu. Czyżby zapowiedź kolejnego starcia między tą dwójką? Marty chyba wciąż ma rachunki do wyrównania.
- w tym odcinku była kapitalna muzyka. Wokal trochę przypominający sakralne śpiewy podczas uwodzenia Rusta przez Maggie był upiorny. Do tego ta przerażająca stylistyka ze zdjęciami z morderstw. Jedna z najbardziej odpychających scen seksu, ale taka miała być z założenia.
- klimatycznie wyszło też przesłuchiwanie uratowanej dwa odcinki temu dziewczyny. Szpital psychiatryczny podkreślający miejscami obłąkany charakter serialu oraz przygrywający w tle utwór na pianinie (?). Okazało się, że ktoś jeszcze się nad nią znęcał, gigant z bliznami lub gigant i mężczyzna z bliznami. Tuttle? Niby najprostsze wyjaśnienie zważywszy na jego budowę ciała. Tylko dochodzi jej panika gdy zaczęła sobie przypominać jego twarz. Więc może ten tajemniczy mężczyzna z mackami znany z rysunków? Na pewno jest coś w tym niepokojącego.
- w analizach serialu są częste odwołania do mitologii Cthulhu i Lovercrafta. Ja z Gór szaleństwa zapamiętałem wszechobecne i regularne kształty. I dlatego tak niepokojący wydał mi się widok siedziby kongregacji Tuttla z sześcianem w centrum.

OCENA 5/6

Vikings S02E01 Brother's War
- wrócił mój serial i jestem z tego w pełni usatysfakcjonowany. Chłodnę piękno Skandynawii znowu potrafi zauroczyć. Niedostępna, polodowcowa kraina, pełna fiordów i mgieł ma w sobie coś magnetycznego. Tym bardziej jeśli muzyka podbija klimat, a bohaterowie uczestniczą w bratobójczej walce, pełnej krwi i  śmierci. Nie wiem jaki budżet ma ten sezon, ale wiem że został dobrze ulokowany. Bitwa wyglądała spektakularnie, zwolnione ujęcia podkreślały jej brutalność, a muzyka cudowna. Jej zakończenie też mi się podobało. Rollo zabił przyjaciela, ale nie mógł już podnieść ręki na własnego brata. A Ragnar go potem oszczędził. Śmierć by była prostym wyjściem i ciesze się, że tak ładnie się pokomplikowały ich losy. Teraz Rollo będzie chciał odzyskać zaufanie ludzi co może być ciekawe.
- wojna braci szybko się skończyła, potem nastała wojna niewiast. Aslaug przybyła do wioski Ragnara i wprowadziła nie małe zamieszanie. Rozmowy z Laghertą jeszcze bardziej nastawiały do niej negatywnie i podkreślały niezbyt dobre położenie żony Ragnara. I postanowiła odejść, nie mogła znieść upokorzenia więc zrezygnowała z męża i życia w dostatku. Inna scena podkreślająca jej charakter to rzucanie czym popadnie w męża. Widać, że nie czuje się od niego słabsza i walczy o swoje. Jednak nie można zaprzeczyć komizmu tych scen.
- zadziwiło mnie, że Bjorna gra stary aktor. Była mowa, że mają go podmienić na innego. Czyli w którymś z najbliższych odcinków (następnym?) będzie istotny przeskok w czasie. Dobrze bo wprowadzi to trochę nowej dynamiki. Nie żeby jej brakowało.
- i czy kózka mogłaby się pojawić w następnym odcinku? Komicznie wyglądała na uczcie, a potem w objęciach Ragnara.

OCENA 5/6

poniedziałek, 17 lutego 2014

Serialowe podsumowanie tygodnia #72 [10.02.2014 - 16.02.2014]


SPOILERY


Banshee S02E05 The Truth About Unicorns
- to był fascynujący odcinek gdzie rzeczywistość mieszała się z fantazją bohaterów. Pełen niedopowiedzeń, stworzony z pociętych scen może wydawać się głupią zabawą montażystów. Był trudny w oglądaniu, wymagał skupienia i cholernie się to opłacało. Pokazano marzenia bohaterów, wyimaginowany świat gdzie mogą robić to co chcą oraz zderzenie tego z brutalnymi realiami. Pięknie pokazano różnice między tym co jest i tym czego chcą Lucas i Carrie. Może i wiele osób mógł wynudził, ale ja lubię takie eksperymenty i chłonąłem z uwielbieniem każdą przydługą scenę i radowałem się niepokojącym udźwiękowieniem gdzie wszystkie nuty były mocno akcentowane, a pojawienie się ciszy w tle było czymś niepokojącym i celowo wybijającym z rytmu jakby miało podkreślić zwykłość kolejnych scen. Podobało mi się jak płonący dom, który miał być ostoją i zapewnić szczęście bohaterom podkreślił, że nie mają co liczyć na chwilę spokoju i niebezpieczeństwo jest ciągle obecne. Jest jeszcze ostatnia scena gdzie Sugar mówi o życiu w klatce, a Hood żeby to pieprzyć. To idealnie podkreśla jego charakter.
- brawa na stojącą należą się za scenę w zbożu. Pierw zaskakująca śmierć Racine (będzie mi go brakowało) i efektowna strzelanina z zbliżającym się snajperem w pełnym kamuflażu. Wtedy adrenalina bohaterów była wprost namacalna, ale skradania się w zbożu, powtórzony widok od góry pokazujący trzech wytrawnych łowców w zastygnięciu i potem krótka wymiana ognia po wzbiciu się w powietrze gęsi to coś niesamowitego. Więcej takich wyszukanych scen poproszę, a nie nudne bijatyki na pięści.
- z innych scen spodobała mi się ta gdy Carrie i Lucas wybrali się na lody w miasteczku i przystanęli przy jubilerze i wymieniali się uwagami jakby tu go obrobić. Cięte dialogi, dużo humoru i podkreślenie charakteru tych postaci. Świetne. Jednak fajnych ujęć i pomysłów było więcej jak np. Carrie pod prysznicem (ten bezgłośny krzyk!) i w wanie co okazało się też ładną klamrą dla odcinka.

OCENA 5.5/6

Black Sails S01E03 III. 
- odcinek taki se. Lubie ten serial, podoba mi się klimat, ale irytująco się dłuży. Może i specjalnie nie przeszkadza mi brak morza i pływających po nim statków, ale cały czas mam wrażenie, że mogłoby to wyglądać lepiej. Za mało emocji i mocnych scen. Może i przemowa Elenor w obronie Max i odebrania statku Vane'owi miała wstrząsnąć, ale się nie udało. Za mało znam bohaterów by się nimi przejmować może jakby to było później i lepiej pokazano. Przyjąłem to ze spokojem, a chyba nie o to chodziło. Fajnie jednak, że nie wszytko jest oczywiste i może to przynieść ciekawe konsekwencje.
- cytowanie Marka Aureliusza w serialu o piratach to lekkie przegięcie. Chcę piracenia, a nie filozoficznych i egzystencjalnych wywodów. Niby to próba pogłębienia bohaterów, ale trochę prze intelektualizowana. Pani Barlow też jakoś specjalnie nie intryguje i średnio obchodzi mnie co Flint z nią robi.
- dalej najgorzej wychodzą główni bohaterowie. Flint jest nudny, a Silver irytujący zamiast zabawny bo chyba taka była intencja. O wiele lepiej wygląda kombinujący Jack potrafiący zagrać na odpowiedniej nucie, spokojny i nieprzewidywalny Vane, wątpiący w siebie, ale cały czas opanowany Gates czy Bill, którego lojalność jest wciąż testowany. Szkoda tylko, że Anne Bonny cały czas kryje się w cieniu i co najwyżej rzuca onelinery. Chcę się o niej więcej dowiedzieć, może dojdzie do tego podczas polowania na Urce, które coraz bliżej.

OCENA 4/6

Brooklyn Nine-Nine S01E14 The Ebony Falcon
- śmieszne, ale oczekiwałem więcej, tak już mam, że od lubianych seriali wymagam by wznosiły się na wyżyny swojego potencjału. Najśmieszniejsza była Gina prosząca Holta o kontakt z CIA lub FBI by ktoś rozwiązał sprawę kradzierzy z jej mieszkania bo przecież kto inny miałby się tym zająć, na pewno nie policjanci z posterunku. Miała kilka świetnych tekstów, a najlepsze było napisanie skargi na Diaz i Amy.
- drugi wątek trochę słabszy. Fajnie, że Terry wrócił do pracy w terenie, ale Jake i Boyle strasznie irytujący. Mało śmiesznych scen jednak fajnie oglądać bohaterów jak się o siebie troszczą. Lub robią sobie krzywdę.
- najlepszy był jednak początek jak posterunek zastanawiał się czy Kelly to imię żony czy psa Hitchocka.

OCENA 4/6

Brooklyn Nine-Nine S01E15 Operation: Broken Feather
- początkowa gra w futbol była piękna. Terry rządzi. Jego plan polepszenia wydajności oraz aluzję do Ikara względem Holta też wspaniałe. Uwielbiam bohaterów i te absurdalne sytuację, które powstaje dzięki ich udziałowi. Gina za biurkiem Holta z rękami złożonymi w wszechwiedzącą piramidkę, Boyle w frędzelkach, napad złości Diaz - jak tu ich nie kochać?
- sceny z Sępem fajne, ale jego debiut chyba lepszy. Błyskawiczne złamanie przestępcy dobre tak jak operacja Broken Feather, ale trochę mi brakowało scen z jego udziałem. Jednak wspólna praca Amy i Jake mi to wynagrodziła. I Adam Sandler w gościnnej roli. I granat dymny na samym końcu, prawie się zakrztusiłem jedzeniem ze śmiechu.

OCENA 4.5/6

 Brooklyn Nine-Nine S01E16 The Party
- oczywiście, że Holt jest tym zabawniejszym w związku. Jego partner nie porwał, nie było zabójczo zabawnych scen na przyjęciu, ale odcinek bardzo przyjemny z fajnymi momentami i niezbyt subtelnym przesłaniem. Fajnie wypadł Scully z jego ariami operowymi, Diaz znajdująca zajęcie kleptomance Ginie, Amy robiąca zdjęcia szafką Holta oraz pseudo namiętny pocałunek Boyla. Jego nowa miłość jest ciekawa i mam nadzieje, że wróci jeszcze do serialu bo te rozmowy o jedzeniu są zabawne. 

OCENA 4/6

Person of Interest S03E14 Provenance 
- w końcu musiało to nastać - proceduralny odcinek, który za parę tygodni będzie mglistym wspomnieniem. Oglądało się go przyjemnie, ale tylko tyle. Brakowało jakiegoś konkretnego zaskoczenia. No cóż i takie odcinki muszą być. Najfajniej wypadł przekręt i kradzież biblii, ale widziałem dużo lepsze heisty. Najlepszy był na końcu Fusco planując kolejne kradzieże.
- podobała mi się końcówka z odniesieniem do Carter i kolejne jej uhonorowanie. Nie spodziewałem się, że tak będę za nią tęsknił. Szkoda, że Root nie wypełniła tej pustki, brakowało jej w tym odcinku.
- Shaw w wieczorowej kreacji na gali wyglądała pięknie. Ogromna odmiana od jej wiecznie przyczajonej postury.

OCENA 4/6

Sons of Anarchy S06E12  You Are My Sunshine
- przedostatni odcinek więc czas na kończenie i zaczynanie pewnych wątków. Może nie miał błyskawicznego tempa, ale dużo ważnego się w nim działo i miał kilka świetnych linii dialogowych.
-  Tara podjęła decyzja, ale prawdopodobnie nie jest ona ostateczna. Albo Jax coś zrobi, zdarzy się coś strasznego lub sama się opamięta. Za wszelką cenę chcę ocalić chłopców, ale rozbija przy tym rodzinę. Jest w sytuacji patowej i co nie wybierze będzie źle. Nie zdziwiło mnie, że nie poszła do Petterson, ale Jax może to inaczej odebrać. W każdym bądź razie szykuje się ciekawy finał
- sprawa z Irlandczykami unormowana, Marks przejął handel bronią i pozbyto się chińczyków. I niby spokój tylko, że pozornie. Dowódca Dziewiątek miał racje wyśmiewając Jaxa, że to koniec. Prędzej czy później Sonsi wrócą do gangsterki. I pewnie dużo prędzej bo zbliża się prawdziwa wojna w Oakland i raczej nie będą stali bez czynie nawet jakby chcieli to ktoś użyje jakiegoś haka. Fajnie jakby w ostatnim odcinku serialu okazało się, że nie ma ucieczki od tego życia i trzeba odkupić swoje winę.
- a skoro wina o odkupieniu i winach - podoba mi się reakcja Nero na końcu odcinka gdzie pocieszał Jaxa mimom, że dowiedział się o zleceniu morderstwa Davrene. Może go za to nienawidzić, ale gdy jest w potrzebie to mu pomaga bo wie, że dzieci są najważniejsze.

OCENA 4.5/6

Sons of Anarchy S06E13 A Mother's Work
- tego się nie spodziewałem. Mr. Mayhem miał dużo roboty w tym sezonie, ale śmierć Tary była dla mnie totalnym zaskoczeniem. To co robiła prowadziło do destrukcji i przykrych konsekwencji, ale jej zgon był dla nie niewyobrażalny, a powinien w końcu pierwszy raz od dawna była szczęśliwa, powinna mi  się zapalić ostrzegawcza lampka w końcu przeczytałem, że ktoś w finale zginie i byłem pewien, że to Gemma. Wydawało mi się, że to sobie zaspoilerowałem i od kilku odcinków uważnie się jej przyglądałem by stwierdzić czy jej zejście było zasłużone czy nie. Wydaje mi się nawet, że Sutter w jednym z posezonowych wywiadów mówił, że nie ma Gemmy bez Clay. Jednak to Tara zginęła z jej rąk i to w mega brutalny sposób wynikający z nieporozumienie. I przez przypadek jeszcze Roosvelt odszedł na wieczny odpoczynek. Nie dowierzałem co widzę. Brutalna walka dwóch kobiet, ataki żelazkiem, podtopienie i potem widelec do mięsa przebijający czaszkę Tary. Kurt Sutter to sadysta, uwielbia się znęcać nad swoimi bohaterami i sprawiać by cierpieli dlatego wprowadziła na scenę zbrodni Juica, który pomaga Gemmie. Kolejna rzecz która wjedzie mu na psychikę. Ona też w przyszłym sezonie będzie w kiepskim stanie i pewnie oboje doprowadzą się spektakularnego upadku. Nie mogę się doczekać by zobaczyć co stanie się w przyszłym sezonie.
- śmierć Tary to najważniejsze co się działo, pogoń za nią i budowanie nastroju rozłąki zajęły sporą część odcinka, ale działo się więcej. Nero wrócił do gangsterki. Człowiek który miał najlepiej działający kompas moralny i głowę na karku wraca do ryzykanckiego życia. Tak jak Jax zdaje sobie sprawę, że nie ma ucieczki od ulicy. Ta decyzja może go drogo kosztować bo war is coming. Sojusz Majów i Lina przeciw Marcusowi i Sonsą - szykuje się wyniszczająca wojna. Chyba, że SAMCRO będzie za wszelką cenę próbowało stać na uboczu i zajmować się legalnymi interesami i radzić sobie po tej tragedii. Jednak nie można tak łatwo uciec od tego życia.

OCENA 5/6

The Walking Dead S04E09 After
- w końcu wrócił jeden z moich ulubionych seriali i był to zacny odcinek. Nie skupiał się na akcji tylko psychologii bohaterów, brakowało też sporo osób z głównej obsady, ale to nie przeszkadzało. I na nich przyjdzie czas. Lepiej żeby twórcy odpowiednio skupili się na przeżyciach po stracie domu i rozłożyli to na kilka odcinków niż pokazali to po łebkach.
- świetnie wykreowano napięcie między Carlem i Rickem. Ojciec poharatany i zmęczony życiem nadmiernie troszczy się o syna nie chcę dostrzegać tego jak wyrósł. Młody natomiast obwinia ojca za to co się stało, myśli, że sam by sobie poradził lepiej i jest odpowiednio dojrzały by nie potrzebować niańki. Uwydatnione jest niezrozumienie, ale też na końcu miłość między nimi. Bardzo podobały mi się ostatnie sceny jak żartują i próbują sobie razem radzić w nowej sytuacji.
- dużo powiedziano też o Michonne. Gdy został pokazany jej sen przez chwilę myślałem, że mam zepsutego ripa i oglądam jakiś inny serial, zupełnie odmienny od The Walking Dead. Jednak chwile później jej towarzysze stracili ręce, a ona obudziła się w nowej - starej sytuacji. Znowu podróżuje sama z walkerami na smyczy. I nie radzi sobie z tym, ponowna utrata rodziny mocno na nią wpłynęła i mimo, że zawsze cechowało ją opanowanie musi dać upust swoim emocją. Ciesze się, że już w finale tego odcinka doszło do spotkania z Grimesami.
- miłą niespodzianką było też pojawienie się Hershela i Gubernatora. Dobrze, że ostatecznie wyjaśniono, że ten drugi nie wróci bo przez przerwę na mnożyło się sporo teorii w internecie, że jakimś cudem przeżył. Może jednak w flashbackach albo jakiś majakach się pojawi? Wszystko jest możliwe.

OCENA 5/6

True Detective S01E04 Who Goes There
- jestem zachwycony. Jeszcze kilka miesięcy temu opłakiwałem koniec najlepszego serialu w telewizji (Breaking Bad jakby ktoś pierwszy raz wszedł do internetu) i byłem niemal pewny, że to koniec wielkich produkcji gdy nagle HBO zafundowało True Detective. Aktorsko, pod względem scenariusza i reżyserii to najwyższa półka seriali i w sezonie nagród powinien rozbić bank, a czwarty wystarczy by Fukunaga dostał statuetkę za najlepszą reżyserię. Nie chodzi tylko o końcową sześciominutową sekwencję nakręconą na jednym ujęciu. Była fenomenalna. Jestem pod ogromnym wrażeniem jej złożoności i wysiłku jaki musiał zostać włożony w jej nakręcenie. Bogactwo szczegółów, cały czas się coś dzieje, napięcie i pytanie jak to się skończy. I to podążanie za kamerą, rozglądanie się wraz z nią, jakby się było w samym centrum osiedla ogarnięte strzelaniną. To było zwieńczenie tego co działo się przez poprzednie 50 minut. Cięcia w odpowiednim momencie, krótkie sceny przeplatane z długimi, piękne zdjęcia zdewastowanej Luizjany (czwarty odcinek i prawdopodobnie czwarty raz piszę to samo) i wrażenie przestrzeni. Nawet cela z pierwszego przesłuchania była większa niż w rzeczywistości. I te ujęcia. Szał Martyego po przeczytaniu listu, Cohle sięgający po swoją skrzyneczkę czy odchodzący po kłótni z Maggie gdy jej wizerunek zza szyby powoli zmienia się w jego odbicie. Cudowne. I aż się boję pomyśleć co nas czeka przez najbliższe cztery epizody i jakie fajerwerki wybuchną w finale. Fukunaga i Pizzolatto to objawienia tego sezonu i marzy mi się by pracowali przy True Detective jak najdłużej.
- chwalę reżysera, a przecież inne elementy nie ustępowały. Fabularnie dalej powoli, sprawa niewiele bliżej końca, ale to nie istotne. Tu chodzi o detektywów i wpływ pracy na ich życie. Jasne, mroczny kult działa na wyobraźnie, ale nie chodzi by złapać mordercę tylko zobaczyć jakie zmiany zaszły w Martym i Cohlu. Ten pierwszy w odcinku traci żonę po kłótni z kochanką, jest zdziwiony, że do tego doszło i wciąż liczy, że dalej się wszystko ułoży. Cohle natomiast wraca do swojej przeszłości poznajemy jego mroczne tajemnicę, a gdy ćpa i przekracza kolejne granicę nie można oderwać oczu od McConaughey'a. Oglądanie jego działania pod przykrywką to jak jazda na rollercoasterze. Dostarcza niesamowitych emocji, ale ma się wrażenie nadciągającej katastrofy. Są też sceny z Harrelsonem gdzie wygłasza swoje życiowe filozofię i potrafi być prawdziwym dupkiem.

OCENA 6/6