Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Riverdale. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Riverdale. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 października 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #252 [09.10.2017 - 15.10.2017]

SPOILERY

Marvel's Agent Carter S01E04 The Blitzkrieg Button
Agenta Carter była pierwszym marvelowskim tytułem, który sobie odpuściłem. Nie z powodu jego jakości, a raczej przesytu. Za dużo superbohaterów, nawet jeśli w wykonaniu Peggy Carter potrafiącej zauroczyć widza. Zawsze jednak chciałem ten tytuł nadrobić. Gra tutaj dużo lubianych prze zemnie aktorów, a i nie lubię mieć zaległości w śledzonych franczyzach.

Odcinek jest dobry. Trochę akcji, humoru i feministyczny wydźwięk. Dobrze znana mieszanka, solidnie wymieszana i smakowita. Obiadek którym można się najeść i niestety następnego dnia zapomnieć co się jadło. Jest to poprawna historia i tyle. W pewnym momencie fajnie bawi się z widzem kreując nieistotnego fabularnie antagonistkę, który posłużył do interesującego plot twistu. Niestety w serialu razi mnie wykonanie. Sztuczność ogólnodostępnej telewizji i dziwny święcący filtr, który mnie strasznie raził.

Po seansie, mimo mojego ogólnego zadowolenia postanowiłem przerzucić Agent Carter do kolumny z serialami z których zrezygnowałem i nie zamierzam nadrabiać. Może kiedyś mi się odwidzi. W końcu mam zaległość w marvelowym uniwersum.

OCENA 4/6   

Riverdale S02E01 Chapter Fourteen: A Kiss Before Dying
Piszę parę dni po seansie odcinka więc będzie bez szczegółów. Jestem zachwycony powrotem. Za mało którym serialem tak mocno się stęskniłem i wszystkie moje oczekiwania zostały wynagrodzone. To dalej niesamowicie stylowa produkcja. Kolory, nasycenie kolorów, przerysowane dialogi i postacie. Czuć ducha komiksu. Całość ma niepokojący klimat budowany przez muzykę i podkreślany przez zdjęcia. A do tego jest zabawnie. Nawet w odcinku w którym liczyło się życie jednej z postaci można się było parę razy uśmiechnąć.

Sam powrót był bardzo dobrze skonstruowany. Jakby twórcy wiedząc, że mają tym razem cały sezon mogą skupić się na większej ilości detali. Umierający Fred był doskonałym czynnikiem budującym napięcie. Umrze czy nie? A jak nie to jak skończy? Majaki Freda doskonale współgrała z tym co działo się u Archiego i przyjaciół. Jak sobie z tym radził, jak bardzo był rozbity i nie mógł sobie z tym poradzić. Kłótnia z Veronicą czy rozmowa z matką gdy mówi, że stało się coś złego to jedne z lepszych scen odcinka. I ta końcówka gdy strzeże domu z kijem bejsbolowym. Dzieciak z traumą, który radzi sobie na swój własny sposób i w pewien sposób stara się odpokutować, że nie zareagował inaczej.

Mimo skupienia się na Archim w tym odcinku było też sporo miejsca dla innych bohaterów. Veronica dalej ewoluuję, a dodatkowo jej środowisko się zmieniło po powrocie ojca. Robi się coraz bardziej samodzielna i kwestionuje decyzję rodziców. Judhead też ma nowe otoczenie. Węże może i mu pomagają, ale nie tak jakby tego chciał. Już jest winny przysługę. Mówi, że to nie dla niego, ale wiadomo jak to się skończy. Dwa, kolidujące ze sobą światy. I tylko Betty martwi się o swojego chłopaka.

Delikatnie rozczarowała mnie intryga sezonu bardzo podobna to tej z pierwszej serii. Morderstwo i poszukiwanie sprawcy. Jest twist, Grandale została zamordowano i jakoś łączy się to z postrzeleniem Freda, ale podobieństw jest za dużo.

Inne:
- serial pobił swój rekord oglądalności osiągając wynik lepszy o 60% od swojej premiery i stając się jednym z najchętniej oglądanych seriali The CW. Magia Netflixa.
- showrunnerzy już pracują nad spin-offem z Sabriną. Jaram się jak Thornhill.

OCENA 5/6

Sherlock S04E02 The Lying Detective
Czas jaki minął między ostatnio obejrzanymi odcinkami jest doskonałym podsumowaniem mojego zainteresowania serialem. Nawet nie wiem co się stało. Znakomite odcinki, świetni bohaterowie i wreszcie przeciętny powrót po którym nie chciało mi się włączyć 1,5h epizodu. Zbierałem się ponad rok i z ulgą mogę wreszcie odhaczyć kolejną zaległość. Nie powiem, że z satysfakcją.

Odcinek to typowy Sherlock, który zdążył mnie zmęczyć swoją formułą. Bez zagadki kryminalnej pędzenie z punktu do punktu, eksperymentowanie w warstwie realizatorskiej i scenariuszowej, szokujące zwroty akcji i jeszcze bardziej szokujący cliffhanger. Trochę ziew. Pośmiałem się, a i owszem. Cumberbatch i Freeman mają tony charyzmy, a i scenariuszowo czasem wyjdzie jakaś mała kameralna scena. Jednak bizantyjskimi intrygami przestałem się już przejmować i oglądam to bez większej ekscytacji przewidując czasem nieprawdopodobne zwroty akcji. Tak dla zabicia czasu.

Strasznie dużo czasu poświęcono Tobym Jonsowi i jego kreacji filantropa mordercy. Momentami fascynował, równie często przerażał gwałtownie zmieniając swoje nastawienie. Mam jednak wrażenie, że dostał za wiele czasu. Zbytnio nie jestem też przekonany siostrą Homsów. Kolejny inteligenty przeciwnik, którego trzeba zatrzymać tym razem z ładunkiem emocjonalnym dla Sherlocka.

Inne:
- serial droczy się z widzami poświęcając długi dialog Irene Adler, oczywiście, że się nie pojawi.

OCENA 4/6

Sherlock S04E03 The Final Problem
Lubię skomplikowane zagadki, niespodziewane zwroty akcji i misterne intrygi gdzie gra pozorów przebija się na pierwsze miejsce. Czasem jednak trzeba powiedzieć dość, stwierdzić że warto się ograniczać, a najbardziej szalone pomysły nie będą w stanie uratować całości gdy logika pójdzie się kochać. Taki był właśnie finał Sherlocka. Przesadzony do granic możliwości. Nastawiony na to by kolejne sceny miały szokować, kolejne plot twisty wywracały całość, a finał miał być taki super mega zajebisty by można było tygodniami o nim gadać. A ja na to meh. Jeśli każda scena ma być szokująca całość jest pod tym względem przeciętna. Moffatowi i Gatissowi zabrakło umiaru co mnie bardzo zabolało. Euros mnie nie fascynowała, Sherlock i Maycroft nudzili, a Watson robił za statystkę. Sherlock zresztą też. Marionetka bez aktywnej roli przez większość odcinka. Czasami zdarzyło się zagrać odcinkowi na odpowiedniej nucie (finałowa gra na skrzypcach!), czasem zaśmiałem się na onelinerze, a czasem wciągnąłem w narrację. Była też scena z Molly Hooper gdzie pod przymusem wyznali sobie miłość z Sherlock. I wszystko ładnie gdyby dostała jakiś epilog. Ogólnie jestem rozczarowany, ale na kolejną serie i tak czekam.

OCENA 3/6

Star Trek: Discovery S01E04 The Butcher's Knife Cares Not for the Lamb's Cry
Ostatnio zauważyłem, że krytykowanie nowego Star Treka w internecie zawsze kończy się krytyką postującego. Że się nie zna ogólnie, że na serialach, nie jest prawdziwym trakkies, że za bardzo przywiązany do kanonu, lub nie rozumie specyfiki serialu. Zawsze znajdzie się ktoś kto będzie próbował naprostować niepokornego. Trudno, czekam na was bo ja znowu będę narzekał.

Na szczęście nie będzie to narzekanie takie jak ostatnio. Odcinek jako autonomiczna całość nawet mi się podobał. Goniący załogę czas i ratowanie górników oraz nakładające się na siebie badania naukowe, które kończą jako jeden wielki eksperyment. Czy może Odkrycie. Było tutaj umiejętnie prowadzone napięcie, kilka niezłych dialogów, granie na emocjach i bardzo ładne wizualia. Można było czerpać z tego odcinka sporo frajdy.

I na powyższym akapicie mógłbym skończyć, ale wtedy nie byłbym sobą. Koniecznie muszę się uzewnętrznić. Ten serial momentami jest strasznie głupi. Zwłaszcza jeśli chodzi o zachowanie oficerów Star Fleet. Ja rozumiem umowność konwencji i stawianie fabuły nad logikę, tylko niech to czemuś służy i nie będzie zbytnio naciągane. Tutaj powiedzieć, że przesadzono to mało. Dwa przykłady. Chęć pobrania próbek od niebezpiecznej bestii kończy się śmiercią. Bo nie chciało się sprawdzić skuteczności środka usypiającego. To było niedorzeczne. Równie głupio działa dowództwo pozostawiając dryfujące wraki statków. Przecież to podstawa zniszczyć pozostałości by nie trafiły w ręce wroga. Tutaj o tym zapomniano pozostawiając cenne materiały na pokładzie. W przeciętnym military sci-fi nie dochodzi do takich sytuacji, a od wysokobudżetowego serialu wymaga się przecież więcej.

Nie kupuje wątku Klingonów. Jest przeraźliwie nudny i dostaje za dużo czasu antenowego. Przez cztery odcinki nie wydarzyło się tutaj nic interesującego poza oglądaniem ładnych scenografii i trochę blizzardowych kostiumów z ich monumentalnością i nieporęcznością. Liźnięto trochę ich kultury, ale to w bardzo nieporadny sposób. Mowa jest też o jednoczeniu plemion i wielkiej wojnie, ale to gdzieś ginie w zlewie przydługich przemów.

Wciąż serial ogląda się z perspektywy trzech osób - Lorcy, Michael i Klingona. Niestety to trochę mało, chciałbym poznać członków załogi Discovery, a nie oglądać ich tylko na mostku. Przydałby się jakiś bottle episode gdzie bohaterowie muszą się lepiej poznać. 

Inne:
- platforma streamingowa więc odcinki mają ~50 minut. Twórcy nie mają umiaru i widać niepotrzebne dłużyzny. Czasem ograniczenia to coś dobrego.

OCENA 4/6

Teen Wolf S06E12 Raw Talent
Serial się skończył więc stwierdziłem, że można by nadrobić zaległe dziewięć odcinków. Początek był obiecujący. Pokazanie koczowniczego życia Theo, porzuconego przez wszystkich i mieszkającego w samochodzie. Zdarza mu się coś dziwnego i długo zastanawia się czy nie poprosić Scotta o pomoc. To był bardzo klimatyczny, całkiem nieźle zrealizowany wstęp. Po czym został zastrzelony, a cały odcinek okazał się wielkim zawodem.

Brakowało tutaj spójnej fabuły, rozwoju postaci czy relacji między nimi. Za to dużo niepotrzebnych scen wypełniających czas. Trochę mających przerazić, trochę podkręcić klimat zagrożenia. Całość jednak była mocno rozmyta przez co nie udało się jej przykuć mojej równowagi. Nie obchodzi mnie zbytnio zagrożenie sezonu, ani to co stanie się z większością bohaterów. Bardzo mi z tego powodu przykro.

Najgorsze jednak były niektóre idiotyzmu fabularne. Ot Lidia wchodząca sobie bez przeszkód na oddział zamknięty Eichen House. A pamiętam, że kiedyś poświęcono temu cały odcinek. Głupie było też znalezienie przez Argenta kuli na miejscu zbrodni, parę metrów od ciała. Policja w Beacom Hill działa koszmarnie.

OCENA 3/6 

The Flash S04E01 The Flash Reborn
Trzeci sezon Flasha był rozczarowaniem więc nie miałem zbyt wygórowanych oczekiwań po premierze. Dlatego mocno się zdziwiłem gdy początek okazała się bardzo solidny. Drużyna radzi sobie jakoś bez Barry'ego, a Iris ruszyła dalej z swoim życiem odnajdując nowe powołanie w zarządzanie superbohaterami. Ciekawa koncepcja by pokazać serial bez głównego bohatera bardzo szybko się rozlatuje. Nagle pojawia się przerośnięty samuraj, a Cisco sugeruje by jednak sprwoadzić Barry'ego bo sami sobie nie poradzą. Bez żadnej walki i wysiłku od razu się poddaje. Nie tak działają bohaterowie. Dalej mamy górki i dołki. Szalony Barry poza czasem wypadł bardzo ciekawie. Dla odmiany jego powrót to normalności był żenujący. Power of love i nie ma problemu. Wielkie rozczarowanie.Takie właśnie skróty scenariuszowe psują mi odbiór serialu. W zamian dostałem cukierka z efektowną walką.

Serial dalej ma problem z bohaterami drugoplanowymi. Taki Wally jako Flash zupełnie sobie nie poradził, nie ma w ogóle miejsca dla niego w serialu. Cisco bez własnego wątku, Iris z wątkiem napędzanym przez byłego chłopaka, Joe dalej robiący za tatusia. Tylko Catlin dostała coś nowego. Nowe życie, nową stylówkę, nowe otoczenie i historię. By na końcu zafundować recykling historii z Killer Frost.

Przeciwnik sezonu został ujawniony już w pierwszym odcinku i nie jest speedsterem. Mile widziana nowość. Pewnie to zepsują, ale na razie jest intrygująco mimo, że bez konkretów. Ktoś z przyszłości bawiący się Flashem. Widzę tutaj potencjał.

Inne:
- w Buffy odcinek z wskrzeszeniem głównej bohaterki rozwiązano dużo lepiej. To chyba będzie niedościgniony wzór dla tego typu produkcji.

OCENA 4/6

wtorek, 16 maja 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #230 [08.05.2017 - 14.05.2017]

SPOILERY

American Gods S01E02 The Secret of Spoons
Przy całym moim uwielbieniu do Bryana Fuller wciąż potrafię irytować się na jego serialach. Momentami przerost formy nad treścią razi, sceny niemiłosiernie się wleką i nic się nie dzieje. Ładnie to się ogląda, ale nudzi. Potem jednak serial dostaje kopa i nagle się kończy z zdziwieniem "ale to już?!". I to podczas pojedynku na śmierć i życie w warcaby. Ile tam było emocji! I głównie tam. Ogólnie podróż Shadowa i Wotana (ha, w końcu wiem co to za bóg) trochę nużyła. Było jednak kilka znakomitych scen min. rozmowa z telewizorem i dalsze zagęszczanie konfliktu między Bogami.

Nie mam nic przeciwko jeśli każdy kolejny odcinek będzie zaczynał się od flashbacku z historii Ameryki. Po wikingach przyszedł czas na XVII wieczny statek z niewolnikami i fenomenalny aktorski popis Orlando Jonesa opowiadającego o rasizmie i jak czarni mają, mieli i będą mieć przejebane. Było coś magnetycznego w słuchaniu tej przemowy, gdy bóg mówi prawdę, podburza swoich wiernych i domaga się największej ofiary. Swoją drogą ciekawi mnie moc Anansiego i innych mu podobnych istot.

OCENA 4.5/6

Into the Badlands S02E07 Black Heart, White Mountain
Przeraźliwie nudny odcinek, chyba jeszcze nigdy nie męczyłem się w ten sposób na Into the Badlands. Niezrozumiałe jest dla mnie budowanie napięcia w oparciu o zagrożenie życia głównego bohatera. Takie rzeczy trudno zrobić i tutaj serial poległ. Tak jak podczas majaków Sunny'ego. Dostały ok. 1/2 czasu antenowego i niewiele wnosiły do historii. Pokazano to o czym od dawna mówiono - nie ucieknie od śmierci oraz jego obawy związane z rodziną. Błe.

Niezbyt efektownie, a momentami naiwnie wypadła wizyta Benjie i MK w klasztorze. Walka była nudna, mistrzyni została zrobiona jak dziecko i wszystko skończyło się dobrze. Nawet schrzaniono nawiązywanie relacji między tą dwójką. Z powodu przeszłości Benjie spodziewałem się większej dynamiki między nimi.

Rozczarowało mnie też to co działo się na Pustkowiach. Sojusz Barona i Wdowy pozbywa Jade władzy, a większość wydarzeń dzieje się poza kadrem. Momentami miało to swój urok tajemnicy. Fajnie też było widzieć Jade stawiającą się Wdowie i mówiąca Quinnowi prawdę, która go rani.  Teraz gdy zostaje wygnana jej wątek powinien się ładnie rozwinąć. Tylko ja wolałbym oglądać szturm na rezydencję i trochę więcej dramatu z tym związanego. 

Niewątpliwym plusem odcinka jest za to foreshadowing. Benjie mówi o swojej dawnej wychowance, której szukał wszędzie tylko nie na Badlands. Młoda nie mogła patrzeć na niewolnictwo i miała kompleks zbawicielki przez co niemalże oszalała. Stawiam garść miedziaków, że mowa o Wdowie. Już wcześniej wykazała się wiedzą o MK i wspominała, ze powinna właśnie taka być. Dobrze będzie ją też widzieć w nowej roli. Tylko żeby doszło do tego prędzej niż później.

OCENA 3/6

Into the Badlands S02E08 Sting of the Scorpion's Tail
Po zeszłotygodniowej wpadce Into the Badlands wraca do swojego poziomu. Co więcej, zaczyna łączyć kropki. Intensywny odcinek z dwoma przeplatającymi się wątkami. Pierw zakończyła się długa tułaczka Sunny'ego i powrócił do Badlands by zostać niewolnikiem i po chwili znowu siepaczem. Tym razem to on grał w podwójną grę. Wykorzystał baron Chau i ostatecznie połączył się z Wdową. W wybuchowym stylu. Piękna sekwencja walki i współpraca z Minevrą. Brakowało mi tylko spotkania Benjie z swoją dawną wychowanką. Pewnie zostawiono to na przyszły odcinek.

Gdzieś dalej Quinn coraz bardziej szaleje. Zapragnął ożenić się z Veil i uczynić Henry'ego swoim spadkobiercą. Ona nie mogąc już psychicznie wytrzymać postanawia go zabić i tym samym wydać wyrok na siebie. Głupie, ale co poradzić. Serial udanie budował napięcie i trzymał mnie w niepewności do ostatnich minut.

Im więcej odcinków mija tym bardziej jestem zadowolony z tego jak są prowadzeni poszczególni bohaterowie i zależności między nimi. Trudne sojusze, które można zrozumieć, zaszłości i powiązania. Wszystko się tutaj zgrabnie zazębia. Zwłaszcza relacja Sunny-Wdowa-Quinn.

Inne:
- serial często przekłada logikę nad obraz i zupełnie mi to nie przeszkadza. Cieszyłem się jak dziecko oglądając ostrzelanie autobusu z kusz i efekt końcowy w postaci jeża na czterech kółkach.
- posiadłość baronowej Chau z klasyką literatury na półkach i obrazem Leonidas pod Termopilami na środku salonu - co za wyczucie stylu!

OCENA 4.5/6  

Prison Break S05E06 Phaecia
Minęło 2/3 sezonu, a Michael z ekipą dalej uciekają z Jemenu, a ja dalej się nudzę tak jak tydzień temu. Za bardzo to rozwleczone przez co siada napięcie podczas gdy walka z ISIS jest wręcz karykaturalna. Nawet interakcję między bohaterami wypadają słabo. Wciąż jest kilka udanych scen dzięki którym udaje się zapomnieć o naiwności scenariusza. Jednak nie sprawiają, że odcinek robi się przez to autentycznie lepszy. Kulawy jest głównie scenariusz. Siermiężny, dziurawy i naiwny. Jakby pan z długopisem zapomniał o zabawie konwencją.

Zawodzi tez intryga. Michael komunikuje się z tajemniczym gościem, a jego zabójcy wykorzystują CIA, a w Departamencie Stanu mają wtyczkę. Tyle. Żadnych nowych informacji. Słabiutko. Jeszcze jakby inteligencja Michaela mogła całość wynagrodzić. Nic z tego, przyjmuję zbyt bierną rolę w mikro jak i makro skali i nie potrafi błysnąć swoją inteligencją.

Paradoksalnie mimo moje rozczarowania 40 minut zleciało bardzo szybko, a momentów w których autentycznie bym się nudził było niewiele.

OCENA 2.5/6 

Rick and Morty S01E01 Pilot
Jubileuszowy, 230 odcinek podsumowania tygodnia, więc Maszyna Losująca wybiera między pilotami które chcę obejrzeć. Na razie trafiała średnio - Pitch i American Odyssey bardzo szybko zniknęły z mojej ramówki. Przy odpalaniu Rick and Morty byłem pewien, że z marszu włączę kolejny odcinek. Jednym z twórców jest Dan Harmon, a ja nasłuchałem się bardzo dużo dobrego o produkcji. Może dlatego moje rozczarowanie było tak dużo.

Rick and Morty rzuca mnie do razu na głęboką wodę. Nie bawi się w wstępy, powolne kreowanie postaci i świat. Relację miedzy bohaterami zostały już ustanowione, a pilot jest kolejną przygodą. Początkowo nie byłem pewien czy jest to pierwszy odcinek. I muszę przyznać, że ten zabieg mi się podobał. W komediowo przygodowym serialu pasuję, a charaktery postaci zostały bardzo dobrze zarysowane mimo braku introdukcji i nadmiernej ekspozycji. Rick, narcystyczny dziadek wykorzystujący swojego wnuczka Mortiego podczas szalonych podróży przez między wymiarowy portal. Mam słabość do teorii multiwersum od czasów oglądania Stargate SG-1 i Firnge więc jestem kupiony tym motywem.

Nic mnie jednak nie przygotowało na wulgarność serialu. Alkoholizm Ricka jest pokazany w ordynarny sposób, jest śmieszkowanie z seksu z dziewczyną z klasy Morty'ego czy erotyczne sny dzieci. Momentami ogląda się to krępująco. Spodziewałem się trochę więcej wyrafinowanych żartów, które wbrew pozorom są. To jest bardzo dziwna mieszanka. Raz serial wali żartem o szmuglowaniu cudownych owoców w odbyciu lub pokazuje ciepiące dziecko przez krępująco długą chwilę by potem rzucać absurdalnymi żartami z konwencji przez które śmieje się w głos.

Nie oglądam seriali animowanych czego trochę żałuję. W związku z czym nie mogę fachowo ocenić kreski czy animacji, ale nigdy brak profesjonalnej wiedzy nie przeszkadza mi w zabieraniu głosu. Znowu jest tutaj dziwna mieszanka - z jednej strony prosta animacja, ubogie postacie i statyczne tła, z drugiej strony charakterystyczny styl z dbałością o detale, pełen graficznych ester eggów.

Jestem po seansie tak skonfundowany, że mam ochotę na jeszcze. Rozczarowanie minimalnie przewyższa satysfakcję z seansu, ale widzę tutaj potencjał. Pół internetu przecież nie może się mylić co do jakości serialu i z chęcią jej jeszcze poszukam.

OCENA 3.5/6

Rick and Morty S01E02 Lawnmower Dog
Pierwszy odcinek R&M mnie rozczarował przez co do drugiego podchodziłem jak pies do jeża. Zupełnie niepotrzebnie. Poziom żartów i nawiązań popkulturowych mnie zaskoczył. Śmiałem się niemalże przez cały czas, a wypatrywanie smaczków graficznych ukrytych w tle było równie zabawne co rozpisywane gagi. Dalej jest wulgarnie, ale udało się znaleźć odpowiednie proporcję i zbytnio z tym nie przesadzono. Oszałamia otoczka. Skakanie po snach jak w Incepcji i naśmiewanie się z filmu, który musi być mądry bo go nikt nie rozumie. Serduszko za ten pomysł. Jak i drugi wątek z psami przejmującymi świat niczym w Planecie małp. Kapitalna mieszanka. I to wszystko by załatwić Morty'emu piątkę z matematyki.

OCENA 5.5/6

Rick and Morty S01E03 Anatomy Park
Było naśmiewanie się z Incepcji teraz jest parodia Parku Jurajskiego z Kochanie zmniejszyłem dzieciaki. Rick wysyła Morty'ego do ciała zażulonego świętego Mikołaja gdzie znajduje się park rozgrywki dzięki czemu dostajemy intensywną przygodę po całym dziele z absurdalnym zakończeniem. Znowu bawiłem się wyśmienicie, a momenty gdy Morty zdobywa dziewczynę po wykazaniu się swoim heroizmem były równie zabawne co uciekanie przed najróżniejszymi wirusami.

Wątek rodzinny Smithów był również śmieszny mimo, że nie był związany z żadną technologią Ricka. Inteligentne wyśmianie idei Bożego Narodzenia, demaskowanie fałszywej życzliwości i kochanek matki Jerry'ego. Plus krytyka technologii wkradającej się do każdego aspektu naszego życia. Robi się z tego całkiem inteligentna satyra.

OCENA 5/6

Riverdale S01E11 Chapter Eleven: To Riverdale and Back Again
Zwykle ukrywanie tajemnic które później będą prowadzić do komplikacji mnie denerwuje. Tutaj na szczęście zostało to poprowadzone wzorowe. Motywację były wiarygodne, a szkoda istotna dla fabuły i relacji między bohaterami. Strasznie podobała mi się też sieć zależności jaka się wytworzyła. Jughead w kompletnej niewiedzy, Betty częściowej, a Archie i Veronica zdradzający przyjaciół dla ich dobra. Na to nałożyła się warstwa narracyjna dla poprzedniego pokolenia, gdzie tajemnice z liceum i kłótnie wpływają na życie dorosłych (i ich dzieci).

Sprawa morderstwa niemal została rozwiązana, tajemnica wyjaśni się w przyszłym odcinku dlatego teraz rzucane są fałszywe tropy. FP zostaje wrobiony, a serial rzuca podejrzenia na Cheryll. Kamera nie bez przyczyny ją pokazuje. Tylko czy ona nie gra własnej gry by znaleźć prawdziwego mordercę? Ja obstawiam innego rudzielca - matkę Archiego.

Inne:
- piosenka w wykonaniu Archiego i Ronnie - jest moc i chcę więcej! Wyszło naprawdę fajnie.
- kolejna krępująca kolacja w serialu, tym razem u Cooperów. Wbijanie szpil niezwykle intensywne. Nie tylko Alice zagrała tutaj profesjonalnie, ale również Betty wykorzystała słabość własnej matki.

OCENA 5/6

Riverdale S01E12 Chapter Twelve: Anatomy of a Murder
Pokłony. Długie i pełne szacunku zakończone burzą oklasków. Rozwiązywanie zagadek kryminalnych w serialach niesie ze sobą dużo niebezpieczeństw. Czy poszlaki zostały dobrze rozrzucone? Czy sprawca jest wystarczająca wiarygodny? Czy sprawa nie zacznie nudzić i stanie się obojętna? Co potem? Riverdale radzi sobie z tym znakomicie, a pytanie kto zabił nie jest tutaj najważniejsze jak w każdym dobrym kryminale. Liczy się droga, otoczka, a w serialach również reperkusję po wyjawieniu tajemniczego mordercy. Ja jestem w pełni usatysfakcjonowany, a przecież jeszcze jeden odcinek do końca sezonu gdzie może spaść kolejna bomba.

Scenariusz odcinka był wyśmienity. Akcja pędząca na złamanie karku, dramaty, humor i kolejne odkrycie. Wszystko było też perfekcyjnie ze sobą splecione. Akcja powodująca reakcję. Sceny wynikały z siebie, każda służyła narracji, nie było zbytecznych momentów. Rzucano poszlaki, miotane bohaterami i kazano im zmieniać własne przekonania, a całość dotyczyła zarówno dzieci jak i dorosłych. Niesamowita plątanina powichrowanych dramatów i nietrafionych decyzji.

Niby w serialu na podstawie komiksów o Archiem najważniejsza powinna być trójka z tytułowym bohaterem, Betty i Veronicą, ale to Jughead kolejny raz zostaje MVP. Zdradzony przez ojca i przyjaciół, nie mający gdzie się znaleźć dzwoni do matki, która też się go wypiera. Co to była za scena gdy rozmawia z nią przez telefon i załamuje się bo ta nie chcę go widzieć. Przez cały odcinek był miotany sprzecznymi emocjami odnośnie ojca i gdy ostatecznie udało się udowodnić jego niewinność szczęśliwego zakończenia zabrakło. Tak się powinno prowadzić wiarygodnych bohaterów.

Inne:
- scena gdy główni bohaterowie oglądają nagrania śmierci Jasona, a kamera skupia się na ich twarzach, tak się buduje napięcie.
- początek odcinka to mieszanka komizmu i dramatu. Młodzi bohaterowie idą do rodziców po poradę, dostają ochrzan, a potem wystawiają Alice na ostrzał ze strony Hermione i Freda.
- Blossomowie zajmują się przemytem narkotyków, całość robi się coraz poważniejsza. Czy Hiram bawi się w to samo?
- chłodne opanowanie Cheryll przed konfrontacją z ojcem lub wściekłość na Jugheada. Madelaine Petsch to jedna z wielu świetnych decyzji castingowych.

OCENA 5.5/6

Riverdale S01E13 Chapter Thirteen: The Sweet Hereafter
Aprobuje takie finały i daje znaczek jakości Czesława. To był kolejny rozdział z życia bohaterów, radzenia sobie z ostatnimi rewelacjami i jego reperkusjami. Nie było to jednak zakończenie historii. Morderca Jasona został ujawniony i popełni samobójstwo. Wciąż jednak tajemnicze zostają jego motywację i kto jeszcze jest powiązany w handel narkotykami. Historia toczy się dalej i dzięki temu jak zbudowano podwaliny pod kolejną serię może być jeszcze bardziej interesująca.

Ten odcinek to w większości próba oczyszczenia imienia FP, kolejne śledztwo scooby-gang, ale też małomiasteczkowy dramat. Sezon w większości skupiał się na zadrach rodzinnych, z biegiem czasu okazało się, że mrok siedzi w każdym z dorosłych, mniejszy lub większy, ale jest tam. Finał jest jego eskalacją na całe miasteczko, która znajduje sobie kozła ofiarnego w postaci Węży, szuka łatwych rozwiązań i stygmatyzuje część swoich mieszkańców podczas gdy władcy marionetek dalej kryją się w mroku. Przemowa Betty o ciemności kryjącej się w Riverdale mogła wypaść banalnie, a wyszła przekonująco.

Dużo bardzo dobrych rzeczy działo się przez cały odcinek i bezpośrednio prowadziło to do wydarzeń z cliffhangerów, którymi teraz się zajmę. Pierw Archie. Na koniec sezonu konsumuje swój związek z Veronnicą i świetlana przyszłość przed nimi. Wraca do ojca i ten na jego oczach zostaje postrzelony u Popsa. Bał się o syna i sam może teraz stracić życie. Do września będzie siedział w pudełku Schrodingera. I ja liczę, że pozostanie żywy. Zabijanie postaci jest łatwe, ale trudniejsze jest np. pokazanie ich kalectwa i to byłaby dobra opowieść dla Riverdale. Opowieść o dojrzewaniu Archiego i tragedia kształtująca go jako mężczyznę gdzie dawna fascynacja sportem i muzyką jest czymś dziecinnym. To by się sprawdziło. Wielką tajemnicą jest też sprawca. Hiriam wydaje się najbardziej prawdopodobny.

Właśnie, Lodgowie. W jednym z wywiadów Roberto Aguirre-Sacasa powiedział, że chcę ich przedstawić jak Underwoodów z House of Cards. Wcześniej Hiriam był kreowany na antagonistę, ale w Hermione również czai się mrok. Może skutecznie go ukrywała przez ten czas, ale powrót męża znowu go przyciąga? W to wszystko jest wplątana Veronica, którą coraz bardziej przerażają rodzice.

Z głównej trójki pozornie najmniej ekscytujący jest wątek Betty. Mając dość tajemnic konfrontuje się z matką i dowiaduje o zaginionym bracie. Telenowelowa historia, ale mająca potencjał w Riverdale. Ciekawie można by go powiązać z powrotem Hiriama, może jego współpracownik? Mi się jednak najbardziej podobała jej przemowa demaskująca miasteczko, ale też własną rodzinę z obłudy jakiej tam pełno.

Największą drogę w ostatnich odcinkach serialu przechodzi Judhead. Outsider szukający własnego miejsca, któremu ciężko zaakceptować dobro które go otacza, godzący się z stratą rodzica. Jego świat się zawalił - nowa szkoła i rodzina zastępcza. Wpasował się, tylko na jak długo. Jest też Betty. Wyznali sobie miłość, już miało dojść do zbliżenia i nagle pukanie do drzwi. Węża przyjmują go do rodziny, a on przyjmuje i zakłada ich kamizelkę. Znalazł substytut rodziny i teraz będzie się go trzymał. To może go popchać w mroczną stronę, a Betty powinna stać się jego kotwicą do światła. Lub razem z nim podąży w tą samą stronę, w końcu ona też ma w sobie mrocznego pasażera.

Tak jak Jughead również Cheryll przeszła przez sezon długą drogę. Pozornie archetypowa mean girl z liceum ma więcej warstw niż ogr. Posłuszna córka despotycznych rodziców łatwo rozklejająca się emocjonalnie i dążąca co celu za wszelką cenę. Pierw straciła brata, teraz ojca, jego mordercę. To ją załamało i postanawia ze sobą skończyć. Dramatyczna scena jej ratunku wypadła fantastycznie pod względem reżyserskim, pełna napięcia i dramaturgii. Ważniejsze niż decyzja o samobójstwie było spalenie Thornhill jako symboliczne odcięcie się od przeszłości. Pierw oczyszczenie w wodzie i lodzie, a potem w ogniu i wykucie nowej Cheryll decydującej o swojej przyszłości. Szykuje się konflikt na linii matka-córka i nie mogę się go doczekać.

Gracze są znani, wątki rozstawiane i serial stał się dużo bardziej interesujący. Pozostaje tylko czekać na nowy sezon, który według plotek ma mieć 22 odcinki. A czekanie będzie męczące.

OCENA 5/6
OCENA SEZONU 5/6

The 100 S04E11 The Other Side
W zeszłym tygodniu pisałem o braku wyraźnego podziału między dobrymi, a złymi. Słowa tracą na znaczeniu gdy chodzi o przetrwanie ludzkiej rasy, a definicje wydaje się zbyteczne. Czy zachowanie Jahy i Clarke jest niemoralna? Czy można ją w 100% potępić oglądając to jak cierpi podejmując decyzję? Cztery lata tworzenia historii sprawiły, że scena gdy Clarke celowała do Bellamy'ego, który chcę uratować klany (i siostrę) miała w sobie gigantyczny bagaż emocjonalny. Może też było zobaczyć Clarke jako antagonistkę, którą trzeba pokonać.

Walczyć o przeżycie postanowiła Raven. Dwa odcinki temu na swoich warunkach postanowiła w swoich ostatnich chwilach pospacerować sobie po kosmosie. Tym razem jej podświadomość przyjmując postać Sinclaira namówiła ją do życia. Raven nigdy się nie poddaję i kolejny raz do udowodniła. Lindsey Morgan znowu była wspaniała w tej roli.

Wielkim zaskoczeniem okazał się wątek w Arkadii. Może nie z względu na wydarzenia, ale emocję jakie budził. Monthy desperacko i bezskutecznie próbuje ocalić swoich przyjaciół którzy postanowili zostać. Jasper jest niczym przywódca sekty namawiający na zbiorowe samobójstwo. Wątek ten troszkę męczył, był zbyt bardzo rozciągnięty w czasie, ale ostatecznie się opłaciło dla ostatnich scen. Jasper rzeczywiście się zabija. Umiera w ramionach swojego najlepszego przyjaciela, który nie może tego zaakceptować. Czerwony księżyc, zbliżenia na twarze, nieunikniona śmierć i wyznanie miłości. Wzruszyłem się. Tak jak gdy potem Harper krzyczy "kocham cię" do Monthy'ego. Miłość nie jedno ma imię.

Do końca dwa odcinki i z pewnością w The 100 jeszcze nie jeden dramat się szykuję. Trzeba w końcu skazać 75% populacji na śmierć i na pewno trafi się tam jakaś znana twarz. Na pewno ktoś z trójki Raven, Monty i Harper. Ci którzy ostatnio najmocniej walczyli o przetrwanie. Może Clarke by Czarna Krew mogła ją uratować? Przed tym na pewno będą zamieszki i walka o bunkier. Jaha tak łatwo nie zrezygnuje.

OCENA 5/6

The Flash S03E21 Cause and Effect
Zaskakująco dobry odcinek Flasha, jeden z przyjemniejszych w tym sezonie. Bardzo się obawiałem jak potraktują rozwiązanie zagadki tożsamości Savitara, a scenarzyści całkiem nieźle sobie z tym poradzili. Po pierwsze, udało się im jeszcze zaskoczyć. To nie jest Future Barry, a Widomo Czasu z przyszłości powstała podczas ostatecznej walki z Savitarem, porzucone przez przyjaciół i czujące złość do całego świata. Zgrabnie to wyjaśniono. Po drugie, cieszy brak ukrywania tajemnicy. Barry wraca i mówi drużynie o wszystkim by razem walczyć z swoją przyszłą wersją. Były emocję, tłumione wyrzuty sumienia i desperackie działania. Całkiem zaskakujące.

Odcinek nie kręcił się w okół walki z Savitarem jak można było przypuszczać. Genialny plan nie wypalił. Miano zablokować tworzenie nowych wspomnień by zyskać przewagę nad przeciwnikiem. Zamiast tego zrobiono forma c Barry'emu. To prowadzi do mnóstwa komicznych sytuacji. Dawno nie było tak luźnego odcinka w serialu. Pośmiałem się i stwierdziłem, że właśnie tego tam brakuje. Mrokh  za bardzo przytłacza, potrzebny jest Barry uśmiechający się, cieszący z swoich mocy i żartujący z innymi. Fajnie było to znowu zobaczyć i trzymam kciuki za powrót do korzeni w S04.

Poruszono też temat osobowości. Co definiuję człowieka i czy wymazanie przeszłości zmienia jego charakter. Łatwo można było popaść w banał, ale znowu, całkiem znośnie to wyszło. Odnosiło się to też do Catlin. Nie da się zupełnie kogoś zmienić, zawsze często ciebie zostaje. Zmiana oczek na normalne była bardzo sugestywna. I ja coraz bardziej się obawiam, że Catlin poświęci swoje życie by pokonać Savitara.

Serial dalej śpieszy się z romansem Tracy i H.R. I mi to przeszkadza. Nie widzę lub nie chcę widzieć chemii między tą dwójką. I czemu gdy trafiają na niesamowicie skomplikowaną zagadkę naukową nie sprowadzą Wellsa z Earth-2? Kto jak kto, ale on na pewno by służył pomocą. Chciałbym tez zobaczyć jego flirtowanie z Tracy, to byłoby na pewno ciekawe doświadczenie.

Cliffhangera kompletnie nie zrozumiałem. King Shark strzeże źródła energii o sile słońca? Ale jak? <SPOILER> i co w związku z tym mam Capitan Cold pojawiający się w trailerze?! </SPOILER>. Zapowiada się mocny odcinek, tym bardziej, że jednym z scenarzystów jest Geoff Johns i gość od Legends of Tomorrow.

OCENA 5/6

The Handmaid's Tale S01E01 Offred
Długo się zbierałem do pierwszego prawdziwego hitu platformy Hulu. Wiedziałem, że będzie to serial świetny i wycieńczający emocjonalnie. To przytłaczająca opowieść o świecie wymarzonym przez radykałów i fundamentalistów gdzie kobiety zostają zredukowane do roli podległej mężczyzną. Ubezwłasnowolnione gdzie część z nich służy jako bydło rozpłodowe. Jest to wizja przerysowane i sugestywna zarazem. Będąca też ostrzeżeniem przed tym w co możemy się zmienić jako społeczeństwo. Fascynujący i straszny obraz.

Historia jest prowadzona wielotorowo z punktu widzenia Offred. Flashbacki opowiadają o jej starym życiu i jak musiała się dostosować do nowej rzeczywistości. Dzięki Elisabeth Moss można bardzo szybko nawiązać więź z bohaterką i ją zrozumieć. Zwykła kobieta w ekstremalnej sytuacji robi wszystko by przetrwać. Udaje się jej mimo brutalnego środowiska w którym musi żyć. Tortury fizyczne i psychiczne to codzienność. Totalitarny system gdzie każdy może się okazać twoim wrogiem, nieodłączony strach przed nawet najbliższymi towarzyszami i społeczne wyobcowania. Mimo to Offred walczy. Akceptuje sytuacją, ale też nie zgadza się z nią. Wie co trzeba zrobić by żyć. Przez co oglądanie jej ma w sobie coś magnetycznego. Wstrząsająca scena seksu, czy raczej krzyżówka rozpłodu z uświęconym rytuałem ruszała równie mocno co publiczny lincz na domniemanym gwałcicielu.

Serial jest piękny. I przerażający zarazem. Krwisto czerwone kostiumy podręcznych podkreślają odrealnienie całej sytuacji i w niezwykły sposób komponują się z współczesnym Amerykańskim miastem i nieodłącznymi mężczyznami z karabinami. Kadrowanie jest często artystyczne, wykorzystuje oświetlenie lub figury geometryczne do podkreślenia chwili. Często zdarza się również widok z lotu ptaka. Nieodłączna jest też narracja z offu i gra aktorska delikatnymi grymasami twarzy.

OCENA 5.5/6   

 
True Detective S02E04 Down Will Come
W połowie odcinka naszła mnie myśl - to dobry serial, ale brakuje mu mocy, jakieś charakterystyczne sceny wywołującej prawdziwe emocję. Jak na zawołanie dostałem masakrę na ulicach Vinci. Efektowna strzelanina, niczym działania wojenne w amerykańskim miasteczku. Wszechogarniający chaos, długie wymiany ognia i postronne ofiary. To było niezwykle efektowne i trzymające na skraju fotela. Oczekiwałem kopa od serialu i go dostałem.

Trochę gorzej wypada samo śledztwo. To dalsza część opowieści o znanych już bohaterach. Pocztówki z ich życia składające się głównie na problemy rodzinne co momentami ciężko się ogląda. Momentami wygląda to jak nędzna telenowela. Problemy z zajściem w ciążę macho gangstera, oświadczyny homoseksualisty który usłyszał o nadchodzącym dziecku, wspomnienia zmarłej matki i czy próby nawiązania lepszych stosunków z synem. Szkoda bo o tych bohaterach można opowiadać ciekawie co pokazuje ostatnia scena gdy Ani i Valcoro są zszokowani ostatnimi wydarzeniami, a Woodrugh najspokojniej z ich wszystkich chowa broń. Problemy z orientacją seksualną są dla niego dezorientujące, ale gdy znalazł się na polu walki dobrze wiedział co ma robić.

OCENA 4/6

niedziela, 23 kwietnia 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #227 [17.04.2017 - 23.04.2017]

SPOILERY

24: Legacy S01E12 11:00 P.M. - 12:00 A.M.
Przykro się robi człowiekowi gdy musi oglądać swoją ulubioną markę tak bezczelnie gwałconą przez scenarzystów. Nie potrafię znaleźć pozytywów w finale sezonu, chciałbym coś pochwalić, napisać o tym co mi się podobało, ale jedyną rzeczą która mnie uszczęśliwiła były napisy końcowe. Wreszcie, po dwunastu zupełnie niepotrzebnych odcinkach można odpocząć. Przynajmniej do przyszłego sezonu który oczywiście będę oglądał.

Nie licząc pierwszych paru minut i przeciętnego starcia Tony vs. Eric finał był przegadany i nudny. Z pewnym szokiem myśląc, że zbliża się koniec zegar pokazał połowę odcinka. Aż jęknąłem z rozczarowania. Potem było jeszcze gorzej. Długie rozmowy o niczym, zero napięcia i plot twisty będące przykładem jak nie pisać scenariusza. W pewnym momencie zacząłem kibicować terrorysta żeby ich wszystkich zabili. Chyba najbardziej rozśmieszyła mnie broń obok związanego Bin-Khalida i to w jaki sposób zginął Nasiri i Rebecca. Absurd.

Najbardziej bolały mnie zwroty akcji. W odcinku jak i w całym Legacy. Dało się je przewidzieć na długo przed tym nim się wydarzyły. Na zasadzie to jest zbyt przewidywalne, kiedyś by w tym miejscu zaskoczyli, teraz zrobią w najbardziej oczywisty sposób. Scenarzyści podejmowali najgorsze możliwe decyzję i na koniec zabili jeszcze bohaterkę która miała w sobie jakąś ciekawą historię.

W serialu przeszkadzała mi też niekonsekwencja. Urywane wątki i porzucanie postaci, które się rozwiało. Issac i Nicole przez pierwszą połowę serii dostali własne wątki, a potem ich usunięto i zapomniano. Tak jak o chłopaku Andy'ego. Był i w pewnym momencie znikł. Zapomniano też o Masucę który pewnie wciąż leży nieprzytomny w jednym z gabinetów siedziby CTU. Nie rozumiem też decyzji podejmowanych przez bohaterów. Czemu Donovan postanowił walczyć o prezydenturę gdy usłyszał o śmierci Simmsa chyba nigdy nie zrozumiem. Mógłbym jeszcze długo, ale nie mam siły kopać leżącego i nieprzytomnego. 


Inne:
- terrorysta od dwóch posługuje się tym samym numerem telefonu. Ja rozumiem uproszczenia scenariuszowe, ale bez przesady.
- Carter jest beznadziejny, nie dość, że znowu schrzanił misję to jeszcze Rebecca przyjęła za niego kulkę i uratowała mu życie.
- 12 godzinny flashforward, a w nim m.in. spotkanie Cartera z żoną i zdanie raportu po akcji. Co w takim razie Eric robił przez ten czas?
- bohaterowie wypadli delikatnie mówiąc blado. Może więc następny sezon z nową obsadą i zmiana formatu na antologię? Przypominam, że bohaterka Yvonne Strachovski mogłaby udźwignąć własny serial.

OCENA 2/6

Chicago Fire S01E08 Leaving the Station
Czasem trzeba powziąć męską decyzję i porzucić jakiś serial mimo sympatii do niego. I tak dziwie się sobie, że wytrzymałem z Chicago Fire aż osiem odcinków. Początkowo chciałem tylko sprawdzić jak to wygląda, złapałem zajawkę i niestety szybko spowszedniało. To już któryś odcinek z rzędu który ogląda się dobrze bez chęci natychmiastowego włączenia następnego. Lubię serialowe uniwersa i przeplatające się historię dlatego smuci mnie, że nie doczekałem do debiutu innych seriali z Chicagoverse. Niektórych bohaterów mocno polubiłem i cicho liczę na powrót do nich.

Sam odcinek miał jeden bardzo ciekawy wątek - traumę Millsa po zobaczeniu poćwiartowanej przez pociąg dziewczynki. Dobrze rozegrano to zwłaszcza na początku gdy widocznie to go przybiło, a koledzy nie potrafili mu pomóc. Końcówka niestety zrobiła się bardzo ckliwa gdy Casey zabrał go w odwiedziny do dziewczyny którą przed laty uratował z pożaru. Oczekiwałem jakiegoś mnie oczywistego rozstrzygnięcia.

Dla przeciwwagi wprowadzono mocno komediowy wątek nienawiści Mocuha do dwóch kanadyjskich rekrutów. Zabawnie, zwłaszcza dzięki żartom Otisa. Prócz tego standard - kłopoty Casey'a z Hallie, nadpobudliwa Dawson, Severide i jego kłopoty z ręką i kłopoty Shay z dziewczyną. Te same wątki rozgrywane od dłuższego czasu. To m.in. przez to tymczasowe kończę przygodę z komendą z Chicago.

OCENA 4.5/6

Nashville S01E06 You're Gonna Change (Or I'm Gonna Leave)
Zabawę w "wskaż jeden serial nie pasujący do reszty" wygrałoby Nashville. Obyczajówka o piosenkarzach country zupełnie nie pasuje do mojej obecnej ramówki. Kiedyś jednak starałem się oglądać wszystkie hitowe nowości, a takie właśnie Nashvill było. Głośna premiera ABC, przychylność widzów i krytyków. Sprawdziłem, podobało mi się, ale nie na tyle by pozostać. Nawet dla Connie Britton którą uwielbiam choćby za Firday Night Lights. I gdyby nie Maszyna Losująca na pewno bym nie wrócił do tego serialu.

Czy po tylu latach mam tutaj czego szukać? Tak i nie. To wciąż nie jest mój serial, tego typu dramy nie interesują mnie nie ważne jak dobrze byłyby rozpisane. A ta taka właśnie jest co potrafię docenić. Momentami nawet wkręciłem się w oglądanie. Bałem się spaceru po gwoździach, a dostałem nagrzany piasek na plaży. Zacząłem nawet sympatyzować z bohaterami i im kibicować, muzyka wpadała w ucho, a fabuła mnie wciągnęła. Może poza historię Juliette i jej romansów z przyszłą gwiazdą futbolu.

To jest bardzo dobrze rozpisana fabułka poruszająca kilka ciekawych kwestii. I gdybym nadrobił wszystko co mam w kolumnie "Do nadrobienia" pewnie bym wziął się na Nashville. Przyśpieszeniu tej decyzji nie pomaga brak serialu na Netflixsie i wciąż pojawiające się nowe odcinki. 

Inne:
- kolejny odcinek z 2012 roku. Spodziewam się w niedługim czasie Last Restort i Boardwalk Empire, które są na mojej liście.

OCENA 4.5/6

Prison Break S05E03 The Liar
Bardzo dobrze zdaje sobie sprawę z nielogiczności i uproszczeń scenariuszowych. Momentami razi tak, że aż oczy bolą. Martwię się wtedy o wzrok i ignoruje to co mi przeszkadza bo dalej się bawię czyli dostaje to czego oczekiwałem. Jest akcja, sympatyczni bohaterowie i wielki spisek który z biegiem czasu jest coraz bardziej pokręcony. To wystarczy. I tylko żałuję, że 24: Legacy nie ma odrobinę tej ikry. Pomyśleć, że przed premierom obu seriali to właśnie PB skazywałem na porażkę.

W więzieniu miało dojść do wielkiej ucieczki. Michael stawia wszystko na jedną kartę i ryzykuję. Patrząc na numer odcinka byłem pewien, że zawiedzie, ciekawiło mnie tylko jak bardzo. I spieprzył. Regionalny lider ISIS chcę go zabić, stracił przyjaciela i wylądował w izolatce. Jest jeszcze wściekły Irlandczyk, który prawdopodobnie będzie go obwiniał za śmierć brata. Szkoda tylko, że nikt z nich nie ma wyraźnie nakreślonego charakteru przez co brakuje napięcia. Przez skupienie się na starych postaciach tylko nimi się mogę przejmować.

W międzyczasie wyjaśniło się co porabiał Michael od swojej śmierci. Pracował dla CIA wyciągając różnych ludzi z więzień na całym świecie. Głupiutkie i utrzymane w duchu serialu. Mogę z tym żyć. Tylko kim jest Posejdon, co z tym wszystkim ma wspólnego Kellerman, tajemnicza blondyna i czemu Michael użył T-Baga?

By podkręcić jeszcze wątek ucieczki dorzucono questy dla Lincolna i C-Note. Kompletnie zbyteczne, szczególnie wizyta w elektrowni. Jakby scenarzyści stwierdzili, że to właśnie Franklina chcemy oglądać. O wiele ciekawsza była historyjka Scheeba którą darzę coraz większą sympatię. Nieustannie szantażowana przez Lincolna pomaga znanemu terroryście bo tylko to potrafi robić, pomagać ludziom. Jak trzeba postawi się też oprawcy. Tylko szkoda, że potrzebuje rycerza w lśniącej zbroi jakby koniecznie trzeba było jej relację Lincem sprowadzić na bardziej intymny grunt.

Na koniec o Sarah. Kiedyś mnie denerwowała, potem jeszcze bardziej gdy oglądałem Sarah Wayne Callies w The Walking Dead. Teraz jej sceny mnie cieszą. Pokazują jak dużo się nauczyła. Wykorzystując swoją inteligencję ucieka dwom zabójcą, łączy Kellermana z hackerskim atakiem i wykorzystuje T-Baga. Stwierdza też, że lepiej walczyć niż się chować. Go Sarah!

OCENA 4/6 
  
Riverdale S01E10 Chapter Ten: The Lost Weekend
Widząc zapowiedź wielkiej imprezy urodzinowej w amerykańskim stylu nastawiłem się bardzo negatywnie do odcinka. Nie lubię tego typu wątków, zazwyczaj wypadają bardzo przeciętnie. Jakże się pomyliłem. Jestem nawet w stanie zaryzykować i stwierdzić, że to był jeden z najlepszych odcinków Riverdale. Impreza była tylko pretekstem do lepszego przedstawienie charakterów postaci jak i zagęszczenia wątku morderstwa. Sekrety wyszły na światło dzienne i pojawiły się nowe pytania. Przyjaciele dowiedzieli się też czegoś nowego o sobie. Jak to wszyscy są tutaj popaprani i dobrze zdają sobie z tego sprawę. Betty, Jughead, Archie i Veronica. Początkowo wydawali się bardzo prostymi postaciami, a z upływem czasu niesamowicie się rozwinęli i oglądanie ich to sama przyjemność. Czwórka w jakiś sposób złamanych osób bardzo się do siebie zbliżyła i to pomaga im przetrwać. I choćby dla tych postaci bym oglądał dalej.

Inne:
- Jonesowie, Cooperowie, Blossomowie i Lodgowie w jakiś sposób wiążą się z śmiercią Jasona. Tylko Andrewsowie pozostają czyści. Podejrzewam, że powrót matki Archiego to zmieni.

OCENA 5/6

The Expanse S02E13 Caliban's War
Jestem pełen podziwu jak jakościowo podskoczył ten sezon. Już pierwszy był bardzo dobry, teraz jest jeszcze lepiej. Zdarzały się momenty z zbyt rozciągniętą fabułą, ale to zaledwie 2-3 odcinki, reszta zachwycała. To jak rozgrywano konflikt miedzy Ziemią i Marsem, jak wypisano Millera, historia Bobbie, społeczny wydźwięk serialu (który zbyt rzadko dostawał głos) i wszystko związane z Avasaralą. Jak dobrze, że następna seria jest już zapowiedziana, a na polskim rynku ma jeszcze zawitać książkowy pierwowzór.

Zadziwiła mnie struktura odcinka. Zamiast zgodnie z zasadami finałów ich w rozmach i bombastyczność postanowiono rozegrać całość bardzo kameralnie. Dwie główne historie działające na zasadzie bottle-episode. Holden uwięziony w ładowni Rocinante z Calibanem oraz walcząca o życie Avasarala z Bobbie na statku Mao. Widowiskowy początek i trzymanie widza w garści do samego końca. Wyszło wszystko. Dialogi odsłaniały coś nowego o bohaterach, mówiły o ich przekonaniach i tym jakimi są ludźmi. Mi się szczególnie podobały rozmowy Amosa z Holdenem i Amosa z Naomi podkreślające zmianę w Amosie i wskazujące jaką drogę może jeszcze obrać. Zadziwił mnie też bardzo naturalny humor, szczególnie z udziałem Bobbie. I urzekła reżyseria - w ostatnim ujęcia oraz podczas długiej podróży po kadłubie Rocinante na jednym ujęcie.

 Trochę zabrakło mi opowiadania szerszej historii. Jedna, dwie sceny o wojnie Ziemi z Marsem zwiększyłyby poczucie skali historii jaką opowiada serial. Zamiast tego jako bonus poza głównymi postaciami dorzucono dalszy ciąg wyprawy badawczej na Wenus. Pięknie wizualnie zwieńczono ten wątek i wprowadzono na arenę nowe zagrożenie. Protomolekuła niczym Doktor Manhattan rozkłada na części pierwsze statek łamiąc przy tym prawa fizyki. Jak tu nie czekać na ciąg dalszy? Ta scena też pięknie komponowała się z wzruszającą muzyką i słowami Naomi przyznającej się do pozostawienia protomolekuły. To było też podsumowanie historii człowieczeństwa i ciągłych wojen co wcale nie wypadło pretensjonalnie. 

To będzie długie oczekiwanie na nowy sezon, z pewnością zdążę się stęsknić za bohaterami których tak bardzo polubiłem. Prawdopodobnie z tęsknoty odpalę jakiś inny sezon w kosmosie mimo, że nie będzie miał tak pięknych widoczków i historii jak ten.

OCENA 5.5/6

True Detective S02E03 Maybe Tomorrow
Oglądanie serialu kilka lat po premierze ma zasadniczą wadę - ludzie doszli do konsensu czy jest to dobra czy zła produkcja i choćbym nie wiem jak chciałbym sobie wyrobić zdanie zawsze czyjeś opinie będą wpływały na moją. I tak oglądając True Detective nie tworzy własnych refleksji na temat tego co zobaczył, a myślowo polemizuje z krytyką serialu. Przeszkadza mi to, odbiera część z przyjemności oglądania przez co źle się z tym czuję. Nie wiem też czy to co widzę jest rzeczywiście złe i mi się nie podoba czy chcę je uznać za złe bo ktoś powiedział, że takie jest. I weź tu człowieku bądź teraz mądry i oceń co zobaczyłeś.

Najprościej będzie ograniczyć wrażenia do minimum. Napiszę, że mi się podobało, ale miałem pewne problemy. Razi mnie sztuczność całości, niepotrzebne i zbyt długie dialogi i ślamazarność śledztwa, która ani trochę nie jest ekscytujące. Za to podobają mi się wątki poszczególnych postaci, to z jaką pewnością są rozgrywane i jak scenariusz kurczowo trzyma się zasady show dont tell. Każdy ma swoje problemy, gliniarze są stawiani przeciwko sobie, przełożeni wymagają niemożliwego, a demony przeszłości co chwila nawiedzają. Większość z nich chcę też udowodnić, że są innymi ludźmi za których ich uważają. Po tych trzech odcinkach wiem jedno - jestem ciekaw jak skończą, a to przecież najważniejsze. Kto zabił i co wyniknie z całej intrygi? To jest mi akurat obojętne.

OCENA 4.5/6

wtorek, 11 kwietnia 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #225 [03.04.2017 - 09.04.2017]

SPOILERY
 
24: Legacy S01E09 8:00 P.M. - 9:00 P.M.
Na prawdę nie wiem czemu to sobie robię i oglądam kolejne odcinki tego paszkwila. Nic mnie tutaj nie interesuje. Bohaterowie, fabuła, sceny akcji. Jedynie sentyment do marki, co jest bardziej przekleństwem niż błogosławieństwem. Zdarzają się znośne momenty, gdy zapominają o wszystkich wadach, ale to tylko cisza przed falą tsunami. Tutaj szczytem głupoty był szantaż szefa ochrony CTU. Który się powiódł bez większych problemów. Nielogiczna motywacja sprawia, że wątek odbicia Bin-Khalida jest dziurawy jak przestrzelone sitko pełne sera szwajcarskiego. Dobrze, że przynajmniej dano kilka wybuchów na koniec i twist z Nasirim oraz porwanie Donovana. Zagęsci to trochę atmosferę na trzy ostatnie odcinki.

Osobny akapit dla Cartera. Nie żeby go pochwalić, wręcz przeciwnie. Znowu na uboczu, zajmuje się rozbrajaniem bomby, a główne wydarzenia dzieją się obok niego. Dawno nie stworzono tak mało potrzebnego głównego bohatera. Odbiór jego historii utrudniają jeszcze problemy małżeńskie których nie chcę się oglądać. Scenarzystę który uznał to za wartościowe powinni oddelegować do opery mydlanej.

Inne:
- terrorystka strzela do dwóch agentów CTU po czym sama dostaje kulkę. Co robią pozostali agenci? Sprawdzają czy ona żyję mając w poważaniu swoich kolegów.
- CTU to najgorsza organizacja przeciw terrorystyczna ever. Kompromitacja za kompromitacją, kret za kretem. Powinni zwolnić szefa kadr i zatrudnić kogoś kto ma jakiekolwiek doświadczenie.

OCENA 2.5/6

24: Legacy S01E10 9:00 P.M. - 10:00 P.M.
Ile do cholery można wykorzystywać ten sam schemat?! Dzieje się coś złego i nagle Carter i Rebecca tracą głowę i działają obok CTU będąc przez nich ściganymi. Już straciłem rachubę, a mowa tylko o dziesięciu odcinkach. A przecież jeszcze w 1x9 był ochroniarz który zrobił to samo. I Andy, który współpracował z Carterem. Irytujące jest oglądanie dziesięć razy tego samego. Tak samo jak oglądanie nieudolności CTU. Wspólna akcja Rebecci i Cartera zakończyła się (niespodzianka!) niepowodzeniem. Fiasko za fiaskiem. Jednak największym fuck upem i zwrotem akcji w stylu 24 było pokazanie żywego Bin-Halida. Szczęście, że Stany istnieją jako państwo przy takiej organizacji.

Mimo tych wad odcinek oglądało się dobrze, głównie dlatego, że pozwolił mi zrozumieć jedną rzecz - Carter nie jest głównym bohaterem. To jest serial i Rebecce, ona robi najwięcej i najciekawiej jest prowadzona. Historia o dzieciństwie Cartera mnie rozśmieszyła zamiast stworzyć nić sympatii. Jednak gdy Ingram szantażowała Khalida przez telefon i zagroziła odejściem lub wkroczyła na boisko nasiąknięte benzyną moja zainteresowanie wzrosła. I tylko moment gdy uciekała przed zbliżająca się ścianą ognia uważam za niesamowicie głupi.

Inne:
- kolejna wolta z głównym przeciwnikiem sezonu. Ziew. Tylko czekać na powiązanie z Luisem.

OCENA 2.5/6

Chicago Fire S01E06 Rear View Mirror
Podobało mi się jak w odcinku poprowadzono dwa podobne wątki osobiste. Dla Dawson i Caseya przyszła ciężkie czasy i powoli pętla na ich szyi coraz mocniej się zaciskała. On musiał radzić sobie z Voightem, którego działania były coraz bardziej agresywne. Ona stawiała czoła komisji dyscyplinarnej i problemem jakie przez to miała w pracy. Jak w dobrej bajeczce wszystko skończyło się happy endem. Zły policjant został aresztowany, a dobra lekarka może dalej ratować życie. Miło się to oglądało. Do tego sporo pobocznego humoru m.in pijany komisarz. Zadziwiająco dobrze mi się to ogląda.

OCENA 4.5/6

DC's Legends of Tomorrow S02E17 Aruba
Gdyby rok temu debiutowały Legendy uważał ten serial za zupełnie niepotrzebny. Teraz, finał drugiej serii udawania, że jest to jeden z najlepszych seriali bohaterskich. Akcja, humor, historia, bohaterowie, wrogowie, dialogi, komiksowość. To wszystko tworzy świetnie sprawdzającą się mieszankę której chcę się jeszcze i jeszcze. Dlatego z wywieszonym jęzorem wyczekuje października i nowych odcinków serialu.

Ja na finał przystało tempo było zawrotne. I tak samo jak S01 tak i teraz czuć było ducha Doctora Who. Szalona podróż w czasie i McGuffin rozwiązujący problem z ostatnich odcinków. Efektownie oglądało się powrót na pole Wielkiej Wojny i interakcję Legend z swoimi wcieleniami. Zaskakujące sceny pełne humoru, ale często też dramatyzmu, jak moment gdy Sarah zdaje sobie sprawę, że zawiodła.

Walka z Legionem była efektowna, a scenarzyści mogli zabawić się i pozabijać swoich bohaterów bo i tak zostaną uratowani na końcu. Dlatego starcie nie miało takiej wagi jak powinny. Mimo to widok armii Zoomów robił wrażenie. Tak jak Zoom zabawiający się w Mortal Kombar i wyrywający serce Rayowi. Przyczepiłbym się do jeszcze jednej rzeczy - sceny walki trochę zawiodły. Kiedyś robiły wrażenie, teraz mocno bez polotu, zwyczajna nawalanka skupiająca się na poszczególnych bohaterach, a nie całej drużynie.

W typowy dla siebie sposób odcinek nie opowiadał tylko o walce z Legionem, ale wewnętrznych zmaganiach bohaterów. Amaya i Nate widząc śmierć swoich ukochanych zdają sobie sprawę, że chcą ze sobą być, a przeznaczenie Amai może poczekać. Ładne konkluzja ich love story. O wiele lepiej wypadła historia Sary. Pierw konfrontuje z przyszłością gdzie doznała porażki, a potem pokonuje własną ciemność, akceptuje rzeczywistość i przepisuje rzeczywistość. Długą drogę przeszła od premiery sezonu gdzie za wszelką cenę chciała zemścić się na Darkhu i przywrócić do życia siostrę. Teraz zachowuje się jak strażniczka czasu, prawdziwa bohaterka.

Cliffhanger był zaskakujący. Pierw happy end po wygranej nad złolami bez żadnych ofiar. Potem odejście Ripa. Znowu. Trochę szkoda, ale serialu udowodnił, że nie jest wcale potrzebny. Finalnie podróż do Los Angeles 2017, a tam futurystyczne budynki i dinozaury. Ładne WTF na koniec wpisujące się w komiksową stylistykę serialu. Czyli cała przyszła seria będzie polegać na naprawianiu czasu? A może też odwiedzaniu kolejnych aberracji i nakładających się na siebie okresów historycznych. Średniowiecze z czołgami? Postapokaliptyczna starożytność? Scenarzyści mogą popuścić wodze fantazji i pognać konia w nieoczekiwanym kierunku.

OCENA 5/6

Into the Badlands S02E01 Tiger Pushes Mountain
Od emisji ostatniego odcinka minęło 15 miesięcy. Przez ten czas zapomniałem historię i cliffhangery. Niemalże z pustką zasiadałem do powrotu. I wcale mi to nie przeszkadzało ponieważ pamiętałem czym zostałem oczarowany - stroną wizualną. Czy to walki czy plany, Into the Badlands zachwyca pod tym względem. Oczarowany patrzyłem jak Sunny próbuje uciec czy jak Wdowa urządza rzeź w rafinerii. Przepiękny balet śmierci w postapokaliptycznym świecie. Nawet fabułą się zainteresowałem, jak Sunny ucieknie z kopalni i czy Wdowa wygra wojnę. I tylko wątek M.K. zupełnie tutaj nie pasuje, a serial niestety dużo czasu mu poświęca.

OCENA 4.5/6

Marvel's Iron Fist S01E01 Snow Gives Way
Ludzie straszyli jaki to słaby jest Iron Fist, a on zwyczajnie przeciętny. Pilotowi daleko do poziomu innych Marveli od Netflixa i jeśli przełknie się parę zgrzytów ogląda się go z zainteresowaniem. Scenarzyści postawili na zagubienie i tak jak Danny tak jest też z widzem. Uczy się wszystkiego na nowo wraz z bohaterem i poznaje świat jego oczami. Trochę szkoda, że nie jest tak jak w Daredevilu, Jessice i Luku, że jesteśmy rzuceni w środek wydarzeń, bardziej podobał mi się tamten sposób prezentowania historii. Tutaj też fabuła płynie powoli tylko, że przez bitą godzinę nie dzieje się wiele interesującego przez co Danny zaczyna irytować. Jest kilka śmiesznych rzeczy, ale to szybko mija. Słabo wypadają też sceny walki. Są dość proste, po takim serialu spodziewałem się więcej pod tym względem. Co mnie interesuje? Jaki jest cel Danny'ego. Po co wrócił do NY? Oby nie po kręciło się to w okół odzyskiwania firmy, a walce z ninjasami. Interesuje mnie też wątek Colleen Wing i jej dojo ponieważ lubię takie rzeczy. Ogólnie całość mocno przypomina Arrowa. Co akurat nie jest dobrą rekomendacją. Oglądać będę oglądał, na szczęście do Defenders jest jeszcze sporo czasu.

OCENA 3.5/6

Marvel's Iron Fist S01E02 Shadow Hawk Takes Flight
Takiego skoku jakościowego się nie spodziewałem. Na początku złapałem się za głowę widząc ponad godzinny odcinek. Wraz z upływem czasu zamiast znużenie moja ciekawość się zwiększała. Zaszczucie w ośrodku dla chorych psychicznie, zagubienie i ponowne przeżywanie swojej traumy, powolne przekonywanie doktora i Joy czy wreszcie rozmowa z Wardem seniorem. Autentycznie byłem zainteresowany tym co się dzieje. Czemu nie można było tak od razu? Czemu Dannym nie miał planu? Zamiast tego zachowywał się jak dziecko błądzące w mgle, chodzące od jednej do drugiej osoby.

Podoba mi się też jak pokazywani są Meachumowie. Na pewno ciekawsi od Danny'ego. Zarządzają firmą i pozornie kochające się rodzeństwo. On jednak ma problemy z kontrolą i utrzymuję tajemnicę przed siostrą. Ona potrafi się mu postawić. Jest tez ich rzekomo martwy ojciec, który ma powiązania z Hand. Powoli rysuje się jakaś intryga. I tylko przeszkadza mi w jak bardzo karykaturalny sposób jest pokazywany Howard.

W dalszym ciągu intryguje mnie Colleen. I może momentami sceny z nią są naiwny i bardzo przewidywalne tak chcę się ją oglądać. Czy to podczas gry miejskiej gdzie pobiła własnych studentów, a potem miała trudności gdy rzucała obraźliwe uwagi w ich stronę. Czy gdy jej świat zaczął kolidować z elitami NY gdy zadała sobie pytania co tam robi. Sympatyczna, prawa i sprawiedliwa.

Inne:
- trochę za dużo ekspozycji i przydługie sceny, niepotrzebne też powtarzania flashbacków z katastrofy jakby na siłę chciano wydłużyć odcinek.

OCENA 4.5/6

Marvel's Iron Fist S01E03 Rolling Thunder Cannon Punch
Dawno nie widziałem tak bezczelnego cliffhangera, no nic trzeba odpalić następny odcinek mimo drugiej w nocy. I nie robię tylko dlatego, zwyczajnie podoba mi się co oglądam. Może nie koniecznie Danny'ego, ale to co się dzieje obok. To jak jest pokazywana Joy, Ward, Harold czy Colleene. Cieszy mnie też występ Hoghart, która jest adwokatem Randa. Jeszcze tylko czekać na Claire i będę w pełni usatysfakcjonowany. Najbardziej podobała mi się walka w klatce Colleene. I może fabularnie jest słabo umotywowana tak muszę przyznać, że była efektowna. Najmniej? Danny odzyskujący firmę, nudne troszkę.

OCENA 4/6

Marvel's Iron Fist S01E04 Eight Diagram Dragon Palm
No tak, cliffhanger został bardzo prosto rozwinięty. Głupio i naiwnie, tak jak większość odcinka gdzie Danny spotyka Harolda i zasiada w radzie nadzorczej firmy. Nienawidzę tego motywu gdy ktoś nieznający się na biznesie wkracza w sam jego środek i na siłę uszczęśliwia wszystkich podążając za swoim kodeksem moralnym. Danny taki właśnie jest, niczym dziecko robi wszystko na co ma ochotę nie przejmując się konsekwencjami. Nic a nic mi się to nie podoba. Do tego jeszcze jeszcze manipulowany przez Harolda. Już wolałbym oglądać batalie sądową, w końcu byłby pretekst by pokazywać jak najwięcej Hoghart.

Serial bardzo chciał naśladować Daredevila i mieć swoją scenę w korytarzu, która zepsułaby moją część internetu. Nic z tego. Był korytarz i walka z przeważającymi siłami, ale zero tutaj finezji w realizacji. Prosta nawalanka. Dużo fajniej wychodzą walki w klatce z Colleen, Mała kobita z problemami z agresją powala dwóch napakowanych typów.

Powoli zawiązuje się też intryga z Hand, które wykonuje swój krok. I ja czegoś tutaj nie rozumiem - po co Rand wrócił do Nowego Jorku skoro nie po walkę z Hand? Jest autentycznie zdziwiony ich obecnością więc ma jakiś powód opuszczenie Kunlun. I oby to było coś innego niż chęć odzyskania firmy.

OCENA 3.5/6

Marvel's Iron Fist S01E05 Under Leaf Pluck Lotus
Claire! Zawsze jest ją dobrze widzieć nawet jeśli tylko na parę odcinków, ale nie obraziłbym się gdyby została do końca sezonu. Ktoś musi w końcu nauczyć Danny'ego życia bo biedak sobie słabo radzi. Kto jak kto Claire na pewno jest w stanie tego dokonać. Cieszy mnie, że mocno jest powiązana z intrygą i to ona opowiada czym się zajmuje Hand. Na Daredevila nie ma jednak co liczyć, a przydałby się.

Sam odcinek nie był jednak interesujący. Miał dużo długich scen i nudził. Nie potrzebnie tworzono też seksualne napięcie między Randem, a Colleen. Jakby między odcinkami ich relację zmieniły się bardziej niż powinny bez zbędnego uzasadnienia.

Chyba najbardziej podobało mi się w tym odcinku, prócz Claire rzecz jasna, to jak była prowadzona Joy. Oficjalnie wspierająca siostra, ale krytykująca brata na osobności. Żałująca podejmowanych decyzji niezgodnie z swoim sumieniem, ale konsekwentnie dbająca o firmę na której jej zależy. Jeśli tak dalej pójdzie to ona zostanie jej prezesem.

OCENA 3.5/6

Marvel's Iron Fist S01E06 Immortal Emerges from Cave
Jakiż naiwny jest ten serial momentami. Prosty scenariusz, tekturowy główny bohater i absurdy utrudniające oglądania. Turniej organizowany przez Hand by Danny mógł uratować Sabinę i trzy kolejne walki, które stoczył to coś bardzo głupiego. Hand tworzy dziwaczne zasady, a on podąża za nimi bez kwestionowania. Dobrze przynajmniej, że można było pooglądać więcej walk niż zazwyczaj. Gorzej, że nie były specjalnie wybitne.

Znowu niż oglądanie Hand i Danny'ego lepiej oglądało mi się to co obok. Ward popadający w coraz większe problemy z narkotykami i Joy która musi radzić sobie z firmą to fajny wątek. Świetne były też sceny z Claire, ale wystarczy, że Rosario Dawson jest na ekranie i jest świetnie.

Inne:
- "W Kunlun miałem najszybszego osła", śmiechłem mocno.

OCENA 3.5/6

Marvel's Iron Fist S01E07 Felling Tree with Roots
Gwiazdą odcinka był Ward. Na skraju psychicznego wyczerpania jest proszony przez ojca o pozbycie się zwłok z jego mieszkania. To i kłopoty w firmie to za dużo, postanawia uciec co okazuje się niemożliwe. Zamiast tego dochodzi do kolejnej konfrontacji z ojcem w wyniku której go zabija. Nie powiem żeby to była dla mnie zaskoczenie, spodziewałem się tego. I trochę szkoda bo przypomina motyw z Luke Cage. Do końca zostało sześć odcinków więc ten zwrot akcji i pozbycie się Harolda z równania może nadać nowej dynamiki. Tylko trochę szkoda tej śmierci bo on był głównym spoiwem Rand z Hand.

Gdzie indziej Dany przespał się z Colleen. Tyle po ślubach czystości i jego honorze. Postanowił też nawiązać sojusz z Triadą i raptem nie ma nic przeciwko rozlewowi krwi. Konsekwentnie rujnuję firmę przez co rykoszet obrywa Joy. Dobrze, że ktoś na spotkaniu rady powiedział mu, że zachowuje się jak dzieciak.

Fabularnie dalej powoli, zwroty akcji są albo przewidywalne albo naiwne, scenariusz ma irytujące wady przez co przez 1/4 odcinka nudzi. Brakuje też wyróżniającej się muzyki. Powtarzalny główny motyw gdy nadchodzi coś dużego zdążył mi się już znudzić. Brakuje mi też historii. Mało się dzieje w porównaniu do innych serialu Marvela od Netflixa. Jeszcze jakby substytuty były wystarczające.

OCENA 4/6

Marvel's Iron Fist S01E08 The Blessing of Many Fractures
Danny, jaki ty jesteś irytujący. Chcesz walczyć z Hand, ale nie masz najmniejszego pomysłu jak to zrobić. Wyprawiasz się do Chin bez żadnego planu, nie wiesz co zrobisz z Gao, w ogóle nie myślisz o przyszłości. Jesteś bronią, która nie jest skierowana w konkretnym kierunku. Przez co sceny z twoim udziałem ogląda mi się tragicznie. I jeszcze kolejny raz powtarzanie formułki i kontroli i opanowaniu, które szkoliłeś przez kilkanaście lat by co chwilę tracić kontrolę i opanowanie. Nie wiem czy scenarzyści chcieli oddać skomplikowany charakter Randa czy zupełnie pogubili się w kreacji postaci. Jeśli się nad tym zastanawiam więc to drugie. Dobrze, że jest Claire, która wie co powiedzieć w każdej sytuacji.

Na szczęście są też Moechemowie, Tym razem zdradzeni przez własną firmę stawiają czoła problemem po swojemu. Joy walczy, przygotowywała się na taką ewentualność wynajmując Jessice Jones. Ward natomiast się podda. Wyrzuty sumienia go dopadają, chcę pieniędzy i spokoju. Nie jest nawet w stanie podjąć decyzji w sprawie opowiedzenie historii ojca siostrze. Coraz bardziej lubię oglądać to rodzeństwo na ekranie.

W odcinku były dwa całkiem udane starcia. Pierwsze to pojedynek na miecze Colleene. Całkiem efektowny i przyjemny dla oko. Druga walka to trochę absurdalna zabawa motywem pijanego mistrza. I mimo swojej naiwności na ekranie wyszło znośne. Głównie dzięki wypowiadanym słowom podważającym Danny'ego jako Iron Fista.

OCENA 4/6

Marvel's Iron Fist S01E09 The Mistress of All Agonies
Co za ciężki odcinek. Przyzwyczaiłem się, że seriale Marvela rozczarowują w tych okolicach, ale na pewno nie spodziewałem się tak słabego jakościowo odcinka. Danny porywa Gao do Stanów i nie ma pojęcia co z nią zrobić. Ona siedzi związana i sączy truciznę do uszu Claire i Colleen. W pewnym momencie nie dało się tego słuchać. Pomysł z serum prawdy był głupi, walka nudna i jedynie końcówka trochę pomogła gdy zatruta Wing zostaje uratowana przez Danny'ego. Po czym jej sensei porywa go i Geo. Może w końcu trafił się ktoś kto wie co robi.

U Meachamów zaskoczenie - Harold wcale nie zginął. Tylko co z tego, że sceny z nim były przy długie i opierały się na dziwności. Ja rozumiem kraykaturalne podejście do złych, ale to co dzieje się tutaj to przesada. Jak scena z lodami i zabiciem asystenta. Przypomina mi to Gotham co nie jest wcale chwaleniem. I Jedynie dowiedzenie się przez Joy o tym, że jej ojciec żyje poprawia sytuację.

OCENA 3/6

Marvel's Iron Fist S01E10 Black Tiger Steals Heart
Co za bullshit. Lubię szokujące zwroty akcji, ale niech będą miały choć odrobinę sensu. Colleen i Bakuto okazali się częścią Hand, tą dobą chcącą naprawić świat. Czyli kalka z Hydry. Odechciewa się oglądać widać takie naiwne zwroty akcji. I jeszcze Colleen od początku ukrywała to przed Dannym. Ich konfrontacja na ten temat wypadła fatalnie. Odcinek odrobinę poprawia Davos z Kunlun mający sprowadzić Danny'ego. Jednak jak myślę jak dalej wyewoluję ten wątek to jednak już nie jest tak ciekawie. U Meachumów również idiotycznie. Harold zabił członka zarządu strzałem prosto w głowę i bez problemu upozorują to na samobójstwo. Joy natomiast cieszy się z powrotu ojca, ale coś podejrzewa. I to mały promyczek nadziei, że nie będzie źle.

OCENA 2.5/6

Marvel's Iron Fist S01E11 Lead Horse Back to Stable
Danny opuścił Kunlun ponieważ zobaczył znak, orła obniżającego swój lot. A ja głupi myślałem, że kryje się za tym większa historia. Sama opowieść o szukaniu własnego miejsca w świecie nie wystarcza. Nawet jako motyw całego serialu. Colleen, Warda i Joy to również dotyczy, to zgrabna klamra dla opowieści jednak nie zawsze dobrze przedstawiona i daleko jej od wątków poruszanych w Jassice Jones i Luke Cage. I chyba to mi najbardziej przeszkadza w Iron Fist, brak tematu przewodniego, trudniejszych sprawe które można by poruszyć. Niby próbuje się akcentować nierówności społeczne czy wyzysk korporacyjny, ale właśnie, to tylko akcenty.

Inne:
- Danny w koszulce Luka, bardzo fajne odwołanie do uniwersum.

OCENA 3.5/6

Marvel's Iron Fist S01E12 Bar the Big Boss
Dziwnie ogląda się ten serial gdy Danny jest tym rozsądnym. Zupełnie nie pasuje to do jego charakteru, nie wynika z drogi którą przeszedł, ale wreszcie nie denerwuje. Ogólnie cały odcinek uznaje za udany. Czuć było napięcie między Colleen, a Davosem gdy musieli ze sobą współpracować przez co oglądanie scen z ich udziałem było bardziej interesujące niż zwykle. UDanie wyszło też kreowanie konfliktu Hand-Ward-Harold i w mieszanie to Danny'ego przez co przez cały odcinek była odpowiednia stawka. Aż się zdziwiłem jak mnie wciągnęło. I nawet walki wyszły całkiem nieźle. Zwłaszcza ta na miecze w strugach deszczu. I wiem, klisza, ale jak zwykle działa. Gdyby zmienić trochę zakończenie to mógłby być udany finał sezonu. Udany jak na ten serial. Wciąż denerwowały dialogi i wyróżnika, ale najważniejsze było - przyjemność z seansu.

OCENA 4/6

Marvel's Iron Fist S01E13 Dragon Plays with Fire
Wreszcie koniec. Nie będę się powtarzał - złe rzeczy wciąż są obecne, dobrych jest niewiele, a serial można wystawiać w muzeach jako przykład przeciętności. Było jednak kilka rzeczy na których parsknąłem z niedowierzania. Smok z Kunlun okazał się wizją przyszłości, symbolicznych strachem, któremu Danny musiał stawić czoła, a jego podróż była ścieżką zaplanowaną przez przeznaczenie. Tak więc Davos się mylił, a Danny nie powinien obarczać, że pozostawił klasztor niestrzeżony. I to mnie smuci bo ja bardzo chciałem zobaczyć smoka w tym uniwersum.

Rozwiązanie intrygi, starcie z Haroldem i poskromienie Iron Fist przez Randa wyszło bardzo naiwnie. W tym wątku podobał mi się zwłaszcza Ward, który zmienił stronę. Przeszedł długą i bardzo interesującą drogą. To właśnie jego i Joy oglądało mi się najlepiej. I ciekawi mnie cliffhanger z jej udziałem - chce zbawić Danny'ego przy pomocy Davosa. Wiem, bez sensu, ale w rękach dobrych scenarzystów można by zrobić dużo dobrego z tą postacią.

Czego życzę sobie w następnym sezonie? Zmiany showrunnera na kogoś z pomysłem, wymiany scenarzystów i reżyserów. I ludzi odpowiedzialnych za udźwiękowienie. Koniecznie też lepszych choreografów. Jak i kaskaderów. Ogólnie poprawić stronę techniczną serialu. 

Inne:
- Danny po powrocie zostaje zniszczone Kunlun, najbardziej przewidywalny cliffhanger ever.
- wciąż nie wyjaśniono do czego służy dziura w centrum NY znana z Daredevila.
- Marvelowy serial z najgorszą ścieżką dźwiękową, to już w Agentach jest lepiej.
- Claire mówiąca Colleen i Danny'emu, że potrzebują psychologa, jak tu jej nie kochać? Jak dobrze, że wraca już w The Defenders

OCENA 3.5/6

Prison Break S05E01 Ogygia
Fala sentymentalnych wznowień seriali sprzed lat była zaskoczeniem. Heroes, The X-Files i 24 zawiedli. Tego samego oczekiwałem po Prison Break. Ci sami ludzie opowiadają kontynuację historii, która była u swego końca ciężkostrawna. I wielkie zaskoczenie bo powrót Prison Break był interesujący. Wciągał od pierwszych minut, dobrze było wiedzieć znane postacie po 7 latach, a cała intryga robi się iście bizantyjska. To wciąż ten sam serial, mający te same wady jak i zalety. Ale ja to łykam jak młody pelikan. Kilka stron konfliktu i wszystko owiane mgłą tajemnicy. I końcowy cliffhanger gdy Michael nie przyznaje się bratu do tego kim jest, a inni uważają go za terrorystę. Jak takie coś może nie intrygować? Trochę brakowało mi mystery drama starej szkoły zapoczątkowanej przez Lost więc pewnie dlatego zawyżam ocenę, ale wcale mi nie wstyd z tego powodu. I jak te dziesięć lat temu z niecierpliwością czekam na kolejny odcinek.

Inne:
- serial zrobił mały reboot. Wydarzenie z poprzednich czterech sezonów działy się na przestrzeni niecałego roku i na grobie Michaela w finale S04 (czy może w filmie telewizyjnym?) jako data śmierci było 2005. W recapie na początku premiery S05 jest 2010. Trochę mi to przeszkadza.

OCENA 4.5/6

Riverdale S01E08 Chapter Eight: The Outsiders
Pisanie o Riverdale jako teen dramie byłoby obraźliwe. To międzygeneracyjny dramat opowiadający o dwóch pokoleniach, które nieustannie na siebie wpływają. I to wątki nastolatków wypadają tutaj najgorzej. Miłostki, kłótnie, baby shower, są nudne. Elektryzująco robi się gdy pojawiają się matki i ojcowie, jak ich wybory wpływają na dzieci. W tym odcinku wyróżniał się dramat rodziny Cooperów co zostało dodatkowo podkreślone przez kompozycyjną klamrę. Otwierająca scena przedstawia szczęśliwą rodzinę by na końcu, gdy już kłamstwa wyjdą na światło pokazać rozbitą familię. Betty mogła się starać wszystko naprawić, ale niektóre zadry weszły tak głęboko, że nie da się ich wyjąc bez pozostawienia blizny.

Dużo czasu dostał też Fred i jego problemy na budownie. Konflikt z Blossomami, uwikłanie w to węzy i Lodga, postawił się w bardzo trudnej sytuacji i nawet nie zna połowy prawy. Jest nieświadomym pionkiem. Tak samo jak ojciec Jugheada. W jakiś sposób jest zamieszany w śmierć Jasona, ale jak sam mówi o sobie, musi odegrać swoją rolę. Podejrzewam, że wszsytko zostanie ładnie spięte w finale, a potem będę stukał się w głowę, że tego nie zauważyłem.

Inne:
- gdy szeryf Keller przyjechał w sprawie pobicia Moosa na budowie tylko czekałem, że Fred wpadnie w kłopoty z powodu zatrudniania na czarno nastolatków. Niestety, nikt się tym nie przejął.
- seniorka rodu Bloosomów przewiduję bliźniaczą ciąży - pierwszy znak na istnienie magii w uniwersum. To co, w finale Sabrina?

OCENA 4.5/6

Riverdale S01E09 Chapter Nine: La Grande Illusion
Cichym bohaterem odcinka zostaje Fred. Po tym jak dowiedział się prawdy dla kogo pracuje powiedział dość bycia pionkiem w grze dwóch potężnych rodów. Czas samemu decydować o swoim życiu i nie dać się znowu ograć. Piękna był moment gdy mówi Hermione o wzroście jego udziału i zrywa z nią by nie mieszać życia prywatnego z interesami. Pewnie to wszystko wypali mu w twarz, ale to naturalna kolej rzeczy.

Natomiast antybohaterem zostaje Archie. Biedak miota się, nie widzi gdy jest wykorzystywany i zamiast coś zyskać dużo traci. Nie żal mi go. Chociaż jego naiwność jest odrobinę odświeżające przy całym cynizmie dorosłych. Tylko mogło to być krócej przedstawiane. I dać więcej Cheryl. Zbiera się w niej i w końcu wybuchnie, idzie sztorm jak mówił Jughead, a jego imię to Cheryl. Polly, Archie i rodzice będą jej ofiarami.

Ciekawy wątek dostała Veronica, która przechodzi interesującą przemianę. Jeszcze interesująca by była gdyby od czasu do czasu pokazywano jej jędzowatą nature zamiast tylko o niej wspominać. Dręczona wyrzutami sumienia pomaga Ethel by potem odkryć, że biznes z jej ojcem doprowadził dziewczynę do tej sytuacji. Znowu powraca motyw wpływu dorosłych na życie dzieci. Tym razem jest też pogłębiony poprzez odsuwanie się tych dzieci. Mocno kochająca córka coraz bardziej nienawidzi swojego ojca dowiadując się jak jego działania wpłynęły na innych.

OCENA 4.5/6 

Suits S02E01 She Knows
Dawno temu przestałem oglądać Suits z powodu zbyt małego nacisku na sprawy prawniczej. Męczył mnie powtarzalną formułą i męczącą główną fabułę. Sympatyczni bohaterowie i dynamiczne dialogi były zbyt słabym argumentem by zostać na dłużej. Minęło kilka lat, o wadach zapomniałem, a zalety wciąż są. Tak więc powrót do serialu pozwolił mi bardzo miło spędzić 45 minut. Trochę się pośmiałem, trochę przejąłem historią, a nawet zaciekawiłem historią. Nie sprawą tygodnia, ta była nudna i do niczego nie prowadziła, a ponadto słabo odzwierciedlała sytuację bohaterów. Zaciekawił mnie główny wątek. Jak Harvey kryje Mike i jak powrót imiennego partnera wpłynął na kancelarię. Dużo tutaj gierek, nieufności i niepewnych sojuszy. Zaskakująco dobrze się ogląda i nie obraziłbym się gdyby maszyna losująca jeszcze kiedyś wylosowała Suits. Tym bardziej, że Abigail Spancer zalicza kilka gościnnych występów.

OCENA 4.5/6

The 100 S04E07 Gimme Shelter
W stosunku do The 100 moja prywatna poprzeczka zawieszenia niewiary znajduję się na prawde wysoko. Większość naukowych i wynikających z niespójnej konstrukcji świata bzdur ignoruje bo wiem, że nadrzędnie jest to opowieść o ludziach. Jednak są rzeczy których nie mogę zostawić bez zgryźliwego komentarza. Trujący deszcz działający wybiórczo na ludzi i obiekty fizyczne oraz pozostawiający blizny wtedy gdy to pasuje bardzo mi przeszkadzał. Na szczęście to tylko drobna niedogodność w całkiem niezłym odcinku, którego głównym motywem było przetrwanie i czasem bezsensowność naszych działań. Bellamy i Harper nie mogą ocalić ludzi i są świadkami ich agonii. Natomiast Abby może zabić by uratować wszystkich. Niby bardzo prosty wybór, ale nie dla niej. Ciekawym przypadkiem jest Emori. Jak Murphy jest przykładem osoby, która przetrwa w najgorszych warunkach. Tym razem poświęca życia obcego wymyślając smutną historyjkę o własnej przeszłości. Każda z tych historii została opowiedziana w odpowiedni sposób, dawkując stopniowo napięcie i do końca trzymając w niepewności co do rozwiązania.

OCENA 4.5/6

The 100 S04E08 God Complex
Eksperyment na wydawałoby się gwałcicielu z poprzedniego odcinka był zaledwie preludium do moralnych dylematów bohaterów zamkniętych w laboratorium Beccki. Nie udało się, musieli oglądać umierającego człowieka którego skazali na śmierć. Pokazano to w bardzo sugestywnej scenie. Ten eksperyment mocno wpłynął na wszystkich. Raven i Luna nie mogły tego znieść. Murphy, Emori i Roan wiedzą co trzeba zrobić by przetrwać. Abby i Clarke kierują się jak zwykle szlachetnymi pobudkami, ale ciężko im spojrzeć sobie w oczy. To był tylko wstęp, kolejna ma być Emori, tak jak się tego spodziewała. Czy można zaryzykować jedno życie by ocalić wszystkich? Czy właśnie oglądamy opowieść oglądaną z perspektywy tych złych, a Raven całkiem słusznie porównuje obecne wydarzenia do Mount Weather? Serial bawi się tym pomysłem i podchodzi do niego z innych stron. Umiejętnie wywraca też do góry nogami kwestie poświęcenia. Na samym końcu Clarke bierze zastrzyk, nie jest w stanie skazać kogoś na śmierć. W ramach sprzeciwu Abby niszczy aparaturę badawczą. Rodzinne więzy ponad wszystko, są granice których matka nie potrafi przekroczyć. Ze stratą Emori mogłaby się pogodzić, ale nie własnej córki.  Trudno, niech ludzkość ginie.

W Arkadii pogrzeb. Ciała na ulicach, płonące stosy i ludzie w żałobie. Przytłaczająca atmosfera zbliżającego się końca. Na przekór Jasper wybiera się na wycieczkę i Bellamy martwiąc się o niego postanawia mu towarzyszyć. Wszystko to by znaleźć grzybki halucynki. To jest jednak pretekst by pozwolić Jasperowi wygłosić swój monolog. Świat się wali, dziękuje za możliwość życia, a teraz wykorzysta swoje chwilę zamiast zamartwiać się podjętymi decyzjami. Każdy inaczej radzi sobie z zbliżającym końcem. I dlatego w Arkadii po powrocie z wycieczki jedni zamartwiają się końcem a drudzy urządzają imprezę. Skoro nie można nic zrobić to po co się martwić?

A może można? Zupełnie niespodziewanie, w stylu Lost, czy może bardziej w naiwny sposób jego naśladowców typu The Event i Flashforward następuję przełom. Słowa modlitwy łączące się z tajną sektą i Nightblida, klucz powstały z płomieni i bunkier pod świątynią. Za dużo tutaj kombinowania. Wciąż jednak podoba mi się motyw z technologią jednych i mitologią drugich, jak percepcja zmienia się z upływem lat i upadku cywilizacji. Ironią jest odnalezienie bunkra i zaognienie konfliktu Trikru i Azgedy z Skaikru. Możliwość uratowania jest całkiem realna tylko wymaga to współpracy wszystkich zainteresowanych. 

Inne:
- pojedynek Luny z Roanam, czy może raczej jej protest. Nie dla wszystkich przetrwanie ponad wszystko, liczy się też jak chcemy to zrobić.
- Murphy mówiący o ratowaniu Clarke i tym, że ją zabije gdy Emori coś się stanie - co za świetna scena.
- szkoda, że The Cw zapowiedziało już piąty sezon The 100. Gdyby nie to bym poteoretyzował, że wszyscy na końcu zginą bo byłoby to bardzo w duchu serialu.
- jak w takim razie skończy się sezon? Zamknięciem ocalałych w bunkrze? Jak w takim wypadku wyglądałby następny? Cała akcja pod ziemią? A może flashforward? Rozwój fabularny jest mocno zawężony.

OCENA 5/6

The Expanse S02E11 Here There Be Dragons
Protomolekuła na Wenus, Caliban wymknął się spod kontroli, Mao przeszedł do ofensywy. Idą ciężkie czasy dla Ziemi, Mars może popłynąć z prądem gdy Pasiarze na pewno oberwą rykoszetem. Ładnie się zagęszcza atmosfera gdy pionki ustawiły się w właściwym miejscu, aż chce się już teraz odpalić następny odcinek.

Fabuła fabułom, ale ze względu na postacie najwięcej wydarzyło się u Bobbie. Po tym jak odkrywa dwulicowość swoich przełożonych prawdziwa patriotka zdradza i prosi o azyl polityczny. Patriotyzm to jedno, ale trzeba być wierny większym ideałom, jak prawda i honor. Kapitalnie wyszła scena gdy wyznaje prawdę o wycieczce w góry, a potem ucieka do granicy. Nie można było na to patrzeć z obojętnością.

U Holdena trochę powolnego przedzierania się po stacji i głupiego strzelania. Nie pomagały też flashbacki spowalniające wydarzenia. Rozumiem jednak co miały znaczyć - zasygnalizowanie, że dzieci są wykorzystywani do projektu Caliban. Makabryczne, ale taka gra na pierwotnych instynktach działa. Mi jednak dużo bardziej podobały się sceny z Alexem i to jak przedostał się na Ganimadesa. Piękne widoczki i trochę tak bardzo potrzebnej luźniejszej atmosfery.

OCENA 4.5/6 

The Flash S03E18 Abra Kadabra
Obawiałem się, że po crossoverze z Supergirl znowu przyjdzie mi narzekać na Flasha. I mógłbym to robić, sporo znalazłoby się rzeczy do których można się przyczepić. Jednak tego nie zrobię ponieważ jako całość oglądało mi się to zaskakująco nieźle. Głównie dzięki Kadabrze i odpowiedniej stawce w odcinku. Trochę makabrycznego humoru, dynamiczne sceny akcji i wątek związany z przyszłością Iris stanowiły całkiem znośną mieszankę. Podobało mi się też oglądanie złamaego Joe'ego który zrobi wszystko dla swojej córki jak i Iris, które jest w stanie trzymać się swoich zasad moralnych mimo zagrożenia życia. W dalszym ciągu nieźle wypadają relację Cisco/Gypsy i Julien/Catlin. I ten cliffhanger z powrotem Killer Frost i decyzją Barry'ego o podróży w przyszłość. Będzie się działo za miesiąc gdy serial wróci. Z rzeczy które mnie bardzo raziły muszę napisać o zbyt bezpośrednich odwołaniach do popkultury. Aż waliły po oczach przez co nie pasowały. Jakby scenarzyści chcieli się pochwalić co ostatnio widzieli.

OCENA 4/6