Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ascension. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ascension. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 maja 2015

Serialowe podsumowanie tygodnia #135 [27.04.2015 - 03.05.2015]


Ascension S01E03 Part Three
Nie chcę poświęcaj temu serialowi więcej czasu niż muszę więc będzie krótki strumień myśli. Największy problem jaki mam z tą miniserią? To nie jest miniseria tylko pierwszy sezon serialu, który został anulowany. Reklamowanie tego jako three night event i wpisywanie się w modę zamkniętych seriali to nieudane zagranie marketingowe. Czemu? Bo historia do niczego nie prowadzi, kończy się cliffhangerami i brakuje jej choćby namiastki zamknięcia wątków. Ten serial to przykład braku szacunku dla widza i potwierdzenie kryzysu stacji Syfy. Co mi jeszcze przeszkadzało? Zmiana tonu serialu w tym odcinku, skupienie się na innych bohaterach i wątkach jakby nagle scenarzyści przypomnieli sobie, że nie mają wiele do powiedzenia o Gaucie, Norze i Jamesie. Zamiast tego wielki kryzys na statku i dalej zmuszanie aktorki odgrywającej Christę do robienie zdziwionych i przerażonych min. Wyjaśniło się na czym miał polegać eksperyment - tworzeniu x-menów. Jakie to głupie... Zresztą głupota to drugie imię tego serialu. Zatrzęsienie nielogiczności przyprawia o ból głowy i  chęć podcięcia sobie żył by lepiej się poczuć. Napięcia w serialu dalej nie stwierdzono. W sumie była tylko jedna scena, która mnie zdziwiła - zabójstwo Kruger. Ale to kontynuacja męczącego wątku z Stokesem na wolności, którego zachowanie nie przystoi do osoby, która opuściła statek. Za mało się dziwi by botem dziwić się jeszcze więcej. No tak sklep z pełnymi pułkami alkoholu jest bardziej szokujący niż świeże powietrze. I nikt mi nie wmówi, że scenarzyści chcieli w ten sposób pokazać analogię między społeczeństwem z lat '60, a współczesnością i podkreślić rozwój świata i jego konsumenckie dążenie do samozagłady... Im dłużej oglądałem Ascension tym bardziej wizja tego świata wydawała mi się nierzeczywista. Wystarczyły trzy pokolenia by wszystko zaczęło się kręcić w okół seksu, a ludzie stworzyli własne pogańskie obrzędy, a religii została całkowicie porzucona? Bullshit. Tak jak głupie zachowanie bohaterów - no trudno komputer nas nie wylosuje byśmy mogli mieć dzieci to zróbmy wielką dramę z tego powodu bo nie możemy być razem. Możecie być razem tylko nie możecie mieć dzieci wy imbecyle! Ponadto... Zresztą nieważne, mogę tak dłużej, ale to bez sensu. Big brother w kosmosie to kolejny nieudany eksperyment z gatunku sci-fi i dzięki telewizyjną bóstwom, że nie będzie kontynuacji.

OCENA 2/6

Brooklyn Nine-Nine S02E20 AC/DC
Za dużo Jacka w odcinku. Lubię go, ale w małych dawkach, a w szczególności z Holtem. Tutaj tego nie było. Chyba tylko jedna scena mnie rozbawiła - zabawa w MacGyvera . Reszta strasznie wymuszona. A morał? Mogłoby go nie być, zbyt dosłowny i na siłę pogłębiający postać, która pogłębienia nie potrzebuje.

Dużo lepsze były sceny Diaz/Holt, głównie te na osobności w gabinecie i gdy Rosa wpadła w panikę, że zaszła w ciążę. I Holt wyliczający gatunki orchidei, tak absurdalne, tak śmieszne. I w sumie tyle. Marcus bezpłciowy, kolacja mogła okazać się bombą, a wyszła nudnie. Brakowało jakiegoś mocnego akcentu. Amy i Gina zostały dopisane do tego wątku na siłę by dostać trochę czasu antenowego i również nie działały poza kilkoma scenkami. A obsesja Amy względem Holta po dwóch latach robi się już nudna.

OCENA 3.5/6

Daredevil S01E06 Condemned
Lubię takie duszne odcinki rozgrywające się na ograniczonej przestrzeni w niewielkim okresie czasu. Teraz dostaliśmy miasto w chaosie, Matta uciekającego przed policją i chcącego dowidzieć się czegoś o Fisku od Władimira, któremu musi uratować życie by to zrobić. Fenomenalnie ogląda się kolejne sceny między tą dwójką, zwłaszcza gdy na zewnątrz zaczęła zbierać się policji. Nieufność do samego końca, ale też coś w rodzaju zrozumienia. I ta końcówka w ciemnych kanałach Nowego Jorku. Jednak i tak najlepsza była pierwsza konfrontacja Daredevila z Fiskiem. Na razie tylko słowna, ale jakże się ją oglądało, jakie ciarki! Teraz czekać na spotkanie tych dwóch.

Gdy dostaje bottle episode oczekuje, że skupi się na jednym wątku. Tutaj jednak swoje sceny dostali również inni bohaterowie i to nie był zły pomysł. Matt przeżywający kolejne godziny w niewiedzy, a pozostali na zewnątrz z lepszym spojrzeniem na wydarzenia. Udany kontrast.

OCENA 5.5/6

Daredevil S01E07 Stick
W odcinku wydarzyło się niezwykle mało, a przy tym całość strasznie szybko zleciała co jest zasługą niesamowitej atmosfery i wciągających dialogów oraz echa przeszłości, które dopada Matta. Do NY przybył jego dawny nauczyciel i również jest samozwańczym mścicielem. Tylko trochę brutalniejszym. Ich relację są napięte co musiało doprowadzić na końcu do konfrontacji i pojedynku. Ich relację są bardzo ciekawie nakreślone. Stick dystansuje się od ludzi, jest skupiony na misji i treningu swojego żołnierza. Matt jest bardzo emocjonalny i w postaci mentora odnajduje zastępstwo dla ojca. Jednak nic nie jest proste - Stick odchodzi po tym jak podopieczny daje mu bransoletkę upamiętniającą ich pierwsze spotkanie. Mamy tutaj nakreślony konflikt wewnętrzny - odchodzi bo za bardzo przywiązał się do Matta. Zdał sobie sprawę ze swoich uczuć i postanowił odejść. I Matt ma mu to za złe. Bardzo fajnie to wyszło i chciałbym by dalej to pociągnięto. Przyda się taki przyziemny wątek dla Matta.

Wątek odcinka dziwny. Stick pojawił się w Nowym Jorku by zniszczyć tajemnicze Black Sky, którym okazało się dziecko. A potem pokazano jego zleceniodawcę i rozmawiano o tym czy Daredevil będzie gotowy gdy otworzą się drzwi. Pachnie mi to troszkę mistycznymi wątkami i gdyby nie wczesny stan prac nad Iron Fist powiedziałbym, że to już nawiązania do tego serialu.

Boję się, że Karen powoli wpisuje się w stereotyp serialowej dziewczyny DC. Głupiej i niewiedzącej co się w okół niej dzieje. Nie jest jeszcze źle, wciąż bardzo dobrze ogląda się Deborę w tej roli, ale scenariusz ma już trochę czerwonych flag. Po pierwszym odcinku myślałem, że ona zdaje sobie sprawę kto nosi maskę i jest jej tajemniczym wybawcą. Przecież dobrze mogła się przyjrzeć rysą twarzy Matta. Teraz musiano jej uświadomić, że Foggy coś do niej czuje bo ona jest zapatrzona w Matta. W Matta z którym ma scen jak na lekarstwo. Dobrze, że przynajmniej wątek spiskowy działa i konspiracja, która odkrywa Urlich jest równie ciekawie prowadzona co starcie Matta z Fiskem. Powoli i nieśpiesznie, ale wciągająco. A żarty, które od czasu do czasu się pojawiają są przez niego temperowane by podkreślić powagę tego co się dzieje. I dobrze, zabawne onlinery bez jego przycinek zaburzałyby klimat serialu.

OCENA 5/6

Game of Thrones S05E02 The House of Black and White
Dwie Starkówny w odcinku. Bardzo to cieszy bo obok Jamiego należą do trójcy moich ulubionych bohaterów. Młoda dotarła do Bravos i zonk, tytułowy dom Czerni i Bieli nie otworzył przed nią drzwi. Szkoda, że to zmieniło się na końcu odcinka. Wolałbym gdyby dłużej powłóczyła się po ulicach miasta. Tym bardziej, że swoją architekturą przypomina trochę renesansową Wenecję lub Florencję. Niespodzianką było pojawienie się Jaquena - książkowy spoiler. Jednak dużo lepiej oglądało mi się wątek siostrzyczki. Tym bardziej, że niespodziewanie splótł się z inną bohaterką. Sansa dalej przyjmuje nauki u Littlefingera, jedzie na północ (Winterfell?!) i nikomu nie ufa. Dobrze, będą z niej ludzie. Widziałbym ją jako Namiestniczkę Północy. Fajnie powiązane jej wątek z Brianne. Można narzekać na zadziwiająco małą ilość karczm w Westeros, ale to spotkanie było dobrze pomyślane. Brianne mimo honoru jaki niewątpliwie posiada i złożonej przysięgi Catalyn nie potrafi wypełnić swojej misji mimo, że była tak blisko. Spotkała Aryi i Sansę i obydwie odrzuciły jej pomoc. Co za ironia! Biedaczka nie ma teraz celu w życiu i jestem ciekaw gdzie ją wiatr rzuci. Uda się za Sansą do Winterfell? Proszę bardzo.

Cersei dalej irytuje i desperacko czepia się władzy, którą dzierży. Wprowadza to dodatkowy chaos i zapowiada jeszcze więcej kłopotów. Dobrze. Nie podobała mi się tylko jej rozmowa z Jamiem. Znaczy się sama w sobie była dobra, ale postawia Jamiego - nie. Dalej jest arogancki i zdolny zrobić wszytko dla siostry mimo, że ich relację są dużo bardziej oziębłe. Dużo lepiej przedstawiono go w książce. Jego podróż do Dorne z Bronnem jest gigantycznym odstępstwem od materiału źródłowego co napawa mnie odrobiną optymizmu, że jednak lepiej pokażą jego zmianę.

Samego Dorne było niewiele. Przedstawiono Dorana, dano trochę czasu Ellari oraz zaprezentowano Vargo Hotha oraz relację tam panujące. Konflikty i tajemnicę. Oby tylko nie zmniejszono roli Bękarcic skoro to Elaria kłóci się z Doranem. I niech Jamie jak najszybciej przybywa do siostrzyczki. I oby wycięto Żabę...

Dany z kolejnymi kłopotami - dobrze! Berristan opowiedział jej historyjkę o jej ojcu, ale zapomniał o innej lekcji. Daenerys w pogoni za wymarzoną prawdą i wolnością nie umie zaspokoić pragnień swojego ludu. Próbuje być Matką dla wszystkich, ale to niemożliwe. Nawet jej prawdziwe dzieci - Smoczki uciekają od niej. Tyrionie przybywaj na ratunek i ucz jej polityki. 

Na Murze rozpoczął się jeden z moich ulubionych wątków Tanga z Smokami - Jon zostaje Lordem Dowódcą Nocnej Straży. Czyli nadchodzą kłopoty i zmiany. Jon nic nie wie co go czeka, ale szykuje się ostrzejszy konflikt z królem i walki wewnętrzne. Szczególnie z Slyntem. Może i poszczególne sceny nie nosiły ze sobą jakiegoś większego ładunku emocjonalnego, nie było w nich nic godnego zapamiętania, a konflikt egzystencjalny Jona (zostać Snowem czy stać się Starkem) był słabo wykorzystany to całość oglądało mi się bardzo dobrze.

OCENA 4.5/6

iZombie S01E07 Maternity Liv
Sprawa odcinka nudna, jednak wszystko co działo się obok niej wspaniałe. Liv z instynktem macierzyńskim była słodka, szczególnie jak martwiła się o Raviego. Jeszcze lepszy był Lowell po spożyciu mózgu geja. Komicznie wyszły jego sceny z Liv, do tego świetny montaż! Jednak nic nie przebije rozmowy o piłce. Dialogi to zdecydowanie najmocniejsza rzecz w tym serialu.

Nieustannie rozwija się wątek mitologii zombie. Eksperymenty Raviego już zaczęły do czegoś prowadzić, a kapitan policji dostaje coraz więcej scen. Tylko jego motywacje są okryte tajemnicą. U Blaina jest wszystko proste - przejąć władzę nad miastem. Suzuki wygląda na kogoś z równie wielkimi ambicjami. Major natomiast wpakował się w kolejne kłopoty, oj coś mi się wdaje że może nie dożyć do końca sezonu.

OCENA 4.5/6

Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D. S02E19 The Dirty Half Dozen 
Pierw mały minus - pierwsza połowa odcinka to za dużo i za szybko. Znaczy się ogląda się bez zarzutu po czym przychodzi refleksja, że chciałoby się więcej scen przedstawiających lepiej relację bohaterów, dokładniejsze nakreślenie sytuacji i więcej dialogów. Bo ten serial jest głównie o bohaterach, których chcę się oglądać dlatego szkoda, że niektórzy dostają tak mało czasu. Zwłaszcza, że otoczka fabularna taka dobra.

Jednak druga połowa dużo lepsza. Zespół wrócił do oryginalnego składu! Obawiałem się tego, że na siłę, że nie wyjdzie, że postacie się zbytnio zmieniły. I tak, jest inaczej, ale dynamika jeszcze lepsza niż w pierwszej serii, teraz napędzana przez niechęć do Warda i jego chęć odkupienia, która wydaje się szczera. I Gemma coraz mocniej krocząca po mrocznej stronie mocy. I Skye używająca swoich nowych umiejętności. I Culson dalej mający tajemnicę. Dobrze było znowu widzieć ich współpracę. A scena akcji z Skye to jeden z najlepszych momentów akcji serialu. Niecała minuta na jednym ujęcia i wymyślna choreografia zmuszająca do coraz szerszego otwarcia szczęki.

Niby wiedziałem wcześniej o powiązaniu tego odcinka z Age of Ultron jednak nie sądziłem, że całość będzie tak mocno osadzona w MCU. Podejrzewałem kolejne wspominki Stuckera i bliźniaków, a tu taka niespodzianka. Cel Culsona - berło Lokiego czyli jeden z Infinity Stones, którym go zabito. Mało? Wizja Reiny teasuje pojawienie się Ultrona i zaostrza apetyt na film. Jednak prawdziwą bomba był Protokół Theta czyli zwołanie Avengers. I ja wiem, że to na film nie będzie miało najmniejszego wpływu, ale moja fanowska część duszy raduje się na takie szczegóły. Do końca jeszcze dwa odcinki w tym finał z reperkusjami Age of Ultron. Liczę, że serial przygarnął z planu filmu jakieś suweniry i zrobi z nich godny użytek.

OCENA 5/6

Mighty Morphin Power Rangers S01E38 A Bad Reflection on You
Odcinek korzysta z jednego z najbardziej rozpowszechnionych tropów w serialach sci-fi/fantasy czyli złych bliźniaków. I to działa, jak na standardy MMPR. Przyjemnie ogląda się złe wersję bohaterów, arogancki Jason czy Billy znęcający się nad nerdem (Pasta-la-Pizza!) to nawet zabawne sceny. I szkoda, że ich tak mało, przecież można by o wiele bardziej zaszaleć pod tym względem, a nie ograniczyć się do jednego gagu i kilku króciutkich scenek, a potem pokazywać naszych bohaterów w kozie płaczących, że nie mają jak ratować miasta. I brak koziej bródki u złych bliźniaków to niewybaczalne niedopatrzenie.

A odcinek i tak ukradł Mięśniak. Pierw pokazujący podpis na ławce, potem wyciągający jedzenie ze swojego magicznego pudełeczka i w końcu chwalący się swoim Detention Survival Kit.

OCENA 3/6

Orphan Black S03E02 Transitory Sacrifices of Crisis
Więcej męskich klonów, a ja jakoś nieprzekonany. Ari Millen gra na zadowalającym poziomie, ale wolałbym patrzeć na Tatiankę niż dziwaczną scenę seksu i problemy chłopców Kastora. Myślę, że dałoby się szybciej pokazać, że łączy ich ta sama więź co siostrzyczki, tylko trochę bardziej wykręcona. Jednak mój problemy z nimi jest inny - nie stworzyli jeszcze postaci, która by ciekawiła. Jedynie Mark, w którym najciekawsza jest normalność. Szalony Rudy i Seth z problemami nie wzbudzili we mnie żadnych większych uczuć. Jednak trzeba przyznać, że scena z grożeniem Sarze i Calowi była świetnie nakręcona. Szybka, dużo chaosu, częste cięcia i napięcie. Thrillerowe sceny bardzo dobrze wychodzą w serialu.

U Cosimy nic ciekawego. Zabawne scenki z Scottem i trochę arogancka postawa wobec nowego doktorka.Wyjawiane są kolejne elementy dotyczące projektów, ale strasznie wolno. Mamy trzeci sezon i tajemnice zaczynają już męczyć. U Helenki to samo - trochę nowego o projekcie i tyle. Plus scena z skorpionem. Czym on jest? Potwierdzeniem jej choroby psychicznej czy może ujawnia się w sytuacjach stresowych? Dalej nie wiem co o nim myśleć.

Jednak MVP odcinka zostaje Allison co jest paradoksalne wobec odrębności jej wątku. Chęć startu w wyborach samorządowych zmusza ją do zabawy w Heisenberga. Komiczne sceny kłótni z Donniem (wzmianki o garaży z dodatkiem!) i dobrze znana stanowczość. Świetnie się to ogląda. Dużo lepiej niż już troszkę nudzące konspirację.

OCENA 4.5/6

Person of Interest S04E21 Asylum
Podobała mi się konstrukcja tego odcinka. Trzy odrębne wątki połączone jedynie przez konwencję porwanych i przesłuchiwanych bohaterów. Nieufność, kłamstwa, niedopowiedzenia i plany w planach. I emocję, bardzo dużo emocji zwłaszcza związanych z dawno niewidzianą postacią. Poprzedni odcinek był równie znakomity, szkoda więc że serial dopiero teraz zdał sobie sprawę z zbliżającego się finału sezonu. Boli to tym bardziej bo pierwsza połowa serii była dużo spójniejsza.

Wracając do odcinka. Najbardziej obawiałem się kryminalnego wątku. Nad światem widmo dyktatury AI, a my musimy oglądać zmagania dwóch gangsterów. I serial znowu wyszedł obronną ręką udowadniając jak dobry jest w przedstawianiu międzyludzkich relacji. Zemsta Eliasa nie była kolejnym etapem umacniania władzy w mieście, a osobistą krucjatą za śmierć przyjaciela. Nie chciał zabijać Dominica, a jedynie jak najmocniej go uderzyć, dać mu bolesną lekcję nawet jeśli będzie to ostatnia rzecz jaką zrobi. Zadziałało. Trochę dzięki scenarzystą bo gambit Eliasa był czytelny, ale całość została tak zagrana, rozpisana i nakręcono, że można przymknąć na to oko. Zaskakujący był powrót Harper. Coraz częściej się pojawia i wykonuje tajne misję dla Maszyny. Czyżby twórcy chcieli ją wpisać na stałe do serialu? Jakieś zastępstwo dla Shaw by się przydało.

Tylko czy tak naprawdę będzie potrzebne? Powrót Shaw przed finałem nie jest przypadkowy i zanosi się na cliffhanger z jej postacią mogący być zapowiedzią jej powrotu. To byłaby radosna wiadomość, chociaż rzadko sprawy tak ładnie się układają w Person of Interest... Wątek jej poszukiwania wypadł bardzo dobrze. Chłodna rezerwa Fincha i desperackie próby Root. Pierw gra w cykora z Maszyną oraz infiltracja przytułku dla obłąkanych, który okazał się bazą operacyjną Samarytanina. Idealne miejscówka! Świetne sceny z odwołaniami do poprzednich odcinków i przeszłości bohaterów. I żarty z hipsterów i bezdomnych. Jednak to nic w porównaniu z dramatem na końcu. Odliczanie do śmierci bohaterów i Maszyna poświęcająca się by ich ratować. Ostateczny etap rozwoju AI - cyfrowe współczucie. Teraz czas na zemstę Samarytanina i próbę ratowania Maszyny przez bohaterów. Teoria na finał - fuzja dwóch AI.

Na koniec wątek Kontroli. Świetnie rozegrane przesłuchanie z pytaniem o jego sensowność na samym początku. Jednak najważniejsze było wyjawienie tajemniczej Korekty. Co to jest? Przejęciem władzy przez Samarytanina i eliminacją zbytecznych jednostek? Chciałbym zobaczyć taką operację na globalną skalę co kolejny raz musiałoby zmienić serial.

OCENA 5/6

Power Rangers RPM S17E04 Go For The Green
Cztery odcinki, aż tyle przyszyło czekać na zmontowanie pełnej pięcioosobowej drużyny Power Rangers. I nie jest wielką niespodzianką, że ostatnim z nich został Ziggy. Przecież nie bez powodu nosił wcześniej zielone ubrania. Nie przeszkadzałoby mi gdyby przez całą serię był zaledwie sidekickem bo jego postać była samowystarczalna. Na Rangera nie pasuje, jest fajtłapowaty, nie przeszedł szkolenia, łatwo się ekscytuje i panikuje. Dlatego tak świetnie spisuje się w tej roli! Mimo, że nawet nie umie porządnie zamachnąć się swoim toporkiem. To teraz czekać na pierwszą wspólną akcję Wojowników i sprawdzić jak piątka spisuje się w boju i współpracuje.

Sam odcinek zaczął się z grubej tuby. Zgrywką z talent show i poszukiwaniem kandydata na Zielonego Wojownika. Mem, clown, "mistrzyni" hula-hop? Bo czemu nie. Tylko shadow puppets zabrakło! Konfrontacja Ziggiego z Tenaya 7 (jaki wspaniały pościg!) trochę to wynagrodziła, ale wolałbym teatrzyk cieni.

OCENA 4.5/6

Power Rangers RPM S17E05 Handshake
Odcinek zaczyna się od męskiej rywalizacji typu "kto ma większego" tzn. kto ma lepszy samochód między Scottem, a Dillonem. Ich relacje fajnie rozpisane, iskrzy między nimi, rzucają docinki aż miło, ale jak trzeba wyciągną pomocną dłoń. Ponadto widać, że Zielony i Czarny są jedynie członkami drużyny, a nie rodziną jak pierwsza trójka, która na razie robi wszystko wspólnie. Morfują się, prowadzą High Octane Megazorda i używają wymyślnych broni. Potrzeba czasu i odcinków poświęconych na zbliżenie bohaterów by wykuć prawdziwy zespół Power Rangers. I bardzo mi się to podoba.

Ziggy w kostiumie strasznie przypomina Billiego z Mighty Morphin. Nie radzi sobie, ucieka  przed mechakitowcami i wprowadza chaos. Przez co jest taki wspaniały. Przyda mu się trochę treningu. Dillon już swój dostał. Oberwał kilka razy, ale uwierzył w siebie i nauczył obsługiwać tarczę.

Część odcinka to slapstickowa komedia z rączką Tanayi 7 i zgrywką z Rodziny Adamsów. Komiczne było oglądanie Rangersów nie radzących sobie z dłonią. Szczególnie zabawa w whack-a-mole przy użyciu broni Wojowników na stole bilardowym. Najlepszy moment odcinka. Zaraz obok pomagierów Venjixa zarzucających mu niekompetencja i w ramach złośliwej zemsty ich eliminowanie

Pokazano Doktor K. Tajemniczy mentor Power Rangers okazał się być młodszy od swoich podopiecznych. Świetnie! Teraz dawać mi jej sceny z Ziggim. 

OCENA 4.5/6

Supernatural S07E18 Party on, Garth
Drodzy Amerykanie, nie róbcie odcinków w serialach fantastycznych gdzie bohaterowie muszą być pijani. Skoro nie wyszło to Whedonowi w Buffy to tym bardziej musiało zawieść w Supernatural. Raziła sztuczność aktorów, przerysowane zachowanie, ale głównie pomysł. Tylko jeśli jesteś nawalony możesz zobaczyć ducha przypominającego dziewczynkę z Kręgu tylko po spotkaniu z kosmetyczką. Żenujące dialogi, nietrafione pomysły i niewciągające polowanie. Tak fajnie się zaczęło - powrót Gartha, parodia Winchesterów i małomiasteczkowa legenda, a potem dostaliśmy pana Fizzlesa'a czyli gadającą skarpetę. Nie, nie, nie. Dużo bardziej wolałbym horrorowe podejście zamiast komediowego, podchodzącego momentami pod slapstick.

Cieszy powrót Bobbyego, jedna z niewielu pozytywnych rzeczy w tym odcinku (obok japońskiego tłumacza z restauracji), kilka słów, które wypowiadał sprawiło mi więcej radości niż poprzednie 40 minut.. Kłótnie braci męczące, a argumenty dotyczące jego ducha irracjonalne. I szkoda, że rzeczywiście braci chociaż raz nie może spotkać to co normalnych ludzi.

OCENA 2.5/6

The Flash S01E20 The Trap
To byłby świetny odcinek gdyby nie Iris i wszystkie żenujące wątki jej dotyczące. Pierw Joe jest przeciwny oświadczynom Eddiego. Idiotyczne i aroganckie z jego strony i coś co mnie wcale nie interesuje. Potem Eddie zwierza się Barremu, Barremu, który wyczytał w gazetce z przyszłości, że Iris zostaje jego żoną. I drama dalej się ciągnie. Głupie zachowanie postaci i zero subtelności. Iris za to zdaje sobie sprawę, że metaludzie zaczęli pojawiać się po wybuchu akcelatora i poznaje tożsamość Flasha po wyładowaniu elektrostatycznym, tym samym które otrzymało od Barryego gdy był w śpiączce. I to wszystko jest takie naiwne, że odechciewa się oglądać. Barry zostaje rozpoznany nie po rysach twarzy, a po takim szczególe. Ale najgłupsze jest to, że teraz gdy ona poznała jego tożsamość rozbudzi w niej to uczucia. Niektóre seriale nie powinny mieć wątków romantycznych...

Przez wyżej wymienione "szczegóły" odbiór odcinka gubi się w sporadycznych facepalmach. Bo polowanie na Reversa, jego wykiwanie ekipy, zdradzenie planów i konfrontacja były fajne. Tak jak świadomy sen Cisco. Tylko Joe jak zwykle zachował się poniżej krytyki strzelając do Wellsa...  Nie wiem jak skończy się ten sezon, ale chciałbym by ktoś z tej dwójki zginął i wolałbym gdyby to Joe nie wrócił do następnej serii.

OCENA 4/6

wtorek, 14 kwietnia 2015

Serialowe podsumowanie tygodnia #132 [06.04.2015 - 12.04.2015]



Ascension S01E02 Part Two
Cztery dni. Tyle zajęło mi obejrzenie tego podwójnego odcinka. Mógłbym całą winę zwalić na święta i brak czasu co nie do końca byłoby prawdą. Długość odcinka również nie jest czynnikiem determinującym. Chodzi o jakość. Gdyby mi się podobało zarwałbym nockę i skończył oglądanie tego samego dnia, a następnego załączył zombie mode. Jednak nie dałem rady mimo tego, że chciałem by mi się podobało. Całość jest sztuczna, nieprzekonująca i nudna. Dwa pierwsze był jeszcze przebolał, trzeci jest grzechem niewybaczalnym. Może to wina środkowej części trylogii, która zazwyczaj służy ekspozycji, bez mocnego otwarcia i konkluzji? Raczej nie, ja obarczam pomysł na serial i nieudolne wykonanie.

Najgorsze, że nie mam pojęcia o czym tak na prawdę jest Ascension. Niby jest sprawa morderstwa, ale nie położono na nią byt dużego nacisku. Większość bohaterów miota się po ekranie i nie robi nic konkretnego. Są tylko pretekstem do przedstawienia świata. I niby mają swoje historię, ale wszystko jest zbyt odrębne od siebie, brakuje mi jakiegoś spoiwa. Bo tak - mamy jeszcze walka o fotel kapitana, konflikty u prostytutek, nastoletni wątek romansowy oraz dziewczynkę z supermocami. Dochodzi jeszcze zbliżanie się statku do Rubiconu co nie ma większego wpływu na przedstawione wydarzenia. Ostatecznie dostajemy obyczajówkę, którą ogląda się średnio z powodu postaci, które nie potrafią zaoferować widzowi angażujących historii.

Jednak mi najbardziej przeszkadzają wątki poza statkiem. Wyprawa Ascension okazała się wielką mistyfikacją, a całość jest... w sumie nie wiadomo czym. Mówi się o eksperymencie socjologicznym, badaniu przystosowania ludzi do kilkudziesięcioletniej podróży kosmicznej i wylęgarnią odkryć technologicznych. I z każdym z tych możliwych wytłumaczeń mam problem. Zwłaszcza z ostatnim, który twierdzi, że jedne z największych ostatnich odkryć naukowych są rezultatem tego eksperymentu ponieważ ludzkość doszła do takiego momentu, że nie jest w stanie opracować nic nowego. Tylko naukowa utopia, odcięcie od problemów współczesnego świata może zaowocować nowymi odkryciami.

Moja prywatna poprzeczka zawieszenia niewiary znajduje się bardzo wysoko, jestem w stanie wiele zaakceptować jednak sztuczny statek kosmiczny to już za dużo Co rusz widzę jakieś problemy od strony technologicznej, moralnej i prawnej. Są one bardzo silne bo serial próbuje być bardzo poważny przez co tak trzeba go odbierać. I to nie działa. Podstawowy problem - nadzór nad projektem jest w rękach jednej osoby, niezbyt zrównoważonej psychicznie, a rząd nic z tym nie może zrobić. Paranoja. Najbardziej jednak przeszkadza mi cywilny nadzór nad projektem. Można by pomyśleć, że jeśli na coś podczas zimnej wojny wydano miliardy dolarów pieczę nad tym będzie sprawowało wojsko. Nic z tego.

Niestety nie skreśliłem serialu po pierwszym odcinku, ale gdy został tylko jeden nie wypada go porzucać. Już boję się jak będzie wyglądało męczenie kolejnych 80 minut serialu, który mnie nie interesuje. 

OCENA 2.5/6

Communtiy S06E04 Queer Studies & Advanced Waxing 
Zabawny odcinek z dużą ilością śmiechu, ale od Community oczekuje kapkę więcej. Dziekan dwukrotnie wychodzący z szafy był niesamowity. Nie chciał przestać mówić i ciężko było się połapać w jego toku rozumowaniu oraz metaforach. Jim Rash jak zwykle świetny. I jeszcze muzyczka i montaż z okładkami magazynów! Cudna była również scena gdy Jeff i Dziekan zastanawiają się czy Frankie jest lesbijką i wymieniają komiczne miny.

Wątek z Changem, Anie i adaptacją Karate Kid miał swoje momenty. Liczyłem na troszkę więcej komentarzy Abeda, aż się o to prosiło. Najbardziej mnie jednak zastanawia czy despotyczny reżyser, z którym się ciężko pracuje to wątek meta odnoszący się do Dana Harmona i zakulisowych przepychanek. Jakby chciano pokazać, że ciężka praca i wizja twórcza prowadzi do czegoś wielkiego. Przez pot i łzy do ekstazy publiczności. Tylko biednej Annie szkoda.

OCENA 4.5/6

Daredevil S01E01 Into the Ring
Jestem zachwycony. Dostałem dokładnie to czego oczekiwałem czyli dojrzałą opowieść w świecie Marvel Cinematic Universe. Jest klimat, wiarygodne nakreślenie postaci i czuć możliwość obcowanie z większą historią. Już trzy pierwsze sceny wystarczyły by przedstawić styl serialu i sprawić, że się w nim zakochałem. Kalectwo Matta i to jak jego wypadek zostało pokazany bez zbędnego dramatyzmu, a w centrum były relację ojciec/syn które konsekwentnie powinny być rozwijane przez cały sezon. Rozmowa Matta z księdzem to wskazówka skąd przyszłe imię bohatera oraz pokazanie konfliktu wewnętrznego miotającego Murdockem. Dobry chrześcijanin z mroczniejszym obliczem. I w końcu starcie w dokach pokazujące, że mamy doczynienia z już częściowo ukształtowanym bohaterem i dające pokazać możliwości ekipy produkcyjnej. Świetne walki, nakręcone i wyreżyserowane z odpowiednim polotem. Styl walki Daredevila jest unikalny łączący bokserską siłę z akrobatyką co przyciąga oko.

Po tych scenach dostajemy już "normalną" część odcinka czyli przedstawienie postaci, zawiązanie akcji i rozwinięcie. Start kancelarii adwokackiej i pierwsza sprawa Matta i Foggiego czyli próba uniewinnienia Karen Page. I to było wciągające. Dzięki dobrym dialogiem, powolnemu odkrywaniu prawdy i oczekiwaniu na fajerwerki. Napięcie było niesamowite! Już nie mogę się doczekać jak przez najbliższe 12h będą kształtowały się relację między trójką tych bohaterów i jak rozwinie się kancelaria adwokacka. Chęć oglądania wątków obyczajowych w serialu o superbohaterze dobrze wróży na przyszłość.

W tle rozwija się wątek mafijny, pokazywane są nowe rządy jeszcze nie wymienionego z imienia Fiska. Ten serial nie będzie tylko o narodzinach bohatera, ale i złoczyńcy oraz odbudowaniu dzielnicy Hell's Kitchen po inwazji kosmitów. I będzie to brutalna walka, która nie będzie się toczyła tylko na ulicach, a Matt wydaje się z góry skazany na porażkę. On sam przeciw imperium, mafii która obraca dziesiątkami milionów dolarów, porywa dzieci i zalewa ulicę narkotykami. I jak tu nie kibicować ślepemu prawnikowi, który w nocy przeciwstawia się złu, a jego jedyną "supermocą" jest wyostrzony zmysł słuchu?

Ogromnie podoba mi się stylistyka serialu. Nie chodzi mi tylko o wszechobecne "dark and gritty", które miało być głównym elementem odróżniającym serial od cukierkowych Agentów TARCZY. Chodzi mi o powolne tempo, wyraźne nakreślenie sytuacji i nigdzie nie śpieszące się sceny. Rozmowy między postaciami są długie, tak jak walki. Realistyczność przede wszystkim. Wszystko to podkreślone odpowiednim filtrem ekranu, wszechobecnym mrokiem, cieniem i odbijającym się światłem od powierzchni. To wszystko sprawia, że nie można oderwać wzroku od Daredevila. 

Nigdy nie byłem fanem Daredevila, ale coś mi się wydaje, że po zakończeniu serialu będę chciał się wziąć za nadrabianie historii z tą postacią. 

OCENA 5/6

Daredevil S01E02 Cut Man
Po roku od niesamowitej sceny na jednym ujęciu w True Detective dostaliśmy kolejną tego typu. Gdyby nie polityka Netflixa wypuszczania na raz całych sezonów pewnie dużo głośniej by się o niej mówiło. Jednak nie zmniejsza to moich zachwytów. Korytarz, dziecko do odbicia i 5,5 minutowe ujęcia. Pierw wprowadzenie, pokazanie celu, kamera płynie w jedną, a potem w drugą stronę. Obrót, ukazanie bohatera, kamera dalej płynnie podąża za postacią. Daredevil walczy, wchodzi do sąsiadujących pomieszczeń, kamera zostaje w korytarzu, walka trwa, kamera się kręci, pokazuje dokładnie walkę, delikatnie zmienia się scenografia, walczący się meczą, ledwie słaniają na nogach, kolejne ciosy równie brutalne, Matt wchodzi do miejsca przeznaczenia, znika z kadru, kamera znowu zostaje w korytarzu i znowu podróż przez korytarz. Niesamowite! Pokłony dla reżysera, ta scena jest wielka. Jej kręcenie zajęło cały dzień, potrzebowano 12 powtórzeń by uzyskać jeden doskonały efekt, przy czym Charlie Cox zmieniał się z kaskaderem gdy walka toczyła się w sąsiednich pomieszczeniach. Na długo to zapamiętam. Przy okazji zastosowano świetną paralele w związku z tą scenę. Matt toczy swoją walkę w korytarzy, a my wcześniej oglądamy jego ojca, który idzie przez korytarz do swojej walki. Podobne ujęcia, podobna wymowa.

Jedna scena i tyle zachwytów, ale reszta tego dusznego odcinka również była świetna. Początek toznalezienie poobijanego Matta w śmietniku i pomocy od nieznajomej kobiety. Podobało mi się powolne budowanie zaufania między tą dwójką, czuć było dystans między nimi oraz obecne zagrożenie. Wyjawiono trochę z działalności Daredevila i tego ile robi dla miasta, jaką reputację sobie powoli zdobywa, ale też pokazano jego brutalność. Wbijanie noża w nerw na łuku brwiowym - ała. Mam nadzieje, że dalej zostanie pociągnięty wątek tragizmu bohatera. Ludzie będą krzywdzeni póki Daredevil nie zostanie złapany.

Obecność flashbacków była fabularnie uzasadniona. Pokazano ojca Matta, skorumpowanego boksera kochającego syna, który ma go za wzór. Ojciec przekazał mu rodzinną prawdę - Murdockowie się nie poddają, zawsze wstają i tak działa Matt. Nieważne jak poobijany osiągnie swój cel, bez względu na konsekwencje. Jack traci życie bo zdradził niewłaściwych ludzi, ale osiągnął swój cel. Młody Murdock może stracić życie bo zadziera z niewłaściwymi ludźmi. Tragicznie i niesamowicie udanie wyszła scena gdy młody Matt słyszy strzał i potem identyfikuje swojego ojca dotykając jego twarzy.

Na poboczu dostaliśmy Foggiego i Karen. Pijacka podróż przez miasta, trochę śmiechu i jeszcze więcej dramatu oraz dwa spojrzenia na świat. Karen widząca wszędzie zło i mroczne zakątki miasta i optymistyczny Nelson widzący w ludziach dobra. I jego przemowa o mieście. Jakbym czytał komiks i narrację jakiegoś mrocznego mściciela!

Dalej jestem pod wrażeniem stylu serialu. Praca kamery - wiadomo. Ale i kadrowanie, nasycenie kolorów i źródła światła. Poza jedną sceną całość dzieje się w nocy, obskurnych budynkach i zapuszczonych uliczkach.

I jeszcze jedna scena, która mnie zachwyciła - młody Matt słuchający walki ojca. Pokazano go jak się cieszy, ekscytuje z zwycięstwa. Niepotrzebna była wizualizacja starcia, wystarczyło tylko pokazać jak Jack wychodzi z szatni i reakcje syna. Proste, ale jakże dobrze działające środki.

OCENA 5.5/6

Daredevil S01E03 Rabbit in a Snow Storm
Odcinek odrobinę inny od poprzednich bo skupiający się na firmie adwokackiej Matta i Foggy'ego. Po znajomości z The Good Wife byłem ciekaw jak tutaj zostanie pokazana rozprawa i muszę przyznać, że mi się podobało. Kameralnie, oszczędnie, ale z niesamowitymi mowami. Zwłaszcza ta Murdocka o tym co jest dobre i złe. Fenomenalnie to się oglądało. Sam pretekst do wzięcia sprawy ciekawy - wina jest oczywista, teoretycznie moralność bohaterów nie powinna pozwolić bronić podejrzanego, ale Matt zgadza się go reprezentować by zbliżyć się do jego szefa. Mniejsze zło.

Sceny walki jak zwykle świetne. Nie spodziewałem się tylko takiego poziomu brutalności. Pokazano otwarte złamanie oraz katowanie człowieka kulą od kręgli. Bolało. I ta końcówka. Złoczyńca wolał popełnić śmierć niż narazić się Fiskowi. Wreszcie też pokazano Wilsona. Trzeba było czekać prawie trzy odcinki, wcześniej tylko słyszało się o jego dokonaniach. Rola D'Onofrio robi wrażenia mimo tak krótkiej obecności na ekranie. Do konfrontacji szybko nie dojdzie, ale to dobrze.

Serial doczekał się kolejnego wątku - miejskiej gazety. Dzięki dziennikarskiemu śledztwu Bena Uricha pokazano jak zmienia się świat, jak wyglądają nowi gangsterzy i czym różnią się od starych. Nie ma miejsca na dawne ideały, nawet gazety upadają, przestają zajmować się poważnymi tematami tylko tym co się sprzedaje. Straszna desperacja biję od serialu. To nie jest radosny świat Avengers gdzie dobrzy odnoszą na końcu zwycięstwo i po wszystkim idą na pizzę. Tutaj przeważa mrok.

OCENA 4.5/6

Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D. S02E16 Afterlife
Odcinek służący głównie ekspozycji i przedstawieniu trochę akcji. Najwięcej czasu dostała Skye. Tytuł odcinka zobowiązuje. Trafiła na tajemniczą chińską wyspę Zaświaty, które pewnie sąsiaduje z Arrow'owym Czyśćcem. Powoli zaczyna panować nad swoimi mocami i wraz z nią dowiadujemy się jak działają inhuman. Jak widać są mocno zorganizowani z niezależnymi grupkami Nie wiadomo ilu ich jest, ani jak wygląda rada nadzorcza, ale jest ich więcej niż można by podejrzewać. Cieszy mnie powrót mamusi Skye - więcej Dichen Lachman to zawsze dobra nowina. Jej relację z Calem i nastawienie do córki sugeruje jakby skrywała trochę tajemnic. Czekać tylko na ich ujawnienie. BTW - ciekawe jak Scarlet Witch i Quicksilver zdobyli swoje moce. Więzieni są przez Hydrę więc pewnie przez Wróżbitę tylko czemu w takim razie Gordon ich nie uwolnił? O Skye dowiedział się natychmiast po przemianie o tamtej dwójce powinien równie szybko.

Culson i Hunter dostali mnóstwo zabawnych scen. Świetnie zostali sparowani. Biedny Lance, tyle go ominęło. Fajnie też wypadł plan Culsona, który do końca nie wypalił. I powrót Deathlocka. Jej, lubię takie niespodzianki. I czyżby odniesienie do nadchodzącego Avengers? Mike polował na Lista będącego w Europie i zainteresowanego inhuman. Jak ładnie wszystko się wiążę.

W siedzibie SHIELD zostaje testowana lojalność kolejnych postaci. Dobrze wychodzi ich wodzenie na pokuszenie. Zwłaszcza relację starych bohaterów z Mackem i Bobbi, którzy okazali się zdrajcami dla większej sprawy. Najfajniej wypadł wątek Fitz/Simmons. Spodziewany rezultat, ale miło ogląda się tą dwójkę połączoną wspólnym celem i robiącą w konia całe SHIELD. To teraz szybki reunion Fitza z Culsonem. I czy tylko mi się wydaje, że zawartość kostki jest mało istotna? Nie czuje jakby było w niej coś ważnego.

OCENA 4.5/6

Mighty Morphin Power Rangers S01E34 The Green Candle (1) 
Dwuodcinkowa historia o Tommym. To powinno być dobre - myślę sobie, a potem przypominają mi się poprzednie odcinki i nadchodzi brutalna konfrontacja z rzeczywistością. Może źle nie było, ale oczekiwałem dużo więcej zwłaszcza po wysokim poziomie historii Green With Evil gdzie już pierwsza część sprawiła, że czułem się jak kilkanaście lat temu. Tutaj był potencjał i mam nadzieje, że stawianie fundamentów pod mocną drugą część. Jest na co czekać - Zielony Wojownik zostaje porwany przez Goldara i traci swoją moc z czego zdaje sobie sprawę na końcu odcinka. To może doprowadzić do fajnych rozterek Tommy'ego. Jasne, plan Rity jak zwykle głupi, ale pomysł z wypalającą się mistyczną świecą bardzo mi się podoba.

Cały odcinek był zgrabnie napisany. Jak na poziom MMPR. Pierw scenki rodzajowe Zielonego z Zackem i Kim. Może i ograny motyw z nieśmiałością z zaproszeniem dziewczyny na bal, ale coś przynajmniej się dzieje między postaciami. Walk było dużo i sprawnie je nakręcono. Podobała mi się stylistyka zniszczonego miasta co jest miłą odmienną od zwykle nudnych teł. 

OCENA 3/6

Mighty Morphin Power Rangers S01E35 The Green Candle (2) 
Byłem świadomy utraty mocy przez Zielonego Wojownika na długo przed rozpoczęciem oglądania tego odcinku. Mimo wszystko bardzo ciekawiło mnie jak zostanie to poprowadzone i muszę przyznać, że jestem usatysfakcjonowany. Była heroiczna walka (Tommy w kokpicie Dragonzorda i widok FPP!), ale nie ona mi się najbardziej podobało. Najlepiej wypadła akceptacja utraty mocy. Walka, którą trzeba było stoczyć, szybko pogodzenie się z nową sytuacją i brak opłakiwania straty. Jakby serial chciał pokazać, że nie trzeba mieć mocy by być kimś i zdobyć dziewczynę. Tak, podobała mi się romantyczna scena z Tommym i Kimberly, mimo stylistyki rodem z tanich romansideł dla nastolatek. Mam miękkie serduszko i nawet mi nie wstyd.

Chyba pierwszy raz uważam obecność Mięśniaka i Czachy za zbędą, odciek bez nich całkiem nieźle sobie radził. Po prócz utraty mocy przez Tommy'ego było również o przyjaźni jako wartości nadrzędnej. Jason musiał wrócić do wymiaru gdzie był więziony by stanąć w nierównej walce z Goldarem i swoim lękiem. Był też niewielki dylemat moralny - walczyć o moc Zielonego czy jego życie. Wybrał to drugie, a serialowi nawet przez myśl nie przyszło by ktoś kogoś obwiniał. Ba, Czerwony dostał power upa i zbroję Ziolnego. Więcej takich odcinków!

OCENA 4/6 

Power Rangers RPM S017E01 The Road to Corinth 
Złamałem się i jestem rozdarty wewnętrznie. I to mocno. Miałem oglądać Power Rangers po kolei jak bóstwa przykazują, ale nie dałem rady. Za namową Misiaela obejrzałem pilot siedemnastej serii i nie wiem co robić. Miał być tylko jeden odcinek by sprawdzić jak serial wyewoluował, kuksaniec popędzający do nadrabiania Mighty Morphin. I nie udało się. Czemu? Ponieważ chcę dalej oglądać RPM. Jestem zachwycony. Przez całe dwadzieścia minut siedziałem z szeroko otwartymi oczami, bananem na twarz, suszącymi się zębami i stygnącą herbatą. Przecież mógłbym się rozproszyć, uronić odrobinkę serialu gdybym się poruszył, a tego bym sobie nie wybaczył. Ech, muszę przemyśleć co z tym fantem zrobić, co oglądać, jak oglądać, kiedy oglądać. Jedno jednak jest pewne - chcę oglądać Power Rangers i współczuje ludziom, którzy dalej uważają to za bajeczkę dla dzieci i relikt lat '90. 

Jakie jest RPM? Najprościej powiedzieć - zajebiste. Zwykły kolokwializm, ale chyba najlepiej opisuje moje odczucia względem odcinka. Już wprowadzenie mnie zachwyciło. Krótkie nakreślenie tła fabularnego - SI przejmuje władzę nad światem, a Corinth pozostaje ostatnim bastionem ludzkości. Potem mamy efektowne walki resztek ludzkości z przeważającymi siłami maszyn i wprowadzenie pierwszych rangerów. Już te kilka minut zachwyca złożonością świata i bijącym klimatem zagłady. Mimo tej dość pesymistycznej przeszłości dostajemy pozytywnych bohaterów, których od razu można zidentyfikować jako przyszłych Wojowników. Mimo krótkiego wprowadzenia postaci od razu można poczuć do nich sympatie. Bo są zdolni do poświęceń i dobrzy w tym co robią. Na razie ich sylwetki są delikatnie zarysowane bo na więcej nie było czasu, ale już można spodziewać się choćby przedstawienie trudnych relacji ojca z synem czy poruszenia strady towarzysza na polu bitwy.

Drugi akt odcinka dzieje się rok po wydarzeniach z wprowadzenia. To było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Spodziewałem się typowego formowania pięcioosobowego składu, jakiegoś szkolenia i lepszego poznawania postaci. Nic z tego. Dalej jest przedstawienie kolejnych dwóch bohaterów. Jest czas na spokojniejsze sceny, troszkę akcji i jeszcze lepsze zarysowanie świata i postaci. Corinth to dalej ziemia obiecana, ale otoczona kordonem przez maszyny. Poza miastem m.in. coś na kształt nuklearnej pustyni z Mad Maxa lub Fallouta. Klimat upadku cywilizacji potęguje strój oraz pojazd samotnego bohatera. Zachwyciłem się tym widokiem, tak jak sposobem w jaki przedstawiono Dilliona. Romantyk i badass w jednym. Tutaj też była piękna scena walki, której nie pokazano co mi absolutnie nie przeszkadzało. Epicki kadr z samotnym herosem rzucającym się na robotycznych kitowców i skupienie kamery na jedynym kwiatku na pustyni po czym widok na pobojowisko. Świetny pomysł! Potem dochodzi do przedstawienia Ziggiego - comic relief, którego można od razu polubić, ale przeczuwam, że jego postać może mieć głębszą historię powiązaną z miastem. Lub nad interpretuje dialogi. W każdym bądź razie nie zdziwię się jeśli skrywa jakąś tajemnicę. 

Później dochodzi już do scen akcji. Jednak nie są to zwykłe nawalanki znane z Mighty Morphin. Oj nie! Pierw jest szalony pościg i walka z maszynami, która daje masę zabawy z oglądania. Jednak prawdziwy orgazm ekscytacji następuje po zjawieniu się rangersów. Transformacja mnie nie zachwyciła, troszkę za długa, ale już akcja jak najbardziej. Żałujcie jeśli tego nie widzieliście. Efektownie to mało powiedziane. Ale konkrety. Kostium Power Rangers został zmodyfikowany o jeden bajer - akceleratory na kończynach dające superszybkość lub  zwiększoną siłę (piszę na podstawie tego co widziałem) co diametralnie zwiększa dynamikę starć oraz je urozmaica. Tym bardziej, że postacie prezentują odmienny styl walki. Niebieski wojownik opiera się na silę, a żółta wojowniczka na akrobatyce i zwinności. Przy czym gdy to konieczne używają swojego arsenału. Walka była długa, umiejętnie przerysowana i co chwilę zaskakiwała choreografią i sprawnością realizacji. Na youtube widziałem kilka filmików z innych starć i zwyczajnie nie mogę się doczekać tego co mnie czeka.

Na razie mogę się przyczepić tylko do jednej rzeczy - złych. Wiem jednak, że czepianie nie ma sensu bo w 20 minutowym odcinku nie dało się wszystkiego pokazać i pewnie i oni dostaną swoje kilkadziesiąt minut. Jednak już ma się wrażenie, że nie jest to zgraja bezpłciowych przydupasów i jednego złego groteskowego głównego adwersarza. W końcu SI chcące wykończyć ludność niesie ze sobą ogromny potencjał.

Jestem zachwycony tym co zobaczyłem i muszę przyznać, że mimo obejrzenia dzień wcześniej kilku pierwszych odcinków Daredevila to chyba pilot RPM był najlepszą rzeczą widzianą w tym tygodniu. Najchętniej schrupałbym teraz całość, ale to głupie postanowienia oglądania po kolei...

Fun fact - obecnie na antenie The Cw leci Reign i iZombie. W obydwu w główne postacie kobiece wcielają się aktorki z stałej obsady Power Rangers RPM - Adelaide Kane i Rose McIver.

OCENA 5.5/6

Person of Interest S04E19 Search and Destroy 
Cztery odcinki do końca sezonu więc wraca wątek Samarytanina. Na razie delikatnie daje do zrozumienia, że zbliża się coś wielkiego, ale najlepsze dalej ukrywa. Jeden bóg tropi drugiego, a gdy się odnajdą powinno dojść do wielkiego starcia. Tymczasem dostaliśmy historyjkę o prezesie wielkiej firmy prześladowanym przez Samarytanina. Dobrze mi się to oglądało, szybka akcja, dużo zwrotów akcji i wątki informatyczne jednak mam delikatne problem z działaniem Samarytanina, którego plan wydaje się dość nielogiczny. Przejmuje serwery wielkiej firmy i wrabia jej szef tylko by móc przejąć program antywirusowy. Wydaje mi się, że wszechobecna AI powinna rozwiązać to w trochę inny sposób.

Mini wątek Root polegał na przejęciu walizki i jej otworzeniu. Nie było to łatwe, wpakowała się przez to w masę kłopotów, ale udało się jej zdobyć kod. I co? Nic. Nie chodziło o to co jest w środku tylko o opakowanie. Lubię być oszukiwany w taki sposób.

OCENA 4.5/6
 
Supernatural S07E17 The Born-Again Identity
Ileż się działo! Po pierwsze mamy wizytę w zakładzie dla obłąkanych. Niemalże obowiązkowy punkt przy długich proceduralach fantastycznych. Sam trafia tam bo widzi Lucka i nie może spać mimo kołysanek Gwiazdy Zarannej. Jego wizyta jest tylko pretekstem by Mark Pellegrino kolejny raz dał aktorski popis. Niesamowicie zabawne sceny z znęcaniem się nad Samem. Szkoda trochę, że zabrakło odrobiny kreatywności i dawki makabry. Jednak by nie było zbyt nudno wplątano w to wątek dziewczyny prześladowanej przez ducha. Wiadomo, większość zła tego świata no nadnaturalne moce.

Jednak najważniejszym punktem odcinek był powrót Cassa. Nareszcie, można by zakrzyknąć! Stęskniłem się za nim i jego prochowcem. I mniejsza, że dostaliśmy amnezją jak z telenoweli bo szybko ją cofnięto. Dobrze go było znowu widzieć w wspólnych scenach z Deanem, gdy musiał przyjąć na siebie całą winę i ostatecznie poświęcić się by uratować Sama. Teraz czekać na jego powrót. Za to wizyta Meg zupełnie mi nie pasowała. Nie lubię tej aktorki, działa mi na nerwy, a sceny które można było poświęcić na związek Castiel/Dean dostawała ona.

OCENA 4.5/6

The Good Wife S06E13 Dark Money
Dylan Baker wrócił i jak zwykle jest wspaniały w roli Colina jak i przerysowanego aktora, który odgrywa jego postać w fikcyjnym serialu. Cieszy zorientowanie odcinka na sprawę sądową, która miała kilka interesujących zwrotów akcji i efektowne mowy świadków i adwokatów. Tylko żal Alicji, która działa bardziej za kulisami niż na sali rozpraw. Strasznie podobało mi się jej finalne załamanie gdy zastanawia się czy wciąż jest dobrym człowiekiem. Nie chodzi tylko o obronę Sweeneya, ale również o branie pieniędzy od homofoba. Jak daleko jest się w stanie posunąć by wygrać i kiedy poczuje konsekwencję swoich małych wykroczeń, których jest coraz więcej. Bo wszystko czego dokonuje musi mieć swoją cenę.

Wątek Kalindy ogólnie rozczarowujący, ale i tak pokłony jak odcinek ładnie grał z widzem i budował napięcie, zagęszczał atmosferę po czym delikatnie spuścił powietrze. 

Czemu The Good Wife jest wspaniałe? Sztab Alicji posługuje się twitterowy kontem TobyZiegler44. Odwołanie do The West Wing zawsze jest plusem.

OCENA 4.5/6 

The Walking Dead S05E16 Conquer
Krótko bo minęło już trochę czasu od seansu. Podobało mi się mimo wydłużonego czasu odcinka i chwilowej nudy. Po seansie udało mi się tez zaakceptować czemu nie uśmiercono żadnej z postaci. Nie chodzi tylko jakoby zabicie kogoś byłoby zbyt łatwym wyjściem. Glenn i Sasha nie pozbyli się Gabriela i Nicholasa bo zaakceptowali zmianę jaką przeszli. Nowe miejsce pobytu i powrót do cywilizacji. To było głównym motywem tych kilku ostatnich odcinków. Zostać rodziną, którą udało się stworzyć, ale również dostosować się do Alexandrii. Jednak serial jak i świat w swojej wymowie są przewrotni. Gdy większość przybyłych zaakceptowała zmianę tak miasteczko zaczęło się upodobniać do nich. Jakby chciano pokazać jak dwa światy mogą niespodziewanie na siebie oddziaływać, a chęci i tak są weryfikowane  przez życie czy decyzję podejmowane na podstawie chwili. Taki był wyrok na Pete'a. Jednak egzekucja miała też drugie dno - Morgan (badass Morgan!), który uważał Ricka z przykład cnót, człowieka, który może odbudować cywilizację, wprowadza prawo siły w miejscu, które nową kolebką cywilizacji mogło być. Pod tym względem odcinek był wyśmienicie skonstruowany. I to zachwycające zbliżenie po egzekucji gdy postać jest na samym ciemnym tle podkreślającym jej stan emocjonalny i moralny.

Z pozostałych scen najciekawsza była pierwsza scena Morgana oraz wyprawa Daryla i spotkanie z Wilkami. Rodzi się całkiem zmyślny przeciwnik na nowy sezon i oby wytrwał dłużej niż kanibale z Terminusa. Przy okazji serial kolejny raz potwierdza, że największym zagrożeniem dla człowieka jest drugi człowiek. 

OCENA 4.5/6

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Serialowe podsumowanie tygodnia #117 [22.12.2014 - 28.12.2014]

Tradycyjnie już okres między Świętami Obfitego Stołu i Prezentów, a sylwestrową popijawą to moment wyciszenia w serialowym światku i wysyp przeróżnych podsumowań. Codziennie mój twitter jest atakowany TOP10 najlepszych seriali, najlepszych odcinków, najlepszych momentów, najlepszych tekstów, najlepszych debiutów, największych zawodów i zaskoczeń, najwszystkiego o czym można pisać. Przelatuje przez listy nawet ich nie czytając i zastanawiam się czy tworzyć własne by ktoś inny mógł się przez nie prześlizgnąć i stwierdzić, że się nie znam bo w pierwszej dziesiątce mam The 100, a nie Mad Men i Fargo. Hmmm, kuszący pomysł, a nóż komuś podniosę ciśnienie. 

Moją niepisaną tradycją jest zaczynanie nowych seriali w chwili gdy jest czas by nadrobić zaległości. W tym tygodniu padło na dwie świeżynki i jednego weterana. Mowa o Ascension (cóż za zawód!), Marco Polo (nastawienie umiarkowanie pozytywne) i American Horror Story (kupuję od pierwszych minut). Nie mam pojęcia kiedy to nadrobią. Jedyna nadzieja to w wydłużeniu doby o kilka dodatkowych godzin. Czego sobie i wam życzę w nowym roku. Bo czas to najcenniejsze co można dostać, o wszystko inne będzie się trzeba zatroszczyć samemu. 

Mimo jałowych dni udało mi się wygrzebać kilka wartych uwagi linków. Będą tylko zwiastuny i teasery więc nie opłaca się nawet wstawiać popcornu. Co najwyżej można skoczyć po ciasto bo pewnie coś zostało ze świątecznego stołu. Jedzonko jest? Więc zapraszam. Telewizyjna rodzina królewska ma pierwszeństwo więc zaczynam o jedynej i niepowtarzalnej Tatiany Maslany. Teaser i promo z starymi scenami. Niewiele, ale nie ma się co dziwić po do premiery trzeciego sezonu Orphan Black jeszcze ponad 3 miesiące. Podwójną dawkę przygotowała również stacja AMC mocno promując Better Call Saul. Mój wewnętrzny sceptyk dalej krzyczy bym podchodził z odpowiednią rezerwą do serialu. Stacja History nie chcę być gorsza od reszty i również serwuje dwa materiały filmowe z Vikings. Przypominam, że ponowne podziwianie brutalnego i w pewny stopniu melancholijnego świata skandynawskich fiordów rozpocznie się 19 lutego. Odrobinę wcześniej bo już za tydzień Agentka Carter dostanie swój pierwszy przydział na antenie ABC. Jak wypadnie można się przekonać w pierwszym, minutowym zwiastunie. Jeśli ktoś ogląda wszystko jak leci pewnie rzuci okiem na Allegiance. Szpiegowskie coś od NBC. W innym wypadku lepiej dać szansę The Americans od FX. Bo chyba nie wierzycie, że ogólnodostępna stacja zaoferuje dojrzałą opowieść o rosyjskich szpiegach w Ameryce?

Widzimy się w przyszłym roku. Bawcie się dobrze i niczego nie żałujcie. Nie róbcie też planów noworocznych, żyjcie jakby miał to być wasz ostatni rok na tym łez padole.

SPOILERY

American Horror Story: Murder House S01E01 Pilot
- kolejny serial zaczęty mimo, że do nadrobienie dziesiątki odcinków. I nie mam najmniejszych wyrzutów sumienia z tego powodu. AHS miałem już dawno temu zacząć, nawet ściągnąłem sobie odcinek w momencie jego emisji. Jednak trochę się bałem bo horrorów nie oglądam, a kapryśna podświadomość czasem płata mi figle. Musiałem czekać aż trzy lata by się odważyć na seans i nie żałuję bo to kawał dobrego serialu jest.
- podoba mi się praktycznie wszystko. Scenariusz jest pełen niedomówień, a wraz z reżyserią tworzy nastrój niepokoju. Tajemnice się mnożą, niczego nie można być pewnym i co chwila tworzy się w głowie jakaś teoria. Rozwiązanie niestety już znam, ale nie odbiera mi to przyjemności z oglądania. Całość jest niesamowicie intensywna gdzie każda scena wnosi coś nowego. Zdziwiłem się gdy sprawdzając timer okazało się, że minęło 20 minut, a przysiągłbym, że zbliża się koniec. Fantastycznie ogląda się rodzinkę z kłopotami, w nawiedzonym domu. Duża w tym zasługa reżysera oraz dekoracji wnętrz. Oka kamery pokazuje dużo, czasem pod dziwnymi kątami. Jednak mnie urzekł montaż choćby niektórych rozmów - dużo cięć, delikatna zmiana perspektywy i nieznaczny ruch kamery do przodu lub do tyłu.
- wbrew moim obawą serial nie jest straszny co mnie trochę rozczarowało (ha, taki jestem skonfliktowany wewnętrznie!). Jest kilka screamerów, dziwne dzieci, trochę krwi, zdeformowane płody w słoikach, oszpeceni ludzie i niewyjaśnione morderstwa. Trafił się nawet upiorny potwór. Podejrzewam, że nie będę się bał przez to chodzić w nocy do łazienki. Siła tego serialu jest raczej w tworzeniu dusznej, niepokojącej atmosfery gdzie można się spodziewać absolutnie wszystkiego. Tutaj nie ma straszenia, jest raczej wytrącanie widza z comfort zone i zmuszanie go by był gotowy na wszystko.
- jednak największą zaletą American Horror Story są aktorzy i bohaterowie. Niby rodzinka z problemami jakich wiele, ale zostali fantastycznie nakreśleni, a ich problemy zostały solidnie uwypuklone. Mimo widocznej dysfunkcji i problemów wszyscy tam się kochają. Connie Britton jest jak zwykle zjawiskowa, oczu od niej nie można oderwać. Wciąż jednak czekam na popis aktorstwa od Jessicy Lange, która była wielokrotnie nagradzana za rolę w tym serialu. Już przykuwa oko, ale jestem ciekaw bardziej ekspresywnych scen z jej udziałem. Takie dostał Evan Peters, którego nastolatek z problemami psychicznymi kradł show.
- w pilocie bardzo podobał mi się motyw domu. Jego powolna eksploracja i odkrywanie jego tajemnic, które potem wpływają na bohaterów. Jednak motyw domu w serialu potraktowano jeszcze w inny sposób - w kilku dialogach porównywano do niego ludzkie ciało jakby chciano podkreślić, że nowy nabytek państwa Harmonów jest żywym bytem i to jego trzeba się najbardziej obawiać bo posiada własną osobowość.

OCENA 5/6

Ascension S01E01 Episode 1
- długo czekałem na ten serial. W końcu od czasu anulowania Stargate Universe nie było w telewizji sci-fi w kosmosie. Doczekałem się i zgodnie z przewidzeniem czuję się rozczarowany. Niby Ascension jest zbudowany z podstawowych składowych, które powinno dać dobry serial, ale jest też dużo klocków nie z tej bajki, a kilku przydałaby się solidna obróbka.
- sam koncept wyjściowy jest bardzo zachęcający. Mamy statek w połowie swojej stuletniej zbudowany podczas lat '60. Tylko, że podróż "tratwy ludzkości"  wcale nie jest najważniejsza w pierwszym odcinku. Osią napędową jest morderstwo. Tak, stacja Syfy wydała grube miliony na serial z statkiem kosmicznym by móc zaprezentować w nim śledztwo w sprawie śmierci młodej dziewczyny, które ma drugie dno, bo drugie dno być musi. Niby jest to pomysł by w ten sposób przedstawić poszczególnych bohaterów, śledztwo ma służyć ekspozycji bohaterów i być pretekstem by przyjrzeć się im bliżej. Tylko to wciąż jest przeciętnie napisana sprawa kryminalna gdzie notabene pan "detektyw" ani razu nie zadaje sobie pytania "czemu Larua Palmer została zamordowana", a tylko szuka jej mordercy. W międzyczasie są w delikatny sposób zaznaczane problemy z życia statku - jest zbliżający się punkt bez powrotu, rada, gierki polityczne, problemy z różnicami klasowymi czy mistyczne dziecko. Tylko to właśnie powinno być w centrum wydarzeń, a nie na uboczu. Zwłaszcza w trzyodcinkowej miniserii. Gdyby było co najmniej 10 odcinków zrozumiałbym, ale w takim wypadku ciężko mi się z tym pogodzić.
- to może więc bohaterowie sprawiają, że chcę się zerknąć na więcej? Nic z tego. W głównej roli jest mało charyzmatyczny XO prowadzący to nieszczęsne śledztwo. Jest też kapitan, który ma zostać zmieniony, jego machiavelliczna pragnąca władzy, jakaś dziewczyna, jakiś chłopak, szef ochrony i.... zresztą nieważne. Pamiętacie Battlestar Galactica czy którekolwiek Stargate? Tam były postacie, które z miejsca trafiały do widza, nie konieczne się im kibicowało, ale chciało śledzić ich poczynania. Tutaj mam to w nosie. Po godzinnym odcinku nie znam imion. Nikogo. A to dobrze nie świadczy. Wiem tylko, że żonkę kapitana gra Tricia Helfer dlatego najlepiej ją się ogląda. Bo jakże by inaczej? Nie jest to jednak zasługa jej postaci. Może późnij będzie lepiej gdy sytuacja stanie się bardziej krytyczna. Jednak obecne wydarzenia nie pozwalają mi myśleć zbyt pozytywnie o przyszłości. Bo są romanse czyli największe pójście na łatwiznę w prowadzeniu relacji między postaciami. Tutaj maż nic nie wie, tamta dziewczyna kocha seksownego chłopaka, a kapitan jest zdradzany. Delikatne zostały zasugerowane inne typy relacji, ale znowu - to co najciekawsze jest pod warstewką mułu i czeka na odkrycie.
- podoba mi się retrostylistyka. Duże ekrany, gigantyczne komputery, wnętrza jak z katalogu i piękno, które ma razić swoją sztucznością u stewardes. Oczywiście muzyka i filmy również są z epoki. Szkoda, że serial nie poszedł trochę dalej, zwłaszcza w warstwie społecznej. Patrzę - czarnoskóra postać, będę wątki rasowe, jakiś komentarz do naszej historii. A gdzie tam. Serial porusza się bezpiecznie w swoich granicach. Jest na co popatrzeć i niestety to wszystko.
- mimo godziny odcinek szybko zleciał. Miał dobre tempo i ciekawił z początku. Z czasem było trochę gorzej i pod koniec już trochę męczył, ale ogólnie wrażenia podczas oglądania miałem pozytywne, gorzej wypadł czas rozliczeń. Trochę akcji i zdawkowe karmienia widza mające na celu jeszcze większe zaostrzenie apetytu mogłoby się sprawdzić gdyby na końcu został zaserwowany pyszniutki kotlecik lub pokazano nam nad czym pracuje szef kuchni. Ja trafiłem na zakalca. Z rekina. Skaczącego.
- uwaga, jeśli ktoś czytał, a nie oglądał i nie chcę spoilerować sobie końcówki to teraz jest dobry moment by zmienić kanał bo będzie o cliffhangerze. Czyli SPOILERY wysokiego kalibru. Chociaż z drugiej strony plot twist z końca nie był dla mnie totalnym zaskoczeniem, raczej "logicznym" wytłumaczeniem całej sytuacji. Bo wiecie, w międzyczasie w odcinku pojawiały się scenki z współczesnego świata co spowodowało u mnie uruchomienie sygnału alarmowego. Bo jak to serial o kosmosie i kolonizatorach podążających tam gdzie jeszcze nikt nie dotarł ma scenki na współczesnej Ziemi. I niestety jedna z moich teorii została potwierdzona w cliffie - cały program Ascension to jedna wielka mistyfikacji. Takie "małe" WTF na koniec odwracające cały koncept serialu sprawiające, że mam jeszcze mniejszą ochotę oglądać co dalej. Bo zamiast heroicznej misji, ostatniej nadziei ludzkości mamy nieludzki eksperyment socjologiczny, który swoją drogą jest jeszcze bardziej nieprawdopodobny niż międzygalaktyczny lot w latach '60. Wyjaśniło to też czemu przez cały odcinek nie czułem klimatu statku kosmicznego - bo takiego nie było. I chyba lepiej jakby nie było tego serialu. Pomachał marchewką, zaprosił na obiad, podał tacę z owocami po czym okazało się, że wszystko to plastikowa atrapa.
- i jeszcze mała perełka, która sprawiła, że mocno zwątpiłem w serial w połowie odcinka - "To coś więcej niż literki na ekranie. Jest tam cały świat i kiedy piszesz na telefonie,stajesz się jego częścią. Zmieniasz go. "

OCENA 3.5/6

Homeland S04E12 Long Time Coming
- przy poprzednim odcinku podzieliłem się obawami związanymi z nadchodzącym finałem. Przeczuwałem, że serial może nie sprostać oczekiwaniom bo jeden epizod to niewiele do wyjaśnienia takiego cliffhangera. I częściowo miałem rację - niewiele czasu więc pozostało więcej pytań niż po poprzednim odcinku, a rezolucji nie doczekaliśmy się żadnej. Czemu tylko częściowo miałem rację? Bo odcinek był oderwany od reszty sezonu, niczym zupełnie nie pasujący kawałek opowieści. Po 11 odcinkach walki z terrorystami i Pakistańczykami dostajemy kameralne 50 minut o Carrie radzącej sobie ze stratą ojca. Zupełnie mi to nie pasowało do tegorocznej opowieści. Bardziej przypominało to dziesiąte odcinki Game of Thrones gdzie dostawaliśmy spokojny epilog i zarysowanie nowych odcinków. Tylko, że tutaj opowiadano bardziej poboczna historię i skupiono się na Carrie. Wpleciono w to matkę, wątek miłosny Quinn, żałobę i miłość do córki. I tak niemal przez cały czas, aż odechciewało się oglądać. Było kilka wyśmienitych scen, Claire Danes jak zwykle fenomenalna, ale czuję ogromny zawód zwłaszcza po takim sezonie. 

OCENA 3.5/6 
 
Brooklyn Nine-Nine S02E11 Stakeout
- co za świetny odcinek! Trochę dziwne, że nie było specjalnego, świątecznego motywu, ale to dobrze. Odcinek był o przyjaźni i postrzeganiu siebie przez co zafundował masę śmiechu. Główny wątek to Jake i Boyles na obserwacji. Dwaj partnerzy muszą przetrwać razem tydzień, początkowo pojawiają się drobne kłótnie, a potem dochodzi do otwartego konfliktu. Świetne sceny, cudowny pomysł z zapisywaniem denerwujących rzeczy na ścianie i running gag z Charlsem próbującym zrobić wsad. Piękne! Liczę, że w przyszłości pojawi się odcinek gdzie wszyscy główni bohaterowie zostaną zamknięciu w jednym pomieszczeniu. Oczywiście wiele brakowało do Cooperative Polygraphy z Community, ale to nie ujma dla B99.
- książeczka dla dzieci Terryego była śmieszna. Jednak przezabawne były Gina i Amy zachowujące się niezgodnie z swoim charakterem. Jednak nie tylko one mają problem z samoakceptacją. Również Hitchoock i Scully pragną być kimś innym - Jakem. Brawa dla scenarzystów jak ładnie spięli gagi jednym motywem.
- Rosa dostała wątek romansowy i wypadło nawet zabawnie i trochę żałuję że nie miała więcej scen, zwłaszcza z Holtem. Jednak to pan kapitan wygrał odcinek swoim "Wunch time is over! Boom did it! No Regrets!". Śmiałem się z tego przez całą czołówkę tak jak potem z jego krępującego zachowania względem Rosy.

OCENA 5.5/6

Marco Polo S01E01 The Wayfarer
- typowy ja. Zamiast ponadrabiać seriale w przerwie świątecznej to zaczynam nowy, który w ogóle nie miał trafić na moją watchlistę. Zainteresowałem się serialem bo zbierał dość mieszane recenzję i ma niską średnią na Metacritic. I dobrze zrobiłem bo całkiem przyjemnie mi się go oglądało. Dobrze to rokuje na przyszłość bo początek jest podobno najsłabszy.
- na razie nie pałam miłością do postaci i z imienia i funkcji kojarzę na razie trzy. Tytułowy Marco Polo jest trochę nijaki, ale wraz z nim można poznawać kulturę orientu oraz z nim sympatyzować z powodu backstory. Został sprzedany w niewole przez ojca w zamian za otwarcie szlaków handlowych. Dodatkowo cały czas próbuje znaleźć swoje miejsce w świecie. I oczywiście jest inteligenty i z czasem będzie zyskiwał szacunek. O wiele ciekawiej wypada Kubilaj-chan. Charyzmatyczny i pewny siebie władca mongolski. Dzięki niemu można oglądać rozrywki na królewskim dworze i poznać pierwsze spiski. Szkoda, że ekspozycja postaci drugoplanowych wypadła w tak kiepski sposób. Serial musi się jeszcze pod tym względem jeszcze dużo nauczyć.
- ostatni z charakterystycznej trójki jest Stuoki. Archetyp mentora dla głównego bohatera i niewidomego wojownika. On wprowadza do serialu element sztuk walki. Na razie są one dość prymitywne, ale to zapewne wynika z fabuły. Jednak ich reżyseria może się podobać z często zmieniającą się kamerą.
- podoba się też reżyseria. Serial kosztował 90 mln i to widać. Bogactwo w wystroju wnętrz, rzeźby, stroję, plenery. Nawet zbudowano kawałek XIII wiecznej Wenecji. Jest bogato co reżyser ładnie podkreśla. Wszystko to komponuje się z orientalną i różnorodną muzyką podkreślającą klimat.
- szkoda, że najsłabiej wypada scenariusz. Odcinek ma kilka przestojów, flashbacki zbyteczne, a plansza z tekstem i głos lektora przybliżający sytuację polityczną to pójście na łatwiznę. Marco Polo jest prowadzony od jednego wydarzenia do drugiego, nic nie robi, nie wikła się w intrygi. Dużo rzeczy dzieje się koło niego i są to mało ciekawe rzeczy. Jest jakaś wojna, jakieś zdrady, ludzie przeżarci ambicją i ładne kobiety. I dzieje się.
- tak więc serial będę oglądał dla reżyserii, zdjęć i nadchodzących scen walki trzymając przy tym kciuki by pojawił się wciągający wątek przewodni i nie okazał się on tanim romansem.

OCENA 4/6

Mighty Morphin Power Rangers S01E23 Itsy Bitsy Spider
- ble, pająki i robale, nie lubię. Tak jak Zack, którego miny było komiczne gdy miał styczność z pajączkami. Biedaczek. Fabularnie odcinek był słabiutki. Jakiś posąg do uratowanie teoretycznie chroniący miasto przed wszelkim robactwem, scenka z Mięśniakiem i Czachą, polowanie na robaki i walka z potworem, które była przeraźliwie nudna. Nawet specjalnie nie można się było pośmiać z designu monster of the week. Niesety Tommy dalej na uboczu, nawet powtórzone ten sam schemat z poprzedniego odcinka. Wojownicy walczą, on ćwiczy, a Zordon wysyła go na ratunek. Nawet nie miał walki w kostiumie, tylko przywołał Zorda.
- bardzo odpowiedzialnie Zack. Magiczne motyle usypiają dzieci, a ty je zostawiasz same gdy atakuje potwór? Nie ładnie.

OCENA 2.5/6 

Utopia S01E06 Episode 6
- piękne zakończenie finału. Dziesięć minut przed końcem mieliśmy niemalże happy end. Szczepionka zniszczona, Królik zabity, a bohaterowie mogą odzyskać swoje dawne życie nic z tego. Wszystko zaczęło się sypać. Pierw w delikatny sposób poprzez rozstanie Granda z Alice, a potem na dużą skalę. Bo sezon, w świetle wcześniejszych wydarzeń, nie mógł mieć szczęśliwego zakończenie. Dobrzy przegrali w miko i makro skali. Mikro bo przeżywają osobiste dramaty. Nie dość, że u Becky nasiliła się choroba to jeszcze postanowiła opuścić Iiana. W makro bo okazało się, że wrogiem był ktoś zupełnie inny i uzyskał to czego pragnął. Milner (plot twist!) nie zależało na manuskrypcie, a Jessice. Co za świetna scena na dachu! I jestem ogromnie ciekaw co dalej z wielką intrygą. Fabularnie trochę się zaczyna gubić bo więcej miejsca jest poświęcane bohaterom lub popisom reżyserskim, ale wciąż wciąga.
- niesamowicie podoba mi się co zrobiono z Wilsonem. Dobry bohater został przekabacony na drugą stroną i wierzy w plan złych, widzi w nim sens. Dlatego tak bardzo oczekuje dalszego ciągu jego historii i liczę, że zacznie pracować razem z Milner. Bo wydaje mi się, że widziałem go na materiałach promocyjnych drugiego sezonu. Zresztą, postacie na umierają poza kadrem.
- najlepszy zestaw scen miał chyba Grant. Oliver Woollford gra niesamowicie raz pokazując strach, a raz pewność siebie. Świetne sceny w zamknięciu i moment zamordowania Królika. Serial nie boi się dawać dzieciom scen pełnych przemocy.
- trochę rozczarował mnie wątek Michaela. Zbyt szybko zmienił stronę, miałem nadzieje, że będzie stopniowo zmieniał się na złe, a zamiast tego już w tym odcinku zaczął popełniać dobre decyzję. Pewnie dlatego, że tą rolę przejmie Wilson w drugiej serii.
- serial mnie niesamowicie wciągnął i oglądając go nie można oderwać wzroku. Ale coś mnie w nim delikatnie uwiera. Mam wrażenie, że fabuła mogłaby być powadzona w lepszy sposób bo niezbyt czuć globalny spisek. Ale to tylko takie drobne zastrzeżenie.

OCENA 5/6