poniedziałek, 16 października 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #252 [09.10.2017 - 15.10.2017]

SPOILERY

Marvel's Agent Carter S01E04 The Blitzkrieg Button
Agenta Carter była pierwszym marvelowskim tytułem, który sobie odpuściłem. Nie z powodu jego jakości, a raczej przesytu. Za dużo superbohaterów, nawet jeśli w wykonaniu Peggy Carter potrafiącej zauroczyć widza. Zawsze jednak chciałem ten tytuł nadrobić. Gra tutaj dużo lubianych prze zemnie aktorów, a i nie lubię mieć zaległości w śledzonych franczyzach.

Odcinek jest dobry. Trochę akcji, humoru i feministyczny wydźwięk. Dobrze znana mieszanka, solidnie wymieszana i smakowita. Obiadek którym można się najeść i niestety następnego dnia zapomnieć co się jadło. Jest to poprawna historia i tyle. W pewnym momencie fajnie bawi się z widzem kreując nieistotnego fabularnie antagonistkę, który posłużył do interesującego plot twistu. Niestety w serialu razi mnie wykonanie. Sztuczność ogólnodostępnej telewizji i dziwny święcący filtr, który mnie strasznie raził.

Po seansie, mimo mojego ogólnego zadowolenia postanowiłem przerzucić Agent Carter do kolumny z serialami z których zrezygnowałem i nie zamierzam nadrabiać. Może kiedyś mi się odwidzi. W końcu mam zaległość w marvelowym uniwersum.

OCENA 4/6   

Riverdale S02E01 Chapter Fourteen: A Kiss Before Dying
Piszę parę dni po seansie odcinka więc będzie bez szczegółów. Jestem zachwycony powrotem. Za mało którym serialem tak mocno się stęskniłem i wszystkie moje oczekiwania zostały wynagrodzone. To dalej niesamowicie stylowa produkcja. Kolory, nasycenie kolorów, przerysowane dialogi i postacie. Czuć ducha komiksu. Całość ma niepokojący klimat budowany przez muzykę i podkreślany przez zdjęcia. A do tego jest zabawnie. Nawet w odcinku w którym liczyło się życie jednej z postaci można się było parę razy uśmiechnąć.

Sam powrót był bardzo dobrze skonstruowany. Jakby twórcy wiedząc, że mają tym razem cały sezon mogą skupić się na większej ilości detali. Umierający Fred był doskonałym czynnikiem budującym napięcie. Umrze czy nie? A jak nie to jak skończy? Majaki Freda doskonale współgrała z tym co działo się u Archiego i przyjaciół. Jak sobie z tym radził, jak bardzo był rozbity i nie mógł sobie z tym poradzić. Kłótnia z Veronicą czy rozmowa z matką gdy mówi, że stało się coś złego to jedne z lepszych scen odcinka. I ta końcówka gdy strzeże domu z kijem bejsbolowym. Dzieciak z traumą, który radzi sobie na swój własny sposób i w pewien sposób stara się odpokutować, że nie zareagował inaczej.

Mimo skupienia się na Archim w tym odcinku było też sporo miejsca dla innych bohaterów. Veronica dalej ewoluuję, a dodatkowo jej środowisko się zmieniło po powrocie ojca. Robi się coraz bardziej samodzielna i kwestionuje decyzję rodziców. Judhead też ma nowe otoczenie. Węże może i mu pomagają, ale nie tak jakby tego chciał. Już jest winny przysługę. Mówi, że to nie dla niego, ale wiadomo jak to się skończy. Dwa, kolidujące ze sobą światy. I tylko Betty martwi się o swojego chłopaka.

Delikatnie rozczarowała mnie intryga sezonu bardzo podobna to tej z pierwszej serii. Morderstwo i poszukiwanie sprawcy. Jest twist, Grandale została zamordowano i jakoś łączy się to z postrzeleniem Freda, ale podobieństw jest za dużo.

Inne:
- serial pobił swój rekord oglądalności osiągając wynik lepszy o 60% od swojej premiery i stając się jednym z najchętniej oglądanych seriali The CW. Magia Netflixa.
- showrunnerzy już pracują nad spin-offem z Sabriną. Jaram się jak Thornhill.

OCENA 5/6

Sherlock S04E02 The Lying Detective
Czas jaki minął między ostatnio obejrzanymi odcinkami jest doskonałym podsumowaniem mojego zainteresowania serialem. Nawet nie wiem co się stało. Znakomite odcinki, świetni bohaterowie i wreszcie przeciętny powrót po którym nie chciało mi się włączyć 1,5h epizodu. Zbierałem się ponad rok i z ulgą mogę wreszcie odhaczyć kolejną zaległość. Nie powiem, że z satysfakcją.

Odcinek to typowy Sherlock, który zdążył mnie zmęczyć swoją formułą. Bez zagadki kryminalnej pędzenie z punktu do punktu, eksperymentowanie w warstwie realizatorskiej i scenariuszowej, szokujące zwroty akcji i jeszcze bardziej szokujący cliffhanger. Trochę ziew. Pośmiałem się, a i owszem. Cumberbatch i Freeman mają tony charyzmy, a i scenariuszowo czasem wyjdzie jakaś mała kameralna scena. Jednak bizantyjskimi intrygami przestałem się już przejmować i oglądam to bez większej ekscytacji przewidując czasem nieprawdopodobne zwroty akcji. Tak dla zabicia czasu.

Strasznie dużo czasu poświęcono Tobym Jonsowi i jego kreacji filantropa mordercy. Momentami fascynował, równie często przerażał gwałtownie zmieniając swoje nastawienie. Mam jednak wrażenie, że dostał za wiele czasu. Zbytnio nie jestem też przekonany siostrą Homsów. Kolejny inteligenty przeciwnik, którego trzeba zatrzymać tym razem z ładunkiem emocjonalnym dla Sherlocka.

Inne:
- serial droczy się z widzami poświęcając długi dialog Irene Adler, oczywiście, że się nie pojawi.

OCENA 4/6

Sherlock S04E03 The Final Problem
Lubię skomplikowane zagadki, niespodziewane zwroty akcji i misterne intrygi gdzie gra pozorów przebija się na pierwsze miejsce. Czasem jednak trzeba powiedzieć dość, stwierdzić że warto się ograniczać, a najbardziej szalone pomysły nie będą w stanie uratować całości gdy logika pójdzie się kochać. Taki był właśnie finał Sherlocka. Przesadzony do granic możliwości. Nastawiony na to by kolejne sceny miały szokować, kolejne plot twisty wywracały całość, a finał miał być taki super mega zajebisty by można było tygodniami o nim gadać. A ja na to meh. Jeśli każda scena ma być szokująca całość jest pod tym względem przeciętna. Moffatowi i Gatissowi zabrakło umiaru co mnie bardzo zabolało. Euros mnie nie fascynowała, Sherlock i Maycroft nudzili, a Watson robił za statystkę. Sherlock zresztą też. Marionetka bez aktywnej roli przez większość odcinka. Czasami zdarzyło się zagrać odcinkowi na odpowiedniej nucie (finałowa gra na skrzypcach!), czasem zaśmiałem się na onelinerze, a czasem wciągnąłem w narrację. Była też scena z Molly Hooper gdzie pod przymusem wyznali sobie miłość z Sherlock. I wszystko ładnie gdyby dostała jakiś epilog. Ogólnie jestem rozczarowany, ale na kolejną serie i tak czekam.

OCENA 3/6

Star Trek: Discovery S01E04 The Butcher's Knife Cares Not for the Lamb's Cry
Ostatnio zauważyłem, że krytykowanie nowego Star Treka w internecie zawsze kończy się krytyką postującego. Że się nie zna ogólnie, że na serialach, nie jest prawdziwym trakkies, że za bardzo przywiązany do kanonu, lub nie rozumie specyfiki serialu. Zawsze znajdzie się ktoś kto będzie próbował naprostować niepokornego. Trudno, czekam na was bo ja znowu będę narzekał.

Na szczęście nie będzie to narzekanie takie jak ostatnio. Odcinek jako autonomiczna całość nawet mi się podobał. Goniący załogę czas i ratowanie górników oraz nakładające się na siebie badania naukowe, które kończą jako jeden wielki eksperyment. Czy może Odkrycie. Było tutaj umiejętnie prowadzone napięcie, kilka niezłych dialogów, granie na emocjach i bardzo ładne wizualia. Można było czerpać z tego odcinka sporo frajdy.

I na powyższym akapicie mógłbym skończyć, ale wtedy nie byłbym sobą. Koniecznie muszę się uzewnętrznić. Ten serial momentami jest strasznie głupi. Zwłaszcza jeśli chodzi o zachowanie oficerów Star Fleet. Ja rozumiem umowność konwencji i stawianie fabuły nad logikę, tylko niech to czemuś służy i nie będzie zbytnio naciągane. Tutaj powiedzieć, że przesadzono to mało. Dwa przykłady. Chęć pobrania próbek od niebezpiecznej bestii kończy się śmiercią. Bo nie chciało się sprawdzić skuteczności środka usypiającego. To było niedorzeczne. Równie głupio działa dowództwo pozostawiając dryfujące wraki statków. Przecież to podstawa zniszczyć pozostałości by nie trafiły w ręce wroga. Tutaj o tym zapomniano pozostawiając cenne materiały na pokładzie. W przeciętnym military sci-fi nie dochodzi do takich sytuacji, a od wysokobudżetowego serialu wymaga się przecież więcej.

Nie kupuje wątku Klingonów. Jest przeraźliwie nudny i dostaje za dużo czasu antenowego. Przez cztery odcinki nie wydarzyło się tutaj nic interesującego poza oglądaniem ładnych scenografii i trochę blizzardowych kostiumów z ich monumentalnością i nieporęcznością. Liźnięto trochę ich kultury, ale to w bardzo nieporadny sposób. Mowa jest też o jednoczeniu plemion i wielkiej wojnie, ale to gdzieś ginie w zlewie przydługich przemów.

Wciąż serial ogląda się z perspektywy trzech osób - Lorcy, Michael i Klingona. Niestety to trochę mało, chciałbym poznać członków załogi Discovery, a nie oglądać ich tylko na mostku. Przydałby się jakiś bottle episode gdzie bohaterowie muszą się lepiej poznać. 

Inne:
- platforma streamingowa więc odcinki mają ~50 minut. Twórcy nie mają umiaru i widać niepotrzebne dłużyzny. Czasem ograniczenia to coś dobrego.

OCENA 4/6

Teen Wolf S06E12 Raw Talent
Serial się skończył więc stwierdziłem, że można by nadrobić zaległe dziewięć odcinków. Początek był obiecujący. Pokazanie koczowniczego życia Theo, porzuconego przez wszystkich i mieszkającego w samochodzie. Zdarza mu się coś dziwnego i długo zastanawia się czy nie poprosić Scotta o pomoc. To był bardzo klimatyczny, całkiem nieźle zrealizowany wstęp. Po czym został zastrzelony, a cały odcinek okazał się wielkim zawodem.

Brakowało tutaj spójnej fabuły, rozwoju postaci czy relacji między nimi. Za to dużo niepotrzebnych scen wypełniających czas. Trochę mających przerazić, trochę podkręcić klimat zagrożenia. Całość jednak była mocno rozmyta przez co nie udało się jej przykuć mojej równowagi. Nie obchodzi mnie zbytnio zagrożenie sezonu, ani to co stanie się z większością bohaterów. Bardzo mi z tego powodu przykro.

Najgorsze jednak były niektóre idiotyzmu fabularne. Ot Lidia wchodząca sobie bez przeszkód na oddział zamknięty Eichen House. A pamiętam, że kiedyś poświęcono temu cały odcinek. Głupie było też znalezienie przez Argenta kuli na miejscu zbrodni, parę metrów od ciała. Policja w Beacom Hill działa koszmarnie.

OCENA 3/6 

The Flash S04E01 The Flash Reborn
Trzeci sezon Flasha był rozczarowaniem więc nie miałem zbyt wygórowanych oczekiwań po premierze. Dlatego mocno się zdziwiłem gdy początek okazała się bardzo solidny. Drużyna radzi sobie jakoś bez Barry'ego, a Iris ruszyła dalej z swoim życiem odnajdując nowe powołanie w zarządzanie superbohaterami. Ciekawa koncepcja by pokazać serial bez głównego bohatera bardzo szybko się rozlatuje. Nagle pojawia się przerośnięty samuraj, a Cisco sugeruje by jednak sprwoadzić Barry'ego bo sami sobie nie poradzą. Bez żadnej walki i wysiłku od razu się poddaje. Nie tak działają bohaterowie. Dalej mamy górki i dołki. Szalony Barry poza czasem wypadł bardzo ciekawie. Dla odmiany jego powrót to normalności był żenujący. Power of love i nie ma problemu. Wielkie rozczarowanie.Takie właśnie skróty scenariuszowe psują mi odbiór serialu. W zamian dostałem cukierka z efektowną walką.

Serial dalej ma problem z bohaterami drugoplanowymi. Taki Wally jako Flash zupełnie sobie nie poradził, nie ma w ogóle miejsca dla niego w serialu. Cisco bez własnego wątku, Iris z wątkiem napędzanym przez byłego chłopaka, Joe dalej robiący za tatusia. Tylko Catlin dostała coś nowego. Nowe życie, nową stylówkę, nowe otoczenie i historię. By na końcu zafundować recykling historii z Killer Frost.

Przeciwnik sezonu został ujawniony już w pierwszym odcinku i nie jest speedsterem. Mile widziana nowość. Pewnie to zepsują, ale na razie jest intrygująco mimo, że bez konkretów. Ktoś z przyszłości bawiący się Flashem. Widzę tutaj potencjał.

Inne:
- w Buffy odcinek z wskrzeszeniem głównej bohaterki rozwiązano dużo lepiej. To chyba będzie niedościgniony wzór dla tego typu produkcji.

OCENA 4/6

poniedziałek, 9 października 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #251 [02.10.2017 - 08.10.2017]

SPOILERY

Lost Girl S01E03 Oh Kappa, My Kappa
Dobrych seriali o polowaniu na potwory nigdy za wiele. Ubolewam, że w ostatnich latach wiele tego nie powstanie, na szczęście ilość zaległości nigdy nie pozwoli tego naprawić. Tym razem dzięki losowaniu obejrzałem Lost Girl. Trzeci odcinek po pięciu latach przerwy. I jest dokładnie takie jak pamiętałem. Z sympatycznymi bohaterami, humorem i tajemnicą w tle. Standard jak na tego typu serial. Plus budżetowe wykonanie, które momentami śmieszy lub żenuję. Ogólnie jestem zadowolony z seansu. Lubię bohaterki, Kenzei jest szalona i ma świetną chemię z Bo. Nawet wątek romantyczny jakoś nie irytuje. Jeszcze jakby popracowano nad przedstawieniem potwora tygodnia to bym skakał z radości. Monster w jaskini, fontanna dająca młodość i porwana dziewczyna. Mało ciekawy miszmasz, który nie został należycie przedstawiony kosztem zabawy konwencją w studenckim bractwie. Budowano napięcie by tylko zmylić widza. Trochę zabawne, trochę irytujący efekt końcowy.

OCENA 4/6  

Star Trek: Discovery S01E03 Context is for Kings
Ja na prawdę chciałem lubić ten serial, może aż za bardzo. W końcu sci-fi, kosmos i mój pierwszy Star Trek poza abramsowymi. I ja wolę Dżej Dżeja. Serio. Wolę tych radosnych bohaterów będących załogą statku, a nie to co serwują mi protegowani Fullera. To już trzeci pilot serialu, który wreszcie powinien nakreślić jego kształt. Wyrzucił niemal całą obsadę (nie żeby było za czym tęsknić) i zarysował fabułę. Eeee, odkrycie nowego napędu pod okiem machiawelicznego kapitana gdzie gdzieś z boku toczy się wojna? Sam nie wiem. Wciąż brakuje mi tutaj bohaterów z którymi mógłbym się zżyć, to co jest irytuję. Czy mechanik, czy współlokatorka Michael. Tak, są tak nudni, że nie chcę mi się sprawdzić na IMDb ich imion. Główna bohaterka jest odrobinę lepsza, ale czasem wypada pretensjonalnie w swoim pozowaniu na wolkanina by zaraz zacząć panikować podczas przedzierania się przez wentylację. Mnóstwo tutaj też ekspozycji poprzez sztucznie napisane dialogi. Jeszcze więcej niż w finale. Nie wiem tez czy kompletnie zirytowałem się na serial czy tam rzeczywiście wszystko wygląda bardzo sztucznie.

Sama fabuła odcinka była mało wciągająca i mam nadzieje, że nie nadaje tonu serialu. Przedzieranie się przez mroczne korytarze opuszczonego statku kosmicznego i wielka bestia. Można było odczuć pewien nastrój tajemnicy czy odrobinkę napięcia, ale szybko to siadało przez nieudolne żarty. Haha, Kligon uciszający oficerów Federacji taki śmieszny by jeszcze zabawniej zginąć od przerośniętego kociaka #not. Nitki fabularne są bardzo luźno spięte i trzeba trzymać fabułę na słowo honoru, że doprowadzi do czegoś sensownego np. intelektualnej i szarej moralnie gry między Michael, a kapitanem. Tylko na razie to pusta tajemnica i ze dwa udane dialogi w morzu banału nie napawają optymistycznie. Dobrze, że jest jeszcze Saru, który wprowadza tak potrzebną komedię, ale przy tym ma jakiś charakter.

OCENA 3/6

The Gifted S01E01 eXposed
Byłem przekonany, że ogólnodostępne stacje nie przykują mojej uwagi w tym roku. Nie pokładałem nawet specjalnych nadziej w The Gifted. Powoli mam już dość superbohaterów i adaptacji komiksowych wyskakujących z każdej lodówki. Na szczęście telewizyjni x-meni są czymś zupełnie odmiennym od swojej filmowej marki oraz innych adaptacji komiksów.

The Gifted nie jest serialem o bohaterach. To nawet nie jest serial o x-menach. Najprościej go scharakteryzować jako dramat rodzinny z mocami. Bez heroizmów i ratowania świata. W centrum są rodzice i dwójka dzieci które zostały mutantami. Zapowiada się to na serial o adaptacji, rodzicielskiej miłości, o tym jak daleko można się posunąć by bronić najbliższych i jak osobiste doświadczenia z naszymi lękami i obawami wpływają na ich odbiór. Żeby było ciekawiej głowa rodziny pracuję dla rządu i zajmuję się oskarżeniem mutantów. Jest tutaj spory potencjał by pokazać całą sytuację w odpowiednich odcieniach szarości. Bez Xaviera i Magneto i wyraźnego podziału na dobro i zło. Zwykłe odnajdywanie się ludzi w niecodziennej sytuacji i adaptacja do nowego środowiska.

X-Men i Brotherhood tutaj nie ma, ale istnieli. To świat w którym Bractwo i grupy z X w niesprecyzowanym momencie zniknęły. Pozostali Mutanci ukrywają się przed ściągającym ich rządem standardowo obawiającym się odmienności. Mają własną społeczność w całkiem stylowym opuszczonym banku. Po drugiej stronie jest Sentinel Service na nich polujący. I w sumie tylko wiadomo o świecie. Niby można narzekać na kolejną linię czasu w marce X-Men, ale zostało to podane w na tyle udany sposób, że nie narzekam.

Poza rodzinką Stuckerów na świeczniku jest też kilku mutantów. I tutaj też zapowiada się na rozwijanie wątków rodzinnych. Czy to nieplanowana ciąża, problemy z ojczulkiem czy tarcie w grupie które są nieuniknione. Mutanci są różnorodni i mają ciekawe moce, które efektownie prezentują się na ekranie. Szkoda tylko, że wizualnie taka Blink wygląda bardzo sztucznie.

Kolejny odcinek włączę z ogromną przyjemnością i na podstawie przeczytanego wywiadu z showrunnerem jestem raczej spokojny o przyszłość serialu. Przynajmniej pod względem kreatywnym, z oglądalnością może być różnie. 

Inne:
- w głównej obsadzie dwójka nastolatków. Pozorny strzał w stopę, a wyszło lepiej niż się spodziewałem. Łatwo to zepsuć, ale konkurencja na polu najbardziej irytujących dzieci w telewizji jest ogromna. 
- serduszko dla Amy Acker, którą znowu można zobaczyć w telewizji. Stęskniłem się od czasu finału Person of Interest, a nie minęło wielu czasu.

OCENA 5/6

poniedziałek, 2 października 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #250 [25.09.2017 - 01.10.2017]

SPOILERY

Jane the Virgin S01E01 Chapter One
Piękny, okrągły numer podsumowania tygodnia więc losowanie z pilotów odłożonych na świętego nigdy. I to jakże spektakularne, z serialem którego sam z siebie pewnie nigdy bym nie obejrzał. Niby miałem go w swojej orbicie zainteresowań z powodu recenzji i nagród, ale ja i telenowela? Na szczęście nie boję się eksperymentów i lubię różnorodność więc udało mi się sprawdzić pierwszy serial The CW nagrodzony Złotym Globem. I nie zawiodłem się, oj nie.

Jeśli miałbym najprościej scharakteryzować serial jest to skrzyżowanie latynoskiej telenoweli z moim ukochanym Pushing Daisies. Wszystkowiedzące narrator komentuje wydarzenia w zabawny sposób i z dystansem. Świat za to ma cechy realizmu magicznego gdzie bohaterowie z telenoweli mówią do bohaterki, a bilbordy się ruszają. Oczywiście wszystko to z twistami z telenoweli. Dawny ukochany zostaje ojcem dziecka Jane, a jej tatą jest gwiazda telenoweli, ukochany i matka skrywają tajemnicę, a we wszystko wmieszana jest policja. Klimat jest uroczy, przerysowany, sympatyczny, ale serial nie ucieka przy tym od poważniejszych tematów, aborcji i własnego szczęścia. Jestem bardzo ciekaw jak to dalej się rozwinie.

OCENA 5/6

Jane the Virgin S01E02 Chapter Two
Szaleństwa ciąg dalszy. Trochę obawiałem się spowszednienia tonu i zobojętnienia na humor. Nic z tego. Bawię się doskonale. Czy to dzięki Ginie Rodriguez, która jako Jane jest przesymaptyczna, czy dzięki szalonym twistą fabularnym. Śmierć Zazu w finale odcinka była mocno niespodziewana, tak jak wplątanie poważnego wątku narkotykowego. Idę o zakład, że to tatuś Rafaela jest tajemniczym baronem. Nie bez powodu zatrudnili by do tej roli Carlo Rotę. Jednak to nie był mój ulubiony twist. Chyba najbardziej rozśmieszyła mnie Louisa mająca romans z własną macochą. Albo babcia nakrywająca Xomarę z El Presidente w łóżku. Sam nie wiem, tyle tutaj dobrego.

Inne:
- klamra narracyjna zafundowana przez narratora całkiem zgrabna. Więcej takich nieszablonowych zabiegów poproszę. 

OCENA 5/6

Jane the Virgin S01E03 Chapter Three
Zupełnie nieoczekiwane jazdy Jane wychodzą prześmiesznie. Śpiewający kościelny chór o dziewictwie był cudowny. Sam odcinek może nie tak zdumiewający jak poprzednie, ale dalej się bawię. Namnożyło się wątków i tajemnic przez co przez na ani chwilę nie można oderwać uwagi. Przy czym nie ma się wrażenia chaosu. Serial umiejętnie bawi się konwencją, a to przecież dopiero trzeci odcinek. Z tego co słyszałem po trzech seriach jest równie dobrze.

OCENA 4.5/6

Jane the Virgin S01E04 Chapter Four
Jestem pod ogromnym zdumieniem jak serial korzystając z wątków telenowelowych umie wykreować rzeczywiste dramaty pozwalające przejąć się postaciami. Gra aktorów to jedno, czym zupełnym jest dbałość o detale i wyczucie granicy między przysadzistym kiczem, której nigdy nie udało się przekroczyć. Ten serial to perfekcyjna mieszanka fabuły i formy, która w innych proporcjach spektakularnie by się rozleciała.

W tym odcinku znowu zastosowano kompozycje klamrową, bawiono się z widzem który spodziewał się zupełnie czegoś innego, a wątki były misternie splecione ze sobą, jeśli nie fabularnie to motywami. Było tu dużo o zaufaniu i utrzymywaniu kłamstwa. Była Jane pisząca opowiadanie erotyczne wręczone nie temu mężczyźnie, byli Rafael i Petra współpracujący ze sobą i ostatecznie rozchodzący. Pojawiła się też nowa tajemnica związana z Petrą i wprowadzono zupełnie nowego gracza. I wszystko to wciąż jest spójną opowieścią. 

Inne:
- Rogelio mówiący o swoim stroju jak z fantasy podczas gdy ma na sobie zwykłego t-shirta z dżinsami, to tylko podkreśla jego oderwanie od rzeczywistości.

OCENA 5.5/6


Jane the Virign S01E05 Chapter Five
Mocno cenie sobie jak zgrabnie seriale spina fabuły swoich odcinków. Zrobił to już któryś raz i znowu wyszło świetnie. Zaczęło się od Jane która odchodzi z domu do Michaela, a skończyło na jej powrocie. Kolejny raz zostaje oszukany, tym razem przez ukochanego chłopaka. Postanawia jednak pojednać się z matką bo wie, że na niej zawsze będzie można polegać. Duży dramat, a w międzyczasie sporo komedii. Pierze oficjalne spotkanie z Rogelio i powolne budowanie więzi z ojcem. I tutaj też podziwiam scenariusz, jak zgrabnie buduję charakter ojca Jane. Z pozoru zadufany z siebie dupek okazuje się być też stremowanym tatą. Ten serial jest w dużej mierze o pozorach, zaufaniu i poznawaniu swoich bliskich. I przede wszystkim to wyśmienita komedia.

Inne:
- mała Jane wyobrażała sobie Jimmy'ego Smitsa jako swojego ojca. I jak tu jej nie kochać? I czemu do jasnej, Jimmy nie zaliczył nawet małego cameo w serialu?!

OCENA 5/6

Star Trek: Discovery S01E01 The Vulcan Hello
Muszę się do czegoś przyznać. Poza kilkusekundowymi urywkami w telewizji i filmikami na yt nigdy nie oglądałem serialowego Star Treka. Jest to trochę paradoksalne skoro jestem fanem sci-fi i zaliczyłem całość Stargate. Jakoś bałem się zmierzyć z legendą i nawet mnie przerażało >700 odcinków. Nowa inkarnacja jest jednak dobrym powodem by dać temu światu kolejną szansę. Tym bardziej, że za powrót Treka do telewizji częściowo odpowiedzialny jest uwielbiany przeze mnie Bryan Fuller.

I o ile po seansie jestem zadowolony tak mam sporo "ale" o których będzie później. Pierw zalety. Największą jest szczęśliwe lądowanie serialu. Zachwiane, ale szczęśliwe. Po tyle latach produkcji i zakulisowych perturbacji udało się uzyskać zadowalający efekt końcowy. W pewnym sensie podobny do Abramsowych filmów, a z drugiej strony tak inny, zupełnie inaczej rozkładający akcenty. Serial udanie posługuje się poważniejszymi tematami w które wlepia tak potrzebny humor. Mamy starcie dwóch kultur i bohaterów wierzących w to co robią.

Właśnie bohaterowie. Dwie główne panie kupiły mnie od pierwsze momentu. Mentorska relacja pani kapitan z pierwszą oficer, które ewidentnie się przyjaźnią mimo różnicy wieku. Złożone bohaterki z przeszłością. Jedna z trumą z dzieciństwa, druga dyplomatka i wosjkowa żyjąca według honorowego kodeksu Federacji. I na podstawi oglądania ich przez 35 minut tak ciężko jest mi przełknąć przejaw niesubordynacji. Michael ataku swoją kapitan i sama chcę zaatakować statek Kligonów. Nawet jeśli ma rację to bardzo ciężko będzie mi ją polubić. Przed serialem daleka droga.

Przeszkadza mi jeszcze brak innych bohaterów. Pilotowy odcinek prócz kapitan statku i naszej głównej bohaterki przedstawił jeszcze tylko jednego obcego z mostka - Saru, nadając mu pewną osobowość. Strachliwy, odrobinę fajtłapowaty i wyczuwający nadchodzącą śmierć. I comic relief. Tyle. O pozostałych statystach na mostku nic nie wiadomo. Nawet nie byli w stanie wypowiedzieć jednego zindywidualizowanego komentarza do wydarzeń.

Discovery ma być serialem nastawionym na fabułę, bez proceduralnych odcinków. Widać to od pierwszych minut, a finał z mocnym cliffhangerem tylko w tym utwierdza. Powoli rysujący się konflikt z Kligonami i... w sumie na razie tyle wiadomo o dalszej fabule. W odcinku dzieje się dużo, ale to głównie ekspozycja. Trochę o bohaterach, świecie i wrogach. Też mam wrażenie, że można było z tego więcej wycisnąć.

Na koniec jeszcze o strefie wizualnej. Jest pięknie. Niczym u Abramsa. Jaskrawe kolory, flary, wszystkie się pięknie mieni, a statki imponują. To nie jest The Expanse z swoim nastawieniem na realizm i naturalność. To Fuller w pełnej okazałości gdzie wizualia są równie ważne co fabuła. Czy to kolory czy misternie zrealizowane elementy scenografii. Dlatego trochę szkoda odwagi reżysera przez co całość jest bardzo zachowawcza pod względem przedstawienia.

Mimo małego rozczarowania cieszę się, że mogłem obejrzeć Star Trek Discovery. A będę się cieszył jeszcze bardziej gdy zadebiutuje Iason Issac. 

Inne:
- oczywiście, że kobiece bohaterki u Fullera mają męskie imiona.
- jaka ładna czołówka! Trochę takie renesansowe rysunki futurystycznych przedmiotów z świetną muzyką.
- koneserzy na Netflixie mogą załączyć sobie napisy w języku kligońskim. Fajny bajer dla fanów.
- bohaterki przemierzają pustynną planetę, w tle pojawia się obcy które wygląda jak zagrożenie. Co się dzieje? Absolutnie nic, służy tylko do podbicia klimatu. Kolejny plusik za wysiłek.  

OCENA 4.5/6

Star Trek: Discovery S01E02 Battle at the Binary Stars
W tytule odcinka jest bitwa więc zacznę od niej by mieć ją jak najszybciej za sobą. Z bardzo prostego powodu - jest beznadziejna. Mamy 2017 rok, a serial serwuje nam takiego potworka. Słaba reżyseria to jedna. Chaos i brak pomysłu na pokazanie konfliktu w kosmosie to drugie. Dzieje się tutaj dużo i bez sensu. Nie pomaga oglądanie jej z perspektywy jednego statku i jego pokładu. Jest słabo, brakuje napięcia i zaskoczenia. To samo podczas walki wręcz w wykonaniu Michelle Yeoh, Przecież ta aktorka to samograj, a reżyser znowu nie sprostał wyzwaniu. Obawiam się jak będzie wyglądać cała ta wojna jeśli serial rozkracza się w takim momencie.

Fabularnie zdarzyło się kilka głupotek. Mniejszych, ale i takich gdzie zgrzytam zębami. Jak na przykład poświęcenie sporej porcji dwóch odcinków na przedstawienie złego Klingona by efektownie zabić go w finale co staje się zarzewiem wojny. Nie wiem, wszystko jest mocno wydumane. Nie kupuje też dwuosobowej inwazji na obcy statek czy mistycznej komunikacji gwiezdnej. Strasznie dużo rzeczy mi przeszkadza.

Ale jest mam ocenić odcinek jako całość to tak minimalnie na plus. Rozumiem co scenariusz robi z Michael - złamali ją w pilocie i przez serial będą ją na nowo wykuwać. Podobały mi się też jej relację z kapitan. Ciekawym jestem też jak zostanie pokazano wojna idealistycznych ludzi. Wciąż też zachwycam się sferą wizualną. Jeszcze tylko jakby dali mi grupkę bohaterów i rozwinęli między nimi jakieś poważniejsze relację to byłbym przeszczęśliwy.

OCENA 4/6

poniedziałek, 25 września 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #249 [18.09.2017 - 24.09.2017]

SPOILERY

Hawaii Five-0 S02E02 Ua Lawe Wale (Taken)
Kolejna powtórka w serialowym losowaniu. Nie mam nic przeciwko. Hawaii Five-0 to fajny serial do puszczenia w tle. Zabawny, bawiący się postaciami, oferujący sporo akcji, ładne widoczki i przede wszystkim w tego typu produkcjach sympatycznych bohaterów. Miło było też zobaczyć Laurę German. Do kompletu z jej ostatnich serialowych ról brakuje mi tylko Lucyfera który patrzy na mnie krzywo.

Sama sprawa początkowo była mało interesująca. Porwanie nastolatki i dramat rodzinny w tle. Z biegiem czasu robiła się coraz bardziej absurdalna i przez to ciekawsza. Nie spodziewałem, że skończy się na ganianiu za sektą i szalonym dziadkiem. Niby nic specjalnego, a trochę się pośmiałem.

OCENA 4/6

Mr. Mercedes S01E05 The Suicide Hour
Muszę przyznać, że serial zaczyna mnie nudzić. Jest świetnie zagrany, ma swoje momenty i w dużym stopniu skupia się na psychologii postaci oraz konsekwencji swoich czynów. Jest też dużo niepokojących scen i budowania napięcia. Szkoda tylko, że tak mało się dzieje. To już pięć odcinków i ostatecznie nie wiele się wydarzyło. Bill wciąż jako jedyny sprawiedliwy szuka Mr. Mercedesa, a Brady powoli planuje kolejne zbrodnię. Na razie serial żyję momentami, a nie rywalizacją głównych bohaterów i trochę mnie to boli. Oby wreszcie coś ruszyło zanim będzie za późno.

OCENA 4/6

Orphan Black S05E06 Manacled Slim Wrists
Serial ma kilka problemów w piątym sezonie, ale podczas takich odcinków jak ten idą one w niepamięć. Bardzo dobrze rozpisany scenariusz korzystający z dorobku kilku lat i perfekcyjna reżyseria z kadrowaniem sprawiły, że końcówka zwyczajnie w świecie zachwyciła.

Jednak od początku. Zaczęło się od niespodziewanego powrotu szalonej Krystal w formie kosmetycznego videobloga. Niedorzeczne i zarazem bardzo pasujące do konwencji serialu. Była też komediowa scena gdy Krystal działała w terenie, a Sarah i Arte musieli się temu przyglądać. Absurdalnie zabawne. Tatiana jest świetna i tyle. Tym wątkiem odrobinę poszerzono Wielką Konspirację, ale czy kogoś to jeszcze obchodzi?

Na wyspie z głównych bohaterek pozostała tylko Cosima, a to tam dzieją się rzeczy najważniejszej wagi. Jest ona zgrabnym wytrychem by te wydarzenia miały jeszcze większy emocjonalny wydźwięk. Spiskowanie Susan, jej konfrontacja z Virginią i zdemaskowanie P.T. oraz problemy z moralnością złoczyńców. Wszystko to skończyło się nieuniknionym buntem mieszkańców. Wielkie plany o zmianie świata poszły w łeb przez zwykłą naiwność i krótkowzroczność.

Inne:
- wciąż nie ma Felixa z siostrą, trochę smutno z tego powodu.

OCENA 5/6

Orphan Black S05E07 Gag or Throttle
Odcinek zaskoczył mnie dwukrotnie. Pierw gdy okazało się, że centralną postacią jest Rachel. Myślałem, że teraz tylko główne siostry, a samoświadomy klon będzie pełnił rolę drugorzędnej antagonistki. Nic z tego. Orphan Black jest m.in. o genetycznej rodzinie, nie można tutaj zwyczajnie kogoś porzucić i zlekceważyć historię któregoś klona kosztem innego. Tym bardziej, że scenarzyści mają pełno świetnych pomysłów dla swoich postaci.

Drugim, jeszcze większym zaskoczeniem, było moje zadowolenie po seansie. Myślałem, że się znudzę, bo ile można oglądać Rachel, której nie da się lubić. I tutaj serial bardzo sprytnie dał sobie radę. Scenarzyści bawią się poprzez Rachel emocjami widza. Dzięki flashbacką w jednej chwili mogliśmy ją nienawidzić by zaraz jej współczuć. Pokazano jak bardzo, tak jak pozostałe siostry, chciała kontrolować swoje ciało i jak niesprawiedliwa była to walka. Ostateczna wygrana okazała się jej porażką, a wielkie korporację mają za nic jednostki, które łatwiej kontrolować niż sprawić, że będą lojalne z poczucia obowiązku. Przy czym serial nie bawił się w pokazywanie przemiany Rachel, a raczej chciał zaprezentować jej chęć zemsty. To nie altruistyczne pobudki, a akt nieposłuszeństwa. Chociaż ta bransoletka przyjaźni od Kiry na ramieniu Rachel wprawia mnie w zakłopotanie.

Inne:
- Orphan Black to jeden z najbardziej naturalistycznych seriali w tv przez co wyłupianie sobie oka przez Rachel wyglądało tak strasznie. Aż mnie skręca gdy o tym jeszcze myślę.
- niespodziewanie wróciła Allison. All-new, all-different, a jednak taka sama. Jeszce niech Felix i Adele wrócą z tej nieszczęsnej Szwajcarii. 

OCENA 5/6

Orphan Black S05E08 Guillotines Decide
To już tradycja, że wielosezonowe seriale na końcu swojej drogi w jakieś formie składają hołd przeszłości. Odwołania do poprzednich sezonów, kluczowych scen czy poprzez uwydatnienie swojego motywu przewodniego. Odcinek 5x8 właśnie taki był. Oddawał ukłon swoim siostrą, podkreślał wspaniałą rolę Tatiany Maslany i po raz kolejny zadawał pytanie o ludzką naturę - determinuje nas biologia czy wychowania? Wszystko to w dość lekkiej atmosferze wernisażu Felixa z podmianką sióstr włącznie.

I na tym można by poprzestać i zadowolić widza. Chwila przerwy na złapanie oddechu przed dwoma ostatnimi odcinkami. Nic z tego. Cały czas w tle pobrzmiewały donośne wydarzenia. Mrs. S i Delphine cały czas coś kombinowały, układały się z Rachel i Ferdinandem. To była pełzająca zapowiedź tragedii, która nadeszła. W finałowej scenie konfrontacji zupełnie niespodziewanie Siobhan i Ferdinand zabijają się nawzajem. Trudno jest napisać dobrą scenę śmierci. Tutaj to się udało. Podkreślono cechy bohaterki i dano jej odejść w spokoju. Smutne zakończenie podbijające stawkę.

Jakby tego było mało Helena została porwana przez neolucję, a Grace została zamordowana. W finałowej rozgrywce siostry zostały zdane na siebie czyli tak jak powinno być.

Gdzieś tam w tle jest jeszcze wielki spisek i chęć wysterylizowania 90%  populacji. Serial jednak zbytnio się nim nie przejmuję stawiając na dramaty jednostek więc i ja nie będę sobie zawracał nim głowy.

OCENA 5.5/6

Orphan Black S05E09 One Fettered Slave
Serial ładnie zmienia perspektywę i konsekwentnie co odcinek skupia się na innych siostrach. Po Rachel przyszedł czas na Helenę. Porwaną przez Westmordena, gdzie Cody próbuje sztucznie wywołać poród jej bliźniaków. Do tego jeszcze flashbacki pokazujące jej wychowanie u zakonnic i pierwsze morderstwo. Ten szok gdy zabiła kogoś z swoją twarzą po prostu niesamowity. Albo gdy zdała sobie sprawę, że nie nadaje się na matkę i próbuje popełnić samobójstwo. Tatiana Maslany na prezydenta.

Pogrzeb S. to kolejna świetna scena z odcinka. Pożegnanie bohaterki, wstrząs u innych i Sarah chwilowo odsuwająca się na bok bo musi zająć się córkę. Jeśli seriale mają budzić emocję to Orphan Black całkiem nieźle wywiązuje się z tego założenie.

Czuć też zbliżający się koniec. Zdesperowany Westmorden szuka lekarstwa i popełnia błędy. Neolucja jest w odwrocie, rozbrzmiał skandal w mediach, a kolejni działacze aresztowani. Zwycięstwo osiągnięte, w finale okaże się za jaką cenę.

OCENA 5/6

Orphan Black S05E10 To Right the Wrongs of Many
Przed chwilą skończyłem Orphan Black i już wiem, że będę tęsknił za Tatianą Maslany w telewizji jak i serialem dzięki któremu narodziła się gwiazda. Serialem, który mimo swoich meandrów fabularnych nigdy nie schodził poniżej bardzo wysokiego poziomu. Serialem angażującym, różnorodnym i pięknie nakręconym. Zdecydowanie będę polecał go ludzią szukającym inteligentnej rozrywki.

Zadziwiła mnie struktura odcinka. W niecałe 20 minut domknięto wątki neolucji, a resztę poświęcono na długi epilog. Podobało mi się to. Pierw pędząca akcja, pełne napięcia sceny. Dramat rodzącej Heleny, Sarah próbująca pomóc siostrze i ostateczne pokonanie złoli. Dobrze zrealizowane, bez sztucznych tragedii mających jedynie szokować. Wzorowa robota zwieńczona fantastyczną scenę porodu. Bardzo naturalnie pokazane (z zbyt dużymi dziećmi) i szybki montaż poprzeplatany z flashbackami rodzącej Sary. To też symboliczne podkreślenie przejęcia przez nią roli S. opiekunki sióstr i córki.

Po porodzie następuje prawdopodobnie kilkutygodniowy przeskok w czasie do imprezy rodzinnej u Allison. I jak zwykle, to właśnie te ciche sceny skradły moje serce. Obyczajowo humorystyczne z Donnim, Allison i Helenę i dramatyczne z Sarą. Scenarzyści zrobili na prawdę ciekawą rzecz na jej przykładzie. Pokazali, że się zmieniła, wzięła za naukę i chcę poprawić błędy przeszłości. Ostatecznie znowu daje ciała i nie idzie na egzamin wszystkich potem okłamując. Gdy walka się skończyła ona wróciła do bycia buntowniczym punkiem jakby niczego się przez ten czas nie nauczyła. I na końcu dostaje wsparcie od swoich sióstr, każda opowiada o swoich błędach i macierzyństwie,  o nieustającej walce z samym sobą. Dziewczyny są tam dla niej i ją wspierają. I to bardzo ładne zakończenie dla serialu, który był o rodzinie i samostanowieniu.

Podobały mi się też happy endy dla każdego. Siostry skończyły szczęśliwe i na nowo układają sobie życie. Nawet Rachel odkupiła swoje winy przekazując kompletną listę klonów. Niemal trzysta. Wiele pracy dla Cosimy i Delphine. I tylko szkoda, że już tego nie zobaczę.

OCENA 5.5/6
OCENA SEZONU 5/6
OCENA SERIALU 5.5/6
 
The Last Ship S04E06 Tempest
To był efektowny odcinek. Wielki sztorm i zabawa w chowanego na Morzu Śródziemnym wyszło niczego sobie. Do tego jeszcze powrót nasion do roli McGuffina za którym trzeba biegać i zdrada Fletchera. Okraszono to znakomitym montażem i rozpisaniem scen przez co nie można się było nudzić przez bite 40 minut.

Ponad połowa sezonu minęła więc kilka luźniejszych spostrzeżeń. Ogólnie fabularnie jest słabo. Brak tutaj napięcia związanego z kolejnym końcem świata, a sytuacja nie wydaje się poważna. Zbyt mała skala wydarzeń. Denerwuje mnie też zmarginalizowanie wątków dobrze znanych postaci. Kara i Daany nie dostali znacznego wątku w tym sezonie i robią za statystów. Smuci mnie to trochę.

OCENA 4.5/6

wtorek, 19 września 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #248 [11.09.2017 - 17.09.2017]

SPOILERY

New Girl S01E10 The Story of the 50
Ucieszyłem się z wylosowania 20 minutowej komedii mimo, że nie miałem zbytnio ochoty na powrót do New Girl. Moja radość bardzo szybko uleciała, a odcinek oglądało się niczym zakończenia Powrotu króla - nie chciał się skończyć czego wypatrywałem po pierwszym gagu. Nie rozumiem jak mając tak sympatycznych aktorów i w miarę zróżnicowane postacie pisać tak okropne dialogi i historię. Przestrzelone żarty, próba śmiania się z męskiego striptizu, dużo ostrożnie seksualnych aluzji i niezrozumiałe zachowanie bohaterów. Na prawdę ciężko było to przetrwać mimo niezwykle sympatycznej Zooey Deschanel. Sam się sobie dziwię, że wytrzymałem 9 poprzednich odcinków. Nie mogę jednak odmówić twórcą pewnych starań. Próbowali stworzyć nieliniowy odcinek w formie retrospekcji i podkreślili, że każdy ma wady. Tylko czemu ja przez cały epizod uśmiechnąłem się zaledwie dwa razy?

Inne:
- Lizzy Caplan! Co za miło niespodzianka umilająca drogę przez mękę.

OCENA 2/6
 
The Last Ship S04E05 Allegiance
W swojej podstawie The Last Ship jest serialem akcji. Sprawnie zrealizowanym i dającym mnóstwo satysfakcji. Mimo swoich prostych założeń często dryfuje w poważniejsze tony, czy to polityczno-moralne, czy to skupiając się na postaciach. I właśnie o tym ostatnim jest ten odcinek. Zbieranie kapitału z długotrwałej lokaty. Najmocniej widać to oczywiście przy Tomie. Jego konflikt wewnętrzny odnośnie powrotu do służby i różne reakcję ludzi na jego niezdecydowanie. Fajnie, że serial przypomniał sobie o jego dzieciach, którzy wydaje się rozumieją powinność ojca lepiej niż on sam. Udanie wypada też trauma Burka po wydarzeniach z ataku na ambasadę. Nieufny, wciąż przyzywający tamte wydarzenia nie radzi sobie podczas rutynowej akcji. W tych małych dramatach zaplątał się też poważniejszy - Fletcher jest rozdarty między miłość do ojczyzny, a kobietę i solidarność z ludźmi którymi służy. Sytuacja która nie może zostanie dla niego pomyślnie rozwiązana. Do tego zdradzieccy Anglicy, podoba mi się.

Inne:
- Chandler ściął brodę - NIE! Team broda nie moża zginąć tak szybko.

OCENA 4.5/6  

poniedziałek, 11 września 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #247 [04.09.2017 - 10.09.2017]

SPOILERY

Falling Skies S02E02 Shall We Gather at the River
Ponad 150 seriali na liście, a mimo to trafia się kolejna powtórka, jak na złość z seriali porzuconych. Przełknąłem pigułkę i przypomniałem sobie, że powrót do Falling Skies nie był tragiczny, był zaledwie przeciętny. Ten odcinek jest dostatecznie dobry by zbytnio na niego nie narzekać i zbyt ambitny by móc za często chwalić. Jest solidny. Kolumna uchodźców musi przejść przez most, w międzyczasie trochę akcji oraz dramaty rodzinne. Najlepiej wypadła historia Toma, co mnie trochę zadziwiło. Standardowo to wojskowi nie powinni mu ufać. Tutaj ładnie wywrócono rolę i największym wrogiem Toma jest on sam. Brak zaufanie, obawa, że jest wciąż kontrolowany przez obcych i strach o rodzinę. Całkiem fajnie to wyszło. Szkoda, że całość została zepsuta hollywoodzką końcówką - powrót wiary w siebie oraz bohaterski ratunek i niemalże poświęcenie. Nie pasowało to do wcześniejszych wydarzeń. Był też cliffhanger i nawet jestem odrobinę zainteresowany co dalej.

Inne:
- jakie ładne długie ujęcie pokazujące kolumnę, scenki obyczajowe z ich życie i płynne przeskakiwanie między kolejnymi bohaterami. Nie spodziewałem się czegoś tak ambitnego.
- zły Pełzacz odzyskał pasożyta z oka Toma. Nieźle, serial próbuje kreować antagonistę. Powinno mu to przysłużyć.
- Pope to bohater i chyba najbardziej złożona postać w serialu. Jestem bardzo ciekaw dalszych relacji jego i Toma.

OCENA 4/6

Mr. Mercedes S01E02 On Your Mark
Podoba mi się to nieśpieszne tempo prowadzenia narracji. Zamiast skupić się na wątku detektywistycznym i szukaniu tytułowego mordercy serial przedstawia głównego bohatera i zagłębia się w jego stan psychiczny. Nękające go lęki i wyrzuty sumienia oraz paranoidalne zachowanie doskonale obrazują jego stan psychiczny na emeryturze. Mimo tego to wciąż dobry detektyw, który dobrze pamięta jak to kiedyś było. Końcówka odcinka to delikatna zmiana, nawiązanie gry między nim, a Mr. Mercedesem.

W pilocie sceny w sklepie elektronicznym w ciekawy sposób przedstawiały Brady'ego. Teraz mam wrażenie, że jest ich zbyt dużo i są zbyteczne patrząc z perspektywy całej opowieści. Za dużo Robbiego i Lou. Nie za bardzo mam ochotę oglądać komediowo-dramatyczne sceny z tą dwójką gdy gra toczy się o znacznie większa stawkę.

Inne:
- Mary-Louise Parker w gościnnej roli. Stęskniłem się za aktorką i dobrze ją znowu zobaczyć. Wygląda też jakby miała odegrać większą rolę przy tropieniu Mercedesa niż tylko statystować.

OCENA 4.5/6

Mr. Mercedes S01E03 Cloudy, With a Chance of Mayhem
Mr. Mercedes to serial o sfrustrowanych ludziach. Bill nie może od żałować tego że przeszedł na emeryturę, pochłonięty przez sprawę wyżywa się na innych. Aktorskie popisy Brendana Glessona wypadają świetnie. Czuć jego zajadłość i złość na świat. Można go zrozumieć i fascynować ciętymi odzywkami, ale przy tym brak tutaj współczucia czy sympatii. Świetna rola. Fajnie wypada też jego romans z Janey, chociaż mam wrażenie że jest prowadzony zbyt pośpiesznie.

Gierki z psychopatą to niebezpieczna rzecz i Bill zrobił coś głupiego. Sprowokował Brady. Zirytowany zrobi się coraz bardziej niebezpieczny. I najwyższy czas. Jego snucie się po piwnicy, relację z matką z Bates Motel i sceny w pracy trochę mnie już drażnią. Serial ładnie buduje napięcie, przedstawia Brady'ego jako bobmę zegarową w której zbiera złość na świat i najwyższy czas by odliczanie się skończyło i sytuacja stała się czymś więcej niż potencjalnym zagrożeniem.

OCENA 4.5/6

Mr. Mercedes S01E04 Gods Who Fall
Doczekałem się spełnienia obietnic, Brady znowu zabija. Po części. Bawi się sygnalizacją i przypadkowo popełnia śmiertelny wypadek. Jednak najważniejsza była jego reakcja. Fascynacja śmiercią i umierającymi ludźmi połączona z flashbackami do momentu śmierci jego brata. Podoba mi się jak serial łączy morderstwa i frustrację Brady'ego z większą narracją i nadają większy sens sceną które mogły się stać zwykłą jatką.

Odwołuję co pisałem o romansie Billa z Janey. Nie jest prowadzony za szybką, a w tym odcinku scenariusz skupił się na budowaniu bliższych relacji między nimi. Które bardzo mi się podobają. Boję się tylko, że Janey zostanie bezceremonialnie wsadzona do lodówki bo trochę nie widzę dla niej miejsca w całym śledztwie przeciw Panu Mercowi. 

Inne:
- jestem zakochany w pierwszej scenie każdego odcinka, która przedstawia pobudkę Billa przy świetnie dobranej muzyce.
- reżyserem odcinka był Jack Bender i muszę powiedzieć, że spodziewałem się trochę więcej akcji. 

OCENA 4.5/6

Orphan Black S05E05 Ease for Idle Millionaires
Minęły dwa miesiące od kiedy oglądałem ostatni Orphan Black i muszę przyznać, że tak długa przerwa nie pomogła w odbiorze serialu. Zaszkodzić też nie zaszkodziła. Wątek dotyczący neolucji. P.T. i genetycznych rzeczy jest tak zakręcony, że nic mu nie pomoże bo też nie musi. Jest to doskonałe spoiwo opowiadające historię swoich bohaterów, bardzo osobiste, jak i ten stanowiące o człowieczeństwie.

Tym razem na świeczniku Cosima na wyspie doktora Moreau. Dużo odwołań do historii bohaterki i świadomej kontroli nad swoimi czynami mimo przeciwieństw losu i zakusów protekcjonalnych mężczyzn. To też powrót do romansu skomplikowanego romansu Delphine i Cosimy, mającego więcej dołków i górek niż prostej drogi. Dużo bardzo emocjonalnych scen i łzawe (w pozytywny sposób!) flashbacki. I tylko konflikt z P.T. trochę nie działa. Wydaje się czym z innej epoki, nie stanowiącym zbytnio zagrożenia.

OCENA 4.5/6

The Last Ship S04E04 Nostos
Dalej nie czuć by intryga sezonu miała jakieś większe znaczenie. Próba zdobycia nasion to tylko pretekst do przedstawienia intensywnego i osobistego odcinka Slettery'ego. Co wcale mi nie przeszkadza. Jako serialowy blockbuster to jest to produkcja pierwszej klasy. Charakterystyczne postacie przedzierają się przez miasteczko i walczą z złolami. Strzelając, eliminując z zaskoczenie i szukając przyjaciela. Mimo ograniczonej tematyki różnorodność akcji nie pozwoliła się nudzić. Całość zwieńczały sceny związane z Nathanem Jamesem. Podobał mi się odrobinę oniryczny wątek Slattery'ego gdy dragach tęskni za swoim dawnym życiem i rodziną. Bardzo dobra przeciwwaga do scen akcji. Aż mi się Banshee z tego typu wstawkami przypomniało.

Inne:
- jak ja lubię choreografię strzelanin gdy oddział porusza się jak bardzo dobrze zsynchronizowany mechanizm.
- Peter Waller jednak nie ma małej gościnnej roli, a jest złolem sezonu. Hura.
- Kara wróciła na pokład Nathana Jamesa i od razu genialne pomysły. Dobrze ją tam widzieć.
- pompatyczno-melancholijna końcówka wyszła znakomicie. Ten serial umie w montaż.

OCENA 4.5/6

poniedziałek, 4 września 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #246 [28.08.2017 - 04.09.2017]

SPOILERY

Arrow S03E17 Suicidal Tendencies
To się nazywa peszek. Zaraz po Supergirl zostaje mi wylosowany kolejny serial z Arrowverse. Jedyny i niepowtarzalny Arrow. Miałem go na liście do nadrobienie tylko dlatego, że kiedyś mi się podobał i słyszałem dużo dobrego o piątym sezonie. Od momentu porzucenia widziałem też crossoverowe odcinki, które nie były tragiczne. Mimo to bałem się seansu. Na szczęście tylko częściowo miałem rację.

Zacznę od najgorszego, konstrukcji odcinka. Była ona fatalna. Dwa (nawet trzy) prowadzone równolegle wątki okazały się wielką wtopą. Jedynym punktem wspólnym było osadzenie wydarzeń w tym samym świecie i te same postacie. Nie rozumiem po co było wprowadzać Suicide Squad w taki sposób. Misja na innym kontynencie, brak chemii w drużynie (zbyt duże słowo) i śmierć Lawtona wraz z próbą odkupienia postaci. Nawet nie udało się zwieńczyć wątku z bratem Diggla. Jedyny plus to małżeństwo na akcji i zamartwianie się losem córki.

Dużo lepiej było w Starling City. Arrow wraz z zespołem tropi wrabiających go zabójców, a na trop jego sekretnej tożsamości wpada Ray Palmer. Kilka udanych gagów, Felicity za którą się stęskniłem i intrygujący wątek. Momentami było sporo głupotek, ale nie zgrzytałem zbytnio zębami i byłem w stanie zaakceptować nawet koszmarnie zrealizowane sceny akcji. Całkiem nieźle zapowiada się też dalsza część sezonu Sam się sobie dziwię, że mam ochotę na więcej mimo przeciętności.

Inne:
- Suicide Squad odbija zakładników atakując czwórką frontowymi drzwiami. Mistrzowie taktyki.
- Ray Palmer to nie ten sam Ray, brakuje mu tej łobuzersko-czarującej ikry znanej z Legends of Tomorrow.

OCENA 3/6

DuckTales S01E01 Woo-oo!
Początkowo miałem nie oglądać DuckTales. Mimo machiny promocyjnej, znanej i lubianej głosowej obsady i pozytywnych recenzji. Mając ochotę na coś pozytywnego długo nie wytrzymałem w swoim postanowieniu. I bardzo dobrze. Reboot Kaczych Opowieści to doskonała dawka humoru zapewniająca rozrywkę na niemalże godzinę. To szalona przygoda z magicznymi artefaktami, złolem którego trzeba pokonać i drużyną której można kibicować. Mamy też wątki znane z dramatów rodzinnych, które ładnie komponują się z całością niosąc ze sobą pozytywne treści o akceptacji i istotności rodziny. Całość jest ładna stylistycznie z wyraźnymi postaciami i mocno komiksowymi tłami. Jestem pod wielkim wrażeniem jak udało się połączyć te wszystkie elementy w spójną całość. I jeśli poziom zostanie zachowany szykuje się całkiem niezły serial. Gdzie nawet zasugerowano jakąś większą fabułę. Jestem mocno na tak.

OCENA 5/6

Mr. Mercedes S01E01 Pilot
Do serialowych adaptacji Kinga podchodzę zazwyczaj z rezerwą. Większość produkcji to chłam do którego nie warto wracać. Wszystko jednak wskazuje na to, że z Mr. Mercedes będzie inaczej. Odcinek pilotowy zachęcił mnie do dalszego oglądania z kilku powodów mimo, że zapowiada się na śledztwo i rozgrywkę z mordercą rozpisaną na cały sezon. Tutaj liczą się odejścia od utartych schematów. Głównym bohaterem jest policjant na emeryturze i otacza się starymi ludźmi. Jest zgryźliwy, zmęczony życiem i trapiony nierozwiązaną sprawą. Nie sympatyzuje z nim, ale intryguje mnie on i jego środowisko. Jest też morderca, który ma nierówno pod sufitem. Masakra sprzed kilku lat, a teraz gra którą prowadzi z detektywem jakby zapowiadał coś nowego. I na zapowiedzi opiera się chęć wrócenia do serialu. Pierwszy odcinek niemal w całości opierał się na budowaniu napięcia jakby nieuchronnie miało wydarzyć się coś ważnego. Gra się rozpoczęła, a zagraniczni dziennikarze twierdzą że dalej będzie równie lepiej. Ufam im. Niewątpliwą zaletą są też zdjęcia w odcinku, operator kamery nie boi się poprowadzić kilku zaskakujących ujęć oraz gra światłem.

OCENA 5/6

The Last Ship S04E03 Bread & Circuses
Serial nie bawi się w zbyteczne przedłużanie i już w tym odcinku paruje Chandlera z swoją starą załogą. Można mieć pretensję to zawiązanie intrygi i przypadkowości, ale łatwo jest to zaakceptowanie. Nawet scenarzyści robią z tego żartobliwą uwagę cytując Casablankę. Lubię taką autoironię i przekuwanie swoich niedoskonałości w zalety. Plus było jednak więcej. Prowadzenie do wielce wyczekiwanego spotkanie było dobrze rozegrane.  Dwie, coraz ciaśniej splatające się linię fabularne z punktem kulminacyjnym zmuszającym do wyszeptanie pod nosem wow. Kolosem, Tom jako Herkules i walka z Slatterym. Po spotkaniu jest scena akcji, która nie jest jedynie widowiskowym zastrzykiem adrenaliny, a przede wszystkim podkreśla automatyzm Chandlera, to że tak na prawdę swoją przeszłość ma cały czas we krwi. Tylko czekać gdy postawi stopę na Nathanie Jamesie.

Niestety główna intryga trochę zawodzi. Odcinki na razie są dobre, ale brakuje wyrazistego antagonisty. Omar jest mocno stereotypowy, Giorgio nie wydaje się dużym zagrożeniem, a Lucita jeszcze za mało pokazało by traktować ją poważnie. Jest też dowódca greckiej marynarki, ale to enigma. Brakuje też kontaktu z dowództwem i poczucia skali. Nie licząc sceny otwierającej sezon nie pokazano zagrożenia głodem. Jest to na razie niewidoczny straszak. Jedna scena na odcinek udanie podbudowałaby napięcie. 

Inne:
- Slattery zdobywając nasiona idzie do punktu ewakuacyjnego z jeńcem, bez żadnej krótkofalówki. Strasznie mi to zgrzytało.
- Peter Waller jako filozof przygotowujący Toma do walki. Chyba nie muszę pisać, że chciałbym go jeszcze zobaczyć.

OCENA 4.5/6

wtorek, 29 sierpnia 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #245 [21.08.2017 - 27.08.2017]

SPOILERY

Game of Thrones S07E07 The Dragon and the Wolf
Mimo siedmiu odcinków sezon zachował tradycyjną strukturę z spokojniejszym sezonem. Był to w głównej mierze epicki teatr telewizji oparty na rozmowach podkreślonych wizualnym przepychem. Kulminacja serialu zbierająca najważniejszych bohaterów w jednym miejscu okazała się godnym oczekiwania spektaklem. Budowanie zależności, relacji i oczekiwań na konfrontację opłaciło się. Niemalże każda rozmowa w jakiś sposób wnosiła coś nowego lub była czystej wody fanserwisem. Nie obyło się też bez kilku zaskoczeń, niezbyt dużo kalibru. Przy całych moich pochwałach jest niestety daleki (no, może nie daleki bo wciąż się bawię i ekscytują) od zachwytów i mam kilka sporych problemów, z odcinkiem i sezon. Nie zmienia to jednak faktu, że Gra o Tron to jeden z najlepszych i najważniejszych seriali w telewizji.

Moim podstawowym problemem jest pośpiech, który jest tym wyraźniejszy jeśli skonfrontuje się go z tempem prowadzenia fabuły z poprzednich lat. Bohaterowie już nie podróżują, nie ma odpowiedniej podbudowy do wydarzeń, a rzeczy się dzieją. Jakby twórcy odhaczali kolejne punkty by zamknąć swoją historię. Przez to gubi się w tym logika. Ot choćby wątek Jona i Deanerys. Rozumiem, że ich relacje musiały przerodzić się w związek, tylko nie widzę tego na ekranie. Brakowało wyraźniejszego budowania relacji, stopniowego wzrostu zaufania i wreszcie budzącego się uczucia. Jakby wydarzenia za Murem miały być dobrym usprawiedliwieniem. Boli, bo nie trzeba wiele wysiłku by połączyć te dwie jakże podobne postacie.

Nie kupuję też zdrady Jamiego i odejścia z Królewskiej Przystani. Spodziewałem się tego, to całkiem logiczne w dłuższej perspektywie, zwłaszcza jeśli zna się książki, ale i tutaj zabrakło solidnych fundamentów. Gdzie pokazanie nieufności względem siostry? Gdzie kwestionowanie jej decyzji? Strach przed smokami i Białymi Wędrowcami? To jest bardzo słaby argument. Znowu mamy tutaj interesujący zwrot akcji, który został zbyt słabo umotywowany.

Nie do końca kupuje też główną intrygę i twist. Gros odcinka został temu przeznaczony tylko po to żeby pokazać grę Cersei. Jak w finale 6x10. Nie obchodzą ją żadne sojusze i zagrożenie z północy, nawet nie przejmuje się swoim nienarodzonym dzieckiem. Gra o tron i to bardzo skutecznie. To zgodne z jej charakterem więc mogę przyczepić się tylko do scenarzystów, którzy znowu, mają pomysł i skupiają się zupełnie na czymś innym. Powoli dochodzę do wniosku, że spotkanie Daenerys i Cersei było tylko po to żeby wprowadzić w jak najbardziej zaskakujący sposób Złotą Kompanię.

Rozczarował mnie też wątek w Winterfell. I znowu, nie z powodu tego co się tam wydarzyło tylko jak. Sansa dalej jest nakłaniana przez Littlefingera do pozbycia się siostry i wszystko na to wskazuje. Zamiast tego zostaje ujawniony sojusz dwóch Starkównych w celu pozbycia się Petera. Celem miało być tylko tanie szokowanie. Znając historię Sansy można się było spodziewać, że w końcu przejrzała na oczy kto jest jej prawdziwym wrogiem tylko w takim razie budowanie napięcia między nią, a Aryą było kompletnie zbyteczne. Miało na cele wprowadzić w serialu kolejny twist i efekt wow dla widza.

Co by jednak nie narzekać dużo rzeczy mi się podobało. Zwłaszcza tych drobnych rozmów i scen z bohaterami z którymi się zżyłem. Theon dostał wreszcie chwilę odkupienia. Pierw trochę meta rozmowa o Nedzie jako ojcu Greyjoya nawiązująca również do pochodzenia Jona oraz moment gdy Theon stawia na swoim przekuwając swoje wady w zaletę. Może to niezbyt w duchu serialu, postać która upadła w taki sposób powinna sięgać coraz bardziej dna, tak trochę mnie cieszy, że dostał swoję 5 minut.

Finałowa scena również była odhaczeniem kolejnego punktu z listy - Wędrowcy niszczą Mur przy użyciu smoka. Nie wpadając na żadne spoilery spodziewałem się tego. W tym bądź co bądź kameralnym odcinku potrzebne było pierdolnięcie. Wizualne i fabularne. Tym czymś było rozpoczęcie inwazji nieumarłych na Północ. Oznacza to rozmach już w premierze S08. Chyba, że Inni będą dalej poruszać się tym samym ślimaczym tempem.

Inne:
- Euron przez parę minut wydawał się najrozsądniejszym człowiekiem w Westeros, a twist z jego udziałem wydawał się całkiem logiczny. Okazało się to tylko zmyłką. Co jest trochę głupie bo Cersei nie mogła wiedzieć o efektownej prezentacji nieumarłego.
- R+L=J, a raczej Aegon. Potwierdzono, można ruszyć dalej.
- dobra, Rudy po katastrofie budowlanej musi zginąć, nie ma szans by i teraz mu się udało.

OCENA 5/6
OCENA SEZONU 5.5/6

Supergirl S01E03 Fight or Flight
Nie miałem nic przeciw wylosowaniu Supergirl w końcu to serial który chciałem nadrobić. Po seansie nie zmieniło się to, wciąż chcę poznać jej dalsze losy, dalej jednak bez ciśnienia. Serial daje frajdę podczas oglądania, to skumulowana dawka optymizmu, mimo swoich wad - prostej historii i męczących zagrywek. Ogląda się to dla Melissy Benoist i jej Supergirl. Zawsze skorej do pomagania i akcji, udowodnienia światu, że jest równie dobra jak Superman. Momentami motywów feministycznych było już za dużo i przyćmiewały logikę. Przymykam na to oko i oglądam dalej tzn. będe oglądał dalej jeśli serial zostanie wylosowany lub gdy dojdzie do kolejnego wielkiego crossoveru seriali The CW.

OCENA 4/6 

The Last Ship S04E01 In Medias Res
Ostatnimi czasy dużo seriali sensacyjnych mnie zawodzi. Na całe szczęście jest The Last Ship. Łatwe do zaakceptowania wady pozwalają skupić się na pozytywnych elementach których jest całkiem sporo. Przez trzy sezony była to świetna opowieść z charyzmatycznymi postaciami, która w trakcie płynnie ewoluowała w odrobinę inny serial. Wszystko wskazuje na to, że niewiele się zmieni w czwartym roku produkcji.

Poprzedni sezon był w sporej mierze odpoczynkiem od plagi i zaraz, a skupił się na polityce wewnętrznej i międzynarodowej. Teraz wirus powrócił w odmiennej formie. Nie atakuje ludzi, a rośliny. Red Rust jest prawdziwym zagrożeniem i może doprowadzić do zagłady ludzkości w jeszcze efektywniejszy sposób niż jego poprzednik. Jedynie załoga Nathana Jamesa może mu stanąć na drodze. Kupuję to od samego początku. Niby znany wróg wyewoluował w nową formę, a przy tym jest jeszcze straszniejszy. Działa na morale, osłabia ludzkiego ducha, ale też ich ciało. Poprzednio można było zdobyć zaopatrzenie, schować się, przeczekać czy nawet być odpornym. Teraz nie ma żadnej ucieczki. Oczywiście genialni biolodzy znajdą ratunek, ale przyjdzie na to sporo poczekać.

Fabularnie pilot serii się nie ceregieli. W pierwszych minutach wytłumacza o co chodzi nie popadającą w zbyteczną ekspozycję. Wchodzi to całkiem zgrabnie. Potem akcja, strzelania i wprowadzenie nowych postaci. Całkiem udane. Z czasem wychodzi więcej faktów o znanych twarzach, intryga robi się ciekawsza, a do tego wszystkiego dorzucono sporo dramatu. Nie trzymam kciuków by poziom został utrzymany, jestem pewien że się uda.

Martwi mnie tylko kolejna stereotypizacja. Walczono z Rosjanami i Chińczyki, a teraz dorzucono terrorystów z północnej Afryki. Serial raczej nie wywróci tego do góry nogami, wcześniej mu to zbytnio nie wychodziło. Dla przeciwwagi dalej jest mocno zdywersyfikowany dorzucając tym razem homoseksualną Kenijkę.

Zupełnie na uboczu najważniejszych wydarzeń jest kapitan Chandler. Bohater na ponad rok usunął się w cień i żyję spokojnie na greckiej wyspie. Jest to bardzo dobrze znana historia, która zawsze się podoba. Nie mogąc żyć z tym co zrobić ucieka, zaczyna nowe życie bez bohaterskiej aury i znowu na jego barkach spoczywa odpowiedzialność za ludzi z którymi się związał. Ludzie jego pokroju tak mają. Mogą, a nawet powinni kwestionować swoją rolę, ale koniec końców postępują właściwie. 

Inne:
- szkoda, że serial nie idzie mocniej w geopolitykę i nie przerysowuje granic państw. Mogą to wytłumaczyć jakiś traktatem, ale dziwnie się ogląda te same mapy po globalnej katastrofie.  
- akcja dzieje się w Grecji więc trzeba wrzucić dużo nawiązań do ich mitologii. Trochę z tym przesadzono, a raz udało się to przerobić w żart.
- BRODY! Wszędzie brody. Serial dostaje +10 do zajebistości.

OCENA 4.5/6

The Last Ship S04E02 The Pillars of Hercules
Uwielbiam w The Last Ship odcinki tego typu. Mocno skompresowane, gdzie niemalże całość dzieje się na statku, a załoga musi sobie radzić z poważnym problemem. Tutaj jeszcze doszła tajemnica. Niewiedza i próba zrozumienia sytuacji. Świetnie się to oglądało. Uwięziony okręt między Słupami Herkulesa i ataki rakietowe. Mogę się tylko przyczepić do wymiany ognia, która była strasznie bez składna. Miała kilka świetnych momentów, ale to głównie bezsensowne strzelanie do siebie z słabo zdefiniowaną drugą stroną.

Konstrukcyjnie odcinek trzeba też pochwalić za coś jeszcze. Za przenikanie wątków, nie fabularnie, ale z proporcjonalnym stopniowaniem napięcia. Zarówno u Chandlera jak i Nathana Jamesa przyszłość była nieznana, kolejny sceny były okryte tajemnicą, a punkt kulminacyjny został osiągnięty w tym samym momencie. Dołożono jeszcze przedzieranie się oddziału uderzeniowego i stworzono bardzo mocną mieszankę.

Inspirację starożytnością przybierają tutaj absurdalny rozmiar. Jestem na etapie "bawi i nie przeszkadza", ale to szybko może się zmienić. Znowu odwołania do mitologii, historii Rzymu i dawnej symboliki. Czuję tutaj też większe niż zazwyczaj inspirację mystery drama typu Lost. Tajemne drzwi, skarabeusze je otwierające i oczywiście wielka tajemnica. Podoba mi się to podejście do serialu.

Z dramatów bohaterów najbardziej podobała mi się scena gdy Kara i Danny zachowują się personalnie. Mówią do siebie wojskowymi zwrotami, on wydaje polecenie ostrzału rakietowego na swoje miejsce, a ona to akceptuje. I ten ból na ich twarzach. Jestem frajerem jeśli chodzi o taki romantyzm. Jest też historia Chandlera, który wpakował się w bardzo poważną intrygę, pewnie mającą związek z losami zaginionych nasion. Mogłem się mylić, że bohater będzie zawsze postępował bohatersko. Ciężko dostrzec granicę między przykrywką, a prawdziwym Tomem. Scenarzyści prowadzą grę z widzem. Bardzo udaną bo angażującą.

OCENA 5/6 
 

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #244 [14.08.2017 - 20.08.2017]

SPOILERY

Covert Affairs S03E01 Hang on to Yourself
Największe zaskoczenie związane z odcinkiem przyszło jeszcze podczas przygotowań do seansu. Wbrew mojemu przeświadczeniu ostatnim obejrzanym nie był finał pierwszego, a drugiego sezonu. Byłem pewien, że Covert Affairs porzuciłem bardzo szybko by skupić się na czymś dużo interesującym. To nie świadczy dobrze o produkcji. Jeszcze gorsza była próba przypomnienia sobie fabuły. Poza kilkoma bohaterami i występami gościnnymi wiele nie zostało. Detale które wróciły podczas oglądania oraz po przejrzeniu starych notatek również nie prezentowały się najlepiej. Od razu napisze, że seans do przyjemnych również nie należał.

Covert Affairs to mocno schematyczny serial o szpiegach. Jeden odcinek, jedna misja i tajemnica sezonu próbująca to spinać + wątki obyczajowe. Jest to typowy serial do kotleta i nawet podczas premiery trzeciego sezonu nie udaje się odejść od utartej rutyny. Trochę scenek z siostrą, przepychanek w CIA i szpiegowska misja z ładnymi widoczkami. Niby 3x1 próbuje coś z tym zrobić, wrzuca Annie w nowe środowisku, ale założenia są te same. Daleko temu to skomplikowania Alias. Zadziwiające, że Covert Affairs utrzymało się na antenie przez przeszło pięć sezonów.

Chociaż nie, to wcale nie dziwi. To jest w miarę przyjemny serial. Sprawna rzemieślnicza robota. Momentami wciągnęła mnie akcja i podwójna gra agentów. Budowano napięcie, które się opłaciło, Annie musiała podjąć kilka krytycznych decyzji, a śmierć jednego z współpracowników doprowadziła do traumy i bardzo fajnej sceny gdy Annie boi się wejść do samochodu. I gdybym nie znał stacji USA Network powiedziałbym, że serial się zmienia. Przerabiałem to przy Suits i White Collar i wiem, że to tylko pozorne zachwianie statusu quo. Nie ma w tym nic złego, ale to nie serial dla mnie. Wiem jednak jedno, nie będę z przestrachem patrzył gdy serial zostanie ponownie wylosowany.

Inne:
- Sarah Clarke jako agenta CIA, yeah. Wspomnienia z 24 i jej świetnej roli jako Nina wracają.
- przypomniała mi się nominacja Piper Perabo do Złotego Globa za rolę w Covert Affairs. Chyba największy absurd 2011 roku.

OCENA 4/6

Game of Thrones S07E05 Eastwatch
Pisanie o Grze o Tron z tygodniowym opóźnieniem odrobinę mija się z celem więc kilka uwag w skrócie. Odcinek oczywiście świetne, masa udanych scen, smaczków i intrygujących zwrotów akcji. Były też głupoty, a najbardziej martwiącym miejscu - głównej intrydze. Na prawdę Jon i Dany myślą, że uda im się na pewien moment zatrzymać wojnę gdy dostarczą Innego do Królewskiej Przystani? To jest tak głupie, że szkoda gadać. Nie dość, że chodzi o Cersei którą  jest socjopatką prawdopodobnie manipulującą swoim bratem wymyśloną ciążą, to jeszcze chcą do zatłoczonego miasta przywieść zombie. Świetny pomysł, godny The Walking Dead. A mimo to jestem ciekaw jak to zostanie rozegrane i jak bardzo wywrócą do góry nogami ten pomysł.

Inne:
- Jamie żyję! Niemożliwe! Pokazano to już w pierwszej scenie, tym śmieszniejsze jest martwienie się o postacie podsycane przez portale branżowe.
- Daenerys zachowuje się jak prawdziwa królowa, wie że czasem trzeba wzbudzić strach, a nie tylko litość i miłość. Wreszcie. Jeszcze tylko rozmowy z Jonem o własnoręcznym wykonywanie kary śmierci na zdrajcach brakowało.
- ależ przygnębiająco pięknie wyglądała przechadzka Tyriona po polu bitwy. Serial krzyczał w twarz "Patrzcie do czego jest zdolna wasza ulubiona bohaterka!"
- Jon i bliskie spotkanie z smokiem. Jakie one piękne, a on jaki odważny. I ta muzyka. I romans wiszący w powietrzu.
- Sansa kolejny raz wodzona na pokuszenie przez Littelfingera, który rozsiewa chaos i nastawia przeciw sobie dwie siostry. O jakbym chciał żeby Pani Winterfall grała tym razem własną grę.
- spotkanie braci Lannisterów było mocno niespodziewane. Chciałbym by nie było ostatnie.
- "Myślałem, że jeszcze wiosłujesz" do Gendry'ego. CHyba najbardziej samoświadomy żart w historii telewizji.
- "Nic nie wyrucha cię tak jak życie", a to jedne z najbardziej filozoficznych słów w historii GoT.
- spotkanie Jona z Gendrym to ładne nawiązanie do pierwszej sceny Roberta i Neda, gdzie powaga zamienia się w zabawę. Ci dwaj nie są połączeni jedynie swoim dziedzictwem, ale też byciem bękartem.
- między wierszami wsadzono informację, że Jon Snow jest rodowitym Targaryn i zarazem ma największe prawa do Żelaznego Tronu. Ukłon dla fanów czy będzie miało realne fabularne znaczenie?
- Drużyna Pierścienia wyrusza za Mur, ale się jaram i w pełni rozumiem potencjał memogeniczny. I tylko Bronna tam zabrakło.

OCENA 5.5/6

Game of Thrones S07E06 Beyond the Wall
W tym roku firma odpowiedzialna za cyberbezpieczeństwo  jest dziurawa jak ochrona na wiejskim festynie. Jak nie wyciek danych to błąd serwisu streaminogwego i wcześniejsze o kilka dni wypuszczenie odcinka przez co spoilery na jego temat latały już od czwartku. Czego ja się o nim nie nasłuchałem. Że najlepszy, że epicki, że wielkie widowisko i trzeba oglądać już teraz. Udanie omijałem spoilery i wytrzymałem do czasu oficjalnej premiery. Tylko po to by spektakularnie się rozczarować.

Najlepszy odcinek? Wolne żarty. Tak słabej historii w tym sezonie nie było. Gwoli wyjaśnienie. To nadal wspaniałe widowisko, epicka telewizja w najlepszych wydaniu z znakomitymi postaciami. Jest to też opowieść jaką chcę się oglądać. Grupka bohaterów staje na przeciw armii nieumarłych, misja która idzie źle, osobiste dramaty, chemia między postaciami i wielkie zwieńczenie całość. Shock value stosowany z mistrzowską precyzją. Tylko ja miałem problemy związane z najważniejszym - historią.

Już samo założenie jest naiwne - bohaterowie idą by pojmać nieumarłego. Bez planu, tylko przed siebie. Rozmawiają, dowiadujemy się czegoś nowego o nich i martwimy kto zginie. W pewnym momencie w głupi sposób trafiają na armię nieumarłych i dają otoczyć na zamarzniętym jeziorze które chwilowo odgrodziło ich od przeciwników. Tak, tysięczna armia nieumarłych nie może przedrzeć się przez kilkadziesiąt metrów wody. Łuki? E tam kto by się tym przejmować. Włócznie? Też mi coś.

I tak bohaterowie siedzą na wyspie i czekają na ratunek od Daenerys. I z tym mam największy problem. Westeros jest tutaj niczym duże miasto. Coś co w pierwszym sezonie zajmowało kilka odcinków tutaj to dwa dni. Serialowe. Skoki czasowe mi wcześniej nie przeszkadzały. Przejścia czasowe były nieokreślone, nie było wiadome jak długo minęło więc bohaterowie mogli przebywać nieokreślone dystanse. Tylko tutaj ten aspekt jest ważny. Przez to siada całe napięcie.

Właśnie napięcie. Bitwa jest ładnie zrobiona, kilka fajny ujęć, ale w pewnym momencie stwierdziłem, że za mało się przejmuję. Bohaterowie Westeros mieli za dużo szczęścia. Śmierć Tharosa była naiwna, za dużo z nich przeżyło. Gdy już zacząłem się przejmować np. Tormundem, gdy denerwowałem jak długo pokazują jego agonie został odratowany. Brakowało tutaj momentów dla postaci, takich jak Ogar bojący się ognia. Był za to głównie berserker mode i napierdalanka. Swoje apogeum osiągnęła po przybyciu smoków. Gdy już można spokojnie odlatywać Jon rzuca się na pozostałości armii, jakby smok sobie nie poradził jednym machnięciem skrzydła. Pozostali odbierają to jak akt heroizmu, ja jako próba kreowanie bezmyślnego bohaterstwa wtedy gdy trzeba pomyśleć. Jest też jego kolejna śmierć i ratunek z rąk Benjaja, zero emocji i niedowierzania, jak scenarzyści mogli to tak łatwo rozwiązać.

Mamy też całe wątek w Winterfell związany z konfliktem sióstr. Nawet nie chcę mi się o nim pisać. Littlefinger znowu gra na Sansie jak chcę, a ta popada przez to w konflikt z Arya. Wydawało się, że już odrobiła lekcję, że obie coś knują przeciw niemu. Nie można przecież od tak wtrącić go do lochu, ma zaufanych ludzi. Sansa musiała opracowywać masterplan. Nic z tych rzeczy. Ona słucha jego sugestii i nawet próbuje pozbyć się Aryi. To jest przecież niesamowicie głupie. Kibicowałem Sansie, miałem poczucie, że się rozwija, ale zostałem bezczelnie oszukany. Nawet nie potrafię uargumentować w jaki sposób ona wciąż może ufać Bealishowi.

Sączę jad, ale nic mi nie odbierze momentów, które dały mi mnóstwo frajdy. Kolejny popis smoków i śmierć jednego z nich to bardzo emocjonalna chwila. Tak jak zamiana Viseriona w nieumarłego smoka. I to daje trochę do myślenia. Czy dlatego Night King z swoimi ludźmi tutaj siedzieli bo czekali na broń która pomoże im zburzyć Mur? Strasznie to naiwna, ale to jedyne wytłumaczenie wydarzeń z tego odcinka.

Inne:
- Visarion poległ i będzie walczył przeciw Dany. Zupełnie jak jej brat po którym dostał imię. Czy w takim razie Jon zostanie jeźdźcom Rhaegara, swojego ojca?
- Daenerys i Jon mają moją aprobatę. Dwójka idealistów, która wierzy, że zbawi świat. Pasują do siebie.
- Dany krytykująca mężczyzn swojego życia za bohaterstwo, a potem robiąca dokładnie to samo. Hipokrytka.
- gdzie jest Sam?! Drugi odcinek bez niego w sezonie to o dwa za dużo.
- Thoros został śmiertelnie ranny, noname zabity podczas spotkania z zombieniedźwiedziem i nikt nie pomyślał żeby wrócić i czekać aż się zmienią. Geniusze. 

OCENA 4/6

Marvel's The Defenders S01E01 The H Word
Wielce oczekiwany crossover, ekwiwalent Avengers tylko na serialowym ekranie wreszcie jest. I trochę rozczarowuje. Co trochę nie dziwi po tylu latach oczekiwań i budowaniu hajpu. Przede wszystkim ten produkt jeszcze nie może się nazywać Defenders. Dotychczas to kilka niepowiązanych ze sobą historii z charyzmatycznymi (w większości) bohaterami. Brak tutaj motywu przewodniego i fabuły. Ot nakreślenie gdzie bohaterowie znajdują się w danym momencie. Oglądało się to przyjemnie. Tylko i aż tyle.

Zadziwiające, ale Matt nie wrócił jeszcze do kostiumy. Prawnik działający pro bono z angstem i tęsknotą za dawnym życiem. Widocznie było to podczas sceny z Karen gdy zmuszał się by ją oszukać oraz gdy lekceważy pomoc potrzebującym. Jego cierpienie jest przekonywujące. Jednak najlepiej wypadła scena w sądzie. Świetnie nakręcona na jednym ujęcie z odpowiednio dawkowanym napięciem. Po prostu piękne, pokazujące jak dobrym prawnikiem jest Matt. Było też coś ciepłego gdy pocieszał niepełnosprawnego mówiąc mu, że nie wszystko stracono i trzeba walczyć o kolejny dzień.

Cliffhanger z Luce Cage został bardzo szybko rozwiązany bo zaczęło się gdy bohater opuszczał więzienie. I robi rzeczy których można się po nim spodziewać. Szybki numerek z Claire i zainteresowanie sytuacją Harlemu. On, w przeciwieństwie do Matta, przyjął swoją rolę obrońcy społeczności. Szkoda tylko, że tak jak u Daredevila nie stwierdzono żadnego powiązania z Hand.

Jessica Jones jest dalej uwielbianą prze zemnie Jessica. Sarkastyczna alkoholiczka z niepoukładanym życiem. Nie pracuje, całe dnie i noce przepija mimo pomocy z strony Trish i Malcolma. Coś się zmienia gdy ktoś namawia ją do nie brania sprawy. I wpada na trop środków wybuchowym i obecnie to ona jest najbliżej Hand co mnie mocno zadziwiła.

I na koniec Iron Fist. Zaskakująco już w pierwszej scenie miał jedną z lepszych walk z swoim udziałem. Prócz tego przeżywa traumę i mało efektownie walczy z Hand. Niby najmniej interesująca historia, ale nie raziła jak jego serial. Była też Colleen Wing więc to zawsze jakiś plusik.

Swoje parę minut dostał też główny złol serialu. Zrobiono na początku bardzo ciekawą rzecz - ogłoszono, że Alexandra umiera i zostały jej tygodnie, może miesiące życia. To sprawia, że można z nią szybko sympatyzować. Potem jednak pokazano jej siłę i władczość podczas sceny z Madam Gao oraz diaboliczność podczas trzęsienia ziemi w NY/ Jestem zaintrygowany jej osobowością oraz ciekawi mnie plan. Wreszcie wyjaśni się do czego ta gigantyczna dziura w ziemi.

Fabularnie może i nie było specjalnie ciekawie, jednak gdy ten aspekt zawodził to zawsze można się było skupić na stronie wizualnej. Przejścia między scenami, piękne kadry, dużo długich ujęć i zachowanie charakterystycznej kolorystyki poszczególnych seriali. Palce lizać.

OCENA 4/6

Marvel's The Defenders S01E02 Mean Right Hook
Ten odcinek jeszcze bardziej uwydatnił jak zmarnowano potencjał premiery. Wciąż Defenders się nie zebrali, ale wątki zaczęły się przenikać. Początkowo delikatnie, poprzez motywy i drugoplanowe postacie by wreszcie pokazać ich parami na ekranie. Również zaskoczyła historia. Tajemnica zaczęła angażować i czuć skale wydarzeń. Elektra jest niepowstrzymana, a to jedynie narzędzie w niebezpiecznych rękach. Myślałem po premierze, że mi się zejdzie z oglądanie, a skończy się na bindżowaniu.

Inne:
- Cage obrywający od Iron Fista po tym jak tamten mało rąk sobie na nim nie połamał. Nie lubię Danny'ego ale miałem małą satysfakcję.
- Matt jako adwokat Jessicy, no wreszcie! Foggy ładną fuchę mu załatwił.
- serial dalej jest piękny. Kadr odwrócony o 90 stopniu z odchodzącym w ciemnej uliczce Mattem był przepiękny. Tak jak montaż przeszukiwania archiwum przez Jessicę.
- dawać mi więcej Trish. I Colleen. I Misty. I Karen. I Claire. Najlepiej w jednej scenie. Albo swoim oddzielnym serialu. 
- ślepota Matta może mu nie przeszkadza, ale w zamian walczy z uzależnieniem od bycia bohaterem. To jest bardzo ciekawe podejście do postaci superbohatera.

OCENA 4.5/6

Marvel's The Defenders S01E03 Worst Behavior
Dobra, to ten moment gdy zakochałem się w serialu mimo jego wad. Zdaje sobie sprawę, że to prawdopodobnie tylko chwilowe zauroczenie, ale gdy dzieją się takie rzeczy trzeba się cieszyć i przestać narzekać. Sceny gdy światy Defendersów kolidują sobie zwyczajnie cudowne. Pierwsza rozmowa Matta z Jessicą, Luka z Dannym w dojo Culleen czy finałowe spotkanie w biurowcu. Fenomenalne. Dialogi iskrzą, ja się śmieje i czerpie radości z całości. Jestem też pełen podziwu jak te cztery seriale udanie doprowadziły do spójnego crossoveru. Już wiem, że po ósmym odcinku będę tęsknił i liczył na gościnne występy w serialach matkach.

Trochę się martwiłem powrotu Elektry i robienia z niej antagonistki, ale to się sprawdza. Początkowe 10 minut to jej czas. Pokazanie wskrzeszenia i treningi u Alexandry. Ile tam było świetnych scen. I znowu jednocześnie kibicuje się bohaterem i darzy sympatią antagonistkę. Trudna sztuka która tutaj się udaje.

Nie pasowała mi tylko jedna rzecz. Danny wchodzący do Rand, rozmawiający z randomową babką i wpadający na ślad Hand, a potem jego głupia przemowa w siedzibie Midnight Circle. Czułem się jakby ktoś obraził moją inteligencję. 

Inne:
- Stick z uciętą dłonią mówiący, że szuka Iron Fista, śmieszy mnie bardziej niż powinno.
- scena z śledzeniem Jessicy przez Matta - kapitalnie nakręcona i niesamowicie zabawna.
- Matta z szalikiem Jessicy na głowie i ich kłótnie - więcej!
- kłótnia Dannyego i Luka o nierównościach społecznych ładnie wpasowała się w krytykę serialu Iron Fist.
- scena w korytarzu z udziałem czwórki bohaterów była widowiskowa, szkoda że w większości znana z trailera.
- zadziwiające jak duży postęp zrobił Danny, sceny walki z jego udziałem zaczęły być przyjemne.
- Alexandra umie się bić, zadziwiło mnie jak łatwo poradziła sobie z Elektrą. Itrygujące wypadają tez aluzję do jej długowieczności.

OCENA 5/6

Marvel's The Defenders S01E04 Royal Dragon
Przez cały odcinek bohaterowie siedzieli w knajpę. Rozmawiali, planowali, nawiązywali więź i rzucali złośliwościami. Była też masa ekspozycji nakreślającej całe tło. Jessica ma rację, to jeden wielki bullshit, ale mając takie postacie zupełnie mi to nie przeszkadza. Od scenarzystów widać miłość do swoich bohaterów i musieli mieć mnóstwo frajdy pisząc dla nich dialogi. Udanie wychodzi też budowanie napięcie i montaż całego odcinka. Jestem bardzo zadowolony z tego co dostaje. Podoba mi się, że nie ma tylko walki z Hand i wielką korporacją. Serial nieustannie przypomina o ratowaniu zwykłych ludzi, czy to w historii Jessicy czy Luka.

OCENA 5.5/6


Marvel's The Defenders S01E05 Take Shelter
Co za wyśmienity początek odcinka. Intensywna walka z Hand i współpraca bohaterów. Potem impet się delikatnie wytrącił, co okazało się celowym zabiegiem na złapanie oddechu. Ratowanie przyjaciół i sprowadzanie ich na komisariat. Niby nic ekscytującego, ale mi się to bardzo podobało. Nie mogę się doczekać gdy Trish i Karen zaczną ze sobą rozmawiać.

Wciąż najgorszym elementem serialu jest wszystko związane z Iron Fistem. Aż dziwne, że Defenders nie rozkraczą się i gruchotną twarzą w posadzkę. Motywację Dannyego, jego zachowanie, czy nawet wątek Colleen i Bakuto są momentami niezrozumiałe. Wygląda jakby scenarzyści Iron Fist pisali dialogi pod swoją postać.

Wątek Elektry bardzo szybko się rozwija, osiem odcinek w sezonie zobowiązuje. Boję się, że szykuje się kolejny tragiczny finał. Nie chciałbym by zginęła, zwłaszcza po tym co teraz przechodzi. Powolne odzyskiwanie pamięci i Hand które ma jej już dosyć. Do tego Eloidie Young daje radę w tej roli.

OCENA 4.5/6

Marvel's The Defenders S01E06 Ashes, Ashes
Tutaj będzie wyjątek bo zwykle nie zaczynam od końca. Niepowodzeniem będzie pisać, że cliffhanger był nieoczekiwany. Zwyczajnie mnie zamurowało. Już przemowa Alexandry i rozkaz pozbycie się naszych bohaterów były wystarczająca konkluzją. A potem Elektra ją zabiła i stała się przywódczynią Hand. Wow, tak się robi cliffhangery.

Sam odcinek miał lepsze i słabsze momenty. Pairing bohaterów jak zwykle zachwyca. Nawet Danny momentami jest znośny. Szkoda, że niektóre sceny są nim wręcz żenujące. Zgodne charekterologicznie z tym co stworzono, ale męczące. Dzieciak uważający, że zawsze ma rację, nie słuchający bardziej doświadczonych. Rozczarował mnie też brak choćby jednej scenki z osobami ukrywającymi się na komisariacie.

OCENA 4.5/6

Marvel's The Defenders S01E07 Fish in the Jailhouse
Najsłabszy odcinek od czasu premiery. Całość jest odrobinkę przeciągnięta i zupełnie niepotrzebnie cofnięto bohaterów na komisariat. Puste sceny mające na celu wprowadzić dodatkowe utrudnienie. Przy tym sugeruje, że wydarzenie z The Defenders mocno wpłyną na poszczególne seriale i nie wiem czy podoba mi się ten pomysł. Wracając do odcinka - za długo, niepotrzebnie i przeciętną walką. Trochę zbyt chaotyczną mającą jedynie swoje momenty. Końcówka za to znowu dała radę. Wszystko kręci się w okół truchła smoka. Nieźle. A ja głupi myślałem o teleporcie do Kunlun.

Inne:
- Matt widzi się z Claire pierwszy raz po długiej rozłące i nawet nie zamieniają ze sobą słowa? Coś mi tutaj nie gra.

OCENA 4/6

The Defenders S01E08 The Defenders
Koniec sezonu, a ja trochę nie wiem co mam myśleć. Nie ukrywam, że mi się podobało. Dynamika między postaciami wręcz nie pozwalała zrezygnować z oglądania i była to największa zaleta produkcji. Jednak patrząc z perspektywy całego sezonu sporo rzeczy kulało. Zwłaszcza fabuła. O ile udało się skonstruować w miarę spójny sezon bez zbędnych dłużyzn i wątków tak szkoda, że nie opowiadał o czymś ciekawszy. Powtórka z Hand i ninjasów, niespodziewana zmiana antagonisty i grubymi nićmi szyta intryga wymagająca akceptacji na słowo niektórych jej elementów. Kulała również logika niektórych zwrotów fabularnych i naiwność części scen. Mimo to udawało mi się na to przymykać oko z powodu frajdy jaką mi dawało oglądanie tej produkcji. Z chęcią za 2-3 lata obejrzałbym kontynuację.

Sam finał był bardzo dobrze skonstruowany. Pod względem napięcia, proporcji akcji  i chwil spokojniejszych, miał skalę epicką (na ile street level pozwala) i osobistą. Pozwalał też błyszczeć postacią i nawet udanie podkreślił ich transformację. Może bijatyki nie były tak zapadające w pamięci jak w Daredevil, ale dalej były pięknie wyreżyserowane. Jak zresztą cały serial. Podobało mi się też co zrobiono z epilogiem. Ostatnie 10 minut to pokazywanie postaci radzących sobie po ostatnich wydarzeniach. Obyło się też bez naiwnego cliffhangera. Ogólnie czekam na kontynuację w poszczególnych serialach. Nie licząc Iron Fista o którym nawet nie chcę mi się pisać. 

W świetle finału jestem ciekaw o czym będzie S03 Daredevil. Liczę, że skończą zabawę z ninjasami którzy są już męczący. Chciałbym za to powrotu Elektry, a jeszcze lepiej jakby dostała własny serial. Zastanawiam się też jak udało się wydostać Mattowi z jaskini. Ja wiem, komiksowa logika, ale przydało by się trochę wyjaśnień.

OCENA 4.5/6
OCENA SEZONU 4.5/6