Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Daredevil. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Daredevil. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Serialowe podsumowanie tygodnia #181 [04.04.2016 - 10.04.2016]

SPOILERY

Marvel's Agents of S.H.I.EL.D. S03E14 Watchdogs
Gdyby nie powiązanie serialu z MCU pewnie właśnie bym z niego rezygnował. Pierwsza połowa niesamowicie mi się ciągnęła. Gdy myślałem, że zaraz koniec odtwarzacz wskazywał dopiero półmetek. I nie dlatego, że nie lubię Macka. Lubię i to bardzo. Nie lubię naiwnych obyczajowych historyjek. Zagłębianie się w życie osobiste postaci i dopisanie jej brata wyszło udanie. Przez pierwsze 3 minuty. Potem był nudny dramat rodzinny. Zawód, pierwsza kłótnia, otwarty konflikt i pogodzenie w heroicznych okolicznościach. Po drodze rozmowy o fundamentalnych rzeczach na które się nie zgadzają. Wyszło płasko. Co jest pośrednio winą tego jak kreśleni są inhumans jako zagrożenie dla świata. Nie czuć tego. Niby mamy delikatny foreshadowing Civil War, ale zbyt mało miejsca poświęcono temu wcześniej.

Inne wątki równie nudne. Trenowanie Lincolna i jego testy pokazane w bardzo naiwny sposób. May i Simmons miały fajne scenki, ale to tylko tło. Fitz robił za popychadło. Skye działająca poza procedurami irytowała. Nie potrafiłem się zaangażować. Jeszcze odcinek został przerwany cliffhangerem, który mnie nie ruszył - Blake współpracuję z Malickem. Już wolałbym proceduralno przygodowy odcinek nasycony humorem jak w pierwszym sezonie gdzie wszystkie postacie miały coś do roboty, a nie jak tutaj część robi za nudne tło.

Z plusów wymienię dużo Macka. Bo go lubię. I Jego nerdowe rozmowy z Fitzem. I akcję w domu gdzie sam powala przygłupią drużynę terrorystów. I siekiero-shotgun. I Simmons uczącą się strzelać.

OCENA 3/6

Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D. S03E15 Spacetime
Ciężko mi w to uwierzyć, ale dostałem na prawdę dobry odcinek serialu, który od jakiegoś czau oglądam tylko z obowiązku. Dobre dialogi, wciągająca historia i przyjemna dla oka akcja. Jeszcze za wcześnie mówić o skowronku zwiastującym lepsze czasy. Nie zmienia to jednak faktu, że dobrze się bawiłem.

Abstrahując od przekonania Lincolna o wielkim planie i celowości stworzenia inhumans fabuła była bardzo dobra. Mamy człowieka zsyłającego wizję po dotknięciu i Daisy widzącą wydarzenia z finału odcinka. Pojawia się tutaj tradycyjny motyw predestynacji i wolnej woli gdzie bohaterowie miotają się co zrobić żeby zmienić przyszłość i do niej doprowadzają. Tylko Fitz twierdzi, że niezależnie co zrobią wizja się spełni. Jego naukowe podejście i zrozumienie wielowymiarowości wszechświata się sprawdziło. Tym bardziej, że widzieliśmy wcześniej poprzednią wizję odwzorowaną w 100%. Oczywiście, pojawiły się niezrozumienia i łatwe do przewidzenia twisty. To było nieuniknione. Jednak oglądanie się miotających bohaterów było bardzo przyjemne. Takie Flasfforward skondensowane w jednym odcinku.

Trochę gorzej wypadawątek Evil Warda i szersze pojęcie fabularne. Nie czuję zagrożenie tym bardziej, że oglądam operetkowego Złego. Czarny płaszcz, bełkotanie o prawdziwej mocy, zabijanie dla funu z zabijania. Jeszcze demonicznego śmiechu brakuje. Dobrze, że doszło do zbliżenia z wesołą drużyną Culsona przez co zagrożenie jest trochę bardziej realne. Wciąż jednak nie wiadomo o co mu chodzi.

Odcinek miał jeszcze dwie zalety - humor i reżyserię. To pierwsze wygrała scena z Culsonem i Lincolnem gdzie dyrektor słysząc, że Linc nie oglądał Terminatora wyrzuca go z drużyny. W tym drugim mógł się podobać efekt wizji spływającej na człowieka z nieba niczym biblijne objawienia lub scenka akcji na dłuższym ujęcia.

Inne:
- znowu wróciła wizja kosmosu. No lećcie tam!
- Andrew oddał się w ręcę SHIELD, dano kilka fajnych scen z May gdzie Ming Na mogła zagrać coś bardziej dramatycznego i ostatecznie przemieniono go w Lasha. Trochę słabo to poprowadzono, jakby chciano szybciutko zamknąć ten wątek.
- Malic dostał wizję... której nie pokazano! Co za rozczarowanie.
- więcej światła i kolorów! Serial jest ostatnio zbyt ciemny. Bohaterowie ubierają się jednokolorowo ciemnie, a większość scen w nocy lub budynkach.

OCENA 4/6 

Marvel's Daredevil S02E11 0.380
Kolejny świetny odcinek do oglądania. Kolejne narzekanie na nie spójną historię jako całość i niekonsekwencję. Przygoda Daredevila zaczyna się od szpitalnego starcia z ninja, a kończy strzelaniną z gangsterami. Brakuje mi tutaj równowagi. Rozumiem co serial chcę pokazać. W życiu Matta dzieje się dużo, nie ma i nie może mieć nad wszystkim kontroli, a NY jest przesiąknięty złem którego nie zmieni jeden męczennik nie wiadomo jak bardzo oddany sprawie. Tylko wolałbym opowieść gdzie wątki się przeplatają czymś więcej niż osobą głównego bohatera. Tylko on jest spoiwem między historią Hand, Elektrą i Stickem, a Puniherem, Fiskem, Karen i ulicznym światem miasta. Tak jakby rozpisano dwa odrębne sezonu by ostatecznie zrobić z nich jeden. Liczę, że producenci wyciągną z tego wnioski i trzeci sezon nie popełni tego błędu. Jeśli zostanie zamówiony i The Defenders nie stanie na przeszkodzie.

Wyrzuciłem co mi leży na sercu więc teraz zalety. Historia wciąga. Standard. Matt i Karen z Punisherem na swój sposób szukają Blacksmitha. Dwa różne podejścia do tej samej sprawy. Nie pierwszy i nie ostatni raz pokazane w serialu. Obydwa równie efektowne w oglądaniu. Brutalne tortury i oportunizm Franka i oparte na wyczekiwaniu, mniej agresywne śledztwo Matta. Przy czym w to wszystko zamieszana kobieta, która jeszcze bardziej łączy te dwie postacie. Wyrażająca zrozumienie dla Franka i bojąca wiązać z Mattem z powodu jego tajemnic. Prosta i tragiczna historia miłosna o ludziach, którzy nie mówią sobie prawdy, wmawiając, że nie zasługują na szczęście.

Punisher w tym odcinku zachowuje się troszkę jak emo. Rozumiem stracił żonę i dzieci, ale nie trzeba o tym co chwilę przypominać. Jako terapeuta od spraw sercowych też niezbyt się sprawdza. Lepiej wygląda napędzany rządzą zemsty. Ale to akurat służy każdemu. Elektra wzbudza strach, zabija i konfrontuje ze Stickem. Bardzo dobrze zastosowany cliffhanger. Budowanie napięcie poprzez czyszczenie miecza, zjawienie się zabójczyni, zapowiedź walki i koniec. Tylko żeby otworzyć z jeszcze większym przytupem kolejny epizod.

Cieszy mnie duża rola Claire. Znowu mówi Mattowi to co trzeba, by nie zostawał męczennikiem, nie brał ciężaru świata na swoje barki. Potem jest ciekawiej. Niczym superbohaterka walczy z niesprawiedliwością, ukrywaniem prawdy w szpitalu. Bezsilna i na znak protestu rezygnuje z pracy, nie chcę iść na skróty. Jest równie bohaterska co trykociarze. Dlatego tak bardzo cieszy mnie jej wytęp w Luke Cage.

OCENA 4.5/6

Daredevil S02E12 The Dark at the End of the Tunnel
Ninja są fajni. Źli, nic nie mówiący, bezszelestnie się poruszający i okazyjnie zmartwychwstający ninja tym bardziej. Elektra też jest fajna. Jako małe dziecko walczące na równie z dorosłymi mężczyznami czy socjopatyczna morderczyni pragnąca zabić dawnego mistrza. Pradawne zło w wazonie też przykuwa uwagę. Nawet trójkąt emocjonalny z Stickem jako surogatem ojca wypada znośnie. I te walki! Wyciszone z podkręconymi odgłosami uderzeń broni, biciem serce i wydychanym powietrzem. Nie do końca podoba mi się konflikt wewnętrzny Elektry, jej rozdarcie między ciemną i jasną stroną ninja. To tylko uwydatnia największa wadę tego sezonu - to nie jest historia stricte o Daredevilu. Jego krucjata, jego misja, ale nie on napędza główne wątki.

Historia Punishera ma ten sam minus. Już się tego czepiałem więc nie będę powtarzał. To jest dobra opowieść o zemście. Wciągające kino sensacyjne z twistem. Byłby z tego dobry film. Najbardziej cieszy końcówka. Karen odkrywa kim jest Blacksmith. Kolejny cień rzucony na amerykański heroizm - to dawny żołnierz walczący w Afganistanie. Nasza nowa dziennikarka niemal ginie z jego rąk, wybawia ją oczywiście Punisher. Wbrew jednak moim obawom dokonuje swojej zemsty. Nie daje się zmiękczyć prośbami pięknej kobiety. Jedna kula, jedna śmierć i spokój sumienia. Do czasu aż zacznie znowu zabijać. Znalazł arsenał i już szykuje kolejny plan. Nie mogę się doczekać. Z chęcią zobaczyłbym jego spin-off.

OCENA 5/6


Marvel's Daredevil S02E13 A Cold Day in Hell's Kitchen
Zbyt wysokie wymagania? Oczekiwanie czegoś innego? Odrobina znudzenia całym sezonem? Brak uczucia finału? Nie wiem jaka była przyczyna, ale wiem jedno - czuję się rozczarowany. Ostatni odcinek oglądało mi się najgorzej z całego sezonu. Poszarpana fabuła przeszkadzała. Jeszcze bardziej irytowały rozmowy Matt/Eleketra wzięte jakby z harlekina, przeciągnięte do granic bólu przez co siadało całe napięcie związane z sytuacją. Zabrakło tego mistrzowskiego sznytu z zeszłego roku. Tam też finał był wymuszony, zbyt szybko poprowadzony bez odpowiedniej podbudowy jednak i tak odcinek oglądało się znakomicie. Tutaj ziewało czekając na sceny akcji. Oczywiście dalej było dużo dobrych momentów. Jak Karen pisząca artykuł o bohaterach. Może trywialny, ale pasujący do konwencji. Albo Foggy dostający pracę u Hoghart. Albo Brett z dużą rolę. Takie rzeczy cieszy bardziej niż przedstawiona historia.

Jak wypadły cliffhangery? Dobrze. Bez ekscytacji, ale w komiksowym duchu. Frank zostaje mścicielem i pojawia się z swoją kultową czachą na kostiumie co jest udaną paralelą do finału S01. Jest też śmierć Elektry i zapowiedź wskrzeszenia. Chyba wolałbym żeby zostawiono ją w spokoju. Nie leży mi jej romans z Mattem. A najlepiej niech dostanie własny serial. Tak jak Puni. Rozczarowaniem było też wyjaśnienie czym są tajemnicze zbiorniki, które były zasilane krwią dzieci. Komory wskrzeszające. Liczyłem na coś mocniejszego. Natomiast dziura w ziemi wciąż pozostaje tajemnicą. Na razie ciężko stwierdzić o czym będzie następny sezon. Czy wróci Hand i Elektra, a może Fisk zechcę zrujnować życie Matta. Oby postawiono na tylko jeden główny wątek. I proszę o nie wprowadzanie nowych postaci.

Rozczarowało mnie wyjawienie sekretnej tożsamości przed Karen. Za słabo umotywowane bez odpowiedniego budowania wątku. Kryzys między tą dwójką sprawił, że Matt zachował się jak dupek. "Patrz, ty mnie nie rozumiesz bo ja walczę po nocach, teraz między nami będzie dobrze." Jednak mimo wszystko może nadać dużo nowej dynamiki w serialu i sprawić, że Daredevil znowu będzie w centrum historii.  

OCENA 4/6
 
Vikings S04E07 The Profit and the Loss
Jaka piękna katastrofa. Nie czekałem na raid na Paryż, nawet straciłem w pewnym stopniu zainteresowanie serialem. Zbyt dużo przeciętnych dramatów i rozwleczenie historii na mało interesujących bohaterów zrobiło swoje. Jednak przyszedł odcinek 4x7, a ja siedziałem jak zauroczony. Niemal połowa odcinka to sceny batalistyczne. Spektakularne starcie francuzów pod dowództwem Rollo i floty Ragnara zakończone klęską wikinga. Plan zadziałał. Drakkary zatrzymały się na łańcuchu, dwa forty na obu brzegach rzeki były w stanie powstrzymać najazd. I jak to wyglądało! Rozbijające się statki, umierający ludzie, płonące łodzie. Mało słów, dużo dramatycznej akcji. Pierwsza taka druzgocąca klęska bohaterów. Było też starcie lądowe z Laghertą o takim samym przebiegu. Nadzieje na zwycięstwo, zaskoczenie i totalne rozbicie. Desperacki nastrój scen i oczekiwanie na ważną śmierć. To było bardzo dobre.

W tym wszystkim nie zagubili się bohaterowie. U Rollo było widać zdeterminowanie by osiągnąć zwycięstwo, ale też cierpienie z powodu mordowania swoich. Lagherta mimo ciąży postanowiła dowodzić atakiem na fort. Żyję filozofię, że jeśli jej przeznaczeniem jest poronić lub zginąć tak się stanie. Jest też Ragnar. Uzależniony król popełniający błędy i powoli osuwający się w szaleństwo. Już czas przekazać koronę młodemu pokoleniu. Nie wiem czy tutaj chciałbym zobaczyć historię odkupienia i ponownej chwały na tronie. Niech Bjorn zajmie jego miejsce, a Ragnar zacznie zwiedzać świat.

Poza Francją zmiennie. W Kattegat wrócił Harbard i wykorzystuje kobiety, których mężowie biorą udział w łupieżczej wyprawie. Jakoś nie mam ochoty tego oglądać. Dziwne, ale lepiej w Anglii. Eckbert zdobywa koronę Mercji podczas rozmowy z dawnym jej władcą, teraz musi tylko podbić kraj. To było ciekawe. Mamy kolejnego króla, jak Ragnar, znudzonego władzą i pragnącego spokoju. Rozmowa w krypcie miała tony klimatu, Vikings w najwyższej formie.

Nie podobał mi się tylko mistyczna wizja Flokiego uprawiającego seks z Ashlaug. Lub wizja Ashlaug uprawiającej seks z Flokim. Nie wiem co to było. Serial zbytnio odpłynął w mało czytelny oniryzm i trudno mi zinterpretować te sceny, zwłaszcza w kontekście uratowania życia Flokiego przez Rangara.

OCENA 5/6

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Serialowe podsumowanie tygodnia #180 [28.03.2016 - 03.04.2016]

SPOILERY

Banshee S04E01 Something Out of the Bible
Co za piękna masakra! Tęskniłem za serialem, nie spoilowałem sobie więc powrót wziął mnie z zaskoczenia. Dwuletni time jump i śmierć Rebeki. To co mnie najbardziej uderzyło. Odcinek oglądało się trochę jak serial kryminalny. Układanie poszczególnych faktów w logiczną całość, powolne odkrywanie tajemnicy śmierci, ale też przeszłości bohaterów. Czemu Hood ukrywa się w chatce? Gdzie jest Hiob? Co działo się w Banshee przez ten czas? Co będzie się działo już niedługo? Najrzadziej pytałem się kto jest mordercą. Nie obchodzi mnie to. Jak to w kryminał liczne na dobra historię i prawdopodobnie ją dostanę.

Dalej jest pełne nieuzasadnionej brutalności. Zgniatanie czaszki imadłem, łamanie palców dłoni, morderstwo piórem. Zazwyczaj nie ruszają mnie takie rzeczy, a tutaj autentycznie się krzywiłem. I patrzyłem z zafascynowanie bo te sceny idealnie tutaj pasują. I boję się co serial wymyśli na zwieńczenie historii.

OCENA 5/6

DC's Legends of Tomorrow S01E09 Left Behind
Mocno czekałem na ten odcinek, a przerwa i gościnny występ Ra's al Ghula sprawiły, że apetyt jeszcze się zaostrzył. I dlatego nie posmakowało tak jakbym chciał. O ile sam pomysł fajny - Kendra i Ray przez dwa lata nieobecności reszty załogi zbliżają się do siebie, a Sara wraca do Ligii Zabójców tak chwilowy reboot osobowości uważam za coś głupiego. Przez co kontynuacji treningu Sary czy zmian u Raya nie mogę traktować jako ich świadomej decyzji. Szwankuje mi przez to odbiór postaci. Fajnie się to oglądało, ale czuje się oszukany. Dobrze, że humor dał radę.

Mick wrócił! I kurde, podoba mi się jego nowa robota - to on jest Chronosem. Najfajniejsze, że odcinek był tak skonstruowany, że przed Snartem to właśnie ja podczas oglądanie odkryłem to pierwszy i czekałem na jego reakcję. Porzucony sojusznik mszczący się na dawnych znajomych nie jest może szalenie innowacyjnym pomysłem, ale wolę go od Chronosa. Jego postać pokazuje też, że nie mamy doczynienia z prawdziwymi bohaterami jak np. Flasha. On nie porzuciłby Micka, oni dają mu drugą szansę gdy wraca do nich, gdy dręczą ich wyrzuty sumienia.

OCENA 4/6

Marvel's Daredevil S02E07 Semper Fidelis
Ruszył proces i było spokojniej niż myślałem. Brakowało trochę dynamiki, a poszczególne sceny zbyt się ciągnęły. Najlepiej wypadały porównywania Franka do bohatera, zrozumienie jakim go obdarzają ławnicy i Karen. Ludzka fantazja o mścicielu zapobiegającym przestępstwom, osobie działającej poza skorumpowanym system wtedy gdy on zawodzi. Nie raz już takie coś widziałem, ale dalej się to świetnie ogląda. Najgorzej wypadła absencja Matta. Marzył mi się proces i walka z prokuraturą, a jest walka między Foggym i Mattem. Konflikt między nocnym i dziennym życiem. I ja to rozumiem, z punktu widzenia opowiadanej historii ma to sens. Tylko wolałbym oglądać co innego.

Superbohaterski wątek nudzi. Drażni mnie Matt nie umiejący się postawić Elektrze, wciąż czujący do niej pociąg mimo, że nie zostało to dobrze uargumentowane. Widać jak w nim wyzwala brutalność, zmusza do kłamstwa przez swoje manipulację, ale brakuje w tym związku chemii. Te postacie lepiej działają jako osobne byty. Fabularnie też tutaj niewiele. Tylko ta dziura na końcu odcinka robi niesamowite wrażenie.

Inne:
- Frank na tle amerykańskiej flagi niczym narodowy bohater, bardzo ładne ujęcie.
- walki jakieś bez polotu. Kilka zbirów na krzyż i Matt z Elektrą mają problemy.
- Foggy znowu z porywającą mową. Dajcie mu własny serial prawniczy, zasługuje na to.

OCENA 4.5/6

Marvel's Daredevil S02E08 Guilty as Sin
Piszę to z przykrością, ale dramat sądowy ssie. Naoglądałem się za dużo The Good Wife i Damages więc nie mogę patrzeć na takie prostackie prowadzenie sprawy. Zero przygotowanie, przesłuchiwania świadków, przemowy sklecone na poczekaniu, brak walki i poszanowania porządku obrad. Tam są wciąż mocne sceny jak przemowa Matta, Foggiego i wybuch Punishera tylko cierpię przez uproszczenia. Daredevil jest serialem mocno zagnieżdżonym w rzeczywistości, ze swoim sposobem realizacji, skomplikowanymi postaciami i intrygami. Z tego powodu przeszkadza mi fuszerka na tym tle. Jednak na większość scen na sali przymykałem oko ponieważ co rusz wracał do mnie obrazek Franka na tle amerykańskiej flagi. Real american hero.

Na gruncie supergero lepiej. Walka nad krawędzią dziury z oddaloną kamerą robiła wrażenie, a powrót Sticka ucieszył. Historyjka o walce z Hand jest bardzo komiksowa, może nawet za bardzo jak na street level Nowego Jorku, ale póki mistycyzm nie będzie wylewał się z ekranu kupuje. Kupuje też relację Elektra/Matt. One nie mogły być tak proste jak w flashbackach. Okazuje się, że ona pracowała wtedy dla Sticka, ale teraz chce porzucić mroczną ścieżkę dla Matta. Co szybko przekreśla mordując ninja z Hand.

Podoba mi się sytuacja w jakiej znalazł się Matt. Walcząc po nocach zaniedbuje przyjaciół. Okłamuje Karen i Foggiego co szybko się na nim mści. Nawet nie udaje mu się zbawić Elektry, a wypędzenie yakuzy nie miało wcale miejsce. Bohater upada zanim jeszcze pewnie stanął na nogach.

Fisk się pojawił! Oczywiście, że serial nie mógł go wykreślić. Tacy ludzie idąc do więzienie nie tracą wpływów. Teraz zaczął układać się z Punisherem co wiąże się z tajemnicą śmierci rodziny Franka. To będzie niebezpieczny układ.

OCENA 4.5/6

Marvel's Daredevil S02E09 Seven Minutes in Heaven
Fisk! O Franku można pisać wiele dobrego, to prawdopodobnie najlepszy ekranowy Punisher, ale wystarczy pokazać Kingpina i wiadomo kto jest prawdziwą gwiazdą serialu. Vincent D'Onofrio magnetyczny. Każda scena z nim przyciąga, jest popisem aktorskim i wnosi coś do historii. Mamy złego Kingpina wykorzystującego jeszcze gorszego Punishera. Czysty machiawelizm mimo manipulacyjnych słów o zemście i sympatii do rodziny. Jest też końcówka. Walka między tą dwójką i coś na kształt sojuszu, a może raczej umowa partnerska. Kingpin wypuszcza Franka z więzienia by wyeliminował mu konkurencję wiedząc, że gdy sam wyjdzie stanie się celem. Ależ pięknie zapowiada się kolejny sezon. Lub The Defenders.

Ten odcinek to też zaskakujący zwrot u Matta. O ile kłótnia z Elektrą przewidywalna tak już walka z dobrze znanym ninją już nie. I tajemnicza Farma gdzie robi się transfuzję krwi do tajemniczego dzbana. Nie mam pojęcia o co chodzi i dlatego to takie piękne.

Inne:
- maskara w więzieniu! O mamo, ależ to było brutalne. Czułem się jakbym oglądam Raid.
- biznesy Fiska w więzieniu. Chcę więcej. Chcę też zobaczyć Vanessę. 

OCENA 5/6

Marvel's Daredevil S02E10 The Man in the Box
Scena z Fiskem! Zdesperowany Matt poszukując odpowiedzi postanawia spotkać się z Kingpinem. Dostajemy fantastyczną walkę charakterów, dwie wyraziste postacie rozmawiają, ale zwycięzca mógł być tylko jeden. Matt niczego nowego się nie dowiedział, wysłuchał jedynie gróźb pod swoim adresem i prawdopodobnie zdradził swoje alter ego przed Fiskem. Kolejny sezon zapowiada się fenomenalnie.

Piszę to z pewnym rozczarowaniem, ale wątki ninja i Punishera zaczynają nudzić. Za długo i mało składnie. O ile poszczególne sceny trzymają w napięciu (dzieci kukurydzy!) tak całość jest mi coraz bardziej obojętna. Nie czuć zbliżającej się kulminacji jak rok temu.

Lepiej wypada przedstawianie bohaterów. Karen dalej prowadzi swoje śledztwo co jest na swój sposób ciekawe. Cieszy powrót Claire, który mówi to co myślę. Matt na krzyżu poświęcający się za przyjaciół nie jest dobrym rozwiązaniem. Tylko czemu on głupi nie może tego zrozumieć. 

OCENA 5/6

Supergirl S01E18 Worlds Finest
Z Supergirl zrezygnowałem po dwóch odcinkach, nie przekonał mnie więc nie chciałem się męczyć. Wróciłem jedynie dla crossoveru z The Flash. I chcę tego więcej. W sensie crossoverów. Chcę częstych spotkań Kary i Barry'ego, chcę przenikania światów i powiększania multiwersum. Jednak najbardziej chcę tej optymistycznej przygody. Cieszących się życiem bohaterów współpracujących między sobą by ratować innych. Chcę uśmiechać się na serialu superhero, a nie zastanawiać czemu ta postać cierpi i jak to wpływa na jej psychologię. Chcę radosnej i nieskomplikowanej zabawy. I tego tutaj było pełno.

Nie wiem jaki jest mój ulubiony moment odcinka. Pierwsze spotkanie Supergirl i Flasha? Szybka wyprawa po lodu? Sceny Winn/Barry? Wyścigi? Cat wyśmiewająca seriale The Cw? Odwołanie do Smallville? Było tego mnóstwo. Cały odcinek to jeden wielki fanserwis i liczę na powtórkę.

A fabularnie? Banshee i Lilwere chcą zabić Karę, Supergirl i Cat, a w tle jakieś romanse. Nie obchodziło mnie to. Nie mam więzi z postaciami z Supergirl więc były to tylko sceny, które mi przeszkadzały. Szczególnie romanse. Serio, Jim i Kara? Tak bardzo nie pasują. Wolałbym więcej scenek z Barrym.

OCENA 4.5/6

The 100 S03E09 Stealing Fire
Lubię jak się dzieje dużo i szybko w The 100, ale czasem przydają się momenty spokoju. Niedawno zabito Lexę, teraz Lincolna, Titusa i młodych Nightbloods. Za dużo zgonu przez co żaden z nich nie mógł odpowiednio wybrzmieć. Każdy z nich był ważny i dobrze rozpisany, ale przytłoczyła mnie ich ilość. Najlepiej zadziałał ten na końcu odcinka. Lincoln poświęca się by jego ludzie mogli ocalić głowę. I tak miał zginąć, ale teraz zrobił to w heroiczny sposób. Przy okazji pokazano, że Pike ma w sobie coś z honory i powiększono przepaść między Octavią i Bellamym. Ich następne spotkanie będzie wybuchowe. I najwyższy czas na scenę z pierwszego trailera sezonu.

W Arkadii było dużo biegania. Pełnego napięcia, ktoś przecież musiał zginąć, przez co odcinek oglądało się z zaciekawieniem. Odkupienie Bellamy'ego i Monty'ego, duży udział Harper w akcji (dajcie jej kontrakt na pełny sezon, bo znowu ktoś wam podkupi aktora!) i kolejna przegrana. Bohaterowie próbują, ale nie są ani trochę bliżej pokonania Pike'a. I coś mi się wydaje, że on nie zginie. Jego śmierć byłaby zbyt prostym wyjściem, zabija się tutaj głównie tych na których mi zależy.

Z prostych powodów najciekawiej w Polis. Mam słabość do Clarke, uwielbiam patrzeć na rozwój postaci oraz nie mogłem się doczekać reakcji na śmierć Lexy. Na razie przyjęła to dobrze. Tylko dlatego, że jest w centrum wydarzeń, ważą się losy jej ludzi, nie ma czasu na żałobę. Tutaj też było dużo biegania, uciekania przed Ontari i latania w tą i z powrotem. I znowu wciągnęło. Proste, a działo. Podobało mi się poświęcenie Titusa, honorowe zachowanie Roana, wybicie Nightbloods i snuta historia. Podoba mi się co stało sięz Clarke. Została strażnikiem SI i teraz ma odnaleźć Lunę. A ja wciąż twierdzę, że sezon się skończy wybraniem jej na Komandora. Co otworzy furtkę na powrót Lexy. Ładnie proszę.

Inne:
- jak już tradycyjnie porównuje The 100 do innych dzień popkultury to Komandorowie są niczym technologiczne Bene Geserit z Diuny. Sięgają do wspomnień przodków i się z nimi komunikują.
- Murphy! Jak ja uwielbiam jego wątek. Ta postać służy głównie ekspozycji, znajduje się w miejscu w którym nie powinien i cierpi z tego powodu. Teraz dziwnym trafem został więźniem Ontari.
- Abby wróciła! Mogliby wytłumaczyć co się z nią działo podczas buntu Kane'a.

OCENA 4.5/6

The Flash S02E17 Flash Back
Cofanie się w czasie to patent, który można wykorzystać na mnóstwo świetnych sposobów. Niestety nie można tego powiedzieć o tym odcinku. Barry w swojej desperaci i aroganci, niezważając na możliwość zniszczenie continuum czasoprzestrzennego cofa się w czasie by poznać tajemnicę szybkości od Wellsa. Genialny plan, nie ma co. Mógłbym go jeszcze przełknąć gdyby nie jego idiotyczne zachowanie. Barry jest fajny gdy zgrywa bohatera ale udając kogoś innego jest strasznie antypatyczny. Jak w odcinku z Earth-2. Tutaj jest sobą z przeszłości i jak można się domyśleć Wells błyskawicznie się spostrzega. Przyniosło to świetną scenę gdy Barry konfrontuje się ze swoim największym nemezis. I jeszcze moment z dwoma Barry'mi. To było śmieszne.

Trochę dynamiki do odcinka dodało pojawienie się Widma Czasu. Motyw niczym z Doctor Who. Tyko czemu akurat teraz się pojawiło? Skąd pochodzi? Dlaczego Wells potrafi się przed nim ukrywać? I czy ma to jakiś związek z Time Masters. Chciałbym je zobaczyć w Legends of Tomorrow. A właśnie Legendy - skoro Time Masters strzegą czasu to czemu przymykają oko na działalność speedsterów i nieautoryzowane podróże w czasie?

Dobrze było znowu zobaczyć Eddiego i jego emocjonalna wiadomość do Iris się udało. Pasuje jako moment po którym bohaterka powinna iść na przód. Nie podobał mi się powrót Pied Pepera. Znaczy podobał, ale nie to czym zaowocował - jego sojuszem z Team Flash. Wolałbym więcej Jesse.

OCENA 3.5/6 

wtorek, 29 marca 2016

Serialowe podsumowanie tygodnia #179 [21.03.2016 -27.03.2016]

SPOILERY

Marvel's Agents of S.H.I.EL.D. S03E13 Parting Shot
Odcinek gdzie dzieje się dużo niezrozumiałego i nieinteresującego. Serial próbował nakręcić thriller polityczny, dać intrygę bez wyjścia i podnieść stawkę by kolejne minuty były coraz bardziej emocjonujące. I kompletnie mu to nie wyszło. Za dużo manipulujących stron i interesów, a żadna z nich nie została wystarczająco dobrze przedstawiono przez co całość okazała się mało wiarygodna. Szczególnie końcówka gdy Bobbi i Hunter ratują życie premiera Rosji i zostają zmuszeni do opuszczenia S.H.I.E.L.D. Zupełnie nie rozumiem ciągu przyczyno skutkowego. Dla mnie jest to marne pisarstwo, które miało na celu pozbycie się dwóch bohaterów z serialu i otwarcie furtki dla spin-offu, którego nie chcę oglądać. W odcinku było kilka momentów, które mi się podobały jak np. nakręcona na jednym ujęciu walka z cieniem czy scena pożegnania Bobbi i Huntera, ale za dużo rzeczy mi zgrzytało bym cieszył się nawet drobnymi rzeczami.

OCENA 3/6

Marvel's Daredevil S02E03 New York's Finest
Trzeci odcinek przedstawił dobrze znane wydarzenie z materiałów promocyjnych - związany łańcuchami Daredevil na nowojorskim dachu przesłuchiwany przez Punishera. I cóż to była za rozmowa! Dwa różne poglądy na ten sam problem gdzie Matt widział osobę którą mógłby się stać. Było to proste wyłożenie filozofii Franka - niektórym ludziom należy się śmierć, nie wszyscy mogą się zmienić. Matt za to wiecznie stoi w obronie życie mimo, że niektórzy na to nie zasługują. Prosty, ale jakże wyraźny podział.

Ten odcinek to też szumnie zapowiedziana scena walki będąca sequelem do pamiętnej 5 minutowej sekwencji z 1x3. Serial nie zawiódł. Klatka schodowa, tabuny wrogów, brutalnie realistyczne ciosy, łańcuch przywiązany do jednej ręki i pistolet przyklejony do drugiej. Miazga! Ogląda się to niesamowicie... ale ja jednak bardziej lubię hallway fight z uwagi na jej prostotę. Jeden długi korytarz i niemalże statyczna kamera na mnie zadziałały o wiele mocniej. A najlepsze to jest starcie Noli i Burtona z Banshee.

Konstrukcja tego odcinka była prosta - uwięziony Matt siedzi na dachu, a na końcu ucieka z budynku. Przez prawie 50 minut. Lubię takie duszne sceny, a one w Daredevilu bardzo dobrze wychodzę w pierwszym sezonie było to samo gdy Matt przesiedział cały odcinek w mieszkaniu z Claire. Która swoją drogą zaliczyła powrót. Trochę wymuszony, ale dobrze jest znowu widzieć Rosario Dawson. Dzięki niej Foggy mógł dostać świetną scenę w szpitalu. Jego przemówienie uspakajające zamieszki było tak dobre jak scena walki.

OCENA 5/6

Marvel's Daredevil S02E04 Penny and Dime
Odcinek niczym dobry film akcji gdzie główną rolę gra Punisher. I niby historia pełna archetypów, motywy zemsty znane, ale jak to się ogląda! Ten klimat jest niesamowity, a Punisher wspaniały. Wtedy gdy zabija, gdy jest torturowany i gdy dostaje sceny z Mattem. Paradoksalnie najlepsza scena gdy wygłaszał swój monolog o sobie. Z prostą i brutalnie prawdziwą pointą. Każdy dzień może być twoim ostatnim, nie odkładaj niczego na jutro. Nie sądziłem, że Bernthal może tak dobrze grać.

Ten odcinek to też wścibska Karen co jest zgodne z jej rysem charakterologicznym. Za wszelką cenę dąży do prawdy i nie odpuści raz zaczętej sprawy jak nie bezpieczne by to było. Wtedy gdy Matt słucha monologu Franka ona poznaje jego historie szperając po jego domu. Jak dla mnie jest to budowanie przyszłego wątku - Nelson & Murdock za namową Karen będą bronić Franka.

Trochę rozczarowała mnie końcówka. Szczęśliwy Matt i Karen zbliżają się do siebie, jest zapowiedź nadchodzącej randki. I boom, pojawia się Elektra. Przypomnienie o związku tylko po to by go jeszcze bardziej pokomplikować.

Podobało mi się jak Punisher został załapany. Gdy Matt zostawia go policji mówi im, ze jego nie było. Ludzie nie mogą wiecznie polegać na superbohaterach, trzeba dać im wiarę, że sami, w tym policja, są się w stanie bronić.

OCENA 5/6

Marvel's Daredevil S02E05 Kinbaku
Trochę samodzielnej historii w flashbackach, ekspozycja Elektry i budowanie wątków na dalszą część sezonu. Troszkę wybił mnie ten brak spójności z poprzednimi czterema odcinkami, ale wciąż jest dobrze mimo chwilowego spadku napięcia i nudniejszych scen.

Elektra wypada ciekawie. Znudzona ekscentryczka eksperymentująca w życiu i z tajemniczym planem. Kupuję ją, czuję jej chemię z Mattem i rozumiem obydwie strony. Strasznie podobała mi się historia z flashbacków, która mocniej wpisuje się w wyróżniający wątek sezonu. Czy Matt powinien zabijać. Znowu nie daje rady, tym razem zabójcy ojca, czego wymaga od niego Elektra. Liczę, że flashbacków z tą dwójką będzie więcej i to tylko część historii. Jeśli nie będę rozczarowany.

W teraźniejszości Elektra zadziera z yakuzę i tyle wiadomo. Trzeba przyjąć, że to socjopatka i nie powiedziała na razie nic prawdziwego. Dobrze, że już teraz wie co Matt robi po nocach i bezwzględnie go wykorzystuje. To tylko przyśpieszy sprawy.

W międzyczasie Karen szpera, szuka kolejnych tropów na temat Franka i już niedługo będzie go chciała bronić. Sprawa sądowa robi się jeszcze ciekawszy z powodu Reyes i jej ambicji zostania burmistrzem i opracowania prawa wobec superzłoczyńców/bohaterów.

Ten odcinek to też randka Karen z Mattem, która jest kontrastem dla wydarzeń z flashbacków i toksycznego związku Matta z Elektrą. Tylko ich relacja również nie jest zdrowa. Romantyczna kolacja, pytanie co u ciebie i oboje milczą na temat najważniejszych rzeczy, które ich tego dnia spotkały.

OCENA 4.5/6

Marvel's Daredevil S02E06 Regrets Only
Wreszcie się doczekałem! Poprzednie odcinki serialu były co najmniej bardzo dobre, zachwycały historią, stylem opowieści i zdjęciami. Jednak dopiero teraz obraz wysunął się na pierwsze miejsce. Kadrowanie i sposób filmowania były najmocniejszą stroną zeszłego sezonu, dopełniały opowiadaną historię, podkreślały jej elementy. Poprzednie 5 odcinków miało to w śladowych ilościach. Aż do teraz. 2x6 pod tym względem okazało się znakomite, ciężko mi wybrać kadr ilustrujący epizod. Mnóstwo statycznych ujęć, zwłaszcza w sali szpitalnej Punishera, każde inne i równie zachwycające. Zwłaszcza ta geometria podczas widoku z góry lub rozprawy. Wypełnienie obiektami kadru, precyzyjne ustawienie postaci to mistrzostwo. Tak jak pokazywanie bohaterów. Matt, Karen i Foggy, ta trójka co rusz pokazywała się razem na ekranie, żeby tyko podkreślić ich jedność. I niemal zawsze między Karen i Foggym był jakiś separator, zawsze oddzieleni, tak jak w życiu. Jeśli nie Matt, to szafka, jeśli nie szafka to plama cienia lub adwokat broniący Punishera. Piękne. Do tego standardowe długie ujęcia budujące duszną atmosferę.

Fabularnie odcinek nie zaskoczył. Nelson i Murdock zaczęli bronić Punishera. Sprawa okazała się mocno skomplikowana i postawi to ich kancelarie w świetle reflektorów. Szykuje się dramat sądowy gdzie najważniejsze będą postacie. Foggy boi się tego, nie chcę być w centrum, ma też problemy z bronieniem Franka. Natomiast Castle domaga się prawdy. Nie chodzi mu o oczyszczenie z zarzutów, ale by rozwikłano intrygę w jaką się wplątał.

U Elektry i Matta trochę nudo. Pierw walka, potem deklaracja współpracy i infiltracja wieżowca Roxoon. Po sznureczku, bez zaskoczenie. Ona fascynuje swoją pewnością siebie i arogancję, ale też nudzi z powodu Matta, który jest zbyt bierny, przegrywa z nią kolejne konfrontację. Nie jest wystarczającym partnerem/przeciwnikiem. Lepiej jak pojawi się akcja. Gdy prowadzi ją przez budynek pełen ochrony. Wciągająca scena z odpowiednią atmosferą. Powoli, spokojnie, każde wykrycie może prowadzić do katastrofy. Podobała mi się zwłaszcza scena walki, której nie pokazali. Jedynie walczące sylwetki postaci za przymglonymi szybami i powoli zbliżająca się kamera,

Wielce poszukiwany przez Elektrę rejestr został zdobyty i szykuje się rozbudowanie jej wątku. Nie wiadomo co takiego transportowali do USA. Czyżby kolejne nawiedzone dziecko, które w S01 zabił Stick? Skoro to nie Yakuza to Hand. Czyli więcej mistycyzmu. Yeah, będzie się działo.

OCENA 5/6

Outlander S01E09 The Reckoning
Jest! Doczekałem się porzucenia narracji z perspektywy Claire. Miła odmiana gdy odcinek jest oglądany z perspektywy Jamiego. Wolałbym standardowe prowadzenie historii z większym naciskiem na drugoplanowe postacie, ale biorę co dają. Ogólnie odcinek był dobry. Ładne krajobrazy, ładna scena seksu, trochę akcji, większy nacisk na polityczne intrygi wątek dotyczący feminizmu i zmian kulturowych na przestrzeni dziejów. Szkoda, że tak dosłownie pokazany, zabrano odrobiny subtelności.

OCENA 4/6

The Flash S02E16 Trajectory
Pierwszy kobiecy speedster! I wyszło tak sobie. Nie było to zły odcinek, ale po ostatniej dawce Daredevila nie dziwne, że narzekam. Barry biega za wolno, marudzi przez co jest nudny i nieudolnie ściga Trajectory. Niezbyt wciągające śledztwo, przeciwnik niby dostał backstory, próbowano pogłębić postać niedocenianej pani naukowiec, ale jak zwykle wyszło to bardzo przeciętnie. Sprawę ratują wątki poboczne. Przebłyski Cisco wyjaśniają drużynie kto kryje się za maską Zooma, a Wells kłóci się z córką. O wiele przyjemniej oglądało się te scenki niż walkę z kolejnym metaczłowiekiem, która była bardzo typowa dla tego serialu. Rozczarował mnie jeszcze brak powiązania dla nadchodzącego crossoveru z Supergirl.

OCENA 4/6

Vikings S04E06 What Might Have Been
Nie wiem czy to wina serialu czy moja, ale źle się dzieje skoro nawet raid na Paryż nie wzbudził mojego zainteresowania. Czuję, że to powtórka z rozgrywki, coś co już widziałem. Nie chodzi tylko o atak na miasto, ale również konflikt braci. Serial zatacza koło w mało finezyjny sposób. Żeby to jeszcze podkreśli wrócił Harbard. Nie podoba mi się to. Tak samo nie wiem co myśleć o znudzonym życiem i uzależnionym od narkotyku Ragnarze. Trochę to komplikuje postać, daje jej kolejne warstwy, ale nie za to go polubiłem.

Na szczęście wciąż serial ma wątki, które chcę oglądać. Oczywiście Lagherta, która mimo ciąży wyrusza łupić Paryż. Jest też Bjorn, który robi się coraz ciekawszy od ojca. Dalej zachwyca pokazywanie kontrastów. Tym razem zestawiono zwykłą bezcelową brutalność nowych sojuszników Ragnara z brutalnością ukierunkowaną wynikające ze sposobu życia wikingów. Jest też nadchodzący wątek podróży po basenie Morza Śródziemnego i zapowiedź Rzymu.

OCENA 3.5/6

wtorek, 22 marca 2016

Serialowe podsumowanie tygodnia #178 [14.03.2016 -20.03.2016]

SPOILERY

DC's Legends of Tomorrow S01E07 Marooned
Time pirates! Kocham takie szalone pomysły, a ten serial ma ich pod dostatkiem. Oby w przyszłości więcej takich dziwactw jak walka w kosmosie z piratami i abordaż statku. Zacnie się ubawiłem. Dużo przyjemności dało mi też oglądanie postaci. Stein robiący za jednoosobowe komando, Palmer bawiący się w kapitana statu i zacieśnianie więzi Snarta z Sarą gdy razem "umierali" i rozmawiali o śmierć. Dobrze oglądało się też akcję. Sprawnie wyreżyserowaną, z jednym oszukanym długim ujęciem przeskakującym między postaciami. Nawet fabułka była miła dla oczu, a klaustrofobiczne wnętrza statków nie męczyło.

Tylko niestety trochę zgrzytało. Serial jest najlepszy wtedy gdy stawia na nieskrępowaną zabawę i bawi się swoimi superbohaterskimi korzeniami. Psuje się gdy wplątywane są poważniejsze wątki. Tutaj Rip cały odcinek płaczę za żoną co już robi się nudne. Denerwuje też trochę konflikt Snarta z Rorym, który skończył się głupim cliffhangerem. Jednak najbardziej boli motyw miłości. Jak to ona ważna, ważniejsza od bycia Władcą Czasu, tylko dzięki niej można właściwie przeżyć życie, a Time Masters to dupki bo jej nie szanują. Nudzą mnie odwieczne próby podejścia do tego tematu. A jeszcze bardziej nudzą romanse w drużynie. Jednak będzie Palmer/Kendra...

OCENA 4/6

DC's Legends of Tomorrow S01E08 Night of the Hawk
Lata '50, małe amerykańskie miasteczko i Vandal Savage zmieniający ludzi w potwory. Dobry pomysł na fabułę, ale coś nie zagrało. Czuję się rozczarowany i nie wiem do końca czemu. Wiem, że nie cieszyłem się z odcinka i to mnie boli. Na pewno nie chodzi o nie rozwiązany cliffhanger. Serial próbuje wmówić, że Snart zabił Rory'ego. Nie pokazał trupa więc wiadomo, że to tylko zmyłka. Zwiększa to brak zaufania w drużynie więc nie przeszkadza mi to. Nie przeszkadzało mi też nachalne poruszanie wątków związanych z rasą i seksualnością w połowie wieku. Serial zbytnio to narzucał by podkreślić jaka Ameryka jest dzisiaj fajna, ale było kilka udanych scen (odwołania do Powrotu do przyszłości!) więc akceptuje.

Problem mam z postaciami. Chyba pierwszy raz brakowało chemii. Interakcje były nudne, dialogi słabe, humor płytki. Fajnie wyglądał Snart jako agent FBI, ale Snart jest zawsze fajny. Sara miała własny wątek, Jaxon również, Kendra i Ray są nudni jako para. Dużo złych decyzji rozpisując odcinek, a potem już nie wiele można było z tego wycisnąć.

Problem mam też z Savagem, który jako złoczyńca z 4 tysiącami lat na karku nie zachwyca. Denerwuje mnie też, że na razie podróże w czasie to +/- 70 lat. O wiele bardziej podoba mi się Chronos. Zamaskowany terminator niszczący wszystko na swojej drodze. Nie posiada własnej historii, ale stanowi realne zagrożenie. Jego akcja z finału odcinka spowodowała rozdzielenie drużyny i trójka z nich została sama w latach '50. Lubię takie cliffhangery.

OCENA 3.5/6

Marvel's Agnets of S.H.I.E.L.D. S03E12 The Inside Man
Nie chciało mi się oglądać tego odcinka. Cała sympatia do serialu uleciała gdzieś podczas przerwy, a niechęć została jeszcze spotęgowana przez powrót. Chociaż nie, lepszym słowem będzie obojętność. Agenci są fabularnie w takim miejscu, że nie obchodzi mnie co stanie się z postaciami. Niech giną, nie przejmę się. Wyjdzie to na dobre, niech odchudzą drużynę, położą większy nacisk na bohaterów i wprowadzą intrygujące wątki. Chcę was lubić, chce czerpać przyjemność jak w S02. Chcę czekać na następny odcinek, a nie włączać kolejny z obowiązku. I nie chcę się czuć zażenowany oglądać kolejne sceny.

Niestety, ale tutaj zbyt często mi się to zdarzało. Całościowo oceniam to lepiej niż powrót. Jest jakaś historyjka, zdarzyło się parę fajnych scen i serial zaskoczył. Nawet w jakimś stopniu interesuje mnie co planuje Gou'uld Ward. Komiksowy przeciwnik jest lepszym zagrożeniem niż kolejne nudne walki z Hydrą i jeszcze nudniejsze spiski z twistem. Więc czekam na konfrontację Agentów z nowym zagrożeniem i niech szybciutko do niej dojdzie. Budowanie suspensu na wątku, który jest trochę groteskowy (jestem zły, zabijam ludzi i kąpię się w ich krwi), na razie nie działa, konieczna jest interakcja z głównymi postaciami. Jestem naiwny i dobrej myśli, ale wolę to niż narzekać, a muszę to zrobić.

Od czego by to zacząć. Głupia tajemnica, która nie powinna być tajemnicą to dobry punkt wyjścia. Syn Talbota został porwany przez co generał został zmuszony do współpracy z Hydrą. Co w takim razie robi? Nic. Wierzy w swojego człowieka i biernie czeka na rozwój wypadków. Niema powodów by nikomu o tym nie mówił, ale dla "dobra" historii tak się dzieje. Jasne twist podczas oglądania zaskakuje - Talbot współpracuje z Hydrą, a potem Kreel nie należy do Hydry. Tylko to nie powinno mieć miejsca. Cała intryga jest słabo umotywowano. Nie było powodu żeby Talbot nie ufał Culsonowi. Tym bardziej, że działał z polecenia prezydenta. Boli mnie jeszcze, że wątek zdrady, bo tak trzeba to interpretować szybko został zamieciony pod dywan. Nie minęło 5 minut i powrócono do poprzednich relacji trochę typu hate/love. Konsekwencję zdrady? Degradacja? Chociaż reprymenda? Nie. Ratowanie dziecka to wyższa konieczność i można zdradzić kraj i zaryzykować światowy pokój. Przecież w takich nadzwyczajnych okolicznościach wszystko zostanie wybaczone.

Nie wiem czy serial próbuje zabrać krytyczny głos na temat szeroko dyskutowanych problemów. Nie podejrzewam go jednak o takie ambicję i światową naradę na temat przyszłości inhumans uważam za szopkę i kpinę z tego jak powinny być przedstawiane stosunki dyplomatyczne. Dzieją się rzeczy ważne dla świata, szeroko komentowane przez prasę. Najważniejsze państwa próbują uformować plan poradzenia sobie z kryzysem inhumans. Zrozumiałem. Ale jak to wygląda! Kilka państewek na krzyż - USA, wiadomo, Rosja, Japonia, i chyba coś jeszcze. Dyskutuję 5 minut przy stole i decydują o przeprowadzeniu głosowania na temat obozów dla inhumans w Rosji. Kilku dyplomatów podejmuje decyzję dotyczące tysięcy ludzi poza oczyma opinii publicznej i społeczeństwa. Ciężko jest mi w to uwierzyć. Najbardziej bolał mnie brak przedstawicieli inhuman. Aroganccy ludzie, uważać wszystko odmienne za złe, sami decydują o przyszłości innych. Zamiast zagłębić się nad temat, przestudiować go dogłębnie, rozpatrzyć plusy, minusy, szanse i zagrożenie, zostaje wygłoszone kilka banalnych słów i decyzja o budowie placówki o ironicznej nazwie Sanktuarium. I nie wiem właśnie czy miało to być satyra na działania wobec np. Syrii i braku zorganizowania czy scenarzyści mają kilka pomysłów, które nieudolnie łączą w spójną fabułę. Czy może nie chcą zbytnio jej mieszać, bo grupa docelowa to młodzież i nie trzeba jej zbytnio komplikować światopoglądu.

Ponarzekałbym jeszcze na nudy osobisty wątek Huntera, marginalną rolę Fitzsimmons, trening Lincolna w warunkach bojowych i brak Macka. Jednak wolę napisać coś pozytywnego. Rozmowy Lincola z Daisy dotyczącej inhumans. Tylko konkretnie tej rozmowy, resztę z nimi uważam za przygotowanie do melodramatycznego finału sezonu gdzie pan elektryczny poświęci życia. Ale nie o tym. Lincoln i Daisy spierają się o naturę inhumans. Ona uważa, że trzeba zaakceptować to kim się jest, trzeba pozwolić ludziom zmieniać się w ich naturalną formę. Co swoją drogą mówienie o eksperymencie genetycznym jako czymś naturalnym jest głupie. On jednak twierdzi, że trzeba dać ludziom możliwość. Nie każdy może być nadczłowiekiem i w jakiś sposób trzeba kontrolować ich populację, a szczepionka nie jest wcale takim złym wyborem i powinna zostać opracowana. Najciekawsze, że żadne z nich nie ma racji. Opracowanie szczepionki to broń dla wojska i możliwość kontrolowania populacji, ale nie informowanie ludzi o tym to narażanie ich na śmierć i życie, którego nie chcą mieć. A najfajniejsze, że mimo ostrej wymiany zdań nie poróżniło to zbytnio Daisy i Lincolna. Jak normalni ludzie różnią się poglądami o których dyskutują i nie wpływa to na ich relację.

Dobra jeszcze jedna GŁUPOTA. Wysoce zabezpieczona konferencja pokojowa, zakaz wnoszenia broni, straże i zakaz wstępu dla kosmitów. Żeby dostać się do pokoi delegatów trzeba zdobyć ich odcisk dłoni. Standardy zabezpieczeń na najwyższym poziomie. Jasne. Gdy już akcja się rozkręciła Bobby wchodzi do pokoju przez okno. Szef ochrony powinien zostać za to zwolniony.

OCENA 3.5/6

Marvel's Daredevil S02E01 Bang
Jest moc. Po zaledwie pierwszym odcinku mogę to napisać, a nie często mi się to zdarza. Stęskniłem się za Daredevilem, za dojrzałą opowieścią z Marvela i ulicami Hell's Kitchen. Na powrót do serialu trzeba było czekać troszkę ponad 11 miesięcy, ale wsiąkłem od razu. Pierw nocna zdjęcia Nowego Jorku, a potem pogoń Matta za złoczyńcami. Szybko odnalazłem stary klimat pomimo zmiany showrunnera.

Odcinek jest wstępem, ale różni się od pilota. Akcja jest szybciej budowana i już od tego odcinka rozpoczęto konflikt między Punisherem i Daredevilem. S01 miał długie wprowadzenie Fiska, człowieka z cienia. S02 już tutaj pokazuje maskarę jaką urządza Puni. Jednak jego sylwetkę widać dopiero w finale. Pierw nogi, tył twarzy i shotgun. Prawie jak Terminator. Świetne wejście. Zaskoczyła mnie walka, która zwieńczyła odcinek. Zamiast długiego zagęszczania konfliktu już teraz doszło do konfrontacji. Świetnie wyreżyserowanej i długiej, gdzie to Punisher ma przewagę. I ta końcówka z "bang". Wow! Przy czym już teraz widać, że Punisher nie jest bezmyślną maszyną do zabijania i zajmuje się tylko przestępcami. Myślę, że wiedział o cavlarowej zbroi Matta i dlatego strzelił.

Podobało mi się, że Punisher wcale nie przyćmił naszych bohaterów. Dużo Foggiego, Karen i Matta. I to razem. W kancelarii i barze. Nakreślono ich problemy i podkreślono sylwetki. Jaka Karen jest zaradna, jak Foggy się o wszystkich troszczy i jak Matt nie przejmuje swoimi nocnymi eskapadami. Dostali też pojedyncze scenki co mnie bardzo cieszy. I wpakowali się w niezłą kabałę.

Serial jak zwykle nie traktuje swojego tytułowego bohatera lekko. Wygrał w ostatnim sezonie, wsadził Fiska do więzienia i przy okazji wykreował jeszcze większy chaos. Wojny gangów na ulicach i nowy mściciel w mieście. Czekać aż Matt zacznie się o to obwiniać.

Inne:
- pościg z początku odcinka kończy się w kościele. Oczywiście.
- jak zwykle piękne długie ujęcia z podróżującą kamerę, szczególnie oddalenie z miejsca zbrodni przez rozbite okno.
- kilkakrotnie podkreślono upały w NY co by jeszcze zagęścić klimat. Swoją drogą ciekawe ile czasu minęło od poprzedniego sezonu.

OCENA 5/6

Marvel's Daredevil S02E02 Dogs to a Gunfight
Konstrukcyjny cel odcinka taki sam jak poprzednio. Dawkowanie Punishera zakończone walką z Daredevilem. Jakby serial chciał szybko spełnić oczekiwania, dać starcie na które czekali fani by następnie zająć się snuciem bardziej skomplikowanej historii opartej na relacji postaci z odmiennym punktem widzenia na świat. Kupuje to. Zwłaszcza, że walki są jak zwykle wciągające (grad pocisków i długaśne starcie!) i głównie pokazują nieprzygotowanie Matta. Drugi raz oberwał, tym razem został porwany przez Puniego. Źle mu się dzieje, a Charlie Cox gra to wspaniale. Kulka w hełm miała go spowolnić, Frank nie chciał go zabić. I zadziałało. Kapitalnie wyszły jego problemy z słuchem jak krzyczał w w ciszy. I te rozmowy z Foggym lub Karen.

Punisher dalej jest tajemnicą. Zaczął mówić, ale to tyle z nowości o nim. Gęsta atmosfera gdy kupował policyjne radio i oczekiwanie na jakąś akcję, która została wywołaną ofertą pedofilskiego porno. Wziął kij, podszedł do sprzedawcy i... następny scena. Jest brutalnie, nie zawsze pokazują to na ekranie przez co jeszcze bardziej na mnie działa.

Foggy i Karen dostali dużo czasu. Chyba serial stara się ich eksponować póki Punisher jest zaledwie tłem, a Elektra nie zaliczyła debiutu. Foggy jak zwykle jest pewny siebie i serial pokazuje jaki świetny z niego adwokat. Karen za to nie jest tylko ładnym dodatkiem do obsady, a postacią, która myśli, analizuje świat i zastanawia się nad skutkami działań Daredevila. Potrzebna jest taka postać i chciałbym by jak najdłużej nie była świadoma kto kryje się pod maską.

OCENA 4.5/6

Outlander S01E03 The Way Out
Na parę tygodni przed debiutem S02 Outlander postanowiłem wrócić do serialu. Słyszałem dużo dobrych opinii, a to co widziałem wcześniej podobało mi się. Więc czemu nie dać jeszcze jednej szansy. Prawie dwuletnia przerwa zrobiła swoje. Pozapominałem kilka imion i powiązań. Na szczęście wszystko szybko do mnie wróciło i cieszyłem się serialem bardziej niż powinienem. Mimo 55 minut wciągnąłem się w opowiadaną historię i jestem ciekaw co dalej.

Podoba mi się zagubienie Claire w XVIII wieku. Jak powoli i skutecznie przystosowuje się do tej dziwnej sytuacji. Stara się zbytnio nie wyróżniać, akceptuje sytuację przy czym pozostaje sobą i gdy trzeba działa. Smutki topi w alkoholu, pracy uzdrowicielki oraz uwodząc Jamiego. I kurde, ale jest chemia między nimi! Proste gesty, zbliżenia, flirtowanie, bardzo dobrze to przedstawiono. Mają moje zainteresowanie.

Fabuła odcinka rozwijała się bardzo powoli. Opowieści o nawiedzonym kościele, śmierć dziecka i egzorcyzmy kolejnego. Wszystko na przestrzeni kilkudziesięciu minut. Prowadziło to do przewidywalnego konfliktu Claire z księdzem, który powinien nabierać mocy na przestrzeni następnych odcinków. Również końcówka zwiastuje przyśpieszenie akcji  - pokazano zdeterminowanie Claire w celu powrotu do domu. Należy jej przyklasnąć bo znaczy to bardziej dynamiczne odcinki.

Jednak za sprawą klimatu nie mam nic przeciwko takim spokojnym epizodom jak ten. Przyjemnie ogląda się zimne mury szkockiego zamczyska i prymitywizm ówczesnych ludzi. Słuchanie szkockiego czy niezwykłych śpiewów w przyciemnionych salach to również wartość dodatnia.

Czego chciałbym więcej? Więcej akcji z perspektywy innych bohaterów. Trzy odcinki to wystarczający by przedstawić Claire, teraz należy się skupić na kimś innym. Serial ma pod tym względem dużo do zaoferowania. Życzyłbym sobie też mniej voice coverów. Claire mówi o oczywistościach, a to nigdy nie jest dobre.

OCENA 4.5/6

Outlander S01E04 The Gathering
Ładny i klimatyczny odcinek. Standard dla Outlander. Słuchanie przemówień po szkocku i oglądanie mężczyzn w kitlach nie powinno mi się znudzić. Tym bardziej jeśli wystarczająco często będą grać w palanta, polować na dziki i składać hołd lenny. Jednak najwyższy czas by fabuła ruszyła do przodu. Claire planująca ucieczkę i niezbyt zrozumiałe zamieszanie z Jamiem to za mało. Mocno przewidywalny koniec, zero napięcia i długie nic nie wnoszące sceny. Serialowi brakuje siły napędowej, wciągającej intrygi zmuszającej do powrotu. Oglądanie jak radzi sobie Claire to nie to czego oczekiwałem po serialu. Na szczęście następny odcinek zapowiada się lepiej. Wyprawa z Dougalem powinna wprowadzić tak wyczekiwane urozmaicenie do serialu.

OCENA 4/6

Outlander S01E05 Rent
Chyba najbardziej wciągający odcinek. Niby prosta podróż przez ziemię MacKenziech polegająca na zbieraniu podatków. Pokazania życia ówczesnych ludzi to jedno. Zapyziałe wioski, głodujący ludzie, szalejący bandyci pod płaszczykiem patriotyzmu, ludzie pochłonięci własnymi problemami i życiem. Oglądałem to z prawdziwym zainteresowaniem. Nawet scenę podczas, której kobiety farbowały ubrania i śpiewały, moment gdzie Claire mogła poczuć jakąś wspólnotę.

Jednak najciekawszy był aspekt polityczny serialu. Ten wątek rozkwitał powoli, wręcz niezauważalnie. Początkowo szkoccy wojownicy o wolność byli postrzegani przez Claire jako rozbójnicy, gdzie Dougal chciał jak najwięcej pieniędzy zagarnąć dla siebie. Z czasem zaczęła inaczej interpretować wydarzenia i odkryła prawdę. Zbieranie funduszy na nieudane powstanie przeciw Anglikom. Dzięki temu odcinek nabrał mocno fatalistycznego wydźwięku. Inaczej zacząłem patrzeć na te postacie, zastanawiając się jak zginą i jak Claire zostanie powiązana z historycznymi wydarzeniami. Bardziej niż zwykle zainteresowała mnie historię.

Przez większość odcinka Claire była mocno wyalienowana od reszty. Obca wśród obcych. Samotna, nie rozumiejąca tego co się dzieje. Coraz trudniej jest jej akceptowań XVIII wiek, częściej protestuje, ale dlatego, że zależy jej na ludziach. Przez te kilka tygodni wyprawy (świetnie pokazano upływ czasu, zwyczajnie zaliczając przez odcinek kilka wiosek), zbliżyła się do szkotów, a Szkocji do niej. Oni stają w obronie jej honoru, a ona żartuje. Nie jest to może mistrzowskie scenopisarstwo, ale wyciśnięto bardzo dużo z ogranych tropów. A oglądanie karczemnej bójki jak zwykle przyjemne.

OCENA 4.5/6

Outlander S01E06 The Garrison Commander
Fascynujący odcinek, wyraźnie podzielony na sekcję. Dwie najważniejsze i stanowiące przeważającą część odcinka to rozmowy Claire z Anglikami. Pierwsza to zmiana sytuacji Cliare. Znalazła się w innym miejscu i gra kogoś innego. Angielkę chcącą wrócić do domu. To też moment gdy dochodzi do starcia dwóch kultur. Pozornie wyższej Anglików z barbarzyńskimi szkotami. Ci pierwsi reprezentują typową pogardę i wyższość cywilizacyjną, sami zachowują się w sposób nie przystający wykształconym ludziom. Jest też słowne starcie na gruncie moralno-politycznym o prawie do wolności Szkotów. Serial to piękna laurka dla tych ludzi. Przesłodzona, dobitnie pokazuje kto dobry, a kto zły, ale proste opowieści czasem są najlepsze.

Druga rozmowa, w tym samym pomieszczeniu, co by dorzucić klimat zaszczucia, to dialog Claire z kapitanem Randallem. Potok kłamstw i pokazanie zła w człowieku, tego jak czerpie przyjemność z brutalności i władzy, którą bezwzględnie się posługuje. Pełna napięcia i emocji rozmowa z wybuchowym końcem gdzie Dougal ratuje Claire.

Coraz bardziej podoba mi się sytuacja w jakiej znalazła się główna bohaterka. Gdy udaje się do Anglików oddycha z ulgą. Myśli, że znalazła się wśród swoich. Tylko nie ma już swoich. Jeszcze mocniej podkreślono jej alienację. Dwie strony wojny uważają, że szpieguje dla wroga. Jej jedyna nadzieja to powrót do przyszłości. Tylko czekać, aż kamyki zawiodą i pozbawią ją złudzeń.

Końcowe zbliżenie Jami'ego i Claire mocno na siłę. Myślałem, że ich romans będzie dłużej rozgrywany, tak by coraz bardziej zaczęli sobie ufać, gdzie uczucie będzie czymś naturalnym. Zamiast tego ślub okazał się jedynym wyjściem by uratować ją przed Anglikami.

OCENA 5/6

Outlander S01E07 The Wedding
Niemal cały odcinek to noc poślubna Claire i Jamiego. To mógł być samobójczy punkt wyjścia, ale serial wyszedł z tego pomysłu obronną ręką. Sceny między nowo poślubionym małżeństwem były gęste od napięcia seksualnego. Pierw strach Claire, długie rozmowy między bohaterami i poznawanie się. Potem konsumpcja związku. Ładnie nakręcona erotyka zakończona w dosadny sposób, tak by podkreślić brak doświadczenie Jamiego w łóżku. A potem dalej rozmowy, trochę coraz ładniej zrobionego seksu i rozmowy. Wszystko w wyważonych proporcjach by nie znudzić. Dobrze się to oglądało. Ładne nagie kobiece ciało zawsze się dobrze ogląda. Tylko mało tutaj treści.

Najbardziej istotne było zagubienie Claire. Jak pogodziła się z losem angielki wśród szkotów. Poddała się, zdradziła męża i wyszła za Jamiego. Jakby żyła w nowych czasach. Najfajniej wyszła ostatnia scena gdzie znajduje swoją obrączkę. Udało się jej znaleźć chwilę szczęścia podczas seksu z Jamiem, a na koniec dostała brutalne przypomnienie kim jest. Jakby znak, że przeszłość ją jeszcze nawiedzi. Przy okazji wżeniła się w niezłą rodzinkę. Mogłaby się teraz zająć polityką. I mam nadzieje, że wątek romansowy nie przyćmi reszty.

Wybitnie udały się scenki komediowe z Agnusem, księdzem i Nedem. Chwila odwrócenia uwagi od jednolitej komnaty małżeńskiej.

OCENA 4/6

Outlander S01E08 Both Sides Now
Im wyższy koń tym upadek bardziej boli. Spodobał mi się Outlander, czerpałem duża przyjemność z oglądania serialu, podziwiania szkockich krajobrazów, obrzędów i zwyczajów. Nawet zainteresowała mnie historia Claire. Wsiąkłem. Dlatego tak bardzo jestem zniesmaczony tym odcinkiem. Zapowiadał się dobrze. Dalsza część podróży, spotkanie z niemową, dawnym nieznajomym Jamiego oraz możliwość zdjęcia nagrody z jego głowy. Potem była scena akcji i trochę humoru gdy Claire uczyła się samoobrony. Sprawnie napisane, szybko zleciało.

A potem zaczęło się coś psuć. Pięć minut po tym jak Claire nauczyła się władać nożem musi go użyć na chcącym ją zgwałcić angielskim dezerterze. Parszywe scenopisarstwo. Strzelba powinna być wprowadzono na scenę z dużym wyprzedzeniem. Jako widz muszę być świadomy jej istnienie, przyzwyczaić się do niej, zapomnieć, a potem gdy zostanie użyty zdać sprawę, że to normalne, ona tam po to stała. Tutaj zamiast budować opowieść, rzucono we mnie brzydkim ochłapem. Serial poszedł na niewybaczalna skróty. Jestem tak bardzo zniesmaczony, że nie mam ochoty na więcej. Już lepiej jakby w flashbacku pokazano jej szkolenie przed wyruszeniem na wojnę. Podejrzewam, że nauczono ja jak się bronić. To byłoby bardziej wiarygodne.

Niestety to nie jedyne wykroczenie odcinka. Flashbacki z mężem Claire były zbyt długie. Rozumiem, że tęskni, ale nie chcę tego oglądać przez tyle czasu. Do tego jego wątek był bardzo przewidywalny. Z melodramatyczną końcówką od której pękają zęby. Dwoje kochanków w tym samym miejscu, ale w innym czasie. Krzyczą do siebie. Ich miłość jest tak wielka, że słowa podróżują przez czas. I nagle pojawiająsię Anglicy, porywają Claire i nie ma happy endu, którego nikt nie oczekiwał.

Mało? To jeszcze słówko o końcówkę. Claire jest wieziona do Randalla, ale obmyśla plan. Prawie udaje się jej uciec dzięki swojej inteligencji. Wykorzystuje wiedzę z przyszłości i prawidłowo rozszyfrowuje patrona Black Jacka. Potem wszystko się wali i znowu ma zostać zgwałcona. Świetna gra aktorska Caitrony Balfe, jak przeszła od pewnej siebie kobiety-szpiega po ofiarę męskiej napaści. Taki świat, tacy bohaterowie, nie przeszkadza mi, że znowu gwałt jest wykorzystywany jako narzędzie narracyjne. Przeszkadza mi, że kobieta jest ratowana przez mężczyznę, który nie miał prawa się tam pojawić. Jamie wskakujący przez okno na którymś piętrze i ratujący żonę. Wyglądało to jak scena z campowej komedii.

OCENA 3/6

Vikings S04E05 Promised
Odcinek ni miał wątku przewodniego. Kolejny zlepek scen przedstawiających życie wikingów budujący wątki, które będą stopniowo rozwijane. Można w nim wyróżnić dużą rolę kobiet, to one ruszały wątki do przodu i wpływały na zachowania mężczyzn. Chciałoby się żeby częściej dostawały swoje sceny, ale na to przyjdzie jeszcze czas.

Najwięcej zmieniło się u Lagherty. Przez dotychczasowe odcinki grała kochankę, może nawet coś czuła do Kalfa. Wszystko miało się ułożyć, w końcu nadchodziła wielka ceremonia zaślubin. Tylko ona mu obiecała, że go kiedyś zabije za zdradę. Czuła coś do niego, pożegnała pocałunkiem, ale nie zawahała się wbić mu sztyletu między żebra. To musiało się tak skończyć. Podobało mi się, że jej wątek był klamrą odcinka, a nawet tytuł odnosi się do jej obietnicy. Rozczarowało mnie niewiele scen dla Lagherty. To jednak wynika z innego problemu - zbyt dużej liczby postaci.

U Ragnara znowu spokojnie. Oddaje się nałogowi, zabawia się z Chinką i zwierza jej. Serial wytworzył przyciągające oko napięcie seksualne między tą dwójką. Nawet Ragnar się z nią zabawiał. Nie chciał zwykłej kochanki, chciał ją uwieść. I udało mu się. Pięknie nakręcona, odrobinę oniryczna przez zastosowania rozmyć, scena kąpieli i seksu w bali zakończona ścięciem włosów i pocałunkiem. Jednak mi się bardziej podobały rozmowy. Choćby ta na dachu, gdy Ragnar przyglądał się uczcie i zwierzył z porzuconej wioski. Jednak ważniejsza była opowieść o tym jak stary się czuje. Znudzony wojaczką pragnie spokoju. Wygląda to na kryzys wieku średniego. Potrzebne mu są nowe wyzwania. Paryż już był, czas na podróż do Chin.

W Kattegat wydarzyły się jeszcze dwie rzeczy. Za sprawą Torvi Bjorn szukający swojego miejsca w wiosce, dowiedział się do kogo należy pierścień zabitego berserkera. Teraz czas na zemstę. Oby wziął przykład z ojca i opracował intrygę. Wpadnięcie z toporem i chęć morderstwa mnie nie usatysfakcjonuje. Ten wątek musiał zostać szybko poruszony więc nie zaskoczył.

Zaskoczyła scena z Ivarem. Nauki Flokiego i zabawa z dziećmi pokazują wykluczenie kalekiego dziecka z społeczności. Nadopiekuńcza matka tylko wszystko utrudnia. Myślałem, że zabawa do której nie jest przystosowany z powodu swojej niepełnosprawności skończy się brutalną lekcję. Jakże się myliłem! Dzieciak złapał za swoją siekierkę i zabił inne dziecko. To było zaskakująco brutalne, popychające wątek jego i Ashlaug w niespodziewanym kierunku.

W Paryżu w miarę spokojnie. Rollo i Odon przygotowują się do najazdu - nic ciekawego. Ciekawsze są słowa księżniczki ostrzegającej męża. Rollo niedługo będzie musiał się nauczyć grać w grę spisków. Ona już umie kontrolując swojego ojca. Umie połowa dworu. Na szczęście kostki domina zaczęły się już przewracać. Cesarz dowiedział się o ambicjach Odona, ale nic z tym na razie nie robi. Na wszystko przyjdzie czas. I znowu na kobiecej postaci spoczywa ciężar tego wątku.

W Wesex dalej nudnawo. Nie ma wikingów, nie ma nawet zagrożenia wikingami więc niezbyt mnie to ciekawi. Jest za to Ekbert rozmawiający z Bogiem. Widziałem już wiele tego rodzaju scen, gdy w kościele władca wyzywa Wszechmocnemu. Największe wrażenie wciąż robi na mnie ta z The West Wing. Tutaj była poprawna. Pokazała, że mimo swojego machiawelizmu i chorych ambicji Ekbert dalej jest wierzącym chrześcijaninem. Pragnie światła, ale jeśli ciemność pomoże spełnić jego ambicję przystanie na to. Poproszę więcej jego konfliktu moralno - religijnego.

Coraz bardziej podoba mi się Judith. Jak nieśmiała księżniczka zmieniła się w pewną siebie kobietę umiejąc przeżyć i być sobą w męskim świecie. Najlepiej to widać podczas sceny kłótni z mężem. Ona zdradza, on zdradza, ich małżeństwo istnieje tylko teoretycznie. Przy czym Judith zdaje sobie sprawę tego kim się stała i wie, że jej seksualność to jedyna broń w tym świecie. Zaczyna używać jej z pełną świadomością.

OCENA 4.5/6

niedziela, 31 maja 2015

Serialowe podsumowanie tygodnia #139 [25.05.2015 - 31.05.2015]

SPOILERY

Daredevil S01E13 Daredevil
Finał nie sprostał oczekiwaniom. Za wysoko postawiłem poprzeczkę po tak wspaniałym sezonie, tylu wyśmienitych odcinkach i znakomitych scenach. Ostatni epizod i tak uważam za wybitny na tle serialowej papki, ale chciałoby się więcej, lepiej, mocniej. Mam wrażenie, że gdzieś w 2/3 sezonu scenarzyści stracili koncept, całość się trochę zbyt rozlazła, a potem trzeba było naganiać i skleić zakończenie, które niezbyt mi pasowało do całości. Sezon był o powstawaniu imperium Kingpina i liczyłem, że skończy się gdy osiągnie ono szczyt, a druga serial będzie o jego upadku. Upadek jednak nastąpił już teraz, chwilę po wyeliminowaniu konkurencji. I niestety było to dość przypadkowe, wręcz szkolny błąd. Z jednej strony to akceptuje bo pokazuje, że jednostki się liczą, a wielcy i potężni nie są niepokonanym olbrzymem. Tylko kłóci się to z przeważnie depresyjną wymową serialu i jego wizją świata. Jednak to zwycięstwo nie jest końcem. Fisk ponownie zastanawia się nad swoim życiem i celem, a Matt został bohaterem jaki potrzebny jest w Hell's Kitchen. Nie wszyscy tego doczekali o czym jest nam przypominane, a uśmiech u Karen jest wymuszony by przypomnieć o przeszłości, której nie da się zmyć. Chciałbym by S02 było odważniejsze, nie koniecznie brutalniejsze wizualnie, ale by serial wyciągał wszystko co najgorsze z ludzi, skręcił w najciemniejszą uliczkę miasta i zaczął zaglądać do mieszkań.

Inne:
- pogrzeb Bena przy Many Rivers to Cross Jimmyego Cliffa wyszedł odpowiednio przejmująco. Tak jak rozmowa Karen z wdową, która podkreśla sylwetkę Bena i nie obwinia Karen za to co się stało, która wciąż czuje się winna. Tak bardzo było jej to potrzebne.
- dokumenty Marci z poprzedniego odcinka, przypadkowo podsłuchana rozmowa i wyciągnięty z kapelusza świadek koronny. Steven S. DeKnight pierwszy raz mnie tak rozczarował uproszczeniem. Liczyłem na skomplikowaną intrygę, którą trzeba rozsupłać, a skończyło się na dominującej roli przypadku.
- Leyland zginął z rąk Fiska w niezbyt efektowny sposób. Wybuch agresji jak zwykle fantastyczny, tak jak strach Owsleya, ale znowu, chciałoby się więcej od tej sceny, która jeszcze raz podkreśliła naturę Fiska, który czuję się wyraźnie lepszy od innych.
- scena z pogodzeniem się Matta i Foggiego - yeah. W końcu kancelaria zaczęła funkcjonować tak jak powinna. I teraz pytanie czy nie wejdą na celownik Fiska. Powinni. I poproszę o zatrudnienie Marci.
- sceny akcji nie wypadły zbyt spektakularnie. Zwłaszcza strzelaniny. Zabrakło powera i trochę finezji w realizacji. Albo jak chcę więcej niż zwykle. Dobrze, że finale starcie Daredevil/Fisk było długie, brutalne i pozwoliło pokazać siłę i charaktery obydwu bohaterów.
- Nessum Dorma podczas aresztowań - kolejne świetne użycie muzyki operowej w serialu. Więcej chciałoby się słuchać tego typu utworów w telewizji, ale tylko nieliczne seriale z tego korzystają, a paradoksalnie bardzo często pasuje do współczesnych historii. Jak choćby w Hannibalu czy The Good Wife.
- Fisk oświadczył się Vanessie. Jej, jak mi się podobał ten romantyzm u złoczyńcy. Jednak znowu - za szybko. Przydałoby się więcej odcinków eksplorujących ich relację.
- biblijna przypowieść o Samarytaninie w wykonaniu Fiska z nieoczekiwaną końcówką. Nie spodziewałem się stwierdzenie, że to on jest bandytą. W końcu zaakceptował to kim jest, teraz będzie mógł osiągnąć swój prawdziwy potencjał.
- nie tylko postacie ewoluowały przez sezon, ale również kostium Matta. Praktycznie co odcinek był rozwijany by w finale w mógł założyć kostium. Jakby chciano powiedzieć, że dopiero teraz stał się tytułowym Daredevilem i znalazł swoje powołanie. Kostium widziałem wcześniej na obrazu i miałem wątpliwości. W ruchu jednak robi dużo lepsze wrażenie. Przypomina ten Kapitana Ameryki, niczym współczesny kostium bojowy, w stonowanych barwach, ale zgodny z klasycznym kolorowaniem. I te różki. Nieźle.
- Avocados at law wrócili!
- ostatnia scena to Fisk w celi wpatrujący się w ścianę czyli ponowne szukanie celu w życiu na jego nowym etapie. To też największy cliffhanger sezonu. Czyli to on będzie dalej głównym przeciwnikiem mimo pobytu w pensjonacie. Bardzo dobrze.
- brak sceny po napisach zapowiadającej The Defenders? Ej, no! Netflix robisz to źle. Dajcie chociaż cameo kogoś z Daredevil w A.K.A. Jessica Jones.

OCENA 5/6

iZombie S01E10 Mr. Berserk
Brawo, co za inteligentnie skomponowany odcinek. Sprawa tygodnia, wątek Liv i Majora łączyły się w zgrabny sposób. Największe wrażenie zrobiły na mnie dwie załamane osoby, które traciły zmysły przez to, że były okłamywane. Student z sprawy "wrobiony" w zabójstwo dziewczyny i Major, który stracił pewność siebie, uwierzył, że to co widzi jest wynikiem choroby psychicznej. Motywy znajomych były inne, Liv wmawia sobie, że go chroni, ale ukrywając prawdę zsyła go do szpitalu. Dla jego własnego dobra, ha! Jeszcze się to na niej zemści.

Kolejny raz przewija się Max Reager, tym razem ma być odpowiedzialny za napady agresji. Czyżby to on był odpowiedzialny za zombieapokalipsę? Zombie, które pierwotnie powstały jako metafora amerykańskiego konsumpcjonizmu powstawałyby z globalnego produktu będącego wpadką wielkiej korporacji. Tak bardzo to pasuje. Podoba mi się dodawanie kolejnego złego do mitologii serialu. Już nie tylko Blaine, drobny gangster, ale również biznesmen działający na światowych rynkach. I zombie killer, zapewne chcący zemścić się na Liv. I kapitan policji. A w drużynie dobra coraz mniej bohaterów.

Rose jak zwykle wyśmienita. Tym razem jako dziennikarka - alkoholiczka przeżywająca żałobę po stracie ukochanego. Jej chęć zemsty, wybuchy smutku i pijackie ekscesy - fantastycznie się to ogląda.

Inne:
- Clive zachwycający się obiadkiem Liv - kanibalistyczne żarciki zawsze na propsie!
- na początku liczyłem, że to Blaine zabił dziennikarkę w zemście za jej poprzedni artykuł. Jeszcze trzeba chwilkę poczekać na ruszenie jego wątku.
- wciąż brak Peyton. Ja chce Peyton i Raviego na obiecanej randce.
- szczurek recytujący monolog z Hamleta! Znowu żarty z Szekspirem w tle, znowu gryzonie. Więcej!
- Major wpadł na ślad zombie w zakładzie psychiatrycznym. Teraz to na pewno będzie miał problem.

OCENA 4.5/6

iZombie S01E11 Astroburger
Najlepszy odcinek do tej pory. Świetne połączenie sprawy kryminalnej, rozwoju bohaterów i głównej fabuły serialu oraz wyważenie dramatu z elementami komediowymi. Motywem przewodnim było kłamstwo, bohaterowie okłamywali się na wzajem przez co poszczególne linię fabularne mimo wspólnych elementów rozwijały się samodzielnie i przenikają. Liv okłamuje Majora na temat zombie i Clive'a o sprawie, a Major działa na własną rękę. Jednak najlepiej wypadło pod tym względem spotkanie Liv z Blainem. Kłamstwa rzucane w oczy i prawdopodobnie doskonale sobie z tego zdawali sprawę. Cisza przed burzą można by rzec. Jednak największym oszukańcem był mózg Liv, który wywrócił do góry nogami cały odcinek. Jej spotkanie z Majorem i powtórne zbliżenie było złudzeniem, tak jak towarzyszący jej Jonny Frost. Nie było chwili prawdy i ostatecznego pojednania z Majorem, a raczej osiągnięto stan, który ich jeszcze bardziej dzieli. Znowu się zachwycam jak zupełnie niespodziewanie z odmóżdżacza do kotleta zrobiła się porządna drama. I tylko na Clive'a nie ma pomysłu.

Inne:
- zabójca tygodnia do przejrzenia od samego początku. Taki akcent mógł mieć tylko morderca. Motywacje jednak zaskakujące.
- w końcu - Ravi i Peyton! Chemia między nimi jest, scenki mają zabawne (komentarz o szortach i skarpetkach) i tylko więcej by się tego chciało.
- niezręczna sytuacja gdy proponowane jest oglądanie Vertigo w obecności Majora i jego żarty z tego powodu.
- gadający diabeł z czipsów! Mistrzostwo. Tak bardzo się śmiałem z tego powodu. Szczególnie jak Liv mówiła do automatu z jedzeniem.
- Major z ciepłych kluch stał się niezłym badassem. Szczególnie podczas tej akcji gdy skitrał się do bagażnika samochodu Blaine'a. I końcówka gdy mówi, że zabije wszystkie zombie. Poproszę, łowcę zombie! Pytanie tylko jak odważny będzie serial i jak bardzo intensywna będzie epidemia. Z zagadkami kryminalnymi raczej nie zerwą, chociaż kto wie.
- Ravi znalazł lekarstwo na zombievirus? Taaa, jasne. Już nie raz serial oszukiwał w w ten sposób, drugi raz nabrać się nie dam.
- na filmiku, który trafił do prasy jest Liv zajadająca świeży móżdżek. Mocne. Nawet jak nie na cliffhanger sezonu to by po torturować bohaterkę.

OCENA 5.5/6

Power Rangers S17E08 Ranger Yellow (1)
Kolejny odcinek z cyklu skupiającego się na poszczególnych wojownikach. Na warsztat poszła Summers i było po prostu świetnie przy czym zaskakująco. Bo kto by się spodziewał kim Summers była przed wstąpieniem do Rangersów? O rozkapryszonej arystokratce bym nie pomyślał. Księżniczka żyjąca w własnym świecie gdzie wszystko musi być idealne. W komiczny sposób pokazano jak bardzo nie przejmuje się innymi osobami gdy pomiatała swoim lokajem. Jednak udało się jej nadać również ludzkie cechy jak miłość do rodziców i przekładanie tego uczucia nad materialne prezenty choćby nie wiadomo jak kosztowne by były. Origin Żółtej dostał dwa odcinki co mnie bardzo cieszy, w tym pokazano kim była, w przyszłym będzie jak wyewoluowała w to kim jest. Dwadzieścia minut by nie wystarczyło. 

Główną część odcinka stanowiła akcja w teraźniejszości. Zaczęło się od wycieczki szkolnej i pytań do wojowników. Co za cudownie rozpisane dialogi, tyle tam wyśmienitego humoru, pojawiły się nawet powracające żarty ("to nie jest spandex!"). I potem niby kolejne starcia, ale znowu bardzo dobrze nakręcone, duża dynamika i nie ma miejsca na nudę. Odcinek niby ma klasyczną formułę, ale potrafi ją udanie urozmaicić. Potwór tygodnia okazał się wabikiem by Tanaya 7 mogła przeprowadzić napad na bank. Napadł był po to by Tanaya 7 mogła stoczyć długą walkę z Summers, w świetnej choreografii. Sorry chłopcy, dzisiaj byliście na dalszym planie. 

Inne:
-  mała dziewczynka o potworze tygodnia: "Look out its getting bigger!", Doktor K: "Dont worry its happen all the time". Albo Summer: "Can we skip all the bad guy blablabla"  Samoświadomość serialu taka urocza. 
- rodzice Summers zabawnie irytujący. Nawet pomylili Rangersów z służącymi. A reakcja Dilliona najlepsza gdy wkurzony połamał kij do bilarda.
- trzęsąca się kamera podczas starć taka denerwująca... 

OCENA 5/6

Supernatural S07E22 There Will Be Blood
Przedostatni odcinek, a ja się strasznie wynudziłem. Zbliża się wielka konfrontacja z Lewiatanami czego wcale nie czuć bo bracia zbierają itemy by wycraftować potężną broń. Kompletnie nie było pomysłu jak zakończyć sezon i posłużono się przykładowym quetem z przeciętnego rpga. I co z tego, że pojawia się Crowley i Alfa Wampir skoro mało co się dzieje, nie czuć wiszącego nad światem końca świata. Bracia też zbytnio się tym nie przejmują. Już chyba wolałbym dostać dobrą sprawę typu monster of the week. Tutaj był fajny motyw z domostwem wampirów i małą dziewczynką, ale twist można było od razu przejrzeć, a sam odcinek niezbyt skupiał się na przygodzie braci bo trzeba było co rusz przypominać o Dicku. 

Bobbi jako duch dalej szaleje. I nie wiem co o tym myśleć. Rozumiem potrzebę pisania dramatycznych historii, ale lepiej by wyszło jakby dali mu umrzeć w spokoju. Jemu się to należy. Zamiast tego powoli zmienia się w wściekłego poltergeista i prowadzi do durnych kłótni między braćmi. 

Inne:
- patrząc na efekty słodzika i naćpanych ludzi nie mogę brać Lewiatanów i ich planu zniewolenia ludzkości na serio. Ten przeciwnik to jeden wielki, nieudany kawał. 
- serio Dean? Żart o wampirach skierowany do ofiary wampirzego porwania? Niesmaczne. Tak jak pobieranie krwi nieświadomym ludziom. Niby miało wyjść zabawnie, a wyglądało to dość niepokojąco i bracia utracili całą moją sympatię podczas oglądania tego odcinka. 
- "See you next season". Dobra, ten onliner im wyszedł i trzymam za słowa Alfa Wampira. 

OCENA 3/6