Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 września 2013

"Mistborn I: Z mgły zrodzony" - Brandon Sanderson


Dzisiaj chciałbym podzielić się wrażeniami po przeczytaniu drugiej książki Brandona Sandersona, która wpadła mi w ręce czyli Z mgły zrodzony. Po skończeniu Elantris miałem więcej niż dobre zdanie o autorze i bardzo chciałem by nie okazał się wyrobnikiem jadącym na tym samym pomyśle. Po pierwszym tomie Mistborn jednak ciężko mi stwierdzić jak jest bo obydwa tytuły mają mnóstwo punktów stycznych. Jednakże Z mgły zrodzony nie jest pojedynczym pomysłem, a pozycją otwierającą cały cykle (trylogia Mistborn, krótka nowelka w świecie i zapowiedziana kolejna trylogia) więc wydarzenia tego tomu są zaledwie wstępem do poważniejszych wydarzeń i podstawą przy kreacji świata. Na odtwórczość nie ma co narzekać, raczej na zapożyczenia sprawdzonych pomysłów. Więc jeszcze za wcześnie oskarżać autora o autoplagiat, ale żółta lampka już się świeci.

Trzon fabularny książki jest banalny - wieki zły imperator, którego trzeba pokonać. Dobrze znany motyw tyko, że poprowadzony w nowy sposób w unikalnym świecie, znajdującym się na krawdzędzi zagłady. Jakbym miał do czegoś porównać Z mgły zrodzony byłoby to właśnie Elantris wymieszane z Diuną. Ostro zarysowany podział klasowy społeczeństwa gdzie spód drabinki stanowią niewolnicy traktowani jak bydło, trapieni tajemniczą dolegliwością. Głównym teatrem akcji jest miasto, a zależności w nim występujące są bardzo istotne. Poruszane są również wątki mistyczne, rola symbolu i poświęcenia się. Religia odgrywa tutaj rolę narzędzia służącego manipulacji. Istotne są też pytania o rolę przywódcy i ile można poświęcić kosztem osiągnięcia wyższego celu. 

Jak poprzednią książkę Sandersona również i tą czyta się błyskawicznie. Jest lekka w odbiorze, dużo humoru i żywe dialogi bohaterów, których łatwo polubić. Zarówno tych na pierwszym jak i drugim planie. Szczególnie ciekawie wypada "drużyna dobra" chcąca pokonać "głównego złego". Ich priorytety i motywacje z biegiem czasu ulegają zmianie. Główny wątek ma w sobie też coś z filmów heist (w końcu to złodzieje) gdzie tak jak finałowe starcie liczą się skrupulatne przygotowania i wdrażanie planu w życie.

Poznawanie historii tego wyimaginowanego świata jest niezwykle interesujące jednak najlepiej wypada system magii, który jest oczkiem w głowie autora. Dokładnie opisany, posiadający ścisłe reguły, odrobinę tajemniczy, ale i logicznie uargumentowany. Niedomówienia są celowe, by rozwiać go w sequelach. Główne założenia są banalnie proste - część ludzi posiada specjalną umiejętność, którą jest kontrolowane spalanie w żołądku określonych metali. Inny metal z określonej puli = inna umiejętność oraz konsekwencja zażycia. Ładnie wytłumaczone podczas szkolenia nowego Z mgły zrodzonego (osoby z darem allomancji). I tutaj kolejna analogia z Elantris - z czasem okazuje się, że to nie jedyny system magiczny.

Nie będzie zaskoczeniem jeśli w podsumowaniu napiszę, że polecam książkę. Brandon Sanderson udowadnia, że ma lekkie pióro i bujną wyobraźnie. Wykreowanie sympatycznych i intrygujących bohaterów, unikanego systemu magicznego oraz przyprawienie tego kilkoma zaskakującymi zwrotami akcji to dla niego nic trudnego. Z mgły zrodzony to ciekawy wstęp do rozbudowanego świata do którego jeszcze wrócę. 

OCENA 4.5/6

sobota, 17 sierpnia 2013

"Cienie Pojętnych II: Klęska ważki" - Adrian Tchaikovsky


Stało się dokładnie tak jak się spodziewałem - stawka wzrosła, a historia opowiedziana jest z jeszcze większym rozmachem. Jestem pełen podziwu jak Tchaikovsky konsekwentnie prowadzi narracje, nie zwalniając temat i co rusz zaskakując czytelnika. U niego nie ma zbędnych dialogów wszystko służy opowieści i w jakimś stopniu rozbudowuje świat, który staje się coraz bogatszy. Historia się rozwija, wychodzą na jaw dawne antagonizmy oraz legendy. I to dopiero w drugim tomie! Aż się boję co będzie dalej. Chyba, że węgiel w lokomotywie się skończy i autor spuści z tonu. Jednak nie chciałbym tego bo świat Pojętnych niesie ze sobą ogromny potencjał na wielce satysfakcjonującą przygodę. 

Główną osią fabularną tomu jest dalszy ciąg inwazji Imperium Os i oblężenie dwóch miast. Tak oblężenie. Pełnoprawna wojna z tysiącami żołnierzy i losami całych miast na szali. To nie jest już wyprawa młodzików, a wojna z całym jej okrucieństwem. Straty w cywilach, heroizm i tchórzostwo jednostki, wykalkulowane straty, większe dobro i wszechogarniający chaos z dynamicznie zmieniającą się sytuacją. Nie ma chwili na nudę. A w środku wszystkiego Stanwold Maker, Totho i Selma więc jest się o kogo martwić. Nie tylko akcja i jej opisy przykuwały jednak moją uwagę. Autor próbuje też zgłębić sens wojny. Setki razy to robiono i robić będą inni, ale moralny wydźwięk walk nie jest wrzucony tu na siłę i koresponduje z wewnętrznym rozwojem postaci.

Wyżej wspomniana trójka dostała najwięcej miejsca w tomie, ale nie znaczy to że zaniedbano inne postacie. Rozdzielenie bohaterów na początku spowodowało jednak, że każdy z nich musiał zadowolić się mniejszą ilością czasu. Tynisa dalej jest szkolona przez ojca i poznaje swoje dziedzictwo wyruszając do kraju przodków. Natomiast Chee wraz z Achaeosem udaje się po pomoc do sojuszników i oczywiście wplątuje się w poważne tarapaty. Wątki te jednak nie są odrębne od pozostałych, ale są integralną częścią głównej fabuły. Rozgrywają się początkowo na uboczu by w końcu wpłynąć w istotny sposób na historię. I to się czuję od samego początku przez co nie jest to zagranie wymuszone. Wszystko do siebie idealnie pasuje i widać skrupulatne planowanie historii.

To dopiero drugi tom cyklu więc nie zapomniano o rozbudowaniu świata i wprowadzaniu nowych postaci. Genialny wynalazca, zdradziecka pajęczyca i szalona tytułowa ważka. Może i początkowo wydają się postaciami banalnymi i płaskimi to kryje się za nimi całkiem ciekawa historia, która nadaje im z czasem głębi. Dodatkowo pojawiają się również rozdziały dziejące się w samym sercu Imperium Os, jego stolicy Capitas. Jest to miejsce odmienne wizualnie od już poznanych miejscówek i przypomina Babilon wraz z władcą o autorytecie boga. Pojawiają się tez intrygi na dworze i przesłanki, że inwazja, której jest się świadkiem przez całą książkę wiele nie znaczy. Można też zapoznać się ze sposobem myślenia os oraz poznać historię ich powstanie oraz ciężar jaki spoczywa na barkach władcy. Rozbudowywanie świata objawia się też w innym aspekcie - coraz większym przenikaniem się techniki i magii - nowej i starej sztuki.

Książka była równie dobra co pierwszy tom i błyskawicznie się ją czytało. Zdaje sobie sprawę, że wynika to z prostego zabiegu stylistycznego - nagromadzenia akcji, treściwych dialogów oraz cliffhangerów które nie pozwalają się oderwać. Nasz mózg jest zalewany taką ilością informacji, że nie może narzekać na nudę i chcę więcej. Nie jest to też przesadnie intelektualna książką, ale nie każda taka musi być. Dają masę radości z czytania, a to jest wystarczająca rekomendacja żeby zabrać się za lekturę i dać szanse Cienią Pojętnych. 

OCENA 5/6

czwartek, 18 lipca 2013

"Cienie Pojętnych I: Imperium Czerni i Złota" - Adrian Tchaikovsky



Znudzeni sztampowym fantasy z magami, elfami, krasnoludami i odwiecznym konfliktem dobra ze złem? W takim razie zachęcam do zapoznania się z pisanym w ekspresowym tempie cyklem Cienie Pojętnych od Adriana Tchaikovskyego. Jego świat zamieszkują humanoidy o cechach insektów. Wytrzymałe żukowce, przebiegłe pajęczakowate, szybkie muchy i wojownicze modliszki. Ras jest kilkanaście, każda z nich posiada charakterystyczne cechy od wyglądu począwszy po specjalne umiejętności, które są nazywane sztuką. Co to dokładnie nie powiem, wszystko zostało ładnie w książce opisane. Co oczywiste świat przedstawiony ma bogatą historię z dawnymi wojenkami i rewolucjami, które go ukształtowała. Przypomina trochę starożytną Grecję z domieszką steampunku. I dlatego jest taki pasjonujący i chcę się go poznawać. 

Książka wciąga też z innego powodu mianowicie chodzi o bohaterów. Autor umiejętnie wprowadza na karty powieści kolejne postacie i rozwija obecne. Może część z nich nie jest tak wielowymiarowa jakby się chciało, ale każdy z nich posiada jakąś historię i rys psychologiczny, a przez kilkaset stron zdążą się rozwinąć. Jest to zasługa galopującej fabuły. Na pewno nie można powiedzieć, że jest nudno. Non stop jakieś walki, intrygi czy długo oczekiwane pojednania i niespodziewane rozłąki. Nie ma tu spokojnego snucia historii bo pędzi ona jak oszalała. Osią fabuły jest widmo zbliżającej się wojny. I dlatego pierwszy tom Cieni Pojętnych nie jest może epicką historią, ale ma na to zadatki. Mimo, że zbliża się wojenna zawierucha, która owładnie kontynent to ten tom jest dość kameralny i skupia się na małych trybikach machiny wojennej i relacjach interpersonalnych. To bardziej powieść przygodowa i jeśli ktoś będzie oczekiwał czegoś w stylu Malazańskiej Księgi Poległych czy Czarnej Kompanii to się z pewnością rozczaruje. Jednak myślę, że i na to przyjdzie czas.

Imperium Czerni i Złota mimo tego, że jest lekkie i przyjemne w czytaniu niesie ze sobą coś więcej. Komentarz społeczny. Akcentuje problem odmienności jednostki, zaślepienia uwarunkowaniami kulturalnymi, piętna wojny, ślepego patriotyzmu czy krótkowzroczność polityków. Wszystko to idealnie koresponduje ze światem przedstawionym. Bez zbędnego moralizatorstwa, a jedynie zaakcentowanie problemów. Tylko czemu Imperium Zła tradycyjnie leży na wschodzie? Widmo ZSRR i nuklearnego holocaustu już dawno przeminęło. 

Pierwszy tom Cieni Pojętnych przeczytałem w niecałe 10 dni mimo jego objętości i innych zobowiązań (praca magisterska...). Skutecznie mnie do siebie przyciągał i mamił wspaniałą przygoda w unikatowym świecie. Takie coś właśnie dostałem. Ta notka powstała równie szybko. Od razu po przeczytaniu książki siadłem i ją napisałem. Czemu? By zabrać się za kolejny tom w którym stawka jest większa.

OCENA 5/6

niedziela, 30 czerwca 2013

"Kroniki królobójcy I: Imię wiatru" - Patrick Rothfuss


Imię wiatru od kilku lat krzyczało do mnie z empikowej półki "przeczytaj mnie". Książka zachęcała swoją objętością oraz piękną okładką. Branżowe nagrody były kolejnym czynnikiem motywującym by zapoznać się z Kronikami królobójcy. W końcu się skusiłem i muszę powiedzieć, że to była bardzo dobra decyzja. Może nie jest to wiekopomne dzieło, ale solidna lektura, którą na długo się zapamiętuje, chcę się zapoznać z dalszą częścią przygód bohatera tytułowych kronik oraz z chęcią zobaczyłoby się filmową adaptację.

Rzeczą, która sprawia że pozycja ta tak bardzo angażuje jest sposób narracji. Sama fabuła nie jest porywająca, to w większości fantastyczna klisza na kliszy i ograny motyw, ale to jak została zaprezentowana zasługuje na pochwałę. Jednak początek tego nie zwiastuje. Poznajemy karczmarza skrywającego tajemnicę i przyglądamy się jego życiu. Wiemy, że to tylko powolne rozpoczęcie bo pojawiają się przesłanki, że historia nabierze rozpędu i szykuje się coś epickiego, ale pojawia się twist fabularny. Pojawia się Kronikarz, który następnie spisuje historię Kvothe przez co niemal cała książka to opowieść o czasach minionych, kronika życia głównego bohatera. Sposób narracji trochę przypomina Czarnoksiężnika z Archipelagu Ursuli K.Le Guin gdzie opowiedziane zostało życie Geda i od czasu do czasu pojawiały się wskazówki co do przyszłych wydarzeń. Tyle tylko, że tutaj wszystko jest niezwykle szczegółowe. Życie Kvothe jest przedstawione niemalże dzień po dniu z godną podziwu skrupulatnością bez większych przeskoków w czasie. I co najważniejsze prawie wcale się to nie dłuży. Życie z trupą, w wielkim mieście czy na Uniwersytecie Magów. Ograne motywy z powieści fantastycznej, ale jak pięknie to wszystko zostało napisane. Bogate opisy świata (o którym wciąż mało wiadomo co jest konsekwencją sposobu opowiadania historii), przemyślana ewolucja głównego bohatera i jeszcze większa intryga, która została zaledwie muśnięta. Patrick Rothfuss nie poprzestał jedynie na opowieści w opowieści, ale postanowił zaszaleć i mamy tutaj kompozycje szkatułkową. Wielkie brawa jak dobrze wyszły autorowi kolejne warstwy opowieści, które z początku wydają się miłym umilaczem zwiększającym zainteresowanie światem, a ostatecznie odgrywają bardzo istotną rolę.

Koniecznie muszę jeszcze napisać o trzech "m". Pierwsze z nich to magia. Jak niemal każda książka fantastyczna tak i ta posiada swój własny system magiczny, a nawet dwa. Ten opiera się na sympatii czyli przyciąganiu materii oraz imionach rzeczy (kolejne nawiązanie do Czarnoksiężnika z Archipelagu). Wiadomości o nich dawkowane są stopniowo i tak jak Kvothe również i czytelnik uczy się zasad nim rządzących. Z pewnością autor nie odsłonił jeszcze na jego temat wszystkich kart. Równie fascynujące w lekturze i istotne dla historii jest drugie "m" mianowicie muzyka. Jest jedną z pasji bohatera i widać to podczas lektury, czuć jaki ładunek emocjonalny ona niesie mimo, że została opisana na kartce papieru. Wielka szkoda, że do książki nie jest załączona płyta CD. Trzecie "m" nie będzie dla nikogo zaskoczeniem bo chodzi o miłość. Oczywiście, że musiała się pojawić. Uczucie rozkwita powoli by z przyjaźni przerodzić się w coś więcej i pokonać wszystkie przeciwności. No prawie... Niestety, ale ten motyw zawodzi, chociaż może to akurat subiektywne odczucie i nastoletniemu czytelnikowi to się spodoba. 

Niestety, ale to nie koniec zastrzeżeń jakie mam do książki. Większość to zwykłe czepialstwo, ale jako że pisze tutaj własną opinię to przeleję ją na ekran komputera. Przede wszystkim dłużyzny. Nie to, że ma się problem z rozpoczęciem lektury bo tak nie jest, ale momentami chcę się by akcja już teraz skoczyła do przodu i coś się wydarzyło. Paradoksalnie jak w końcówce pojawia się trochę więcej akcji to czuje się niedosyt, że tak właśnie wyglądają ostatnie rozdziały. Zdecydowanie lepiej można by było je napisać. Niestety nie czuć, że to koniec, brakowało mocnego cliffhangera, a zamiast tego pojawiło się zwykłe CDN. Przyczepie się też do bohaterów drugo i dalszo planowych. Skupienie się na Kvothe spowodowało ich zaniedbanie i poza trzema czy czterema postaciami nie ma tam nikogo godnego uwagi. 

Chwilę ponarzekałem, ale nie zmienia to faktu, że Imię wiatru mimo swojej objętości czyta się zadziwiająco szybko. Jest to lektura przyjemna i sprawiająca, że chcę się więcej, a to jest przecież wyznacznik dobrej opowieści. Do Kronik królobójcy na pewno jeszcze wrócę i liczę, że poziom zostanie co najmniej utrzymany. 

OCENA 4.5/6

czwartek, 9 maja 2013

„Akta Harry’ego Dresdena I: Front burzowy” – Jim Butcher




Nie znam się za bardzo na urban fantasy w literaturze. Czytałem raptem pierwszy tom cyklu o Sookie Stackhouse oraz zapoznałem się Zastępami anielskimi Kossakowskiej, które można podciągnąć pod tą kategorię. Obejrzałem za to parę seriali o tej tematyce – Supernatural, parę odcinków Lost Girl, Moonlight, True Blood i oczywiście świetne Buffy i Angel. Koncepcja jest intrygująca i na małym ekranie się sprawdziła dlatego postanowiłem znaleźć coś papierowego. Wybór padł na Akta Dresdena bo widziałem już serial (chociaż słabo go pamiętam więc nie będę się zbytnio silił na porównania) oraz dlatego że cykl jest długi, ma grubo ponad piętnaście tomów i końca nie widać. Czyli tak jak lubię. 

Harry Dresden jest magiem. Można go znaleźć w książce telefonicznej i wynająć. Nie sporządza on jednak napoi miłosnych i nie rzuca klątw. Jest magiem detektywem. Ciężka to praca bo mało kto traktuje go poważnie. Ludzie zazwyczaj robią sobie głupie żarty i pukają w czoło. Na całe szczęście Harry został konsultantem policji przy przedziwnych sprawach o których nie śniło się filozofom np. zahaczających o okultyzm czy udział fantastycznych istot. W pierwszym tomie pomaga policji przy śledztwie gdzie ofiarom zostały w tajemniczy sposób wyrwane serca. Jednak to nie wszystko czym będzie się zajmował główny bohater. Mniej więcej w tym samym czasie gdy dowiaduje się o morderstwach zgłasza się u niego tajemnicza kobieta prosząca o pomoc w odnalezieniu męża. Klasyczna dama w opałach, której nie można odmówić. Może to nazbyt wyolbrzymione skojarzenie, ale mi na myśl przyszły w tym momencie filmy noir z detektywem nie odmawiającym pomoc. Tego klimatu dopełnia ciężka sytuacja finansowa, poznawanie mrocznych zaułków Chicago i brutalne morderstwa. I jeszcze jedno – wielkim spoilerem nie będzie jeśli napiszę, że ta dwa wydawałoby się (mało kto pewnie dał się na to nabrać) odrębne śledztwa łączą się co prowadzi do wielkiego finału.  Historia nie jest zbyt wyszukana, ma kilka lepszych bądź gorszych momentów, ale równie dobrze mogłaby posłużyć za kanwę dla odcinka jakiegoś procedurala w telewizji. Najciekawsze rzeczy dzieją się jakby na jej uboczu i nie rozwiązanie sprawy najbardziej intryguję.

Do książki przyciąga przede wszystkim świat wykreowany przez Butchera. Z pozoru jest on tożsamy z naszym, jedyna różnica to domieszka magii o której zdaje sobie sprawę niewielu. Jednak jest ona obecna, to mistyczna energia która przenika świat. System magiczny został dokładnie opisany. Mamy mikstury, zaklęty przedmioty, klątwy i czarowników. Są też magiczne stwory i równoległy baśniowy świat. Wampir jako burdelmama? Czemu nie. Nie wszystko jest też do końca objaśnione, niektóre wątki zostały ledwie liźnięte i widać, że są już tworzenie fundamenty pod kolejne tomy. Z nimi będzie pewnie rozwijana integracja i przenikanie się dwóch światów oraz pogłębianie wiedzy o magicznym. Oby tylko nie szło to zbyt wolno. 

Narracja w książce jest pierwszoosobowa z perspektywy Harrego Dresdena przez co świat i postacie poznajemy dzięki jego przemyśleniom. Jest on sarkastyczny, niepozbawiony humoru i pewnych przyzwyczajeń. Dzięki temu można go od razu polubić, a potem zaczytywać się w jego kolejnych przygodach. Co ważne ma on ciekawą historię, która na razie została ledwie draśnięta przez co z pewnością przeszłość go ponownie nawiedzi. Ja liczę na jakiś bliższy rozwój stosunków z tajemniczym Morganem. Z postaci wspomagających mamy jeszcze inteligentnego detektywa, duch mieszkający w starej czaszce, która należy do Harrego oraz dwie piękne kobiety bo przecież nie mogło ich zabraknąć. Pierwszą z nich jest Susan Rodrigez inteligenta dziennikarka chcąca wyciągnąć od Harrego informację dotyczące śledztwa. Druga to pani detektyw je prowadząca, Karrin Murphy I stawiam swoją rękę że w końcu ich stosunki nie będą tylko czysto zawodowo. To jest para skazana by być razem mimo tego, że z pozoru posiadają zupełnie odmienne charaktery. 

Książkę czytało mi się bardzo dobrze. Lekkość pióra Butchera oraz ciągła akcja zdecydowanie temu sprzyjały. Nie jest to wybitna literatura, ale doskonały tytuł na wyprawę do innego świata. Tak podobnego, a zarazem odmiennego od naszego. Z niekłamaną przyjemnością odkrywałem czym jest tytułowy front burzowy, a finalne starcie bardzo mnie usatysfakcjonowało. Z pewnością sięgnę po kolejny tom by po raz kolejny wziąć udział w śledztwie Harrego Dresdena. 

OCENA 4/6

piątek, 3 maja 2013

„Achaja Tom 1” Andrzej Ziemiański

SPOILERY

Przed lekturą książki wiele naczytałem się o Achaji. Zarówno dobrego i złego co mi zapewne zaburzyło odbiór książki. Na siłę chciałem ją polubić, ale też szukałem minusów i wpadek. Do tego nie potrafiłem się przekonać do niektórych wątków oraz całego zamysłu fabularnego. Za mało się działo, książka była zaledwie przedstawieniem postaci i wstępem do ważniejszych wydarzeń, a to wielka szkoda bo fundamenty historii są solidne. 

Najbardziej jednak zrazili mnie do siebie bohaterowie. Mamy ich trojkę głównych i kolejne rozdziały są prowadzone z ich perspektywy. Pierwszym z nich jest tytułowa bohaterka czyli Achaja. Z początku wydaje się intrygująca - młoda, inteligenta, znająca się na polityce i historii. Wszechstronnie wykształcona córka miłościwie panującego księcia uwikłana w sieć intryg i rzucona w zupełnie niespodziewane środowisko - do wojska. I w tym momencie wszystko się sypie i po pewnym czasie bohaterka zatraca swoją osobowość. Nie od razu. Z początku jest zainteresowanie jak sobie poradzi w nowych warunkach, ale z czasem jej postać robi się mało charakterystyczna. Szkolenie szybko minęło, wojna też, następnie nastała niewola. Na Achaję spadają kolejne nieszczęścia, żałuje się ją i współczuje tylko, że ciężko ją polubić. Przez jakieś 3/4 książki jest prowadzona za rączkę za różne postacie. Ktoś jej coś mówi, ona to wykonuje. Ma chwilę wątpliwości, ale i tak robi to dalej. Owszem jej trening jest ciekawie poprowadzony i świetnie opisany, ale to nie jest akurat zasługa bohaterki. Jej droga może się podobać, czyta się to dobrze ale w ostatecznym rozrachunku irytuję. Najlepsze momenty to walki, trening i chwilę zwątpienia tylko, że są to drobne elementy które w ostatecznie pozostają tymi drobnymi elementami, które nie ratują postaci. 

Kolejnym bohaterem jest Zan, skryba klasztorny z kompleksem niższości, pragnący by zostać zapamiętanym na wieki. Na swojej drodze spotyka Siriusa, równie amoralnego co on przez co stanowią idealną parę. Wykorzystując intelekt i przebiegłość Zana kradną i rabują w dość wymyślny sposób. Jest zabawnie, przyjemnie się czyta, ale przez całą książkę nie mogłem się przekonać do postaci moralnie złej. Ich kolejne przekręty były coraz bardziej efektowniejsze by w końcu podstawić Ciriusa, byłego galernika, za dawno zaginionego syna jednego z władców królestwa Troy. I tutaj historia zaczyna nabierać rozmachu i wydaje się coraz bardziej nieprawdopodobna i naiwna. Cieszy w końcu drobne powiązanie z wątkiem Achaji, a ostateczne powiązanie nastąpi dopiero pod koniec książki. Czyli krótko - znowu dobrze się czytało, głównie dzięki prostemu językowi narracji, ale czuć ogromny niedosyt i znowu czystą subiektywną niechęć do bohaterów. 

Jest jeszcze Meredith. Czarownik, który na początku książki spotyka się z Achają by wyruszyć w swoją pełną mistycyzmu postać. To dzięki jego rozdziałom wychodzi na jaw, że istnieje ogromne zagrożenie, zbliżający się koniec świata i bogowie ingerujący w życie śmiertelników. Tylko, że tak jak Achaja również i on jest wykonawcą woli innych. Nie ma w sobie nic co by budziło sympatię. Jego zachowanie budzi irytację. Dobrze, że przynajmniej jego towarzysz - dzieło złego boga - jest o wiele ciekawszą i dwuznaczną postacią, której przesłanki są niejasne. Szkoda tylko, że jego przygoda jest tak odmienna od pozostałych dwóch. Podczas gdy on zdaje sobie sprawę z planetarnego zagrożenia oni przeżywają własne problemy. Wiem, że to trylogia, ale te wątki za mało się przeplatają (wspólny mianownik to Zakon) i nie pasują do siebie. Mam wrażenie, że lepiej byłoby wywalić Mereditha i wątek Ziemców i napisać zupełnie inną książkę tylko o nich, a w Achaji skupić się na geopolityce i relacjach międzyludzkich. 

Najbardziej jednak denerwowała mnie wszechobecna polskość. Tak polskość. Mimo, że akcja toczy się w wyimaginowanym świecie, który jest połączeniem starożytnej Grecji z średniowieczną Europą ewidentnie czuć, że autorem był polak. Smaczki są miłe np. aluzję do Kopernika czy Rejtana jednak "swojskość" utworu jest już nie do zniesienia. Bohaterowie to typowi cwaniaczkowie, robią tak by się nie narobić, polityka jest pełna łapówkarstwa i ludzi dbających o swój własny interes, a światem kieruje Kościół tutaj w postaci Zakonu. Nie wiem czy to tylko moje odczucia i czy nie przesadzam, ale czytając książkę przypominały mi się ostatnie newsy z portali informacyjnych, a to ostatnie na co miałem ochotę.

Następny tom na pewno przeczytam. z nadzieją, że będzie lepiej. Pewnie się przeliczę bo zwykle drugie tomy trylogii są najgorsze, ale zapowiada się, że w końcu oddzielne wątki będą łączyły się w całość, a postaci nabiorą wyrazu. Oby tylko na pobożnych życzeniach się nie skończyło.

OCENA 3/6

czwartek, 18 kwietnia 2013

„Ziemiomorze I: Czarnoksiężnik z Archipelagu” Ursula K. Le Guin

Mam poważne braki w znajomości klaski literatury. Głupio mi, że zamiast zapoznawać się z kamieniami milowymi fantastyki czytałem i ekscytowałem się Eragonem oraz powtarzałem sobie do znudzenia Władcę Pierścieni Tolkiena i Mroczną Wieżę Kinga. Teraz powoli nadrabiam i żałuję, że nie zabrałem się za to wcześniej bo taki Czarnoksiężnik z Archipelagu mimo niemal 50 lat na karku to wciąż dobra lektura. Książka trochę się postarzała i ma się paradoksalne uczucie wtórności mimo, że to ona jest źródłem znanych motywów. I głównie dlatego warto się z nią zaznajomić. 

Pierwsza część Ziemiomorza opowiada historię z pierwszych 20 lat życia Geda. Poznajemy go jako zwykłego chłopca, niczym nie wyróżniającego się syna kowala na zabitej dechami wyspie Archipelagu. W miarę szybko budzi się w nim moc magiczna, szkoli się w rzemiośle, trafia do szkoły by następnie przeżywać kolejne przygody. Standard, ale solidnie wykonany. Bo snuta historia nie jest główną siłą tej książki. Ważniejsza jest meta historia. Opowieść o dojrzewaniu, braniu odpowiedzialności za swoje czyny i stawianiu czoła samemu sobie. Ewolucja bohatera jest tu tą właściwą opowieścią. Jest pokazana zmiana sposobu myślenia i różnice między dorosłością, a młodzieńczą brawurą. Bardzo mi się podobało to, że nie tyko ewoluuje bohater, ale też stosunek czytelnika do niego. Od irytującego i nieświadomego świata gnojka po budzącego sympatię i obciążonego odpowiedzialnością młodzieńca. Zmiany zachodzące w Gedzie powinny być stawiane za wzór dla innych autorów. Szkoda tylko, że inne postacie nie są już takie rozbudowane, robią za tło i mało o nich wiemy, dobrze przynajmniej że posiadają potencjał na kolejne tomy.

Potencjał posiada też świat wykreowany przez Ursule K. Le Guin. Ogólnie w popkulturze irytują mnie piracko żeglarskie klimaty, pewnie wiążę się to z jRPG gdzie trzeba było pływać stateczkiem między wyspami. Tutaj bardzo bałem się tego elementu, ale widać, że zupełnie nie potrzebnie. Mimo, że cały świat zbudowany jest z tysięcy mniejszych bądź większych wysepek urzekł mnie od pierwszej wyprawy morskiej. Świetnie oddano niebezpieczeństwo morza i czające się zagrożenie, a podróże między wyspami to jeden z lepszych elementów powieści. Co ważne każda z odwiedzanych lokacji charakteryzuje się czym innym i posiada swoją historię. Świat jest pełen legend i opowieści, zamieszkany przez różnorodne kultury. Jednak w przeciwieństwie do Tolkiena czy Martina, autorka nie snuje długich na kilka stron opowieści z zamierzchłej przeszłości. Wspomina raczej o niej mimochodem, służy ona za tło pobudzające wyobraźnie. Gdy czyta się o czyjś mężnych czynach sami sobie wyobrażamy ich przebieg, a nasza wyobraźnia pracuje na pełnych obrotach.  

Do snutej opowieści i świata idealnie pasuje styl autorki. Wszystkowiedzący narrator dokładnie przeprowadza nas przez najważniejsze wydarzenia z życia Geda. Zdarza się, że niespodziewanie w środku strony czas akcji przeskakuje o kilka miesięcy. To nie jest jedna z tych gigantycznych serii gdzie każdy posiłek jest drobiazgowo opisany, a my mamy aż za dobre rozeznanie w panującej modzie. Tutaj liczą się tylko konkrety. Bardzo spodobały mi się też dwa zabiegi zastosowane przez Ursule Le Guin. Po pierwsze od czasu do czasu dostajemy swoisty sneak peek, zapowiedź tego co się wydarzy np. przez użycie przydomka który Ged zdobędzie dopiero za parę lat. Buduje to napięcie i zwiększa zaciekawienie. Druga rzecz jest pochodną pierwszej - to sianie ziarna, które wykiełkuje w następnych częściach. Rozpoczętą sporo wątków, które zostały niespodziewanie urwane, ale ewidentnie zostaną pociągnięte dalej. Często ten zabieg aż za bardzo rzuca się w oczy, ale już teraz można się spodziewać tego co pojawi się w następnym tomie i które wątki zostaną rozwinięte. 

Czarnoksiężnik z Archipelagu to świetna książka. Pewnie gdyby data powstania była z tego tysiąclecia stwierdziłbym że jest to recykling sprawdzonych pomysłów. Jednak jak to w pierwowzorach bywa poziom wykonania jest o wiele lepszy od tanich podróbek. Dlatego warto się zainteresować pierwszym tomem cyklu Ziemimorze. Może i początek nie przekonuję, ale dalej jest tylko lepiej, a historia robi się porywająca, a ewolucja bohatera jest w pełni przekonująca. Dlatego warto przeczytać samemu i zapoznać się z losami Geda zwanego Krogulcem, najpotężniejszego czarnoksiężnika Archipelagu.

OCENA 4.5/6

czwartek, 11 kwietnia 2013

“Trzeci świat” – Maciej Guzek


Zamykają Trzeci Świat! Zamykają Trzeci Świat! Polskie Eldorado i jedna z najwspanialszych legend które dotąd odkryto ma zostać zamknięta na zawsze. Koniec z napływem skarbów i magicznych artefaktów. Nikt tylko nie wie dlaczego. Nikt w sensie z cywili. Bo Wojsko Polskie z Królikarnią na czele wiedzą aż za dobrze co się tam dzieje i to ich przeraża. W tym baśniowym świecie dobro coraz bardziej przegrywa, a zwycięstwo zła jest już tylko kwestią czasu mimo wysiłków polskiego oręża. Mimo to jeden z najsławniejszych polskich dziennikarzy dostaje pozwolenie na podróż do Trzeciego Świata i na własnej skórze przekonuje się jak wygląda strefa wojny i co poszło źle. 

Maciej Guzek po raz kolejny zabiera nas w wykreowany przez siebie świat i w przeciwieństwie do pierwszej wyprawy nie jest to jak w „Królikarni” zbiór opowiadań tyko pełnoprawna powieść. No prawie pełnoprawna bo niespełna 300 stron i skupia się na zaledwie jednej legendzie (czyli magicznym świecie do którego Polacy mają dostęp dzięki odkryciu rabbitholi). Jest to największy grzech tej książki bo zajmuje się malutkim wycinkiem tego niezwykle fascynującego świata. O wiele bardziej bym wolał poczytać o intrygach Kościoła, napięciu międzynarodowym powstałym na skutek nowej potęgi ekonomicznej jaką jest Polska. Ba o wiele chętniej przyjąłbym zapis wojny z Rosją o obwód Kalingradzki, szpiegowską powieść z Twardowskim czy kryminał dziejący się w Nowym Trójmieście (Warszawa – Toruń - Poznań). Zamiast tego mamy dość kameralną przygodę i niewielki wycinek świata, który średnio interesuję. Szkoda. Mam nadzieje, że Guzek napiszę jeszcze co najmniej jedną książkę w tymże uniwersum, ale dla odmiany zajmie się głównymi tematami. Chyba najodpowiedniejszy byłby kolejny zbiór opowiadać bo taka forma najlepiej pasuje do autora i tego pomysłu. 

Książka jest napisana w formie reportażu. Obserwujemy ten obcy świat oczami bezimiennego dziennikarza. Dzięki temu rozdziały są króciutkie po kilka stron, skupiające się na jednym elemencie świata z częstymi dygresjami. Guzek zapewne pierw szczegółowo wykreował świat, a dopiero potem wsadził w niego postać i kazał odbyć mu swoją podróż. Dzięki temu dowiadujemy się o jego historii, legendach i prawach nim rządzących. Przyglądamy się też ludziom i przede wszystkim dobru i złu bo to głownie o tym jest książka. Bohater szuka przyczyn takiego, a tego postępowania i demaskuje prawdziwość tych postaw. Szkoda tylko, że wygłasza truizmy, a rewolucyjne odkrycia i twisty fabularne nie są wcale takie szokujące. Właśnie sama to fabuła książki to jej najgorszy element. Bohater idzie na południe, do źródła zła, oddala się od Matki by coraz bardziej zbliżyć się do światła Dziwki. I tak przez całą książkę przeżywając swoje kolejne przygody, rozmawiając z ludźmi i demaskując naturę zła w człowieku

Kolejnym istotnym minusem jest kreacja bohaterów, a raczej jej brak. Może to zabieg celowy bo miał to być reportaż, ale nie lubię suchego zapisu zdarzeń. Brak tu emocji i osobistych przemyśleń, a zmiany jakie zachodzą w postaci są mało przekonująco. Również bohaterowie poboczni leżą i kwiczą. Potencjał był bo goblin i elf jako towarzysze polskiego dziennikarza to coś oryginalnego. Szkoda tylko, że ich osobowości są strasznie przytłumione, nie ma ciekawych interakcji i robią tylko za tło. O wiele lepiej wypadają postacie, które pojawiają się epizodycznie. Może dlatego że nie zdąży się zauważyć ich wad? 

Żeby nie było, że książka posiada tylko minusy. Bardzo podobała mi się obserwacja naszego świata, współczesnej Polski, na podstawie opisów tego fantastycznego. Trafne aluzję bezwzględnie obnażające wady Polaczków i naszą małostkowość, zawiść i kompleks niższości. Pokazano że Polacy nie zmienili się mimo tego że odnieśli niebywały sukces na arenie międzynarodowej. To wciąż ci sami ludzie z tymi samymi wadami. Przyjemnie wyszły też aluzje do kultury i popkultury. Odwołania do klasyków fantastycznych, rozważanie nad sensem bohatera oraz snucie przypuszczeń nad mechanizmem formowania się drużyn. Wszystko to okraszone odwołaniami do klasyków literatury. Najprostszy przykład to medalion o głowie wilka, który ostrzega o niebezpieczeństwie. Prawda że brzmi znajomo? Takich smaczków jest mnóstwo i idealnie wpasowują się w konwencje świata. Jest to zrobiono z wyczuciem, a nie w chamski i agresywny sposób jak miało to miejsce w Toy Land. 

Książka ma poważne wady, w pewnym momencie zaczyna nużyć, a końcówka mocno zawodzi jednak udaje się jej zaintrygować niesamowitym settingiem. Jeśli więc kogoś po przeczytaniu opisu z okładki zaintryguje świat wymyślony przez Macieja Guzka to polecam przeczytać… Królikarnie. Jest więcej i lepiej. Trzeci Świat można spróbować później, ale z pewnością rozczaruję. 

OCENA 3/6