Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jessica Jones. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jessica Jones. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Serialowe podsumowanie tygodnia #167 [28.12.2015 - 03.01.2016]

SPOILERY

Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D. S03E09 Closure
Mocne, niespodziewane... i niepotrzebne (?) uderzenie. Odcinek rozpoczął się zabawnie romantyczną scenką z Culsonem i Ros, która szybko przerodziła się w dramat dyrektora. Na prawdę się nie spodziewałem jej śmierci. Wydaje mi się ona niepotrzebna. Można ją było okaleczyć, a efekt dla scenariusza mógł być identyczny, a nawet lepszy. Teraz serial sporo straci. Podobały mi się jej relację z Culsonem, poszerzanie świata o politykę i kolejna twarda kobieta w obsadzie będąca żeńskim Philem. Wielka szkoda. Następny trup - Banks to już zupełnie nieistotny zgon. Wydaje mi się jakby serial sprzątał po ACTU i wstydził się tego wątku. Zamiast tego znowu Hydra. Kolejny łeb, a potem jeszcze jeden i jeszcze jeden i jeszcze jeden...

Jednak co by nie było dalej dobrze się to ogląda. Dynamiczna sekwencja akcji na samym początku gdzie Culson bawi się w MacGyvera, a potem przefajnowany skok na spadochronie prosto w horyzont zdarzeń gwiezdnych wrót. Równie dobrze zostały pokazane relację Fitz/Simmons. Oni chyba nigdy nie będą mieli chwili szczęścia. Tylko czekać na dramatyczny finał wyprawy na Tatooine.

Właśnie wyprawa! Fabularnie dużo się dzieje, ciesze się że serial porzucił swój proceduralny charakter bo fabułki jakie przedstawia są wciągające i porównując do Arrowa bardzo logiczne. Postacie i świat się rozwijają, a dawniej zasiane ziarna kiełkują. Powrócił wątek rodziny Warda, Hydra próbuje sprowadzić Kosmiczne Zło, a zaradzić temu ma drużyna Inhuman pod przywództwem Daisy. Jest dobrze, może będzie jeszcze lepiej.

OCENA 4.5/6

Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D. S03E10 Maveth
Znowu mi się podobało i znowu przeszkadzały mi szczegóły. Dużo się działo, fajnie to to oglądało, kolejna przygoda z lubianymi postaciami. Mack daję radę jako dowódca SHIELD, Secret Warriors zaczęli działać, a na Tatooine najfajniej. Tyle parę godzin po seansie pamiętam głównie kilka onlinerów, akcję z Bobbi i pół śmierć Warda. Co mnie mocno rozczarowało. Myślałem, że to koniec, najwyższy czas by pożegnać postać. To była dobra śmierć z ręki Culsona (ha, bohaterowie znowu zabijają!), a szykuje się kontynuacja dramy mimo, że to nie będzie już ten sam Ward. W końcu Goa'uld przejął nad nim kontrolę i Kosmiczne Zło zaczęło się panoszyć po ziemi. Kolejny problem, który nasi dzielni bohaterowie pokonają do końca sezonu. Podbijanie stawki robi się nudne. Nie podobała mi się końcówka. Podniosła muzyka, zwolnienia i długie, bardzo długie finalne sceny przez co cały dramatyzm gdzieś uleciał.

OCENA 4/6

Marvel's Jessica Jones S01E12 AKA Take a Bloody Number
Bałem się trochę tego powrotu Luke'a, a wyszło zacnie. Pierw nieufność, potem wspólne śledztwo, pogłębianie więzi między nimi i kolejne emocjonalne zawirowania. Lekkim zaskoczeniem była końcówka gdy okazuje się, że jednak jest pod władzą Kilgrave'a. Fajność ich wspólnych scen przysłoniła i mi osąd i nie spodziewałem się tego. Pokazano jeszcze bardziej wkurzonego Kevina, tym razem żądnego krwi. Zrozumiał, że Jessica nie może być jego więc poszczuł ją Cage'em. Coś to była za walka. Chaotyczna, surowa, z rozlatującym się budynkiem i prymitywną brutalnością. To nie wysmakowane ujęcia i gimnastyczno - boskerskie choreografię Daredevilu. Surowe i urzekające mordobicie ludzi silnych, ale bez wyszkolenia. Kupuję to w pełni. Końcowy cliffhanger niepotrzebny, wiadomo, że Luke żyję. Bardziej mnie ciekawi co z policjantami. Czyżby serial był większym wstępem do solowych przygód Cage'a niż myślałem?

Bardzo lubię sceny z Trish. Jej postać jest fabularnie potrzebna i chyba ze wszystkich wzbudza największą sympatię. Tym ciekawiej ogląda się jej sceny z matką. Krępujące, pełne dystansu i niezrozumienia, obciążone grzechami przeszłości. Teraz Trish musi jej zaufać by chronić przyjaciółkę co zapewne dobrze się nie skończy. I dobrze, więcej komplikacji więcej satysfakcji z oglądania. Wciąż jestem zdania, że powoli rozwija się wątek na S02, a Trish pakuje się w kabałę, która dobrze się dla niej nie skończy. Tym bardziej, że nie powiedziała Jessice o jej przeszłości jakby szykowana grunt pod cliffhanger.

Serial dalej niepokoi i rozstraja emocjonalnie. Dołujące sceny z Robyn żegnającą Rubena to jedno. Dwa to brutalne obrazy sprawiające, że Kilgrave jest jeszcze bardziej przerażający. Wsadzenie przez ojca Kilgrave'a palców do miksera było sceną pełną napięcia (chociaż najlepsza mikserowa scena to chyba ta z Luther), ale mnie z tego typu urywek najbardziej ruszył facet stojący cały odcinek przed klubem i jego desperacki wyraz twarzy.

OCENA 5/6

Marvel's Jessica Jones S01E13 AKA Smile
Luke Cage w starciu z Kilgrave nie odegrał znaczącej roli. Dobrze bo to nie był serial o nim. Jednak był ważny dla historii. Dramatyczny początek, wizyta w szpitalu i spotkanie Claire Temple, która wyrasta na Culsona netflixowych seriali Marvela. Strasznie podobały mi się z nią sceny. Nie chcę być bohaterką, ale się nią staję, widzi też dobro w innych dostrzegając heroizm pod płaszczem cynizmu u Jessicy. Świetna chemia między tymi dwiema. Mimo finału udało się wcisnąć dużo rozmów w spokojniejszych scenach. Dialogów, które miały sens. Dużo mówiły o postaciach i podkreślały ich charakter. Stawianie ostatecznej kropki przed długim rozstaniem.

Rozstrzygnięcie historii Kilgrave trochę rozczarowało. O ile w całości kupuje tego złoczyńcę, rozumiem motywację i podoba mi się origin, tak schrzanili sprawę z jego mocami. Niepotrzebnie wyjaśniono sposób kontroli umysłów przez co trudno zawiesić niewiarę, konstrukcja świata zgrzyta i na końcu zrobiono z bohaterów idiotów. Przez jedne głupie słuchawki, które blokowały jego moce. Tak! Całe 13 odcinków trzeba było na to czekać. Już lepiej gdyby zrezygnowano z tego pomysłu, a jeszcze lepiej zamiast tłumaczyć kontrolę umysłu bakteriami (!) to można było wymyślić feromony i bezsłowne wydawanie rozkazów. Dużo zgrabniej by to wyglądało.

Jednak trzeba przyznać, że scena w kościele z Trish w słuchawkach i przebraniu za Jessice była mocarna. Świetnie wyreżyserowana i pełna napięcia. Potem trochę głupsza acz efektowna strzelanina. Jednak prawdziwe starcie było dopiero później. Bardziej kameralne i osobiste. Obsesja i wiara w własną kontrolę nad ofiarą wykończyła Kilgrave'a. Myślał, że ma pełną kontrolę nad Jessica i to go zgubiło. Podobało mi się to gdy wszystko wydaje się skończone, a Jessica na końcu skręca kark. Szybko, bezboleśnie i bez finalnych słów. I to jest też bardzo ciekawy koniec. Triumf bohatera poprzez morderstwo z zimną krwią. Przez to czekam by zobaczyć konsekwencję emocjonalne dla bohaterki. Swoją drogą przypomina to Man of Steel , a całość jest podsumowaniem naszych czasów. Bohaterowie zabijają.

Finał musiał być gorzki. Kilgrave został odrobinę wybielony aby uratować Jessicę przed więzieniem. Według oficjalnej wersji dopadły go wyrzuty sumienia i wykorzystał ją do popełnienia samobójstwa więc nie mógł być do końca zły. I znowu analogia do chorych związków i patologicznych relacji - wybielanie oprawcy, prawda znane jedynie nielicznym.

Jessice Jones oceniam jako bardzo dobry serial, ale trochę słabszy od Daredevilu. Bardziej kameralny, skupiony na jednym problemie i drobnymi problemami scenariuszowymi. Liczę, że z Jessicą spotkam się wcześniej niż w The Defenders. Drugi sezon musi być w przyszłym roku, a najlepiej gdyby zaliczyła jeszcze gościnny występ w Daredevil.

OCENA 5/6

Utopia S02E02 Episode 2
Po długiem przerwie wróciłem do Utopii. Winię siebie, a nie serial. Może troszeczkę pilot S02, który poświęcony w pełni retrospekcją lekko wytrącił z oglądania mimo bycia niesamowitym przeżyciem. Tak więc oglądam dalej i teraz mam w planach szybciutko dokończyć serial. Po 2x2 jestem dobrej myśli. Szybko wsiąkłem, a magnetyzm serialu nie pozwolił się oderwać mimo 50 minutowego odcinka. Utopia ma w sobie coś hipnotycznego. Z oczarowaniem patrzy się na kolejne kadry, podziwia stylistykę, sytuację w jaką wpakowali się bohaterowie i przechodzi od śmiechu do poczucia współczucia wobec bohaterów.

Właśnie bohaterowie, to oni są najważniejsi. Wielka i niejasna konspiracja jest tłem, pretekstem do postawienia zwykłych (w większości) i odrobinę dziwacznych postaci wobec niecodziennych wydarzeń. Nie wiem kogo mi się najlepiej oglądało. Wilson przeszedł na ciemną stronę, wierzy w to co robi, ale jest pełen wątpliwości bo musi pracować z swoimi oprawcami. Tragiczna historia, która może go zaprowadzić w przedziwne rejony. Becky próbuje popełnić samobójstwo, ulega szantażowi i pomaga zdobyć informację o swojej chorobie. Co doprowadza do żyjącego w apatii Iana. Co to było za spotkanie! Jest też Arby, który ostatecznie deklaruje po której stronie stoi co przyniesie bolesne konsekwencję.

Jednak jak zwykle najlepiej oglądało się enigmatyczną Jessicę. Przetrzymywana przez Królika, przesłuchiwana by wydobyć prawdę o Janusie. Wydaje się załamana, ale wciąż walczy. Na swój, skuteczny sposób. Wszystko to by zdobyć małą sprężynkę, która pewnie odegra kluczową rolę w jej ucieczce.

Bohaterowie bohaterami, a fabuła fabułą ale dalej największą siłą serialu jest reżyseria. Pełna napięcia scena z dawaniem pluszaka, co to było za wejście Arbyego Albo abstrakcyjna ucieczka dwóch związanych doktorów gdzie jeden z nich dostanie zawału. Muzyka, praca kamery i nagła cisza poprzedzona wystrzałem. Cudo! Tak jak następne ujęcia na zielonym polu z uciekającą gromadką i to rażące słońce. Stęskniłem się też za tymi wyrazistymi kolorami podkreślającymi detale.

W sumie nie podobała mi się jedna rzecz. Powrót Lee. Jego śmierć była wystarczająco przekonująco pokazana, a dla fabuły nie miał on istotnego znaczenia. Rozumiem cel jaki służył jego sprowadzeniu - postawienie Wilsona i Arbyego w trudnej sytuacji, zatrzęsienie ich światem, ale jest to trochę droga na skróty.

OCENA 5/6

Utopia S02E03 Episode 3
Niesamowity odcinek. Historia płynie swoim powolnym tempem, ale wydarzenia dla postaci mają ogromną wagę. Chyba najbardziej podobały mi się sceny z Michaelem. Jest osaczoną ofiarą losu, która nie wie co robi. Jest karaluchem próbującym przetrwać, ale posiadającym wyrzuty sumienia. Jest tak bardzo nie na miejscu w tej historii i tak bardzo pasuje do tego serialu. Tym razem jego podwładna odkryła prawdę o szczepionkach. Próbował ją ratować, nawiązał z nią bardzo solidną nić porozumienia, a ostatecznie ją poświęcił. Nie z przekonania, że działa dla wyższej sprawy, a dlatego by przetrwać. Jest to niesamowicie ludzkie i jednocześnie warte potępienia. brakowało mi jeszcze jednej sceny - gdy wraca do pustego domu i znowu odgrzewa jedzenie z zamrażalki tak by podkreślić jego samotność.

Odmienną postacią jest Wilson. Również on dopuszcza się haniebnych rzeczy. W przeciwieństwo do Duga wierzy, że można poświęcić miliony dla większej sprawy. Ma jednak problem z jednostkami. Jak w tym powiedzeniu o milionie, statystykach i pojedynczych tragediach. Nawet nie jest w stanie dokonać osobistej zemsty bo ta jedna konkretna śmierć by nic nie znaczyła.

Dziką kartą jest Arby. Jego ruchy są nieprzewidywalne, podjęte decyzję nieoczekiwane, a motywację pozostają tajemnicą. Przynajmniej początkowe. Jego nadrzędnym celem jest ochrona bliskich. Długo się zastanawiałem czemu chcę tylko trzy dowody, kto się wydaje dla niego zbędny. Jak się okazało wszyscy. Liczą się najbliżsi. Sprawy czekają tylko by się pokomplikować.

Najnudniej oglądało mi się relację Ian/Becky. Za długo, już zdążyła spowszednieć, a patrząc co dzieje się wkoło jest niepotrzebna. Jasne, jej choroba jest ciekawa, a przekleństwa dobiegające z jej ust dalej potrafią rozśmieszyć tak już mam dość tego trójkącika. Tym bardziej, że postacie stoją w miejscu i się nie rozwijają. Chociaż może to i dobrze? Przecież nie zawsze historia musi pokazać zmiany w człowieku, stałość również odgrywa pewną rolę w opowiadaniu historii. Tylko czy musi być taka nudna?

Ucieczka Jessicy była rozczarowująca. Zbyt uproszczona, oczekiwałem dużo więcej. Jednak jej sceny z całą dozą dziwności ogląda się wybornie.Jak tą posiadówke na huśtawcę i przypatrywanie się dzieciom. Gdy Jessica jest cała zakrwawiona po odpadach biologicznych. Niby nie na miejscu, ale jeszcze dziwniejsze było zjawienie się jej w domu Michaela w stroju przysłowiowej wiejskiej laski.

Ja wiem, że nie powinienem się śmiać ze scen gdy umierają ludzie, a epatowanie brutalnością dla samego szokowania jest złe, ale nic nie mogłem poradzić gdy widziałem co działo się z ofiarą Lee. Szybko podcięte gardło, lejąca się krew, wydaje się, że to koniec, aż tu nagle przełożony Iana okazuje się być wciąż żywy. Czołga się do wyjścia, paskudzi firmę na czerwono (gdzie przeważa pięknie nasycona żółć), a Lee tłumaczy się przez telefon, że jednak nie będzie można sfingować samobójstwa. Kocham ten serial za ten dyskomfort, w który potrafi wprawić, za działanie na pierwotnych emocjach, których się potem wstydzi.

OCENA 5/6

Utopia S02E04 Episode 4
Tym razem mniej o bohaterach, a konspiracji i przeszłości. Plan Network jest coraz jaśniejszy, bardzo przemyślany i bliski realizacji. Milner wyjawia go Wilsonowi, wydaje się, że sukces jest bliski. W tym samym czasie Carver opowiada historię ze swojego punktu widzenia. O swojej tragicznej przeszłości w obozie zagłady, wyjawia o co chodzi z tajemniczymi śmierciami rodzin oraz opowiada jak zaprogramował Janusa by wybić jedną konkretną rasę. Co za ironia, dawny więzień obozu koncentracyjnego będzie odpowiedzialny za kolejne czystki etniczne.Albo nie, wciąż jednak nie mówi kogo Janus ma wyeliminować, może kryje się tu jakiś twist.

W międzyczasie Ian spotyka się z Jessicą i lądują razem w łóżku. To było nieoczekiwane. I zrozumiałe. Jessica szuka sobie kogoś komu może zaufać za dużo przeżyła sama i już nie daję rady. Dlatego takie oczywiste jest szukanie pomocy u Michaela. Spotkanie z Królikiem jeszcze komplikuje sytuację czyli bardzo dobrze dla ostatnich odcinków.

Arby działa zgodnie z oczekiwaniami. Gdy udaje mu się uratować rodzinę udaje się do Iana i reszty gdzie dowiaduje się, że Carver jest jego ojcem. Mniej więcej w tym samym momencie co Jessica. Ależ się atmosfera zagęściła. Prawie zabija też Iana, a los Becky pozostaje tajemnicą. Śmierć poza kadrem? W tym serialu wszystko jest możliwe.

Jedne z najmocniejszych scen znowu u Wilsona. Milner porywa brata Iana, wyjawia, że jest Królikiem i daje Wilsonowi ultimatum. Zabij go, wraz z dwoma agentami bo inaczej świat czeka zagłada. I w przeciwieństwie do poprzedniego odcinka jest w stanie to zrobić. Widzi wyższą konieczność, jest w stanie poświęcić własne sumienie by uratować ludzkość. Piękne finalne ujęcie z charakterystycznym widokiem od boku gdzie kompozycja przytłacza bohatera.

OCENA 5/6

Utopia S02E05 Episode 5
Co za niesamowite napięcie udało się utworzyć podczas finałowej konfrontacji. Większość bohaterów w jednym miejscu, wyjawianie prawdy i emocję targające postaciami. Przeczuwało się katastrofę, tutaj każdy mógł zginąć. Nie wiadomo było tylko kto kogo. Każda konfiguracja była jak najbardziej możliwa. I serial zaskoczył. Dwukrotnie. Carver strzela do syna i Grant do Milner. W takich momentach. Gdy Wilson wyjawia prawdę o szczepionce, która działa tylko na Romów, a Milner i Carver po tylu latach są szczęśliwi. Piękna scena, jej surowość podkreślana przez angielskie wzgórza i mroźną pogodę. Jakę się to oglądało!

Trochę gorzej wypadł Michael. Jasne śmieszne sceny z Jessicą czy Milner, ale odbijanie żony i córki już bardzo naciągane. Zbyt dużo tu przypadku, a on nie nadaje się do tej roli. Jednak ta ofiara losu mogła dostąpić odkupienia więc nie mam nic przeciwko. Tym bardziej, że wyrzuty sumienia powinny zostać. Becky jak zwykle z uroczym komentarzem dotyczącym lęku wysokości Alice z soczystym przekleństwem. Fucki z jej ust są niezwykle miłe dla ucha.

Strasznie podobały mi się pierwsze sceny z Ianem i Becky. Gdy on dowiaduje się o śmierci brata i szok jaki został wywołany. Świetna gra aktorska pokazująca zagubienie postaci. Serial dalej popycha bohaterów w bardzo niebezpieczne rewiry. Ile ludzie są w stanie zrobić dla własnego przeżycia? Tym razem pozbywanie się ciała i komentarz Becky zastanawiającej się czy ofiara Arby'ego ma rodzinę co spowodowało natłok wirtualnych wyrazów współczucia i sprawienia, że bohaterowie są mniej przyjemni. Bo to ich wina.

OCENA 5/6

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Serialowe podsumowanie tygodnia #166 [21.12.2015 - 27.12.2015]

SPOILERY

Into The Badlands S01E06 Hand Of Five Poisons
Nie czułem, że ogląda się finał - to najpoważniejszy zarzut. Odcinek był niczym wyjęty z środka sezonu. Raczej spokojne wątki i brak nadchodzącej kulminacji mimo sporych zmian u bohaterów. Dopiero coś pod koniec ruszyło. Jednak warto było przemęczyć początek by zobaczyć jak Sunny walczy z trzema mnichami zabierającymi MK. Niesamowicie złożone choreografię połączone z perfekcyjną pracą kamery. Powtarzam, to jest wystarczający powód by dać szansę serialowi. Jego stylistyka jest zaledwie dodatkiem, a bohaterowie balastem. Chociaż tutaj końcówka jest promykiem nadziej - Sunny i Wdowa pochodzą z tego samego miejsca co MK. Cliffhanger? Nie ruszył mnie, ale czekam na dalszy ciąg. To dobry serial z ponadprzeciętną realizacją. Nie liczę nagłej poprawy jakości, ale ciekawi mnie świat.

OCENA 4/6

Marvel's Jessica Jones S01E09 AKA Sin Bin
Niedawno widziałem Sin Bin na liście najlepszych odcinków tego roku. I kurde, coś w tym jest. Niemalże godzina, a oglądało się na jednym tchu. Kilgrave porwany przez Jessicę i długie minuty przesłuchiwania, próba zmuszenia Kevina do przyznania. Świetny Tennant, świetna Ritter, reszta obsady nie zawodzi. Każda kolejna próba dotarcia do Kilgreva była inna - pobicie, granie na emocjach, przy pomocy Hoghart i w końcu z rodzicami. Odcinek budował niesamowite napięcie, które zaowocowało w ostatnich minutach. Lester jako niemy świadek, Patty z bronią, nieobliczalna Hoghart mogąca postawić nad wszystkim swoje dobro i rodzice Kevina, kolejna dzika karta. Pierw deklamujący miłość, przepraszający i w końcu matula próbująca go zatłuc co prowadzi do brutalnej zemsty. Ta scena mogła potoczyć się na tyle sposobów więc musiała zaszokować. Już nie mogę się doczekać by zobaczyć konsekwencję, bohaterów żyjących w strachu i szykowaną zemstę.

Tylko wątek Simpsona nie pasował, służył jedynie do tajemniczego rozbudowania świata. Co robił w armii? Czemu doktor Kozlov? Co to za tajemnicze pigułki i jaki ich efekt uboczny? Coś czuje, że to może być budowanie fundamentów pod następny sezon bo do tego zbytnio nie pasuje ten wątek.

Serial dalej eksploatuje relację między dwiema osobami i podchodzi do nich pod jeszcze innym kątem. Tym razem zemsta. Tak, Jessica była gwałcona przez Kilgrave'a, ale jak daleko może się posunąć by zadośćuczynić krzywdom? Czy bezwzględna zemsta nie upodabnia jej  na do oprawcy? Ciekawie wypada też obłuda Kevina. Czy ona na prawdę wierzy w swoje słowa, a zwyrodnialcy racjonalizują swoje poczynania? Natomiast związek Hogart/sekretarka może być kolejnym przykładem manipulacji i wykorzystania pokazującym, że nawet silne osoby są podatne szantaż emocjonalny.

OCENA 5.5/6

Marvel's Jessica Jones S01E10 AKA 1,000 Cuts
Klik, klik, klik. Pojedyncze koła zębate stały się sprawnie funkcjonującym mechanizmem o efektownym sposobie działanie. Wszystkie snute wątki, historie poszczególnych postaci nagle zaskoczyły w odpowiednie miejsce przynosząc niesamowity rezultat i to na kilka odcinków przed finałem. Oglądanie tego było emocjonalnie wyczerpując przy okazji kiwając z uznaniem w stronę scenarzystów. Nie wiem co mną bardziej wstrząsnęło - niepokojące obrazy jak Wendy próbująca tysiąca cięć na Hoghart i potem rozpłatana czaszka na stoliku, szpaler wisielców w restauracji i Simpson zabijający Lestera (tak, on zawsze dla mnie pozostanie Lesterem). Czy może emocjonalnie roztrajające reperkusję poszukiwań brata przez Robyn. Klimat jest ciężki, nie widać perspektyw na happy end i strasznie mi się to podoba.

Jak w Daredevilu wraca wątek zabijania przeciwników przez superbohaterów. Jessica nie chcę tego robić, ma już jedną śmierć na sumieniu, kolejna może doszczętnie zniszczyć jej psychikę, bezustannie szuka innego wyjścia. Wie też, że Kilgrave się zabezpieczył przed tym, jego śmierć skłoni innych do samobójstw, cwane. Jednak napięcie ostatnich wydarzeń zmusza ją do obiecanie umierające Hope, że to zrobi. Jestem skłonny w to uwierzyć.

Mimo, że odcinek był niesamowity, całość została doskonale poprowadzona tak już chwilę po końcówka rozczarowuje. Kilgrave tyle razy został już schwytany, że sezon już dawno powinien się zakończyć. Za dużo przypadków.

OCENA 5.5/6

Marvel's Jessica Jones S01E11 AKA I've Got the Blues
Nie spodziewałem się takiego odcinka, tym bardziej, że już zaraz koniec sezonu. Pierwsze zaskoczenie to retrospekcję z dzieciństwa Jessicy i Trish. Odkrycie mocy i zaciskanie więzi między dziewczynkami w toksycznym środowisku z matką chcącą wypromować córkę na gwiazdę za wszelką cenę, nawet jeśli miałaby się nad nią znęcać fizycznie i psychicznie. Oglądając te scenki można jeszcze bardziej docenić przyjaźń między tymi dwiema dorosłymi kobietami, zrozumieć czemu są sobie tak bliskie i skąd wzięło się zaufania. Oraz motywację Trish do wzięcia czerwonej pigułki, teraz to ona chciała chronić Jessice. Fajnie wypada przemyślana konstrukcja odcinka gdzie ważne i dramatyczne sceny mają miejsce w łazience - czy to w przeszłości czy teraźniejszości.

Drugie zaskoczenie do odsunięcie Kilgrave'a na boczny tor. Powolne śledztwo, dużo scen Jessica/Trish i w końcu starcie z Simpsonem. Nie przeszkadzało mi to. Dziewczyny mogły razem pobyć, a to się świetnie ogląda. I słucha, zwłaszcza uspakajającego głosu Trish i sarkastycznych docinek Jess. Serial znowu pokazał uzależnienie w związkach i zależności międzyludzkich tylko w trochę inny sposób. Simpson jest narzędziem wykorzystywanym przez USA, a jego smyczą są prochy. Ameryka buduje superżonierzy opowiadając kłamstewka, a potem uzależniając ludzi od nich. Kapitan Ameryka czuję się rozczarowany.

Luke wrócił, tego się nie spodziewałem. Nie chciałbym, żeby w jakiś sposób pomógł złapać Kilgrave'a, to sprawa Jessicy, ale jakieś zakończenie ich wątku się przyda.

OCENA 5/6

Mighty Morphin Power Rangers S01E49 Return of an Old Friend (1)
Dwuodcinkowe historie w Power Rangers wychodzą lepiej niż zwykłe odcinki, było tak także i tutaj. Sam tytuł jest trochę mylący bo Tommy wraca dopiero na samym końcu. Ale jaki jest to powrót! Gdy wszystko stracone, Wojownicy pozbawieni swoich mocy, Dragonzordem pod kontrolą Goldara i rodzicami uwięzionymi w innym wymiarze. Tylko Zielony Wojownik może uratować dzień, ziemię i bezbronne szczeniaczki. Świetnie udało się nakreślić sytuację, postawić bohaterów na przegranej pozycji i pokazać, że zawsze jest jakaś nadzieja.

Obyczajowy aspekt odcinka to poznawanie rodziców Wojowników i duetu Mięśniak/Czacha. Obawiałem się, że całość będzie przewidywalna. Tak było, ale nie każdy rodzic jest kopią dziecka, są też kontrasty i drobne rodzinne historyki jak Kim z rozwiedzionymi rodzicami. To urealnia postacie będące przez większość serialu marionetkami na scenie.

Inne:
- nowa sposób pokazania transformacji w Megazorda. Bardziej złożony, z większą ilością detali. Tego się nie spodziewałem. Sama walka była standardowa do bólu, poza szybko przegraną bohaterów.
- Evil Billy! Kontrolę mózgu w PR zwykle fajnie wychodzą. Przyjemnie się oglądało gdy Billy wyłączył Alfę i zaczął się kłócić z Zordonem
- chyba najbardziej zdziwiona z przegranej Rangersów była Rita. Bidulka nie będzie teraz wiedziała co zrobić.

OCENA 4/6

Mighty Morphin Power Rangers S01E50 Return of an Old Friend (2)
Spodziewałem się słabszego zakończenia historii. Nie sądziłem tyko, że aż tak. Poza dramatycznym ładowaniem mocy Zielonego Wojownika przez Zordona, co mogło zaszkodzić obu, nie było tutaj nic ciekawego. Tommy wrócił - fajnie, ratuje dzień - jeszcze lepiej. Tylko czemu robi to sam? Przecież pozostali Wojownicy mogli mu pomóc. Monety Mocy nie dają im umiejętności walki, a ich wyszkolone zdolności wystarczyłyby na kitowców. Zamiast tego obserwowali walkę w której Tommy był bliski śmierci z Command Center. Odnowienie mocy Zielonego kupuje. Przypadkowe, wcześniej mogli na to nie wpaść, a teraz pomoże serialowi.

Strasznie zniesmaczyła mnie ostatnia scena. Nie mam pojęcia co Amerykanie mają do rzucania się jedzeniem. Czasem śmiesznie to wygląda, ale nie niemal co odcinek. Za to tutaj było apogeum - wielka bitwa na jedzenie w wykonaniu rodziców. Ni śmieszne, ni edukacyjne.

OCENA 2.5/6

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Serialowe podsumowanie tygodnia #165 [14.12.2015 - 20.12.2015]


SPOILERY

Into The Badlands S01E05 Snake Creeps Down
Te walki! Starcie Danny'ego i Wdowy musiało być widowiskowe. Serial nie zawiódł, pojedynek był wyrównany, nikt nie zginął więc będzie rewanż. I dobrze, chociaż wolałbym team up. Ale o pojedynku. Jakże dobrym pomysłem było częste zmienianie broni podczas walki, wykorzystywanie ścian w wąskich przejściach i łamanie praw grawitacji. Fizyka? Kto by się tym przejmował skoro na ekranie ogląda się takie cuda. Tym bardziej szkoda, że walka była tylko jedna. Fabularnie serial znowu na huśtawce. Raz zachwyca rozbudowaniem świata, raz razi problemem skali. Raz imponuje pokomplikowaniem wątków by zaraz uświadomić, że za dużo i brak spójności. Dalej jednak wciąga, ale też odrzuca przy szczeniackim wątku. Zaraz finał, jestem bardzo ciekaw co pokażą i chyba o to chodziło.

OCENA 4/6

Marvel's Jessica Jones S01E08 AKA WWJD?
Odcinek miał dobre sceny, zdziwiłbym się gdyby nie miał. Jednak napięcie siadło. Serial był najlepszy gdy Killgrave rzucał cień spoza kadru. Gdy znajduje się na pierwszym planie nie jest już tak strasznie. Dalej bywa przerażający i terroryzuje innych, ale zabawa w dom z Jessicą sprawiła, że jest odrobinę zbyt karykaturalny. I jeszcze początkowy plan Jess by zmienić go w superbohatera. Zakrawało to o groteskę. Na szczęście końcówka zwiastuje zwrot akcji. Jessica nareszcie wzięła sprawy w swoje ręce, znokautowała Kilgrave'a i .... w sumie nie wiadomo co dalej. Sąd? Policja? Jakoś nie mogę uwierzyć by coś takiego się udało. Jedynym rozwiązaniem jest jego zabicie, a na o jeszcze przyjdzie czas. Efekt wow zrobiła ostatnia scena. Staruszka z bombą. Killgrave myśli o wszystkim.

OCENA 4.5/6

Mighty Morphin Power Rangers S01E46 Reign of the Jellyfish
Dzieciaki przygotowują kapsułę czasu, często powtarzany motyw w serialach. Każdy z bohaterów miał włożyć do niej coś swojego co miało powiedzieć coś przyszłym pokoleniom i podkreślić charakter postaci. Wyszło średnio. Jason daje swój puchar co wg. mnie mówi o jego arogancji, a Kimberly wrzuca swój sweterek bo wiecie, dziewczyną tylko moda w głowie. Tylko u Zacka to jakoś wygląda bo wpada na pomysł, że muzyka mówi coś o pokoleniu, które jej słucha. A co zrobił Mięśniak? Chciał potomnym podarować gigantyczną kanapkę - Bulkwich. Subway powinien podpatrzyć patent.

Ten przydługi wstęp mógł być fajnie wykorzystany. Rita chciała ukraść kapsułę i na jej podstawie stworzyć potwora odcinka. I niestety nie udało się jej, a wojownicy walczą z randomowym stworem - przerośniętą meduzą. Pierw jednak walki z kitowcami i znowu nowa aranżacja muzyczna. Ta znowu wypada super. Wyszedł też pomysł by Jellyfish przeniósł bohaterów do własnego wymiaru gdzie Wojownicy nie mogli go zranić. Tyle szybko z niego uciekli. Liczyłem na więcej kreattywności bo potem już typowa walka. Ziew.

Końcówka odcinka moralizatorska do bólu. Rangersi marzą o planecie bez wojen i uprzedzeń podkreślając, że tylko od nas to zależy. Słyszycie dzieciaki, tylko wy możecie zmienić świat.

Inne:
- Squatt i Baboo sugerują, że Ricie przydałoby się nowe ubranie trafiając na fatałaszki Kim z kapsuły. Oczekuje więcej takich autoironicznych żarcików od serialu!
- a cały nowy kawałek można posłuchać TUTAJ. Co jak co, ale pod względem muzycznym serial ani trochę się nie zestarzał.   

OCENA 2.5/6

Mighty Morphin Power Rangers S01E47 Crystal of Nightmares
Goldar używając tytułowego kryształu zsyła na bohaterów sny budzące w wojownikach wątpliwości w własne możliwości. To byłoby całkiem fajne gdyby poświęcić temu więcej czasu. Zamiast tego mamy karykaturalny strach przed kitowcami, clip show z poprzednich odcinków i proste rozwiązanie zwieńczone nudnawą walką z Skorpiną i Goldarem.

Lepiej rozpisano obyczajową historyjkę. Lepiej nie znaczy, że dobrze. Znośnie, a to wystarczy. Mamy wyjazd do motelu połączony z nauką do egzaminów oraz kilka interakcji między bohaterami jak walka na poduszki. Nic nowego to nie mówi o postaciach, ale każda scena gdzie w cywilu robią coś wspólnie cieszy mnie. Sceny jak zwykle kradli Czacha z Mięśniakiem. Przebrani w pokojówki wyglądali komicznie, szczególnie gdy okazało się, że Czacha zbytnio wszedł w rolę i zamiast szukać notatek zaczął sprzątać pokój Rangersów. Jednak w odcinku zarządziła scena gdy "pilotowali" Megazaorda w kostiumach znanych z Doomsday. Absurdalne.

OCENA 2.5/6  

Mighty Morphin Power Ragners S01E48 Plague of the Mantis
To mógł być fajny odcinek. Trini uczy się nowego stylu kung fu pod okiem mistrza i to na niej skupia się fabułka. Chwilę zwątpienie, chęć honorowego załatwianie spraw, dążenie do bycia kimś lepszym i w reszcie stanięcie na ubitej ziemi z wrogiem. To zarys. Faktycznie było topornie, pojawiło się za dużo motywów i na żadnym nie udało się odpowiednio skupić. Dialogi były straszne, a ciąg przyczynowo skutkowy kulał na obydwie nogi. Pogodziłem się z tym, że Mighty Morphin to zły serial, ale za każdym razem będę załamywał ręce gdy twórcy wpadną na dobry pomysł i go skaszanią. Śmieszna była parodia kunf fu o stylu karalucha w wykonaniu Czachy i Mięśniaka, ale też nie zawsze. Gdzieś zagubił się komediowy timeing w niektórych scenach. Przy czym Czacha udający martwego karalucha był perfekcyjny.

OCENA 2.5/6

The Expanse S01E01 Dulcinea
Powrót w komos zafundowany dzięki The Expanse przerósł moje oczekiwania. Złożoność wykreowanej wizji świata jest zdumiewająca dzięki realności z jaką jest snuta. Można uwierzyć, że XXIII wiek przedstawiony w serialu może tak wyglądać. Kolonizacja Marsa, stacje orbitalne na pasach asteroid, statki zdobywające w kosmosie wodę i surowce to jedno. Bardziej sugestywne jest wyobrażenie społeczeństwa. Powrót do kolonializmu i sprowadzenie człowieka do roli niewolnika pracującego na utrzymanie bogatszych. The Expanse opowiada również o naszym świecie. Podejrzewam, że będzie to serial równie aktualny co swego czasu Battlestar Galactica do której można znaleźć wiele podobieństw.

Jednak nie w warstwie fabularnej. Pilot BSG szybko nakreślił o co toczy się gra, kto dobry i zły. The Expanse przypomina bardziej Grę o Tron. Niepowiązani ze sobą bohaterowie w różnych częściach układu słonecznego i oddzielne wątki. To na razie proste, chaotycznie rozrzucone linię, które z czasem będą stanowić sięć zależności. Mamy terrorystów oraz politykę, widmo wiszącej wojny z Marsem i śledztwo w sprawie zaginionej dziewczyny. Polityk, kapitan statku i policjant. Troje pełnokrwistych bohaterów, ni dobrych, ni złych. Zwyczajnych ludzi z wadami i zaletami. I ukrytymi tajemnicami. Oglądanie i odkrywanie prawdziwego oblicza to przyjemność. Sama historia toczy się powoli, dużo tutaj ekspozycji i pokazywania świata, a niewiele dialogów wyjaśniających. Widać literacki rodowód książki i wierne przełożenie książkowej narracji na język serialu.

Wizja świata The Expanse mnie zauroczyła. Książek Jamesa S. A. Corey'a nie czytałem dla tego efekt był jeszcze większy. Brawa jednak jak spece od kostiumów, scenografii i efektów specjalnych to pokazali. Ciemne i długie tunele na statkach i stacjach nie wyglądają monotonnie, urzekają surowością. Tak jak statki, niezbyt skomplikowane bryły, ale funkcjonalne. Widać przyłożenie do detali, wszystko została skrupulatnie zaprojektowane. To nie przygodowe Killjoys z odrobinę chaotycznym światem. The Expanse to kompleksowa wizja przyszłości. Reżyseria wcale nie odbiega od reszty. Pierwsza scena w zerowej grawitacji budująca napięcie i tajemnice, potem trochę spokoju i przyśpieszenie. Odpowiednio rozłożono akcenty miedzy spokoje, a dynamiczniejszymi fragmentami. Skupiono się też na detalach. Ujęcia są długie i nieśpieszne. Mnie zachwyciło pokazanie pustki kosmosu i manewrujących statków, które operowały dwoma napędami - głównym do podróży oraz pomocniczymi do manewrowania. Albo pocztówka z Ziemią i zindustrializowanym księżycem. Piękne. 

Ten serial nie jest dla wszystkich. Ma spójna wizję, wszystko gra, ale pozornie mało się w nim dzieje. Pozornie ponieważ jest upakowany w treść. Ja jestem zachwycony i oglądam dalej. 

OCENA 5/6

The Expanse S01E02 The Big Empty
Serial dalej opowiada trzy oddzielne historię, ale coraz widoczniej się przeplatają. Najwięcej czasu dostała załoga wahadłowca. Dramatyczne walki o przeżycie, heroiczne postawy i w końcu prawie, że ratunek. Oglądało się dobrze bo wisiało widmo śmierci nad bohaterami. Czuć było wolę walki o przetrwanie. Dobrze też rozegrano typowe dla tej sytuacji spięcia - panika, zwątpienie, konflikty grając na kliszach. Cieszy bohater z wadami. Niby główny, ale nie on ratuje sytuację. Sam jeszcze nie wiem co myśleć o sposobie kręcenia serialu. Dynamiczne sceny strasznie pocięte, chaos na ekranie, nie można się skupić na detalach, których jest mnóstwo. Ale z drugiej strony uwiarygodnia to świat np. podczas naprawy anteny nie widać było nad czym pracują, postacie zasłaniały kamerę co tworzyło poczucie uczestnictwa. Chciałoby się piękne pocztówki, ale to podejście tez jest ciekawe. Na plus brak technobełkotu. Nie mam nic przeciwko, lubię czasem go posłuchać, ale głównie w serialach o luźniejszym klimacie. Tutaj bohaterowie robili to co do nich należało, bez zbędnych rozmów. Końcówka miodzio - wreszcie pokażą Marsjan.

Śledztwo w sprawie zaginionej dziewczyny to tylko pretekst by pokazać bliżej życie mieszkańców Pasa. Braki wody i napięcia społeczne są ciekawie rozgrywane. Cieszą detale jak wychudzeniu ludzie czy dbanie o każdą kroplę wody, pragmatyczny główny bohater i wyraźnie klasowe społeczeństwo, które dąży do samozagłady.

Najmniej czasu dostaje Ziemia. Wiemy jednak kto jest główną postacią oraz czuć nasilający się konflikt z Marsem. Wystarczą przesłanki. Napięcie jest budowane w wyważony sposób i oczekuje się konfliktu, który jest wielką tajemnicą. Wielka wojna? Kupuje to, ale serial polityczny w tych realiach też zrobi mi dobrze.

Minusy? Zbyt rzadko powtarzane imiona bohaterów. Staram się je zapamiętać, ale trudno przychodzi. Zdarza się trochę dłużyzn, ale bardziej przeszkadza mało zapadająca w pamięci muzyka.

OCENA 4.5/6

The Expanse S01E03 Remember the Cant
Wkręciłem się w ten odcinek. Strasznie. Poprzednie oglądało mi się na zasadzie - bardzo fajne, ciekawe co dalej, ale niech to dalej będzie jak najszybciej. Tutaj nie mogłem się oderwać od ekranu, smakowałem każdą scenę i podziwiałem jak to zostało rozpisane, zagrane i wyreżyserowane. A przecież wcale tak dużo się nie działo.

Najlepsza była akcja na marsjańskim statku. Chociaż akcja to za dużo powiedziane. Myślałem o rozmowach, przesłuchaniach więźniów. Oglądałem takie sceny setki razy, a czułem jakby to był mój pierwszy raz. Nie wiem do końca czemu. Nie chodzi przecież o bohaterów, za nikim specjalnie nie przepadam. Chodzi o całokształt. Spokój przesłuchującego, zero gróźb, sposób pokazania tabletki zwiększającej percepcję, ascetyzm scen i przede wszystkim sposób w jacy więźniowie byli manipulowani. Fałszywe (?) fakty, nastawianie bohaterów przeciw siebie i w końcu scena konfrontacji. Zaczęto w końcu bardziej skupiać się na bohaterach, a generyczna załoga zaczęła przyjmować pewną osobowość. Dawni żołnierze dwóch przeciwnych stron i terrorystka Pasa. Zrobiło się bardziej niż interesująco.

Zniszczenie Canta jednak przebiło się do świata, a Mars nie zagłuszył wiadomości. W mikroskali efekt wiadomości Holdena był pokazany na Ceres. Zamieszki, hasła rewolucyjne "Remember The Cant" i na ich tle coraz lepsze poznawanie stacji. Trzeba uważnie oglądać by nie pogubić się w tym wszystkim. Marsjanie, Helix, Pasiarze, terroryści. Kocioł, który wybuchł. I zaskoczył końcówką. Bohaterowie zaczęli dość szybko umierać, a trochę szkoda bo policjant z Ziemi był doskonałym wytrychem do pokazywanie Ceres.  

Na Ziemi dalej najnudniej, ale czuć poprawę. Gierki nabrały na skali, a polityczne rozgrywki między Ziemią i Marsem są ciekawe. Całość ma trochę irracjonalne podłoże (aroganccy Ziemianie ze względu na swoje pochodzenie), ale te niskie pobudki są takie ludzkie. Ciężej mi za to uwierzyć w jedno Ziemskie państwo. Tutaj liczę na pojawienie się ruchów narodowych. Dwa wieki to za mało by Ziemia zaczęła kierować się jedną polityką.

OCENA 5/6

The Expanse S01E04 CQB
 Epicka bitwa w kosmosie! Nie pamiętam kiedy oglądałem coś takiego, pewnie podczas emisji Battlestar Galactica. I to też nie do końca. To dwa różne typy potyczek kosmicznych. W The Expanse mamy starcia gigantycznych i stosunkowo powolnych jednostek. Miedzy wystrzeleniem salwy, a kontaktem z celem mijają godziny, a przynajmniej tak to wygląda, ciężko orzec. Starcia są długie i mało spektakularne, okręty nie manewrują dziko, a korzystają z działek przeciwrakietowych wystrzelanych w stronę nadlatujących pocisków. Wygląda to ciekawie. Tak jak sceny z abordażem. Najbardziej walki kojarzą mi się z cyklem Honor Harrington. Tylko tutaj brakowało trochę emocji, za mało bohaterów na którym nam zależy. Jednak ci co byli, nawet oficerowie z mostka, którzy powiedzieli raptem kilka słów szybko zapadali w pamięć. Brawo za castingi, pewnie nie łatwo było wybrać ludzi o tak charakterystycznej fizjonomii.

Fabularnie było ciekawie. Marsjanie chcą obarczyć SPZ za zniszczenie Counterbery, potem dochodzi do niecodziennego sojuszu przeciw silniejszemu wrogowi, delikatnego zrozumienia i próby wydostania z atakowanego statku. W międzyczasie trafia się kapitalna scena gdzie ostatni członkowie Counterbery łatają dziury w kadłubie. Pięknie nakręcone. Jednak nie byłbym sobą gdybym się do czegoś nie przyczepił - za dużo latających iskier. Przesadzili, wolałbym więcej surowości jak podczas uszczelniania celi. Przeszkadzało to szczególnie pod sam koniec gdy iskry zasłaniały niemal cały obraz. Jednak poprowadzenie wątku i napięcie przez cały odcinek sprawia, że mogę to wybaczyć.

Zastanawia mnie wątek tajemniczych agresorów. SPZ? Jakoś ciężko mi uwierzyć w organizację terrorystyczną o takich środkach, nawet znając tylko wycinek tego świata. Obcy? Proszę nie. Potomkowie pierwszych kolonistów? To byłoby ciekawe. Skoro Mormoni są wysyłani na 100 letnią misję to czego miałoby nie być takich lotów wcześniej? Przecież bezpodstawnie nie pokazano by tej sceny.

Pozostałe wątki były zmarginalizowane. Pokazano więcej Ceres oraz lepiej przedstawiono Chrisjen. Nic co by nie odrywało od głównej akcji.

Akcja akcją, ale nie zapomniano o komentarzu do współczesnego świata. I to bardzo rzucającego się w oczy. Pierw koroner mówi o fatalnych warunkach życia na Ceres gdzie średnia życia to zaledwie 68 lat, a na Ziemi prawie dwa razy większa. Serial krzyczy nam w twarz, że obecnie sami się skazujemy na krótkie życie co nie zależy tylko od stanu medycyny, ale również tego jak dbamy o planetę. Porządek w domu sprawia, że mieszkańcy dłużej mogą korzystać z jego uroków. W innym wypadku będziemy musieli w ekstremalny sposób gospodarować zasobami jak np. używać zwłok jako nawozu.

Druga sprawa to kolejny okruszek w zrozumieniu sedna konfliktu Mars vs. Ziemia. W 1x3 Chrisjen przedstawiła swój punkt widzenia. Według Marsjan wygląda to inaczej. A może raczej bardziej krytycznie. Ziemianie się zdegenerowali. Pełni samozadowolenia żyją w pseudo utopii gdzie socjal zapewnia wszystkim dostatek, a mieszkańcy popadają w samozadowolenia. W prostszej interpretacji byłoby stawianie kapitalizmu (pracowici Marsjanie chcący zapracować nad własny dobrobyt) ponad lewicowo socjalistyczne poglądy. Tylko, że ja to odczytuje bardziej jako kwestię wyważenie obydwu postaw. Ślepa wiara w jeden właściwy kierunek rozwoju jest czymś co ostatecznie doprowadzi do konfliktu z drugą stroną.

Jeszcze słówko o stylizacji Marsjan. Może nad interpretuję, ale kojarzą mi się bardzo z Niemcami. Organizacji pracy, porządek i sposób umundurowania, poglądy (walka o przestrzeń życiową) czy fizjonomia Lopeza. Natomiast skafandry bojowe z podświetlanym na czerwono wizjerem są niczym kombinezon Helgastów z Killzone. Jednak nie są jednowymiarowi, żadna ze stron nie jest. Każda ma swoje rację i to jest najlepsze w tym serialu.

OCENA 5.5/6  

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Serialowe podsumowanie tygodnia #164 [07.12.2015 - 13.12.2015]

Miałem nie pisać wstępu do notki i jak zazwyczaj zostawić wrażenia po ostatnio obejrzanych odcinkach. Nawet mimo wrzucenia kilku linków do zakładek, którymi można, ale nie trzeba się podzielić. Zmieniło się to chwilę przed wciśnięciem przycisku "Opublikuj". Łamiącą wiadomością był pełny trailer 3 sezonu The 100. Ależ to wygląda! Niemalże 3 minuty niesamowitego klimatu, szokujące sceny z ulubionymi bohaterami, napięcie podczas oglądania, muzyka i stawianie kolejnych znaków zapytania. Fabuły trzeba się domyślać, szybkie migawki zaostrzają tylko apetyt, drukują w mózgu dużymi literami WTF i każą kwestionować (?) to co się dzieje, tworzyć logiczny ciąg przyczynowo skutkowy, który jest tylko domysłem. Czuć inspirację Grą o Tron, Mad Maxem i Terminatorem co podkreśla kolejne przesunięcie w narracji. Pokazano też co słychać u bohaterów po time skipie oraz epickie (z pełną premedytacją używam tego słowa) sceny jak może trupów czy przemarsz wojsk. The 100 z odcinka na odcinek robiło się coraz lepsze i trend powinien się utrzymać. W drugim sezonie był to mój ulubiony emitowany serial, za kilka miesięcy może wedrzeć się do mojej topki najlepszych produkcji. I trzymam za to kciuki

I napiszę jeszcze raz, specjalnie w oddzielnym akapicie by dotarło. Dajcie szansę The 100. Przetrwajcie pierwszy, fatalny, odcinek, obserwujcie jak szybciutko buduje swoją tożsamość i rozkoszujcie się jego poziomem w drugim sezonie gdzie scenarzyści osiągają (tymczasowe?) apogeum swoich możliwości.

Korzystając z okazji info o kilku przedłużeniach:
- Into The Bedlands jeszcze nieoficjalnie z drugą seria. Mimo obaw cieszę się.
- The Blacklist z czwartą serię. Czyli oczywista oczywistość.
- Wayward Pines z drugą serią, tak jak przewidywano.
- Showtime zamówił kolejny rok dla Homeland i The Affair. W tym pierwszy przypadku trzeba liczyć na zapowiedź rychłego zakończenie historii Carrie bo formuła już męczy lub liczyć na minireboot zmieniający bohatera.
- The Leftovers z trzecią i zarazem finałową serią. Krytycy w tym roku się zachwycali więc serial awansował kilka oczek na mojej liście "Do obejrzenia"

Z nowych zapowiedzianych seriali to potwierdzenie praco o trylogii Marsjańskiej. Zapowiedziano już pierwszy sezon omijając fazę pilota. Mały zaskoczeniem jest stacja docelowa - Spike TV. Obecnie wszyscy chcą kawałem serialowego tortu.

Za tydzień o The Expanse czyli o powrocie w kosmos w wielkim stylu. 

SPOILERY

Into The Badlands S01E04 Two Tigers Subdue Dragons
Odcinek z najmniejszą ilością walk, który paradoksalnie był bardzo przyjemny w oglądaniu. Wszystkie wątki ciekawie się przeplatają, bohaterowie robią konkretne rzeczy i widać, że serial gdzieś podąża. Najfajniej wypada wielki świat baronów, gierki o władzę i próby łamania sojuszy przez Tildę. Scena na cmentarzu była efektowna, a Zephir mimo jeszcze słabego rysu charakterologicznego staje się jedną z moich ulubionych postaci. Pewnie dlatego, że aktorkę kojarzę z roli Saxy z Spartacusa i mam do niej ogromny sentyment.

Zastawia mnie tylko jak ten sezon się skończy. Jednym z głównych wątków jest ucieczka Danny'ego z obecnej sytuacji, wyrwanie się z obowiązujących ram społecznych i chęć stanowienia o własnej przyszłości wraz z ukochaną osobą. By tego dokonać musi udać się na tytułowe pustkowia. Boję się, że kolejny sezon zupełnie porzuci wątek baronów i politycznych gierek, a skupi się na podróży i będzie eksploatował obecnie najnudniejsze postacie. Obym się mylił.

OCENA 4/6

Marvel's Jessica Jones S01E06 AKA You're a Winner
Pierwszy nudniejszy odcinek mimo istotnych rzeczy dla fabuły i bohaterów. Zbyt długi, rozciągnięty i z zbędnymi wątkami, które może i budują wiarygodność świata przedstawionego, ale odrywają od tego co istotne. Podobały mi się relację Luke/Jessica, to jak dwoje ludzi musi stawić czoło swojej przeszłości i słabościom. Zachwycałem się Krysten Ritter, grą jej ciała gdy pokazuje jakie emocje nią targają, niepewność w podjęciu decyzji i dręczące wyrzuty sumienia. Świetnie gra. Finalna konfrontacja z Lukem to najlepsza scena odcinka.

Killgrave był w tle. Oglądało się go w zaskakującej pozycji. Pierw standardowe naginanie wszystkich do swojej woli, ale gdy już chce coś osiągnąć nie korzystając ze swoich umiejętności gubi się. Jest od nich tak uzależniony, że nie wyobraża sobie innego życia.  Ostatnia scena z nim była niesamowicie creepy gdy okazuje się, że kupił dom należący do Jessicy.

OCENA 4.5/6

Marvel's Jessica Jones S01E07 AKA Top Shelf Perverts
Odcinek o tym jak wygląda złamana bohaterka. Jessica żyję w przeświadczeniu, że nie zasługuje na szczęście, jest okropną osobą i śmierć za nią podąża. Kapitalnie wypadł fatalistyczny monolog o ciemności, która się w niej kryje. Stoczyła się, uległa autodestrukcji, po wydarzeniach z poprzedniego odcinka nie mogła ze sobą żyć. Kolejnym ciosem jest odnalezienie zwłok Rubena. Prosty reżyserski trick, przedłużanie sceny i potęgowanie napięcie przez ukrywanie tego co ma zaszokować, ale czuć że coś tam jest. I gdy Jess to odkrywa załamuje się jeszcze bardziej, ale też odradza. Uważa, że jest przeklęta, ale odnajduje też nowe siły do walki. Jest gotowa do samo poświęcenia by ostatecznie zwyciężyć. Ma plan, konsekwentnie go realizuje i.... ostatecznie przegrywa. Poddaje się? Poświęca by ratować innych? Ma kolejny plan? Nie wiem, ale pozycja Jessicy jest szalenie interesująca. Musi zamieszkać z prześladowcą, dobrowolnie. I jest to dla niej podwójnie traumatyczne gdyż nakłada się na to jeszcze ciężkie dzieciństwo i wspomnienia z starego domu.

Seriale Netflixa nigdzie się nie śpieszą i za to je cenie. Długie dialogi to tutaj codzienność. Można spokojnie opowiadać historię i przekazywać jak najwięcej szczegółów. Tutaj taka była przede wszystkim rozmowa Jessicy z Killgravem na posterunku. Gdy on jest wyznaje miłość, a ona czuje wstręt do niego. Miłość, która jest antytezą tego uczucia, jednostronny, zaborczy związek z mężczyzn, dla którego kobieta jest tylko przedmiotem, trofeum które można zdobyć i się nim bawić. W gruncie rzeczy ten serial ma prostą historie - prześladowca i prześladowana, ale uniwersalną i odgrywaną w niecodziennej estetyce superhero jakby dla podkreślenia, że takie związki mogą się wszędzie przydarzyć.

Uwielbiam przyziemność tego serialu. Każde traumatyczne wydarzenia, każda śmierć niesie ze sobą konsekwencją i pokazują tragedię zwykłych ludzi. Udało się tutaj zagrać na uczuciach, sprawić że sympatyzowało się z trzecioplanową postacią, która straciła brata. I niby tam też był zaborczy i dysfunkcyjny związek, ale pełen miłości, pokazujący jak życie jest pokomplikowane. Ta scena gdy siostra Rubena wpada do sypialni Jessicy i mina naszej pani detektyw.

Inne:
- scena na szczycie mostu Manhattańskiego, panorama Nowego Jorku i wolność jaką czuje bohaterka. Piękny widok.
- rozumiem sens istnienia wątku Hogart, pokazanie kolejnego skomplikowanego związku, ale nudzi mnie on
- tak samo jak matka Patsy, to właśnie niedopowiedzenia w przeszłości bohaterek były najciekawsze, budowanie historii z dzieciństwa pół zdaniami i niedookreślaniem
- symetria i przeciwieństwa, marvelowe seriale Netflixa są tego pełne. Teraz jest odwrócenie roli i to Malcolm odprowadza pijaną Jessice do mieszkania.
- Trish i jej detektywistyczne umiejętności. Bardzo lubię sceny z jej udziałem i to jak jest pokazywany origin bohaterki.
- odcinek ogląda się świetnie, ale trochę logika wydarzeń siada, zachowanie Jessicy jest irracjonalne, a jej porady u Hogart i prośba o reprezentowanie jest głupia. Podczas seansu nie przeszkadza, ale całość niezbyt się trzyma kupy. Można zwalić to na szok i kac, ale dysonans względem poprzedniego zachowania bohaterki wciąż istnieje.
- najbardziej przerażająca rzecz w odcinku - głowa Rubena w torbie z uśmieszkiem, a potem śmiech policjantów. Serial umie wywołać uczucie dyskomfortu.
- druga najbardziej przerażająca scena - Jessica udająca się do domu, a tam Killgrave w sweterku i jeansach czekający na zabawę w dom

OCENA 5.5/6

Mighty Morphin Power Rangers S01E45 To Flea or Not to Flee
Wojownicy walczą z wielką pchłą, która później (tadam!) robi się jeszcze większa, a powracającym żartem jest swędzenie i drapanie się bohaterów. Po czterdziestu obejrzanych epizodach ten nie ma nic nowego do zaoferowania. Kolejny standard. Urozmaicenia to zbiórka pieniędzy dla Erniego, który splajtował oraz opieka nad zaginionym psem. Wszystko kończy się dobrze, zwierz wraca do swojej pani, a lokal nie zostanie zamknięty dzięki otrzymanemu znaleźnemu. Morał oczywisty, dobre czyny zostaną wynagrodzone. Tylko czy Ernie powinien dostać te pieniądze? Jego biznes plan jest fatalny skoro w tętniącym życiem miejscu nie może się utrzymać. Nie ma się jednak co dziwić skoro co rusz sponsoruje naszym bohaterom jedzenie.

OCENA 2.5/6

The Flash S02E09 Running to Stand Still
Znowu bawiłem się lepiej niż powinienem. Gdyby inny serial miał podobną historyjkę i dialogi pewnie mocno bym narzekał. Lekkość The Flash, sprawność realizacji i wyraziści bohaterowie sprawiają, że nawet przeciętne scenariusze wypadają bardzo dobrze. Mogę sobie tylko ponarzekać na wątek syna Westa. Rodzinne dramy źle wypadają w komiksowych serialach. W Arrow męczyło, tutaj to samo. Aktorzy źle wypadają, a cała historia jest zbyteczna.

Co działało? Rogues! Ależ to charyzmatyczni złoczyńcy. Spartacus jako Weather Wizard daje czadu, a efekty specjalne z jego udziałem są spektakularne. Podoba mi się jego demoniczność i chęć zemsty, która go napędza. Lubię też Snarta (powinno go być więcej w odcinku ze śniegiem!), za drętwą grę aktorską, która idealnie do niego pasuje. I Joker. Znaczy się Trickster. Mark Hamill doskonale musiał się bawić na planie. Miny, żarty, monologi, strój, wybuchowe zabawki. Tylko makijażu brakuje. Żałuję, że trio nie pobyło dłużej na ekranie bo jest między nimi znakomita chemia.

Dużo czasu dostała Patty. Niestety zignorowała wydarzenia z poprzedniego odcinka... jednak to co było wypadło na plus i pozwoliło odrobinę rozwinąć postać i pogłębić jej relację z Barrym. Jej historyjka o śmierci ojca dalej jest sztampowa, ale był obecny mały twist. Cieszy, że scenarzyści się starają. Tylko czemu jej związek z Barrym dalej opiera się na kłamstwach i niedomówieniach, a ona się zwierza tylko jego alter ego. To jest tak bardzo ograna klisza, że jej oglądanie po raz wtóry męczy. Nawet jeśli lubi się bohaterów. Najwyższy czas na odcinek prawdy. Oby serial nie wpadł na to by ich rozdzielać. Martwię się o to ponieważ Shantel VanSanten dalej nie jest w głównej obsadzie.

Harry dostaje więcej czasu, ma nawet konflikt moralny, a serial bawi się motywem predestynacji. Czy każda wersja Wellsa musi zdradzić Flasha? Czy zaufanie Barry'ego może być tylko jednostronne? Czy życiowym celem Wellsów z multiwersum jest sprawienie by Flash był szybszy? To jest fajny pomysł, ale by został bardziej rozwinięty potrzebny jest trzeci i kolejny Wells. Ten za to stał się pionkiem Zooma. Tuczy Barry'ego by Zoom wchłonął więcej jego mocy. Jedyna moralnie szara postać dalej pozostaje w swojej strefie. I mnie to cieszy.

W odcinku znowu bardzo podobała mi się reżyseria. Dynamiczna sekwencja na początku z obracającą się kamerę potwierdza jak sprawnych rzemieślników ma serial. Przez cały odcinek dynamicznie pokazywała nawet statyczne sceny by jeszcze podbić tempo serialu. Tylko o jeden raz za dużo się zakręciła, reżyserowi jeszcze troszkę brakuje wyczucia. Jednak muszę pochwalić pogoń za Weather Wizardem. Dynamizm, wiadomo, ale mnie urzekł moment gdy Barry biegnie po łopatach helikoptera co by widza nie znudzić powtarzającymi się sprintami po mieście.

Jeszcze słówko o żartach. Działały, jak zwykle. Zwłaszcza te odnoszące się do świat. Ich klimat nie był narzucony na siłę i pasował tematycznie do odcinka. Jasne, dużo tutaj było sucharów, ale wygłaszanych w taki sposób bym mógł się pośmiać bez zażenowania.

Inne:
- Catlyn + Jay = nadchodzący powrót Ronniego.
- żarty o naszej i ich Ziemi. W końcu to w należyty sposób wykorzystują. Na plus odwołanie do Ojca chrzestnego. Ojciec chrzestny jest na wszystkich Ziemiach.
- rysunki Trickstera na ścianie w celi. Cudowne! Nawet znalazła się Flashowa wersja Strusia pędziwiatra!
- scena gdy Cisco opowiada o stworzeniu różdżki i Barry wpada mu w słowa bo już odgrywał tą scenę. Fajne. Przypomniano też o paradoksach podróży w czasie. To kiedy te wielkie reperkusję...?
- ... w Legends of Tomorrow? Pewnie tak. Serial przypomniał, że Snart nie jest bohaterem, a złoczyńcą co jest udaną kalką sceny z trailera Legend.
- "Let it snow" z ust Spartacusa. Jedna z najśmieszniejszych scen w serialu ever. 
- o prezentach-bombach, dronach i odwróceniu pola magnetycznego napiszę tylko, że głupie. Ale Cisco mówiący "Magnets, bitch" mi to wynagrodził.
- Harry jako Grinch kradnący prezenty!

OCENA 4.5/6

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Serialowe podsumowanie tygodnia #163 [30.11.2015 - 06.12.2015]

SPOILERY

Arrow S04E08 Legends of Yesterday
Od prawie roku nie oglądam Arrow, poziom głupot i drętwoty przekroczył akceptowalną przeze mnie granicę. Czasem myślę by wrócić po czym przypominam sobie jak się męczyłem i szybko porzucą ten zamiar. Teraz musiałem sprawdzić co tam słychać bo crossover z The Flash. Była też cicha nadzieje, że wrócę do serialu. Nic z tego. Ten odcinek był dużo gorszy od poprzedniego, źle rozłożył napięcie, starał się być ważny dla tytułowego bohatera, ale zapominał, że jest częścią dwu odcinkowej opowieści o Vandalu. Jasne, The Flash też miał akcenty niezwiązane z Hawkami, ale rozłożone zostały na dużo więcej postaci przez co nie czuć było zmęczenia. Były też ciekawsze.

Zupełnie nie rozumiem jak można dać wątek dziecka Olliego właśnie teraz. Gdy ważą się losy miasta, ja, który pojawiam się tutaj tylko by zobaczyć co dalej z bohaterami Flasha, meczę się rodzinną dramą, która mnie wcale nie obchodzi. Co u Felicity, Thei czy Diggla? Nie wiadomo, nie dostali własnych scen. Nawet Cisco miał więcej czasu od nich. Robili za niepotrzebne tło. Nie podobało mi się też finalne starcie. Chaotyczne, słabo nakręcone i bez dramaturgii. Ziew.

Co mi się podobało? Podróże w czasie zostały dobrze użyte, efekty specjalne były imponujące, fala uderzeniowe jak w Watchmen czy panorama starożytnego Egiptu nadawały skali całemu wydarzeniu. Na poziomie ludzkim scenarzyści próbowali rozpisać wątek konfliktu wolnej woli i przeznaczenia oraz dobru jednostki i ogółu. Nie zawsze im to wychodziło, ale można ich za to pogłaskać po łebku, dać coś na zachętę i liczyć, że następnym razem będzie lepiej.

Niestety odcinek nie działa jako wprowadzenie do Legends of Tomorrow. Savage nie wydaje się potężnym przeciwnikiem, a brak Snarta i White Canary lub Atoma rozczarował. Może i są zapowiedzi przyszłych wydarzeń - Malcolm zbiera pozostałości Vandala (serio, nikt nie pomyślał żeby zabrać zwłoki z magazynu pełnego DNA bohaterów), a Flash podróżując w czasie zapewne wywołał jakiś paradoks, który będą potem naprawiać Legendy. Trzeba czekać do stycznia by się przekonać. Osobiście liczę, że teraz The Flash skupi się już na własnych wątkach i skończy z "marnowaniem" czasu (cudzysłów celowy, dobrze się ogląa, ale chcę głównej opowieści), na prolog spin-offa.

Inne:
- Jurgens Industries - jakie ładne kiwnięcie głową w stronę Dana Jurgensa.
- kostiumy Hawków wyglądają przyzwoicie, pasują do stylistyki serialu i prezentują się lepiej od Hawkmana z Smallville. Serial przyzwyczaił już do wysokiego poziomu CGI.
- żartujący Barry w obecności Vandala. Trochę to niepoważne. O ile działało to w poprzednim odcinku tak teraz już mniej. Jakby ktoś inny to rozpisywał.
- tak samo jak ktoś inny musiał robić muzykę. Mistyczne klimaty odgrywane przy Vandalu bardzo mi się podobały. Teraz kompletnie nic nie zapadło mi w pamięci. Aż tak bardzo mnie to wytrąciło, że musiałem o tym wspomnieć.
- serio, kaseta Betamax z wskazówkami jak pokonać Vandala? Napisać, że głupie to komplement.
- superszybkość Barry'ego dalej działa jak chcę. W mgnieniu oka wybiera się do muzeum i z powrotem, ale już ciężko mu walczyć z Vandalem.
- flashbacki z Egiptu za długie. Powinny zostać rozbite na dwa odcinki, kolejne sceny mało wnosiły, ale znowu, cieszę się ze starań scenarzystów.

OCENA 3.5/6

Into The Badlands S01E03 White Stork Spreads Wings
Było lepiej. MK tak samo irytuje, ale pojawia się rzadziej więc widzę pewien progres. Bardziej interesują poboczne wątki. Zostały lepiej poprowadzone, odpowiednio skupiono się na postaciach pobocznych (relację w patologicznej rodzince barona). Nie opowiadały konkretnych historii, ale coraz bardziej czuć, że świat żyje własnym życiem. Niestety dalej mam pewne problemy MK i nastoletni wątek to zapchajdziura wybijająca z rytmu podczas oglądania. Boli też początek odcinka, jakby serial gdzieś się śpieszył z opowieścią zamiast wszystko powoli rozgrywać.

Sceny akcji jak zwykle fantastyczne. Szczególne te podczas inwazji na domek Wdowy z udziałem jej i barona. Ależ to się oglądało. Szalejące kamera skupiająca się na detalach, walka na miecze w ciasnym pomieszczenia i zwolnienia w odpowiednim momencie. Uczta. Przyjemny był też odrobinę parkuarowy pościg (zbyt krótki!) oraz walka MK z Waldo. Podtrzymuje swoje zdanie. Walki to wystarczający powód by dać szansę serialowi, ale nie jedyny.

OCENA 4/6

The Flash S02E08 Legends of Today
Długo oczekiwany crossover z Arrow i wstęp do Legends of Tomorrow w końcu zadebiutował. I wyszedł świetnie. Każda scena i dialogi pieczołowicie dopracowane, humor wylewający się z ekranu, świetna chemia między postaciami i konsekwentne rozwijanie świata. Momentami miałem wrażenie, że scenarzyści chcą za dużo wsadzić, napakować następujące po sobie sceny nadmiernym dramatyzmem i obawiałem się, że w pewnym momencie przesadzą. Nic z tego. Cały odcinek to zabawa w najlepszym wydaniu. Arrow nie denerwował, miał świetną chemię z bohaterami z Star City, a powracający żart o tym, że to twoje miasto i teraz mnie słuchasz wypadł śmieszniej niż powinien. Chciałbym częściej oglądać tego typu odcinki.

Najważniejszym wydarzeniem crossovera miał być debiut Vandala Savege'a. I nie jestem jeszcze do końca przekonany. Powiązanie z Hawkami fajne (nieustanny ciąg śmierci i odrodzenia), ale nie czuć by stanowił zagrożenie dla którego trzeba powoływać nową drużynę. Barry powinien sobie z nim sam poradzić, a jego berło pojawiające się w tak dogodnym momencie to już przesada. Czemu nie włada światem skoro miał dostęp do tak potężnej broni. Może jednak jego postać skrywa więcej tajemnic? Pomysł jest szalenie fascynujący (nieśmiertelny) więc liczę, że uda się to pociągnąć.

Bardzo nie podobała mi się tylko jedna rzecz - Ollie dowiadujący się na końcu, że ma syna. Ble, niepotrzebny dramat, dobrze, że nie oglądam Arrow. Dla równowagi Patty powinna się dowiedzieć o Barrym.

OCENA 5/6

Marvel's Jessica Jones S01E05 AKA The Sandwich Saved Me
Serial wyraziście nakreślił bohaterkę więc zabrał się za opowiadanie o jej otoczeniu i przeszłości. Jessica dalej jest w centrum, ale teraz inne postacie zyskują wyrazu i głębi. Patsy, siedząca w więzieniu Hope, Will oraz Malcolm. Szalenie interesująco ogląda mi się ich na ekranie. Szczególnie Patsy. Najlepsza przyjaciółka Jessicy, która chcę zmieniać świat, zdaje sobie sprawę z własnej słabości, ale też siły. Co rusz jest w jakiś sposób testowana. Podobały mi się też flashbacki, które spełniały ważne rolę. Pokazały przyjaźń miedzy Patsy, a Jessicą, pokazały ewolucję postawy Jess oraz pierwsze spotkanie z Killgravem. Jednak ich najważniejszą funkcją było podkreślenie jak bardzo zmienił się świat i życie głównej bohaterki. Wciąż ma ten sam charakter, ale jest bardziej zgorzkniała. Podejrzewam, że najciekawsze sceny dopiero nadejdą.

Killgrave to obok Kingpina najciekawszy villian. Przynajmniej na to sięzapowiada. Dla mnie to psychopata odczuwający przyjemność z znęcania się nad innymi, czujący się ważniejszy od innych. Jest owładnięty obsesją, która daje mu niebywałą satysfakcję. Nie powiedziano jeszcze czemu upodobał sobie Jessice, ale można się domyślać. Zawsze dostawał to czego chciał, a chciał unikatowych rzeczy. Jessica taka właśnie jest. Może pierwsza obdarzona nadnaturalnymi mocami osoba czemu którą spotkał? Jest dla niego zabawką, tak jak reszta świata i będzie się nią bawił póki się nie znudzi lub nie zepsuję. A że Jessica ma zęby i nie waha się ich użyć? Jemu ta gra chyba się podoba by zwycięstwo jeszcze lepiej smakowało.

OCENA 5/6

Mighty Morphin Power Rangers S01E44 Lions and Blizzards
Standardowy odcinek Power Rangers. Scenka obyczajowa z liceum (tutaj zawody), w domniemaniu śmieszna scena z Mięśniakiem i Czachą, prawda życiowa (trofeum nie jest ważna by pokazać kto jest prawdziwym zwycięzcą) oraz pojedynek z kitowcami i potworem tygodnia. Ziew. Jedyne odstępstwo od normy to większa rola Zacka. Idzie na randkę z Angelą (która wygląda jak typowa randka z superbohaterem), dostaję więcej linii dialogowych, wzywa zordy i przywołuje Power Sword. Było też dużo kręcenia się w kółko. Dosłownie. Pierw Rangersi wpadają w wir, a potem oblodzony Megazord wpada w ruch wirowy co umożliwia mu wygranie walki.

OCENA 2.5/6

wtorek, 1 grudnia 2015

Serialowe podsumowanie tygodnia #162 [23.11.2015 - 29.11.2015]


SPOILERY

Into The Badlands S01E01 The Fort
Ten serial był jedną z najbardziej wyczekiwanych premier tego roku. Dużo sobie po nim obiecywałem dlatego spotkanie z rzeczywistością było jeszcze boleśniejsze. Zacznę jednak od zalet, bo tych wbrew mojemu rozczarowaniu jest całkiem sporo. Cieszy wykreowany od początku świat. Retro post apokalipsa. Pomieszanie XIX z połową XX wieku. Stare samochodu, plantacje z niewolnikami, wielcy posiadacze ziemscy, rodzinny mafijne rządzące światem i ostatni bastion ludzkości. Wszystko ładnie podkreślone przez zdjęcie i unikalną scenografią z cieszącymi oko smaczkami. Cieszy, że twórcy postanowili wykreować nowy świat i popuścić fantazję, a nie bazować na czymś istniejącym. Mam już trochę dość recyklinkóg. Największe wrażenie robią jednak walki. Jakie to piękne. Długie, brutalne, świetnie nakręcone z pomysłową choreografią. Był nawet obowiązkowy pojedynek nocą w strugach deszczu gdzie kamery w jednym momencie bardzo pomysłowo przedstawiła akcję. To jest wystarczający powód by dać szansę Into the Badlands.

Argumentów by jej nie dać jest niestety całkiem sporo. Fatalne dialogi można przełknąć, tak jak męczącą i mało pomysłową ekspozycję. Gorzej z fabułą, która nie potrafi zaangażować przez chybione pomysły scenarzystów. Niechciana ciąża odgrywająca fabularnie ważną rolę i robiąca za jeden z motywatorów głównego bohatera to strzał stopę przy ciekawie wykreowanym świecie. Samobójstwem było nakręcanie fabuły wokół nastolatka. Tak, przy olbrzymim świecie z potencjałem jestem skazany na oglądanie irracjonalnego zachowanie dzieciaka. Niesamowicie chybiony pomysł. Nie przekonują mnie też wątki fantastyczne. Jest fajny pomysł na świat cofający się w rozwoju to po co jeszcze mieszać elementy nadnaturane? Za dużo tego. Nie przekonują też postacie. Fajnie, że są mocno przerysowanie, rzekłbym w komiksowym stylu. Tylko czemu tak mało o nich wiadomo? A wiem, lepiej było pokazać jak nastolatek pragnie odzyskać pamiątkę po matce.

Werdykt? Oglądam dalej. To coś nowego, choćby dlatego warto dać szansę. Nie polecam, jeszcze na to za wcześniej. Liczę, że zrobię to po wyemitowaniu całego sezonu.

OCENA 4/6

Into The Badlands S01E02 Fist Like A Bullet 
Początek bardzo fajny. Lepsze przedstawienie Wdowy i brutalna walka. Starcie w tym serialu mogę oglądać po kilka razy. Są finezyjne, pełne niezwykłych ujęć i brutalne. Czasem może się zdarzyć cięcie w nieodpowiednim momencie, ale nie jest to specjalnie uciążliwe. Jednak ja miałem o Wdowie. Dostaje w odcinku dużo czasu, pokazano jej domenę, córkę i trochę przesłanek co do jej planu. I oglądałoby się to bardzo dobrze gdyby nie mały szkopuł. Czy raczej gigantyczny. MK. Znowu odgrywa kluczową role i bonusowe dostajemy romans nastolatków. Ciężko się to ogląda gdy mięsko jest przez to marginalizowane. Wiem, że chłopak ma mistyczne moce, nie potrzebuje oglądać jak się kompie lub użala nad swoim losem. Chcę więcej Wdowy czy nawet Dannyego bo jest stawiany przed trudnymi wyborami. Świat Into The Badlands jest brutalny, ale wciąż o nim mało wiadomo przez co sprawia wrażenie niespójnego. Pierwszy odcinek pokazał grasującą bandę, a tutaj mamy chatkę na odludziu. Więcej szczegółów.

I jeszcze oddzielny akapit o finałowej scenie walki. Danny vs. cała armia. Ja wiem, przerysowane, momentami głupie, mało realistyczne, ale jak to wyglądało! Trup za trupem i kolejne finezyjne sposoby wykończenia. Stawką nie tylko jest własne życie, ale też syna swojego protektora. Czas ucieka, a wygrana nie jest nawet blisko. Dobrze udało się wyważyć napięcie. Tylko ta końcówka i nieoczekiwane pojawienie się MK... Gdyby nie jego wątki, które wszystko psują, lepsze przedstawienie świata i wprowadzenie większej ilości postaci ten serial były bardzo dobry. Tak jest niestety przeciętny i lekko rozczarowujący.

OCENA 3.5/6

Marvel's Jessica Jones S01E02 AKA Crush Syndrome
Niesamowicie podoba mi się sposób prowadzenie serialu. Niemalże cały odcinek jest opowiedziany z perspektywy Jessicy. Przesłuchanie przez policję, dalsze śledztwo oraz odnowienie przyjaźni z Trish. Powoli, bez pośpiechu, budowanie klimatu i pochłanianie widza przez opowieść. Zwłaszcza podczas tych mrocznych scen, gdzie dostajemy przebłyski Kilgrave'a. Zatrzymanie jego najnowszej ofiary w zakładzie dla obłąkanych, opowieść o tym jak przetrwał podkreślająca jaki z niego potwór oraz w końcu spotkanie z jedną z jego ofiar. "Kill me" na karteczce, błaganie o zakończenie cierpień. Niekomfortowa scena czyli uzyskano zamierzony efekt. Prócz śledztwa Jessicy serial to też podróż po Nowym Jorku, poznawanie różnych sfer i mieszkańców. Szefowa wielkiej firmy prawniczej i celebrytka z radia, a na przeciwnik biegunie wyprawa do mieszkań klasy średniej lub konfrontacja z patologicznymi sąsiadami. To nie tylko kryminał, ale też pocztówka z miasta. Przez to zapominam o superbohaterskim elemencie. A był on obecny i odegrał istotną rolę. Luke Cage i Jessica Jones wiedzą o sobie, teraz czekać na pogłębianie tych relacji. Scena walki podkreśliła różnice między nimi - ona emocjonalna, on chłodny i opanowany. Jednak najbardziej piorunująca była końcówka. Pierwsza pełna scena z Kilgrave'em gdzie David Tennat hipntotyzuje widza swoimi szatańskim złoczyńcą. Jest to villian, któremu nie można kibicować, bo jak sympatyzować z postacią, która znęca się nad dziećmi? I dlatego tak będzie mi się go dobrze oglądało. Minusy? Humor odrobinę wybijał z oglądania. Odwołania do Chirurgów czy komediowe scenki z sąsiadami nie potrzebne.

OCENA 5/6

Marvel's Jessica Jones S01E03 AKA It's Called Whiskey
Po poprzednim odcinku zastanawiałem się w jaki sposób będą pokazywane relację Kilgrave/Jessica. Jest to ponad 10h serialu więc dużo czasu na eksplorację tych zależności i odpowiednie zarysowanie motywacji. Tylko jak dobrze umotywować antagonistę? Tego jeszcze nie wiem. Wiem, że serial, tak jak Daredevil, nie będzie się skupiał na różnicach, ale też podobieństwach. Szokujące? Tylko trochę. Kilgrave wykorzystuje ludzi, nagina ich wolę do swoich potrzeb, uprzedmiotawia ich. Paradoksalnie Jessica robi to samo. Nakłania przyjaciółkę do audycji radiowej co bezpośrednio ją naraża, nawet jest w stanie ją uśpić póki trop jej nemezis jest świeży. I to nie było wcale najgorsze co zrobiła, to można podciągnąć pod zły osąd sytuacji. Większym grzeszkiem jest sposób w jaki zdobyła środek środek usypiający używając Malcolma jako dywersji. Widać po niej wyrzuty sumienia, ale wcale jej to nie usprawiedliwia. Tak jak z jej złożonej relacji z Lukem Cage'em. Zabiła mu żonę, zbliżyła się do niego i zupełnie niespodziewanie stali się sobie bliscy. Toksyczna relacją, która powoli ją wyniszczała. Seks był wspaniały, ale okupiła go poczuciem winy. Jessica została wyśmienicie poprowadzona w tych dwuznacznie moralnie scenach.

Pokazano Kilgrave'a w większej ilości scen i wow, ależ David Tennant jest przerażający. To prawda, że co mówią o brytyjczyach, którzy najlepiej portretują złoczyńców. Świetna była pogoń w domu zmanipulowanej rodziny i wpadnięcie do pokoju pełnego własnych zdjęć. Lubię oglądać takie creepy roomy, a ten wyglądał odpowiednie przerażająco, pełen zdjęć Jessicy. Zastanawia mnie tylko ta obsesja względem niej. Skąd się wzięła i czy tylko ma związek z jej mocami. Spodziewam się epizodu pełnego retrospekcji.

Podobało mi się jak poruszono origin story Jessicy i Luke'a. Jego moce pochodzą z eksperymentów, jej z wypadku. Więcej nie trzeba wiedzieć. na to przyjdzie czas, to nie jest serial o ich nadnaturalnych zdolnościach, one tylko stanowią cząstkę bohaterów, która pogłębia rys psychologiczny postaci, stawia je w opozycji do świata i zarazem zbliża do siebie mimo barier ich dzielących.

I jeszcze Trish. Pokazano, że to silna kobieta, ćwiczy bo nie chcę być ofiarą, boi się o siebie, ale nie porzuciła tego kim jest i cały czas walczy by pozostać sobą. Nawet trenuje by nie musieć polegać na innych. I nic jej to nie daje. Przygnębiający wniosek - trening i ciężka praca nie zawsze przynoszą rezultaty takie jakie się chcę. Świat jest pełen niebezpieczeństw i mimo ich świadomości nie zawsze można ich uniknąć.

OCENA 5/6

Marvel's Jessica Jones S01E04 AKA 99 Friends
Killgrave nie pojawił się w odcinku, ale nieustannie było czuć jego obecność. Jessica jest obserwowana, wie o tym i to ją przeraża. Ktoś śledził jej życia, a ona nawet nie zdawała sobie z tego sprawy. Teraz czuje się zaszczuta, jest bardziej podejrzliwa, nie wie komu ufać, a kolejna sprawa znowu może być wielką manipulacją jak ta związana z Hope. Mnie się strasznie podobało gdy panna Jones próbuje odkryć kto naruszył jej intymność tymczasem sama prowadząc własne dochodzenie i węsząc w prywatnych sprawach kogoś innego. Serial znowu buduje paralele między bohaterem i złoczyńcą i wychodzi mu to nadzwyczaj dobrze. Czasem gubi się subtelność, ale oglądając to ma się mnóstwo frajdy z podziwianie jak umiejętnie skonstruowano scenariusz i rozpisano zależności między bohaterami.

Nie tylko trauma Jessicy po odkryciu tego, że była śledzona jest jedną w odcinku. Mamy też grupę wsparcia innych ofiar Kilgrave'a. Rozmowy, które im pomagają oraz alienację Jess, która musi wszystko robić sama. Zakłada sobie cel, tłumi złość i rusza walczyć bo tylko ona może pokonać kogoś takiego jak Kilgrave. Jedna mi bardziej podobał się wyciszony wątek Patsy i Willa. Ona czuje się zaszczuta, a on ma wyrzuty po tym co zrobił. Nawiązuje się miedzy nimi przedziwna relacją, która pomaga im przetrwać ostatnie wydarzenia. Nawet zaczynają sobie ufać.

Zaskakujący był wątek irracjonalnej zemsty na Jessica. Kobieta straciła matkę w bitwie o NY i teraz mści się na ludziach z mocami obwiniając ich za śmierć rodzicielki. I to też jest fajne bo współgra z motywem odcinka. Każdy rodzi sobie z traumą na własny sposób. Przy okazji perfekcyjnie nawiązuje do Kinowgo Uniwersum Marvela. Jessica niby jest superbohaterką, ale dystansuję się od Starka i Rogersa. Ona nie żyję w szklanym domu, a  porusza się po ulicach miasta. Nie obchodzą jej starcia z kosmitami, a normalni ludzie. Jest ludzka. I chwała Marvelowi za to bo gdy w kinie stawia na popcornowe widowiska tak tutaj rysuje wiarygodne postacie.

OCENA 5/6

poniedziałek, 23 listopada 2015

Serialowe podsumowanie tygodnia #161 [16.11.2015 - 22.11.2015]

Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D. S03E08 Many Heads, One Tale
Tytuł odcinka odpowiada temu o czym opowiadał. Wiele historii i samodzielnych wątków zaczęło tworzyć jedną spójną historię. Głupiutką i niestety znowu toczącą się w okół Hydry, ale nareszcie mam wrażenie, że dokądś to zmierza. Brakowało mi tego wcześniej. Teraz wiem, że zagrożenie jest apopaliptyczne, Hydra chcę sprowadzić swojego boga z innej planety by ten zawładnął nad światem. Ba, może chodzi o marvelowego Jezusa, który był inhuman i został wygnany na obcą planetę. To byłby fajny twist - to Hydra jest tą dobrą oganizacją tylko nikt ich nie rozumie,a ich obecne sytuacja jest efektem czarnego PR. Bo wiecie, zacząłem im kibicować. Odcinek formułą typu heist mnie wynudził, Ward grający badassa nużył, a scenki Fitz/Simmons, nie licząc ich konfrontacji ciągnęły się nie miłosiernie. Tylko Culson i Rose dawali radę i cieszę się, że ten wątek został poprowadzony w ten sposób. Na szczęście dalej bohaterowie ciekawią i trafiają im się zacne rozmowy. To jest dobry serial rozrywkowy. I tylko to.

Whedon, ty bydlaku, jak się ładnie bawisz z fanami. Baran jako pierwotny symbol Hydry. To ma sens. Teraz czekać, na senior partnerów, wampira bez z duszy z alternatywnego świata i demoniczną kancelarię prawną Wolfram & Hart. Tym bardziej, że w Avengers dwa też był easter egg z nimi związany.

OCENA 4/6 

Marvel's Jessica Jones S01E01 AKA Ladies Night 
O Jessice Jones powinienem napisać oddzielny wpis. Długi, pełen analizy i zachwytów nad kolejnymi scenami. Jeszcze lepiej podsumowanie sezonu bo to serialu Netflix, będący bardziej długim filmem niż serialem w klasycznym rozumowaniu. Nie zrobię tego, ale napiszę krótko i treściwie - oglądajcie. Może to nie jest superhero do jakiego przyzwyczaił Marvel, to nawet nie jest mroczny serial walki jak Daredevil. Tutaj mamy zapowiedź dramatu psychologicznego w konwencji noir. Ze złamaną bohaterką posiadającą traumę nieustającą czającą się z tyłu umysłu oraz fatalne decyzje. Jessica jest wyrazista. Poprzez sarkazm dystansuje się od innych, skrywa tajemnicę i próbuje sobie sama radzić z przeszłością, która ją ponownie nawiedza. Ten 50 minutowy wstęp skupia się na pannie Jones, reszta jest, wyraźnym ale tylko tłem. Sama opowieść ma również enigmatyczną formę, pozostawia dużo na domysły i brak tutaj nadmiernej ekspozycji. Zamiast tego klimat. Tak jak Daredevil Jessica również jest kręcona w charakterystyczny sposób. Dziwne ujęcia kamery, niewiele zbliżeń, bohaterowie na dalekich planach. Wyraziste flashbacki z udziałem bohaterki oraz fioletowa poświata już od początku kojarząca się z nadchodzącym złem. Całość jest dojrzała, dosadna i mroczna, ale mroczna w uzasadniony sposób. Nie dlatego żeby pokazać brutalność i krew, a nieperfekcyjnych ludzi, którzy się gdzieś zagubili i podejmują złe decyzję. Ton serialu nie pozwala się oderwać i przy okazji wyczerpuje widza. Zwłaszcza ostatnie sceny, które nakręcają fabułę sezonu. Niby to dalej świat Marvela, tak serial żyję własnym życiem, jedna delikatna aluzja i tyle. Bardzo chciałbym kiedyś zobaczyć zderzenie street levelu z innymi bohaterami. Ale to później. Teraz będę się delektował Jessicą Jones, podziwiał grę Krysten Ritter i dobrowolnie poddawał psychicznym torturą. Coś czuje, że oglądanie tego serialu nie będzie łatwe.

OCENA 5/6

The Flash S02E07 Gorilla Warfare
Kto jest największym wrogiem bohatera? On sam. Jakie jest największe zwycięstwo? Nad własnymi słabościami. Jaki może największe błędy popełnić? Wątpić w siebie i przyjaciół. Czyli oglądamy klasyczny odcinek z złamanym herosem odzyskującym wiarę w siebie delikatnie zakrapiany King Kongiem. Nawet  Jane w białej sukience się trafiły. I wysokie budynki. I niezrozumienie goryla, który jest postacią tragiczną, nie posiadającą własnego świata, który utracił przez ludzi. I Cisco wybrał się na randkę. I Barry dalej zakochany w Patty wymyśla kolejne kłamstwa po deklaracji miłości i zaufania. I Wells dalej jest najprzyjemniejszą osobą do oglądania. Czyli jak zwykle mam problem z The Flash mimo pozytywnego odbioru odcinka. Jak się wiele nie wymaga to się dużo dostaje. Najfajniejsza była jednak końcówka z Groddem przybywającym do swojego przyszłego królestwa. Nowy wątek, który może być jednym z ważniejszych w przyszłych sezonach. A za tydzień cross z Arrow. Oznacza to mój powrót do Starling City czego się boję.

OCENA 4/6