Pokazywanie postów oznaczonych etykietą White Collar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą White Collar. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 lipca 2014

Szybka seria #3

Miała być mega notka podsumowująca ostatnie pół roku plus kilka niedobitków z zeszłego. Skynet przejął kontrolę, a Blogger postanowił się zbuntować i usunął mi szkic wpisu z opiniami o kilkunastu książkach, serialach i kilku grach. Mimo, że człowiek uczy się całe życie, zna się na złośliwości rzeczy martwych i zdaje sobie sprawę z konieczności backupów to i tak twierdzi, że utrata danych nie dotyczy jego. Przy okazji postanowiłem zrezygnować z pisania o pojedynczych sezonach seriali, które nadrabiam. Zamiast tego będzie ewentualne podsumowanie całości i opinie o seriach, z którymi jestem na bieżąco. To wszystko by zbytnio nie powtarzać tego co piszę o pojedynczych odcinkach.

 SERIALE

Alias S01 
Alias to pierwszy serial z gatunku mystery od J.J. Abramsa i jego stałych współpracowników (Kurtzman, Orci, Pinkner) co widać. Nie wszystko jest jeszcze takie jak powinno, czuć pewną niekonsekwencję w prowadzeniu fabuły i brak pomysłu na niektóre postacie. Jednak DNA twórców jest widoczne od pierwszego odcinka gdy Sydney Bristow dowiaduje się, że nie pracuje dla rządu tylko do tajemniczej organizacji, którą CIA chcę rozpracować. Stopniowo są wprowadzane kolejne tajemnice, zagadkowe wątki zostają bez wyjaśnienie, a zaciekawienie osiąga podobny poziom do irytacji. Bo gdy pojawia się wątek Rambaldiego (renesansowy wizjoner wyprzedzający swoje czasy) i tajemniczej przepowiedni szybko zostaje wstrzymany by skupić się na zaginionym członku rodziny. Co zapewne na początku drugiego sezonu również na jakiś czas zostanie odstawione. Prócz elementów mystery i proceduralnych wątków (które są umiejętnie maskowane pod przykrywką głównej fabuły) prowadzony jest wątek rodziny. Zbliżanie się Sydney do jej ojca i odkrywanie jego przeszłości. To powolne budowanie zaufanie i zrozumienia jest równie ciekawe co szukanie tajemniczych artefaktów co jest zasługą niezwykłej chemii między Jennifer Garner i Victorem Garberem. Dużo miejsca poświęcono też szefowi Sydney - Sloanowi przez co lepiej można zrozumieć jego motywację. Szkoda tylko, że mocno zignorowano niektóre postacie. O Marshallu (Aliasowy Q) ciężko napisać więcej niż spec od gadżetów i comic relief, a przecież należy do głównej obsady. Mnie osobiście zawiodła ostatnia 1/3 serialu gdzie zrobiło się trochę zbyt telenowelowo i pojawiło się kilka nietrafionych wątków. Jednak serial wciąż posiadał ten magnetyzm, który nie pozwalał się od niego oderwać. Jest to po części zasługa jego specyficznej budowy. Każdy odcinek zawiera dwa wątki proceduralne, czy jak kto woli dwie misję naszej dzielnej agentki. Na początku jest dokończenie poprzedniego, w połowie chwila spokoju na obyczajowe wątki po czym druga połowa to kolejna misja, która zostaje w najciekawszym momencie przerwana. Oszukiwanie widza w taki sposób, że nie ma on tego za zła. Mimo, że serial ma na karku ponad 10 lat co w świecie telewizji to szmat czasu to i tak go polecam bo to kapitalna rozrywka. Jakby miał go przyrównać do jakieś z obecnie emitowanych serii byłoby to Person of Interest. 

OCENA 4/6

Breaking Bad S05B
Vince Gilligan tworząc osiem finałowych odcinków Breaking Bad ostatecznie potwierdził, że jego arcydzieło będzie ponadczasową historią stawianą na równi z największymi serialami, choćby z The Wire. Tylko w przeciwieństwie do serialu-eseju Davida Simona portretującego Baltimore jest to historia człowieka i jego mikroświata. Opowiada o narodzinach, dojściu do władzy, panowaniu i upadku Heisenberga oraz ewolucji zachodzącej w Walterze Whicie jak i jego bez i pośredni wpływie na bliskich. Finałowe osiem odcinków skupia się na ostatnim etapie jego życia gdy wszystko powoli się wali, a bohater z króla zmienia się w nędzarza. Wątki rozwijają się tempem charakterystycznym dla całego serialu. Nie śpiesznie acz konsekwentnie by w końcu eksplodować. Nie ma zbędnych elementów, wszystko jest mistrzowsko przemyślane od ujęć kamery i zdjęcia przez drobne detale w tle. Suspens jest umiejętnie budowany choćby pierwszą flashforwardową sceną. Wiemy, a raczej wydaje się nam, że wiemy, co będzie w finale, pytanie tylko jak do tego dojdzie. Napięcie kumuluje się z każdym odcinkiem i sięga zenitu w odcinku zatytułowanym Ozymadias, który jest pierwszym z finałowej trylogii upadku i prowadzi do satysfakcjonującego finału. Nie efektownego i zaskakującego tylko satysfakcjonującego gdzie wszystko jest na swoim miejscu i kończy tak jak powinno. Bohaterowie zostają godni pożegnani, a historia nauczyciela chemii wytwarzającego najlepsze narkotyki w historii telewizji zostaje zakończona. Ja na pewno nie czuje się zawiedziony, dostałem to czego chciałem, z napięciem obserwowałem rozwój wydarzeń i z zainteresowaniem przyglądałem się portretowi psychologicznemu Waltera. Rozumiałem go, potępiałem i przyklaskiwałem jego działaniom na przestrzeni jednego epizodu. Nie będzie to jednak postać za którą będę tęsknił bo oglądanie jej przygód było emocjonalnie wyczerpujące, ale i cholernie satysfakcjonujące. Wielu krytyków uznało, że wraz z końcem Breaking Bad ma miejsce zakończenie złotej ery telewizji. Jestem daleki od tego stwierdzenia, ale sam serial na pewno jest jednym z kluczowych dzieł popkultury XXI wieku. 

OCENA 6/6

Doctor Who S07
Matt Smith jest moim Doktorem. Darze ogromną sympatią wcielanie Tennanta i Ecclestona, ale to Jedenasty jest moim ulubieńcem. Pewnie duża zasługa tego, że sezony 1-4 obejrzałem ciurkiem przed premierą piątego, a potem z tygodnia na tydzień zasiadałem do przygód Pondów i śmiesznego człowieczka z dużym nochalem i w fezie. Dlatego siódmy sezon jest taki szczególny. Rozbity na dwa lata z trzema specialami i kilkoma mini odcinkami jest sezonem pełnym pożegnań, ale i debiutów. To w nim ostatni raz widzimy Pondów w odcinku z Dalekami na Manhattanie i finalną bitwę Doktora w miasteczku Christmas. Może i nie są to najlepsze odcinki serialu, w pewnym sensie nawet zawodzą, ale wciąż budzą mnóstwo emocji, a co bardziej rozemocjonowani będą potrzebować chusteczek. Ostatecznie jestem zadowolony z takiego końca dobrze znanych postaci. Będę za nimi tęsknił, nie dlatego, że nowi mogą nie sprostać roli, ale dlatego, że to już nie będzie Matt Smith, Karen Gillian i Arthur Darvill. Jednak ten sezon to też powitania dlatego, że w Doctor Who koniec jest zazwyczaj początkiem, a czas to "flat circle" jak skutecznie udało się nam wmówić detektywowi Cohlowi w True Detective. Pojawia się nowa towarzyszka budząca od razu sympatię, a i kilkusekundowy debiut zalicza Peter Capaldi jako Dwunasty. Historyczna koło i zwieńczenie (oraz otwarcie) kilku wątków serial zatacza podczas świętowania swojego 50 jubileuszu. Piękna rocznica, prawda? I Stephen Moffat wytacza w niej kierunek w jakim serialu podąży w przyszłych latach. Jednak fabularnie sezon jest spokojniejszy od swojego poprzednika. Jasne, dalej jest masa biegania, tajemnic, humoru i bełkoczącego Doktora, ale brakuje mu wielkiej historii. Są za to pojedyncze historię, które w całość spina wątek Clary Oswald. Trochę brakowało mi kosmicznej skali wydarzeń, ale pojedyncze historię są świetnie pomyślane i nie można narzekać na brak różnorodności. Westernowe miasteczko, statek kosmiczny z dinozaurami, łódź podwodna czy wnętrze TARDIS. Raz klimat luźniejszy, a raz poważniejszy. Jak zwykle zdarzały się i wpadki (przeciętny The Rings of Akhaten) jednak nie rzutują one na całość bo Doctor Who to dalej wspaniały serial przygodowy, który potrafi budzić emocję. Chyba, że ktoś nie trawi sci-fi, brytyjskiego humoru i popkulturowego efektu ADHD (więcej, szybciej, już, teraz). Wiele rzeczy można by zrobić lepiej, ale skoro nie czuć zawodu to po co narzekać? 

OCENA 5/6

Game of Thrones S03
Gra o Tron to serial, o którym nadzwyczaj ciężko się piszę w sezonowych podsumowaniach. Nie mają one zamkniętej całości, nie opowiadają konkretnej historii tylko dalej przedstawiają losy już dobrze znanych bohaterów lub wprowadzają nowe postacie co daje lepszy obraz szachownicy, która wciąż się rozstawia. Szkoda tylko, że przez cały sezon nie było ani jednej wyprawy na Żelazne Wyspy. Trzeci sezon to po prostu kontynuacja dobrze znanej historii dodająca kolejne cegiełki do nieśpiesznej opowieści, w której centrum są losy postaci. Jednak mimo wszystko można wyróżnić wątek przewodni sezonu. Jest to honor, próba jego utrzymania podczas wojny i w dramatycznych sytuacjach oraz konsekwencje jego porzucenia. I jak to zwykle w świecie Martina i duetu D&D można spodziewać się mnóstwa trupów lubianych i nielubianych postaci, ale to już znak markowy serialu. Serial umiejętnie modyfikuje wątki książkowe, ale miejscami przesadza i niepotrzebnie eksploatuje już dobrze ugruntowane postacie np. u Theona o kilka scen za dużo. Mimo epickiego rozmachu historii najlepiej wypadają sceny kameralne, a szermierka słowna jest równie emocjonalna co ta na miecze. Rozmowy Littelifngera z Varysem czy Oleny z Tywimem to prawdziwe perełki. Nie potrzebne są krwawe starcia by pokazać wojnę rodów, chociaż to też by się przydało, ale trzeba mieć na uwadze ograniczenia telewizji. Jako fanowi książki również serial musiał mi się podobać dlatego nie potrafię go obiektywnie oceniać. Znam historię, nie mam problemu z zapamiętywaniem dziesiątek postaci jednak dalej wyczekuje niektórych scen by zobaczyć jak aktorzy sprostają zadaniu. Bo jest to serial fenomenalnie zagrany z świetnie napisanymi postaciami. Szkoda tylko, że to dalej sezon ekspozycji, a nie efektownych wydarzeń, wciąż czuć, że niektórzy aktorzy grają w odrębnych serialach. I mam nadzieje, że kolejny sezon będzie już łączył niektóre wątki i dogoni książkę. Inne medium potrzebuje innego sposobu narracji. 

OCENA 5.5/6


White Collar S04
Dwa lata. Tyle zajęło mi obejrzenie całego, szesnastodocinkowego sezonu White Collar. To chyba nie świadczy dobrze o serialu. Niby na początku szło całkiem sprawnie, tak do dziesiątego odcinka byłem prawie na bieżąco z emisją, ale potem coś we mnie pękło. Miałem dość serialu, który od lat stoi w miejscu i boi się zaryzykować, a wszystkie zmiany okazywały się pozorne. W finale poprzedniego sezonu doszło do ucieczki Neala i zerwania jego relacji z Peterem. Tylko nim miną trzy odcinki wraca stary status quo, który jest nie do ruszenia. Wyprawa na tropikalną wyspę była odświeżająca, ale potem wrócono do znanego schematu – Neal coś kombinuje na boku, Peter mu nie ufa, a potem okazuje się, że wszyscy na tym dobrze wychodzą. I od nowa. Zabrakło też wątku wielkiej konspiracji i polowania na skarby czyli tego co tak mnie przyciągnęło podczas debiutu serialu. Zamiast tego pojawiła się osobista historia Neala, a z kapelusza wyciągnięto jego ojca, który był wcześniej kilkukrotnie wspominany. Na domiar złego przyprawiono to odrobiną polityki. I to było nudne i nużące, oglądane już w wielu innych serialach gdzie zrobiono to w lepszy sposób. Również sprawy nie zachwycały. Często odchodziły od typowych związanych z dziełami sztuki i fałszerstwem, brakowało też wyszukanych przekrętów, a sprawy zbyt często kończyły się improwizacją Neala, która nie miała prawa budzić napięcia. Dobrze, że przynajmniej występami gościnnymi znanych aktorów obrodziło. Dalej to były tylko pojedyncze, ewentualnie dwukrotne występy (nie licząc tatusia Caffreya), ale dobrze było zobaczyć Titusa Wellivera, Mie Maestro, Laure Vandervoort, Rebecce Mader czy ponownie Glorie Votsis jako Alex Hunter. Już mniej fajne było wyrzucenie Hilarie Burton z głównej obsady i zaledwie kilka występów jej Sary Ellis. Cztery odcinki to zdecydowanie za mało tym bardziej, że jej postać niesamowicie dobrze wpływała na dynamikę serialu. Ostatecznie przez cały sezon kilka razy się pośmiałem, spędziłem kilka udanych godzin, ale też kilka mnie wymęczyło brakiem polotu i pomysłu. W tym sezonie White Collar potwierdziło też jedną rzecz – jest to mało ambitny procedural, który zjada swój ogon. Czasem można się dobrze bawić, ale lepiej znaleźć coś innego. Całkiem możliwe, że piąty sezon byłby lepszy bo z tego co widzę w miarę regularnie pojawiają się dwie nowe postacie (Mark Sheppard!) ale nie mam zbytnio ochoty by sprawdzić to empirycznie. Odkładam dalszą przygodę z serialem na świętego nigdy.

OCENA 3.5/6 

KSIĄŻKI

"Dziedzictwo IV: Dziedzictwo" - Christopher Paolini  
Gdyby nie wygranie pierwszej książki z cyklu Dziedzictwo w okolicach premiery filmu Eragon pewnie nigdy bym nie sięgnął po ten tytuł. Jednak stało się, a nie lubię zostawiać niedokończonych spraw więc nadrabiam ostatnią część tetralogii. Nie miałem oczekiwań więc się nie zawiodłem. Książka jest przeciętna i tyle, kiedyś by mi się bardziej podobała, ale teraz mam większe wymagania od literatury fantastycznej. Najsłabiej wypada główny bohater, a to rzutuje na całość. Jest porywczy, nie zasługuje na swoją pozycję i razi infantylizmem (zresztą jak cała książka). Nie można go polubić, a tym bardziej kibicować w walce o ocalenie krainy. Autor niby próbował przedstawić jego ewolucję, ale jest to raczej kosmetyczny wątek. O wiele lepsze są rozdziały poświęcone Ronanowi, Nasuadzie i Murthagowi. Mają dużo ciekawszą historię, do wszystkiego musieli dojść sami lub doświadczyli prawdziwie tragicznych wydarzeń. Ich los podczas czytania nie był dla mnie obojętny i wyczekiwałem stron o nich. Dlatego tak bardzo irytowało mnie, że nagle znikają na kilkaset stron, a zamiast tego są przeraźliwie nudne i nic nie wnoszące opisy wszystkiego i niczego. Spokojnie można by odchudzić książkę o spory kawałek tekstu i nic by na tym nie straciła. Miałem też poważny problem z brakiem uczucia skali wydarzeń. Na cztery wielkie bitwy raptem jedna została opisana z większym rozmachem, ale i tak oczekiwałem więcej. David Webber czy Glen Cook potrafią wytworzyć wrażenie epickiej bitwy, a tu tego nie było. Raptem kilka potyczek w określonych miejscach. Niby sam Eragon i Arya zabijają setki żołnierzy, ale co z tego skoro jesteśmy o tym informowani na końcu po przedstawieniu kilku potyczek. Zero ruchów wojsk i przemyślanych taktyk. O uczuciach pojedynczego żołnierza czy drugiej strony można zapomnieć. Jednak największy problem mam z gigantyczną deus ex machiną. W jednej chwili zdesperowany bohater skazany na klęskę w drugiej heros mogący uratować krainę. Ostatnia potyczka również nie była w pełni satysfakcjonująca. Tak jak ok. 100 stronicowy epilog. Tak jak rozszerzony Powrót Króla tak i finał Dziedzictwa nie chciał się skończyć. Tylko o ile u Jacksona te dodatkowe zakończenia rzeczywiście domykały wątki tak tutaj było to niepotrzebne przedłużanie i rozważania o niczym. Jakby była ostateczna konkluzja lub coś na wzór epilogu z Harrego Pottera bym zrozumiał, ale tutaj furtka jest zbyt szeroko otwarta i opowieść się nie skończyła. Jak sam Paolini mówił w wywiadach - powrót do Alagaesi jest pewny. Jednak mimo wszystko szybko się to czytało. Język jest prosty, tempo na początku szybkie i wciąż ma się (niespełnioną) nadzieje, że będzie lepiej i stanie się coś zaskakującego. Piąty tom lub spin-off przeczytam, ale nie oczekuje po nim nic wielkiego. 

OCENA 3.5/6

"Cykl WWW III: Major" – Marcin Ciszewski
Do książki podchodziłem z pewną doza zainteresowania, ale i obaw. Poprzednie dwie części cyklu lubię i bardzo chciałem się dowiedzieć co działo się z majorem Wojtyńskim podczas okupacji, ale podświadomie sądziłem, że czeka mnie rozczarowanie bo to spin-off głównej serii bez bohaterów które polubiłem. Po lekturze mogę jednak stwierdzić, że Ciszewski nieźle wywiązał się z swojego obowiązku i znowu napisał lekką książkę, którą szybko się czyta, ma dużo scen akcji, ale też potrafi zaskoczyć gdy pozornie mdłe i nudne wątki przeradzają się w coś zaskakującego. Przygody żołnierzy Pierwszego Samodzielnego Batalionu Rozpoznawczego w Warszawie czyta się z niekłamaną przyjemnością przy czym najlepsze jest obserwowanie tego jak wpływają na historię, wyciągają wnioski z kart podręczników i ku chwalę ojczyzny desperacko walczą o wolną Polskę. Prócz tego są też zwykłe ludzkie dramaty, próba odnalezienie się pojedynczych żołnierzy w latach czterdziestych i problemy z tego wynikające. Może nie ma tutaj tak charakterystycznych postaci jak w poprzednich częściach, brakuje trochę Grobickiego i jego ekipy oficerów, ale obecni są wystarczającym substytutem. Mimo ogólnie pozytywnych wrażeń to na początku trochę książka mnie rozczarowała. Pierwsza połowa to raczej powolna ekspozycja, wprowadzanie kolejnych postaci i graczy, zarysowanie tła i prowadzenie wydawałoby się pobocznych wątków. Momentami potrafi znudzić i trochę zbyt długo się ciągnie. Jednak gdy wszyscy gracze zostaną przedstawieni (sowieci, Niemcy, Amerykanie, uczestnicy Powstania w getcie i Polacy) i zacznie się przysłowiowa akcja od książki nie można się oderwać. Może w porównaniu do Kampanii Wrześniowej czy Powstania Warszawskiego potyczki tutaj nie są tak spektakularne, ale zostały równie dynamicznie i emocjonalnie rozpisane, czuć dramatyzm sytuacji i widać włos na którym wisi życie bohaterów. A scena gdzie powstańcy z getta robią użytek z działka z Mi-24 robi wrażenie. Szkoda tylko, że Ciszewski postanowił skupić się na zaledwie 3 dniach życia w konspiracji i od czasu do czasu przedstawiać przeszłe wydarzenia jak choćby szkolenie rekrutów czy zamach na Hansa Franka. Osobiście trochę żałuje, że nie obejmuje ona dłuższego okresu czasu, dokładnego przedstawienia działalności Wojtyńskiego i resztek Batalionu. Wolałbym przeżywać z nimi adaptacje do nowych warunków niż ponownie słyszeć opowieść jak się przystosowali do nowych realiów. Większość wydarzeń i postaci jest dobrze znanych z www.1944.waw, dobrze wiadomo kto zginie, a kto przeżyję więc pod pewnymi względami książka nie ma prawa zaskoczyć. Na szczęście jest jeden wątek, który będzie rzutował na www.ru2012.pl. Wprowadzono na scenę radziecki wywiad, wplątano ich w aferę podróży w czasie i z pewnością wróci to w kolejnej książce, w końcu nie bez przyczyny nazywa się tak jak nazywa. Jeśli ktoś jeszcze nie miał styczności z Ciszewskim to polecam spróbować. Ja na pewno na jego cyklu WWW nie skończę i zabiorę się za „serię klimatyczną”.

OCENA 4/6

"Honor Harrington XIII: Zwiastun Burzy" - David Weber
Główny cykl o przygodach Honor Harrington i Królestwie Manticore miał swoje lepsze i gorsze chwile, ale jeszcze nigdy nie byłem tak bardzo rozczarowany jak tym tomem. Przede wszystkim Zwiastun Burzy powinien być zaliczany do spin-offów, a nie głównego cyklu. Rola Honor jest zaledwie drugoplanowa i nie odgrywa ona wielkiego udziału w działaniach wojennych, a najważniejsze wydarzenia dzieją się z dala od niej i nie ciekawią. Brakowało mi też spektakularnych bitew, które budzą emocję, zamiast tego było kilka przeciętnych starć. Jednak mimo wszystko dalej szybko się to czyta, ale raczej z powodu zaufania do autora niż z powodu chęci poznawania fabuły, o której szybko się zapomina po lekturze. Brakowało też mniej lub bardziej zamkniętej historii. Lepiej przedstawiono Ligę Solarną, wprowadzone kilka bohaterów z nią powiązanych, ale daleko im do tych dobrze znanych. Od książki biła głównie przeciętność i irytacja. Brakowało mi też sporo informacji by mieć pełny obraz. Chyba najwyższy czas nadrobić poboczne serię i tomiki opowiadań. Gorzej nie powinno być bo Weber nie schodzi poniżej pewnego poziomu.

OCENA 3/6


"Worlds of Honor I: Więcej niż Honor" – David Weber, David Drake, S.M. Stirling
Przeczytanie niemal całego głównego cyklu Honor Harrington trochę mnie wymęczyło i musiałem zrobić sobie dłuższą przerwę. Impulsem do powrotu był marnej jakości komiks od Top Cow kładący fundamenty pod nowy kierunek rozwoju świata (połączone ze sobą komiksy, filmy, gry). Ja jednak preferuje pod tym względem pierwotne medium i zabrałem się za nadrabianie pobocznych książek. Na pierwszy ogień poszedł zbiór trzech opowiadań Więcej niż Honor. Już nazwa wskazuje, że dobrze znana kapitan nie będzie tutaj odgrywać głównej roli. Jakże wielkie było moje zdziwienie gdy nie została nawet wspomniana. Wystarczyłoby mi gdyby raz czy dwa pojawiło się jej imię jako mrugnięciem okiem do fanów. Niestety nic z tego. Mimo wszystko książka nie dzieje się na uboczu uniwersum, a korzysta z ledwie wspominanych postaci i wydarzeń. Bohaterką pierwszego pisanego przez Webera i zarazem najlepszego opowiadania jest praprababka Honor. Stephanie Harrington nie raz była wzmiankowana jako pierwsza przedstawicielka rasy ludzkiej, która nawiązała kontakt z treecatami podczas początkowej fazy kolonizacji Spinxa. I o tym właśnie jest Piękna przyjaźń. Przedstawienie sympatycznej bohaterki, kilka fragmentów z perspektywy treecata (specyficzne opisowe słownictwo) i zaskakująco emocjonalny finał. Więź z bohaterami jest szybko nawiązywana i ma się ochotę na więcej. Wiele nowej wiedzy o świecie opowieść nie wniosła, ale to akurat moja wina. Jeśli ktoś będzie czytał książki Webera zgodnie z chronologią wydania dowie się kilku nowych faktów o społeczeństwie pobratymców Nimitza. Co istotne po lekturze stwierdziłem, że jednak dam szansę trylogii young-adult z Stephanie. Trzecie opowiadanie jest o tym jak Esther McQueen ocaliła Komitet, Roberta Pierra i całą Ludową Republikę Haven podczas próby przewrotu stanu. Wydarzenie to zostało ledwie wspomniane w serii, ale niosło za sobą istotne implikację. Tutaj mamy jego dokładny opis i jedyne prawdziwie militarne fragmenty bo gros czasu jest poświęcony walką na ulicach miasta i orbicie planety. Akcja pędzi do przodu, jest dynamicznie, ale też przeciętnie. Stirling to nie Weber, nie ma w tym wiele emocji i błyskotliwości, a postacie są zaledwie zadawalająco przedstawione. Opowieść też nie ma prawa zaskoczyć bo wynik starć jest znany. Zaledwie poprawna historia. Jednak to dużo więcej niż serwuje druga historia tomiku autorstwa Davida Drake’a, którą opiszę na końcu. Zaczyna się dobrze bo od wyprawy badawczej na planety z artefaktami pozaziemskiej cywilizacji Alphan. Intrygujący pomysł rozwinięcia wątku obcych w cyklu był tylko pretekstem dla miałkiej historii o obowiązku. Kompletny chaos, karykaturalne postacie, naciąganie wątków i nieprawdopodobne zbiegi okoliczności. Opowieść nie wie czym chce być, a jej akcenty są źle rozłożone. Jej lektura nie daje grama satysfakcji. Nie dziwię się czemu została umieszczona między dwiema dobrymi historiami. Ostatnie 20% książki to kompendium śwaita. Uporządkowanie wiadomości o najważniejszych sojuszach, planetach, działaniu technologii służącej do podróży kosmicznej (krytyczne stężenie technobełkotu), krótkie streszczenie historii świata po diasporze i mało ciekawy dodatek o liczeniu czasu w Królestwie Manticore. Czyta się to trochę jak notatki od dobrej koleżanki z wykładu, na który się uczęszczało w poniedziałki o 8 rano. Kojarzy się fakty, ale teraz są bardziej zrozumiałe i w przejrzystej formie. Szkoda, że nie skupiono się tylko na jednym elemencie choćby historii po diasporze w jakieś przystępnej formie np. w postaci artykułów jakiegoś wymyślonego profesora lub. Lub wycinki z gazet przybliżające nastroje społeczne podczas wojny Manticore z Haven. Jak oceniam całość? Jako miły, ale niewiele wnoszący dodatek. Po jednym dobrym, średnim i ciężkostrawnym opowiadaniu plus dodatek, którego czytanie może męczyć, ale też rozjaśnić kilka rzeczy. Tak więc ocena jak dla dzieła, które nie może się zdecydować czy chcę być dobre czy złe.

OCENA 3.5/6 

KOMIKSY


Velvet vol. 1: Before the Living End - Ed Brubaker, Steve Epting
Velvet to taka typowa opowieść szpiegowska. Jest wielka konspiracja, agencji zmieniający strony, tajne organizacje i powolne odkrywanie prawdy. Seria posiada też szybkie samochody, piękne kobiety, działanie pod przykrywką i trochę strzelania i walki wręcz plus zabawa gadżetami. Jednak jest mały szkopuł. Następuje odwrócenie schematu i zamiast kobiety jako ozdobnika jest ona główną bohaterką. Jej postać została bardzo dobrze nakreślona, przedstawiona w kilku przedziałach czasowych od lat młodzieńczych podczas wojny, akcję w terenie po ostatni etap kariery czyli pracę za biurkiem, a potem powrót do starej roli na skutek spisku i wpakowania się w samo centrum wydarzeń. Widać, że bohaterka przeszła wiele, jej przeszłość na nią wpływa i powoduje częste refleksję co jest fajne bo zwiększa wrażenie, że ma się doczynienia z prawdziwą kobietą. Klimat i złożoność opowieści bardziej przypomina Tinker Tailor Soldier Spy niż proste opowiastki z Jamesem Bondem. Strasznie spodobały mi się też rysunki i wyczucie Eptinga. Umiejętnie używał czerni, często z nią przesadzając co miało podkreślić mroczny klimat komiksu. Do tego pomysłowe kadrowanie niektórych dynamicznych scen sprawiało, że przyjemność z lektury była jeszcze większa. Co ważne mimo, że głównym bohaterem jest kobieta i zdarzało się, że była pokazywana nago nie była seksualizowana. Widać, że najlepsza lata ma za sobą, a jej twarz jest poorana zmarszczkami. Mimo, że klimat był przedni, podobało mi się snucie historii Velvet to mam nadzieje, że Brubaker zamknie całą serię w 20 - 30 numerach i nie będzie jej zbytnio przedłużał. Wydaje mi się też, że z uwagi na ilość wątków lepszym rozwiązaniem jest czytanie wydań zbiorczych niż pojedynczych numerów co miesiąc bo szybko można się pogubić. Po drugi tom sięgnę na pewno bo lubię takie nieśpieszne historię skupiające się na skomplikowanych bohaterach.

OCENA 4.5/6