Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Doctor Who. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Doctor Who. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 września 2014

Serialowe podsumowanie tygodnia #102 [08.09.2014 - 14.09.2014]

Ten tydzień dał jedną premierę i jedno pożegnanie. Zaskoczenie i rozczarowanie. Odwrotnie niż się spodziewałem. Po zaledwie dobrym sezonie Teen Wolf liczyłem na finał, który wyjaśni nieścisłości i pozamyka niektóre wątki. Nic z tego, serial kompletnie minął się z moimi oczekiwaniami i dostałem najgorszy odcinek od czasu pierwszego sezonu, który był wieki temu. Tym gorzej, że uczucie rozczarowania pozostanie do premiery następnego sezonu. Na przeciwnym biegunie jest Z Nation. Serial po którym niczego się nie spodziewałem, a dostałem całkiem zabawną produkcję, która jest pełna wad i przez to taka urocza. Jeśli twórcy świadomie przekuli swoje ograniczenia w zalety jestem pełen nadziei na przyszłość. Jeśli to był przypadek nich trwa jak najdłużej.

W tym tygodniu nie udało mi się obejrzeć powrotu Sons of Anarchy. Trochę mnie to martwi bo im dłużej będę z tym zwlekał tym większe jest prawdopodobieństwo, że zaniedbam sezon. Przy tym serialu to nie wypada. House, Dexter i True Blood sobie odpuściłem w ich ostatnim roku, ale SAMCRO na to nie zasługuje bo jest lepsze od tej trójki razem wziętej. Co zresztą nie jest wielkim wyczynem. Miałem też problem z nowym Doctorem dlatego trzeci odcinek widziałem po premierze czwartego. Dużo mieszanych uczuć. Głównie pozytywne wrażenia, ale chochlik z tyłu głowy nie daje mi spokoju i wmawia, że coś jest nie tak. Najgorsze, że są to zastrzeżenia, których nie potrafię zwerbalizować.

Powoli acz konsekwentnie nadrabiam Power Rangers. Znajomi się trochę ze mnie podśmiechują, a ja się śmieje z nich. Biedacy nie wiedzą co tracą. W tym tygodniu powinienem nareszcie zobaczyć debiut Tommy'ego. Plan jest by obejrzeć pięcioodcinkowy story arc, ale wszyscy wiedzą jak to jest z planami. Tym bardziej, że przez następne dwa tygodnie będę miał dla siebie miej czasu niż zwykle. Jednak jest jedna rzecz, którą chcę zrobić - dalszy ciąg sezonowych podsumowań i przyglądanie się nowością. Odłożyłem to specjalnie na ostatni tydzień gdy będzie wystarczająca ilość informacji o premierach. Notka o serialach FOXa w środę. Dobra, słowo się rzekło więc musi być.

Co w świecie serialowym piszczało przez ostatnie dni? Niewiele interesujących rzeczy. Trwają pracę nad kolejnymi serialami. Pierwszym z nich jest odcinkowa wizja Raportu mniejszości. Idealny pomysł na procedural. Spielberg ma być producentem co naturalnie nic nie znaczy, a wręcz napawa obawami. Szkoda czasu na gdybanie. Druga pozycja to kolejna adaptacja komiksu od DC. Tym razem TNT opowie o Teen Titans pod przywództwem Dicka Graysona. Niedługo każda stacja telewizyjna będzie miała własny serial z dwuliterowym logiem amerykańskiego wydawnictwa. Pilot jeszcze nie został zamówiony, ale są na to duże szanse. Ja już czuje delikatny przesyt. Wciąż pragnę serialu w świecie Harryego Pottera. Najlepiej teen drama od The CW dziejąca się w kinowym uniwersum.

Podobno trwają też pracę nad kontynuacją Świata według Bunduch. Czy tam spin-offu. Już mniejsza o nazewnictwo. Głównym bohaterem miałby być Bud, którego grał ponad 20 lat temu Dave Faustino. I jakoś nie chcę mi się wierzyć, że FOX dałby własny serial aktorowi, który zajmuje się głównie podkładaniem głosów. Niech lepiej trup zostanie tam gdzie jego miejsce i gnije sobie w spokoju.

I na koniec jeszcze dwa newsy. Zakończenie Nurse Jackie na siódmym sezonie mnie nie rusza. Ruszyło mnie info od Bryana Fullera, że  Gillian Anderson będzie w regularnej obsadzie trzeciego sezonu Hannibala. Mam dreszcze na samą myśl o jej scenach z Madsem Mikkelsenem.

SPOILERY

Doctor Who S08E03 Robot of Sherwood
- po średnim poprzednim epizodzie jakoś nie mogłem się zabrać za ten. Trochę to też wynika z tego, że jeszcze nie jestem do końca przekonany do Petera Capaldi. Po tym odcinku wciąż mam z nim problem, który ciężko mi sprecyzować, ale doskonale się bawiłem oglądając przygody Doktora w Sherwood. 
- odcinek był z kategorii tych lekkich i zabawnych gdzie fabuła schodziła na drugi plan i liczyła się przygoda. Zupełnie nie przeszkodziło mi ponowne użycie motywu z Promise Land czy zniszczenie statku kosmicznego złotą strzałą. W pełni wynagrodził mi to Robin Hood. Może niektóre sceny zbyt przesłodzony i można było się zgodzić z Doktorem co do irytującego śmiechu, ale taki turniej łuczniczy, walkę na moście przy pomocy łyżki (od razu przypomina się stary Robin Hood i dialog o wyrywaniu serca łyżką) czy pojmani bohaterowie w lochach dali mi mnóstwo satysfakcji. 
- wisienką na torcie odcinka była ostatnia rozmowa Robina z Doktorem o postaciach z legend. Scenarzyści pokazali tutaj pazur. 

OCENA 4.5/6

Power Rangers S01E14 Foul Play in the Sky
- to był dobry odcinek. Okazałby się lepszy gdy całość została poświęcona Kim. Bez monstera do pokonania, tylko jej problemy w samolocie i próba przetrwania. To by lepiej pokazało jej charakter. Bez pomocy Zordona musiałaby uratować siebie i Mięśniaka z Czachą. Dlatego trochę szkoda, że dostała pomoc z Command Center, a potem musiała skopać tyłki kilku kitowcą i Snizzarda. Swoją drogą fajny zabieg w tym odcinku. Kim, która pilotuje Pterodaktyla musiała w ekspresowym tempie nauczyć się latać samolotem. Gdyby to był współczesny serial po czymś takim powinna dostać traumy co by wpłynęło na jej postawę jako Ranger. Tak pewnie to nawet nie zostanie wspomniane. 
- jeszcze niedawno pisałem o braku romansów i nastoletnich przyjaźniach w serialu, a tu kolejny odcinek z wątkiem miłosnym. Po Billym przyszedł czas na Zacka. Jego zaloty są nieudolne i nudne i mam nadzieje, że to się szybko skończy.
- Mięsniak i Czacha dalej robią za element komediowy. Ich mdlenie było komiczne, ale miałem nadzieje na trochę fajnych scen z Kim jak już byli razem w tym samolocie.

OCENA 3.5/6

Power Rangers S01E15 Dark Warrior
- widzę nazwę odcinka i myślę sobie, że to będzie dobre. Tytuł zobowiązuje. Prosty, treściwy i budzący lęk. Pokłońcie się przed Dark Warriorem! Tyle, że nie. Podobał mi się jego design, skromny i bez udziwnień, ale potem rozczarował. Nie był wielkim zagrożeniem, kolejny potwór do pokonania. Szkoda liczyłem na poważne kłopoty Rangersów, a tu znowu nic z tego.
- jednak w warstwie obyczajowej było dużo lepiej. Billy dołącza do szkoły karate, spotyka się z sympatycznym wujkiem Trini, a w tle przewija się zaczarowany sok na niewidzialność. Jest przyjemnie, dobrze się to ogląda i tyle.
- najlepsza w odcinku była walka z kitowcami. Choreografia jest coraz lepsza, bohaterowie już nie uciekają przed starciem, a stawiają czołu niebezpieczeństwu i to kitowcy sromotnie przegrywają. Jeszcze tylko by poprawili starcia zordów.

OCENA 3/6

Teen Wolf S04E12 Smoke and Mirrors
- to było rozczarowujące. W poprzednich odcinkach nie przeszkadzały mi niedopowiedzenia w wątku z hit listą, Meredith, babcią Lydii oraz sojuszem Petera i Kate. Sądziłem, że to wszystko się zazębi i najważniejsze rzeczy zostaną wytłumaczone w finale przez co historia okaże się zaskakująco spójna. Jakże się rozczarowałem! Twórcy serialu chyba tak zostali uszczęśliwieni przedłużeniem na wydłużony sezon, że zapomnieli jak się piszę historię. Jeden sezon powinien stanowić pod pewnymi względami pewną całość, mieć trzy akty i zakończenie. Tutaj zaczęło się dobrze, że doszło do pewnego rozmycia pod koniec. Urwano wątki, przeskoczono na następne, część niespodziewanie zamkniętą i wyszedł jeden wielki i niespójny chaos. Nawet nie wykorzystano dodatkowych 10 minut odcinka. Złośliwie napisze, że został on wydłużony z powodu nagromadzenia miernych scen w slow-mo.
- przeszkadzała mi konstrukcja sezonu, przeszkadza mi konstrukcja odcinka. Dalej podobały mi się niektóre sceny, dobrze było się spotkać z ulubionymi bohaterami i pośmiać, ale scenariusz leżał i kwiczał.Dużo biegania, mało przewidywalne, po sznureczku i jak coś miało zaskoczyć to okazało się wielkim rozczarowaniem. Wybitnie nie było pomysłu jak dokończyć wątek Kate i Berserkerów i jak otworzyć nowe wątki. Do tego dużo nudnego biegania i nielogicznego zachowania postaci. Tak, gdy Lydia nie odzywa się przed ważną wyprawą na pewno nic się nie dzieje. Przecież to Beacon Hill.
- jednak najbardziej przeszkadzało mi co zrobiono z postaciami szczególnie Scottem.Nałożenie mu maski Berserkera było dobrym pomysłem. Można było przez to wywołać jakieś emocję i sprawić, że finałowe starcie nie będzie obojętne. Nic z tego. Jego przemiana robiła za tło, a wątek rozwiązano dzięki power of love. Zbyt chciano pokazać jak bardzo jest to zajebista postać i użyta deus ex machiny. Nie pierwszej i nie ostatniej w tym odcinku. Ot Liam sprzedaje ckliwą bajeczkę, a Scott się przebudza zyskując power upa. Po co droga bohatera do wielkości skoro można to załatwić magiczną ewolucją.
- a skoro mowa o magicznej ewolucji - Derek też zyskał upgrejda. Niesamowicie mi to nie pasuje. W jednej chwili umiera, a w drugiej niemalże pstryknięciem palców rozsadza pieska Kate. Po co więc było zamieniać go w człowieka przez cały sezon? Żeby wrócił jeszcze lepszy i potężniejszy. Mam nadzieje, że posiadanie dwóch tak potężnych wilkołaków w Beacon Hill jakoś wpłynie na następny sezon bo inaczej będzie to zupełnie bez sensu.
- mógłbym wymienić jeszcze kilka rzeczy, które mnie rozczarowały, ale nie będę się tak pastwił nad serialem, który bardzo lubię. Jednak o cliffhangerze napisać muszę. Peter ląduję w Eechen House w jednej celi z trójokim. I to byłaby dobra scena, jeśli zaakceptuje się dwuosobowe apartamenty na zamkniętym oddziale, ale dużo większa siłę miałaby gdyby wcześniej Deaton nie zajrzał w trzecie oko. To była nudna powtórka zamiast szokującego zakończenia. Mam teraz nadzieje, że następny sezon obędzie się bez Petera, ewentualnie jakieś odwiedziny córeczki. Za dużo go, przejadł się i czekam na świeże pomysły, a nie recykling starych.
- w odcinku strasznie podobały mi się dwie rzeczy. Manipulacja Petera mówiącego jacy to Berserkerzy są straszni i trzeba ich zabić pokazała jaki jest dwulicowy, nawet był w stanie zaryzykować życiem córki i siostrzeńca. Druga rzecz to Stiles mówiący o karbonicie, a Malia i Liam patrzą na niego z wyczekiwaniem skąd to wziąć.

OCENA 3/6

Z Nation S01E01 Puppies and Kittens 
-  oczekiwałem po tym serialu zombie apokalipsy w mniej poważnym wydaniu niż w The Waking Dead i to właśnie dostałem. Ten serial jest głupiutki, niczym filmy kategorii C o walkach wielkich potworów. Ma fatalne aktorstwo, jest przeszarżowany pod wieloma względami, scenariusz jest komiczny, logika poszła się kochać, a jakoś efektów czy samego obrazu pozostawia wiele do życzenia. I mi się to podoba. Zupełne przeciwieństwo tego co mamy teraz w telewizji. Zamiast traktowanie z śmiertelną powagą tematu to bawienie się konwencją. Nie dramat bohaterów, a akcja. Nie wiem ile dam radę to oglądać, całkiem możliwe, że niedługo zacznie mnie irytować. Na razie jednak daje szansę i przez te kilka odcinków powinienem się dobrze bawić śmiejąc się z dziwnych pomysłów, "gry" aktorskiej i dziwacznych fabularnych zabiegów. Ten serial nie traktuje się na poważnie i choćby dlatego warto go sprawdzić. 
- mimo tej widocznej inności było kilka rzeczy, które mi się spodobały. Umiejscowienie akcji w konkretnym momencie w przyszłości, nowy kalendarz liczący lata od wybuchu epidemii, misja o globalnym znaczeniu i poczucie globalnej skali wydarzeń. Nawet jeśli ma to być niskobudżetowa opowieść to niech chociaż utrzyma poczucie skali, które tak bardzo sobie cenie. Fabularnie pewnie będzie to serial drogi, ale to też mnie cieszy. Chciałbym by jak najbardziej różnił się od The Walking Dead. 
- w pilocie były też zaskoczenia, a to dobrze rokuje na przyszłość. Zombie niemowlak? W tym miejscu już byłem kompletnie kupiony. Polowanie na zombie niemowlaka i aroganckie onlinery dzielnego żołnierza? Chwilo trwaj! A końcówka mnie zupełnie zaskoczyła. 
- bohaterowie na razie są. Nie są to skomplikowane charaktery, mają kilka cech rozpoznawczych, ale są przerysowani co mi się znowu podoba. Na jakieś skomplikowane ewolucję charakterów nie ma co liczyć, ale ogromnie jestem ciekaw jak zostaną poprowadzeni. Chcę od nich rozrywki, efektownego rozbijania zombiaków, a nie dramatów i wszystko wskazuje, że to właśnie dostanę. 

OCENA 4/6

poniedziałek, 8 września 2014

Serialowe podsumowanie tygodnia #101 [01.09.2014 - 07.09.2014]

Sezon się zbliża. Niby banalne stwierdzenie, wszyscy zainteresowani telewizją o tym wiedzą, ale nie zmienia to faktu, że już się nie mogę doczekać. Niemalże odliczam każdy kolejny dzień, ciesze się z każdej oderwanej kartki od kalendarza i marzy mi się by już położyć łapki na nowościach i wielce oczekiwanych powrotach. Przy całym tym entuzjazmie jestem pełen obaw. Nie o jakość bo wiadomo, że z tym będzie różnie, a o czas. Wakacje to dość spokojny okres, bez pośpiechu można oglądać seriale nie robiąc sobie zbyt dużych zaległości. To też moment na filmy, książki, gry czy komiksy. Jednak od 21 września większość wolnego czasu będą pożerały seriale. I tak do połowy grudnia i świątecznej przerwy. Przeraża mnie to tym bardziej, że wraz z wiekiem doba ma irytującą właściwość kurczenia się. Liczę, że przynajmniej 15 odcinków tygodniowo uda się obejrzeć, a gdy nie będzie się udawać skróci się czas na sen. Podobno 5h wystarczy do normalnego funkcjonowania. 

Od dłuższego czasu coraz mniej uwagi przykładam do newsów. Jasne, przeglądam Feedly, jestem na bieżąco z wydarzeniami, ale czytam głównie nagłówki. Powody są dwa. Główny to spoilery. W wakacje trzeba z nich korzystać by jakoś dociągnąć do nowe, pełnoprawnej dawki. Jednak delikatnie, jedynie jakieś wywiady i zwiastuny sezonów. Potem się odcinam od trailerów kolejnych odcinków, ewentualnie podczas dłuższej przerwy coś tam obejrzę. Bo jak tu wytrzymać gdy był jakiś ogromny cliffhanger?! Drugi powód jest bardziej prozaiczny. Powtarzalność i dezinformacja. To pierwsze ostatnio rzuciło mi się w oczy podczas kolejnych newsów o Daredevilu. W ciągu ostatniego miesiąca były oddzielne wiadomości dotyczące bardziej dojrzałego podejścia niż w innych Marvelowych produkcjach oraz o połączeniu sił bohaterów w The Defnders. I wszystko ok, gdyby nie było to wiadome od czasu pierwszych informacji o serialu. W takich momentach zadaje sobie pytanie - po co na bieżąco śledzić kolejne nowinki skoro równie dobrze można raz na miesiąc zrobić szybki przegląd. Tylko wtedy miałbym wrażenie, że coś mi umyka, a tego bym nie zniósł. Jednak miałem napisać o dezinformacji. W mijającym tygodniu spadła bomba, że piąty sezon Gry o Tron będzie bez Hodora co prowadziło do konkluzji w postaci braku wątku Brana. Parę dni później natomiast okazało się, że jednak Bran będzie i ciśnienie opadło. Zupełnie niepotrzebna afera, która miała na celu zwiększenie ilości klików na stronach co ostatnio jest smutnym standardem. Dziwne, że tak mało portale internetowe piszą o porno. W końcu nic nie ma takiej oglądalności w internecie jak niemieckie fikołki. Dobra żartowałem tzn. żartem było moje dziwienie się. Na Hataku niedawno pojawił się spis porno parodii sci-fi/fantasy i kilka artykułów z okazji 1 września. A kliki lecą. Klik, klik, klik.

Co takiego mam dla was w tym tygodniu prócz standardowego zbioru zamówień, anulowań i zwiastunów? Dwie wiadomości dużego kalibru. HBO przygotowuje The Wire w wersji HD. Tak, jeden z najlepszych seriali w historii telewizji nareszcie dostanie wersję na jaką zasługuje. Ja jednak cicho liczę, że stacja zostanie przy formacie 4:3 zamiast dostosować obraz do 16:9. Taka była intencja Davida Simona i wydaje mi się, że to najlepsze proporcje obrazu dla tego serialowego reportażu z Baltimore. Na zachętę zwiastun. Bez scen, same głosy co tylko zaostrza apetyt.  Może wyjdę na bluźniercę, ale w tym samym akapicie napiszę jeszcze o Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D.. Okazało się, że w pilocie wystąpi Hayley Atwell. Brawa dla ABC/Disney'a za teasowanie w ten sposób Agent Carter. Trochę się martwiłem, że serial dziejący się podczas zimnej wojny będzie zbytnio oderwany od uniwersum, ale jak widać głowy zarządzające uniwersum mają plan. Oby tylko w tym roku Avengers 2 nie zaszkodziło S.H.I.E.L.D. tak jak niemożność ujawnienia wielkiej tajemnicy z Winter Soldier w premierowej serii Agentów.

Skromną kolumnę z nekrologami i narodzinami otwiera Gang Related czyli kolejna ofiara FOX. Jeśli miałbym jakoś spersonifikować tą stację byłby to Rzeźnik z Diablo krzycząc "Ahhh, freash meat!". Drugą ofiarą, ale też szczęśliwcem jest Hemlock Grove. Szczęśliwcem bo mimo anulowania historia zostanie zakończona w trzeciej serii. Serialem który dostał zamówienie jest serial towarzyszący dla The Walking Dead. Czyli coś o czym wiedzieliśmy, ale musiał to powiedzieć ktoś ważny byśmy mogli się tym znowu ekscytować. Jeśli miałbym obstawiać datę premiery powiedziałbym początek 2016 roku. Chciałbym by serial był emitowany już w wakacje, ale raczej wypełni on lukę w przerwie między jedną, a drugą połową 6 sezonu serialu matki. Chciałbym akcję w dużym mieście lub Europie. Na konkrety przyjdzie jeszcze poczekać. 

Uzbierało się trochę zwiastunów więc niecierpliwych zapraszam do lektury:
- druga zapowiedź Z Nation, która trochę straciła w moich oczach, ale oczywiście sprawdzę. Opinia prawdopodobnie w następnym numerze mojej cotygodniowej gazetki.
- pierwsze promo Sons of Liberty czyli miniserialu od History o narodzinach strażników teksasu. Spodziewałem się czegoś kameralnego, a tu szykuje się niezłe widowisko. Szkoda, że w gościnnej roli nie będzie Chucka Norrisa.
- minutowy teaser America Horror Story: Freak Show. Zapowiedzi tego serialu lubię, ale oglądać jeszcze nie oglądałem. Boję się. Dosłownie.
- 30 sekund z Marvels' Agents of S.H.I.E.L.D.. To będzie dobry sezon. Musi być.
- aż 1,5 minuty z nowego Arrow. Wygląda ok, ale za duży mam uraz do tego serialu by się nim jeszcze ekscytować. Chyba bardziej czekam na pilot The Flash.
- na deser zapowiedź The Good Wife czyli jednego z najlepszych seriali ogólnodostępnych stacji. Trzy słowa - Florrick, Agos & Lockhart!

SPOILERY
 
Doctor Who S08E02 Into the Dalek
- niby odcinek się przyjemnie oglądało, szybko zleciał i był przyzwoity pod względem momentów do pośmiania się i poważnych oraz efektów specjalnych tak czegoś mi w nim brakowało i sporo rzeczy nie pasowało do siebie. Znowu była mroczna przygoda, zastanawianie się nad tym jakim człowiekiem jest Doktor podczas spotkania z jego największym wrogiem i zakończenie pokazujące inne spojrzenie na Doktora jako istotne straszniejszą od Daleków.Tylko ja wolałbym jakąś lżejszą przygodę, więcej interakcji Doktor/Clara i skupienie na tej dwójce. Zamiast tego niektóre momenty były przesadnie rozwleczone jak choćby Clara w szkole i przedstawienie Mr. Pinka. Nie tego oczekuje od tego serialu.
- nie podobał mi się też motyw z zmniejszeniem bohaterów i podróż do wnętrza Daleka. Już pal licho, że rozmiary się nie zgadzały, w porównaniu do znanej anatomii Daleków. Irytowała mnie naiwność Doktora, jego brak przewidywania i wpadnięcie na pomysł dzięki Clarze. Niepotrzebne pogłupienia postaci. Doktor ma być tym najmądrzejszym.
- dobra, o co chodzi z niebem? Jakiś alternatywny wymiar? Kieszonkowy wszechświat? Czy inne dziwadło Moffata? Czy tam trafiają osoby, które zginęły przez Doktora i jaki jest w tym cel? Ten story arc może być równie ciekawy co głupi. A propos większych historii. Czy Doktor łącząc się z Dalekem nie przekazał mu wszystkich informacji o sobie przez co wszystkie Daleki wiedzą o Doktorze?
- dziwnie się ogląda Doktora nie przejmującego się śmiercią. Dawniej rozpaczał nad każdym zgonem, nie mógł się pogodzić utratą ludzi, a teraz sobie z tego żartuje.

OCENA 4/6

Outlander S01E02 Castle Leoch 
- pierwszy odcinek mi się podobał, drugi też. Jednak dalej nie ciągnie mnie specjalnie do kontynuacji. Zaufam Moorowi i jeszcze trochę pooglądam bo może się to zmienić w całkiem niezły serialik. Trochę zaczyna mi przeszkadzać przesadne wydłużanie niektórych scen, a niektóre nawet nic nie wnoszą. Flashbacki z poprzedniego odcinka zupełnie niepotrzebne. Sorry, ale tego typu zabieg ma przypominać o ważnych wydarzeniach, a ciężko przecież zapomnieć co dzieje się przed tygodniem. Narracja z offu Clare też trochę nuży, ale to może być wina akurat tego odcinka. Mdły jest też wątek romansowy między Clare i Jamiem, a to niestety oś całego książkowego cyklu.
- podoba mi się za to warstwa wizualna. Pięknie wyglądają kostiumy, szkockie krajobrazy, wystrój zamku i... akcent. Tak, szkockiego się dobrze słucha, a prawdziwą przyjemność mam ze scen, które nie są tłumaczone bo potęguje to więź z Clare, która też jest zagubiona.
- w tle rozwija się powoli wątek szpiegowski i walki o władzę na zamku. Do tego kilka mniejszych intryg i tajemnic. Oby na tym się w przyszłości bardziej skupiono, a nie marnych romansach.
- trochę żałuje, że odcinki mają ok. godzinny. Gdyby było to standardowe 40 min byłaby to idealna propozycja do kotleta.

OCENA 4/6

Power Rangers S01E13 Peace, Love, and Woe
- to był kolejny przyjemny odcinek, odbiegający w pewnym stopniu od utartych schematów. Nie było tradycyjnej walki zakończonej powiększeniem i powtórką teledysku z megazordem. Była historia. Porwanie, misja ratunkowa i niezwykła walka jeden na jeden Billego, który był bohaterem odcinka i Woe. Więcej takich niespodzianek.
- szkoda tylko, że występ Marge był jednorazowy. Co z tego, że wątek miłosny jej i Billego wyglądał jak z niskobudżetowego. Fatalne dialogi, gra aktorska, sposób nawiązania więzi między tą dwójką i potem wzajemne zrozumienie. To się autentycznie przyjemnie ogląda jeśli weźmie się pod uwagę, że to Power Rangers. Śmiałem się bo serial zdaje sobie z tego sprawę i wszyscy dobrze się bawili to produkując.
- w odcinku podobały mi się też sceny walk i całkiem efektowne finałowe starcie. W cywilnych potyczkach z kitowcami widać jak osobowość bohaterów wpływa na ich styl walki. Tańczący Zack czy Kim używająca ćwiczeń gimnastycznych. Niektóre fragmenty wypadły całkiem nieźle, dlatego zupełnie niepotrzebne były zabawy z kamerą i irytujące kilkukrotne powtarzanie tej samej sekwencji.
- gdy skończę Mighty Morphin  (żeby pierw oszczędzić spoilerów, hehe) będę musiał poszukać filmiku-kompilacji z wszystkimi momentami gdy Mięsniak wpada w ciasto, śmieci lub cokolwiek innego. To po prostu musiało powstać.

OCENA 3.5/6

Teen Wolf S04E11 A Promise to the Death
- odrobinę przeszkadza mi sposób w jaki rozłożono napięcie w tym sezonie. Poszczególne wątki były szybko budowane, straszne nagromadzienie motywów i pełne ręce roboty dla bohaterów. Tylko, że "główna" historia z Deathpool skończyła się w poprzednim odcinku przez co teraz nie czuć było, że to przedostatni odcinek. Oglądało się fenomenalnie, ale posiadanie wiedzy ile jeszcze odcinków do końca sezonu psuło trochę radość. Trochę też za późno zaskoczyły niektóre rzeczy. Kate i Peter niemal cały czas czaili się w kanałach i teraz ciężko ich uważać za głównym przeciwników sezonu. Coś mi się wydaje, że ta dwójka dopiero rozkręci się w S05.
- jednak jak napisałem, dalej czerpałem frajdę z lektury. Z tych spokojniejszych scen przyjemna byłą konfrontacja Scotta z matką i oddanie pieniędzy Derekowi co bardzo dobrze pokazało więź między tą dwójką. Dobrze wypadły też problemy Liama, który cierpi na traumę po wcześniejszych doświadczeniach. Pewnie łatwo to zostanie rozwiązane, ale przyjemnie patrzeć jak bohaterowie cierpią nie tylko w fizyczny sposób.
- niemal cały czas narzekam na sposób realizacji walk w serialu, ale tym razem muszę pochwalić. Pierwsze starcie Deatona z wendigo było przedsmakiem przed pojedynkiem Scotta z Kate. Montaż trochę przeszkadzał, dużo irytujących cięć, ale umiejętnie używano slow-mo, czuć było siłę ciosów oraz różnorodność, a nie głupie nakładanie na chama. Ogólnie wizualny styl odcinka również zasługuje na pochwałę. Cieszą takie detale jak zbliżanie na włącznik od lampy, pokazanie koszmaru Liama czy boiska do lacrossea zasnutego mgłą.
- jak zwykle początek odcinka zasługuje na oddzielny akapit. Wendigo znęcający się nad człowiekiem i ratunek z strony Deatona już był wystarczająco dobry. A potem nadeszła wizyta w Eachon House i spotkanie z trójokim więźniem otwiera zupełnie nowe możliwości rozwoju fabuły.
- finał zapowiada się dobrze. Pewnie powróci wątek Benefactora, ale głównym motywem powinien być Scott jako berserkek polujący na swoich przyjaciół. Czyżby miał kogoś zabić? Takie coś byłoby doskonałym puntem wyjścia dla kolejnego sezonu.

OCENA 5/6

True Blood S07E04 Death is Not the End 
- walczę dalej, bo oglądaniem tego nie można nazwać. Z wielkim trudem przychodzi mi włączanie kolejnych odcinków, a to tylko dla garstki moich ulubieńców dzięki czemu jakieś 10 min na odcinek jest całkiem znośne plus niespodziewane onelinery. Z tym epizodem było to samo. Ale muszę przyznać, że całkiem fajnie się zaczął dwoma telefonami z informacją o śmierci. Dobre dialogi, gra aktorska i postawienie głównych postaci w samym centrum. Szkoda, że później było standardowo czyli nudno. Znowu powtórzę ten sam zarzut - serial na siłę stara się być poważny i udaje, że jest ambitniejszy niż w rzeczywistości. Rozprawia o śmierci, ale robi to w sposób nudny i nieinteresujący. Rozmowa Sookie z dziećmi Arlenee, jej wizja Terryego czy odwiedziny u zony Kevina (who te fuck is Kevin?) to coś zupełnie niepotrzebnego. Jednak patrząc na luźniejsze sceny wcale nie jest lepiej. Akcja w Fangtasii niesamowicie nudna, a to miała być główna  zaleta odcinka. Brakowało też relacji między postaciami i do znudzenia były powtarzane najnudniejsze wątki i trójkącik Sookie/Eric/Bill. Ile można?! Jak dobrze, że w takich momentach jest Pam. Zabrakło też scen Will/Eryk czy Violet/Jasona. Nie mówiąc już o okropnym wątku Jessicy. I jeszcze ta deus ex machina z tajnym przejściem, które zostało wspomniane w siódmym roku serialu.
- okropnie mnie rozczarowały flashbacki. Odarły z tajemniczości Eryka. Serio? On i Pam dali radę przez ok. 20 lat prowadzić wypożyczalnie wideo? I jeszcze Ginger wpadająca na pomysł baru. Wolałbym tego nie wiedzieć. Decyzja Zwierzchnictwa o powodach zrobienia z Eryka szeryfa zupełnie irracjonalna. Dziwię się, że aż tyle przetrwali.

OCENA 2/6

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Serialowe podsumowanie tygodnia #99 [18.08.2014 - 24.08.2014]

Tak, tak tak! Przedłużenie serialu, który oglądam przeważnie cieszy, ale prawdziwie raduje gdy produkcja z niewielką widownia przeciwstawia się okrutnym bożkom telewizji zapatrzonym w cyferki. Stało się tak właśnie z Halt and Catch Fire. Oglądałem, fascynowałem się bohaterami, nasiąkałem klimatem informatycznej rewolucji lat '80 przy czym ciągle obawiałem się, że serial podzieli los Rubicon i wielu innych zapomnianych seriali. Chciałbym się częściej tak mylić. W przyszłym roku Lee Pace, jego brwi i charakterystyczny głos wracają. Liczę, że producenci i scenarzyści wyciągną wnioski i dopracują elementy, które do końca nie zagrały. To nie jest rewolucyjny serial. Nigdy taki nie będzie jednak oglądajcie bo potrafi zafascynować. 

Również stacja Showtime postanowiła sprawić prezencik swoim widzą. Spragnieni seksu i przemocy (tak wiem, ogólniki) wciąż będą oglądać Masters of Sex i Ray Donovan. Ja muszę w końcu wrócić do historii Mastersa i Johnson. Mam trudno identyfikowalną blokadę, która nie pozwala włączyć kolejnego odcinka. Może moja podświadomość ostrzega mnie przed serialem tejże stacji? Wszyscy wiemy (no ja w sumie jeszcze nie wiem) jak skończył Dexter, co działo się z Californication w ostatnich sezonach i jak wygląda teraz Homeland. Piękne debiuty i koszmarne końcówki. 

Jeszcze nie zamówiono, ale już w trakcie produkcji jest niecodzienny nowy tytuł od ABC o Derricku Stormie. Całkiem możliwe, że kojarzycie tego bohatera bo książki o nim były wydawane nawet w Polsce. Pierw jednak była to zmyślona seria zmyślonego pisarza w Castle. A teraz na jej podstawie tworzony jest nowy tytuł. Serialowa incepcja. Fajnie jakby w gościnnej roli pojawiał się sam Nathan Fillion, a później Nikki Heat. Fajnie, ale wciąż nie wiem czy chciałbym to oglądać. Przygody agenta CIA pachną mi proceduralem. 

Z nowości wypadałoby również wspomnieć o pracach nad Devil's Advocate dla NBC. Dziwi to tym bardziej, że stacja niczego nie nauczyła się po klapie Rosemary's Baby. Co zabawne, tego samego dnia gruchnęła wieść, że Keanu Reeves zagra główną rolę w Rain. Serialu na podstawie serii książek o płatnym zabójcy. Czyżby finansowa klapa 47 Ronins podcięła aktorskie skrzydła dawnemu Wybrańcowi?  

Jak wiadomo rynek telewizyjny to ciągle toczące się koło życia i śmierci. Euforia zamówień przeplatana smutkiem anulowań. Tym razem pani w czarnym ubranku i przerośniętym scyzorykiem na zaproszenie NBC zrobiła niemiłą niespodziankę osobą czekającym na Emerald City. Serial podzielił los Heroglyph i mimo zamówienia nie zostanie wyemitowany. To nie pierwszy numer tejże stacji. Ja wciąż żałuję, że realizacja Day One nigdy nie doszła do skutku. Dzisiaj świat z otwartymi ramionami przyjąłby postapokaliptyczny serial.

W ostatnią niedzielę prawdziwa śmierć dopadła True Blood. Co jest dobrą i złą wiadomością. Dobra bo to już koniec. Zła bo czeka mnie jeszcze 7 odcinków sezonu, których przez cały twitter i prawdopodobnie internet jest uważany za fatalny. Coś przeczuwam, że będę to męczył jak Dextera. Przykro patrzeć jak ta bawiąca przez kilka lat dekonstrukcja wampirzego mitu przeistoczyła się w nieśmieszną parodię swoich pierwszy serii.

Swoistą ciekawostką jest pojawienie się w Polsce, na początku października, pierwszego tomu komiksowej serii Sons of Anarchy.  Za scenariusz odpowiada Christopher Golden, a rysunki tworzy Damian Couceiro. Ja miałem okazję zapoznać się z tym tytułem w oryginale i jeśli ktoś już szukał możliwości zamówienie, niech się odrobinę wstrzyma. Historia jest osadzona podczas piątego sezonu gdy Tig ciężką przeżywa stratę dziecka, a w mieście pojawia się córka Kozika. Jest to pretekst do przedstawienie nudnej historyjki, która w serialu zajęłaby pewnie jeden, maksymalnie dwa odcinki. Fajnie, że jest to nowa kanoniczna przygoda SAMCRO, a dialogi są żywcem wyjęte z serialu i w głowie słychać głosy aktorów wypowiadających kwestię (zwłaszcza Gemma i jej "Shit"). Trochę gorzej, że jest trochę zbyt chaotycznie i fabuła w pewnym momencie przestaje obchodzić. Sprawdzić można, ale ja nie polecę. Jednak klaszcze z uznaniem dla takich inicjatyw mimo, że zdaje sobie sprawę, że to zwykłe wyciąganie kasy od fanów. 

Z castingowych informacji najciekawszą wydaje się zaangażowanie Adrianne Palicki do już teasowanej roli Mockingbird w Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D. Nie udało się z Wonder Woman (ale te fragmenty pilota była słabe!), ale teraz powinno być dużo lepiej. Może nawet dostałaby jakieś cameo w trzecim Capie? Evy Longorii nie darze żadnymi uczuciami. Za mało rzeczy z nią widziałem, ale jej angaż do Brooklyn Nine-Nine jest doskonałym powodem by przypomnieć wam o serialu. Jeśli jeszcze nie widzieliście to nadrabiajcie czym prędzej. Lepsze niż The Big Bang Theory. 

Dzisiaj w nocy Emmy. Nie ma Tatiany więc galę bojkotuję i nie obejrzę rozdania nagród pierwszy raz od 4 lat. Jednak poproszę więcej takich filmików jak ten. Aaron Paul, Bryan Cranston i Julia Louis-Dreyfus rządzą.

SPOILERY

Doctor Who S08E01 Deep Breath
- powrót Doktora i debiut Doktora.Wielce wyczekiwany moment i nadejście wielkich zmian przy czym serial dalej wzrusza, bawi i zabiera w szaloną przygodę. Może i odcinek nie był wspaniały, dużo rzeczy uwierało, ale to jest się znowu widzieć z starym, dobrym znajomym.
- Peter Capaldi wypadł w nowej roli fenomenalnie. Moim Doktorem pozostanie Matt Smith, ale szybko się przestawiłem. Ten jest szalony, ma szkocki akcent, wciąż nie rudy, arogancki, wyniosły, trochę oschły i zdystansowany, ale szybko budzi sympatie przy czym pokazuje, że nie zawsze będzie najlepszym przyjacielem. Ja jestem bardzo ciekaw jego rozwoju, zmian, nowej historii i jego konfrontacji z znanymi twarzami. Ciekawe tylko ile z jego zachowania było efektem regeneracji, a ile długotrwałymi zmianami w charakterze.
- strasznie podobała mi się Clara w tym odcinku, zagubiona, ale też gdy trzeba pokazująca swoją siłę i wytrwałość. Negocjacja z cyborgiem wyszła kapitalnie, albo łza podczas wstrzymywania oddechu. Jej problemy z akceptacją przemiany Doktora były trochę dziwne zważywszy na jej historię, ale trzeba przyznać że jako główny motyw odcinka dały radę. Problemy miałem tylko z stosunkiem Vestry do niej. Ich rozmowy były strasznie dziwne i nie na miejscu. Z Vestrą mam też pewien problem. Lubię ją, a przynajmniej tak mi się wydaje, ale nie pasuje mi w odcinku z nowym Doktorem. Powinien on być skupiony na relacji z towarzyszką, a to był niepotrzebny ozdobnik. Nie wiem też czemu nikt nie reaguje na nią jak pojawia się bez swojego woalu na ulicach Londynu.
- średnio pasował mi też wątek z cyborgami. Nie dość, że recykling pomysłu to nie wszyło to jakoś zbyt wciągająco. Niepotrzebny tez był dinozaur. Zabawny, ale trochę za dużo tego i był zbyteczny przez co w odcinku działo się zbyt wiele rzeczy, które odciągały uwagę od kwestii regeneracji. W wątku tygodniu najlepsza była aluzja do Doktora, wiecznych zmian i pozostawianiu tą samą osobą. Niezbyt subtelne aluzję, ale trafne.
- ciesze się, że tylko delikatnie zarysowano główny wątek sezonu. Nie wiem jeszcze co myśleć o Missy, jest dziwna, ale wszystko wskazuje, że to ona jest odpowiedzialna za ogłoszenie w gazecie i telefon do Doktora. Ciekaw jestem planu Moffata, ale też trochę się go boję. 
- ogólnie cieszę się z powrotu serialu i czekam na kolejne odcinki. Nareszcie jest kolejny serial, którym będę się mógł ekscytować z tygodnia na tydzień.

OCENA 4.5/6

Power Rangers S01E09 For Whom the Bell Trolls
- niemal cały odcinek okazał się snem Trini. To było zaskakujące bo nie zdarzyło się tutaj nic co nie mieściłoby się w konwencji serialu. Kolejny szalony plan Rity, tym razem wykorzystanie lalki Żółtej Wojowniczki i próba zawładnięcia światem. Standard. Czemu więc taki radykalny twist? Bo zakończenie sugerowało, że gdzieś na świecie chodziłby potwór. Serial dla dzieci ma swoje ograniczenia, a to jest jedno z nich. Mam nadzieje, że potem się to zmieni przez co Power Rangers zaskoczy fabularnie.
- rozwój postaci wciąż leży, kwiczy i turla się bez rączek i nóżek w błocku. W szkole prezentacja hobby więc bohaterowie pokazują to co jest o nich wiadome. Jason walczy, Kim uprawia gimnastykę, Billy buduje wulkan (jakie to typowe dla amerykańskiego serialu!), a Zack demonstruje zamiłowanie do surfingu co jest trochę nowością, ale znając jego styl nie dziwi zupełnie. Jedynie Trini pokazała swoją kolekcję lalek, ale nie powiem żeby to rozwinęło jakoś jej postać. O wiele lepiej pod tym względem wyszło jej przebudzenie z koszmaru. Pokazuje to, że wpływ Rity i ciężar bycia wojownikiem działa stresogennie na Rangersów.
- niby to dopiero dziewiąty odcinek, a ja już niemal perfekcyjnie wyczuwam moment, w którym pojawi się Mięśniak z Czachą. Rozbijanie desek pięścią? Zaraz zrobi sobie krzywdę. Wulkan kipiący różowymi glutami - na bank do niego wpadnie. I zawsze powoduje to uśmiech. Tak jak dogadywanie Czachy i powtarzanie słów Mięsniakaka. Co zabawne ostatnia scena z cyrkiem dla pcheł uświadomiła mi, że za dzieciaka widziałem i ten odcinek.

OCENA 3/6

Teen Wolf S04E09 Parishable 
- odcinek oglądałem na raty przez złośliwość sił wyższych i za każdym razem gdy musiałem zrobić przerwę nie mogłem się doczekać powrotu do oglądania. Bomby były rzucane, dobre tempo akcji i widać, że koniec sezonu jest już bliski. Serial perfekcyjnie podkręca atmosferę przed końcem i sprawia, że oczekiwanie na kontynuacje się nieznośnie dłuży.
- pierwsza rewelacja to ujawnienie mocy Parrisha. Nie wyjawiono dokładnie czym jest, ale po co komu nazwy skoro wiadomo, że jest niezniszczalny. Lub ma niesamowicie szybki healing factor, ale raczej niezniszczalny. Nieźle. Ale dobrze bo zaciśnie to więzi służb porządkowych z nadnaturalnymi wątkami. Jeszcze jakby papa FBI dowiedział się prawdy.
- w środku odcinka działo się dużo dobrego. Pogoń Lidii i Stilesa za prawdą oraz imprezka Scotta były dobre, ciekawił wynik końcowy, ale to nic w porównaniu z odkryciem tajemnicy Benefactora. I kurde, znowu dałem się nabrać jak dziecko. Przecież to oczywiste. Miał nim być Banshee i jest. Tylko nie sądziłem, że padnie na Meredith. Mimo tego, że powtarza się znany schemat zemsty oraz najmniej podejrzanej osoby jestem bardzo usatysfakcjonowany.
- jednej rzeczy tylko nie mogę znieść w odcinku - problemów pieniężnych Stilesów. Sam wątek jest fajny, ale nie kupuje problemów z odszkodowaniem gdy policjant został postrzelony na służbie. Nie znam się zbytnio na amerykańskiej służbie zdrowia, ale takie coś powinno być w pełni refundowane.

OCENA 5/6

sobota, 12 lipca 2014

Szybka seria #3

Miała być mega notka podsumowująca ostatnie pół roku plus kilka niedobitków z zeszłego. Skynet przejął kontrolę, a Blogger postanowił się zbuntować i usunął mi szkic wpisu z opiniami o kilkunastu książkach, serialach i kilku grach. Mimo, że człowiek uczy się całe życie, zna się na złośliwości rzeczy martwych i zdaje sobie sprawę z konieczności backupów to i tak twierdzi, że utrata danych nie dotyczy jego. Przy okazji postanowiłem zrezygnować z pisania o pojedynczych sezonach seriali, które nadrabiam. Zamiast tego będzie ewentualne podsumowanie całości i opinie o seriach, z którymi jestem na bieżąco. To wszystko by zbytnio nie powtarzać tego co piszę o pojedynczych odcinkach.

 SERIALE

Alias S01 
Alias to pierwszy serial z gatunku mystery od J.J. Abramsa i jego stałych współpracowników (Kurtzman, Orci, Pinkner) co widać. Nie wszystko jest jeszcze takie jak powinno, czuć pewną niekonsekwencję w prowadzeniu fabuły i brak pomysłu na niektóre postacie. Jednak DNA twórców jest widoczne od pierwszego odcinka gdy Sydney Bristow dowiaduje się, że nie pracuje dla rządu tylko do tajemniczej organizacji, którą CIA chcę rozpracować. Stopniowo są wprowadzane kolejne tajemnice, zagadkowe wątki zostają bez wyjaśnienie, a zaciekawienie osiąga podobny poziom do irytacji. Bo gdy pojawia się wątek Rambaldiego (renesansowy wizjoner wyprzedzający swoje czasy) i tajemniczej przepowiedni szybko zostaje wstrzymany by skupić się na zaginionym członku rodziny. Co zapewne na początku drugiego sezonu również na jakiś czas zostanie odstawione. Prócz elementów mystery i proceduralnych wątków (które są umiejętnie maskowane pod przykrywką głównej fabuły) prowadzony jest wątek rodziny. Zbliżanie się Sydney do jej ojca i odkrywanie jego przeszłości. To powolne budowanie zaufanie i zrozumienia jest równie ciekawe co szukanie tajemniczych artefaktów co jest zasługą niezwykłej chemii między Jennifer Garner i Victorem Garberem. Dużo miejsca poświęcono też szefowi Sydney - Sloanowi przez co lepiej można zrozumieć jego motywację. Szkoda tylko, że mocno zignorowano niektóre postacie. O Marshallu (Aliasowy Q) ciężko napisać więcej niż spec od gadżetów i comic relief, a przecież należy do głównej obsady. Mnie osobiście zawiodła ostatnia 1/3 serialu gdzie zrobiło się trochę zbyt telenowelowo i pojawiło się kilka nietrafionych wątków. Jednak serial wciąż posiadał ten magnetyzm, który nie pozwalał się od niego oderwać. Jest to po części zasługa jego specyficznej budowy. Każdy odcinek zawiera dwa wątki proceduralne, czy jak kto woli dwie misję naszej dzielnej agentki. Na początku jest dokończenie poprzedniego, w połowie chwila spokoju na obyczajowe wątki po czym druga połowa to kolejna misja, która zostaje w najciekawszym momencie przerwana. Oszukiwanie widza w taki sposób, że nie ma on tego za zła. Mimo, że serial ma na karku ponad 10 lat co w świecie telewizji to szmat czasu to i tak go polecam bo to kapitalna rozrywka. Jakby miał go przyrównać do jakieś z obecnie emitowanych serii byłoby to Person of Interest. 

OCENA 4/6

Breaking Bad S05B
Vince Gilligan tworząc osiem finałowych odcinków Breaking Bad ostatecznie potwierdził, że jego arcydzieło będzie ponadczasową historią stawianą na równi z największymi serialami, choćby z The Wire. Tylko w przeciwieństwie do serialu-eseju Davida Simona portretującego Baltimore jest to historia człowieka i jego mikroświata. Opowiada o narodzinach, dojściu do władzy, panowaniu i upadku Heisenberga oraz ewolucji zachodzącej w Walterze Whicie jak i jego bez i pośredni wpływie na bliskich. Finałowe osiem odcinków skupia się na ostatnim etapie jego życia gdy wszystko powoli się wali, a bohater z króla zmienia się w nędzarza. Wątki rozwijają się tempem charakterystycznym dla całego serialu. Nie śpiesznie acz konsekwentnie by w końcu eksplodować. Nie ma zbędnych elementów, wszystko jest mistrzowsko przemyślane od ujęć kamery i zdjęcia przez drobne detale w tle. Suspens jest umiejętnie budowany choćby pierwszą flashforwardową sceną. Wiemy, a raczej wydaje się nam, że wiemy, co będzie w finale, pytanie tylko jak do tego dojdzie. Napięcie kumuluje się z każdym odcinkiem i sięga zenitu w odcinku zatytułowanym Ozymadias, który jest pierwszym z finałowej trylogii upadku i prowadzi do satysfakcjonującego finału. Nie efektownego i zaskakującego tylko satysfakcjonującego gdzie wszystko jest na swoim miejscu i kończy tak jak powinno. Bohaterowie zostają godni pożegnani, a historia nauczyciela chemii wytwarzającego najlepsze narkotyki w historii telewizji zostaje zakończona. Ja na pewno nie czuje się zawiedziony, dostałem to czego chciałem, z napięciem obserwowałem rozwój wydarzeń i z zainteresowaniem przyglądałem się portretowi psychologicznemu Waltera. Rozumiałem go, potępiałem i przyklaskiwałem jego działaniom na przestrzeni jednego epizodu. Nie będzie to jednak postać za którą będę tęsknił bo oglądanie jej przygód było emocjonalnie wyczerpujące, ale i cholernie satysfakcjonujące. Wielu krytyków uznało, że wraz z końcem Breaking Bad ma miejsce zakończenie złotej ery telewizji. Jestem daleki od tego stwierdzenia, ale sam serial na pewno jest jednym z kluczowych dzieł popkultury XXI wieku. 

OCENA 6/6

Doctor Who S07
Matt Smith jest moim Doktorem. Darze ogromną sympatią wcielanie Tennanta i Ecclestona, ale to Jedenasty jest moim ulubieńcem. Pewnie duża zasługa tego, że sezony 1-4 obejrzałem ciurkiem przed premierą piątego, a potem z tygodnia na tydzień zasiadałem do przygód Pondów i śmiesznego człowieczka z dużym nochalem i w fezie. Dlatego siódmy sezon jest taki szczególny. Rozbity na dwa lata z trzema specialami i kilkoma mini odcinkami jest sezonem pełnym pożegnań, ale i debiutów. To w nim ostatni raz widzimy Pondów w odcinku z Dalekami na Manhattanie i finalną bitwę Doktora w miasteczku Christmas. Może i nie są to najlepsze odcinki serialu, w pewnym sensie nawet zawodzą, ale wciąż budzą mnóstwo emocji, a co bardziej rozemocjonowani będą potrzebować chusteczek. Ostatecznie jestem zadowolony z takiego końca dobrze znanych postaci. Będę za nimi tęsknił, nie dlatego, że nowi mogą nie sprostać roli, ale dlatego, że to już nie będzie Matt Smith, Karen Gillian i Arthur Darvill. Jednak ten sezon to też powitania dlatego, że w Doctor Who koniec jest zazwyczaj początkiem, a czas to "flat circle" jak skutecznie udało się nam wmówić detektywowi Cohlowi w True Detective. Pojawia się nowa towarzyszka budząca od razu sympatię, a i kilkusekundowy debiut zalicza Peter Capaldi jako Dwunasty. Historyczna koło i zwieńczenie (oraz otwarcie) kilku wątków serial zatacza podczas świętowania swojego 50 jubileuszu. Piękna rocznica, prawda? I Stephen Moffat wytacza w niej kierunek w jakim serialu podąży w przyszłych latach. Jednak fabularnie sezon jest spokojniejszy od swojego poprzednika. Jasne, dalej jest masa biegania, tajemnic, humoru i bełkoczącego Doktora, ale brakuje mu wielkiej historii. Są za to pojedyncze historię, które w całość spina wątek Clary Oswald. Trochę brakowało mi kosmicznej skali wydarzeń, ale pojedyncze historię są świetnie pomyślane i nie można narzekać na brak różnorodności. Westernowe miasteczko, statek kosmiczny z dinozaurami, łódź podwodna czy wnętrze TARDIS. Raz klimat luźniejszy, a raz poważniejszy. Jak zwykle zdarzały się i wpadki (przeciętny The Rings of Akhaten) jednak nie rzutują one na całość bo Doctor Who to dalej wspaniały serial przygodowy, który potrafi budzić emocję. Chyba, że ktoś nie trawi sci-fi, brytyjskiego humoru i popkulturowego efektu ADHD (więcej, szybciej, już, teraz). Wiele rzeczy można by zrobić lepiej, ale skoro nie czuć zawodu to po co narzekać? 

OCENA 5/6

Game of Thrones S03
Gra o Tron to serial, o którym nadzwyczaj ciężko się piszę w sezonowych podsumowaniach. Nie mają one zamkniętej całości, nie opowiadają konkretnej historii tylko dalej przedstawiają losy już dobrze znanych bohaterów lub wprowadzają nowe postacie co daje lepszy obraz szachownicy, która wciąż się rozstawia. Szkoda tylko, że przez cały sezon nie było ani jednej wyprawy na Żelazne Wyspy. Trzeci sezon to po prostu kontynuacja dobrze znanej historii dodająca kolejne cegiełki do nieśpiesznej opowieści, w której centrum są losy postaci. Jednak mimo wszystko można wyróżnić wątek przewodni sezonu. Jest to honor, próba jego utrzymania podczas wojny i w dramatycznych sytuacjach oraz konsekwencje jego porzucenia. I jak to zwykle w świecie Martina i duetu D&D można spodziewać się mnóstwa trupów lubianych i nielubianych postaci, ale to już znak markowy serialu. Serial umiejętnie modyfikuje wątki książkowe, ale miejscami przesadza i niepotrzebnie eksploatuje już dobrze ugruntowane postacie np. u Theona o kilka scen za dużo. Mimo epickiego rozmachu historii najlepiej wypadają sceny kameralne, a szermierka słowna jest równie emocjonalna co ta na miecze. Rozmowy Littelifngera z Varysem czy Oleny z Tywimem to prawdziwe perełki. Nie potrzebne są krwawe starcia by pokazać wojnę rodów, chociaż to też by się przydało, ale trzeba mieć na uwadze ograniczenia telewizji. Jako fanowi książki również serial musiał mi się podobać dlatego nie potrafię go obiektywnie oceniać. Znam historię, nie mam problemu z zapamiętywaniem dziesiątek postaci jednak dalej wyczekuje niektórych scen by zobaczyć jak aktorzy sprostają zadaniu. Bo jest to serial fenomenalnie zagrany z świetnie napisanymi postaciami. Szkoda tylko, że to dalej sezon ekspozycji, a nie efektownych wydarzeń, wciąż czuć, że niektórzy aktorzy grają w odrębnych serialach. I mam nadzieje, że kolejny sezon będzie już łączył niektóre wątki i dogoni książkę. Inne medium potrzebuje innego sposobu narracji. 

OCENA 5.5/6


White Collar S04
Dwa lata. Tyle zajęło mi obejrzenie całego, szesnastodocinkowego sezonu White Collar. To chyba nie świadczy dobrze o serialu. Niby na początku szło całkiem sprawnie, tak do dziesiątego odcinka byłem prawie na bieżąco z emisją, ale potem coś we mnie pękło. Miałem dość serialu, który od lat stoi w miejscu i boi się zaryzykować, a wszystkie zmiany okazywały się pozorne. W finale poprzedniego sezonu doszło do ucieczki Neala i zerwania jego relacji z Peterem. Tylko nim miną trzy odcinki wraca stary status quo, który jest nie do ruszenia. Wyprawa na tropikalną wyspę była odświeżająca, ale potem wrócono do znanego schematu – Neal coś kombinuje na boku, Peter mu nie ufa, a potem okazuje się, że wszyscy na tym dobrze wychodzą. I od nowa. Zabrakło też wątku wielkiej konspiracji i polowania na skarby czyli tego co tak mnie przyciągnęło podczas debiutu serialu. Zamiast tego pojawiła się osobista historia Neala, a z kapelusza wyciągnięto jego ojca, który był wcześniej kilkukrotnie wspominany. Na domiar złego przyprawiono to odrobiną polityki. I to było nudne i nużące, oglądane już w wielu innych serialach gdzie zrobiono to w lepszy sposób. Również sprawy nie zachwycały. Często odchodziły od typowych związanych z dziełami sztuki i fałszerstwem, brakowało też wyszukanych przekrętów, a sprawy zbyt często kończyły się improwizacją Neala, która nie miała prawa budzić napięcia. Dobrze, że przynajmniej występami gościnnymi znanych aktorów obrodziło. Dalej to były tylko pojedyncze, ewentualnie dwukrotne występy (nie licząc tatusia Caffreya), ale dobrze było zobaczyć Titusa Wellivera, Mie Maestro, Laure Vandervoort, Rebecce Mader czy ponownie Glorie Votsis jako Alex Hunter. Już mniej fajne było wyrzucenie Hilarie Burton z głównej obsady i zaledwie kilka występów jej Sary Ellis. Cztery odcinki to zdecydowanie za mało tym bardziej, że jej postać niesamowicie dobrze wpływała na dynamikę serialu. Ostatecznie przez cały sezon kilka razy się pośmiałem, spędziłem kilka udanych godzin, ale też kilka mnie wymęczyło brakiem polotu i pomysłu. W tym sezonie White Collar potwierdziło też jedną rzecz – jest to mało ambitny procedural, który zjada swój ogon. Czasem można się dobrze bawić, ale lepiej znaleźć coś innego. Całkiem możliwe, że piąty sezon byłby lepszy bo z tego co widzę w miarę regularnie pojawiają się dwie nowe postacie (Mark Sheppard!) ale nie mam zbytnio ochoty by sprawdzić to empirycznie. Odkładam dalszą przygodę z serialem na świętego nigdy.

OCENA 3.5/6 

KSIĄŻKI

"Dziedzictwo IV: Dziedzictwo" - Christopher Paolini  
Gdyby nie wygranie pierwszej książki z cyklu Dziedzictwo w okolicach premiery filmu Eragon pewnie nigdy bym nie sięgnął po ten tytuł. Jednak stało się, a nie lubię zostawiać niedokończonych spraw więc nadrabiam ostatnią część tetralogii. Nie miałem oczekiwań więc się nie zawiodłem. Książka jest przeciętna i tyle, kiedyś by mi się bardziej podobała, ale teraz mam większe wymagania od literatury fantastycznej. Najsłabiej wypada główny bohater, a to rzutuje na całość. Jest porywczy, nie zasługuje na swoją pozycję i razi infantylizmem (zresztą jak cała książka). Nie można go polubić, a tym bardziej kibicować w walce o ocalenie krainy. Autor niby próbował przedstawić jego ewolucję, ale jest to raczej kosmetyczny wątek. O wiele lepsze są rozdziały poświęcone Ronanowi, Nasuadzie i Murthagowi. Mają dużo ciekawszą historię, do wszystkiego musieli dojść sami lub doświadczyli prawdziwie tragicznych wydarzeń. Ich los podczas czytania nie był dla mnie obojętny i wyczekiwałem stron o nich. Dlatego tak bardzo irytowało mnie, że nagle znikają na kilkaset stron, a zamiast tego są przeraźliwie nudne i nic nie wnoszące opisy wszystkiego i niczego. Spokojnie można by odchudzić książkę o spory kawałek tekstu i nic by na tym nie straciła. Miałem też poważny problem z brakiem uczucia skali wydarzeń. Na cztery wielkie bitwy raptem jedna została opisana z większym rozmachem, ale i tak oczekiwałem więcej. David Webber czy Glen Cook potrafią wytworzyć wrażenie epickiej bitwy, a tu tego nie było. Raptem kilka potyczek w określonych miejscach. Niby sam Eragon i Arya zabijają setki żołnierzy, ale co z tego skoro jesteśmy o tym informowani na końcu po przedstawieniu kilku potyczek. Zero ruchów wojsk i przemyślanych taktyk. O uczuciach pojedynczego żołnierza czy drugiej strony można zapomnieć. Jednak największy problem mam z gigantyczną deus ex machiną. W jednej chwili zdesperowany bohater skazany na klęskę w drugiej heros mogący uratować krainę. Ostatnia potyczka również nie była w pełni satysfakcjonująca. Tak jak ok. 100 stronicowy epilog. Tak jak rozszerzony Powrót Króla tak i finał Dziedzictwa nie chciał się skończyć. Tylko o ile u Jacksona te dodatkowe zakończenia rzeczywiście domykały wątki tak tutaj było to niepotrzebne przedłużanie i rozważania o niczym. Jakby była ostateczna konkluzja lub coś na wzór epilogu z Harrego Pottera bym zrozumiał, ale tutaj furtka jest zbyt szeroko otwarta i opowieść się nie skończyła. Jak sam Paolini mówił w wywiadach - powrót do Alagaesi jest pewny. Jednak mimo wszystko szybko się to czytało. Język jest prosty, tempo na początku szybkie i wciąż ma się (niespełnioną) nadzieje, że będzie lepiej i stanie się coś zaskakującego. Piąty tom lub spin-off przeczytam, ale nie oczekuje po nim nic wielkiego. 

OCENA 3.5/6

"Cykl WWW III: Major" – Marcin Ciszewski
Do książki podchodziłem z pewną doza zainteresowania, ale i obaw. Poprzednie dwie części cyklu lubię i bardzo chciałem się dowiedzieć co działo się z majorem Wojtyńskim podczas okupacji, ale podświadomie sądziłem, że czeka mnie rozczarowanie bo to spin-off głównej serii bez bohaterów które polubiłem. Po lekturze mogę jednak stwierdzić, że Ciszewski nieźle wywiązał się z swojego obowiązku i znowu napisał lekką książkę, którą szybko się czyta, ma dużo scen akcji, ale też potrafi zaskoczyć gdy pozornie mdłe i nudne wątki przeradzają się w coś zaskakującego. Przygody żołnierzy Pierwszego Samodzielnego Batalionu Rozpoznawczego w Warszawie czyta się z niekłamaną przyjemnością przy czym najlepsze jest obserwowanie tego jak wpływają na historię, wyciągają wnioski z kart podręczników i ku chwalę ojczyzny desperacko walczą o wolną Polskę. Prócz tego są też zwykłe ludzkie dramaty, próba odnalezienie się pojedynczych żołnierzy w latach czterdziestych i problemy z tego wynikające. Może nie ma tutaj tak charakterystycznych postaci jak w poprzednich częściach, brakuje trochę Grobickiego i jego ekipy oficerów, ale obecni są wystarczającym substytutem. Mimo ogólnie pozytywnych wrażeń to na początku trochę książka mnie rozczarowała. Pierwsza połowa to raczej powolna ekspozycja, wprowadzanie kolejnych postaci i graczy, zarysowanie tła i prowadzenie wydawałoby się pobocznych wątków. Momentami potrafi znudzić i trochę zbyt długo się ciągnie. Jednak gdy wszyscy gracze zostaną przedstawieni (sowieci, Niemcy, Amerykanie, uczestnicy Powstania w getcie i Polacy) i zacznie się przysłowiowa akcja od książki nie można się oderwać. Może w porównaniu do Kampanii Wrześniowej czy Powstania Warszawskiego potyczki tutaj nie są tak spektakularne, ale zostały równie dynamicznie i emocjonalnie rozpisane, czuć dramatyzm sytuacji i widać włos na którym wisi życie bohaterów. A scena gdzie powstańcy z getta robią użytek z działka z Mi-24 robi wrażenie. Szkoda tylko, że Ciszewski postanowił skupić się na zaledwie 3 dniach życia w konspiracji i od czasu do czasu przedstawiać przeszłe wydarzenia jak choćby szkolenie rekrutów czy zamach na Hansa Franka. Osobiście trochę żałuje, że nie obejmuje ona dłuższego okresu czasu, dokładnego przedstawienia działalności Wojtyńskiego i resztek Batalionu. Wolałbym przeżywać z nimi adaptacje do nowych warunków niż ponownie słyszeć opowieść jak się przystosowali do nowych realiów. Większość wydarzeń i postaci jest dobrze znanych z www.1944.waw, dobrze wiadomo kto zginie, a kto przeżyję więc pod pewnymi względami książka nie ma prawa zaskoczyć. Na szczęście jest jeden wątek, który będzie rzutował na www.ru2012.pl. Wprowadzono na scenę radziecki wywiad, wplątano ich w aferę podróży w czasie i z pewnością wróci to w kolejnej książce, w końcu nie bez przyczyny nazywa się tak jak nazywa. Jeśli ktoś jeszcze nie miał styczności z Ciszewskim to polecam spróbować. Ja na pewno na jego cyklu WWW nie skończę i zabiorę się za „serię klimatyczną”.

OCENA 4/6

"Honor Harrington XIII: Zwiastun Burzy" - David Weber
Główny cykl o przygodach Honor Harrington i Królestwie Manticore miał swoje lepsze i gorsze chwile, ale jeszcze nigdy nie byłem tak bardzo rozczarowany jak tym tomem. Przede wszystkim Zwiastun Burzy powinien być zaliczany do spin-offów, a nie głównego cyklu. Rola Honor jest zaledwie drugoplanowa i nie odgrywa ona wielkiego udziału w działaniach wojennych, a najważniejsze wydarzenia dzieją się z dala od niej i nie ciekawią. Brakowało mi też spektakularnych bitew, które budzą emocję, zamiast tego było kilka przeciętnych starć. Jednak mimo wszystko dalej szybko się to czyta, ale raczej z powodu zaufania do autora niż z powodu chęci poznawania fabuły, o której szybko się zapomina po lekturze. Brakowało też mniej lub bardziej zamkniętej historii. Lepiej przedstawiono Ligę Solarną, wprowadzone kilka bohaterów z nią powiązanych, ale daleko im do tych dobrze znanych. Od książki biła głównie przeciętność i irytacja. Brakowało mi też sporo informacji by mieć pełny obraz. Chyba najwyższy czas nadrobić poboczne serię i tomiki opowiadań. Gorzej nie powinno być bo Weber nie schodzi poniżej pewnego poziomu.

OCENA 3/6


"Worlds of Honor I: Więcej niż Honor" – David Weber, David Drake, S.M. Stirling
Przeczytanie niemal całego głównego cyklu Honor Harrington trochę mnie wymęczyło i musiałem zrobić sobie dłuższą przerwę. Impulsem do powrotu był marnej jakości komiks od Top Cow kładący fundamenty pod nowy kierunek rozwoju świata (połączone ze sobą komiksy, filmy, gry). Ja jednak preferuje pod tym względem pierwotne medium i zabrałem się za nadrabianie pobocznych książek. Na pierwszy ogień poszedł zbiór trzech opowiadań Więcej niż Honor. Już nazwa wskazuje, że dobrze znana kapitan nie będzie tutaj odgrywać głównej roli. Jakże wielkie było moje zdziwienie gdy nie została nawet wspomniana. Wystarczyłoby mi gdyby raz czy dwa pojawiło się jej imię jako mrugnięciem okiem do fanów. Niestety nic z tego. Mimo wszystko książka nie dzieje się na uboczu uniwersum, a korzysta z ledwie wspominanych postaci i wydarzeń. Bohaterką pierwszego pisanego przez Webera i zarazem najlepszego opowiadania jest praprababka Honor. Stephanie Harrington nie raz była wzmiankowana jako pierwsza przedstawicielka rasy ludzkiej, która nawiązała kontakt z treecatami podczas początkowej fazy kolonizacji Spinxa. I o tym właśnie jest Piękna przyjaźń. Przedstawienie sympatycznej bohaterki, kilka fragmentów z perspektywy treecata (specyficzne opisowe słownictwo) i zaskakująco emocjonalny finał. Więź z bohaterami jest szybko nawiązywana i ma się ochotę na więcej. Wiele nowej wiedzy o świecie opowieść nie wniosła, ale to akurat moja wina. Jeśli ktoś będzie czytał książki Webera zgodnie z chronologią wydania dowie się kilku nowych faktów o społeczeństwie pobratymców Nimitza. Co istotne po lekturze stwierdziłem, że jednak dam szansę trylogii young-adult z Stephanie. Trzecie opowiadanie jest o tym jak Esther McQueen ocaliła Komitet, Roberta Pierra i całą Ludową Republikę Haven podczas próby przewrotu stanu. Wydarzenie to zostało ledwie wspomniane w serii, ale niosło za sobą istotne implikację. Tutaj mamy jego dokładny opis i jedyne prawdziwie militarne fragmenty bo gros czasu jest poświęcony walką na ulicach miasta i orbicie planety. Akcja pędzi do przodu, jest dynamicznie, ale też przeciętnie. Stirling to nie Weber, nie ma w tym wiele emocji i błyskotliwości, a postacie są zaledwie zadawalająco przedstawione. Opowieść też nie ma prawa zaskoczyć bo wynik starć jest znany. Zaledwie poprawna historia. Jednak to dużo więcej niż serwuje druga historia tomiku autorstwa Davida Drake’a, którą opiszę na końcu. Zaczyna się dobrze bo od wyprawy badawczej na planety z artefaktami pozaziemskiej cywilizacji Alphan. Intrygujący pomysł rozwinięcia wątku obcych w cyklu był tylko pretekstem dla miałkiej historii o obowiązku. Kompletny chaos, karykaturalne postacie, naciąganie wątków i nieprawdopodobne zbiegi okoliczności. Opowieść nie wie czym chce być, a jej akcenty są źle rozłożone. Jej lektura nie daje grama satysfakcji. Nie dziwię się czemu została umieszczona między dwiema dobrymi historiami. Ostatnie 20% książki to kompendium śwaita. Uporządkowanie wiadomości o najważniejszych sojuszach, planetach, działaniu technologii służącej do podróży kosmicznej (krytyczne stężenie technobełkotu), krótkie streszczenie historii świata po diasporze i mało ciekawy dodatek o liczeniu czasu w Królestwie Manticore. Czyta się to trochę jak notatki od dobrej koleżanki z wykładu, na który się uczęszczało w poniedziałki o 8 rano. Kojarzy się fakty, ale teraz są bardziej zrozumiałe i w przejrzystej formie. Szkoda, że nie skupiono się tylko na jednym elemencie choćby historii po diasporze w jakieś przystępnej formie np. w postaci artykułów jakiegoś wymyślonego profesora lub. Lub wycinki z gazet przybliżające nastroje społeczne podczas wojny Manticore z Haven. Jak oceniam całość? Jako miły, ale niewiele wnoszący dodatek. Po jednym dobrym, średnim i ciężkostrawnym opowiadaniu plus dodatek, którego czytanie może męczyć, ale też rozjaśnić kilka rzeczy. Tak więc ocena jak dla dzieła, które nie może się zdecydować czy chcę być dobre czy złe.

OCENA 3.5/6 

KOMIKSY


Velvet vol. 1: Before the Living End - Ed Brubaker, Steve Epting
Velvet to taka typowa opowieść szpiegowska. Jest wielka konspiracja, agencji zmieniający strony, tajne organizacje i powolne odkrywanie prawdy. Seria posiada też szybkie samochody, piękne kobiety, działanie pod przykrywką i trochę strzelania i walki wręcz plus zabawa gadżetami. Jednak jest mały szkopuł. Następuje odwrócenie schematu i zamiast kobiety jako ozdobnika jest ona główną bohaterką. Jej postać została bardzo dobrze nakreślona, przedstawiona w kilku przedziałach czasowych od lat młodzieńczych podczas wojny, akcję w terenie po ostatni etap kariery czyli pracę za biurkiem, a potem powrót do starej roli na skutek spisku i wpakowania się w samo centrum wydarzeń. Widać, że bohaterka przeszła wiele, jej przeszłość na nią wpływa i powoduje częste refleksję co jest fajne bo zwiększa wrażenie, że ma się doczynienia z prawdziwą kobietą. Klimat i złożoność opowieści bardziej przypomina Tinker Tailor Soldier Spy niż proste opowiastki z Jamesem Bondem. Strasznie spodobały mi się też rysunki i wyczucie Eptinga. Umiejętnie używał czerni, często z nią przesadzając co miało podkreślić mroczny klimat komiksu. Do tego pomysłowe kadrowanie niektórych dynamicznych scen sprawiało, że przyjemność z lektury była jeszcze większa. Co ważne mimo, że głównym bohaterem jest kobieta i zdarzało się, że była pokazywana nago nie była seksualizowana. Widać, że najlepsza lata ma za sobą, a jej twarz jest poorana zmarszczkami. Mimo, że klimat był przedni, podobało mi się snucie historii Velvet to mam nadzieje, że Brubaker zamknie całą serię w 20 - 30 numerach i nie będzie jej zbytnio przedłużał. Wydaje mi się też, że z uwagi na ilość wątków lepszym rozwiązaniem jest czytanie wydań zbiorczych niż pojedynczych numerów co miesiąc bo szybko można się pogubić. Po drugi tom sięgnę na pewno bo lubię takie nieśpieszne historię skupiające się na skomplikowanych bohaterach.

OCENA 4.5/6