Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sci-fi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sci-fi. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 lipca 2014

3 filmowe grosze #13

300: Rise of An Empire
pierwszych 300 uważam za świetny film. Będzie już ponad pięć lat kiedy go ostatnio oglądałem, ale wciąż pamiętam niektóre mistrzowsko wyreżyserowane sceny, euforię podczas ich oglądania i potem długi zachwyt. Może jakbym dzisiaj obejrzał film odbiór byłby inny, ale wątpię bym stwierdził, że jest podobny do swojej kontynuacji. Jest pod każdym względem lepsze i lepiej gdyby na tym jednym filmie się skończyło. Obawiam się, że producenci mogą się jednak pokusić o jeszcze jedną część. Zakończenie było otwarte, a film swoje zarobił.
- jeszcze zanim przejdę do filmu - tytuł jest okropny. Nie chodzi tylko o pierwszy człon, który ma tylko nawiązywać do znanej marki i sprzedać całość. Czepiam się też jego drugiej części. Obejrzałem film i nie mam pojęcie o jakie imperium chodzi. Persowie mieli swoje już dawno, a przez film niczego nie zbudowali. Grecy za to jednoczą się by pokonać wroga. To nie żadne imperium tylko koalicja. Chyba, że chodzi o imperium jako metaforę nowych idei opartych o wolności, równości i braterstwie. Może jakby to był inny film mógłbym się pokusić o taką interpretację, ale nie podejrzewam twórców o takie intencje.
- czym jest Rise of An Empire? Ni to wydra ni kapibara. Trochę prequel, trochę sequel, jeszcze częściej wydarzenia są prowadzone równolegle z historią znaną z 300 tylko z innymi bohaterami w innych miejscach na tej samej wojnie z persami. Scenarzyści mieli kilka pomysłów, ale nie wiedzieli jak je ze sobą zszyć przez co wyszedł im brzydki potworek, na którego nie chcę się patrzeć. Nie czuć by historia miała jakąkolwiek spójność i brak wyraźnego ciągu przyczynowo skutkowego. Film opowiada kolejne epizody z wojny przeplatane, osobistą sytuacją bohaterów, która nie potrafi zainteresować i nawiązaniami do oryginalnych 300.
- marną historię bym bez problemu zniósł gdyby mięsko było smakowite. W sumie na to głównie liczyłem. Miała być wojna totalna, finezyjne starcia i zachwycające slow motion uczące anatomii umierających wrogów. Ale nie ma. To tak jakby wypuścić komedie bez żartów lub Gwiezdne Wojny bez mieczy świetlnych. Można, ale nie ma to najmniejszego sensu. Strona realizacyjna została pokpiona niesamowicie co jeszcze uwidacznia to, że Zack Snyder nie jest tylko zwykłym rzemieślnikiem. Potrafił wykreować wojnę, która budzi emocję, jest brutalna i zginąć może każdy. Czuć było też, że to wielka bitwa. Niby banalna rzecz, ale tutaj tego nie ma. Niby wojna, niby są pokazane palące się miasta czy starcia takie jak Maraton i Salamina, ale zamiast kilkudziesięciu żołnierzy jest skupienie się na garstce. Nie ma żadnych plenerów, ruchów wojska, zaskakujących akcji tylko wyrzynka garstki bohaterów, a potem ja się śmieje, że mówią o tysiącach na polu bitwy. Tylko fajnie wyszły niektóre starcia na morzu bo to było coś nowego i nawet wyszło pomysłowo. Tylko znowu - krótkie pokazanie dużej floty i jakaś akcja skupiająca się na kilku jednostkach. Z samą wojną ma to też niewiele wspólnego. Z historią nawet nie zamierzam tego porównywać. Wystarczy podstawowa wiedza by krzywić się z tego co tu pokazano, ale to przecież nie miał być film historyczny tylko finezyjna sieczka!
- kolejne składowa to choreografia walk. Łączy się z tym tez ruch oddziałów, którego jak wspomniałem nie ma poza kilkoma wyjątkami na wodzie i jedną absurdalną sceną na koniu w finale. Oglądałem ten film - by popatrzeć na świetnie wyreżyserowane i dramatyczne starcia i strasznie się na tym aspekcie zawiodłem. Temistokles to one man army idzie i zabije wszystko jak się rusza, zero w tym finezji czy tym bardziej dramatu. Slow mo jest za to za dużo i jakbym był złośliwy to napisałbym, że wydłuża film o jakieś 30%. Krew za każdym razem leje się w zwolnionym tempie, postacie zdejmują hełmy w zwolnionym tempie, deszcz pada w zwolnionym tempie, wymiana spojrzeń następuje w zwolnionym tempie. No bez przesady. Ten efekt ma podkreślać fragmenty sceny, a nie być wrzucany za każdym razem gdzie się tylko da. Reżyserowi brak wyczucia. Obejrzał jakiś poprzedni film Snydera, stwierdził, że efekt wygląda fajnie i wsadził go do każdej sceny co zupełnie nie pasuje. Przeciętny odcinek Spartacusa jest lepszy od tego filmu.
- obrazu rozpaczy dopełniają dialogi i myśl przewodnia filmu. Jest amerykański do bólu, brakowało mi tylko powiewającej flagi i eskadry F-16. Bohaterowie rzygają zwrotami  zawierającymi wolność i honor, aż nie dobrze się od tego robi. Do tego gdy królowa Gorgo opowiada o przeszłości używa do tego pretensjonalnej poetyckiej narracji. Jest też prosta analogia - Grecy to świat Zachodu, a Persowie grają rolę złego Bliskiego Wschodu, który chcę zniewolić świat. Trzeba się im przeciwstawić, poświęcić własne życie dla kraju, własnego syna i towarzyszy, walka ze złem jest najważniejsza. A teraz idźcie proszę się zaciągnąć i zmieniać świat na lepsze. Zgodnie z dawną tradycją kina Grecy są wysportowani i piękni, a Persowie mają odpychające twarze. Śmiesznie też wygląda pokazanie niewolników. Ateńczycy też ich mają, ale tylko migają w tle, ale już u Persów są eksponowani za każdym razem jak statki gdzieś płyną. Zabawnie wygląda stosunek ciał na ekranie - na jednego trupa Greckiego przypada z 20 wrogich przez to nie czuć dramatyzmu bitwy skoro nasi nie przegrywają tylko jest mówione jak to się im źle dzieje.
- niby przeciwwagą dla prostej konstrukcji dobrzy/źli miała być postać Artemizji granej przez Eve Green, ale jej historia jest dziwna. Niewolnica grecka, wychowana przez Persów gdzie zrobiła karierę wojskową, a teraz chcę się mścić na swoich oprawcach. Przerysowana, ale przyjemna dla oka i chyba z zupełnie niepotrzebnym backstory bo nie wiele z niego wynika poza jej kompleksem niższości i chęcią dominacji.
-film powstał na bazie jeszcze nie wydanego komiksu Kserkses można więc wnioskować, że odegra on dużą rolę w filmie. Wnioskujcie dalej. Jest na początku, pokazano jego mistyczny origin i potem przewija się w tle. A jego origin to kolejna z wielu dziwnych scen, które nie pasują do reszty. W skrócie to Artemizja zrobiła z niego boga, ale sensu w tym nie było żadnego. Niby miała plan, ale był on tak skomplikowany, że go nie zrozumiałem. Bo jeśli jej jedynym celem był najazd na Grecję to fatalnie to rozegrała.
- podobała mi się za to muzyka. Blisko Wschodnie klimaty idealnie pasowały do opowieści i jej dynamika komponowała się z akcją. Fajne też było animowane outro, najładniejsze efekty komputerowe wygenerowane przez cały film. Reszta była wystarczająca, ja lubię tą przerysowaną konwencję więc kupuje niebieski ekran. Szkoda tylko, że tak źle go wykorzystano.

OCENA 2/6

Gravity
- o Grawitacji dużo się nasłuchałem po premierze dlatego podchodziłem do niej pełen obaw, ale  też wiary. I się nie zawiodłem bo to film idealnie trafiający w moje gusta. Nie pusty blockbuster, ale film z przekazem i symbolizmem. Pewnie sporo osób będzie narzekało, że z zbyt nachalnym i pretensjonalnym, ale lepsze to niż ledwie widoczna subtelność. Jest to film nie tylko o babie w kosmosie, która próbuje przeżyć. To film o ponownych narodzinach, hartowaniu się siły w jednostce, woli przeżycia i tym co po nas zostanie. Nieustannie jest też przypominane o odwieczny krąg życia i śmierci. Ja to kupuje. 
- jednak jak mądry nie byłby to przekaz to najistotniejsze jest to co się dzieje na ekranie. Jest to prosta historia gdzie prawo Murphyego osiągnęło największą wartość. Wszystko się pieprzy, bohaterka walczy z kolejnymi przeciwieństwami i na nowo uczy się żyć. Od jednego niebezpieczeństwa w drugie z niewielkimi chwilami wytchnienia, które budzą emocję. Prostota, ale efektowność przekazu. 
- wszystko to ogląda się z zapartym tchem bo strona techniczna filmu jest fenomenalna. FENOMENALNA. ogromnie żałuje, że nie widziałem go na dużym ekranie z dobrym nagłośnieniem. Bajeczne zdjęcia pokazujące piękno i majestat kosmosu podkreślane przez długie ujęcia. O pierwszych kilkunastu minutach filmu mówiło się jeszcze przed premierą bo nie mają żadnych cięć, ale dalej jest równie ciekawie. Ordynarnych cięć jest niewiele, większość jest maskowana przez pracę kamery przez co wydaje się, że jest więcej ujęć tego typu. Do tego kamera swobodnie dryfuje i zatrzymuje się w dziwnych miejscach jak hełm bohaterki. Dużą wagę przyłożono też do poszczególnych ujęć gdzie obraz przejmuję rolę narracyjną.
- Grawitację obejrzę jeszcze raz. Znając przesłanie lektura będzie jeszcze ciekawsza. Do tego będę mógł jeszcze bardziej popodziwiać efekty bo naprawdę jest czym się zachwycać. 

OCENA 5.5/6


The Raid 
- dawno 90 minut nie minęło mi tak szybko. The Raid to zastrzyk adrenaliny zakrzywiający czasoprzestrzeń. Włączasz film, chłoniesz go, a za moment już jest koniec i leci lista aktorów. Jest tak dobrze. Nie sposób oderwać wzroku od ekranu by nie uronić choćby sekundy. Tego właśnie się spodziewałem słuchając głosów zachwytu, ale obawiałem się, że będę wybrzydzał. Nic z tego. Dołączam do chórku i będę piał peany o dziele Garetha Evansa.   
- ciężko mi się do czegoś przyczepić, jestem niemal bezkrytyczny dla historii, którą mi zaserwowano. Fabularnie jest prosto - oddział policjantów, jeden budynek i walka o przeżycie. Trafia się kilka zwrotów fabularnych, dorabiana jest głębia dla tej opowieści, ale to tylko pretekst dla pokazania baletu śmierci. Jednak udało się stworzyć wyrazistych bohaterów, nadać im osobowość i sprawdzić, że są odróżniali od siebie. Chciałoby się jednak więcej charakterystycznych postaci i wyraźnych osobowości po stronie "dobra". Również sprawa dialogów została sprowadzona do minimum. Bohaterowie niewiele ze sobą rozmawiają, a jak już to robią nie są to puste wymiany słów i powtarzanie znanych zwrotów mimo, że historia i zwroty akcji oparte są na dobrze znanych tropach.
- jednak tego filmu nie ogląda się dla fabuły czy postaci. Jego ogląda się dla niesamowicie pokazanej akcji. Przy odrobinie wyobraźni film można podzielić na dwa segmenty "strzelany" i "kopany". Pierwsza część to niesamowicie klimatyczna akcja policjantów. Pierw motywująca odprawa, potem taktyczne przeprowadzenie akcji i powolne przedzieranie się przez budynek. Cały czas czuć rosnące napięcie i oczekiwanie na ten jeden błąd. Do czego szybko dochodzi i następuje niesamowita wymiana ognia. Szybka, intensywna i brutalna. Niesamowicie żałuje, że nie oglądałem filmu na kinie domowym. Świszczące kule i dźwięk rozrywanego mięsa w 5.1 byłby smakowitym doświadczeniem. Zwłaszcza wybuchowy finał z śmiercionośną lodówką. Indiana mógł jej użyć jako mobilnego bunkra atomowego, ale wolę jej pomysłowe zastosowanie z The Raid. Niesamowicie mnie ucieszył realizm wymian ognia. Celność z obu stron jest na odpowiednim poziomie, amunicja szybko się kończy bez zbytecznego dramatyzmu i charakterystycznego "i am out", a trafienie wyglądają niesamowicie sugestywnie.
- jednak prawdziwa uczta zaczyna się gdy pięści idą w ruch. Można się odrobinkę przyczepić, że niemal cały oddział policji to specjaliści od sztuk walki, ale nie ma to sensu skoro sprawia tyle radości. Niezwykłe sceny pojedynków jeden 1 vs 1, 2 vs 1 czy starcia z tłumem. Efektowna choreografia walk, ale nie przesadzona, przy użyciu noży, pałek policyjnych, elementów umeblowania, ścian i własnych kończyn nie raz zaskakuje. Zwłaszcza momenty fatality. Brutalne zgony gdy mimowolnie z ust wydobywa się "o fuck" lub inna dowolna onomatopeja będącą mieszanką niedowierzania, odrobiny współczucia i zachwytu nad kreatywnością ludzi za to odpowiedzialnych. Walki są długie, ale się nie dłużą. Kamera często zmienia położenie, jednak nie czuje się nadmiaru cięć, które często psują efekt. Mi się najbardziej podobały starcia przy użyciu noża. Krótkie i precyzyjne cięcia oraz pchnięcia czego skutkiem są rosnące plamy krwi i jęki poturbowanych w tle.
- nie znam aktorów z filmu, nie próbowałem zapamiętać ich naziwsk, ale gdy będzie mowa o filmie mi przypomni się Gareth Evans. To on stał za scenariuszem, montażem i reżyserią. The Raid to jego dziecko, które powinno przynieść mu większy rozgłos. Na prawdę dziwie się, że jeszcze nikt w Hollywood nie zaproponował mu kręcenia jakieś wysokobudżetowej produkcji. Nadawałby się idealnie. Potrafi wykorzystać perspektywę by podkreślić obecną sytuację, idealnie prowadzi destrukcję otoczenia, umie wykreować sugestywny klimat oraz budować i podtrzymywać napięcie przez cały film (nawet w wydawałoby się spokojnych scenach!). Wie też jak korzystać z muzyki. Dynamiczna i rytmiczna podczas starć z mocnymi basami urywa się gdy padnie ostatni cios. Buduje to niesamowite wrażenie. Często eksperymentuje też z położeniem kamery np. przed lufą pistoletu lub niemalże na głowni siekiery podczas rąbania podłogi co sprawia niesamowity efekt i przypomina mi niektóre momenty z Breaking Bad gdzie też lubiono siębawić w ten sposób.
- film ma jeszcze jedną zaletę. Ogólnie pojęty klimat. Niezwykła brutalność to tylko wierzchołek. Całości dzieje się w jednym wielkim bloku i czuć klaustrofobię, ograniczoną powierzchnię akcji i zaszczucie bohaterów. Są w klatce z wściekłymi zwierzętami i próbują przeżyć na każdy możliwy sposób. Czuć też syf meliny, w której tą walkę prowadzą. Ludzie są zdegenerowani, odpychający i prosto pisząc brzydcy. W tle obskurne rysunki, zniszczone mury, zaniedbane mieszkania pełne lokatorów myślących tylko o kolejnej działce lub chcących zabić policjantów by uzyskać obiecaną nagrodę od głównego bossa. Antagonisty jest odrobinę przerysowany, ale pozytywnie. Evans nie poszedł z nim w absurd czy przesadną groteskowość, ale stworzył bezwzględnego paranoika pławiącego się w śmierci i zapewne kąpiącego w krwi noworodków i dziewic.
- jeśli ktoś spyta się mnie o jakiś film akcji to pierwsze co to polecę The Raid. Spytam się pierw czy nie jest nadwrażliwy na krew, jeśli stwierdzi, że nie, będzie musiał obejrzeć. Bo to jest pierwszorzędny film akcji (choreografia, reżyseria, ciągłe napięcie) z solidną otoczką (fabuła, postacie). Ja jak najszybciej muszę zabrać się za drugą część. Tym bardziej, że dwie najczęściej pojawiające się opinie to "lepszy od jedynki"
 i "słabszy od jedynki".

OCENA 5/6

czwartek, 21 listopada 2013

3 filmowe grosze #9

MOŻLIWE SPOILERY


After Earth
- ostrzegali mnie, że to fatalny film. Recenzje nie pozostawiły na nim suchej nitki, a ilość pozytywnych ocen na Rotten Tomatoes to zaledwie 11%. A i tak zobaczyłem czego żałuję. Wiedziałem, że będzie słabo. Tylko nie podejrzewałem, że aż tak.
- zacznę może od plusów bo jest ich niewiele. Podoba mi się design świata. Wszystko zbudowane z lekkich materiałów, widać pewną lekkość konstrukcji, a pojazdy inspirowaną są żywymi stworzeniami jak statek kosmiczny w kształcie ryby. Ładnie to wszystko wygląda. Gorzej z funkcjonalnością bo wszystko to jakieś sterylne i mało użyteczne.
- niestety, ale z tym designem wiąże się też wizja świata, która zupełnie mi nie pasuje. Science - fiction zostało potraktowane bardzo lekko. Spójności tutaj mało, a absurd goni absurd. Jakaś organizacja strażników ratująca świat przed zagładą. Serio? Najgorsze jest jednak to jaką bronią się posługują - konfigurowalnymi katanami. Po co pistolety skoro biała broń daje +10 do charyzmy. Fajnie to wygląda, ale za grosz tu logi. Główni przeciwnicy też zostali słabo zaprojektowani. Specjalnie wyhodowani obcy polujący na ludzi i tropiący ich za pomocą feromonów wydzielanych podczas strachu. Oczów nie mają bo i po co im. Tylko działa na nich ludzki strach. I z tym mam największy problem
- bo film próbuje nam wmówić, że tylko pozbywając się strachu staniemy się zwycięzcami. Strach nas ogranicza i nie pozwala osiągnąć maksimum. Tylko, że ja tego nie kupuje bo wg. mnie strach trzyma nas przy życiu. Pozwala racjonalnie myśleć, zdawać sobie sprawę z konsekwencji i martwić się o życie, które przecież jest najważniejszą rzeczą jaką posiada człowiek. Wyzbycie się strachu to jak wyzbycie się emocji. Czysty racjonalizm, który ma zapewnić przetrwania. I na tym opiera się ten film. Podróży Kitaia w przezwyciężaniu strachu, który go przecież ukształtował. Jego ojciec nie czuję lęku i przy tym zachowuje się jak robot. Nie licząc jednej sceny nie martwi się o syna. I nie wiem czy to wina scenariusza czy konsekwencja zapanowania nad lękiem.
- i tutaj płynie przechodzę do postaci, którym nie można sympatyzować. Ojciec zachowuje się jak robot, a synek dąży do tego. Przy czym we wszystkim jest najlepszy i zarozumiały. Topornie wyciosane postacie i fatalnie zagrane. Tak, Will Smith zagrał fatalnie i nie ratuje on filmu. Wiecznie zmęczone twarze, dziwna mimika i zero charyzmy.
- jednak najgorsze jest jak to wszystko zostało nakręcone. To w gruncie rzeczy prosta historia i to można wybaczyć, ale na pewno nie można przymknąć oka jak to zostało pokazane. Wszystko jest po chamsku tłumaczone, zero miejsca na domysłu i niedomówienia. I co chwila jest coś w stylu "teraz wypuszczam sondy", "to jest", "to nie działa bo". I co chwila to samo. Można by było pomyśleć, że chociaż operator się postara i będzie na co popatrzeć. Dziewicza planeta, opanowana przez zwierzęta i roślinność. Zapierające dech w piersiach krajobrazy i uczucie obcowania z czymś niezwykłym. Nic z tego. Po w filmie szerszy plan jest pokazany kilka razy. Większość ujęć to zbliżenia na twarze bohaterów i ich wymęczone oblicze.
- jak w Zdarzeniu tak i tutaj Shyamalan funduje wątek ekologiczny, który jest niezwykle naiwny. My niszczyliśmy Ziemię to teraz ona na nas będzie polowała. Zniszczyliśmy ją więc musimy za to odpokutować. Niesamowicie pretensjonalny jest też jeden z dialogów wyglądający mniej więcej tak: gdy jedna z postaci mówi, że kiedyś polowali na wieloryby to główny bohater odpowiada, że to my polowaliśmy. Mimowolnie otwarta dłoń ląduje na czole. Trochę subtelności nikomu by nie zaszkodziło
-nie chcę mi się pastwić nad filmem, a mógłbym tak jeszcze trochę. Ale o jednej rzeczy wspomnę, której po prostu nienawidzę. Gdy w finale zostaje wysłany sygnał SOS w komos ma on postać strumienia światła wystrzeliwującego w przestrzeń i rozchodzącej się niebieskiej energii. Zgrzytałem na to zębami w Battleship, które było fatalnym filmem zgrzytam i teraz. Niby detal, ale nie znoszę takiej łopatologii

OCENA 1.5/6

Man of Steel 
- DC odpowiada na Marvelowe filmy i robi to w dobrym stylu. Tylko dobrym, a i to kontrowersyjna opinia bo sporo ludzi mocno krytykuje najnowszego Supermana. Ja się cieszę, że ten film powstał. Może i poziomem bliżej mu do Captain America czy Hulków niż do Iron Mana, ale jest to dobre kino rozrywkowe, które potrafi porwać na niemal 2,5h bez uczucia zmęczenia. Czy jednak jest to godne otwarcie nowego filmowego uniwersum? Jakoś nie chcę mi się wierzyć, za dużo błędów DC i WarnerBros. widziałem
- klimatem Man of Steel przypomina bardziej nolanowskiego Batmana niż lekkie przygody od Marvel Studios. Humoru tutaj mało, a film często uderza w "mroczne" tony. Ludzie giną, zniszczenie ogarnia planetę, jest mocny konflikt wewnętrzny bohatera, problematyka ekologiczna (która coraz częściej jest poruszana w kinie) a i pokuszono się o wątki mesjanistyczne. Tylko, że film jest za bardzo w tym wszystkim nadęty i zbyt poważany. Brakuje puszczenia oka, chwili rozluźnienia, która równoważyłaby wszechobecny patos, którego stężenie jest często nie do zniesienia. 
- jednak jedno trzeba przyznać filmowi - prezentuje się fenomenalnie. Zack Snyder, tak jak David Fincher przykłada olbrzymią rolę do warstwy wizualnej swoich filmów. Jednak w przeciwieństwie do Finchera strona techniczna przeważnie gra u niego najważniejszą rolę. Tak jest i tutaj. Mocne filtry, prześwietlone zdjęcia, kadry na zasadzie kontrastu, przesycenie niektórych kolorów, kilka zabaw z kamerą, mocny biotechnologiczny design Kryptonu i pojazdów czy niesamowite sceny podczas, których Superman używa po raz pierwszy swoich mocy. Te elementy robią wrażenia. I może przez to film przypomina teledysk bo fabuła jest uboga, ale dwie ostatnie bitwy i destrukcja Metropolis to wizualny majstersztyk. Często mam problem z tego typu rzeczami bo na takich Transformersach przeraźliwie się nudzę, ale tutaj nic takiego nie miało miejsca mimo, że finałowa bitwa trwa niemal 40 minut. 
- jak już napisałem fabularnie jest słabo. Dużo jest też błędów logicznych i naciągnięć. Jednak w ostatecznym rozrachunku można na nie przymknąć oko. 3 tygodnie po obejrzeniu filmu w głowie zostają głównie plusy i wspomnienie płytkiej historii, którą próbowano urozmaicić częstymi flashbackami, ale ostatecznie jest ona zbyt grubymi nićmi szyta, zbyt melodramatyczna by chwytać. 
- Henry Cavill jako Superman spisał się bardzo dobrze. Zarówno podczas walki, w kostiumie jak i w dramatycznych scenach. Jestem ciekaw jak wypadnie w duecie z Batmanem, ale to pieśń odległej przyszłości. Reszta obsady też została dobrze dobrana. Costner i Crowe jako ojcowie Supka też dali radę mimo, że ciężko je uznać za postacie pozytywne. Dobrze wypadł tez Michael Shannon jako Zod oraz jego podwładni. Dobrze, ale znowu bez szału. Najgorzej z głównej obsady prezentuje się Amy Adams jako Lois Lane. Zupełnie nie pasuje mi do tej roli, brak jej zadziorności, zaradności i charakteru. Idealną dziewczyną Supermana pozostanie dla mnie Erica Durance ze Smallville.
- na minus zasługuje też brak sceny po napisach. Nie gdy Marvel przyzwyczaił do teasowanie nowych filmów i planów właśnie w ten sposób 

OCENA 4/6

This is the End 
-zachwyciłem się pierwszym zwiastunem This is the End i od razu zapisałem na listę "koniecznie obejrzeć". Trochę się bałem bo średnio przepadam za amerykańskimi komediami i stylem Apatowa, ale to, tak jak Pineapple Express, trafiło idealnie w moje gusta. Jasne trafiło się kilka niesmacznych żartów na które kręciłem głowę, ale i tak uśmiechałem się pod nosem.
- ten film miał w sobie pewną lekkość, zabierał widza w przygodę od pierwszych minut. Uczucie było potęgowane jeśli zna się nazwiska aktorów - choćby James Franco, Seth Rogen, Jay Baruchel i sporo zaskakujących cameo. Bo oni tutaj grają siebie i są kumplami. Czyli jak w prawdziwym życiu. Widać, że doskonale się bawili kręcąc film i to się udziela. Szalony buddy-apocalipse-movie. Umiejętnie wykorzystujący znane motywy i dodający coś od siebie.
- i mimo tej absurdalnej konwencji jest też na swój sposób całkiem "mądry". Bo to też opowieść o przyjaźni i dojrzewanie. Podane z ironią i trochę gorzko, ale cały czas zabawne.
- This is the End na pewno obejrzę jeszcze raz bo to kopalnia smaczków i doskonałych pomysłów. To film zrodzony z miłości do gatunku przez grupkę znajomych. To świetna rozrywka, którą trzeba sprawdzić

OCENA 5/6