Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Legend of the Seeker. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Legend of the Seeker. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 maja 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #229 [01.05.2017 - 07.05.2017]

SPOILERY

American Gods S01E01 The Bone Orchard
Nie czekałem na adaptację książki Naila Gaimana. Po przeczytaniu Nigdziebądź nie jest mi z autorem po drodze. Czekałem, wyczekiwałem z wywieszonym jęzorem od pierwszej zapowiedzi nowego serialu Bryana Fullera, Michaela Greena i Davida Slade'a. Trzech ludzi którzy mogli stworzyć wybuchową mieszankę zabrało się za seriali dla stacji kablowej dającą wolną rękę i nie bojącej się kontrowersji. To musiała się udać. I udało. O jak udało!

Pierwszy odcinek to pilot perfekcyjny. Nadający ton serialowi, wprowadzający w świat i unikatowy styl wizualny. Już czołówka zarysowuje główny motyw serialu. Opowieść o starciu Nowych i Starych Bogów. O tym jak współcześni idole zastępują starych wykorzystując te same symbole po niewielkiej rewitalizacji. Symboliczna menora zbudowana z mikrofonów jest działającym na wyobraźnie obrazem nastrajającym odpowiednio na seans.

Taka też jest otwierająca scena. Opowieść o wikingach przybyłych do Ameryki, poznających nowy ląd i zdanych na łaskę nieznanych Bogów. Gdzie dzielni wojownicy są zabawkami w ich rękach, nic nie warci póki nie złożą hojnej ofiary. To też opowieść o Bogach strzegących swoich domen i zapowiedź nadchodzących walk. Pierwsze parę minut i nie znając materiału źródłowego wiem już doskonale o czym będzie ten serial.

Cały odcinek jest pełen metafor i symboliki, zabawy w forshadowing nadchodzących wydarzeń. To budowanie relacji z widzem. Niczym kochanka nie chcąca zdradzać swoich wszystkich sekretów. Bawi się, pieści, nie zdradza wszystkiego, ale wystarczająco by wrócić po więcej. Sceny bez związku z głównymi wydarzeniami? Ależ oczywiście. Efektowna sekspozycja (TM by Game of Thrones)? Zawsze przykuwa oko. Niezrozumiałe senne wizje? Jakżeby nie, żeby zając czym reddit między odcinkami. Dekompresja scen i ciągnące się dialogi? Przecież nie można zbyt szybko opowiedzieć całej historii. Ten serial flirtuje z widzem i szybko tworzy więź którą będzie bezwstydnie wykorzystywał.

W tym wszystkim są charakterystyczni bohaterowie, pozorne stereotypy będące tajemniczymi personami. Shadow Moon jest byłym więźniem pracującym dawniej przy kasynach. Zwolniony za dobre zachowanie, wiecznie opanowany, tłumiący w sobie złość. Więcej? Trzeba czytać subtelnie rozrzucone wskazówki czekające na odnalezienie. Rick Whittle doskonale odnalazł się w tej roli, balansujący ascetyczny spokój i momenty złości. Co zabawne przez ten jeden odcinek wypowiada prawdopodobnie więcej słów niż przez prawie trzy sezony The 100.

Jest też Wednesday. Stary Bóg wypowiadający wojnę Nowym. Lub desperacko walczący o przeżycie kilku dni więcej starzec szykujących się na śmierć. Ian McShane szarżuję podczas swoich monologów przypominając jak cholernie charyzmatycznym jest aktorem. Dominuje na ekranie, ale nie przytłacza swoją osobowością, a raczej uwypukla charakter Cienia.

Gdybym nie miał żadnej wiedzy o serialu i ktoś by mi go puścił to pierw bym mu podziękował, a potem zakrzyknął Bryan Fuller i David Slade. Ich DNA nie jest widoczne, jest rozmazane po całym ekranie. Dekompozycja, skupienie się na detalach, symetryczne kadry, fetysz ubierających się w garnitury mężczyzn, niepokojąca muzyka, saturacja kolorów, oniryczne wizję, dziwne sceny seksu, fascynująca przemoc i brutalność, doskonale pasujący podkład muzyczny. Ba, jest nawet zmiana proporcji ekranu podczas flashbacków i snów. Wypisz wymaluj sprawdzone środki stylistyczne z Hannibala.

Rozpływam się nad serialem, ale dostrzegam niedostatki pilota. Spokojnie można by wyciąć lub skrócić kilka scen. Brakowało mi też poruszenia tematu religii czy nadania sensu całej opowieści. To była bardzo ładna godzina zmuszająca do powrotu i zarysowująca konflikt Bogów. Kuleje mi też trochę logika gdzie Shadow nie zadaje odpowiednich pytań i dużo rzeczy przyjmuję na wiarę co wybija z rytmu. Trochę się czepiam, ale tylko dlatego że mi zależy.

Inne:
- pierwsza scena flashback z przybycia wikingów do Ameryki w 813 roku. Końcówka odcinka, Shadow mówi o 813 przeczytanych książkach. Fuller i ekipa już droczą się z widzami.
- napis "Gdzieś w Ameryce" i logo Hollywood, kolejna zabawa, która można jeszcze odczytywać metaforycznie co do przemysłu filmowego lub brak respektu z strony Starych Bogów do nowych.

OCENA 5.5/6

Into the Badlands S02E04 Palm of the Iron Fox
Bardzo ładny odcinek pokazujący, że Into the Badlands to coś więcej niż choreografia walka i hektolitry krwi. Co zabawne udało się tego dokonać bez głównego bohatera który nie pojawił się na jedną maleńką nawet scenę. To dobrze świadczy o serialu. Pokazuje, że historia i świat są wystarczająca bogate by być rozwijane bez głównej postaci.

Było tutaj mnóstwo bardzo fajnych scen. Wdowa nauczyła się zasad dyplomacji i została oszukana. Waldo mimo swojego inwalidztwa pokazał, że wciąż się trzeba z nim liczyć. Val odebrała życie po tym jak zaprzyjaźniła się z Edgarem. Wstrząsająca scena. Również tak wypadło zabicie przez Quinna swojego syna i jego ostatnie słowa. Chyba nie muszę mówić o imponującym starciu podczas konklawe i tym ujęciu od góry pokazującym uporządkowany chaos walki?

OCENA 5/6

Into the Badlands S02E05 Monkey Leaps Through Mist
Im więcej czasu upływa tym bardziej jestem przekonany o zbędności Quinna. Jego sojusz z Wdową mógłby być ciekawy, ale w zeszłym sezonie, teraz jego zachowanie jest zbyt nieprzewidywalne. O wiele lepiej oglądałoby mi się serial bez niego i np. więcej czasu dla Jade i Lydi. Jak próbują sobie poradzić w własnej domenie podczas wojny z Wdową.

Sunny musiał podjąć trudną decyzję i przewidywalnie postępuję honorowo. Długo mu jednak zeszło, ale co jak co na pedofilię patrzeć przychylnie nie można co prowadzi to kolejnej widowiskowej sieki. Może nie takiej jak serial przyzwyczaił, ale przyjemnej w oglądaniu z fajną scenografią post apokaliptycznych londyńskich autobusów.

Odcinek miał swoje dobre i złe strony. Było w nim zbyt dużo dłużyzny, a cała opowieść wydaje się zbytnio przeciągana, jakby twórcy dopiero przyzwyczajali się do dwukrotnie dłuższego sezonu. Klimat jest, mogłoby być więcej fabularnego mięska.

OCENA 4/6

Into the Badlands S02E06 Leopard Stalks in Snow
Najbardziej pozytywna rzecz z odcinka to spotkanie Sunny'ego i MK. Bardzo niespodziewane, ale jak najbardziej zadowalając bo oznacza jeden wątek mniej do śledzenia. Szkoda tylko, że musieliśmy się pożegnać z Avą. Kobiet wojowniczek nigdy wiele. Jej śmierć była bezsensowna, wolałbym by dostała jakąś porządną historię. Chociaż może to i lepiej, nie będzie wątku romansowego. Będzie za to szkolenie MK przez Benjie. To kolejna duża niespodzianka. Towarzysz Sunny'ego okazał się dawnych mnichem. I tylko szkoda, że nie było zbyt wiele przesłanek jakby za bardzo chciano zaskoczyć.

Gdzie indziej Wdowie udaje się zawiązać sojusz z Quinnem. Nie wiem jak przyjmie to Tilda czy Odessa, ale na pewno zatrzęsie to światem jaki znamy. Tylko Vail musiała wrócić do swojego oprawcy. I tak Quinn ma w swoich rękach Lydie i Vail z Henrym.W świetle zeszłego sezonu łatwo można zrozumieć jej decyzję. Tylko czy zwycięstwo za wszelką cenę się sprawdzi?

Inne:
- ta scena gdy Lydia bez wahania próbuje wbić sztylet w Quinna, jakby chciano podkreślić różnicę z synem i podobieństwa z mężem. 
- kolejne przesłanki o Starym Świecie i powrót wątku Azry. Już lepiej jakby tego nie ruszano. Magazyn z 2024 roku jakoś nie współgra mi z serialową wizją postapo.

OCENA 4/6

Legend of the Seeker S01E11 Confession
Kolejny powrót do zamierzchłej przeszłości. Tym razem serial który oglądałem od początku prawie dekadę temu i porzuciłem po wielkim rozczarowaniu jakim się okazał. Dałem kolejną szansę dwa lata później (2011 rok), podobało mi się i obiecałem sobie powrót. Moje przekonanie wzmocnił facebookowy rewatch serialu i wiedza, że Legend of the Seeker zyskał sobie niemały fandom, co mnie trochę zaskoczyło. Dlatego wyrok obejrzenia kolejnego epizodu po takiej przerwie przyjąłem z odpowiednią mieszanką zainteresowania i obaw. To drugie okazało się zupełnie niepotrzebne.

Sam zaskoczyłem się jak dobrze się to oglądało. Obawiałem się plastikowego crapu z naiwną fabułką. Plastik jest, świat razi sztucznością, a gra aktorów sugeruje nagrodę w serialowym odpowiedniku Złotych Malin. Scenariusz to zupełnie inna bajka Odcinek oglądało się niczym sprawnie nakręconą zagadkę kryminalną z kilkoma warstwami (choć z przewidywalnym sprawcą, nie rozwiązaniem) zgodnie z zasadami gatunku opowiadającym o czymś więcej niż znalezieniu morderców. Poruszono moralność spoczywającą na Spowiedniczkach, jak nieopatrznie mogą zniszczyć komuś życie. Można by wejść jeszcze bardziej w szarą strefę i lepiej usprawiedliwić kolaborację z Rahlem i pobawić się odcieniami szarości. Nie mniej jestem zadowolony z głównego wątku.

Jednak to nie wszystko. Zedd dostał własny historyjkę. I to była dziwaczna opowieść. Z jednej strony humorystyczna tęsknota za domem, śmianie się z zdolności kucharskich matki i typowe kłótnie z bratem. Z drugiej strony mamy traumę z dzieciństwa, obwinianie brata z powodu manifestacji magicznych mocy oraz porzucenie domu na niemal ćwierć wieku. Zaskakująco ciężkie tematy.

Po  seansie nie mam tak wielkiej ochoty jak w przypadku Better Off Ted na kolejny odcinek. Jestem jednak pewien, że wrócę do tego świata i serial pozostaje w kolumnie "Nadrabiane".

OCENA 4.5/6

Prison Break S05E05 Contingency
Pierwszy odcinek powrotu na którym się nudziłem pomimo ciągłej akcji i ucieczki przed ISIS. Trochę za długo to trwa, tym bardziej, że nie dzieje się nic specjalnego przez co siada napięcie co prowadzi do oglądania z obojętnością. Serial ma też problem z wprowadzaniem nowych postaci. Relacje Michael/Lincoln bardzo dobrze działają, natomiast Syd, Ty i Whip są mi zupełnie obojętnie. Śmierć tego pierwszego nawet mnie nie ruszyła. Ciekawsze było oglądanie aroganckiego Michaela za wszelką cenę chcącego wykonać swój plan i Linca wątpiącego w jego sens.

Nie do końca działa też główna intryga. Organicznie powiązano ją z finałem czwartej serii, ale ciężko mi uwierzyć by Michael przez tyle lat był czyjąś marionetką, nawet mitycznego agenta CIA. I teraz jeszcze pytania - czy mąż Sary to rzeczywiście Posejdon? Obstawiałbym bardziej Heather, jej przyjaciółkę, to byłby twist! Chociaż ten wątek jest tak mało przekonywająco prowadzony, że każde rozwiązanie będzie naciągane.

OCENA 3/6

The 100 S04E09 DNR
Jakie to ludzkie, nawet zbliżająca się zagłada nie jest w stanie zaprowadzić pokoju, a wszelkie waśnie się eskalują. Nawet Roan który tyle czasu przebywał z Clarke woli walczyć niż zaakceptować pokój do jakiego może zaprowadzić Clarke po przejęciu Płomienia. Klany znają tylko jedną drogą i nią podążają, drogę krwi. Tylko czy to źle? Czy nie mogą mieć własnych przekonań i kultury? Bardzo ładne potępienie kolonializmu wyszło The 100.

Jednak głównym motywem odcinka nie były ciągłe spory między gatunkiem ludzkim. Poruszono problem eutanazji na życzenie. Ha, kto by się spodziewał po młodzieżówce od The CW. Każdy powinien mieć prawo wyboru kiedy chcę odejść. Powrót do życia pod ziemią? Lepsza śmierć i zabawa do ostatniej minuty. Przy okazji związek Monty'ego i Harper pokazał, że kochać to szanować wybór i wspierać do samego końca. Jest też Raven chcąca w ostatnim momencie polecieć w kosmos by ostatni raz pozbyć się bólu. To jej decyzja i Murphy ją niechętnie akceptuję.

Jest też Octavia. Siedemnastoletnia maszyna do zabijania. Nie ucieknie od przeznaczenia choćby nie wiadomo jak się starała, śmierć będzie za nią podążać. Zabawa w rolnika bardzo szybko się skończyła i teraz została ostatnią nadzieją ludzkości.

OCENA 4.5/6

The 100 S04E10 Die All, Die Merrily
Co za piękny odcinek. The 100 nigdy się nie cackało, gra zazwyczaj toczyła się o wysoką stawkę, a gdy trzeba to zabijano bohaterów. Tym razem zorganizowano igrzyska śmierci o władze nad bunkrem. Wśród uczestników cztery znane osoby. Octavia, Ilian, Roan i Luna. Kilkanaście osób wchodzi na arenę i tylko jedna ma przetrwać. Gdyby to był inny serial zacząłbym się zastanawiać jak uda się przeżyć komuś więcej niż Octavii. To jednak The 100, śmierć jest nieodłączną częścią serialu. Nie tylko szokuje, ale służy do budowanie i podkreślania historii.

Pierw zginął Ilian. Kolejna bliska osoba Octavii, która żegna się z tym światem. Ostatnio to on trzymał ją przy życiu, pozwolił jej poczuć coś więcej niż rządzę śmierci. To, w połączeniu z finałem odcinka mocno na nią wpłynie. Znowu może zacząć się oddalać od swoich ludzi i szukać swojego miejsca. I będzie się chciała zemścić na Echo. Do tej konfrontacji musi dojść.

Kolejną, tym razem dużo smutniejszą, śmiercią był zgon Roana. Do końca myślałem, że uda mu się przeżyć. To świetnie rozpisana postać udanie rozwijana przez dwa sezony i nadającą odpowiedniej dynamiki relacją Skaikru z Azgedą i Trikru. Jego odejście z jednej strony miało w sobie coś honorowego. Darząc szacunkiem Octavię i Clarke zawiązuje sojusz by pokonać Lunę. Wie, że przetrwanie ludzkości jest najważniejsze. Jednak nie bez honoru i dlatego przepędza pomagającą mu Lunę. Z drugiej strony zginął utopiony w fontannie oślepiony przez niespodziewany opad radioaktywnego deszczu. To nie jest śmierć godna króla.

Jest też Luna. Oszalała kobieta mogąca zostać Komandorem doświadczyła śmierci własnych ludzi i okropieństw jakich dopuszczają się Skaikru walcząc o przetrwanie. Zwątpiła w sens istnienia ludzkości i zobaczyła ukojenie w śmierci. Po co cierpieć skoro można łatwo odpuścić, a jedyne co ludzkość ma do zaoferowania to właśnie cierpienie (nie przypomina wam to kogoś?). Nawet w obliczu własnej zagłady walczymy między sobą. Również jej śmierć nie była godną wojowniczki. Poprzez swoją arogancję została zaskoczona i dźgnięta od tyłu.

Wraz z końcem Konklawe i triumfalnym wkroczeniem Octavii do sali tronowej zdałem sobie sprawę, że to jeszcze nie koniec. Brakowało Bellamy'ego, można było zakwestionować wynik. Mimo to Octavia wygłosiła swoją zwycięską mowę mówiąc, że nie walczyła dla swoich ludzi tylko dla ludzkości. Po sojuszu z Roanem i obłąkańczej przemowie Luny zrozumiała, że współpraca i tolerancja jest kluczem do przetrwania. Nie wygrała dla swojego ludu tylko dla ludzkości i postanawia podzielić Kryptę dla wszystkich klanów. Piękne i szlachetne, nowa wersja Unity Day. Prawda, że piękne zakończenie odcinka odbudowujące wiarę w ludzkości? To przypominam co za serial oglądamy.

The 100 igra z widzem i jego oczekiwaniami. Gdy dzieje się coś dobrego za rogiem skrywa się tragedia. Często w wyniku pośpiesznego, głupiego lub aroganckiego zachowania. Gdy wizja Clarke o ludzkości połączonej w imię przetrwania niemalże się ziściła Skaikriu robią coś co prowadzi do kolejnego konfliktu - przejmują siłą bunkier. Tym razem to oni są złymi w tej historii (chociaż dobro i zło dawno straciło tutaj na znaczeniu). Nie wierzyli w Octavię, stwierdzili, że nie ma szans na przeżycie i tym razem to oni zatroszczą się o przetrwania. Ironicznie to Clarke podejmuję decyzję o przejęciu bunkra. To też pokazuje jak bardzo się zmieniła, że nauczyła się podejmować decyzję wpływające na życie. I teraz kolejny raz nauczy się konsekwencji.

Inne:
- może to są daleko idące wnioski, ale The 100 to bardzo aktualny serial i można go szeroko interpretować. Walka między plemionami podczas zbliżającej się apokalipsy jest analogią do współczesnego świata. Populiści tacy jak Pike skłócili nas, oferowali proste i kłamliwe rozwiązania, a teraz wszyscy ze sobą walczą co może doprowadzić do katastrofy.
- rozumiem brak Raven, ale jest mi z tego pomysłu bardzo przykro, niech leci już w kosmos.

OCENA 5.5/6

The Flash S03E20 I Know Who You Are
Wreszcie zdradzono tożsamość Savitara. Niestety nie jest to wielkie zaskoczenie. Już w przypadku Zooma i Reversa typowałem jakąś wersję Barry'ego, alternatywną Ziemię lub przyszłość. Tutaj było podobnie i z biegiem czasu coraz bardziej się utwierdzałem w tym przekonaniu. Mocnym kandydatem był też Wally, ale ten odcinek mnie tylko utwierdził w moim przekonaniu. Gdyby odkrycie tożsamości miało miejsce kilka tygodni temu pewnie lepiej by to działało, teraz tylko zakrzyknąłem "wreszcie". Przy okazji pochwalę jak ładnie to koresponduje z wątkiem Killer Frost - dwie dobre osoby zmieniają się w złoczyńców. Jeśli serial tego nie spieprzy, a spieprzy, to może pobawić się ideą jak łatwo taka transformacja się dokonuje i jakie tragedie z niej mogą wyniknąć.

Odcinek miał widowiskową akcję i trochę głukopwatych scen robiących galaretkę z mózgu. W sam raz na odstresowanie. Był jednak jeden niezaprzeczalny plus - Anne Dudek jako Tracy, naukowiec mogąca ocalić Iris. Przesympatyczna bohaterka mogąca idealnie wpasować się w obsadę serialu. I trochę się boję śmierci Catlin zamiast Iris w finale i Tracy w stałej obsadzie od przyszłego sezonu.

Przy okazji Joe dostał bardzo stereotypowy wątek. Zbliżył się do Cecile, ona wyznaje mu miłość, on ją odtrąca by ją chronić i dzieje się jej krzywda. Gdyby nie charyzmatyczny aktor bardzo ciężko by się to kolejny raz oglądało.

Inne:
- trzymam kciuki, że Barry szybko powie kim jest Savitar, a nie będzie to ukrywał przez cały następny odcinek.
- Wells działa mi już na nerwy, niech w przyszłym sezonie wróci stary. Albo mim Wells, na pewno lepiej by wypadł.

OCENA 4/6