Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Star Wars Rebels. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Star Wars Rebels. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 listopada 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #256 [06.11.2017 - 12.11.2017]

SPOILERY

GLOW S01E02 Slouch. Submit.
Zgodnie z przewidywaniami serial bardzo szybko się rozkręca i wychodzi poza dwie bohaterki będące początkowo jego siłą napędową. Powiedziałbym nawet, że gdyby nie scena kulminacyjna to nie one odrywały najważniejszą rolę. Świetnie przedstawiono historię Cherry. Pokazano silną kobietę po poronieniu, aktorka zagrała wewnętrzną walkę, a scenariusz dał jeszcze woltę na końcu podkreślająca cały dramatyzm. Było też więcej śmiechu niż ostatnio. Czasem niesmacznego, ale to celowe. Podkreślenie zawiści między bohaterkami, pierwszych konfliktów oraz zaakcentowanie jak bardzo to toksyczne środowisko. Fantastyczna była końcówka. Wielka improwizacja Sama i pomiatanie Ruth by wkupić się w łaski Debbie. Świetnie rozpisane i wielowarstwowe opowiadające o trzech bohaterkach, ale i całym środowisku. Ogólnie jestem dobrej myśli i widzę tutaj coś więcej niż kolorową komedię z wrestlingiem.

Inne:
- nieporadna Ruth będzie złoczyńcą opowieści. Tak! Jak powiedział Sam, to złoczyńcy mają najlepsze teksty.

OCENA 4.5/6

GLOW S01E03 The Wrath of Kuntar
To było świetne. Tak zwyczajnie i bez większych wstępów. Znaleziono perfekcyjny balans między dramatem, humor i prezentacją bohaterek. Znowu obnażono seksizm branży filmowej w bezczelny sposób, ale też zabawiono się motywem seksistowskiego reżysera wierzącego w swój feminizm. Świetne dialogi, aż się od nich iskrzyło. Była też impreza gdzie dziewczyny mogły być tym kim chcą, a ostatecznie stanęło na stereotypach. Było rozwijanie relacji w grupie. Był też absurd goniący absurd. Wciąż tylko brakuje mi lepszego zarysowania charakterów bohaterek.

OCENA 5/6

GLOW S01E04 The Dusty Spur
Powoli dochodzę do wniosku, że wystarczy zamknąć główne bohaterki w jednym pomieszczeniu i pozwolić im rozmawiać. Tyle wystarczy by odcinek wyszedł co najmniej bardzo dobry. Dlatego ciesze się, że GLOW trzyma postaci w kupie. Mało jest scen gdy są pozostawione same sobie, a jak już są to ważne - konfrontacja Debbie z mężem czy wstęp z Wilczycą. Mimo nagromadzenia bohaterek na ekranie nie brakuje tutaj wątków osobistych. Poszukiwania własnej tożsamości, emancypacji czy wyrwania spod jarzma własnego ojca. Wszystko w kiczowatej konwencji. Dramat i komedia w doskonałych proporcjach.

Zakochałem się w ostatniej scenie i symbolicznym obrazku. Debbie i Ruth nieświadome swojej obecności zasypiają na leżakach rozdzielone basenem. Debbie się orientuje z obecności swojej nemezis, ale daje jej spokój i idzie spać. Symboliczne zawieszenie broni i pokazanie różnic je dzielących bez wypowiadania słów.

OCENA 5/6

Riverdale S02E05 Chapter Eighteen: When a Stranger Calls
Nie raz pisałem jak dobre jest Riverdale w tym sezonie. Nie przeszkodzi mi napisać jeszcze raz. Jest bardzo dobre, wręcz wyśmienite. Wystarczy tylko zaakceptować przerysowaną stylistykę i można chłonąć historię z życia bohaterów.

Niedoceniana na początku sezonu Betty dostaje własny wątek. I jest on zabójczy. Dosłownie, he he. Biedaczka jest szantażowana emocjonalnie przez zabójcę. Black Hood mówi o więzi ich łączącej, chęci oczyszczenia miasta z zła i pastwi się nad panną Cooper. Każe jej zerwać stosunki z sodomitami, wejść w konflikt z matką i zaprasza ją na schadzkę zmuszając do założenia maski mordercy. Świetnie rozpisany wątek, który wbrew moim obawą Lili Reinhart udźwignęła. A przecież był jeszcze cliffhanger. W zamian za życie Archiego musi wskazać osobę która ma zginąć. Trzeba im przyznać, że umieją w cliffhangery.

Robienie rzeczy, których się nie chcę było spoiwem tego odcinka i w pewien sposób spotkało wszystkich młodych bohaterów. Veronica by zaimponować ojcu musiała zbliżyć się do Nicka i zaakceptować jego molestowanie. W obawie przed konsekwencjami i reakcją tatusia postanowiła to ukryć. Kolejny świetny komentarz do współczesnej sytuacji społecznej. Efekt? Drapieżnik miał kolejną szansę, tym razem by zgwałcić Cheryll. Całość skończyła się mocno feministycznym wydźwiękiem gdzie Pussycats dokonują małego rewanżu. W kobietach siła, chcę nam powiedzieć serial.

Jughead wbrew sobie i zgodnie z oczekiwaniami zostaje wężem. Konflikt wewnętrzny, oddalanie się od starych przyjaciół i idealistyczna chęć naprawy świata w czasach prób inicjacyjnych. Dużo tego, ale bez uczucia przytłaczania. Trochę campu, sporo dramatów i pierwszy poważny zgrzyt z soap opery - zapowiedź romansu z Toni. Ech, nie tak prostackiego prowadzenia fabuły po Riverdale oczekiwałem.

Podczas gdy pierwsze odcinki sezonu należały do Archiego tak teraz został odsunięty na boczny tor. Grał głównie zazdrosnego chłopaka, ale dobrze rozpisanego przez co nie irytującego, jak często te role mają w zwyczaju. Był też przyjacielem Betty. Wspierającym i dającym rady prosto z swojego naiwnego serca. Miał też świetną scenę z Jugheadem. Na quescie od Betty musiał mu przekazać, że zrywają. Znowu czyny popełniane z wielką niechęcią i koniecznością wobec większego dobra. Niby romans, ale jaka dawka emocji. Kupuję to.

Nie jesteśmy ani trochę bliżej poznania tożsamości Black Hooda i wcale mi to nie przeszkadza. Jest na to cały sezon i nie jest to wcale najważniejsze. Najbardziej prawdopodobny wydaje się Hiriam. Zna Archiego i Cooperów oraz najwięcej na tym zyskuje. Tylko takie bezpośrednie narażanie się nie wygląda jak jego styl. Na pewno próbuje wykorzystać sytuację co mu się udaje. A może Zamaskowanych morderców jest dwóch? Taki Krzykowy twist. Pasowałby biorąc pod uwagę dwa charaktery pisma.

Inne:
- nie dziwi mnie Alice Cooper jako były Wąż, chyba nawet sygnalizowano to w zeszłym sezonie. Natomiast zrobienie się na bóstwo i zaakceptowanie swojej przeszłości głośno to manifestując tak bardzo w jej stylu.
- wspominanie burzliwej przeszłości Veroniki wygląd jak set up pod jakiś zwrot akcji związany z jej życiem w Nowym Jorku. Narkotyki i ostre imprezowanie, coś w tym musi być.  
- syn Alicji z The Good Wife, to miło niespodzianka. Albo nie miła, zależy jak na to patrzeć.

OCENA 5.5/6

Star Trek: Discovery S01E08 Si Vis Pacem, Para Bellum
Chciałbym napisać, że odcinek jakościowo był porównywalny do poprzedniego. Nawet próbował klasycznego motywu z pierwszym kontaktem i grupką niehumanoidalnych bytów żyjących w absolutnej harmonii. Z początku ciekawił koncepcją tajemniczych obcych i problemem do rozwiązania. Z czasem fabuła się za bardzo rozmyła. Za dużo odrębnych wątków przez co żaden z nich nie był dobrze prowadzony. Najciekawiej wypadła misja odkrywcza. Znowu była współpraca w drużynie i zaciskania więzi więc bardzo szkoda, że skończyło się sztucznym konfliktem.

Gorzej było na statku. Pierw zaczęło się od mało ekscytującej bitwy kosmicznej. Sztuką jest by przy takim budżecie polec na takim elemencie. Potem były problemy Stamesa i pomoc Tilly by zakończyć cliffhangerem z spotkaniem z Klingonami. Bardzo mało. To trochę boli. Serial kreuje ciekawe wątki, rozpoczyna je i potem nic z nimi nie robi.

Niestety po odcinku przerwy wróciły Klingony. Nie znoszę scen z ich udziałem. Brakuje mi tu wyrazistych postaci. Czy to tragicznego bohatera czy przerażającego antagonisty. Wygląda to trochę kabaretowo. A ja cierpię oglądając kolejne sceny, które mogłyby być spożytkowane na załogę Discovery. I chyba więc czemu mam do tego awersję. Nie interesuje mnie wojna w tym serialu. Nie obchodzi kto wygra i w jaki sposób. Wolę przygodę i bohaterów, a nie kosmiczny konflikt którego wynik jest z góry przesądzony. 

Inne:
- idę o zakład, że w związku z "chorobą" Stamesa Discovery prędzej czy później skoczy w czasie. Prawdopodobnie nawet już doświadcza nakładanie się różnych linii czasowych. Nie bez powodu nazwałby Tilly kapitanem.
- czy admirał Cornwell wróciła tylko po to by zginąć i służyć za nudny element ekspozycyjny dla Dennas? Bez sensu.

OCENA 4/6

Stranger Things S02E05 Chapter Five: Dig Dug
Póki nie zrozumiałem jednej rzeczy przez pewien czasem miałem problem z Stranger Things. Tego serialu nie można pojmować jako serial właśnie, a raczej 9 godzinny film. Nie lubię tego określenia, ale w tym przypadku to prawda. Nie można odróżnić kolejnych epizodów, a wszystkie zlewają się w całość. Nawet nie ma klasycznej konstrukcji trój, lub pięcio aktowej. To jest długa opowieść stawiająca na budowanie klimatu. Brakuje rozwoju postaci czy zamknięcia pewnych etapów po napisach końcowych. To opowieść która trwa do samego finału. Jeśli to się zaakceptuje czerpie się jeszcze większa przyjemność z seansu.

Z powodu powyższych powodów ten odcinek mi się podobał. Wydarzyło się niewiele, ale jaki tu był klimat. Poszukiwanie Hoppera czy jego przedzieranie się we wnętrznościach wielkiego stwora. Nieustające zagrożenie i tykający zegar. Plus obleśne macki. Była też chwila rozluźnienia z Nancy i  specjalistą od teorii spiskowych czy klnącym Dustinem. Było też kapitalne polowanie na minidemogorgona. I wreszcie emocjonalne sceny z Jedenastką i jej matką. Może nie potrzebne, ale niewątpliwie dodające kolejną cegiełkę do opowieści.

Pięć odcinków minęło i wciąż jest dużo niewiadomych, ale trochę za mało na budowanie teorii spiskowych. Patrz pierwszy akapit. Myślę nawet, że ten serial w telewizji by się za dobrze nie sprzedał, jego siła to  bingwatching i na tym polu działa on perfekcyjnie.

OCENA 5/6

Stranger Things S02E06 Chapter Six: The Spy
Wciąż drażni mnie poszatkowana struktura sezonu. Jedenastka na uboczu, 2/3 za nami a ona nie miała żadnej sceny z chłopakami. Nancy i Jonathan również w swoich własnych serialach. Jedynie mgliste powiązanie z główną historią. I w zasadzie to jedyna rzecz do jakiej mogę i chcę się doczepić bo to był znakomity odcinek.

Mimo mojego czepialstwa do historii Nancy i Jonathana lubię oglądać tą dwójkę na ekranie. Nie jestem świrem od teorii spiskowych i nie czuję między nimi chemii, ale lubię ich. Zwłaszcza ten kontrast będący przy okazji zaprzeczenie stereotypów. Ona stanowcza i pewna siebie on wahający się w podejmowaniu decyzji i outsider. Świetnie to było widać przy śniadaniu gdy po wspólnej nocy i uwagach o ich zachowaniu ona się uśmiechała, a on chował głowę i uciekał wzrokiem.

Kolejne udane parowanie to Dustin z Stevem. Brakowało mi takich błyskotliwych wymian zdań w koleżeństwie. Grupka za bardzo jest rozbita w tym sezonie. Na szczęście tym razem się udało. Rozmowy o dziewczynach podczas polowań na minidemogorgona czy też szturm na piwnicę. Wszystko to zwieńczone pełną napięcia sceną akcji z równoległym montażem do kulminacji innego wątku.

 Przejmująco wypadły sceny w laboratorium. Choroba Willa do doskonały pretekst dla kolejnych popisów aktorskich Winony Ryder. Kilka udanych zwrotów akcji i finał. Było co oglądać. I tylko czynnej roli Hoppera mi brakuje. Kilka onelinerów od przyszłego Hellboya to trochę za mało.

Inne:
- Hopper dzwoniący do Jedenastki i przepraszający za ostatnie wydarzenia pusty dom! Scena odcinka...
- ... obok momentu gdzie Steve wyjawia Dustinowi jak utrzymuje swoje boskie włosy.
- backstory Max to delikatne rozczarowanie. Oczekiwałem czegoś bardziej przewrotnego niż rozbita rodzina. Chociaż, może w tym tkwi siła tego wątku? Pokazanie, że są też bardziej przyziemne problemy niż walka z potworami.
- tytuł odcinka spoilerował końcówkę, nie powiem, że się zaskoczyłem, ale klimacik i tak był.
- siostra Lucasa jako przerywnik komediowy kradnie odcinek. Daleko jednak jej do małej Holly i jej miny przy stole z pierwszego sezonu.

OCENA 5/6

Stranger Things S02E07 Chapter Seven: The Lost Sister
W internetach pojawiło się dużo skrajnych opinii o tym odcinku, w większości negatywne. Mając w pamięci pierwszą scenę sezonu i błyskawicznie analizując tytuł jeszcze przed seansem moim synapsom udało się wywnioskować o czym The Lost Sister będzie opowiadać. I nie mam nic przeciwko takim odchyłom. Opuszczenie Hawkins na rzecz wielkiego miasta i poświęcenie całości Jedenastce było miłą odmianą od monotematyczności (nie monotonii!) Stranger Things. Ba, nie miałbym nic przeciwko gdyby nawet Eleven się nie pokazała, a Eight wykorzystano by jako podbudowę pod kolejne sezony. To jest serial, tutaj można się bawić formą i zabierać widza w rejony do których nie jest przyzwyczajony. Nawet trzeba by nieustannie go angażować.

To była bardzo osobista opowieść. O wyrzutkach społecznych, którzy odnaleźli rodzinę. O brutalnej wendecie będącej sposobem radzenia sobie z traumą. O zrozumieniu się nawzajem, o tym co się w życiu liczy i miejscu które nazywamy domem. Było wzruszająco, śmiesznie i dramatycznie. To była mocno skondensowana opowieść. To też miejsce gdzie dano więcej czasu Jedenastce, która została odsunięta na boczy tor w tym sezonie. Jestem zadowolony i poproszę więcej takich eksperymentów.

Inne:
- świetnie wyszło wplecenie wydarzeń z poprzedniego odcinka w życie Jedenastki w wielkim mieście.
- Bon Jovi i Ruanaway w otwierającej scenie <3

OCENA 5/6

Stranger Things S02E08 Chapter Eight: The Mind Flayer
Niemalże 50 minut siedzenia na skraju fotela w napięciu oczekując kolejnych scen. Pierwsza połowa to pierwszorzędny thriller. Ucieczka z budynku przed demodogami była niesamowicie zrealizowana. Montaż, rozłożenie scen akcji i tych cichszych dramatycznych momentów których atmosferę można by ciąć brzytwą, heroicznych momentów oraz klimat zagrożenia. Opuszczona placówka z wszechobecnymi trupami i oczekiwanie na śmierć. Musiało do tego dojść, to był najwyższy czas by podbić stawkę. I tylko szkoda, że postąpiono tak zachowawczo zabijając Boba. Niesmacznie jego rozszarpywanie przez pieski pokazano odrobinę zbyt długo. Wcześniej Stranger Things uciekało od tak bezczelnego gore.

Druga część odcinka to odmiennie klimatyczna opowieść. Zagrożenie wciąż się czai, ale udaje się podjąć walkę. Cała ferajna została zebrana do kupy i kombinują co dalej. Więcej humoru, ale też bardziej personalny dramat. Egzorcyzmy opętanego Willa. Młody zagrał to świetnie, panowie odpowiedzialni za montaż również wykazali się w swojej robocie. Mniam. I może to trochę naiwne i mało w tym wszystkim rozwoju postaci tak ogląda się świetnie. I końcówka z powrotem Jedenastki. About damn time!

Inne:
- "Steve!?", "Nancy?" chyba najzabawniejszy moment w odcinku gdy przypadkowo dwie grupki dzieciaków spotykają się koło opanowanego przez potwory laboratorium.
- Dustin wciskający namiętnie guzik odpowiedzialny za otwieranie bramy i to zadowolenie gdy zupełnie przypadkiem się ona otwiera.
- dramatu w domu Maxime ciąg dalszy. Tym razem jednak to Billy jest poniewierany. I dalej jestem zdania, że ta historia ma sens i może się rozwinąć w S03. Chyba, że doprowadzi do durnego cliffhangera na koniec tej serii.
- jak pokonać Łupieżce umysłów? Powołać armię zombie. Mogę zrozumieć Hoppera czemu jest sceptyczny do tego pomysłu. Ja bym mimo to spróbował.
- Nancy znowu z bronią. Ech, chciałbym żeby dostawała ciekawsze wątki.

OCENA 5.5/6
 
Star Wars Rebels S01E04 Breaking Ranks
Disneyowska machina promocyjna The Last Jedi rozkręciła się tak bardzo, że wpłynęła na moje cotygodniowe losowania wrzucając mnie w świat Gwiezdnych wojen. Nie narzekam. Za bardzo. Jest czego się czepić, zwłaszcza naiwnych scen akcji, ale odcinek miał wystarczająco liczbę plusów bym przymknął na to oko. Fajnie było zajrzeć do akademii szturmowców, nawet jeśli pokazano to pobieżnie. Jednak dużo lepiej od budowania świata wyszły relację między bohaterami. Widać, że Ezra się rozwija, a jego jednoodcinkowi towarzysze dostali interesujące historię. Wpadli w machinę imperium, część z nich wierzy w to o co walczy, są niepewni swojej przyszłości, czy zwyczajnie zaciągnęli się by odnaleźć własną siostrę. Trochę szkoda, że odcinek nie poszedł mocniej w kierunku osobistych historii. Mimo to udało się mu podtrzymać moje zainteresowanie przez całe 20 minut.

OCENA 4/6

The Last Ship S04E07 Feast
Pod względem akcji był to przyjemny odcinek. Oglądało się dobrze, trochę naiwnie, ale nie schodziło poniżej ustalonego przez serial poziomu. Gorzej z główną intrygą. Złole zachowują się idiotycznie. Popełniają szkolne błędy przez co ciężko ich traktować poważnie. I jeszcze zwrot akcji z prawdziwymi intencjami Velleka. Jego nadrzędnym celem jest uratowanie ludzkości i poprzez inżynierie genetyczną wyeliminowanie agresji. Normalnie szalony naukowiec z kreskówki.

OCENA 3.5/6

The Last Ship S04E08 Lazaretto
Gdy myślałem, że wprowadzenie kontroli umysłów to za dużo serial poszedł jeszcze dalej i zafundował twist rodem z Fight Club. Kompletnie się tego nie spodziewałem. Dodaje to głębi Vellekowi i wyjaśnia jego motywację. I jest tak bardzo głupie. Wyszło jeszcze gorzej niż w Dexterze. To nie serial na tego typu rewelację. Tutaj robi to jedynie za narzędzie ekspozycyjne przeszłości i charakteru złoczyńcy. Nie kupuję tego.

Na szczęście akcja z Vulture Team była dużo ciekawsza niż wszystko co związane z Georgim, Fletchrem i Vellekem. Acz trochę szkoda, że znowu misja na lądzie. Misja pod przykrywką i udawanie potulnych więźniów wypadło trochę zabawnie i trochę napięcia udało się z tego wykrzesać. Śmieszne były sceny z Wolfem, udał się dramat z Aresem i osobiste problemy bosmana. Ogólnie mały plusik.

Inne:
- ten sezon jest mocno pomostowy. Jakby trzeba było coś napisać przed lepszymi pomysłami szykowanymi na finał. Dlatego nie lubię zamówień na więcej niż jeden sezon.

OCENA 4/6

The Last Ship S04E09 Detect, Deceive, Destroy
Mogę narzekać na złoczyńcę sezonu, cały wątek związany z Nostos oraz nieudolne prowadzenie głównej fabuły i przedstawianie świata w większej skali. Nie znaczy to, że nie doceniam świetnego odcinka gdy go widzę. Takie było właśnie wprowadzenie do finału. Bitwa morska dwóch przebiegłych kapitanów. Dużo niespodziewanych manewrów, starcia podnoszące adrenalinę i na końcu powiewająca na wietrze w glorii i chwale Amerykańska flaga. Udało się w to wszystko wcisnąć nawet kilka osobistych dramatów nadających ludzki wymiar całemu konfliktowi. Czy mini historyjka o Nolan, czy problemy zdrowotne bosmana. Takie sceny są ważne. Ile by nie było akcji i wybuchów to przecież bohaterowie są w centrum serialu.

OCENA 5/6

The Last Ship S04E10 Endgame
 Jak przystało na finał The Last Ship było mnóstwo akcji, konkluzja wątków i dramaty postaci. Było też trochę rozczarowania. Mimo to bawiłem się bardzo dobrze. To w końcu najlepszy substytut sensacyjnego kina akcji w telewizji. Dzielni żołnierze odnoszący sukces i Ziemia nieustannie ratowana dzięki ich poświęceniu.

Endgame udanie wyważył sceny na lądzie i wodzie. Doceniam, w końcu klimat okrętu wojennego to główna zaleta serialu. Pierw strzelanina z udziałem dzielnych komandosów, ratowanie przyjaciół i decyzję, które trzeba było podjąć dla dobra ludzkości. Stężenie patetyzmu na metr kwadratowy dawno przekroczyło dopuszczalną normę. I to jest zaleta. Potem była misja infiltracyjna z udziałem Chandlera i Sashy by skończyć się kolejną strzelaniną i sukcesem misji. Tym razem po staroświeckim abordażu.

Może to wszystko nie brzmi jakoś specjalnie ekscytująco, ale dzięki realizacji oglądało się świetnie. Dynamiczne momenty, szybko montaż, czasem kamera skupiające się na bohaterach, a nie na akcji. Właśnie bohaterowie. To znowu dzięki nim chcę się to oglądać. Jak Greenowie martwią się o siebie, jak Gator zgłasza się na ochotnika do abordażu, jak poświęcają swoje życie dla innych i wreszcie jak walczą z ciemnością. Personalną i całego świata. Banał, ale jak nie często piszę, czasem to banały najlepiej trafiają do widza.

I tylko szkoda, że cała intryga z Nostos i wielkim planem Velleka okazała się zbitką nieudolnych pomysłów na szalonego naukowca po stracie syna. Zamiast pójść w thriller polityczny oparty o napięcia międzynarodowe związane z brakiem żywności zafundowano opowieść z animacji dla dzieci. Nie pomogły próby nadania człowieczeństwa Vellekowi i aktorskie popisy Petera Wellera. To nie była odpowiednia opowieść dla tego serialu. 

Inne:
- tytuł Endgame dla finału prawdopodobnie przedostatniego sezonu wydaje mi się marnotrawstwem.
- Sasha chyba zupełnie zapomniała o Fletcherze. Nawet przez chwilę nie zastanowiła się nad jego losem.
- przed nami prawdopodobnie ostatni sezon. Trochę szkoda, ale patrząc na tą serię trochę się cieszę.

OCENA 5/6
OCENA SEZONU 4.5/6

poniedziałek, 10 listopada 2014

Serialowe podsumowanie tygodnia #110 [03.11.2014 - 09.11.2014]

Długie weekendy to jeden z najlepszych wynalazków współczesnej cywilizacji. Zamiast standardowych dwóch dni wolnego całe cztery. Człowiek nie wie co ze sobą zrobić i nie żal mu czasu na oglądanie serialu jak w przeciętną sobotę/niedzielę. Przez to udało mi się nadrobić kilka tytułów. Dawno w tygodniowym podsumowaniu nie było aż 11 odcinków. Szkoda, że większość okazała się być przeciętniakami. Choćby Constantine. Spore oczekiwania wobec kolejnej komiksowej adaptacji DC i ostatecznie serial bez magii. Podobno trzeci odcinek najlepszy, tak jak siódmy Gotham. Czy jednak mam ochotę osobiście to sprawdzić? 

Na szczęście z tygodnia na tydzień jest coraz mniej seriali do oglądania. Tak jakby. Stacja Lifetime skasowała Witched of East End po dwóch sezonach. W internecie nie było słychać lamentu po tym serialu. Natomiast anulowanie Selfie uszczęśliwi kilka osób. Karen Gillan powinna teraz znaleźć sobie normalną pracę przy porządnym serialu sci-fi. Słyszycie ludzie z Syfy? Takiej okazji nie można przegapić. 

Fani (i fanki, wiem, że są takie) Cullena Bohannona powoli mogą żegnać się z swoim ulubionym bohaterem. Powoli bo Hell on Wheels dostało zamówienie na finałowy sezon, którego ostatnie odcinki zostaną wyemitowane w 2016 roku. Czyli AMC kontynuuje swoją durną praktykę dzielenia ostatnich sezonów na pół. Szczęśliwsi (są tu tacy?) będą widzowie Forever bo serial mimo słabiutkiej oglądalności dostał zamówienie na całą serię. Na kolejny rok powróci Peaky Blinders, które cały czas umyka z mojego radaru.

W tym tygodniu kilka stacji wypuściło notki prasowe z datami finałów jesiennych seriali i premierami kolejnych. Najciekawsze jest info dotyczące ABC i ich Marvelowych tytułów. Bo jakżeby inaczej? Tak więc jesienny finał Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D. odbędzie się 9 grudnia (czyli zostały tylko trzy odcinki), miesiąc później bo 4 stycznia zadebiutuje Marvel's Agent Carter, a Culson (jeśli wciąż będzie żył) wraz z drużyną powróci 3 marca. Skąd już tylko rzut beretem do premiery Avengers 2 i Daredevila. Jeśli ktoś bardzo nie może się doczekać pierwszej powojennej misji Peggy Carter to mam dla was prawie 3 minuty z serialu.

Dzisiaj  będzie tylko o jednym zamówionym serialu. Anthem od Showtime opowie o nowej wojnie domowej w Stanach Zjednoczonych. Dramat polityczny od kablówki? Proszę bardzo. Przypomina, że Syfy pracuje nad adaptacją DMZ, komiksu od Vertigo również o współczesnej wojnie domowej tylko z innej perspektywy (dziennikarz na Manhattanie, tytułowej strefie zdemilitaryzowanej). Polecam.

Nie lubię tego typu wiadomości bo zazwyczaj rozbudzają tylko nadzieje. Jednak napiszę o tym, a co. Pushing Daisies może powrócić! Pracę nad musicalem wciąż trwają, prowadzone są również rozmowy z Netflix o "zaginionym sezonie". Bardzo chciałbym jeszcze raz zobaczyć cukiernika, Chuck i Emersona.

Tradycyjną dawkę rzeczy do obejrzenia zaczyna króciutki teaser Orphan Black. Kwiecień tak daleko, a ja tak bardzo stęskniony za Tatianą Maslany. Drugi i ostatni trailer to zapowiedź Fortitude. Brytyjczycy umieją w kryminał.

Mało do oglądania? Nie martwcie się bo na deser czołówka Too Many Cooks. Jest to intro z nieistniejącej komedii z lat '80 parodiujące tego typu otwarcie. Przeradza się jednak w coś niespodziewanego. Coś niepokojącego i szokującego. Warto wytrzymać 10 minut. Tylko potem będzie ciężko wyrzuci z głowy too many cooks. Too many cooks... too many cooks...

SPOILERY

Arrow S03E05 The Secret Origin of Felicity Smoak 
- kolejny odcinek Arrow oglądany na raty. Zapowiadało się dobrze. Dynamiczny początkowy montaż z ćwiczącymi parami podkreślający nienormalność bohaterów. W przeciwieństwie do Felicity mającej dość normalny poranek. Zabawne sceny, krótka rozmowa z Palmerem (więcej ich!) oraz "niespodziewana" wizyta mamusi. I gdzieś w tym momencie odcinek zaczął męczyć. Główna intryga z Brother Eye była słabiutka, nie czuć było zagrożenie wiszącego nad miastem. Felicity wiele nie zrobiła by powstrzymać zagrożenie. Zamiast tego skupiono się na jej osobistych problemach i relacjach z matką, które wcale nie potrafiły mnie zainteresować. Dobrze, że nie zredukowano Felicity do damy w opałach i sama się uratowała, ale finał mocno rozczarował.
- w międzyczasie było dużo, bardzo dużo koszmarnych wątków i scen. Ollie wyrzucający Thee korzystanie z pieniędzy jej ojca. Pewnie, lepiej by siostra nie miała gdzie mieszkać. Kolejnym przykładem jest pani Smoak nie umiejąca korzystać z komórki, posiadająca smartwatch i odbierająca maila. Coś mi się tutaj nie zgadza. I ten nachalny kontrast w stosunku do córki! Koronę najdurniejszych historii dalej z dumą i tą samą miną nosi Laurel. Jaką logiką przejęła władzę w mieście nie mam pojęcia. Bo pełni funkcję p.o. prokuratora generalnego? Toż to głupie. I czemu jest p.o. skoro niecały rok temu była zawieszona?! Jej zachowanie było tłumaczone emocjami po śmierci siostry tylko to nie prawda. Ona ma taki charakter i kolejny raz jest to podkreślane. Proszę niech w końcu zginie. Chciałbym by rodzinka Lanców podzieliła los Argentów z Teen Wolf.
- jak wypadł origin Felicity? Nijako. Zakochana haktywista, superwirus, chłopak idzie do więzienia, a ona farbuje włosy i zmienia sposób ubierania się. Cóż za piękny wątek! I ta niesamowita scena gdy FBI zgarnia chłopaka w środku miasta. Bo wiecie, aresztowania w mieszkaniu są przereklamowane.
- ostatnia scena wypadła bardzo fajnie. Roy śni o zabici Sary. Czy to wspomnienia? Czyżby został przez kogoś zmanipulowany? Pachnie mi to Ligą Zabójców.

OCENA 3/6

Brooklyn Nine-Nine S02E05 The Mole
- spokojny odcinek, zabrakło salw śmiechu w moim wykonaniu. Było trochę nietrafionych motywów i zabrakło ciętych dowcipów. Przez cały odcinek dobry humor mnie nie opuszczał, ale serial przyzwyczaił mnie do wyższego poziomu. Jednak była jedna scena, która mi wynagrodziła zawiedziona oczekiwania. Monolog Holta gdzie w poetycki sposób użala się nad swoim życiem w towarzystwie Scully'ego i Hitchoocka. Z jednej strony ekranu bijąca powaga z drugiej mój śmiech i cicha prośba by ta scena trwała jak najdłużej.

OCENA 4/6 

Constantine S01E01 Non Est Asylum
- kolejny komiks DC trafił do telewizora (już 2 tygodnie temu...) i jestem zawiedziony. Czekałem na Constantine, pokładałem w nim sporo nadziei i niestety srogo się zawiodłem na pilocie. Wydawał mi się strasznie chaotyczny, jakby twórcy chcieli za dużo pokazać. Przy czym paradoksalnie niósł ze sobą niewiele informacji. Dostaliśmy strzępy informacji o bohaterach przy czym tylko Constantine budzi jakieś emocję co jest zasługą świetnego Matta Ryana. Lucy Griffith niestety została wycięta z serialu. Jej niewinność pasowała do Johna i wraz z nią można by poznawać ten świat. Zamiast tego tak po prostu odeszła.
- w pilocie podobały mi się efekty specjalnie. Widać, że serial sporo kosztował. Lepiej jednak jakby kasę włożyli w porządnych scenarzystów. I proszę nie mówicie mi, że zwiększona aktywność demonów (ziew...) wiąże się z nadchodzącą apokalipsą. Bo tak to wygląda.  
- przeszkadza mi jeszcze ledwie zarysowanie problemów Johna. A tak stracił duszę, szczegół nie rozmawiajmy o tym. Przez to wszystko mi się wydawało obojętne. Tak jak walka z demonami. Może i wyglądała efektownie, ale też była obojętna.
- po rozczarowaniu serialem chyba muszę zacząć czytać komiks.

OCENA 3/6

Constantine S01E02 The Darkness Beneath
-Constantine wygląda jak serial sprzed ~10 lat. Nie pod względem efektów specjalnych czy sposobu reżyserii. To bym jeszcze przebolał. Chodzi o sposób prowadzenia historii. Drugi odcinek to zwykła proceduralna sprawa, która ma pasować do teorii, że zło rośnie w siłę. Duchy górników były fajnym pomysłem, ale na tym koniec. Śledztwo słabe, dużo przypadku, a konfrontacja z siłami nieczystymi to jakiś żart. Nie czuć też efektów zaklęć. W Supernatural gdy Winchesterowie zaczynali inkantować coś łaciną robiło to wrażenie. Tutaj jest to kolejna scena.
- niby można obaczyć niedoskonałości proceduralnej sprawy wprowadzenie do serialu Zed. Tylko, że jej wątek też nie jest specjalnie ciekawy. Mimo, że mieszkała w miasteczku była od niego oderwana. Brak chemii w relacjach z Johnem. Zadziwia mnie też ignorancja bohaterów, którzy praktycznie między sobą nie rozmawiają tylko przerzucają się zdaniami dotyczącymi wątku głównego. Rekcja Johna na rysunki ze swoją podobizną? Brak zaskoczenia. Serio? Dupa, a nie master of dark arts skoro nie intryguje go takie odkrycie. Jedyna fajna rzecz w tym wątku to użycie kultowych grafik z komiksu, które nawet taki amator jak ja je poznaje.
- w sumie aroganckie zachowanie Johna w większości przypadków mi się podoba. Tak jak dialogi. Tylko proszę, niech będzie ich mniej w przyszłości. Momentami już nie chcę się ich słuchać.

OCENA 2.5/6

Sleepy Hollow S02E07 Deliverance
- serial nareszcie zaczął robić większy użytek z Katriny i rodzinki Crane'a. Dalej nie kupuje romansu z Jeźdźcem, ale podobają mi się relację mąż/żona jakie z tego wynikają. Z jednej strony miłość Ichaboda do żony, z drugiej jego nieufność względem niej. Przez te trudne stosunki dochodzi ciągle między nimi do napięć. Na szczęście nie mieszają w to zazdrości o Abbie. I niech nawet nie próbują bo ten wątek może zniszczyć serial. Przyjaźń między tą dwójką bardzo dobrze wychodzi w tym serialu i dodanie głupich miłostek mogłoby dużo zepsuć.
- supernaturalna ciąża Katriny dobrze wyszła. Odliczający czas do narodzin demona i zagrożenie życia sprawiło, że był to intensywny odcinek. Pikanterii dodał demoniczny Henry, który ponownie potwierdził niemożliwość ocalenia jego duszy. Był w stanie poświęcić własną matkę by sprowadzić Molocha na ten świat. Co istotne jego plan się udał. Nie w 100% bo pewnie nie tego oczekiwał, ale jakaś forma jego pana trafiła na nasz świat. Dobrze, intryga się zagęszcza w połowie sezonu i coś mi się wydaje, że końcówka może przybrać apokaliptyczny rozmiar.
- nie podobała mi się jedna rzecz w odcinku. Brak Jenny. Żona jego przyjaciela potrzebuje pomocy, gra toczy się o najwyższą stawka, a ona nie jest nawet wspomniana. To nie ma prawa tak wyglądać.

OCENA 4.5/6

Star Wars Rebels S01E03 Fighter Flight
- to był zaskakująco przyjemny odcinek. Zupełnie niepotrzebnie bałem się infantylnego humoru. On jest, ale udaje mu się i mnie zabawić i nie patrze na serial z zażenowaniem. Jest przygoda i ja się z niej ciesze. podobały mi się ewoluujące relację między Ezrą, a Zebem i to jak pogłębia się między nimi przyjaźń. Brakuje mi takiego serialu w kosmosie tylko z żywymi aktorami. Na szczęście Rebels sprawdza się jako substytut. Najśmieszniejsze, że cała draka zaczęła się od wyprawy po owoce, a skończyła na kradzieży TIE fightera. Było dzięki temu dużo efektownej akcji i ładnie nakręconych scen. Oswajanie się Ezry z mocą też dobrze się ogląda, ale wolałbym gdyby pokazali sceny z jego treningu.

OCENA 4/6

Star Wars Rebels S01E04 Rise of the Old Masters
-nareszcie pojawił się trening Ezry. I nie poszedł zbytnio po myśli nauczyciela jak i ucznia. Było komicznie i fajnie się to oglądało. A potem było jeszcze lepiej. Wyprawa po Luminarę i wpadniecie w zasadzkę sprawiły, że ten odcinek okazał się najlepszym z dotychczas wyemitowanych. Ocenę dodatkowo podbiła walka na miecze świetle. Jak oni się ładnie bili! Inkwizytor jest potężny i bawił się z Kananem. Na szczęście choreografia jest równie udana co w The Clone Wars i jest na co popatrzeć.
- nie mogło też zabraknąć humoru. Jak choćby powracający żarcik o cudach i cytowanie Yody. Z coraz większe przyjemnością włączam kolejne odcinki.

OCENA 4.5/6

The 100 S02E03 Reapercussions 
-jaki uroczy tytuł odcinka! Wykorzystuje mitologię serialu, jest twórczy i nie banalny. Nic nie spoileruje, ale opowiada o czym w dużej części będzie odcinek. Można go też odnieść do wielu scen i wątków. Niby detal, a jak cieszy.
- jeszcze zanim przejdę do odcinka - początkowy montaż z previously on uświadomił mi jedną rzecz. Otóż dzieciaki nie są wcale bezpieczne w Mount Weather i nie zostali uratowani z altruistycznych pobudek. Ich krew ma prawdopodobnie takie samo działanie co Grounders. Nie zdziwiłbym się gdyby teraz ją badali, a potem dzieciaki by powoli znikały. Lub w nocy potajemnie by z nich była odpompowywana krew. Motyw jak z horroru, ale dobrze pasujący do serialu.
- bo pierwsza scena na pewno była horrorowa., niezwykle intensywna i trzymająca w napięciu. Przerażające odgłosy ludzi w klatkach, wiszące niczym zwierzęta zbiorniki na krew i przechadzająca się pani doktor. To było świetne. Bardziej pasowałoby do The Walking Dead niż serialu The CW. Szczególnie to co działo się później. Zsyp na ciało, podróż  wózkiem na zwłoki i próba utrzymania kruchego sojuszu Anyi z Clarke. By uciec musiały sobie zaufać, ale nie potrafiły tego zrobić. Musiały walczyć ramię w ramię, ale dalej pozostały wrogami. Co tylko potwierdza ostatnia scena i przypomnienie finału. Clarke zabiła 300 wojowników, tutaj nie będzie łatwych pojednań między tymi obozami. Zbyt dużo ich różni i nawet wspólny wróg nie jest wystarczającym bodźcem do chwilowego zawieszenia broni.
- w Camp Jaha było równie ciekawie. Napięcie między Abby, a Kanem nie zniknęło, tym razem podsycane jeszcze przez major Byrne. I tutaj mamy tradycyjny konflikt między cywilami i wojskowymi. Jeszcze jest on w początkowej fazie, ale rozwinie się. Wszystko na to wskazuje. Zwłaszcza jak Kane nie będzie teraz w obozie. Scena batożenie Abby była fenomenalnie pokazana. Trochę głupio, że tak postępują z lekarzem, ale z drugiej strony psychologicznie powinno to zadziałać na resztę ocalałych. Wiecie co było najlepsze w tej scenie? Wcale nie dosadny sposób w jaki pokazano ból Abby i jej hart ducha. Mnie bardziej ruszyło jak Kane musiał ze sobą walczyć by wykrzyczeć kolejny raz again. Nie chciał tego robić, ale musiał. Nie kupuje tylko przekazania władzy Abby. Jasne, członkini rady i szanowana przez społeczeństwo, ale zbyt łatwo do tego doszło. Sama scena i rozmowa między tą dwójka gdy dostaje przypinkę z oznakami władzy miała w sobie zbyt wiele patosu. Zabrakło tylko powiewającej flagi w tle. I to chyba jedyny problem jaki miałem w tym odcinku.
- pamiętacie jeszcze czasy gdy Finn był kompasem moralnym bohaterów? Mi też ciężko sobie je przypomnieć mimo, że nie minęło od nich zbyt dużo czasu. Przy czym nie ma się wrażenie, że postać zachowuje się out of character. To wydarzenia wojny, zaginięcie Clarke i kalectwo Raven tak na niego wpłynęły. Widział zbyt dużo i przekroczył granicę, o której mówił Bellamy. A nawet kolejną. Był w stanie dokonać egzekucji na skutym więźniu, nawet go to nie ruszyło. Jeszcze. Nie mogę się doczekać by zobaczyć konsekwencję tego czyny. Tylko gdzie zaprowadzi ich mapa sporządzona przez jeńca? Przecież oni wcale nie mają dzieciaków, którzy bezpiecznie podziwiają ocalałe dzieła sztuki w Mount Wheather.
- wątek Ocatavi dalej mnie zadziwia i podoba mi się bardziej niż powinien. Heroina pokazuje swój charakterek i wojowniczość, prosto dąży do celu i wydaje się, że rzeczywiście jest wojowniczką. Tylko bańka pryska podczas starcia z Reapers. Przeżyła, ale robiła głównie za statystkę, zaledwie ocalając życie liderce Grounders. Wiecie co mi się jeszcze podobało w tym wątku? Tubylcy mówiący własnym językiem. Świetnie wpływa to na immersję podczas oglądania i pokazuje poziom kreatywności serialu.
- serial w tym odcinku wyjawił współpraca Weatherman z Reapers i rzucił kolejną tajemnicę - tajemniczy projekt Cerberus. Zbyt mało danych by spekulować, ale z pewnością będzie to coś związanego z eksperymentami genetycznymi lub praniem mózgu.
- muszę jeszcze pochwalić reżyserię. Całość to porządna rzemieślnicza robota, było jednak kilka detali cieszących oko. Jak oglądanie Grounders przez lunety, świszczące strzały koło kamery, ujęcie z chłostania Abby czy efekt podczas wydostanie się Clarke na zewnątrz.

OCENA 5/6

The Good Wife S06E07 Old Spice
- współczuje osobą, które dzięki internetowym zachwytom włączyły The Good Wife i trafiły na Old Spice. Zapewne spodziewały się dojrzałego dramatu prawniczego, a dostały... coś dziwnego. Tak chyba to najlepsze określenie tego odcinka. Zwłaszcza wątku Elsabeth i Josha Perottiego. Ich związek jest słodki i niepokojący zarazem. Biję od nich chemią, są od siebie tak bardzo różni, a przyciągają się z niesamowitą siłą. Ta para nie pozostawia obojętnym i albo się pokocha ich zachowanie lub na zawsze znienawidzi. Ja to kupuje z całym inwentarzem. Cóż z tego, że była jakaś sądowa sprawa, Cary znowu mógł trafić do więzienia, Alicja zmagała się ze swoją wiarą, a firma walczyła o nowe lokum skoro to właśnie Carrie Preston i Kyle MacLachlan ukradli ten odcinek. Nie umniejszając oczywiście pozostałym wątkom umiejętnie operującym na granicy komedii i dramatu.

OCENA 5/6

The Walking Dead S05E04 Slabtown
-cóż za nudny odcinek. Czekałem na historię Beth i pokazanie dużo miasta więc tym bardziej się rozczarowałem wydarzeniami. Historia zbyt oderwana od głównej linii fabularnej, a młoda panna Green nie jest w stanie udźwignąć na swych wątłych barkach własnego wątku. W duecie z Darylem doskonale się sprawdzała. Iskrzyło między nimi, a kontrast potęgował zaciekawienie jej wątkiem. Teraz została rzucono w mrowie nowych postaci przez co odcinek oglądało się z bez tego napięcia znanego z poprzednich epizodów sezonu. Dostaliśmy kolejną grupkę ocalałych z którymi coś jest nie tak. Porozrzucano dużo znaków zapytania, ale przez ogólną bierność Beth, której oczami poznawało się rezydentów szpitala nic nie potrafiło zaciekawić. Dramaty postaci były zbyt wydumane. Dobrze, że przynajmniej finałowa scena ucieczki dała radę. Sprawnie wyreżyserowana, prześwietlone i wyciszone zdjęcia po ucieczce na wolność oraz ciemność i przebłyski światła podczas kolejnych strzałów - mogło się podobać. Tylko kompletna głupota z zakończeniem tego wątku. Beth miała pistolet i nie udało się jej uciec, a jej kulawy towarzysz dał radę. I jak inni wychodzą z budynku? Nie mają alternatywnej drogi? Ogólnie dużo dziur w historii grupki ze szpitala.
- najlepszy w odcinku był cliffhanger. Carol!? Co się stało, jak się znalazłaś w szpitalu? Co się z tobą dzieje? Oby to nie ona była nadchodzącą ofiarą na mid-season. Twórcy zapowiedzieli, że kogoś zabiją, a to ona jest teraz najbardziej zagrożona. W następnym odcinku niestety wątek Abrahama więc znowu szykuje się przestój.

OCENA 3.5/6

Z Nation S01E06 Resurrection Z 
-  jak to, znowu zabili materiał na głównego bohatera? Dziwne pomysły ma na sobie ten serial. Za Garnettem na pewno nie będę tęsknił bo był to jeden z najnudniejszych bohaterów. Jestem jednak ciekaw jak serial będzie wyglądał bez niego i czy zajmie się w końcu przedstawianiem historii poszczególnych postaci czy dalej będzie ich traktował po macoszemu/ I oby jego śmierć zbytnio nie wpłynęła na luźną atmosferę serialu.
- jaki był sam odcinek? Nudnawy. Zbyt spokojny i mało emocjonującą walką na końcu. Jakby bohaterów też mniej było przez co oglądało się go z obojętnością. Kult zombiaków był dziwaczny, ale to nic nowego w tym serialu. Fajnie wypadł Murphy jako zombie Jezus. Głupie i śmieszne. Tak jak zabicie zombiaka mikserem. Nie wiem czy to było bardzie zabawne czy obrzydliwe.
- ucieszył mnie minimalny występ Citzen Z, który spinał klamrą cały odcinek. Średnio jego obecność pasuje do serialu i niech jego występu zostaną ograniczone do minimum.

OCENA 3/6

wtorek, 21 października 2014

Serialowe podsumowanie tygodnia #107 [13.10.2014 - 19.10.2014]

Kolejny tydzień minął, 7 dni bliżej przerw świątecznych. Kilka dni wolnego od seriali będzie potrzebne by nadrobić zaległości. Szczególnie Sonsów. Coś mam z tymi ostatnimi sezonami, że nie mogę się za nie zabrać. Firday Night Lights czeka, Dexter i True Blood ledwie napoczęci, a teraz Sons of Anarchy. W przypadku tego pierwszego to świadomy wybór tak na pozostałe nie mam specjalnie ochoty. Za stary się robię i powoli zaczynam uważać 5 serii za idealną liczbę dla serialu. Chociaż takie The Walking Dead mimo kolejnego roku na karku ogląda się z taką samą przyjemnością i nic nie wskazuje spadku formy. Ba premiera nowego sezonu była jednym z lepszych odcinków serialu. Natomiast słupki oglądalności wystrzeliły w kosmos. 17,3 mln z współczynnikiem 18-49 wynoszącym 8.7. Takie wyniki osiąga tylko footbal, a mówimy przecież o niszowej stacji, która przedłużyła Halt and Catch Fire - serial ledwie przekraczający pół miliona widzów.

Napisałbym, że The Good Wife osiąga szczyt formy. To nie prawda. Został on już dawno zdobyty, a serial rozsiadł się na nim i z pogardą spogląda na inne seriale. Dlatego dziwi odejście Archie Panjabi wraz z finałem szóstego sezonu. Może z tej okazji Kalinda nareszcie dostanie wspólną scenę z Alicją. Niektórzy nie zdają sobie z tego sprawy, ale te dwie bohaterki już od lat nie prowadziły normalne rozmowy.

Z ciekawostek pojawiła się fajnie zmontowana animacja z Gry o Tron. Wbrew tytułowi nie jest to streszczenie czterech sezonów, a przegląd najważniejszych wydarzeń. Przy okazji wyjaśniło się czemu Chalres Danes i jego Tywin Lannister mają powrócić do serialu. Odpowiedź jest prozaiczna - flashbacki. Mam nadzieje, że niezbyt dalekie. Wolałbym by rebelia Roberta została zachowana na epicki film pełnometrażowy.

Kilka razy pisałem już o serialu Ascension. Napiszę jeszcze raz bo warto przyglądać się tej retro space operze. Wyjawiono datę premiery miniserii - 15 grudnia. Wszyscy zainteresowani proszeni są o nastawienie przypomnienie w telefonie.

Jesienne premiery jeszcze trzymają się w ramówce mimo, że de facto kila z nich (Mulaney, Red Band Society) nie ma szans na zamówienie dodatkowych odcinków. Stacje nie mają jednak jeszcze zamiaru anulować/przedłużać serialu. W przeciwieństwie do kablówek. Mocno zachwalany Manhattan od WGN wróci z drugą serię. Tak jak specyficzne Z Nation. Natomiast Kingdom, dramat sportowy w świecie MMA, dostało zamówienie na 20 kolejnych odcinków czyli dwa sezony.

Pamiętacie jak pisałem, że dam szansę Mission Control z uwagi na niecodzienną stylistykę? Jednak nie dam. NBC postanowiło nie emitować serialu z uwagi na problemy z recastingami. Widać lepiej wydawać kolejne sitcomy o grupkach przyjaciół i nieudanych związkach.

Z nowo zamówionych seriali mamy trzy recyklingi sprawdzonych pomysłów. Dark Matter od Syfy na podstawie komiksu, Iluzjonistę na kanwie filmu pod tym samym tytułem i remake kultowego Bewitched. Nic czym warto zawracać sobie głowę.


SPOILERY

Arrow S03E02 Sara
- odcinek powinien mieć dramatyczny wydźwięk przepełniony smutkiem. W końcu zginęła jedna z ważniejszych osób dla większości bohaterów. Serial już wcześniej pokazał, że potrafi pokazać smutek i depresję po stracie bliskich jak przy zgonie Moiry i depresji Olliego. Teraz niestety było dużo gorzej. Głównie zasługa tutaj pierwszej sceny gdy Ollie i reszta ekipy widzą martwą Sarę w Arrowcave po czym Lauriel wyznaje, że ją tutaj przyniosła. Sorry, nic nie mogłem na to poradzić i wybuchnąłem śmiechem. Na plecach ją zabrała? Ciągnęła po ziemi na deskorolce? Przecież to nie ma najmniejszego sensu! I czemu ją wzięła zamiast zadzwonić po kogoś? Ciężko mi się pogodzić z tym irracjonalnym zachowaniem bohaterów nie mającym nic wspólnego z logiką i realistycznością.
- potem było trochę lepiej jak już nie myślałem o Lauriel niosącej zwłoki siostry. Bohaterowie na swój sposób przeżywają jej śmierć. Oliver twierdzi, że życie jest beznadziejna i nie ma sensu, a Felicity ostatecznie decyduje, że chcę coś więcej od życia. Niby proste, ale udanie zrealizowane. Tylko jakby aktorsko było więcej, a ten zgon wpłynął na więcej postaci...
- fabularnie odcinek niczym specjalnym się nie wyróżnił. W mieście pojawił się jeszcze jeden łucznik, który ostatecznie wale nie zabił Sary. Świetna detektywistyczna robota panowie i panie! Scena walki na przyjęciu u Palmera była sprawnie wyreżyserowana i chciałbym więcej takich rzeczy oglądać w tym serialu. Z drugiej strony jest idiotyczny pojedynek na motocyklach z strzelaniem do siebie z łuku. Źle nakręcony, pełen chaosu i zupełnie niepotrzebny.
- w odcinku jak zwykle irytowała mnie Lauriel. Znowu pokazała czemu tak mało wzbudza sympatii po raz kolejny używając argumenty "pracuje w prokuraturze, a mój tata to ktoś ważny". I jak tu ją można polubić?
- ponowny występ Tommyego w serialu jak najbardziej na plus. Szkoda, że znowu logika poszła na piknik. Przyjechał do Hong Kongu bo jakimś cudem dowiedział się, że doszło do zalogowania na konto pocztowe Olliego. Jak, ja się pytam?! Przecież to nie ma najmniejszego sensu. Tak jak wyrok wydany przez Waller, chyb, że miała to być próba co by pasowało do jej charakteru.
- a w odcinku najbardziej podobał mi się Ray Palmer. Brandom Ruth jest niezwykle charyzmatyczny w tej roli i doskonale bawi się na planie. Więcej go i dajcie mu istotniejszą rolę.
- pojawienie się Thei i Malcolma mnie rozczarowało. Czemu tak krótko? Czemu dopiero teraz? Liczę na pokazanie jej treningu albo jakieś flashbacki, a nie od razu dostaniemy Thee o umiejętnościach dorównujących tym Sarze lub Olivera.

OCENA 3.5/6

Brooklyn Nine-Nine S02E03 The Jimmy Jab Games
- igrzyska za posterunku wyszły niesamowicie śmiesznie. Za takie szalone pomysły kocham ten serial. Mogłoby tylko być więcej konkurencji. Za 2-3 sezony serial mógłby powrócić do tego pomysłu. Jeśli tyle dożyje. Bo jak tu nie śmiać się z wyścigu w saperskich kombinezonach czy Rosie przebranej za słodką blondynkę. Pomysły samograje. W tle natomiast Boylsa nawiązujący bliższe relację z Hitchoockem i jego quest w odzyskiwaniu zaginionej taśmy. Tylko Giny powinno być więcej.
- jednak tekst odcinka należy do Holta odkrywającego rym Wunch/lunch. Niestety, poza drobnymi wyjątkami sceny z nią nie są tak śmieszne jak być powinny. Brakuje chemii między nimi. Ale aluzje historyczne i zagubienie Terryego było komiczne.

OCENA 4/6 

How to Get Away With Murder S01E03 Smile, or Go to Jail
- miałem nadzieje na pojawienie się ciekawej sprawy. Przyziemne bronienie oskarżonej o lubieżne czyny. Nic z tego, po chwili pojawiło się FBI i sprawa sprzed lat dotycząca zamachu terrorystycznego. Nie przeszkadzałoby mi to gdyby dobrze to zostało poprowadzone, ale nic z tego. Żadnych wątpliwości moralnych prawników i wahania nad słusznością bronienia klientki. Rozstrzygnięcie żenujące. Ona uciekła z jej dawnym mentorem. Szczyt idiotyzmu. I co za jedno krótkie zeznanie zwolnili go w trybie natychmiastowym z więzienia? Przecież nawet w 24 ułaskawienia prezydenckie nie działały w taki sposób.
- nie podobają mi się też wątki osobiste bohaterów. Lauriel i jej potencjalny związek z przełożonym i problemy w narzeczeństwie Michaeli. Serio? Na całe Stany Zjednoczone kilkadziesiąt milionów młodych ludzi, akurat jej narzeczony musiał za młodu uprawiać seks z jej współpracownikiem? Wiele potrafię zrozumieć w serialach, ale nie takie zbiegi okoliczności.
- podobała mi się przedsiębiorczość Gibbsa, niechęć Rebeki oraz ogólny kierunek w jakim rozwija się główny wątek. Może nie jest to specjalnie nowatorskie i pasjonujące w pewnych momentach może zaciekawić. Annallise jest w ciekawy sposób okłamywana przez kochanka, a pojedyncze wątki udanie się zaziębiają. Jeszcze jakby mi zależało na bohaterach…

OCENA 3/6  
 
Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D. S02E03 Making Friends and Influencing People
- jest i Gemma. Mimo obecności aktorki w poprzednich odcinkach stęskniłem się za postacią. Fajnie, że ten odcinek skupiał się właśnie na niej. Dziwi trochę jej praca pod przykrywką, za łatwo wspina się po stopniach kariery w Hydrze, powinna być bardziej obserwowana (Culson w jej domu to przykład jak agent NIE powinien się zachowywać), ale podoba mi się wsadzenie najmilszej postaci z zespołu do paszczy lwa. Dobrze, że nie bawiono się w niejednoznaczności tylko od razu wyjaśniono jej rolę. A początkowo scena gdy widzimy jej poranek cudowna.
- drugą ważną postacią w odcinku była Skye. Jej nowy badassowy charakter jest super. Widać jak bardzo zdrada Warda i wydarzenia z końcówki poprzedniego sezonu na nią wpłynęły. W pierwszej serii jako pierwsza byłaby przeciwna zastrzeleniu Donnyego. Teraz to ona pociągnęła za spust. Szybko dowiedziała się o połączenie Warda z jej ojcem. To dobra informacja. A skoro wątki tak pędzą w tym sezonie to może więcej hintów odnośnie tajemniczych symboli?
- Fitz, Fitz,Fitz. Moja ulubiona postać tego sezonu. Złamany geniusz będący cieniem samego siebie konfrontuje się z swoim oprawcą. Co za wspaniała scena. I czy na pewno nie zabiłby Warda gdyby nie wyjawione przez niego informację?
- o ile sama fabuła odcinka była zaledwie dobra tak ciesze się z powrotu starego wątku. Widać, że te pojedyncze sprawy z zeszłej serii miały większy sens. Jednak o wiele ciekawsze były interakcję między bohaterami. W przeciwieństwie do Arrowa to prawdziwe postacie z charakterami i między nimi jest chemia. Choćby Mack i Fitz. Nieźle w serial i drużynę wpasował się Hunter. Przydałby się odcinek poświęcony jego historii.
- martwią mnie trochę wyniki oglądalności. Nie są jeszcze tragiczne, jakby się ustabilizowały na tym poziomie trzecia (i czwarta) seria powinna być pewna. Tylko niech do tej stabilizacji dojdzie bo serial na to zasługuje. 

OCENA 4.5/6

Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D. S02E04 Face My Enemy
 - zawsze będą mnie śmieszyć tajne organizację obnoszące się charakterystycznym logiem. Może i fajnie wygląda symbol Hydry, od razu budzi negatywne skojarzenia, ale idiotyczne jest wstawianie go nawet na teczki z dokumentami. To tak jakby członkowie Al-Kaidy nosili na plecach wydziergane "I am terrorist".
- sam odcinek był całkiem niezły. Dużo miejsca poświęcono na dynamikę w drużynie i pogłębianie relacji między postaciami. Mimo, że ze Skye i Fitzem w samolocie zostały trzy stosunkowo świeże postacie czuć było chemię, a Mack i Hunter nieźle się wpasowali w drużynę. Pozwolono tez wykazać się Fitzowi. Jak ja lubię ten wątek! I to piwko na koniec, takie przyjemne jak bodajże w pierwszym czy drugim odcinku serialu.
- dużo było May i Culsona. Bardzo dużo. Świetnie oglądało się żartującą Melindę i te zdziwienia członków drużyny. Wszystko to bardzo naturalnie wyszło. Tak jak długa scena walki z niezłą reżyserią i fachowym finisherem na koniec.
- mimo, że odcinek poruszał wątek tajemniczych symboli fabularnie nie ruszył zbytnio do przodu. Wiadomo, że jest ktoś nowy, widzący wszechświat jak Garett i Culson oraz coraz gorzej z naszym dyrektorem. Skye za to pilnie pracuje nawet po godzinach. Przez zaledwie zaakcentowanie sezonowych wątków odcinek trochę rozczarował. Jednak patrząc na dialogi i poziom interakcji w drużynie było na ponad przeciętnym poziomie. Oby tak dalej.
- miłym smaczkiem było użycie przez Hydrę tego samego gadżetu co Czarna Wdowa w Winter Soldier. Tylko jakby efekty specjalne trochę gorsze.

OCENA 4.5/6

Person of Interest S04E04 Brotherhood
- dobry odcinek zajmujący się przyziemnymi sprawami. Dramatyczna historia dwójki rodzeństwa zaskakująca ciekawa z niejednoznacznym zakończeniem. Serial mógł popaść w banał, ale wystarczyła jedna dodatkowa rozmowa by pokazać, że dobro nie zawsze ostatecznie wygrywa.
- wątek Braterstwa specjalnie mnie nie interesuje. Ogląda się go bez zgrzytanie zębami, ale ten serial zbytnio przesunął nacisk na wątki sci-fi by wojna z gangiem mogła interesować. Dobrą rzeczą jaka z tego wynika jest współpraca naszych dzielnych mścicieli z Eliasem. Desperackie czasy.
- twisty z tożsamością Dominica i kreta w DEA nie były zaskakujące. Ten pierwszy bardziej niż drugi, ale wciąż, typowe zagrania. Swoją drogą szkoda, że Lennox już nie wróci. W serialu przydałoby się więcej postaci powracających niezwiązanych z głównymi wątkami.

OCENA 4/6 

Sleepy Hollow S02E04 Go Where I Send Thee...
- odcinek nawet, nawet, ale przeszkadzało mi złapanie tropu Flecisty. Abbie i Crane idą w las i zupełnie przypadkiem znajdują potężny artefakt. Za dużo tutaj przypadku, który razi. Potem było lepiej, dodano trochę dramatycznego zwrotu w drugiej połowie i wsadzono Hawleya, który dobrze wpasował się w serial. Oglądało się przyjemnie jak na pojedynczą historię, która nie ma wpływu na wojnę z Molochem. Dużo lepsze od poszukiwania dziewczynki było zachowanie Crane. Jak lekcja jazdy z początku czy zachwyt nad kawą na końcu. 
- dużo ciekawiej u Irvinga. Dość szybko zdał sobie sprawę ze sprzedania duszy Jeźdźcu Wojny. Szykuje się fajny emocjonalny konflikt - walczyć o dobro świata czy własnej rodziny? I chcę więcej flashforwardów. Jeśli to był flashforward. Na pewno potencjalna wizja przyszłości. Miasteczko ogarnięte wojną, a Irving po stronie ciemności. Oby była to zapowiedź finału sezonu, a potem wydarzenia przybiorą większą skalę. 
- Wojna nie tylko manipuluje Irvingiem, ale wykorzystuje też Hawleya. Niby najmenik budzący niechęć Crane, ale szybko zdobył moją sympatię. Taki trochę Nathan Drake, nawet projekt postaci podobny. Ostatecznie przejdzie na stronę Świadków, ale niech jak najdłużej miota się po środku. 

OCEAN 4/6

Star Wars Rebels S01E02 Droids in Distress 
- nudziłem się na tym odcinku. Najemnicza misja była nudnawa, heist okazał się słaby, a finałowe starcie z siłami Imperium słabo zrealizowane. Przeszkadzały mi tez znane droidy. Nie darzę zbytnim sentymentem C3PO i R2-D2, zbyt często mnie irytowali podczas Clone Wars. Jednak rozumiem ich obecność w tym odcinku i potrzebę połączenie serialu z znanymi postaciami na tak wczesnym etapie. Oby tylko ich kolejny występ nastąpi jak najpóźniej.
- dalej jest dużo chemii na statku, ale wciąż liczę na więcej. Ratowanie sobie na wzajem życia nie jest wystarczające. Więcej rozmów i żartów. Cieszy rozbudowanie backstory postaci. Tym razem było o Zebie. Widać, że serial nie boi się poważniejszych tematów. A podobno kolejny odcinek, pokazywany już na NYCC, jest o wiele mroczniejszy.
- o ile starcie z szturmowcami było nudnawe tak pojedynek Zeba przy użyciu dwustronnej włóczni już całkiem całkiem. Tylko troszkę za krótki i mający rozczarowujące zakończenie.

OCENA 3.5/6

The Good Wife S06E04  Oppo Research
- doskonały odcinek. Szkoda, że całość nie działa się w mieszkaniu Alicji, a zaledwie jego połowa. Tylko rozmowy między nią, Goldem i Elfmanem plus okazyjne telefoniczne konwersacje. Więcej mi nie było trzeba. Doskonały pomysł wyjściowy z Alicją przygotowującą się do kandydowania był przeplatany z trupami z jej szafy, dramatami rodzinnymi i zabawnymi scenami związanymi z próbami chóru Grace. Serial doskonale równoważy napięcie i daje mnóstwo frajdy z oglądania. Dalej buduje też swoje własne uniwersum dając przy okazji prztyczki "poważnym" serialom jak choćby talk show, które ogląda z takim zafascynowaniem Alicja od kilku lat.
- strasznie podobała mi się Alicja przyjmująca wszystko na spokojnie gdy dowiadywała się kolejnych rzeczy o sobie i swojej rodzince. Potem robiła listę i planowała wszystko z niej gładziutko odhaczyć. Zajęła się swoimi burdami tylko sobie z nimi nie poradziła. Zrezygnowanie z reprezentowania Bishopa się na niej zemściło, brat się na nią obraził, a w mediach pojawiły się plotki o jej problemach z alkoholem. Kampania robi się coraz brutalniejsza. A to dopiero początek. Marzy mi się chwila prawdy, gdzie Alicja w jakimś talk show opowie o swoich życiu, przyzna się do wszystkich grzeszków i już nigdy nie będzie Świętą Alicją.
- brakowało mi tylko jednej rzeczy - Alicji powiadamiającej swoich partnerów o kandydaturze. Trochę nie fair działa za ich plecami. Przecież jej odejście będzie miało znaczący wpływ na firmę.

OCENA 5.5/6 

The Flash S01E01 Fastest Man Alive 
- odcinek miał typową fabułę dla motywu superhero. Bohater szukający akceptacji i nie rozumiany przez najbliższych, zwątpienie w własne siłę i ponowne odnalezienie właściwej drogi. Wyszło to dość średnio głównie z uwagi na słabe dialogi. W to wszystko próbowano wplątać dwóch symbolicznych ojców Barryego. Joe, który go wychował i Wellsa, który uważa się za jego mentora. Też wyszło przeciętnie. Trochę postać Barryego mi nie pasowało, charakterologicznie odbiegał od swoich wcześniejszych występów. Albo za dużo rzeczy próbowano tu upchnąć przez co żadna nie została dobrze rozwinięta.
- monster of the week wypadł przeciętnie. Słabo go zarysowano i nie stanowił zbytniego zagrożenia dla głównego bohatera z uwagi na wybiórcze działanie mocy Flasha. Do końca nie zrozumiałem też jego motywów. Twierdzi, że nie chodziło o skradzione badania, potem opowiada o chorej żonie by następnie znowu twierdzić, że został okradziony. To co nie mógł dalej kontynuować badań lub przeprowadzić eksperymentów? To się kupy nie trzyma. Dobrze, że przynajmniej walka było w miarę dobra. Nie chodziło jej aranżacje, a skalę i pomysł. Zapachniało drugim Matrixem i tabunami agentów Smithów. Rozczarował mnie jednak koniec starcia. Gdy Flash odniósł zwycięstwo zacząłem się zastanawiać co teraz zrobią. Wybudują specjalne więzienie dla metaludzi? Taaa, chciałbym. Wybrano najprostsze rozwiązanie i zabito Człowieka Ksero.
- odcinek mimo wszystko fajnie się oglądało bo Barry jest bardzo sympatyczny. Brakuje mu tylko równie ciekawych towarzyszących postaci. Nie licząc Wellsa. Końcówka odcinka byłą szokująca. Gdy myślałem, że Stagg będzie jednym z łotrów sezonu został zaraz zamordowany przez naszego doktorka. To było niespodziewane i dobrze rokuje na przyszłość.

OCENA 4/6

The Walking Dead S05E01 No Sanctuary
- Z Nation jest głupkowate, nadaje się na chwilę wytchnienia od poważnych dramatów, ale prawdziwy serial o zombie jest tylko jeden. The Walking Dead premierą piątej serii potwierdziło swoją klasę serwując jeden z najlepszych odcinków serialu. Nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Myślałem, że Rick i ekipa jakoś zaatakują i uda im się uciec, może nawet ponosząc przy tym jakąś stratę. I na to się zapowiadało. Wykorzystywanie niepozornych elementów jako broni i przygotowanie do ataku, który nie nadszedł. Rick, Glenn, Bob i Daryl byli już skazani na śmierć (co za brutalna scena w rzeźni!) gdy nadszedł ratunek z niespodziewanej strony. Jednak z moich ulubionych bohaterek ratuje dzień i odwraca o 180 stopni motyw damsel in distress. Niegdyś niepozorna, zastraszana przez męża i stanowiąca balas podczas apokalipsy, teraz pewna siebie dąży do celu i w tłumie zombie prowadzi atak na Terminus. Wie co chcę osiągnąć i konsekwentnie to realizuje. To ona dostała najwięcej czasu antenowego i jak najbardziej na niego zasłużyła. Nie ma jednak cudownego spotkania podczas ucieczki i ratowania życia w ostatniej chwili jest chaotyczne przedzieranie się przez (nie) sanktuarium i próba przetrwania. Można trochę żałować, że większość obsady przesiedziała w wagonie i nie dostali zbyt wiele czasu, ale na nich też przyjdzie czas.
- strasznie podobała mi się klamra tego odcinka zapowiadająca główny motyw tego sezonu. Czy grupka Ricka zmieni się w rzeźników? Od dawna nie są bydłem, ale są na dobrej drodze by stać się rzeźnikami czy tego chcą czy nie. Ich obecna filozofia jest kształtowana przez spotkania z nieznajomymi, tak jak grupki Garetha. Każdy robi co może by przeżyć. Tylko jak daleko są się w stanie posunąć? Czy spotkają takie okropieństwa przez, które zatracą swoje człowieczeństwo? Czy przestaną dopuszczać nowych do grupy w obawie wprowadzenia nowego zagrożenia? Rick już jest gotowy do bestialskich czynów by chronić swoich ludzi. Nawet zrozumiał Carol, którą wcześniej wygnał. Ostatnie wydarzenia odcisnęły na nim piętno i teraz wie co trzeba robić by przetrwać. Ja jestem najbardziej ciekaw kolejnych spotkań z nieznajomymi. I co stanie się teraz z Terminusem? Gareth jest w stałej obsadzie serialu więc ten wątek jeszcze się nie skończył.
- Eugen kłamie jak najęty, Sasha podejrzewa go o kłamstwo bo jego historyjka jest niesamowicie nieprawdopodobna. Tylko  czy Abraham jest zupełnie ślepy czy takiego udaje? Ta rozmowa z Rositą jest zagadkowa.
- niemal przegapiłem scenę po napisach. Tak, była scena po napisach. I to jaka! Tajemnicza postać podąża torami kolejowymi, widać, po jej ekwipunku widać, że potrafi o siebie zadbać. Wzbudza też pewien niepokój. Potem następuje ukazanie twarzy i tadam wrócił Morgan! Wydaje się w miarę normalny, ale w uniwersum The Walking Dead od dawna nie ma normalnych ludzi.
- ilość newsów i zwiastunów ograniczyłem do minimum więc nie wiem zbytnio jaki twórcy mają pomysł na dalszą część serialu. Chciałbym by podróż bezdrożami trochę potrwała. Niech grupka się zintegruje. Znaczy się grupka. Przecież tam jest kilkanaście osób. Na prawdę nie mogę się doczekać następnego odcinka.

OCENA 5.5/6