Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Olympus Has Fallen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Olympus Has Fallen. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 lipca 2013

3 filmowe grosze #6


Jack Reacher
- film, który najkrócej można scharakteryzować jako przeciętniak. Przez większość czasu oglądało się go przyjemnie (o ile za dużo się nie myślało), ale za miesiąc czy dwa nie będzie się zbytnio o nim pamiętać. Taka zwykła historyjka sensacyjna, która ma dać trochę rozrywki. Bez większych i szokujących twistów fabularnych i wgniatających w ziemię scen. Bo jeden średnio porywający pościg, duże strzelanie i kilka walk to za mało. Dobrze, że przynajmniej ładnie to wszystko zostało nakręcone, czuć wprawną rękę operatora, która pokazuje tyle co chce i kiedy chce ukrywa jakąś tajemnice
- w filmie chyba najmniej podobał mi się humor. Był irytujący i niezbyt pasował do opowieści bo momentami wyglądał jak z kina familijnego czy średniej jakości filmu klasy B. Również bohaterowie mało przekonujący z tytułowym Jackem granym przez Toma Cruise'a na czele. Brakowało mu magnetyzmu i przyciągania, nie sprawił, że polubiłem tą postać i czy powstanie kontynuacja jest mi obojętna. A szkoda bo backstory niosło ze sobą spory potencjał 
- niestety Jack Reacher zawiódł mnie też w trochę inny sposób - nie mam ochoty sięgnąć po książki Lee Child, a takie miałem plany. I w tym momencie zapominam o filmie i jego bohaterze bo zapewne powodów do dyskusji o nim nie będę miał

OCENA 3/6

Olympus Has Fallen
-  przed seansem powinno być ostrzeżenie i wymagane oświadczenie na piśmie, że jest się w pełni władz umysłowych i na własną odpowiedzialność przystępuje się do oglądania. W końcu to film o narodzie wybranym i jego światłym przywódcy gdzie natężenie patetycznych momentów kilkukrotnie przekracza dopuszczalny limit. Przynajmniej takie wnioski można było wyciągnąć po zwiastunie i dużo człowiek by się nie pomylił
- początek nie zwiastował, że będzie tak źle. Pierwsze 45 minut całkiem przyjemnie się oglądało - zbudowanie tła, zapoznanie się z postaciami oraz ich życiem. Niby nic szczególnego, trochę stereotypowo, ale przyjemnie i nie rażąco. Atak na Biały Dom efektowny, ładnie się wszystko waliło, wybuchało, tempo było szybkie i co chwila jakiś nowy pomysł. Byłem pod wrażeniem mimo, że momentami strasznie głupio to wychodziło. Dobrze zrobione kino akcji i tyle. Potem niestety było gorzej...
- lubię motywy z zamkniętym bohaterem na małym obszarze, ale tutaj nie wyszło to dobrze. Nie czuć było klimatu zaszczucia, bohater za łatwo radził sobie z złymi (ponadprzeciętna celność i wytrzymałość + bonus do szczęścia), a połączenie z szefami tylko wybijało z rytmu i nie pozwalało się wczuć. Myślałem, że będzie więcej skradania i cichej akcji, ale takich momentów było zaledwie kilka. Film okazał się za bardzo przegadany mimo swoich wszystkich eksplozji
- jednak największy zarzut mam do terrorystów. Ich przywódca nie posiadał charyzmy, która pozwoliłaby go zapamiętać. Kolejny zły o którym się zaraz zapomni. I niestety działał jak idiota... Opracował plan zdobycia Białego Domu, udało mu się, ale patrząc na to co robi dalej to nie jestem pewien czy to on był za tą akcję odpowiedzialny. Bo jakim cudem zdobywanie kodów zajęło mu tyle czasu?! Nie można było od razu zacząć prać ludzi po pyskach i torturować? Prezydent stracił by parę palców pewnie też by przemówił. Nie cierpię oglądać filmowych terrorystów i być przekonanym, że sam bym to zrobił lepiej... 
- idiotycznie zachowywali się też ci dobrzy - typowe archetypy do których zalicza się dobra doradczyni i zły oraz pochopny wojskowy. Już na pierwszej lekcji pisania scenariuszy powinni uczyć, że takie coś nie powinno mieć miejsca! Najgorsze jest to, że niektóre sceny da się przewidzieć - ratunek w ostatnich sekundach, od samego początku wiadomo kto jest tym zły, a spowolnione sceny z amerykańską flagą i podnoszące na duchu przemówienie to coś obowiązkowego. A taki był dobry początek, a i główny bohater nieźle sobie radził w walce i popisywał się brutalnymi finisherami...
- przez większość filmu miałem też głupie wrażenie, że przecież atak na Biały Dom wyglądałby o wiele inaczej. Naoglądałem się The West Wing i brakowało wielu rzeczy. Że niby natychmiastowo ewakuowano Zachodnie Skrzydło? Taaa jasne. Sam budynek też powinien być dużo większy, a nie kilka pokoi na krzyż i korytarze.
- i tak fajny pomysł został rozłożony przez mnóstwo idiotyzmów w scenariuszu i słabe rozplanowanie akcentów. Szkoda, może White House Down będzie lepsze. Taaa jasne....

OCENA 3/6

Hansel and Gretel: Witch Hunters
- raz na jakiś czas pojawia się na horyzoncie taki film, któremu kibicuje by okazał się świetną przygodą. Nie chodzi o wielkie wakacyjne blockbustery czy filmy oparte na znanych markach, a raczej o te niezbyt głośne, a urzekające choćby jednym motywem który wyróżnia go w moich oczach. Takim filmem właśnie był Hansel and Gretel czyli nasi swojscy Jaś i Małgosia tylko, że w doroślejszym wydaniu. Odbiór mi przyćmiło moje zauroczenie pomysłem i tylko czerpałem radochę z pomysłów, które mi się podobały i ignorowałem te mniej udane. I dlatego tak bardzo mi się podobał ten film
- historia prosta, ale z twistami. Bez umoralniania i prawd życiowych, tylko czysta rozrywka. Co chwile jakaś bijatyka i całkiem niezłe wykonane strzelanie. 1,5h intensywnej zabawy w dobrym stylu. A to wszystko dzięki głównej parze łowców wiedźm. Może i nie było takiej chemii jaką bym chciał między Jeremym Rennerem, a Gemmą Arterton i mogliby częściej działać razem, ale to co było to właśnie to czego oczekiwałem po filmie. Tylko jeszcze jakby było troszkę lepiej, bardziej to dopracować, dopisać trochę linijek i ciętych ripost i mniej wulgarnych i mało ambitnych fucków to bym był wniebowzięty
- postacie poboczne są. Niektóre niepotrzebne, część przesadzona, można się było lepiej postarać. Bryluje głównie Famke Jannsen jako główna zła. Reszta stanowi tło i czasami niepotrzebny zapychacz fabularny. 
- w filmie urzekł mnie przede wszystkim klimat. Już intro zrobiło dobrze stylizowane na rysunki z średniowiecznych książek, stanowiło piękne wprowadzenie do całości. Jednak to świat przedstawiony czarował. Niby zapyziała mieścina w XIX wieku otoczona lasami, ale co za zabawki mieli bohaterowie! Co za wymyślne bronie. Taki paralizator czy gatling to pierwsze z brzegu przykłady. Do tego urocze kastety, pięknie zrobione kusze i strzelby. Mało tylko borni ręcznej, a raptem kilka sekund użycia w walce łańcucha to skandal. Aż się prosi o więcej. Tak jak o troszkę lepsze walki. Zbyt chaotyczne były. Dobrze zrobione i przedstawione, ale źle pomyślane. Niby tyle wiedźm ukatrupili, a nie widać zgrania, a takie właśnie tagowe zabijanie czarownice by dawało jeszcze więcej radochy
- strasznie podobały mi się też efekty specjalne. Bez przesadnego CGI, a efekty pod 3D pięknie wkomponowały się w wersję 2D filmu. Do tego jeszcze krew. Mnóstwo krwi pokazanej w efektowny sposób. Czarownice pięknie wybuchały. Że niepotrzebne epatowania? Bez przesady, bez tego ten film nie byłby taki dobry
- trzeba jeszcze pochwalić muzykę. Koniecznie! Może i soundtracka się nie zapamięta bo nie ma kawałków przesiąkniętych geniuszem, ale idealnie pasował do tego co się dzieje. Baśniowa muzyczka, jak trzeba wchodziła bardziej pompatyczna nuta, zdarzały się wystąpienia chóru, nie brakowało instrumentów orkiestrowych jak i elektroniki, a od czasu do czasu trochę cięższe brzmienie. Idealnie pasuje do tej lekkiej konwencji filmu
- całość nie jest bez wad. Posiada ich nawet całkiem sporo, ale podczas oglądania przymyka się na nie oko by nie psuły ogólnego wrażenia. Ja jestem ukontentowany mimo, że czuje lekki niedosyt. Na kontynuację czekam bo jest sporo do poprawy, ale i potencjał ogromny

OCENA 4/6