Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hitchcock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hitchcock. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 marca 2013

3 filmowe grosze #4

 Lis Miserables
- ale to był dramat! 20 minut zaciekawienia i ponad 2h oczekiwania na koniec. Dawno się nie wynudziłem na filmie tak jak na Nędznikach. Jego największy problemem było to że nie umiał zaciekawić i w sumie nie wiadomo o czym był. Mamy spore nagromadzenie wątków i bohaterów przez co całość wydaje się strasznie rozmyta, a im dalej tym gorzej. Jednak najgorsze jest to, że wszystko zostało ledwo zaakcentowane.
- Konflikt między Javertem i Valjanem mało przekonujący. Świetni aktorzy, z pozoru ciekawe postacie i tak zmarnowany potencjał. Nie widać obsesji o której jest mowa, a rozciągnięcie scenariusza na kilkanaście lat sprawia, że te niby najciekawsze wydarzenia nie są nawet pokazane. Do tego jeszcze dochodzi niezbyt jasna motywacja bohaterów. Niestety jest mało scen między tą dwójką, a jak już się zdarzają nie niosą takiego ładunku emocji jak powinny. Zaprzepaszczony potencjał i tyle. Crowe vs. Jackman - pięknie brzmi i tylko tyle.
- film poległ też na płaszczyźnie ewolucji bohaterów. Nie pokazano jak się zmieniają, są tylko punkty zwrotne, a potem przeskok w czasie. Brak konsekwencji i wyraźnego ciągu przyczynowo skutkowego. najgorsze jest jednak to, że oni wiele mówią(śpiewają), a mało robią. Wszystko musimy przyjmować na wiarę. Bo skoro on twierdzi, że tak jest to tak musi być. Często też ich czyny są irracjonalne. Czemu to robią? Kto to wie...
- wątek rewolucyjno społeczny równie słaby. Czemu młodzi się buntują? Podobno chcą by wszyscy byli sobie równi, a król to zły człowiek który ich wykorzystuje. Podobno bo wcale tego nie widać. Mamy wziąć to na wiarę, że się im źle dzieje, a władza jest zła. Nierówności społeczne i życie robotników pokazane zostało w kilku scenach. I to takich bez wyrazu. Anna Hathaway zagrała solidnie, może i oscarowo, ale coś mi się wydaję, że za miesiąc nie będę pamiętał co ona robiła w tym filmie
- żenująco wyszedł też wielobok miłosny. Ojciec kocha córkę, córka rewolucjonistę z wzajemnością, ale ma dylematy związane z swoimi rewolucyjnymi zapędami (kobieta czy ojczyzna - co za nowatorski pomysł). Do tego w dzielnym wojaku kocha się kolejna kobieta. Wielka miłość (bo tak mówią) i zazdrość (bo to musiało być). Zero chemii między postaciami, zero oczekiwań i napięcia z przewidywalną końcówką. Bo przecież chociaż częściowy happy end musiał być
- beznadziejnie wypadła też scena "batalistyczna". I że niby tak walczyli w XIX wieku? Nie tłumaczy tego musicalowa konwencja. Już chyba lepiej jakby tego nie było. Chociaż nie, cieszę się z tej sceny bo można było się w końcu z czegoś solidnie pośmiać. Trochę z zażenowania, ale film w końcu wywołał jakieś emocję
- paradoksalnie w musicalu najbardziej nużyło śpiewanie. Muzyka przez niemal 3h podobna do siebie i zero spektakularnych scen z świetną chorografią. Wyróżniłbym tylko jedną scenę zbiorową (Helena Bohan Carter i Sasha Baron Cohen rządzą!), ale tylko dlatego bo reszta była słabiutka. Te kameralne występy nużące. Nie dość że wykonania nie powalały to jeszcze niemal w każdej scenie mamy zbliżenie na twarz, a bohater wznosi oczy do nieba i śpiewa. Śpiewa wyjątkowo nudne utwory. Teksty bez polotu, częściej nużyły niż wciągały i w połowie wykonania przestawało się interesować resztą. To już w jednym 40 minutowym odcinku Buffy (niezapomniane One more, with feeling) jest więcej i lepiej wszystkiego.
- podobały mi się za to kostiumy i charakteryzacja. Brudni ludzie z żółtymi zębami w pięknych strojach z epoki. Tutaj nie mam nic do zarzucenia. Szkoda tylko, że ze scenografią trochę gorzej. Swój urok miała szczególnie w zamkniętych pomieszczeniach. Gorzej jak pojawiał się szerokie plany gdzie ewidentnie było widać efekty komputerów przez co miało się wrażenie sztuczności.
- może moje wrażenie wynikają z tego że nie znam się na musicalach? Całkiem prawdopodobne. Jednak nie usprawiedliwia to tego, że wynudziłem się okropnie. Film ma bawić, wciągać albo skłaniać do myślenia, a nie zmuszać do odliczania minut do końca.

OCENA 2/5

Psycho
- jednak udało mi się obejrzeć jakiś dobry film w tym tygodniu. Chociaż określenie Psychozy jako dobre kino to cholerne niedowiedzenie. Na pewno nie jest to najlepszy film jaki widziałem, ale w pełni zgadzam się z tymi zachwytami nad nim. 
- niespełnione oczekiwania czy może raczej nie dostrzeganie w pełni geniuszu tego filmu wywodzi się stąd że większość znanych pomysłów już została przerobiona w popkulturze dziesiątki razy.  Chorobę psychiczną i twist fabularny związany z matką można łatwo przewidzieć i nie wprawia on w zachwyt. Jednak trzeba przyznać że wielkie objawienie zostało fachowo pokazane
- strasznie podobało mi się budowanie napięcia, a szczególnie pierwszy akt filmu. Pokazano związek Marion, scenka w pracy, postanowienie kradzieży i w końcu jej podróż. Ta zmiana konwencji kilkukrotnie mnie zaskoczyła. Tak samo zresztą jak zupełne porzucenie wydawałoby się głównego wątku. Co ciekawe tytułowa psychoza może się też odnieść do głównej bohaterki
- siła tego filmu tkwi też w dialogach. Cudowne! Uwielbiam to w starych filmach, że są takie przegadane, ale te rozmowy są o czymś konkretnym. Odnoszą się do życia tych fikcyjnych postaci, idealnie je określają, pokazują ich stan emocjonalny oraz światopogląd. Dla mnie rozmowa między Normanem, a Marion to najlepsza scena filmu, a nie ta kultowa, która jest z nim kojarzona
- no właśnie scena prysznicowa. Już pierwsze pojawienie się łazienki sprawiło, że moje zainteresowanie osiągnęło maksymalny poziom. I potem ona nastąpiła co mnie kompletnie zaskoczyło. Myślałem, że będzie miała miejsce w finale, a nie jeszcze przed połową. Rozumiem jej fenomen. Perfekcyjnie nakręcona z psychodeliczną muzyką (która przez cały film jest fenomenalna!). Trwa ona krótko, cięcia i kamera potęgują wrażenie, a potem przez parę minut kapiąca woda z prysznica nie pozwala zapomnieć o tym co się stało. Cudo!
- kapitalnie w tym filmie też wyszło jak postacie plątały się w własnych kłamstwach, same sobie stwarzały pułapkę z której nie da się uwolnić. Działały irracjonalnie, pochopnie i w pełni przekonująco. Uwielbiam coś takiego w filmach
- Norman Bates wypadł hmmm sympatycznie i zarazem potwornie. Morderca, któremu można współczuć, jego stan jest wynikiem doświadczeń z dzieciństwa i głęboko rozwiniętej choroby psychicznej. Do tego nie zabija bo chcę tylko musi, jego motywacja to chronienie samego siebie. I jak mu nie kibicować?
- końcowy monolog opisujący stan Normana oraz finalna scena to doskonałe zakończenie filmu. Trochę się boję kontynuacji, ale jeśli będą w połowie tak dobre jak pierwowzór jestem dobrej myśli
- muszę się przyznać, że Psychozę obejrzałem głównie z powodu premiery Bates Motel i teraz jeszcze bardziej nie mogę się doczekać sprawdzenia serialu. Relację Normana z Normą na pewno będą dość osobliwe. W końcu "Najlepszym przyjacielem każdego chłopca jest jego matka".

OCENA 5-/5

Zero Dark Thirty
- Jessica tak. Maya nie. Ten film poległ w momencie kreowania głównej bohaterki. Może reżyserka chciała pokazać, że to nie taka słaba płeć i nie są już w cieniu mężczyzn, ale kompletnie jej to nie wyszło. Maya irytuje swoim zachowaniem, niby ma być twardą babką dążącą do celu, ale wypada strasznie mało przekonująco. Nie ma życia poza pracą, jest ogarnięta obsesją, ale tego dokładnie nie widać. Było zaledwie kilka scen domowych, ale mało co wniosły i nie pogłębiły głównej bohaterki. Miała kilka swoich nawyków i przyzwyczajeń, kilka scen było mocnych, ale po obejrzeniu całego filmu postać Mayi dalej mnie nie zachwyca. Tym gorzej dla filmu bo w całości się opierał na kreacji Jessicy Chastain
- w ogóle cały film był nie wiadomo o czym. Ani to dokument relacjonujący przebieg wydarzeń, ani pomysłowa fabularna produkcja. Zawieszony był gdzieś po środku przez co zawodził na obydwu frontach. Na tym pierwszym bo film każe nam wierzyć, że Bin Laden został złapany dzięki determinacji jednej kobiety, która mimo tego że nikt w nią nie wierzył dokonała czegoś niesamowitego. Ona jedna dzięki przeczuciu i szczęściu złapała i namierzyła najgroźniejszego terrorystę świata. Jakoś mało to przekonująca. I dlatego właśnie warstwa fabularna cierpiała a ja wraz z nią. Film wydawał się strasznie sztuczny, miał kilka zupełnie nie pasujących scen, a niektóre dialogi były do bólu przewidywalne. Poległ na polu na którym powinien błyszczeć
- sam motyw wojny z terroryzmem został przedstawiony zachowawczo. Sceny tortur nie były szokujące, przecież o tym było wiadomo od dawna, były tylko kolejną sceną, a nie problemem który film chcę zgłębić. A może właśnie chodziło o to że były tak naturalne? Dobrym pomysłem było też wplecenie w fabułę filmu znanych z ostatniego dziesięciolecia zamachów. Szkoda tylko, że one też nie miały dla fabuły większego znaczenia. Były bo były, ale nie poruszono palących problemów terroryzmu. Zero strachu, ciągłego zagrożenie i świadomości że nie wiadomo gdzie może nastąpić kolejny atak. Już lepiej wyszło to w jednym z odcinków Nikity, a to przecież serial The CW.
- nie podobała mi się też konstrukcja filmu. Nie czuć było, że dzieje się na przestrzeni dziesięciu lat, wyglądało to raczej jak jakaś krótsza sprawa z serialu proceduralnego. Pokazane zostały tylko kluczowe fragmenty, a ja chciałbym widzieć jakieś chwile zwątpienie, zwykłą papierkową robotę, normalną pracę agentki CIA, nawet na zgrabnym montażu żeby poczuć ten upływ czasu. Nic z tego. Od czasu do czasu zmieniała się fryzura i telefon głównej bohaterki i to wszystko. Do tego co jakiś czas pojawiały się tytuły kolejnych aktów filmu. Po co? Żeby przygotować widza na to co ma nastąpić? Przecież to zupełnie bez sensu, film ma trzymać w napięciu, a nie komunikować o tym o czym będzie najbliższe 20 minut...
- trzeba jednak mu przyznać, że momentami wciągał. Szczególnie na początku, jak jeszcze miało się nadzieje, że całe to śledztwo wywrze jakiś znaczący wpływ na bohaterkę i jej otoczenie. Przydługie sceny miały swój urok i samo śledztwo wciągało, a 2,5h bardzo szybko minęło. Ostatnia akcja czyli wielce wyczekiwane zaciukanie Bin Ladena efektowne i dobrze wykonane. Przyjemnie się oglądało, ale niestety brakowało efektu wow bo przecież było wiadomo jak to się skończy
- tak czy inaczej warto obejrzeć. Nie by się zachwycać filmem, a po to by sprawdzić jak wygląda amerykańska propaganda. Nie cały czas ta pozytywna, ale wciąż propaganda. Można tez cieszyć oko Jessicą, ale niestety jej bohaterka nie dorównuje aktorce. O wiele lepszą agentką CIA mimo jej zaburzeń psychicznych jest Clare Danes z Homeland
- ciekawostka Oscarowa - Kyle Chandler wystąpił w zeszłym roku w dwóch Oscarowych filmach i w obydwu zagrał szychę z rządu. Na szczęście wygrał ten lepszy film czyli Argo
- ciekawostka serialowa - Jessica Colins! Kto? Pani z Rubicon znowu pracuje w Agencji. Z występu Chandlera też się cieszę, dobrze jest znowu zobaczyć trenera Taylora. Ucieszył mnie też John Barrowman tylko czemu dostał zaledwie jedną króciutką scenę? Takie wykorzystywanie świetnych aktorów powinno być karalne

OCENA 3=/5