poniedziałek, 13 listopada 2017

Serialowe podsumowanie tygodnia #256 [06.11.2017 - 12.11.2017]

SPOILERY

GLOW S01E02 Slouch. Submit.
Zgodnie z przewidywaniami serial bardzo szybko się rozkręca i wychodzi poza dwie bohaterki będące początkowo jego siłą napędową. Powiedziałbym nawet, że gdyby nie scena kulminacyjna to nie one odrywały najważniejszą rolę. Świetnie przedstawiono historię Cherry. Pokazano silną kobietę po poronieniu, aktorka zagrała wewnętrzną walkę, a scenariusz dał jeszcze woltę na końcu podkreślająca cały dramatyzm. Było też więcej śmiechu niż ostatnio. Czasem niesmacznego, ale to celowe. Podkreślenie zawiści między bohaterkami, pierwszych konfliktów oraz zaakcentowanie jak bardzo to toksyczne środowisko. Fantastyczna była końcówka. Wielka improwizacja Sama i pomiatanie Ruth by wkupić się w łaski Debbie. Świetnie rozpisane i wielowarstwowe opowiadające o trzech bohaterkach, ale i całym środowisku. Ogólnie jestem dobrej myśli i widzę tutaj coś więcej niż kolorową komedię z wrestlingiem.

Inne:
- nieporadna Ruth będzie złoczyńcą opowieści. Tak! Jak powiedział Sam, to złoczyńcy mają najlepsze teksty.

OCENA 4.5/6

GLOW S01E03 The Wrath of Kuntar
To było świetne. Tak zwyczajnie i bez większych wstępów. Znaleziono perfekcyjny balans między dramatem, humor i prezentacją bohaterek. Znowu obnażono seksizm branży filmowej w bezczelny sposób, ale też zabawiono się motywem seksistowskiego reżysera wierzącego w swój feminizm. Świetne dialogi, aż się od nich iskrzyło. Była też impreza gdzie dziewczyny mogły być tym kim chcą, a ostatecznie stanęło na stereotypach. Było rozwijanie relacji w grupie. Był też absurd goniący absurd. Wciąż tylko brakuje mi lepszego zarysowania charakterów bohaterek.

OCENA 5/6

GLOW S01E04 The Dusty Spur
Powoli dochodzę do wniosku, że wystarczy zamknąć główne bohaterki w jednym pomieszczeniu i pozwolić im rozmawiać. Tyle wystarczy by odcinek wyszedł co najmniej bardzo dobry. Dlatego ciesze się, że GLOW trzyma postaci w kupie. Mało jest scen gdy są pozostawione same sobie, a jak już są to ważne - konfrontacja Debbie z mężem czy wstęp z Wilczycą. Mimo nagromadzenia bohaterek na ekranie nie brakuje tutaj wątków osobistych. Poszukiwania własnej tożsamości, emancypacji czy wyrwania spod jarzma własnego ojca. Wszystko w kiczowatej konwencji. Dramat i komedia w doskonałych proporcjach.

Zakochałem się w ostatniej scenie i symbolicznym obrazku. Debbie i Ruth nieświadome swojej obecności zasypiają na leżakach rozdzielone basenem. Debbie się orientuje z obecności swojej nemezis, ale daje jej spokój i idzie spać. Symboliczne zawieszenie broni i pokazanie różnic je dzielących bez wypowiadania słów.

OCENA 5/6

Riverdale S02E05 Chapter Eighteen: When a Stranger Calls
Nie raz pisałem jak dobre jest Riverdale w tym sezonie. Nie przeszkodzi mi napisać jeszcze raz. Jest bardzo dobre, wręcz wyśmienite. Wystarczy tylko zaakceptować przerysowaną stylistykę i można chłonąć historię z życia bohaterów.

Niedoceniana na początku sezonu Betty dostaje własny wątek. I jest on zabójczy. Dosłownie, he he. Biedaczka jest szantażowana emocjonalnie przez zabójcę. Black Hood mówi o więzi ich łączącej, chęci oczyszczenia miasta z zła i pastwi się nad panną Cooper. Każe jej zerwać stosunki z sodomitami, wejść w konflikt z matką i zaprasza ją na schadzkę zmuszając do założenia maski mordercy. Świetnie rozpisany wątek, który wbrew moim obawą Lili Reinhart udźwignęła. A przecież był jeszcze cliffhanger. W zamian za życie Archiego musi wskazać osobę która ma zginąć. Trzeba im przyznać, że umieją w cliffhangery.

Robienie rzeczy, których się nie chcę było spoiwem tego odcinka i w pewien sposób spotkało wszystkich młodych bohaterów. Veronica by zaimponować ojcu musiała zbliżyć się do Nicka i zaakceptować jego molestowanie. W obawie przed konsekwencjami i reakcją tatusia postanowiła to ukryć. Kolejny świetny komentarz do współczesnej sytuacji społecznej. Efekt? Drapieżnik miał kolejną szansę, tym razem by zgwałcić Cheryll. Całość skończyła się mocno feministycznym wydźwiękiem gdzie Pussycats dokonują małego rewanżu. W kobietach siła, chcę nam powiedzieć serial.

Jughead wbrew sobie i zgodnie z oczekiwaniami zostaje wężem. Konflikt wewnętrzny, oddalanie się od starych przyjaciół i idealistyczna chęć naprawy świata w czasach prób inicjacyjnych. Dużo tego, ale bez uczucia przytłaczania. Trochę campu, sporo dramatów i pierwszy poważny zgrzyt z soap opery - zapowiedź romansu z Toni. Ech, nie tak prostackiego prowadzenia fabuły po Riverdale oczekiwałem.

Podczas gdy pierwsze odcinki sezonu należały do Archiego tak teraz został odsunięty na boczny tor. Grał głównie zazdrosnego chłopaka, ale dobrze rozpisanego przez co nie irytującego, jak często te role mają w zwyczaju. Był też przyjacielem Betty. Wspierającym i dającym rady prosto z swojego naiwnego serca. Miał też świetną scenę z Jugheadem. Na quescie od Betty musiał mu przekazać, że zrywają. Znowu czyny popełniane z wielką niechęcią i koniecznością wobec większego dobra. Niby romans, ale jaka dawka emocji. Kupuję to.

Nie jesteśmy ani trochę bliżej poznania tożsamości Black Hooda i wcale mi to nie przeszkadza. Jest na to cały sezon i nie jest to wcale najważniejsze. Najbardziej prawdopodobny wydaje się Hiriam. Zna Archiego i Cooperów oraz najwięcej na tym zyskuje. Tylko takie bezpośrednie narażanie się nie wygląda jak jego styl. Na pewno próbuje wykorzystać sytuację co mu się udaje. A może Zamaskowanych morderców jest dwóch? Taki Krzykowy twist. Pasowałby biorąc pod uwagę dwa charaktery pisma.

Inne:
- nie dziwi mnie Alice Cooper jako były Wąż, chyba nawet sygnalizowano to w zeszłym sezonie. Natomiast zrobienie się na bóstwo i zaakceptowanie swojej przeszłości głośno to manifestując tak bardzo w jej stylu.
- wspominanie burzliwej przeszłości Veroniki wygląd jak set up pod jakiś zwrot akcji związany z jej życiem w Nowym Jorku. Narkotyki i ostre imprezowanie, coś w tym musi być.  
- syn Alicji z The Good Wife, to miło niespodzianka. Albo nie miła, zależy jak na to patrzeć.

OCENA 5.5/6

Star Trek: Discovery S01E08 Si Vis Pacem, Para Bellum
Chciałbym napisać, że odcinek jakościowo był porównywalny do poprzedniego. Nawet próbował klasycznego motywu z pierwszym kontaktem i grupką niehumanoidalnych bytów żyjących w absolutnej harmonii. Z początku ciekawił koncepcją tajemniczych obcych i problemem do rozwiązania. Z czasem fabuła się za bardzo rozmyła. Za dużo odrębnych wątków przez co żaden z nich nie był dobrze prowadzony. Najciekawiej wypadła misja odkrywcza. Znowu była współpraca w drużynie i zaciskania więzi więc bardzo szkoda, że skończyło się sztucznym konfliktem.

Gorzej było na statku. Pierw zaczęło się od mało ekscytującej bitwy kosmicznej. Sztuką jest by przy takim budżecie polec na takim elemencie. Potem były problemy Stamesa i pomoc Tilly by zakończyć cliffhangerem z spotkaniem z Klingonami. Bardzo mało. To trochę boli. Serial kreuje ciekawe wątki, rozpoczyna je i potem nic z nimi nie robi.

Niestety po odcinku przerwy wróciły Klingony. Nie znoszę scen z ich udziałem. Brakuje mi tu wyrazistych postaci. Czy to tragicznego bohatera czy przerażającego antagonisty. Wygląda to trochę kabaretowo. A ja cierpię oglądając kolejne sceny, które mogłyby być spożytkowane na załogę Discovery. I chyba więc czemu mam do tego awersję. Nie interesuje mnie wojna w tym serialu. Nie obchodzi kto wygra i w jaki sposób. Wolę przygodę i bohaterów, a nie kosmiczny konflikt którego wynik jest z góry przesądzony. 

Inne:
- idę o zakład, że w związku z "chorobą" Stamesa Discovery prędzej czy później skoczy w czasie. Prawdopodobnie nawet już doświadcza nakładanie się różnych linii czasowych. Nie bez powodu nazwałby Tilly kapitanem.
- czy admirał Cornwell wróciła tylko po to by zginąć i służyć za nudny element ekspozycyjny dla Dennas? Bez sensu.

OCENA 4/6

Stranger Things S02E05 Chapter Five: Dig Dug
Póki nie zrozumiałem jednej rzeczy przez pewien czasem miałem problem z Stranger Things. Tego serialu nie można pojmować jako serial właśnie, a raczej 9 godzinny film. Nie lubię tego określenia, ale w tym przypadku to prawda. Nie można odróżnić kolejnych epizodów, a wszystkie zlewają się w całość. Nawet nie ma klasycznej konstrukcji trój, lub pięcio aktowej. To jest długa opowieść stawiająca na budowanie klimatu. Brakuje rozwoju postaci czy zamknięcia pewnych etapów po napisach końcowych. To opowieść która trwa do samego finału. Jeśli to się zaakceptuje czerpie się jeszcze większa przyjemność z seansu.

Z powodu powyższych powodów ten odcinek mi się podobał. Wydarzyło się niewiele, ale jaki tu był klimat. Poszukiwanie Hoppera czy jego przedzieranie się we wnętrznościach wielkiego stwora. Nieustające zagrożenie i tykający zegar. Plus obleśne macki. Była też chwila rozluźnienia z Nancy i  specjalistą od teorii spiskowych czy klnącym Dustinem. Było też kapitalne polowanie na minidemogorgona. I wreszcie emocjonalne sceny z Jedenastką i jej matką. Może nie potrzebne, ale niewątpliwie dodające kolejną cegiełkę do opowieści.

Pięć odcinków minęło i wciąż jest dużo niewiadomych, ale trochę za mało na budowanie teorii spiskowych. Patrz pierwszy akapit. Myślę nawet, że ten serial w telewizji by się za dobrze nie sprzedał, jego siła to  bingwatching i na tym polu działa on perfekcyjnie.

OCENA 5/6

Stranger Things S02E06 Chapter Six: The Spy
Wciąż drażni mnie poszatkowana struktura sezonu. Jedenastka na uboczu, 2/3 za nami a ona nie miała żadnej sceny z chłopakami. Nancy i Jonathan również w swoich własnych serialach. Jedynie mgliste powiązanie z główną historią. I w zasadzie to jedyna rzecz do jakiej mogę i chcę się doczepić bo to był znakomity odcinek.

Mimo mojego czepialstwa do historii Nancy i Jonathana lubię oglądać tą dwójkę na ekranie. Nie jestem świrem od teorii spiskowych i nie czuję między nimi chemii, ale lubię ich. Zwłaszcza ten kontrast będący przy okazji zaprzeczenie stereotypów. Ona stanowcza i pewna siebie on wahający się w podejmowaniu decyzji i outsider. Świetnie to było widać przy śniadaniu gdy po wspólnej nocy i uwagach o ich zachowaniu ona się uśmiechała, a on chował głowę i uciekał wzrokiem.

Kolejne udane parowanie to Dustin z Stevem. Brakowało mi takich błyskotliwych wymian zdań w koleżeństwie. Grupka za bardzo jest rozbita w tym sezonie. Na szczęście tym razem się udało. Rozmowy o dziewczynach podczas polowań na minidemogorgona czy też szturm na piwnicę. Wszystko to zwieńczone pełną napięcia sceną akcji z równoległym montażem do kulminacji innego wątku.

 Przejmująco wypadły sceny w laboratorium. Choroba Willa do doskonały pretekst dla kolejnych popisów aktorskich Winony Ryder. Kilka udanych zwrotów akcji i finał. Było co oglądać. I tylko czynnej roli Hoppera mi brakuje. Kilka onelinerów od przyszłego Hellboya to trochę za mało.

Inne:
- Hopper dzwoniący do Jedenastki i przepraszający za ostatnie wydarzenia pusty dom! Scena odcinka...
- ... obok momentu gdzie Steve wyjawia Dustinowi jak utrzymuje swoje boskie włosy.
- backstory Max to delikatne rozczarowanie. Oczekiwałem czegoś bardziej przewrotnego niż rozbita rodzina. Chociaż, może w tym tkwi siła tego wątku? Pokazanie, że są też bardziej przyziemne problemy niż walka z potworami.
- tytuł odcinka spoilerował końcówkę, nie powiem, że się zaskoczyłem, ale klimacik i tak był.
- siostra Lucasa jako przerywnik komediowy kradnie odcinek. Daleko jednak jej do małej Holly i jej miny przy stole z pierwszego sezonu.

OCENA 5/6

Stranger Things S02E07 Chapter Seven: The Lost Sister
W internetach pojawiło się dużo skrajnych opinii o tym odcinku, w większości negatywne. Mając w pamięci pierwszą scenę sezonu i błyskawicznie analizując tytuł jeszcze przed seansem moim synapsom udało się wywnioskować o czym The Lost Sister będzie opowiadać. I nie mam nic przeciwko takim odchyłom. Opuszczenie Hawkins na rzecz wielkiego miasta i poświęcenie całości Jedenastce było miłą odmianą od monotematyczności (nie monotonii!) Stranger Things. Ba, nie miałbym nic przeciwko gdyby nawet Eleven się nie pokazała, a Eight wykorzystano by jako podbudowę pod kolejne sezony. To jest serial, tutaj można się bawić formą i zabierać widza w rejony do których nie jest przyzwyczajony. Nawet trzeba by nieustannie go angażować.

To była bardzo osobista opowieść. O wyrzutkach społecznych, którzy odnaleźli rodzinę. O brutalnej wendecie będącej sposobem radzenia sobie z traumą. O zrozumieniu się nawzajem, o tym co się w życiu liczy i miejscu które nazywamy domem. Było wzruszająco, śmiesznie i dramatycznie. To była mocno skondensowana opowieść. To też miejsce gdzie dano więcej czasu Jedenastce, która została odsunięta na boczy tor w tym sezonie. Jestem zadowolony i poproszę więcej takich eksperymentów.

Inne:
- świetnie wyszło wplecenie wydarzeń z poprzedniego odcinka w życie Jedenastki w wielkim mieście.
- Bon Jovi i Ruanaway w otwierającej scenie <3

OCENA 5/6

Stranger Things S02E08 Chapter Eight: The Mind Flayer
Niemalże 50 minut siedzenia na skraju fotela w napięciu oczekując kolejnych scen. Pierwsza połowa to pierwszorzędny thriller. Ucieczka z budynku przed demodogami była niesamowicie zrealizowana. Montaż, rozłożenie scen akcji i tych cichszych dramatycznych momentów których atmosferę można by ciąć brzytwą, heroicznych momentów oraz klimat zagrożenia. Opuszczona placówka z wszechobecnymi trupami i oczekiwanie na śmierć. Musiało do tego dojść, to był najwyższy czas by podbić stawkę. I tylko szkoda, że postąpiono tak zachowawczo zabijając Boba. Niesmacznie jego rozszarpywanie przez pieski pokazano odrobinę zbyt długo. Wcześniej Stranger Things uciekało od tak bezczelnego gore.

Druga część odcinka to odmiennie klimatyczna opowieść. Zagrożenie wciąż się czai, ale udaje się podjąć walkę. Cała ferajna została zebrana do kupy i kombinują co dalej. Więcej humoru, ale też bardziej personalny dramat. Egzorcyzmy opętanego Willa. Młody zagrał to świetnie, panowie odpowiedzialni za montaż również wykazali się w swojej robocie. Mniam. I może to trochę naiwne i mało w tym wszystkim rozwoju postaci tak ogląda się świetnie. I końcówka z powrotem Jedenastki. About damn time!

Inne:
- "Steve!?", "Nancy?" chyba najzabawniejszy moment w odcinku gdy przypadkowo dwie grupki dzieciaków spotykają się koło opanowanego przez potwory laboratorium.
- Dustin wciskający namiętnie guzik odpowiedzialny za otwieranie bramy i to zadowolenie gdy zupełnie przypadkiem się ona otwiera.
- dramatu w domu Maxime ciąg dalszy. Tym razem jednak to Billy jest poniewierany. I dalej jestem zdania, że ta historia ma sens i może się rozwinąć w S03. Chyba, że doprowadzi do durnego cliffhangera na koniec tej serii.
- jak pokonać Łupieżce umysłów? Powołać armię zombie. Mogę zrozumieć Hoppera czemu jest sceptyczny do tego pomysłu. Ja bym mimo to spróbował.
- Nancy znowu z bronią. Ech, chciałbym żeby dostawała ciekawsze wątki.

OCENA 5.5/6
 
Star Wars Rebels S01E04 Breaking Ranks
Disneyowska machina promocyjna The Last Jedi rozkręciła się tak bardzo, że wpłynęła na moje cotygodniowe losowania wrzucając mnie w świat Gwiezdnych wojen. Nie narzekam. Za bardzo. Jest czego się czepić, zwłaszcza naiwnych scen akcji, ale odcinek miał wystarczająco liczbę plusów bym przymknął na to oko. Fajnie było zajrzeć do akademii szturmowców, nawet jeśli pokazano to pobieżnie. Jednak dużo lepiej od budowania świata wyszły relację między bohaterami. Widać, że Ezra się rozwija, a jego jednoodcinkowi towarzysze dostali interesujące historię. Wpadli w machinę imperium, część z nich wierzy w to o co walczy, są niepewni swojej przyszłości, czy zwyczajnie zaciągnęli się by odnaleźć własną siostrę. Trochę szkoda, że odcinek nie poszedł mocniej w kierunku osobistych historii. Mimo to udało się mu podtrzymać moje zainteresowanie przez całe 20 minut.

OCENA 4/6

The Last Ship S04E07 Feast
Pod względem akcji był to przyjemny odcinek. Oglądało się dobrze, trochę naiwnie, ale nie schodziło poniżej ustalonego przez serial poziomu. Gorzej z główną intrygą. Złole zachowują się idiotycznie. Popełniają szkolne błędy przez co ciężko ich traktować poważnie. I jeszcze zwrot akcji z prawdziwymi intencjami Velleka. Jego nadrzędnym celem jest uratowanie ludzkości i poprzez inżynierie genetyczną wyeliminowanie agresji. Normalnie szalony naukowiec z kreskówki.

OCENA 3.5/6

The Last Ship S04E08 Lazaretto
Gdy myślałem, że wprowadzenie kontroli umysłów to za dużo serial poszedł jeszcze dalej i zafundował twist rodem z Fight Club. Kompletnie się tego nie spodziewałem. Dodaje to głębi Vellekowi i wyjaśnia jego motywację. I jest tak bardzo głupie. Wyszło jeszcze gorzej niż w Dexterze. To nie serial na tego typu rewelację. Tutaj robi to jedynie za narzędzie ekspozycyjne przeszłości i charakteru złoczyńcy. Nie kupuję tego.

Na szczęście akcja z Vulture Team była dużo ciekawsza niż wszystko co związane z Georgim, Fletchrem i Vellekem. Acz trochę szkoda, że znowu misja na lądzie. Misja pod przykrywką i udawanie potulnych więźniów wypadło trochę zabawnie i trochę napięcia udało się z tego wykrzesać. Śmieszne były sceny z Wolfem, udał się dramat z Aresem i osobiste problemy bosmana. Ogólnie mały plusik.

Inne:
- ten sezon jest mocno pomostowy. Jakby trzeba było coś napisać przed lepszymi pomysłami szykowanymi na finał. Dlatego nie lubię zamówień na więcej niż jeden sezon.

OCENA 4/6

The Last Ship S04E09 Detect, Deceive, Destroy
Mogę narzekać na złoczyńcę sezonu, cały wątek związany z Nostos oraz nieudolne prowadzenie głównej fabuły i przedstawianie świata w większej skali. Nie znaczy to, że nie doceniam świetnego odcinka gdy go widzę. Takie było właśnie wprowadzenie do finału. Bitwa morska dwóch przebiegłych kapitanów. Dużo niespodziewanych manewrów, starcia podnoszące adrenalinę i na końcu powiewająca na wietrze w glorii i chwale Amerykańska flaga. Udało się w to wszystko wcisnąć nawet kilka osobistych dramatów nadających ludzki wymiar całemu konfliktowi. Czy mini historyjka o Nolan, czy problemy zdrowotne bosmana. Takie sceny są ważne. Ile by nie było akcji i wybuchów to przecież bohaterowie są w centrum serialu.

OCENA 5/6

The Last Ship S04E10 Endgame
 Jak przystało na finał The Last Ship było mnóstwo akcji, konkluzja wątków i dramaty postaci. Było też trochę rozczarowania. Mimo to bawiłem się bardzo dobrze. To w końcu najlepszy substytut sensacyjnego kina akcji w telewizji. Dzielni żołnierze odnoszący sukces i Ziemia nieustannie ratowana dzięki ich poświęceniu.

Endgame udanie wyważył sceny na lądzie i wodzie. Doceniam, w końcu klimat okrętu wojennego to główna zaleta serialu. Pierw strzelanina z udziałem dzielnych komandosów, ratowanie przyjaciół i decyzję, które trzeba było podjąć dla dobra ludzkości. Stężenie patetyzmu na metr kwadratowy dawno przekroczyło dopuszczalną normę. I to jest zaleta. Potem była misja infiltracyjna z udziałem Chandlera i Sashy by skończyć się kolejną strzelaniną i sukcesem misji. Tym razem po staroświeckim abordażu.

Może to wszystko nie brzmi jakoś specjalnie ekscytująco, ale dzięki realizacji oglądało się świetnie. Dynamiczne momenty, szybko montaż, czasem kamera skupiające się na bohaterach, a nie na akcji. Właśnie bohaterowie. To znowu dzięki nim chcę się to oglądać. Jak Greenowie martwią się o siebie, jak Gator zgłasza się na ochotnika do abordażu, jak poświęcają swoje życie dla innych i wreszcie jak walczą z ciemnością. Personalną i całego świata. Banał, ale jak nie często piszę, czasem to banały najlepiej trafiają do widza.

I tylko szkoda, że cała intryga z Nostos i wielkim planem Velleka okazała się zbitką nieudolnych pomysłów na szalonego naukowca po stracie syna. Zamiast pójść w thriller polityczny oparty o napięcia międzynarodowe związane z brakiem żywności zafundowano opowieść z animacji dla dzieci. Nie pomogły próby nadania człowieczeństwa Vellekowi i aktorskie popisy Petera Wellera. To nie była odpowiednia opowieść dla tego serialu. 

Inne:
- tytuł Endgame dla finału prawdopodobnie przedostatniego sezonu wydaje mi się marnotrawstwem.
- Sasha chyba zupełnie zapomniała o Fletcherze. Nawet przez chwilę nie zastanowiła się nad jego losem.
- przed nami prawdopodobnie ostatni sezon. Trochę szkoda, ale patrząc na tą serię trochę się cieszę.

OCENA 5/6
OCENA SEZONU 4.5/6

1 komentarz: